stix
04.09.10, 11:17
www.rp.pl/artykul/9133,529286-Krasnodebski--Znikajaca-strona.html
Znikająca strona
We „Frankfurter Allgemeine Zeitung” opublikowano tekst pokazujący salonowe związki między
niemieckimi politykami, przedsiębiorcami, prawnikami i ludźmi show-biznesu. Szybko jednak
wykasowano go z internetowego wydania gazety – pisze filozof społeczny.
Moją ulubioną gazetę „Frankfurter Allgemeine Zeitung” prenumeruję od lat. Czytałem ją już wtedy,
gdy niemieccy postępowi intelektualiści jeszcze uznawali, że lektura tak reakcyjnej gazety świadczy
równie dobitnie o oszołomstwie, jak dzisiaj w Polsce interesowanie się okolicznościami katastrofy
smoleńskiej. I nie tylko wówczas, kiedy my mieliśmy do wyboru „Trybunę Ludu” lub „Sztandar
Młodych”, gazeta ta była dla mnie wzorem dziennikarskiej rzetelności i jakości. Ciągle jeszcze poranną
lekturę „FAZ” zaliczam do większych przyjemności życia codziennego.
Co interesuje czytelnika
W ostatnich latach moje zaufanie do jej rzetelności niestety zmalało. „FAZ” pisze o Polsce, by
czytelnika niemieckiego odpowiednio nastawić, a nie by go informować. Oczywiście rozumiem, że ta
niemiecka gazeta kieruje się niemiecką racją stanu i dobrem swego kraju, tak jak je rozumie, i stara
się przedstawić argumenty wspierające niemiecką politykę.
Jak wiemy, w przypadku polskich mediów jest bardzo często inaczej – gotowe są od razu wczuwać
się w racje strony przeciwnej, usłużnie zabiegać o jej aprobatę. Kiedyś wydawało mi się, że wynika
to z cywilizacyjnych kompleksów wobec tzw. Zachodu. Teraz, gdy niektóre polskie media są
gotowe szargać pamięć tragicznie zmarłego prezydenta RP po to, by usprawiedliwiać rosyjskie
władze, zrozumiałem, że chodzić może o motywy bardziej trywialne. A że przy okazji polskie elity
postępowe zdradzają swoich rosyjskich przyjaciół, którzy w Rosji walczą o wolności obywatelskie i
prawdziwą demokrację, także już mnie dziwi.
Trudno więc mieć do „FAZ” pretensje, że ocenia rzeczywistość z niemieckiego punktu widzenia, jeśli
dbałaby o rzetelne oddanie faktów, o właściwą rekonstrukcję niewygodnych dla strony niemieckiej
działań i kontrargumentów. Jednak nawet wewnętrzna sytuacja w Polsce przedstawiana jest w
„FAZ” bardzo jednostronnie. Nie ma w niej artykułów o aferze hazardowej, o planach prywatyzacji
mediów publicznych czy opieszałym śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej. Kiedyś prawie w
ogóle nie pisano o aferze Rywina.
Obraz Polski jest mniej więcej taki, jaki odnajdujemy w najbardziej zideologizowanej publicystyce
„GW” czy „Polityki”, tylko że wszystko podane jest z pełną naiwnością, z niemiecką
prostodusznością, z całą powagą, bez żadnych półtonów, przymrużenia oka, świadomości, że sprawy
mają jeszcze drugie dno, że to część politycznej gry, że stoją za tym środowiskowe interesy.
Gdy kiedyś, podczas konferencji w Monachium, z czystej ciekawości zapytałem Stefana Dietricha,
szefa działu krajowego „FAZ”, byłego korespondenta tej gazety w Warszawie, dlaczego tak
selektywnie informują niemiecką opinię publiczną o tym, co się dzieje w Polsce, podając mu parę
jaskrawych przykładów, dowiedziałem się, że takie informacje nie interesują niemieckiego czytelnika.
Nie wiem, na jakiej podstawie tak twierdził, ale wynikałoby z tego, iż niemiecki czytelnik
konserwatywnej gazety ma podobne zainteresowania jak przeciętny polski czytelnik „Gazety
Wyborczej” – interesują go wszelkie negatywne informacje o braciach Kaczyńskich, natomiast nie
interesują go żadne mało chwalebne aspekty rządów Donalda Tuska.
Salon w Hanowerze
Niedawno przestałem się dziwić. I to z powodu niezwiązanego z Polską. Otóż w środę 11 sierpnia
ukazał się w „FAZ” interesujący artykuł pt. „Dziedziczne przyjaźnie w Hanowerze”
(Erbfreundschaften von Hannover) Roberta von Luciusa. Opisywał on coś, co można z polska
nazwać „salonem”, „towarzystwem” albo „układem” w Hanowerze. Pokazywał on stosunki niemal
warszawskie – związki między politykami, przedsiębiorcami, finansistami, prawnikami i ludźmi show-
biznesu, a także sportowcami (bo integrującą rolę odgrywa także zainteresowanie piłką i kibicowanie
drużynie Hannover 96), ba, w gronie tym można znaleźć szefa hanowerskich „Hell Angels”.
Wśród wymienionych w tym gronie prominentnych przyjaciół znalazł się obok byłego kanclerza
Republiki, a obecnie pracownika i lobbysty Gazpromu, Gerharda Schrödera oraz szefa rady
nadzorczej RWE (koncernu energetycznego inwestującego również w Polsce) także niedawno
wybrany prezydent Republiki Federalnej Christian Wulff. Spędził on ostatnio ferie w willi na Majorce
należącej do hanowerskiego finansisty, duszy tego towarzystwa.
Publikacja ta wywołała ożywioną, jak na Niemcy, dyskusję na forach internetowych, szczególnie
hanowerskich. Ale wkrótce artykuł zniknął nie tylko z wydania internetowego tej gazety, lecz także
z e-gazety, z której zniknęła cała strona. Można było odnieść wrażenie, że artykuł nigdy się nie
ukazał, nikt go nie opublikował. Zginął także z archiwum „FAZ”.
Zastanawiałem się, czy tak już zostanie? A może autor pisze wersję poprawioną i potem się ją
wstawi w puste miejsce? Z początku sądziłem, że nie zamieszczono żadnego wyjaśnienia czy
sprostowania i artykuł po prostu wyparował jak kamfora. Jednak 14 sierpnia ukazała się starannie
ukryta lakoniczna notka, że „błąd redakcyjny doprowadził do tego, że w artykule „Die
Erbfreundschaften von Hannover”... przypisano prezydentowi Christianowi Wulffowi, że jest „w
dobrych stosunkach” z adwokatem Götzem von Frombergiem. Wyrażamy ubolewanie z powodu tej
pomyłki”.
Dbanie o dobre imię prezydenta budzi szacunek, zwłaszcza w posmoleńskiej Polsce, ale czy to
oznacza, że należy wykasować artykuł z archiwum i zlikwidować stronę w wydaniu elektronicznym?
Stan mediów
Tak się złożyło, że już 25 sierpnia „FAZ” zamieścił interesujące omówienie pracy slawisty i historyka z
Bochum Klausa Waschika o praktyce manipulowania fotografiami i filmami dokumentalnymi w
Związku Radzieckim. Przykładem tego są losy sławnej fotografii Grigorija Goldsteina pokazującej
Lenina przemawiającego 5 maja 1920 r. na placu Swierdłowa w Moskwie do oddziałów
wyruszających na Polskę. Usunięto z niej potem Trockiego i Kamieniewa, gdy popadli w niełaskę. Jak
widzimy, podobne praktyki przeżyły upadek ZSRR.
Okazuje się więc, że nie tylko niemiecka polityka pamięci i wytrwała działalność Eriki Steinbach, nie
tylko neonaziści (16 sierpnia ich tysięczny tłum przemaszerował w Bad Nenndorf i jakoś nikt tego w
Polsce nie zauważył, choć podobne zajście w naszym kraju na pewno wywołałoby duże poruszenie
postępowej opinii publicznej), lecz i stan niemieckich mediów powinny pobudzać nas do refleksji.