malgorzata_i_mistrz
10.04.06, 17:12
Witam!
Jestem tu nowa. Podczytuję Was od kilku dni i bardzo przemawia do mnie
atmosfera tego miejsca, tak więc kiedy i mnie się zdarzył "konkubencki
problem", pomyślałam sobie, że się nim z Wami podzielę.
Otóż, mój własny ojciec powiedział mi przed weekendem, że on nie umrze
spokojnie, dopóki nie wezmę ślubu kościelnego. Przedstawił przy tym wizję
małżeństwa (i związku międzyludzkiego w ogólności) zupełnie sprzeczną z moim
rozumieniem rzeczy (pewnie to znacie: małżeństwo ustatecznie, nie można odejść
tak łatwo, skupienie się na przywiązaniu do drugiej osoby zamiast na wolności
do bycia z kimś mimo pokus, trudów i całek tej nieromantycznej prozy życia pod
jednym dachem), popartą argumentami religijnymi. I trochę się zachwiałam w
decyzji o nieformalizowaniu związku. Oboje z MMŻ stoimy na stanowisku, że
oficjalny ślub to tylko papierek, który nas nigdy nie powstrzyma, jeśli kiedyś
któreś będzie chciało odejść; jego brak nie jest dla nas problemem, jego
ewentualne zawarcie nie powinno być również, zwłaszcza jeśli mojemu ojcu tak
bardzo na tym zależy. A jednak problem jest – MMŻ, jako ateista z wychowania,
agnostyk z przekonania, jest gotów na całe to przestawienie dla ojca, ba –
powiedział nawet, że może się dać wybierzmować i wziąć normalny, katolicki
ślub. Ja dorastałam w bardzo katolickiej rodzinie, ale wiarę straciłam jeszcze
w podstawówce. Od tamtej pory waham się między ateizmem a agnostyzmem (ale
tylko we własnym sumieniu. Mój ojciec do tej pory myśli, że jestem
praktykującą katoliczką - nawet jeśli to praktykowanie odbywa się od święta,
co ma mi za złe, ale jest w stanie wybaczyć - temat religii zawsze był u nas
tabu i do tej pory ciarki biegają mi po plecach, kiedy myślę, że mogłabym się
mu do mojej niewiary musieć przyznać) i całe to przedstawienie ciągle ma dla
mnie znamiona bluźnierstwa.
Staram się żyć pod swojemu i nie oglądać się na rodzinę (która na szczęście
mieszka 300 km ode mnie i na co dzień nie mamy zbyt wielu interakcji), ale
przyznam, że tekst o umieraniu trochę mną wstrząsnął - tym bardziej, że mój
ojciec jest ciężko chory na serce i tak naprawdę od dawna żyjemy w cieniu jego
śmierci. Zdaję sobie sprawę z tego, co będzie się działo, jeśli raz się
ugnę... Ale jeśli się nie ugnę, a mój ojciec umrze, chyba nie będę mogła
spojrzeć sobie w twarz w lustrze.
Nie proszę Was o radę, bo wiem aż za dobrze, że dobrej rady nie ma, ale może
któraś z Was ma jakieś przemyślenia, którymi chciałaby się ze mną podzielić?
Myślę i myślę o tej rozmowie od kilku dni, ale może nie wszystko wzięłam pod
uwagę? A nawet jeśli, to nowy punkt widzenia na pewno mi się przyda :) W
każdym razie – będę bardzo wdzięczna za wypowiedzi :)))