stix
21.11.10, 10:51
archiwum.polityka.pl/art/bdquo;kazdemu-w-leb-wesola-robotardquo;,396282.html
Między wrześniem 1939 r. a majem 1945 r. niemiecka poczta polowa dostarczyła ok. 40 mld przesyłek, z czego jedną czwartą stanowiły listy, paczki i telegramy wysłane z frontów. Polskie podziemie przechwytywało część tej korespondencji. Sięgamy do niej po latach.
Najwięcej listów nadchodziło z frontu wschodniego. Nic dziwnego: na wschodzie walczono nie tylko najdłużej, ale także najzacieklej, tutaj wojna była najbardziej brutalna. Pisane pod Moskwą czy Stalingradem listy są dla nas nieocenionym źródłem informacji o ówczesnych postawach, sposobie myślenia, mentalności, skuteczności (i nieskuteczności) propagandy. Źródłem tym lepszym, że kontrolowanym tylko w znikomym stopniu: do dokładnego sprawdzenia 25 mln nadawanych codziennie listów potrzebna byłaby 150-tysięczna armia cenzorów.
W rezultacie kontrola była wybiórcza i stosunkowo dużo defetystycznych, „naruszających dyscyplinę” czy wręcz „szpiegowskich” informacji bez problemu płynęło do Heimatu i odwrotnie – na front. Między innymi na takie listy liczył wywiad ZWZ (a potem AK), od 1941 r. przechwytujący wędrującą przez Polskę pocztę. Dzięki sieci agentów w urzędach pocztowych przejmowano listy, fotografowano, po czym przesyłano adresatom z możliwie jak najmniejszym opóźnieniem, aby uniknąć wykrycia całego procederu. Kopie trafiały do konspiracyjnych analityków, wyciskających z listów najcenniejsze informacje militarne i przygotowujących raporty. Wysyłane do Londynu, trafiały ponoć także na biurko Winstona Churchilla.
Przechwycona poczta pomagała też dokumentować zbrodnie wojenne. W tym samym celu w warszawskich i krakowskich zakładach fotograficznych robiono kopie zdjęć rozstrzeliwań, paleń, egzekucji, które urlopowani żołnierze zostawiali do wywołania.
Mimo że o brutalizacji II wojny wiemy już tak dużo, lektura tych listów jest nadal wstrząsająca. Są przerażającym świadectwem tym bardziej, że w ich autorach widać „zwykłych ludzi”. Stacjonujący w Brześciu Litewskim Emil Fritsch pisał: „Praca moja polega na walce z bandytami i tępieniu żydów, a więc ta sama praca co dotąd. Na tym polu dokonałem już do dzisiaj (jestem tu blisko 4 miesiące) niejednego. Nerwy moje ucierpiały znowu trochę, bo praca ta nerwy szarpie, ale musi być zrobiona”.
Pojęcie dobrze wykonywanej pracy używane jest w listach nie tylko wobec Żydów. Starszy szeregowy Heinz Mekler donosił na początku października: „Jestem jednym z tych, którzy przyczyniają się do zmniejszania liczby partyzantów. Ustawiam ich pod mur i każdemu w łeb, bardzo wesoła i ciekawa robota”. Natomiast starszy szeregowy Born chwalił się w maju szwagrowi: „Polujemy na partyzantów, a do tego potrzeba chłopaków bez litości i współczucia. Tak, kochany szwagrze, co wpadnie nam w łapy, nie pożyje i pół godziny, bo na żadną łaskę nie zasługują”.
Nie należały do rzadkości listy – także do ukochanych żon – podkreślające konieczność „ostatecznego rozwiązania” i przyjmujące jego techniczną stronę jako coś absolutnie naturalnego. Szeregowy Lehr zwierzał się na początku października: „O urlopie w tym roku nie ma co marzyć – w maju, czerwcu, przyszłym roku, to może... wszystkiemu winni żydzi. Tu unikają nas jak tylko mogą, gdy słyszą nasze kroki, to schodzą na jezdnię, ściągając czapki. Z czasem to wszyscy tutaj znikną z horyzontu. Najwyższy czas skończyć z tymi wyrzutkami społeczeństwa. W odległości 30 km od Pińska zastrzeliliśmy 5000 takich typów. Musieli się rozebrać doszczętnie, obojętnie, czy kobiety, czy mężczyźni, po tym nastąpił ich koniec. Tak będzie z każdym. Nie będę ci więcej pisał i zatrzymaj to proszę dla siebie, ażeby nie rozniosło się, bo wiesz, co to może spowodować. (...) Obecnie właśnie nasz batalion jest w akcji, polują na partyzantów, tkwiąc po kolana w błocie. Gdyby nas tu nie było, spłonęłoby niejedno gospodarstwo. Chłopi wiedzą o tym i chcąc okazać wdzięczność, oddają nam do jedzenia wszystko, co mają”.
Satysfakcji z wykonywanej pracy nie krył żołnierz Teith, pisząc do swojego byłego szefa:„Od czasu mego wyjazdu z Saarbrücken objąłem moje obowiązki już na trzecim miejscu. Walka z bandami niekiedy jest tak przyjemna jak na froncie. (...) Od kilku dni mamy mrozy, a więc najlepszą okazję wytoczyć walkę bandom w bagnach Prypeci. Praca nasza na wschodzie jest tak różnorodna, że niektóre dni nie wiadomo zupełnie od czego zacząć. Kto dojrzał do dołu, ten musi do niego wejść. Z zakończeniem tutejszego żydostwa działalność band trochę ustała. Życzę każdemu koledze, by tu był w czasie oczyszczania getta. Przeżyć tych nie można spisać na papierze. (...) Praca ta w Brześciu i Mińsku sprawiła mi – nie myślcie sadystycznie – dużo radości”.
Nie brakowało także pragmatycznego podejścia do sprawy. Stacjonujący w Janowie Podlaskim Hans Lustig pisał we wrześniu: „Dziś odbyło się w Janowie wypędzanie żydów. 5000 mieszkańców miał Janów, z tego 3000 żydów. Ale Gubernatorstwo ma być z żydów oczyszczone. (...) 3 wagony otwarte kolejki wąskotorowej naładowano i odwieziono; potem była długa kolumna pieszo i szereg wozów [które] były pełne rupieci, łóżek itp., kobiety z dziećmi, (...) stare baby, mężczyźni wszystko razem przy spazmatycznym krzyku i płaczu. 2 kobiety dawały podczas marszu dzieciom piersi, do wagonu wrzucono ludzi do góry nogami, a jest to jednak na 1 m wysoko, a zajezdni kolejowej nie ma; jeden pchał drugiego, straszny krzyk i straszny obrazek. Jutro ma być dalszy ciąg, a oni już będą wiedzieć, że za 14 dni nie będą już przy życiu. Wówczas polacy będą mieć więcej do jedzenia i będzie też taniej”.
Zaś Willy Schneider informował rodzinę w Kolonii o jednym z miasteczek na (zapewne) wschodzie Polski: „Przed paru tygodniami zostali tu żydzi posłani na łono Abrahama i ja odwiedziłem kilka razy getto. Możesz sobie żywo przedstawić, że nie było to bezowocne. Zabrałem duży kosz pełen bielizny i materiałów ubraniowych, które zabiorę ze sobą lub Wam poślę”.
Ale akowscy analitycy wynajdowali – choć sporadycznie – przykłady współczucia dla mordowanych Żydów. Gefrajter Hirschnik, po narzekaniach na marne jedzenie i brak papierosów, zapisał: „Tutaj w Polsce w Sokolnie [?] usuwa się wszystkich żydów a tych, którzy się ukryli, tych się zastrzela i wrzuca do grobu masowego. Chwycono się takiego środka, że jeżeli polak poszedł do getta żydowskiego lub się go tam spostrzeże, to się go tam też zastrzeli, a żydzi mają ciągle jeszcze kosztowności. A Polacy trzymają się z żydami. A przecież i to są ludzie. Czas by już się wojna skończyła”. Nieznany rangą Otto Heid pisał 12 listopada: „Tu skończyło się z wszystkimi żydami, niektórych w nieludzki sposób zabijano, to są bohaterowie nad bezbronnymi kobietami i dziećmi. Takie postępowanie jest nieludzkie. Dzielnica żydowska jest wymarła i wygląda tam jakby wojna przeszła”.