333a3
07.01.06, 08:29
W szkole podstawowej przewidziano dla mojej klasy aż 30 godzin lekcyjnych z
wychowania seksualnego. Została w tym celu zatrudniona specjalistka. W ciągu
owego cyklu zajęć zdążyliśmy jedynie omówić uczucia i więzi międzyludzkie,
objawy dojrzewania oraz przebieg ciąży. O seksie ani słowa. W gimnazjum
moja "edukacja" w tym zakresie wyglądała jeszcze bardziej interesująco i
profesjonalnie. Na świadectwie ukończenia klasy pierwszej znalazła się
rubryka "wychowanie prorodzinne - zaliczony". Wszystkich uczniów ogarnęło
zdziwienie, bo nikt nie przypominał sobie, abyśmy mieli takie zajęcia.
Wychowawca wyjaśnił nam, że jest to dział tematyczny przedmiotu WOS, który
zostanie omówiony w drugiej, bądź trzeciej klasie. Owszem, półtora roku
później zarezerwował on godzinę tygodniowo przeznaczaną tradycyjnie na WOS,
aby zrealizować lekcje z tej dziedziny. Był skądinąd znamienitym historykiem,
lecz nie ukończył żadnego kursu przygotowawczego do nauczania o życiu
seksualnym. W jego wykonaniu ograniczyło się ono do kilku pogadanek o
genetyce i płodzie. No to mamy wychowanie seksualne czy płodowe?
Na lekcjach biologii, przy omawianiu płciowości człowieka, dostąpiliśmy
inicjacji zobaczenia w podręczniku grafu z przekrojem mężczyzny i kobiety w
czasie stosunku seksualnego. Nie objaśniono jednak jego przebiegu,
posuwistych ruchów przy nim zachodzących. To dziwne, ale w efekcie
takiej "informacji" długo pozostawałem w przekonaniu, że seks polega na.
nieruchomym leżeniu na sobie dwojga partnerów. Tak wyglądała moja
formalna "edukacja" seksualna. Nie inaczej niż w większości innych polskich
szkół.
Znam przypadki, kiedy pod presją księży odwoływano zajęcia z propedeutyki
seksualnej. Choć w niektórych placówkach oświatowych ma ona miejsce w
umiarkowanie godziwej formie, to w przeważającej ich części jest zaniedbana
lub praktycznie nieobecna.