myszmagda
07.12.05, 16:21
Odkąd zamieszkałam z moim facetem, zamiast cieszyć się na myśl o nadchodzącej
Wigilii, chce mi się płakać. Proszę, spojrzyjcie na tę sprawę obiektywnie i
powiedzcie mi, czy ja histeryzuję, czy mam rację. Bardzo potrzebuję opinii
kogoś, kto nie jest zaangażowany emocjonalnie w cały ten kram i kogoś
takiego, kto ma może już za sobą podobne przejścia...
Żebyście mogły zrozumieć mój problem, muszę wyjaśnić Wam, jak wyglądają moje
układy z rodziną. Moi rodzice byli dla mnie kiedyś bliskimi osobami, ale ok.
6 lat temu zaczęły się ich problemy z alkoholem i to wszystko popsuło między
nami. Na szczęście mam siostrę i babcię, które są moimi najbliższymi
przyjaciółkami. Kiedy poznałam mojego faceta, w mojej rodzinie układało się
fatalnie. Po 1,5 roku znajomości ja i on zamieszkaliśmy razem. Moja siostra
zaraz potem wyprowadziła się do babci, bo nie wytrzymywała już z rodzicami.
Pierwsza Wigilia po mojej przeprowadzce była nieudana. Mój facet zaprosił na
całe Święta swoją mamę, która mieszka zupełnie sama. Z przyjemnością goszczę
ją u nas, bo jest naprawdę świetną nie-teściową, ale ja także chciałam
zasiąść przy stole z moimi bliskimi: babcią i siostrą. Mój facet
powiedział: "OK, niech przyjadą, ale Twoi rodzice nie mają do naszego
mieszkania wstępu". Nie spierałam się, bo nie chciałam, żeby zepsuli nam
wieczór, czego się można było po nich spodziewać. Moja babcia oświadczyła
jednak, że ona nie zostawi swojej córki i zięcia samych (wtedy ojciec już był
poważnie chory)i jak co roku zaprosi ich na Wigilię do siebie. Myślałam, że w
takiej sytuacji mój facet wybierze się ze mną na chwilę na moją rodzinną
Wigilię, a potem zjemy drugą kolację z jego mamą, jednak on powiedział, że
ani mu się śni. Stanęło na tym, że ja pojechałam na Wigilię do babci, a on
ugościł mamę w naszym mieszkaniu. Wróciłam po ok. 2 godzinach, nie
nacieszywszy się ani jednym, ani drugim przyjęciem. Zaraz po tamtych świętach
zapowiedziałam mu, że nie zgodzę się na coś takiego ponownie, ale w tym roku
jest dokładnie tak samo. Zaprosiliśmy jego mamę, moją babcię i siostrę, ale
babcia i siostra wtedy wymyśliły, że zrobią u siebie kolację dla całej
rodziny: ciotek, wujków, kuzynów. Oczywiście zaprosiły nas, a mój facet
stwierdził, że się nie wybiera nawet na chwilę, bo nie zostawi mamy nawet na
godzinkę samej, a do mojej babci też nie chce jej zabrać. Przykro mi, bo
nawet dalekie ciotki przyjadą, a tylko nas nie będzie. Sama nie pojadę na
pewno. Od jakiegoś czasu powoli zakpouję topór wojenny z rodzicami i
chciałabym wreszcie naprawiać rodzinne relacje. Ale tak się to nie uda. Mój
facet mówi, że jego mama jest sama, więc on musi być przy niej od wigilijnego
popołudnia po wieczór drugiego dnia Świąt, a moja rodzina jest liczna, więc
moja obecność przy nich nie jest niezbędna. Zaproponował, że do moich
bliskich możemy jechać w Wigilię rano, złożyć życzenia. Najsmutniejsze jest
to, że przedświąteczne problemy raczej nigdy się nie skończą. Wręcz
przeciwnie, będzie jeszcze gorzej, gdy zdecydujemy się na dziecko...
Co zrobiłybyście w takiej sytuacji? Czy on ma rację? Czy mam raz na zawsze
zapomnieć o rodzinnych Świętach, czy walczyć o równouprawnienie obu rodzin?
Może to śmieszne, ale tradycyjne spotkanie z rodziną przy wigilijnym stole ma
dla mnie na prawdę duże znaczenie...