Ciekawo historyjka:

12.01.12, 22:44
Historia ciekawo nie o Glywicach ale o Slonsku.
Wojna o Śląsk i zaginiony skarb
su, 13 grudzień, 2011 - 11:03

Historia
648 (50)

W 1740 r. Fryderyk II, król pruski, zapragnął zdobyć bogatą prowincję należącą do sąsiedniej Austrii. Była to jedna z jego pierwszych decyzji po wstąpieniu na tron. Wykorzystał okres wewnętrznych sporów i 16 grudnia wkroczył na Śląsk. Zajął go błyskawicznie - w okresie 2 miesięcy. Panująca w Austrii Maria Teresa zajęta była wojną o sukcesję i zmuszona została do zawarcia pokoju we Wrocławiu w 1742 r.

Cesarstwo Austriackie wkrótce zapragnęło jednak odzyskać utracone podczas poprzedniej wojny ziemie. Na teren Górnego Śląska wyruszyły oddziały węgierskie, które miały przy współudziale miejscowej ludności zająć najważniejsze miasta.

Powstanie
Mało znany incydent z czasów II wojny śląskiej nazywany jest "insurekcją węgierską". Nie było to jednak powstanie, jakie znamy z kart najnowszej historii. Była to raczej akcja miejscowej ludności, która aktywnie wspierała wojska austriackie. Cieszący się przez wieki dużą autonomią Ślązacy dostali się nagle pod twarde panowanie Prus, które szybko znienawidzili. Wszelkimi sposobami wspierali więc Austriaków, dostarczając im zaopatrzenia, pomagając ich szpiegom i otwierając bramy miast.

Nazwa wzięła się od rzuconych tutaj oddziałów węgierskich i wynikła prawdopodobnie z niechęci określenia insurekcji "śląską" czy wręcz "polską".

Duże garnizony pruskie zajmowały takie miasta jak Opole, Racibórz i Koźle. Zagrażało im ogromne niebezpieczeństwo odcięcia przez Węgrów połączeń komunikacyjnych między tymi ośrodkami, odizolowania i w konsekwencji i przejęcia inicjatywy przez oddziały wroga. Hans von Winterfeld, jeden z najsłynniejszych pruskich generałów, dowodził garnizonem raciborskim. By zneutralizować niebezpieczeństwo ze strony Węgrów, opuścił miasto i wyruszył w stronę Koźla, żeby zorientować się w pozycjach przeciwnika i jego zamiarach. Decyzja ta nie okazała się najszczęśliwsza.

Oddziały węgierskie podlegające armii austriackiej błyskawicznie zajęły m.in. Gliwice, Koźle i Strzelce Wielkie. Z późniejszych raportów wynikało, że była to dobrze zorganizowana akcja, przy której współpracowali sami mieszkańcy, niechętni pruskiemu okupantowi. Duży udział w tym sukcesie mieli austriaccy szpiedzy, aktywnie działający na Górnym Śląsku.

Węgierska obrona
W nocy z 10 na 11 kwietnia 1745 r. oddziały von Winterfelda zgromadzone pod Koźlem przekroczyły Odrę i skierowały się w kierunku Ujazdu. Ich plan zakładał wysłanie jednego batalionu w kierunku Strzelec, by odzyskać miasto. Przeszkodziła jednak pogoda i zalane drogi uniemożliwiające marsz w tym kierunku.

Jednocześnie z Opola wyruszyły 3 szwadrony huzarów i jeden batalion grenadierów dowodzonych przez majora von Herzberga. Ich celem również były Strzelce. Podstawowym warunkiem powodzenia pruskiej akcji było utrzymanie komunikacji i skoordynowanie ataku.

Pruska husaria dowodzona przez hrabiego Hyacintha von Malachowski maszerowała w tym czasie na Ujazd i w Sławięcicach natknęła się na wrogi oddział zwiadowczy, który pokonała. Węgrzy dowiedzieli się jednak o nadciągających oddziałach pruskich i czym prędzej opuścili Ujazd. Udało im się wycofać, choć przy sporych stratach. W niewolę pruską dostało się 111 żołnierzy i 3 węgierskich oficerów.

Pod Strzelcami sytuacja miała się jednak inaczej. Okopało się tutaj silne ugrupowanie węgierskie dysponujące armatami. Nie zamierzało się wycofywać i stawiło czoła nadciągającym z Opola oddziałom majora von Herzberg. Zanim doszło do starcia oddział maszerujący z Opola musiał przebić się przez Węgrów pod Nakłem. Zaatakowani Prusacy uformowali prostokąt i cały czas się ostrzeliwując, maszerowali w kierunku Strzelec. Zewnętrzną warstwę ruchomej fortyfikacji stanowili grenadierzy, zaś wewnątrz poruszało się 300 chronionych huzarów.

Do bitwy pod Strzelcami doszło 11 kwietnia, kiedy oddziały von Herzberga dotarły niemal do samego miasta. Węgrzy zaatakowali tutaj ze zdwojoną siłą, a z drugiej strony na Prusaków spadł grad pocisków armatnich. Zapewne skończyłoby się to dla nich całkowitą klęską, gdyby nie huzarzy Małachowskiego.

Odgłos kanonady dotarł do nich mimo znacznej odległości od bitwy. Szybkie, konne oddziały skierowały się w tym kierunku i 1,5 kilometra na północny-zachód od Strzelec natknęli się na bitwę już niemal przegraną przez Prusaków. Szybki atak huzarów Małachowskiego załamał węgierską obronę, a szarża huzarów z Opola na prawe skrzydło rozcięła oddziały obrońców na dwoje. Zostali pokonani.

Część Węgrów próbowało wycofać się do miasta, co było fatalną decyzją. Natrafili na otaczające Strzelce leśne bagniska, które pochłonęły ponad 100 żołnierzy. To niemal tylu, ile zginęło w samej potyczce - 120 zabitych. Do niewoli dostało się ponadto 250 Węgrów i dwóch wyższych oficerów.

Po stronie pruskiej również ofiary były liczne. Ranny został m.in. pułkownik Hyacinth von Malachowski. Dowódca huzarów. Jego rany okazały się tak poważne, że zmarł kilka dni później - 17 kwietnia. Został odpowiednio uhonorowany. W Berlinie do 1945 r. na jednej z kolumn znajdowała się złota inskrypcja: "Gross Strehlitz 1745 Oberst Hyacinth von Malachowski Husaren Regiment Malachowski".

Zakopane złoto
Mała grupka pokonanych żołnierzy próbowała ukryć się w lasach. Większość szybko wyłapano, lecz dwóch szeregowców i jeden oficer pozostali nieuchwytni, mimo trwających 2 dni poszukiwań. Potem znaleziono w okolicach szymiszowskiego zamku zwłoki oficera i jednego żołnierza. Nie wiadomo, czy zginęli od ran, czy zostali zabici przez towarzysza broni, który miał do tego wyraźny powód. Cała grupa zbiegła bowiem z kasą pułku, zawierającą zaległy żołd. Suma musiała być spora. Kasa mogła zawierać złoto i srebro. Być może, dzięki temu majątkowi, Węgrowi udało się uciec, lecz pewne odkrycie każe sądzić co innego.

W 1906 r. podczas przebudowy szymiszowskiego kościoła jeden z robotników znalazł na wieży lipową deskę. Wyryto na niej szkic terenu - prawdopodobnie okolic zamku. Znajdowały się na niej niezrozumiałe napisy. Jak się później okazało, były one w języku węgierskim i oznaczały "skarb-pieniądze". Obok strzałki wskazującej na drzewo, narysowano sylwetkę zwierzęcia, prawdopodobnie lisa. Kasa wojska mogła być więc zakopana w lisiej norze. Obok data - 11 IV 1745. Sama deska nie zachowała się do naszych czasów, lecz szkic przerysował i zachował jeden z mieszkańców miejscowości.

Czy węgierski skarb nadal spoczywa zakopany gdzieś w Szymiszowie? To raczej wątpliwe. Od opisywanych wypadków minęło ponad 250 lat. Na terenie wsi przybyło domów i najprawdopodobniej przy budowie któregoś z nich odkryto niespodziewany prezent z przeszłości. Przy takim znalezisku raczej nikt by się nim nie pochwalił, tylko odpowiednio go wykorzystał.

Szkic, jaki mamy do dyspozycji, jest bardzo niedokładny. Nie zamieścimy go jednak ze względu na dobro mieszkańców. Nie chcielibyśmy usłyszeć, że ktoś rozkopuje nocą ogródki i lasy w poszukiwaniu skarbu. Jeżeli skarb zostanie kiedyś odkryty, powinien trafić do lokalnego muzeum, które miejmy nadzieję w końcu powstanie.

Piotr Smykała, Romuald Kubik

W pracy nad artykułem w dużej mierze opieraliśmy się na prywatnej publikacji "Zapomniany Szymiszów" autorstwa Norberta Wacławczyka.

363 odsłony

    • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 13.01.12, 05:24
      tos faktycznie fajno geszichta wysznupou
      dobrze zes to sam dou, bo jo tego niyznou

      we Starych Glywicach je tysz podanie o skarbie w podziymiach, do kerego wenscie je / bouo pod schodami od tzw "spichlerza"
      • socer-schlesier Re: Ciekawo historyjka: 13.01.12, 10:50
        Sam tysz idzie jeszcze o tym poczytac.Jak widac wojny kedys byly na poczontku dziynnym.
        www.strzelecopolski.pl/strzelecki-garnizon-wojskowy
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 13.01.12, 18:25
          Tych historyjkow jest cauo kupa i zawsze zwionzane ze Strzelcami i ze Slonskym, tego Smykauy znom .
          On zbiero wszystko co ze Strzelcami i Slonskym mo cos wspulnego.
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 13.01.12, 20:27
          O warzyniu Piwa downi.

          Miasto piwa cz. I
          su, 11 styczeń, 2011 - 10:50

          Historia
          600 (2)

          Piwo – napój złoty i pienisty. Od zamierzchłych czasów piła go gawiedź i pili go możni. Piwem stała też strzelecka ziemia, gdzie tradycja warzenia trwała nieprzerwanie przez wieki

          Nie był to tylko napój wprawiający w dobry nastrój. Przez stulecia piwo uważane było za zdrowy zamiennik wody. Przodkowie nasi mieli mizerną wiedzę o podstawowych zasadach higieny. Pitna woda pochodziła często z zanieczyszczonych studni i nie zawsze była przegotowywana. Piwo było więc w miarę zdrowym zamiennikiem.

          Zanim powstały browary piwowarstwem zajmowano się po prostu w domach. Dom, w którym warzono złocisty napój, wyposażony musiał być w kotły warzelne, kadzie zacierne, lejki do piwa, kosze na chmiel, beczki, wiadra itp. Początkowo piwo wyrabiano jedynie z jęczmienia przyprawionego chmielem. Z czasem do produkcji używać poczęto takoż pszenicy.

          Pierwotnie przywilej warzenia piwa należał do wójtów, lecz jak grzyby po deszczu wyrastały w miastach warzelnie. Każdy z piwowarów posiadał własną recepturę i napój wyrabiano z rożnych surowców. Gatunków piwa było więc mnóstwo. Na Śląsku najbardziej ceniono piwa świdnickie i wrocławskie.

          Pierwotnie do produkcji piwa nie używano chmielu. Zastępowały go zioła, które jednak niewystarczająco konserwowały napój. Musiano pić go więc zaraz po wyprodukowaniu. Wprowadzenie chmielu spowodowało, że piwo nie tylko zyskało na smaku, lecz można było przechowywać je znacznie dłużej.

          W Strzelcach uprawę chmielu znano od wieku XIV. Z tamtego okresu musiał też pochodzić nadany miastu przywilej warzenia piwa. Dokładnej daty powstania cechu piwowarów niestety nie znamy. Z czasem, z cechu piwowarów wytworzyły się nowe zawody – piwowarów, szynkarzy i słodowników. Wynikło to z oddzielenia przywileju warzenia piwa od przywileju jego sprzedaży. Do produkcji złotego napoju używać można było tylko krystalicznie czystej wody, więc znacznie wzrosło na nią zapotrzebowanie.

          Z PIWEM W HERBIE
          Jak ważne dla Strzelec i okolic było ważenie piwa, świadczy pierwszy herb miasta. Obok połowy orła widniały na nim gałązka chmielowa z szyszką, która jest podstawowym półproduktem przy produkcji piwa. Herb taki używano z całą pewnością w roku 1362. Być może w użyciu był znacznie wcześniej.

          Przez lata jedna ze strzeleckich ulic nazywała się Chmielowa, gdzie znajdowała się ta ulica, nie udało się ustalić. Duży obszar Suchych Łanów pokrywały uprawy chmielu. Tę część nazywano „Ogrodem chmielowym”.

          Sytuacja zmieniła się około roku 1600. Produkcja miejscowego piwa przestała się opłacać. Zapewne przez zbyt dużą konkurencją i warzenia lepszego piwa na Śląsku. To spowodowało, że uprawa chmielu zastąpiona została winoroślą, którą umieszczono w miejskim herbie. Właśnie w 1600 roku gałązkę chmielową z szyszką zastąpiono tam gałązką z dwoma liśćmi i kiścią winogron, co przetrwało do naszych czasów, lecz już trochę zmienione. Pierwotny herb Strzelec nadal służy jako godło powiatu strzeleckiego.

          MIASTO PIWIARNI…
          Urbarz z 1534 roku podaje, że 82 domy miały prawa do warzenia piwa i wyszynku. To bardzo wiele, jeżeli weźmie się pod uwagę, że Strzelce liczyło wtedy około 600 mieszkańców. Przywilej jednak nie był dla wszystkich jednakowy. Niektórzy warzyć piwo mogli jedynie 8 razy do roku. Były też domy, gdzie można było to robić 6 lub 4 razu w roku. Każdy dom warzył i sprzedawał piwo w ustalonej kolejności. Za wystawioną beczkę przed domem każdy musiał zapłacić właścicielowi miasta 3 halerze.

          Sporą część rynku zajmowały piwa importowane. Urbarz podaje, że w 1581 roku jeden dom miejski miał prawo sprzedaży wyłącznie piwa świdnickiego. Do miasta sprowadzane też były piwa z Ołomuńca. Większość jednak złocistego napoju pochodziło z miejscowej produkcji, która była ściśle kontrolowana. Chmiel i zboża pochodziły z pól folwarcznych, a do ich odmierzania wykorzystywano wagę miejską. Dom, w którym gotowy produkt został wysprzedany, na znak musiał wystawić tzw. kartkę piwną.

          Ustalone od wieków reguły zmienił hrabia Colonna. W XVIII wieku sprowadził do miasta Żydów, którzy nie byli poddani restrykcyjnym prawom. Zajmowali się głównie rzemiosłem i warzeniem piwa. W 1749 roku Żyd Salomon najął dom od hrabiego Karla Samuela Colonna. Uzgodniony czynsz był dostosowany do wartości domu i zysków z handlu piwem i gorzałką. Spowodowało to protesty mieszkańców i umowę wkrótce anulowano. Do miasta napływało jednak coraz więcej Żydów, którzy powoli przejmowali rynek.

          W 1751 roku hrabia wykupił przy północnej pierzei rynku trzy domy i założył tam wyszynk piwa i wódki. Znów doszło do protestów mieszczan, z których jednak niewiele wynikło. Colonna był wyraźnie nastawiony na pomnażanie swojego majątku bez uwagi na dobro mieszkańców.

          W 1787 roku w mieście był już tylko jeden piwowar i aż jedenastu gorzelników. Działo się tak mimo że prawo do warzenia piwa nadal posiadało 91 domów w obrębie murów miejskich. Jak widać, piwowarstwo praktycznie zamarło, a mieszkańcy przerzucili się na produkcję mocniejszego alkoholu. Piwowarstwo domowe powoli chyliło się ku upadkowi również dlatego, że w mieście były już dwa wielkie browary.

          W Strzelcach oprócz piwowarów, gorzelników wykształcił się też zawód winiarza. Na początku XIX wieku w mieście było już czterech winiarzy i siedmiu gorzelników.

          …I GORZAŁKI
          Przywileje określały też, kto i kiedy mógł wytwarzać wódkę. Uprzywilejowany dom do produkcji gorzałki musiał przestrzegać przepisów. Każdy dom musiał wyrabiać i sprzedawać gorzałkę zgodnie w ustalonej kolejce. Wytwarzaniem produktu zajmowała się przeważnie kobieta, która stała przy piecu i długą drewnianą łyżką mieszała w kadzi masę, żeby się nie przypaliła. Za jeden scheffel (ok. 55 litrów zboża) palenia dom płacił miastu 3 srebrne grosze podatku.

          W XVIII wieku dom w ciągu pół roku palił 868 scheffli żyta. W tym czasie obyczaj zapłaty za uczynione usługi w formie piwa i gorzałki był ogólnie praktykowany. Mieszkańcy większość czasu chodzili więc przynajmniej lekko podchmieleni. Na przykład śpiewacy w kościele pw. Św. Krzyża, którzy śpiewali w dwóch ostatnich dniach Wielkiego Tygodnia, otrzymywali 6 groszy na zakup beczułki piwa.

          BROWARY
          Już w pierwszej połowie XVII wieku na Śląsku zaczęły powstawać browary najpierw folwarczne, potem miejskie i prywatne. W pierwszej połowie XIX wieku bardzo się zmieniła technologia warzenia piwa. Powstały pierwsze browary przemysłowe w Strzelcach. Zostały opracowane do tego celu receptury produkcji dla piwa bawarskiego, angielskich porterów, a nieco później dla słynnych pilznerów. Po tych zmianach piwa wymagały budowy chłodzonych leżakowni.

          W połowie XIX wieku piwo było artykułem pierwszej potrzeby. Pili je niemal codziennie zamożni i ubodzy. Nawet kobiety nie gardziły tym trunkiem. Podawano je do każdego posiłku. Piwo było kilkanaście razy tańsze od wódki i było już wtedy uznawane za napój o właściwościach zdrowotnych.

          Wtedy to tradycja piwowarstwa powoli się w Strzelcach odradzała. Pierwszy browar powstał w 1816 roku z inicjatywy Steinitza, który korzystał z doświadczenia browarów zachodnioeuropejskich. Był to okres wysokiej koniunktury na piwo. W 1845 roku do Andreasa Grafa Renarda należał browar i gorzelnia w Księżym Lesie. W mieście w tym czasie także istniał browar i gorzelnia. Około 1859 roku na terenie ówczesnego powiatu strzeleckiego (Kreis Gross Strehlitz) funkcjonowały 22 gorzelnie oraz 12 browarów. W 1861 roku w mieście, według Feliksa Triesta (publikacja wydana w 1864 roku), były trzy browary i jedna palarnia – gorzelnia. Niestety autor nie podał, do kogo należały i gdzie się znajdowały.
          Piotr Smykała
          Romuald Kubik

          1484 odsłony

          • berncik Re: Ciekawo historyjka: 14.01.12, 18:29
            view counter
            Miasto piwa cz. II
            su, 18 styczeń, 2011 - 10:20

            Historia
            601 (3)

            Historia lokalna
            Tradycja warzenia piwa zakończyła się w Strzelcach w 1945 roku. W mieście, w którym przez wieki nie zaprzątano sobie głowy pytaniem „czy napić się piwa?”, a raczej „jakiego dzisiaj?”, dobry złocisty napój stał się towarem luksusowym. Umarła też kultura picia. To, co nabyć można było w sklepach, mocno odstawało od ideału.

            Wiele lat po wojnie utworzono w mieście rozlewnię piwa. Znajdowała się na ulicy Krakowskiej, za restauracją „Krakus”. Przywożone z browarów z Głubczyc, Zabrza, Namysłowa i Tychów piwo rozlewano do firmowych butelek. Rozlewnia przestała istnieć w latach 90-tych XX wieku.

            A kiedyś było tak pięknie…

            BROWAR STEINITZ 1816-1926
            Początki browaru Steinitz sięgają roku 1816. Początkowo był umiejscowiony poza murami miasta. Nie wiadomo jednak, gdzie dokładnie. Dzisiejszy imponujący budynek browaru na mapie z 1883 roku nie jest zaznaczony. Znany wszystkim obiekt powstał bowiem w latach 1898-1900. Dziś stoi przy ul. Kościuszki, lecz kiedy go budowano, była to tylko polna droga.

            W latach 1816-1874 browar nosił nazwę Dampfbrauerei J. Steinitz, czyli browar parowy J. Steinitz. „Parowy”, ponieważ do produkcji używano napędzającą urządzenia maszynę parową. No owe czasy musiał to być nowoczesny zakład.

            W latach 1874-1910 browar nazywał się Brauerei und Malzfabrik J. Steinitz, Inh. Moritz Steinitz, czyli browar i fabryka słodu J. Steinitz, właścicielem był Moritz Steinitz, natomiast funkcję mistrza piwowarskiego pełnił Max Willnow. Do dziś zachowały się butelki z browaru parowego, na których często były umieszczone napisy. Z przodu butelki widniał zwykle napis: Dampfbrauerei J. Steinitz Gross Strehlitz. Z tyłu: Unverkauflich vor Missbrauch wird gewarnt.

            Z informacji z 15 listopada 1895 roku zamieszczonej w „Allgemeine Brauer und Hopfen Zeitung” dowiadujemy się, że browar Steinitza spłonął niemal doszczętnie. Niestety, po odbudowie, w 1898 roku, w browarze wybuchł kolejny potężny pożar, który uszkodził mury budynku. Właściciel znowu go odbudował w latach 1898-1900.

            Powstał wtedy budynek o jednolitej szacie architektonicznej, w którym mieściła się słodownia, suszarnia, warzelnia i kotłownia. Najwyższym elementem był ceglany komin, dziś już nie istniejący. W dawnej stajni powstała beczkownia.

            Proces technologiczny wytwarzania piwa w browarze odbywał się następująco: w słodowni klepiskowej ziarno jęczmienia poddawane było tzw. słodowaniu. Ziarno było rozłożone na cementowych posadzkach w dwóch dolnych kondygnacjach na masywnych stropach typu Kleina, wzmocnionymi stalowymi podciągami podpartymi rzędem żeliwnych słupów. Tutaj ziarno było poddawane procesom moczenia i kiełkowania.

            Skiełkowane ziarno było przemieszczane na wyższe, drewniane kondygnacje w celu dalszego kiełkowania, skąd zostało przemieszczone do suszarni. Proces suszenia odbywał się w układzie pionowym na poszczególnych poziomach suszarni. Na górnych siatkach mokry jeszcze słód przewracano w celu oddzielenia już wysuszonych kiełków. Następnie przez sita suche kiełki dostawały się do komory nagrzewania, w której były wloty nagrzanego powietrza z kominków nawiewnych z pieca suszarni. Po tej operacji kiełki były wyładowane z komory nagrzewczej i podawane procesowi oczyszczania i wybijania.

            Słód następnie składowano w silosach i po odleżakowaniu był to podstawowy produkt do warzenia brzeczki. Leżakownia była wyposażona w zbiorniki z drewna i aluminium. Pomieszczenie warzelni znajdowało się w środkowej najwyższej części browaru, gdzie mieściły się kotły warzelne (obecnie jest to główne wejście do Browaru Centrum).

            W innych pomieszczeniach browaru znajdowały się inne urządzenia ciągu technologicznego. Były tam kadzie zaciernie, filtracyjne i fermentacyjne. Browar wyposażony był w kotły warzelne z bezpośrednim paleniskiem na 10 cetnarów zasypu, a dodatkowo – w maszynę do produkcji lodu na 40 000 kalorii oraz kocioł parowy. Słodownia klepiskowa produkowała rocznie około 1000 cetnarów słodu, który w całości wykorzystywano.

            W browarze produkowano rocznie około 6 000-7 000 hektolitrów piwa lagrowego, czyli tak zwanego leżaka. W 1899 roku w browarze zainstalowano elektryczność i część napędu browaru przestawiono na elektryczne silniki. Browar posiadał także chłodziarkę firmy Linde i kotły warzelne nadal podgrzewane parą. Piwo było dostępne w najbliższej okolicy. Niestety, do dnia dzisiejszego nie zachowały się żadne elementy ciągu technologicznego i wyposażenia tego obiektu.

            Browar Steinitz wytwarzał różne gatunki piwa. Były to między innymi: Pilsner Steinitz (Steinitz Pilzner), piwa jasne leżakowe (Krisstal Legerbier), piwa ciemne (Kronen Bräu, dunkel) oraz karmelowe (Caramel–Bier). Wytwarzano także wodę sodową i owocowe lemoniady. Obok browaru od wschodniej strony przy dzisiejszej ulicy Jordanowskiej był wyszynk Browaru Miejskiego i Ogród Ludowy. Właścicielem był M. Potempa.

            W latach 1910-1926 Browar Miejski Strzelce Wielkie nazywał się Stadtbrauerei Gross Strehlitz GmbH, vorm. J. Steinitz. W 1910 roku powstała spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. W 1914 roku spółka była pod przewodnictwem R. Scholza i mistrza piwowarskiego Antona Hoffmanna.

            Po 1926 roku browar prawdopodobnie zaprzestał produkcji słodu i piwa z powodu śmierci J. Steinitza. Być może produkcję wznowiono w późniejszych latach. W 1945 roku w czasie niszczenia miasta przez wojsko sowieckie budynek browaru szczęśliwie ocalał, lecz nigdy już nie pełnił swojej pierwotnej funkcji. Pomieszczenia słodowni i inne przekształcono w magazyny zbożowe, a część południową zaadoptowano na biura Państwowych Zakładów Zbożowych. Przebudowa wymagała wielu lat. Ukończona została w 1956 roku.

            Budynek od 1970 roku pozostawał pod zarządem PHS „Społem”, a od 1983 był już jego własnością. Przez wiele lat gmach nie był podawany gruntownemu remontowi. Odbywały się tylko remonty doraźnie lub adaptacja pomieszczeń – między innymi na dolnej kondygnacji powstał sklep.

            Komin i kilka budynków stojących obok browaru w następnych latach zostało wyburzonych. W latach 90-tych XX wieku obiekt należał do osoby prywatnej. Na dolnej kondygnacji funkcjonował sklep przemysłowo-spożywczy. Po pewnym czasie inwestor wycofał się z interesu.

            25 lutego 2002 roku o godzinie 15.40 w byłym browarze Steinitza wybuchł pożar. Strawił dwie z czterech kondygnacji budynku. Zanosiło się, że były browar powoli będzie niszczał, lecz w końcu przejął go prywatny inwestor – Ireneusz Goliszewski. Budynek został gruntownie przebudowany i zmodernizowany w wewnątrz, zachowując styl sprzed ponad 100 lat. Na zewnątrz nie wprowadzono niemal żadnych zmian. Na parterze początkowo funkcjonował sklep spożywczy. Teraz jest tam sala bankietowa. Na pierwszym piętrze browaru znajduje się restauracja, na drugim kręgielnia, bilard i bar. Najwyższe piętro zajęte jest przez saunę, solarium, salę zabaw dla dzieci i salę gimnastyczną oraz pokoje gościnne.

            Były budynek browaru ze słodownią stanowi dziś ciekawe dziedzictwo techniczne i architektoniczne miasta. Jest interesującym przykładem architektury regionalnej, w której wykorzystywano głownie kamień wapienny.
            To je tyn Browar o kerym sam piszom.
            https://strzelce-opolskie.mapofpoland.pl/zdjecia-36403/Centrum-BROWAR-Strzelce-Opolskie.jpg
            Dzisiej fajnie zrobiony hotel.

            • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 09:31
              kedys my sam o tym spominali ze tam i wino uprawiali
              • berncik Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 11:10
                szwager_z_laband napisał:

                > kedys my sam o tym spominali ze tam i wino uprawiali

                Tak we 60 latach to jeszcze na Strzeleckich polach uprawiali Chmiel po Winie nie bouo jusz sladu.Spytom se ino Szwagrowki czy Ona cos pamiento.? Kaj te wino bouo?
                • berncik Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 17:47
                  Miasto piwa cz. III
                  su, 25 styczeń, 2011 - 11:35

                  Historia
                  602 (4)

                  Historia lokalna
                  BROWAR DIETRICH OK. 1840-1945
                  Powstał prawdopodobnie w połowie XIX wieku, około roku 1840. Znajdował się przy ulicy Krakowskiej 46 (Krakaustrasse, w XIX wieku było to Przedmieście Krakowskie) w pobliżu dzisiejszego Placu Targowego. Do browaru należało kilka budynków będących dziś własnością różnych osób.

                  Nie wiadomo, kto założył browar. Miał wielu właścicieli. W latach 1880-1888 był nim Ernst Fleischner. Potem Benno Werner, który zmarł 28 marca 1896 roku w wieku 45 lat. Po uporządkowaniu spadku browar został przejęty przez Eduarda Dietricha, który był właścicielem do 1936 roku. W tym roku browar został przekształcony w spółkę komandytową. Współwłaścicielami byli syn poprzedniego właściciela dr Eduard Dittrich/Dietrich, mistrz piwowarstwa Franz Wahner ze Strzelec i Eduard Fiolka z Bytomia, który miał swoje własne butelki na piwo z nazwiskiem. Kapitał spółki wynosił 30 tys. marek. Browar nadal stał przy ulicy Krakowskiej 46 (Krakaustrasse, która w tym czasie nazywała się Adolf Hitler Strasse). Na początku XX wieku w browarze Diettricha warzono tylko piwa górnej fermentacji. Browar produkował także piwo leżakowe.

                  Przy browarze funkcjonował wyszynk, którego w roku 1943 właścicielem był E. Manderla. Istniał tam ogród piwny, sala, salon towarzyski oraz pokój gościnny.

                  W browarze i słodowni pracowało przeważnie 18 osób. Piwo było sprzedawane w najbliższej okolicy. Do rozwożenia produktu firma używała jedną swoją ciężarówkę i dwa wozy konne. Browar wyposażony był w kotły warzelne z bezpośrednim paleniskiem zasypu i maszynę do produkcji lodu oraz kocioł parowy. Pracował do tragicznego stycznia 1945 roku, kiedy to na ziemię strzelecką weszła Armia Czerwona. Właściciele uciekli przed frontem, pozostawiając cały majątek. Po przejęciu zabudowań browaru przez nowe władze, w budynkach powstały przedsiębiorstwa państwowe.

                  BROWAR PISCHKALLA 1865-1910
                  Jest mało znany. Nie wiadomo, kto i kiedy go założył. Według uzyskanych informacji, browar znajdował się przy ulicy Wałowej (Wallstrasse), naprzeciw synagogi. Założyli go Żydzi ze Strzelec w połowie XIX wieku. Opodal wybudowali synagogę.

                  W 1865 roku właścicielem browaru był A. Grüsner. Następnie przejęła go rodzina Pischkalla. Najpierw w 1898 roku O. Pischkalla, potem w 1904 roku Franz Pischkalla, a następnie od 1907 roku F. Pischkalla, wdowa po Franzu Pischkalla. W latach 1907-1910 właścicielem był Hugo Kantorowicz, który zmarł w 1910 roku.

                  Wiemy, że browar warzył na początku XX wieku tylko piwa górnej fermentacji. Być może po śmierci ostatniego właściciela został zamknięty i zlikwidowany, jednak budynek przetrwał do lat 60-tych XX wieku. Rodzina byłych właścicieli browaru mieszkała tu do lat 30-tych XX wieku. Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy, właściciel z rodziną zdecydował, z powodu prześladowań ze strony władz, wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Majątek za uzyskanie zgody na wyjazd został darowany ówczesnemu gospodarstwu ogrodniczemu przy ulicy Opolskiej (Oppelnstrasse) – obecna Zieleń Miejska.

                  Budynki browaru były wykorzystane do różnych celów. W 1945 roku obiekt został uszkodzony. Po 1945 roku w budynkach browaru działały pralnia i magazyn. Dzisiaj w tym miejscu znajduje się bank spółdzielczy, wybudowany od podstaw pod koniec XX wieku.

                  BROWAR ZUR KRONE 1865-1885
                  Nie wiemy, kiedy powstał i gdzie znajdował się. Jest to następny mniej znany strzelecki browar. Być może stał przy dzisiejszej ulicy Strzelców Bytomskich, w miejscu gdzie był Dom Strzelecki (Schützenhaus). Innym miejscem, gdzie mógł stać browar, jest ulica Krakowska (Krakaustrasse). Jeszcze na przełomie XIX-XX wieku pomiędzy ulicami Rychla i Krakowską stał duży komin. Może to świadczyć, że istniał tu browar. Na starej widokówce widać, że stał tu duży budynek, a za nim komin. Obecnie jest to okolica banku ING i spółdzielni strzeleckiej „Piast”.

                  Browar nosił bardzo piękną nazwę Pod Koroną (Zur Krone). W 1858 roku była to karczma prowadzona przez Antona Kuntze. Potem, w 1865 roku, powstał browar, którego właścicielem był tenże Anton Kuntze. Po jego śmierci browar prowadziła wdowa A. Kuntze, która zmarła w roku 1885. Najprawdopodobniej browar nie wznowił już produkcji i przestał istnieć.

                  Wiemy na pewno, że browar posiadał dużą salę, w której odbywały się słynne koncerty. Na przykład 6 stycznia 1882 roku odbył się Wielki Wojskowy Koncert, który został wykonany przez Pionier – Capelle z Nysy (Neisse). Inny koncert miał miejsce 26 grudnia 1882 roku. W tej samej sali, w której zagrała Bytomska Kapela Miejska (Beuthener Stadt Kapelle).

                  PIOTR SMYKAŁA
                  ROMUALD KUBIK

                  Serdeczne podziękowania dla Andreasa Urbanek za pomoc w tłumaczeniu starych dokumentów niemieckich
                  • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 17:58
                    a wiysz ze Glywice suynouy z uprawy chmielu i we Laband do dzisiej znom miejsca kaj chmiel juz ale dziko rosnie(we Laband tysz bou uprawiany!)

                    no a o piwie we Glywicach to my juz sam i tam 100 razy godali/jak je wazyli, sprawdzali = "proba galot" itd, usw ...

                    :)
                    • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 19:40
                      szwager_z_laband napisał:

                      > a wiysz ze Glywice suynouy z uprawy chmielu i we Laband do dzisiej znom miejsca
                      > kaj chmiel juz ale dziko rosnie(we Laband tysz bou uprawiany!)
                      >
                      > no a o piwie we Glywicach to my juz sam i tam 100 razy godali/jak je wazyli, sp
                      > rawdzali = "proba galot" itd, usw ...
                      >
                      -------------------------------------------------------------------------------------------
                      I o wojnie piwnej miyndzy Schoenwaldym a Glywicami kiero sie ciongła bez 200 lot. Były w nij ofiary a nie udało ji sie zakończyć kolejnym cysarzom,arcybiskupom i przeorom rudzkigo klosztoru ani nakazami ani groźbami.
                      Spor zakończyli dziepro Preissy jak opanowali Ślonsk ale i oni potrzebowali na to 30 lot
                      a wyrok w tej sprawie był iście Salamonowy.
                      Nie zabroniyli Glywicom warzynio piwa na wywoz ale zakozali wyszynk cudzego piwa w karczmach Schoenwaldu.

                      www.vogel-soya.de/SchoenwaldG6.html
                      • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 20:06
                        ze Laband = ze Welczkem tysz podobno wojna boua:)
                        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 16.01.12, 22:14
                          O Husytach na Slonsku tysz se jakos mauo slyszalo?
                          view counter
                          Husycka nawała
                          su, 16 sierpień, 2011 - 09:35

                          Historia
                          631 (33)

                          Opisywane przed tygodniem Strzelce Polskie nie są jedyną miejscowością, jaka zniknęła w naszym regionie. Podczas historycznych zawieruch podobny los spotkał wiele innych wsi. Większość z nich została zniszczona podczas wojen husyckich lub podczas wojny trzydziestoletniej. Bardzo upraszczając sprawę, można powiedzieć, że wszystkiemu winni są Czesi.

                          Wiarą i cepem
                          W latach 1427-28 husycka nawała przewaliła się przez Śląsk. Wszystko zaczęło się od syna chłopa, urodzonego w 1371 r. Jana Husa, który po ukończeniu studiów teologicznych i humanistycznych został dziekanem, a potem rektorem Uniwersytetu Karola w Pradze. Kościół w Czechach zdominowany był przez Niemców, co dla Husa, propagatora języka czeskiego, było solą w oku. W swych płomiennych kazaniach zaszczepił ideę narodowego kościoła i bronienia narodowych interesów.

                          Kolejnym zarzewiem konfliktu było wprowadzenie przez kościół katolicki haniebnego procederu kupczenia odpustami. Religijny interes polegał na tym, że grzechy można było zmyć nie pokutą, a ściśle określoną wpłatą na rzecz Rzymu. Grzechy miały określone stawki, a co bardziej majętni potrafili nie tylko zapłacić za występki, które już popełnili, ale też zafundować sobie odpuszczenie win na przyszłość.

                          Sprzeciw Husa spowodował, że został on podstępnie zwabiony na sobór w Konstancji, gdzie spalono go na stosie. Jego zwolennicy, którzy przekonali się, że pokojowymi środkami nic nie zdziałają, zorganizowali się w armię, która szybko pokazała, na co ją stać.

                          Wojska husyckie tworzyli nieobyci w wojnie chłopi i mieszczanie. Używali oni prostych narzędzi, które znali najlepiej - wideł i cepów, wzmocnionych tylko tak, by były bardziej skuteczne. Na tym polegała ich niezwykłość. Ich przeciwnicy walczyli tak jak tradycja rycerska nakazywała - zakuci w pancerze. Szybko okazało się, że byli bez szans.

                          Husyci odnosili zwycięstwo za zwycięstwem. Rozgromili pięć krucjat, jakie przeciwko nim zorganizowano. Wkroczyli na ziemię śląską, a w pewnym momencie zapuścili się nawet pod Berlin. Brali też udział w wonie polsko-krzyżackiej na Pomorzu. Dla miejscowej ludności Husyci oznaczali śmierć i zniszczenie. W pierwszej kolejności palili kościoły i zabijali członków kleru, lecz mordowali też ludność cywilną. Wiele osad przez dziesiątki lat podnosiło się ze zniszczeń. Wiele zostało opuszczonych na zawsze.

                          Henryków (Villa Henrici, Heinrichsdorf)
                          Wioska, o której wiemy z pewnością, że została zgładzona przez Husytów, to Henryków. Była ona położona na terenie dzisiejszej Nowej Wsi, której nazwa określa fakt założenia osady na miejscu zniszczonej.

                          Pierwsze wzmianki o Henrykowie pochodzą z 1324 r. Według starego opisu, był on położony "tuż przed miastem". Z dokumentu z tego roku wynika, że proboszcz Heinrich z Izbicka podarował swojemu bratu, Christianowi z Zimnej Wódki, folwark Henryków pod Strzelcami (in villa Henrici).

                          Rok później Henryk z Ujazdu, kanonik opolski, podarował "dla odkupienia swojej duszy" należące do niego dobra (allodium) w Henrykowie przy mieście Strzelce, obejmujące 2 wolne łany pola wraz z przyległym ogrodem i łąką. Majątek ten był przeznaczony na pokrycie kosztów utrzymania altarzysty przy ołtarzu św. Mikołaja w kościele św. Krzyża w Opolu.

                          Po raz ostatni Henryków wzmiankowany jest pod koniec XIV wieku. W dniu 12 listopada 1399 r., w domu strzeleckiego mieszczanina Jakuba Czenkera, władający wówczas miastem książę Bernard niemodliński wystawił dokument, w którym potwierdził sprzedaż 1 grzywny rocznego czynszu z jednego łanu pola w Henrykowie (Heinrichsdorf), położonego przed miastem, przez mieszczanina Jakuba Pause na rzecz Mikołaja, opata klasztoru cysterskiego w Jemielnicy, za kwotę 10 grzywien. Forma spisanego dokumentu pozwala wysunąć przypuszczenie, że chodziło raczej o pożyczkę, której opat udzielił Jakubowi w wysokości 10 grzywien na 10%.

                          Wieś została prawdopodobnie zniszczona w czasie wojen husyckich. Kilkaset lat później na dawnych gruntach Henrykowa założona została Nowa Wieś, dziś w granicach administracyjnych Strzelec.

                          Wieś Teodora (Villa Theodorici, Dittersdorf)
                          Wieś była położona przy dzisiejszej drodze do Rożniątowa. Istniała już w 1340 r.

                          Została wymieniona w dokumencie księcia strzeleckiego Alberta, w którym powiększył dla wsi pola orne. Książę potwierdził wówczas sprzedaż 5 małych łanów pola przez Fryderyka Strzałę na rzecz Jana, proboszcza miejskiego kościoła św. Wawrzyńca za kwotę 25 grzywien. Na prośbę Jana, Albert strzelecki dodał do tego majątku "na odpuszczenie swoich grzechów" jeszcze sąsiednie tereny, rozciągające się aż do granicy wsi Teodoryków (villa Theodorici).

                          Niewykluczone, iż ówczesnym właścicielem tej osady był obecny przy wystawieniu dokumentu Teodor (Theodor) Kokorz, którego rodzina posiadała wówczas również Adamowice, Brzezowice i las Osiek. Wieś została najprawdopodobniej zniszczona w czasie wojen husyckich, gdyż źródła więcej jej nie odnotowują.

                          Romuald Kubik, Piotr Smykała
                          Częściowo wykorzystano materiały zgromadzone przez Marka Królikowskiego.

                          602 odsłony

                          • seppel Re: Ciekawo historyjka: 16.01.12, 23:27
                            Das Buch
                            "Die Deutschen im Osten Europas: Eroberer, Siedler, Vertriebene"

                            tam nawet niyzle je naschkryflane co i jak ;) Na ja, niy ze wszyjstkim sie zgodzom
                            und te muode Historiker trocha mje nerwujom aber warto jom przecytac

    • cirano Re: Skarby po-żydowske, niemiecke i Polok: 17.01.12, 14:11
      ... a szczególnie tyn repatriant ze wschodu na D. Ślonsku i inkszych "odzyskanych".
      Dobry tymat na praca naukowo, ale tysz niy po polsku, bo idzie pszikro "zarobić"
    • berncik Re: Ciekawo historyjka: 17.01.12, 20:44

      Rewolucja w wierze

      Historia
      486 (42)

      Ewangelicy na Ziemi Strzeleckiej (cz. I)
      Juliusz II (1443-1513) był wyjątkowym papieżem. Wstąpił do zakonu franciszkanów jeszcze jako dziecko i rychło zaczął piąć się po drabinie kościelnej hierarchii. Z pewnością dopomógł mu w tym jego stryj, Francesco della Rovere, który był generałem zakonu, a z czasem wybrany został na papieża Sykstusa IV.
      Wśród współczesnych przyszły papież Juliusz II uważany był za osobę pobożną, choć dziś trudno w to uwierzyć. W chwili wyboru na następcę św. Piotra miał już 3 córki. W dobie renesansu nie była to jednak sytuacja wyjątkowa. W historii zapisałby się być może pozytywnie – popierał bowiem swoim mecenatem wielu artystów, w tym Michała Anioła i Rafaela Santi. Jednak jego dążenie do zapisania się w pamięci potomnych jako wielki twórca, doprowadziło w końcu do dziejowych zmian w Kościele.
      Juliusz II postanowił zburzyć ponad tysiącletnią bazylikę wybudowaną na grobie świętego Piotra i stworzyć własną. W jej wnętrzu miał znajdować się jego wspaniały grobowiec przyćmiewający wszystko, co do tej pory zobaczyć można było w kościołach Rzymu. Mimo sprzedaży niezliczonych dzieł sztuki, które wierni przez wieki pozostawiali w najważniejszej świątyni chrześcijaństwa, na budowę nowej bazyliki wciąż brakowało funduszy. Papież rozpoczął więc proceder sprzedaży odpustów.
      Współcześni opisują, jak do miast całej Europy wjeżdżali sprzedawcy odpustów w wozach oklejonych proporcami i plakatami. Odtąd można było wykupić sobie odkupienie za odpowiednią sumę pieniędzy, a każdy grzech miał swoją pozycję w cenniku. Pośród sprzedawców odpustów wyróżniał się kaznodzieja odpustowy dominikanin Tetzel, który w szczególnie jarmarczny sposób sprzedawał listy odpustowe. Głosił, że czerwony krzyż odpustowy z herbem papieża więcej znaczy niż krzyż Golgoty, że pokuta i żal za grzechy są niepotrzebne tym, którzy kupili listy odpustowe: „Skoro pieniądz w szkatule zadzwoni, duszę z czyśćca do nieba wygoni”. Odpusty były tylko czubkiem góry lodowej. W Europie istniały miasta, w których co dziesiąty mieszkaniec był duchownym. Większość z nich żyła jedynie z opłat za odprawiane msze, a ich wiedza o wierze katolickiej i zasady moralne były tragiczne. Zarówno możni jak i pospólstwo na całym kontynencie odczuwali coraz pilniejszą potrzebę zmian.
      Legenda mówi, że 31 października 1517 roku na drzwiach kościoła zamkowego w Wittenberdze Marcin Luter, mnich augustianin, przybił płachtę ze spisanymi 95 tezami naprawy kościoła. Historycy powątpiewają, że to zdarzenie miało w ogóle miejsce, lecz przesłane do arcybiskupa Moguncji i biskupa Brandenburgi przemyślenia mnicha były zapałką wrzuconą do beczki z prochem. Dzięki wynalazkowi druku w 2 tygodnie tezy Lutra przeczytać można było w całych Niemczech, po miesiącu znała je cała Europa, a w niespełna rok spotkać się z nimi można było nawet w Jerozolimie. Rozpoczęła się reformacja.
      Nie ma świadectw mówiących, że Ziemia Strzelecka została opanowana przez pierwszą falę reformacji. Jest jednak pewne, że nowa wiara znalazła tu równie wielu wyznawców jak w dużej części Europy. Wiadomo, że kościół parafialny pod wezwaniem św. Wawrzyńca należał do Ewangelików. Przed rokiem 1554 w dokumentach miejskich nie występuje funkcja pastora ewangelickiego, lecz gorącymi zwolennikami reformacji w kościele byli ówcześni właściciele dóbr strzeleckich – rodzina von Radern. Z zachowanych informacji wynika, że w 1571 roku ówczesny proboszcz Kozyrazek otrzymał pół łanu pola na własne utrzymanie. Na podstawie pisma z 1575 r. wnioskować można, że ksiądz Kozyrazek, burmistrz i rada miasta oraz większość mieszczan byli ewangelikami. W piśmie tym znajdowała się także informacja że, na życzenie „naszego pastora” Thomasa Kozyrazka wybrano na wikarego Valentina Gorischa, który od pięciu lat prowadzi szkołę, i prośba o jego zatwierdzenie. Wynika z tego że, szkoła ewangelicka istniała już w 1570 r.
      W 1593 r. w mieście było dwóch luterańskich duchownych. 28 grudnia 1598 r. zmarł Georg von Redern, ewangelicki właściciel dóbr strzeleckich. Strzeleccy protestanci stracili wielki autorytet. Został pochowany w ozdobnej trumnie z jego podobizną, na której było 17 herbów oraz cytaty z Biblii z napisami złoconymi. Georg von Redern spoczął w podziemiach kaplicy, którą zbudował dla siebie w kościele pw. św. Wawrzyńca. Trumna została ufundowana przez żonę Margaretę von Tschammer-Osten. W sporządzonym testamencie Redern zapisał znaczne sumy na cele kościelne, za co żądał praw patronackich dla swoich potomków. Po nim dobra strzeleckie otrzymał jako zastaw jego syn Georg von Redern (junior), który w 1615 r. stał się właścicielem dóbr kupując od cesarza dobra za 80 tyś. talarów jako wolny majątek dziedziczny. Cesarz zostawił sobie prawo patronatu i wszelkie duchowne zwierzchnictwo nad wszelkimi kościołami, szpitalami i fundacjami kościelnymi. Ponieważ Redern był protestantem, patronat stanowił swoisty cesarski akt opieki na wiarą katolicką. W 1637 r. dobra przeszły na siostrę Rederna, baronową von Kolowrat, a 1650 r. na jego wnuka - Gustawa von Colonna.
      W 1611 r. protestanckim księdzem był Johann Rubus (lub Rufus) ze Strzelec (Gross Strehlitz), który został potem przeniesiony do Bytomia (Beuthen). W 1612 r. znany jest inny ksiądz ewangelicki Andreas Aloysius. Nie wiadomo, jak długo pracował w Strzelcach i czym się zajmował.
      Piotr Smykała
      • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 17.01.12, 21:37
        Wciepna sam swoje 3 grosze bo my w inkszym poście godali o ostrej linii jako dzielyła
        ludzi miyszkjoncych po dwoch brzegach jakeś rzyczki a nikiej i przikopy.
        Otoż te rzyczki byly przi podziałach dóbr ksionzyncych bardzo ważne bo stanowiyły widoczne linie orientacyjne do wyznaczanio granić.A zmiana tych granic nastympowała z nie wyobrażalnom dlo nas dzisiej czynstościom.
        Ale po tym trocha przidługim wstympie,do rzeczy.

        W czasie wojen husyckich Ślonsk zostoł tak splondrowany a miasta spolone. Nauka
        Lutra ni miała tu dostympu bo doświadczynia husytyzmu z przed stu lot były skutecznym straszakym przeciw nowej herezji.

        Jednak z jednym wyjontkym.
        W ostatnij fazie wojen husyckich,kiedy obfitość łupow była już tak wielko,że kusiyła i samych ksionżont ślonskich,do społki z Husytami przistompioł ksionże opolski Bolko V.
        Na wojnach husyckich tak sie zbogacioł,że już po zakonczyniu wojen i ustompiyniu Husytow
        zaczon wykupywać prziległe a żyzne tereny somsiadujonce z jego ksienstwem.
        Było zaśz tym zwionzane wytyczanie nowych granic czynsto znaczone na tych przikopach.
        Som BolkoV pozostoł heretykym aż do swojej śmierci. Wierni wierze "Braci Czeskich" byli tez i jego potomkowie kierzi w nastympnych pokoleniach zas powitali nowe idee religijne Lutra.
        A,że przez cały tyn okres dziejowy obowionzywała zasada "cujus regio ejus religio"
        co sie po dzisiejszymu tłumaczy czyja władza tego i religia,toż i w całym powiynkszonym juz ksiynstwie oposkim luteranizm znejd podatniejszy grunt niż w ksiynstwach i ksiynstewkach ościennych.
        Wroz z religiom luteranskom prziszła tez i biblia Lutra a ta była przeca piyrszom wydanom w takim nakładzie ksionżkom pisanom w całości po niemieckiu.
        Tym też sie tłumaczy to,że te prawie niedostrzegalne na piyrszy rzut oka granice terenowe
        stały sie też granicami jynzykowymi.A protestantyzm luterański był też nosicielem nimieckej mowy.
        • rico-chorzow Re: Ciekawo historyjka: 17.01.12, 22:05
          To należysz do Polskiego Kościoła Narodowego?:)
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 17.01.12, 22:17
          Fajnie Braciku ze te geszichty tak trafnie uzupelniosz.Jo se to tysz pierwej nie umiou nijak wytumaczyc jak moja Matka miastowo dzioucha (ze Glywic) pod koniec 30tych lot,ze mojem prziszlym Vatrym zajechala do rodzinnyj wsi pod sw.Annom a tam na drodze goniyli se bajtle i wrzeszczeli po Slonsku.Tak se tymu dziwioua ze nom o tym po latach osprawiaua,co w Glywicach ani Zobrzu zodyn juz po Slonsku nie godou.Starziki mozno ja?To je podobnie jak teraz
          ino na opak .Te mode Slonzoki ( moje Neffen np). Mowiom po Gorolsku ale godajom ze som Slonzokoma i se gorszom jak ich przezywom Gorolami. w zartach klar.
          • rico-chorzow Re: Ciekawo historyjka: 18.01.12, 18:04
            Berncik,trzimej mje,jo niy nolyrza do kościoua,i niy chca do niygo nolyrzyć.A świnto Ana eli Hedwig som nom,Slonsokom.
      • berncik Re: Ciekawo historyjka: 18.01.12, 17:47
        Rzym kontratakuje
        Historia
        487 (43)

        Ewangelicy na Ziemi Strzeleckiej (cz. II)
        Kościół katolicki długo nie mógł zdobyć się na zdecydowaną odpowiedź w stosunku do reformacji. Cesarz Karol V już w 1524 roku – 7 lat po wystąpieniu Lutra – chciał zwołania soboru, który zmierzyłby się z nowym ruchem religijnym. Kolejni papieże woleli jednak chować głowę w piasek i udawać, że tak naprawdę nic się nie wydarzyło. Impas przerwał dopiero papież Paweł III, zwołując w 1537 roku sobór w Mantui. Długo jednak dostojnicy kościelni czekali na sobór. Zwołany ponownie w 1542 roku, opóźniany był działaniami cesarza Karola V, który toczył zażarte walki z Francją. Francja sprzymierzyła się z Turkami, a cesarz, z braku poparcia papieskiego, z protestantami. Obiecał im, że po zwycięstwie zwoła synod porządkujący sprawy chrześcijańskie w Niemczech, co groziło ostatecznym rozpadem kościoła. Papież przynaglony tymi wypadkami i faktem, że reformacja szerzyła się już nawet w północnych Włoszech, doprowadził w końcu do zwołania jednego z najważniejszych w dziejach kościoła synodów. Rozpoczął się on 13 grudnia 1544 roku w Trydencie i trwał do roku 1563. W czasie jego trwania na piotrowym tronie zasiadało 5 papieży.
        Sobór na zawsze zmienił obraz Kościoła. Od tej pory przyszli duchowni mieli uczyć się w seminariach duchownych, a biskupi zostali zobowiązani do wizytowania podległych im parafii. Wprowadzony został katechizm obowiązujący w Kościele Katolickim aż do roku 1990. Zdefiniowano sakramenty małżeństwa i kapłaństwa, a także pojęcie czyśćca. Jednocześnie sobór przyniósł tak kontrowersyjne ustalenia, jak równouprawnienie niepisanej tradycji z Pismem Świętym czy reorganizację Sacrum Officium czyli Inkwizycji. Stworzono też indeks ksiąg zakazanych. Od tego momentu Kościół Katolicki rozpoczął ofensywę odzyskiwania terytorium tak łatwo zajętego przez błyskawicznie szerzącą się reformację.
        Na Śląsku okres kontrreformacji rozpoczął się pod koniec roku 1628, podczas wojny 30-letniej. Ludności katolickiej głoszono kazania misyjne, odbierano zagarnięte wcześniej świątynie katolickie, wprowadzono kapłanów katolickich z równoczesnym zakwaterowaniem dragonów lichtensteinskich, którzy skutecznie nawracali ludzi siłą.
        20 stycznia 1629 roku Świdnicę, drugie co do wielkości miasto Dolnego Śląska, najechała kompania dragonów Lichtensteina. Pod przymusem skatolicyzowano kościoły. Gminie ewangelickiej nie pozostawiono ani jednego z 14 kościołów parafialnych. Prawie przez rok dragoni uciskali ewangelicką ludność Świdnicy, zanim 4 stycznia 1630 roku opuścili miasto.
        3 kwietnia 1629 roku w Strzelcach pojawił się cesarski misjonarz Wolfgang Cygnäus, który wprowadził do świątyni katolickiego księdza. Odbyło się to zgodnie z ustaloną w 1555 roku w Augsburgu zasadą „Czyja władza, tego religia”. Ludność okolic Strzelec, będącą pod władaniem protestantów, musiała przejść na starą wiarę katolicką. W czasie wojny trzydziestoletniej (1618–1648) strzeleccy ewangelicy haniebnie się zachowali. W 1627 r. do miasta wkroczyły wojska protestanckie oddziału Mansfelda. Protestanci strzeleccy poprowadzili odziały wojska do Jemielnicy (Imielnitz), gdzie szukano kosztowności. Zniszczono i splądrowano co się dało, spichlerze zbożowe, stawy rybne, bibliotekę i klasztor. Nawet dobrano się do trumien zmarłych, m.in. trumny śląskiego kompozytora i poety - opata klasztoru Johannesa Nuciusa. Znalezionych kosztowności było jak na lekarstwo, a szkody były znaczne. Na skutek późniejszej skargi opata Martina Versiusa z Jemielnicy, rabusie zostali ukarani grzywną 1500 guldenów. Mieli też stracić swoje przywileje, jednak skończyło się na ufundowaniu dzwonu dla jemielnickiego klasztoru.
        W 1629 roku liczba katolików w mieście była dość mała, gdyż jeszcze w 1654 roku do wiary katolickiej przyznawała się tylko ¼ mieszkańców. Mimo tego, w 1629 r. ewangelicy utracili kościół, który przeszedł z powrotem do społeczności katolickiej. Z biegiem lat w mieście ludności wyzwania ewangelickiego było coraz mniej. Pod koniec XVII w. z powodu braku pastora, ewangelicki burmistrz, będący jednocześnie cesarskim poborcą podatkowym (pobierał podatek celny i piwny), wygłaszał kazania strzeleckim ewangelikom.
        Do końca XVII w. rada miasta była protestancka. Według protokołu wizytacyjnego z 1720 r., liczba osób wyznania ewangelickiego zmalała do 27 mieszkańców. Po pierwszej wojnie śląskiej (1740/41) wraz z przybyciem urzędników z zewnątrz i zorganizowaniem garnizonu pruskiego w mieście, liczba ewangelików automatycznie wzrosła. Mimo to w 1758 r. w mieście były tylko trzy rodziny ewangelickie. Pod koniec XVIII wieku ewangelicy otrzymali w ratuszu salę do nabożeństw. Od 1812 r. za zgodą proboszcza katolickiego ludność wyznania ewangelickiego nabożeństwa odprawiała w kościele pw. św. Barbary. Liczba ewangelików wzrosła dopiero w pierwszej połowie XIX w. W 1830 r. wyniosła 147 osób. Prawie sto lat później, w 1927 r. w mieście było 654 osób wyznania ewangelickiego. Według spisu ludności z 1933 r. w mieście mieszkały już 793 osoby wyznania ewangelickiego, które stanowiły 7,2% społeczeństwa strzeleckiego.
        Jak podaje spis kościoła ewangelickiego z 1924 r., ochrzczonych w mieście było 10 osób, bierzmowanych 15, udzielono 8 ślubów, pochowano 22 osoby, ugoszczono na wieczornej kolacji 481 gości. Ludność wyznania ewangelickiego była w porównaniu z innymi mieszkańcami dość zamożna. Na krótko przed nadejściem frontu wojennego, w styczniu 1945 r. prawie wszyscy ewangelicy opuścili miasto. Jak się później okazało - na zawsze. Po ich świetności pozostał jedynie kościół przy ulicy Opolskiej i zaniedbany cmentarz przy ulicy Marka Prawego.
        Piotr Smykała
        Romuald Kubik

        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 18.01.12, 18:23
          To je tyn ewangelicki kosciou On bou zbudowany tak 1826 r Tera je katolicki.Stou nieczynny .
          https://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/qc/ga/yobe/IcpSMDFwZG7iHxVKSB.jpg
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 19.01.12, 18:28
          Świadectwa przeszłości – kościół i szkoła

          Historia
          488 (44)

          Ewangelicy na Ziemi Strzeleckiej (cz. III)
          Kościół ewangelicki został wybudowany dopiero w pierwszej połowie XIX wieku. W 1822 roku stanowisko burmistrza objął Anders, który poparł plan budowy kościoła i w 1823 roku zorganizował na niego zbiórkę. Plac pod budowę podarował Andreas Maria Graf Renard. Prace budowlane rozpoczęto w 1825 roku.

          Budowa postępowała szybko. Kościół został oddany do użytku społeczności ewangelickiej dnia 29 października 1826 roku. Plany budowy świątyni wykonał Ernst Samuel Friedel z wykorzystaniem uwag i propozycji Christophera Worbsa. Kościół został pierwotnie zbudowany bez wieży, którą dobudowano przed rokiem 1888. Świątynia nie posiada określonego stylu. Jest murowana z cegły, kamienia i otynkowana. Okna zamknięte półkoliste. Chór został wykonany z drewna i wsparty na czterech słupach. Dach kościoła jest siodłowy i pierwotnie był nakryty dachówką. Kościół został wybudowany na terenie, na którym przebiegał wał ziemny pomiędzy rowami wodnymi. Teren ten był mocno zachwaszczony i bagnisty, w momencie wybudowania świątyni znacząco poprawił w tym miejscu wizerunek miasta. Przy okazji budowy wyprostowano drogę i wyburzono kilka starych domów. Plebania i budynki gospodarcze powstały w 1840r. W drugiej połowie XIX wieku pastorem kościoła był Güthner. Nie wiadomo, jak długo pracował w mieście.
          Po wybudowaniu wieży kościelnej w 1888r. zamontowano na niej dwa dzwony odlane w „Towarzystwie Bochum” ufundowane przez Auguste Hoffmann. Na większym dzwonie znajduje się napis – „Chwała na wysokości Bogu”, na mniejszym napis – „Pokój na ziemi”.
          I wojna światowa nie ominęła świątyni. W czasie wojny piszczałki z organów zostały zabrane na potrzeby wojska. Nowe zostały zakupione po zakończeniu konfliktu. W latach 1914 – 1918 na froncie zginęło 30 osób wyznania ewangelickiego. Ich nazwiska były upamiętnione na tablicy znajdującej się w kościele ewangelickim. Tablica pamiątkowa ufundowana została po wojnie przez gminę ewangelicką za sumę 22,500 marek. Zapewnie była tam do 1945r. Co się z nią stało - nie wiadomo.
          Od 1925r. pastorem w Strzelcach (Gross Strehlitz) był Kurt Rudel. Urodził się 9 kwietnia 1888r. w Doberschau powiat Goldberg-Haynau (Złotoryja-Chojnów). Jego ojciec był nauczycielem w Wrocławiu i Bonn. 16 października 1916r. ożenił się i miał troje dzieci. Jak długo pracował w parafii ewangelickiej w Strzelcach (Gross Strehlitz) nie wiadomo. Do 1945 roku kościół był użytkowany przez ewangelików. Przed wkroczeniem frontu wojennego ostatni ewangelicy opuścili miasto.
          Po wojnie kościół przez pewien czas był użytkowany przez katolików. Tutaj odprawiano msze święte i nabożeństwa oraz udzielano Sakramentów Świętych. Po pewnym czasie kościół zamknięto i zaczął niszczeć. Dopiero w 1982 roku został przekazany społeczności katolickiej dzięki staraniom proboszcza ks. prałata Jerzego Stellmana. Dnia 2 kwietnia 1982 roku odbyły się rozmowy w Kurii Diecezjalnej w Opolu między przedstawicielami Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego i Kościoła Rzymskokatolickiego na temat przekazania go pod opiekę katolików. Strony ustaliły cenę kupna – sprzedaży kościoła wraz z wyposażeniem i działką na sześć milionów ówczesnych złotych. Dnia 7 lipca 1982r. kościół stał się własnością parafii św. Wawrzyńca.
          W latach 1982 – 1985 dokonano generalnego remontu kościoła. Wymieniona została cała więźba dachowa. Dach i wieżę pokryto blachą miedzianą. Od nowa wykonano sufit, który został także ocieplony. Posadzka kościoła została wyłożona marmurem i częściowo granitem. Zniszczone całkowicie witraże zostały zrekonstruowane przez Norberta Siekierkę. W prezbiterium znajduje się witraż „Zmartwychwstanie Chrystusa”, z lewej strony znajduje się witraż „Boże Narodzenie”, drugi z prawej strony „Zesłanie Ducha Świętego” oraz cztery witraże ozdobne. Wstawiono wszystkie nowe drzwi. W wejściu do nawy głównej została wstawiona ozdobna kuta metalowa krata. Ołtarz główny i ambonę wykonano z marmuru. Tabernakulum wykonał Alfons Schnura ze Strzelec Opolskich, przystosowane do wiecznej adoracji Najświętszego Sakramentu. Metaloplastyk A. Schnura wykonał także napis w języku łacińskim umieszczonym nad wejściem głównym – „Vinite Adoremus”. Kościół otrzymał nowe ławki, cztery żyrandole i kinkiety a zakrystia nowe meble. Cała instalacja elektryczna została wymieniona na nową. Dzwony otrzymały napęd elektryczny. W kościele umieszczono dwie odrestaurowane figury – Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Boskiej Fatimskiej. Otoczenie na zewnątrz kościoła zostało uporządkowane.
          Dnia 6 czerwca 1985 roku w godzinach popołudniowych parafia strzelecka przeżyła wzniosłe chwile konsekracji poewangelickiego kościoła przy ulicy Opolskiej. Konsekracji dokonał ks. bp. ordynariusz opolski Alfons Nossol, przy tłumach wiernych i księży z całego dekanatu. Administratorem obecnego kościoła pw. Bożego Ciała jest parafia pw. św. Wawrzyńca. Od tego czasu świątynia jest otwarta każdego dnia i dla wiernych pragnących pomodlić się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem.
          SZKOŁA EWANGELICKA
          Szkoła w mieście istniała już w 1379r., jest wymieniona w dokumencie z tego roku dotyczącym założenia kolegiaty św. Bartłomieja w Głogówku (Oberglogau). Była to na pewno szkoła parafialna wyznania katolickiego prowadzona przez proboszcza strzeleckiego. Pierwsza informacja o szkole ewangelickiej w Strzelcach (Gross Strehlitz) pochodzi z 1570r. Nauczycielem i kierownikiem tej szkoły był wikary Valentin Gorisch, który został później także pastorem. W tej szkole uczniem Adama Malesiusa był przez trzy lata Lorenz Stomachi ze Strzelec, który pobierał naukę od 1598r. W 1600r. został wyświęcony w Wittemberdze na diakona, później pracował w Lepnitz.
          W 1679r. szkoła była już w rękach katolików.
          W szkole wykładał rektor Johann Korda ucząc czytania, pisania i gramatyki. Był zatrudniony także jako kantor i organista, za co otrzymywał 18 talarów rocznie oraz dwa ubrania, jedno na św. Marcina, drugie na św. Mikołaja. Jak widać, w tym czasie nauczyciele raz byli katoliccy raz ewangeliccy. Czasem młodzież chodziła do szkoły ewangelickiej a czasami do katolickiej i to w tym samym budynku. W 1695r. szkoła była na utrzymaniu ewangelickiego małżeństwa Bitschin. Istniała jeszcze w 1720r.
          Szkoła ewangelicka prawdopodobnie w pierwszej połowie XVIII wieku zaprzestała działalności. Jak wiemy, dopiero kiedy poświęcono nowy wybudowany kościół ewangelicki w 1826r., utworzono na nowo szkołę ewangelicką. Na początku pracował w niej jeden nauczyciel z nauczycielem pomocniczym. Dopiero od 1867r. w szkole nauczało dwóch nauczycieli. Od 1898r. dzieci ewangelickie chodziły do nowej wybudowanej szkoły na miejscu wyburzonego kościoła św. Krzyża. Sale lekcyjne znajdowały się na parterze. W roku szkolnym 1930/31r. w szkole nauczało dwóch nauczycieli. Do szkoły uczęszczało 76 uczniów wyznania ewangelickiego i trzech uczniów żydowskich. Wiele młodzieży chodziło oprócz do szkoły ewangelickiej także do szkoły miejskiej, gimnazjum i szkoły katolickiej - wyznanie nie przeszkadzało w nauce. Szkołę zamknięto wraz nadejściem frontu w styczniu 1945r.
          Piotr Smykała
          Romuald Kubik
    • rico-chorzow Re: Ciekawo historyjka: 17.01.12, 21:15
      berncik napisał:

      > Historia ciekawo nie o Glywicach ale o Slonsku.
      > Wojna o Śląsk i zaginiony skarb

      Kejś bjyli siy uo Slonsk,Fridrich wygrou,besto som niykere Slonsoki Prusokami,jednak Fridrich dou nom kartofle,kartofle to je jedzynie,co nom Slonsokom Polska dała?,sami niy mieli co zerzrić.
    • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 18.01.12, 18:07
      Berncik Ty sie tam lepiyj znosz - trocha pochodzynia mom tysz ze Buotnicy Strzeleckyj
      • berncik Re: Ciekawo historyjka: 18.01.12, 18:25
        szwager_z_laband napisał:

        > Berncik Ty sie tam lepiyj znosz - trocha pochodzynia mom tysz ze Buotnicy Strze
        > leckyj
        • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 18.01.12, 18:41
          niy,moje to jeszcze w XIX wieku tam miyszkali i potym do Herten wyjechali

          100 lot potym nazod juzas do Chorzowa na "Johanka" psziszli
          • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 18.01.12, 18:43
            to byli krewne od tyj:

            forum.gazeta.pl/forum/w,34281,124759237,124759237,slonski_kopciuszek.html
            • berncik Re: Ciekawo historyjka: 20.01.12, 19:24
              Obóz pracy w Błotnicy Strzeleckiej

              Historia
              592 (45)

              Czy w domu mówiono po niemiecku? Czy członkowie rodziny uczestniczyli w zjazdach lub zebraniach NSDAP? Czy agitowali na rzecz władz niemieckich? To były główne kryteria wpisywania osób na listy do wysiedlenia, które tworzono niedługo po przejściu frontu. W 1945 zajęli się tym ówcześni, już polscy, sołtysi. Niekiedy listy tworzone były przez osoby wcześniej upokorzone przez władze niemieckie lub swoich niemieckich sąsiadów. Listy wędrowały do służby bezpieczeństwa i milicji.

              Masowe wysiedlenia zaczęły się latem 1945 roku, choć w niektórych wioskach pierwsze wywózki odbywały się wcześniej - już w połowie lutego 1945 roku. Dokonywały ich wtedy władze sowieckie. Przesłuchania odbywały się w kilku miejscach Strzelec. Nie obyło się bez tortur i głodzenia więźniów. Piwnice pewnej kamienicy stojącej w strzeleckim rynku były określone przez świadków jako katownia. Wielu przesłuchiwanych zmarło. Nieliczni szczęśliwcy wrócili do domów, a większość wywieziono na wschód.

              Jak przebiegały takie akcje? Znamy opis na przykładzie Rozmierzy. Do wsi około 4 rano wjechały samochody z milicjantami ubranymi po cywilnemu. Na lewej ręce mieli założone biało-czerwone opaski. Obstawiano całe gospodarstwo. Dopiero potem jeden z funkcjonariuszy walił w drzwi. Jeżeli mieszkańcy próbowali uciekać oknem, zostali szybko wyłapani i ładowani na pakę ciężarówki. Z wyznaczonego domu brano wszystkich – mężczyzn, kobiety i dzieci. Sprawna akcja trwała często kilka minut i mieszkańcy byli wywożeni w nieznanym dla nich kierunku. Ich domy przekazywano polskim repatriantom.

              OBOZY
              Było ich wiele i różnych rozmiarów. Najczęściej obozy przejęto po władzach niemieckich i tam, gdzie wcześniej trzymani byli Żydzi bądź jeńcy wojenni, trafiali teraz mieszkańcy wyznaczeni do wysiedlenia. Jednym z największych obozów wysiedleńczych był ten zlokalizowany w Błotnicy Strzeleckiej.

              Wysiedlenia dawały nowej władzy tanią siłę roboczą i domy dla ludzi ze wschodu. Darmowi robotnicy wykorzystywani byli do usuwania zniszczeń wojennych i demontażu fabryk. Rosjanie rozbierali skomplikowane urządzenia, które później wędrowały na odkrytych wagonach tysiące kilometrów, by trafić w ręce ludzi, którzy nie mieli pojęcia jak je poskładać z powrotem. Dzięki tej polityce najnowocześniejsze w świecie zakłady pracy zamieniały się na wschodzie w góry złomu.

              Wysiedleni byli skutecznie oddzieleni od reszty mieszkańców. Dawało to możliwość ich bardzo szczegółowej obserwacji i wyłapywania członków NSDAP, SA i SS. Do obozów trafiali ludzie przeznaczeni do późniejszego wysiedlenia do Niemiec.

              Obóz w Błotnicy Strzeleckiej znajdował się w miejscu dzisiejszego zakładu wytwarzania pasz. Składał się z kilku drewnianych baraków, które pierwotnie były mieszkaniami emerytów kolejowych, a potem przymusowych robotników z Ukrainy. Robotnicy po przejściu frontu zmienili właścicieli i pracowali odtąd pod lufami żołnierzy sowieckich. Wiadomo na przykład, że część Ukraińców po przejściu frontu przebywało na folwarku Szymonia w Rozmierce, gdzie pod eskortą żołnierzy sowieckich pracowali w polu i oborze. Traktowani byli jak zdrajcy. Z relacji wiadomo z całą pewnością, że dużą liczbę Ukraińców sowieci rozstrzelali w pobliskich lasach. Znany jest też przypadek, kiedy to sowiecki sołdat skopał w Rozmierce ciężarną ukraińską dziewczynę, bo „nosi w łonie Germańca”. Dziewczyna poroniła.

              Błotnicki obóz był jednym z większych. Na terenie ziemi strzeleckiej były też małe obozy, w których przetrzymywano po kilkanaście osób. Znajdowały się one między innymi w Strzelcach Wielkich, Mokry Łanach, Suchych Łanach, Ligocie Dolnej, Zalesiu. Ich „pensjonariuszy” wywieziono głównie na wschód.

              Do obozu pracy w Błotnicy Strzeleckiej zostały doprowadzone osoby ze Strzelec Wielkich, Piotrówki (72 rodziny), Jemielnicy, Rozwadzy, Rozmierzy, Rozmierki, Izbicka (40 rodzin), Suchodańca (68 rodzin) oraz z Opola. Spis osób osadzonych znajduje się w Archiwum Państwowym w Opolu.

              Obóz zamieszkiwali przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Spali na drewnianej podłodze – jeden obok drugiego. Toaleta znajdowała się w jednym baraku. Myli się tam oraz korzystali z ubikacji - dwóch belek na środku baraku nad ściekiem – rowem w podłodze. W innym baraku była kuchnia. Więźniowie w mieszczącym się tam kotle mogli gotować posiłki. Tylko, że nie było z czego - nie dostawali prowiantu. Do kotła trafiało więc to, co kobiety znajdowały na okolicznych polach. Przeważnie były to buraki, z których przygotowywano lurowatą zupę. Warunki sanitarne szybko dały się we znaki. Więźniowie obozów zaczęli zapadać na dur brzuszny i tyfus.

              W obozie funkcjonowała kolejka wąskotorowa. Głodne dzieci bawiły się nią i jeździły całymi dniami czekając, aż rodzice wrócą z przymusowych prac. Krewni osadzonych codziennie wystawali pod bramami obozu czekając na wieści o swoich bliskich. Przynosili ze sobą paczki, które były dokładnie przeszukiwane. Normą było, że strażnicy wyjmowali z nich dla siebie wartościowe przedmioty, np. ubrania, mydło. Często paczki w ogóle nie trafiały do adresatów. Rodziny, świadome, co robią strażnicy, często próbowały przerzucać żywność przez 4-metrowy płot obozu. Czasem się to udawało i wielu osadzonym ratowało życie.

              OŁOWIANE TRUMIENKI
              Osadzeni w obozach wykorzystywani byli nie tylko do pracy w folwarkach. Młodzi mężczyźni pracowali przy rozbiórce niemieckiego pomnika na Górze św. Anny. Zostali skierowani do tej pracy „ze względów moralnych”. Przy niszczeniu monumentu przez 3 tygodnie pracowało 80 osób.

              Imponujący pomnik, wybudowany za czasów hitlerowskich, krył szczątki niemieckich żołnierzy poległych podczas walk z polskimi powstańcami. Była to niska rotunda, która z zewnątrz wydawał się dość niewielka. Dopiero wchodząc do jej wnętrza można było docenić ogrom budowli. Znajdowała się tam Totenhalle – sala zmarłych, w której w ołowianych trumienkach spoczywały szczątki. Na środku hali osadzona była rzeźba umierającego germańskiego wojownika.

              Wysłani z obozu najpierw wysypali szczątki z ołowianych trumien, które złożono w zbiorowej mogile na cmentarzu parafialnym na Górze św. Anny. Metalowe trumny wywieziono w nieznanym kierunku. Więźniom kazano później skuwać mozaikę w środku mauzoleum. Kiedy w budowli nie pozostało już nic do zdemontowania, sprawą zajęli się saperzy. Po założeniu ładunków pomnik wysadzono, a huk eksplozji słychać było w oddalonych miejscowościach.

              OBOZOWE ŻYCIE
              Racja żywnościowa więźniów wynosiła 200 g chleba na śniadanie. Po pracy dostawali czasem zupę, a czasem maślankę z ziemniakami. Z przekazów ustnych wiadomo, że w obozie z pewnością zmarła jedna osoba. Był to starszy mężczyzna, były niemiecki żołnierz. Jego personaliów ani miejsca pochówku nie znamy. Osoby, które zachorowały lub były w złym stanie zdrowia - zwalniano. Wiele zmarło już w domu z powodu chorób, którymi zarazili się w obozie. Część chorych nie miała gdzie wrócić. Ich domy zostały przekazane repatriantom. Często umierali w strzeleckim szpitalu lub – przygarnięci – w domach przyjaciół.

              Brakuje dokumentów potwierdzających torturowanie więźniów. Z ustnych przekazów wiadomo jednak, że przynajmniej jedna kobieta była przetrzymywana w karcerze na mokrej podłodze przez trzy dni. Komendantem obozu był Józek Kubicki (lub Kubacki). Znane są też imiona niektórych strażników – Antek, Staszek i Józek. Ci byli najokrutniejsi. Komendant miał narzeczoną z Jemielnicy, która często przyjeżdżała do Błotnicy Strzeleckiej. Jeździli motorem dookoła obozu.

              Komendant osobiście rewidował kobiety odwiedzające obóz. Rekwirował żywność a kobiety trafiały na noc do bunkra.

              GLIWICE
              Część Ślązaków umieszczono w obozie pracy w Gliwicach-Łabędach. Tam nadzorcami byli Rosjanie. Dowiedział się o tym starosta strzelecki, Zygmunt Nowak. Pewnego dnia wyruszył do Łabęd konwój samochodów, w którym wzięli udział także funkcjonariusze MO i UB. Zygmunt
              • berncik Re: Ciekawo historyjka: 20.01.12, 19:26
                To jest dalszo czesc z Obozu.
                GLIWICE
                Część Ślązaków umieszczono w obozie pracy w Gliwicach-Łabędach. Tam nadzorcami byli Rosjanie. Dowiedział się o tym starosta strzelecki, Zygmunt Nowak. Pewnego dnia wyruszył do Łabęd konwój samochodów, w którym wzięli udział także funkcjonariusze MO i UB. Zygmunt Nowak zabrał ze sobą najlepszą walutę – morze wódki.

                Po dłuższym „przekonywaniu” strażników dobito targu. Z obozu udało mu się wydobyć 643 osoby, które pieszo, pod eskortą milicji przeszły do obozu w Błotnicy. Był początek sierpnia 1945 roku.

                Wiele osób było wygłodzonych i schorowanych. Wiadomo, że Paul Kachel (1927-1949) z Jędryń zmarł później na gruźlicę, której nabawił się w obozie. Starosta kazał wydać przybyłym pożywną grochówkę z kartoflami i chleb z kawą.

                8 i 9 sierpnia w Błotnicy odbyły się przesłuchania prowadzone przez komisję weryfikacyjną. Miały one zadecydować o zwolnieniu osadzonych. Odbywały się pod kierownictwem kpt. Barana (kierownika miejscowego urzędu bezpieczeństwa), por. Piechucha i ob. Laska. W tych dniach przesłuchano łącznie 220 uwięzionych. Zweryfikowano 214 osób, które zostały zwolnione z obozu. Każdej wydano odpowiednie zaświadczenie i zobowiązano, by po przybyciu do miejsca zamieszkania, w ciągu 24 godzin, zgłosiła się do miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa, ewentualnie do najbliższego posterunku Milicji Obywatelskiej.

                Sześć osób przesłuchiwanych w obozie pracy w Błotnicy Strzeleckiej, zadeklarowało się, że są Niemcami. Pięcioro z nich należało do partii nazistowskiej, a jedna brała udział w walkach powstańczych po stronie niemieckiej. Cała szóstka pozostała w obozie.

                Obóz pracy zlikwidowano w październiku 1945 r. W tym czasie przebywało tu jeszcze 476 więźniów. Część (112) zdecydowała się na dobrowolny wyjazd do Niemiec, a 364 osóby zostały przydzielone do pracy na folwarkach. Po krótkim czasie, po uzyskaniu pozytywnej weryfikacji, zostały zwolnione do miejsc zamieszkania. Część baraków przystosowano na mieszkania, inne rozebrano na opał, bo zbliżała się zima.

                Zwolnieni z obozu pieszo wędrowali do swoich gospodarstw, które były zajęte przez repatriantów. Dochodziło do kłótni, ale często przez jakiś czas razem mieszkali w zgodzie. Zdarzały się przypadki, że repatrianci opuszczali posesję prawowitych właścicieli i wyjeżdżali. W innych przypadkach przyjeżdżała powiatowa komisja i dochodziło do uzgodnienia, kto ma być gospodarzem. Wszystko zależało od dobrej woli każdej ze stron. Wielu wracających zastawało już tylko doszczętnie ograbione gospodarstwa.
                PIOTR SMYKAŁA
                ROMUALD KUBIK

                Zmarli po wyjściu z obozu:
                Maria Gaschin (ur. 30 listopada 1908 r.) z Rozmierzy. Zmarła po opuszczeniu obozu pracy 12 października 1945 r. mając 36 lat. Z obozu została przywieziona na wózku do domu już nieprzytomna z wysoką gorączką. Potem została przewieziona do szpitala, gdzie zmarła.
                Josef Niestroj z Rozmierzy zmarł w szpitalu strzeleckim 26 września 1945 r.
                Frieda Schulz z Rozmierzy zmarła w czasie transportu do Niemiec 20 października 1945 r. w Berlinie.
                Franz Spur z Rozwadzy zmarł po uwolnieniu z obozu w wieku 61 lat.
                Zdarzały się przypadki ucieczek z obozu. Uciekł między innymi Wilhelm Gaschin (ur. 1936 r.) z Rozmierzy. Po latach, w 1957 r. udało mu się wyjechać do Niemiec do ojca Paula Gaschina (1904-1973). Z obozu uciekli także młodzi chłopcy z Rozwadzy: Oskar Giemza (lat 12), Franz Kura (lat 14).
                Z Rozmierzy umieszczono w obozie w Błotnicy między innymi:
                Augustyna i Jadwigę Skrzypczyk oraz dzieci Annę, Helenę, Jerzego, Franciszka, Jadwigę i Augustyna
                rodzinę Polaczek
                Paulinę i Emanuela Mrohs oraz ich dzieci Emmę, Alfreda (ur. 1930 r.), Antoniego i Johanna
                Paulinę Ploch
                Anastazję i Wilhelma Metzner oraz ich dzieci Jana, Gintra i Engelberta
                rodzinę Josefę i Josefa Niestroj – zmarł
                Marię Gaschin – zmarła
                Friedę Rieckhoff
                Friedę Schulz – zmarła
                Annę Gawlik.

                Dzięki Helmutowi Polewce z Rozwadzy wiemy, kto był w obozie pracy w Błotnicy Strzeleckiej.
                Z Rozwadzy (pow. krapkowicki) w obozie znaleźli się między innymi:
                Gertrud Beer (lat 46)
                Anna (lat 49) i Klara (lat 18) Domin
                Pelagia (lat 45) i Phillipp (lat 69) Dyballa
                Franciska Gach (lat 42)
                Emilia (lat 53), Maria (lat 24) i Oskar (lat 12) Giemza
                Marta (lat 42), Paul (lat 52) i Urszula (lat 17) Golombek
                Edmund (lat 52) i Anna (lat 29) Greschista
                Johann (lat 48), Klara (lat 40), Hedwig (lat 19) i Rudolf (lat 11) Jonza
                Elisabeth (lat 44), Christine (lat 13), Siegfried (lat 11) i Luise (lat 9) Klein
                Maria Klencz (lat 55)
                Cäcilie (lat 45), Gerda (lat 13) i Irmgard (lat 11) Klöppel
                Agnes (lat 44), Franz (lat 14), Erich (lat 12), Josef (lat 10), Reinhold (lat 8) i Heinrich (lat 6) Kura
                Klara (lat 49), Hubert (lat 17), Anna (lat 15) i Elisabeth (lat 9) Macha
                Eufemia (lat 38) i Alfred (lat 17) Morawietz
                Katharina (lat 49) i Luzie (lat 16) Ocipinski
                Anna (lat 39), Erich (lat 16) i Walter (lat 10) Schulwitz
                Konstantin (lat 57), Franciska (lat 45), Elfriede (lat 23), Regina (lat 21) i Luzie (lat 13) Stach
                Franz (lat 61), Berta (lat 55), Klara (lat 25), Urszula (lat 19), Bernhard (lat 17) i Elisabeth (lat 22) Spur
                Alfons Wilkens (lat 21)
                Maria Wolny (lat 48)
                Renata (lat 8) i Rita (lat 4) Zipper.

                Z Rozmierki do obozu trafili między innymi:
                Hedwig Markieton. Została osadzona 28 sierpnia 1945 r. Zwolniona z obozu została 12 października 1945 r. po weryfikacji. Jej posiadłość po przybyciu do Rozmierki była zajęta przez nowych gospodarzy.
                Henryk Skoberla. Gospodarstwo po zwolnieniu także zajęte przez repatriantów.
                Franciska Polaczek. Gospodarstwo po zwolnieniu zajęte przez repatriantów.
                Z Szymiszowa w obozie znalazła się między innymi:
                Hedwig Gospodarek. Została wysiedlona 14 czerwca 1945 r. Jej mąż w 1937 r. został zmuszony do wstąpienia do NSDAP pod groźbą utraty pracy. Potem został przez żołnierzy sowieckich internowany na wschód. Hedwig Gospodarek po zwolnieniu z obozu powróciła do Szymiszowa, a gospodarstwo było już przejęte przez repatriantów.

                Z Suchodańca w obozie przebywali między innymi:
                Elisabeth (ur. 1932 r.) i Josef (ur. 1929 r.) Koziol. Zostali wysiedleni 25 sierpnia 1945 r. razem z matką, a potem dostał się tam ich ojciec, który dopiero opuścił obóz koncentracyjny Mauthausen. Uznano to za pomyłkę i zostali wszyscy zwolnieni po weryfikacji 8 września 1945 r.
                Elisabeth Skowronek razem z siedmiorgiem dzieci dostała się do obozu 27 sierpnia 1945 r. Po trzech tygodniach wszyscy zostali zwolnieni. Ich posiadłość zajęli repatrianci.
                Albert Krawczyk osadzony 25 sierpnia 1945 r. Został zwolniony po 4 tygodniach.
                Anna Drzymotowa wysiedlona 25 sierpnia 1945 r.
                Adolf Utykała wysiedlony 27 sierpnia 1945 r.
                Barbara Krawczyk wysiedlona 28 sierpnia 1945 r.
                Johann Kuczera
                Hyacinth Hurek
                Katharina Piechaczek
                Johann Hermansa.


                • berncik Re: Ciekawo historyjka: 23.01.12, 18:56
                  Obóz w Błotnicy – ciąg dalszy

                  Historia
                  594 (47)

                  Po naszej publikacji o obozie w Błotnicy Strzeleckiej zgłosiło się wiele osób, które pamiętają tamte wydarzenia. Obóz ten działał tuż po wojnie. Przetrzymywano w nim osoby, które nowej władzy wydawały się podejrzane narodowościowo.

                  SZYMISZÓW
                  Piąta rano, 14 czerwca 1945 roku. Do Szymiszowa wjeżdża kolumna wozów z funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. Ich celem jest wysiedlenie kilkunastu rodzin, które znajdują się na przygotowanej wcześniej liście.

                  Rankiem wszystkich tych mieszkańców wyprowadzono z domu i pod eskortą doprowadzono do kamiennego krzyża obok karczmy w centrum wsi. Tu czekały już ciężarówki, na które zostali zapakowani. Wysiedlonymi byli głównie starsi mężczyźni i kobiety z dziećmi. Podczas akcji słyszało się wyzwiska – germańcy, szwaby, itp.

                  Aresztowanych przywieziono do Strzelec, gdzie przy zrujnowanym rynku swoją siedzibę miał Urząd Bezpieczeństwa. Jednym z nielicznych ocalałych domów był dawny sklep Filipa Kiersteina (dziś w tym miejscu, na rogu Wojska Polskiego i Rynku znajduje się sklep jubilerski). Budynek posiadał ważną zaletę dla nowych zastosowań – głęboką piwnicę z grubymi murami.

                  Miejsce to nazywano katownią strzelecką. Więźniowie byli tu bici i katowani. Niepotwierdzone relacje mówią o trupach. Jeden z mieszkańców Rozmierki tak wspomina: Moja matka dostała się przez karabin schowany na strychu, a mąż walczył na wschodzie, gdzie poległ. Była tu przetrzymywana i przesłuchiwana około 3 tygodnie. Ale także musiała sprzątać po wybrykach katów strzeleckich. Ze ścian zmywała krew a nawet resztki kości.

                  Ubecki areszt był zbyt mały, by pomieścić wszystkich przywiezionych. Zostali więc przewiezieni do więzienia przy ulicy Gogolińskiej. Tu do jednej celi pakowano nawet 15 osób.

                  ŻYCIE WIĘZIENNE
                  Dorośli musieli pracować. Sprzątali korytarze, cele i plac więzienny. Dzieci, nie rozumiejąc sytuacji, bawiły się całymi dniami. Posiłki częściowo przynosili strażnicy, lecz w większości więźniowie musieli radzić sobie sami. Kobiety gotowały zielska zerwane na więziennym placu. Przeważnie był to rumianek. Według relacji osadzonych – strażnicy specjalnie załatwiali swoje potrzeby na krzaki. Często też kpili: Patrz – piją i jedzą te ziółka, a i tak te szwaby jakoś nie zdychają.

                  Wywiezieni z Szymiszowa siedzieli tutaj przez 2 tygodnie. Potem pieszo, pod eskortą odprowadzono ich do obozu w Błotnicy Strzeleckiej. Sytuacja osadzonych się nie poprawiła, a strażnicy naśmiewali się nawet z mówiących po śląsku, że szwab zostanie szwabem. Po pewnym czasie małe dzieci otrzymały przydział mleka. Mleko dostała też jedna, wyjątkowo wychudzona 12-letnia dziewczynka. Strażnicy obawiali się, że umrze.

                  Świadkowie pamiętają, że z Szymiszowa zmarły tu 2 osoby. Jedną z nich była babcia o nazwisku Ploch, wysiedlona z rodziną Greipel. Nie znamy jej imienia. Strażnicy nie ulokowali jej w szpitalu mimo próśb współwięźniów. Strażnik o imieniu Józef powiedział nawet: Ta cholera niech tu zdechnie. W obozie zmarła także żona Ernsta Morawitzkiego (imię nieznane), kierownika szkoły w Szymiszowie.

                  KADŁUBIEC
                  Po tej wywózce do swych krewnych w Kadłubcu przyszła jedna z mieszkanek Szymiszowa. Opowiedziała o wszystkim, lecz nie dano jej wiary. Następnego dnia, 15 czerwca, także kilka rodzin z Kadłubca zostało zapakowanych na ciężarówki i wywiezionych do Błotnicy.

                  Wcześniej Annie Matheja z d. Panek udało się uciec z siedmiorgiem dzieci (Therese, Otylie, Josef, Anna, Richard, Anton i Ruth). Ukryli się w pobliskim kamieniołomie, gdzie przesiedzieli 4 dni. Głód zmusił Annę do poszukania czegoś do jedzenia w swoim domu, lecz tam spotkała już osiedlonych repatriantów. Nowi gospodarze pobili Annę.

                  Udało się jej przeżyć dzięki pomocy sąsiadów. Koszmarne warunki sprawiły jednak, że najmłodsza, urodzona w listopadzie 1944 roku Ruth zmarła. Rodzinie udało się odzyskać gospodarstwo dopiero po dłuższym czasie.

                  PIOTR SMYKAŁA
                  ROMUALD KUBIK

                  Z Szymiszowa w obozie pracy byli osadzeni między innymi:
                  Franz Ploch (1877-1960), rolnik i urzędnik – zajmował się badaniem mięsa i wydawaniem pozwolenia na jego obrót.

                  Johann Lyssek z rodziną, rolnik, osadzony z dziećmi (Therese, Josef i Heinrich).

                  Anna Habasch (1900-1970), mąż był na froncie, dzieci pracowały na folwarku, kiedy doszło do wysiedlenia. Anna Habasch została sama osadzona w obozie pracy, a dzieci pod jej nieobecność wychowywała ciotka.

                  Martha Rakoczy (1912-2005), osadzona z dziećmi: Elisabeth (ur. 1932r.), Maria (ur. 1935r.) i Urszula (ur. 1941r.).

                  Valentine Labus (1914-2001), osadzona z dziećmi: Wilfrieda (ur. 1939r.), Joachim (ur. 1943r.) i Ilsa (ur. 19 stycznia 1945r.).

                  Sofie Piontek, posiadała gospodarstwo rolne, wdowa z dwójką dzieci.

                  Franz Gospodarek (1900-1993), strażnik więzienny, rolnik, żona Magdalena, dzieci: Ewald, Willi, Heinrich (1936-1997) i Erna.

                  Hedwig Gospodarek (1900-1989) z dziećmi (Steffi, Hilda, Maria, Georg i Norbert).

                  Hedwig Greipel (ur. 1912r.), posiadała gospodarstwa rolne, osadzona razem z dziećmi (Helmer, Reinhold i Krysta) oraz babcią z rodziny Ploch (brak imienia), która zmarła w obozie. Pani Ploch był siostrą Franza Plocha, który także był w obozie.

                  Josef Woitalla, gospodarz rolny, osadzony z żoną Franciską i dziećmi (Alojz, Maria, Luci, Josef, Johann, Michael).

                  Ernst Morawitzki, kierownik szkoły i organista w Szymiszowie, osadzony z żoną, która zmarła w obozie i córką Ruth. Po weryfikacji Ernst Morawitzki z córką Ruth wyjechał do Niemiec.

                  Maria Simon, posiadała gospodarstwo rolne, wysiedlona z dziećmi (Josef, Johann, Hildegarda).

                  Anna Kampa, wdowa, starsza pani.

                  Emilie Paul (1903-2000), mąż Georg był na froncie, potem w lagrze. Wcześniej był nauczycielem w Szymiszowie. W obozie Emilie Paul znalazła się z dziećmi: Ursula (ur. 1936r.) i Inga (ur. 1937r.). Wrócili do domu, jednak po kilku dniach rodzina Paul została wydalona i musiała wyjechać na zachód.

                  Josef Bock, starszy człowiek z małego gospodarstwa rolnego. Osadzony z żoną i córkami (Magdalena i Adelheid). W czasach międzywojennych agitował za Polską. Dzieci woził do szkoły prywatnej polskiej w Jędryniach.

                  Rodzina Kmitta, leśniczy na dobrach hrabiowskich u Strachwitzów oraz 3 jego córki: Edeltrauda, Ermgarda oraz o nieznanym imieniu, która została wywieziona na daleki wschód, gdzie zginęła.

                  Franciska Wieczorek, jej trzech synów poległo na froncie (Paul, Josef i Franz). W 1945r. została wysiedlona do obozu pracy.

                  Rodzina Blyszcz: Konrad Blyszcz (1917-1982) walczył na froncie wojennym, gdzie stracił nogę i był w domu jako niezdolny do służby wojskowej, żona Elisabeth (1920-2001) oraz córka Therese (ur. 1944r.), wszyscy byli w obozie pracy.

                  Rodzina Kowol, matka z 3 córkami – osadzeni w obozie pracy, ojciec był urzędnikiem na kolei.

                  Z Kadłubca w obozie byli osadzeni między innymi:

                  Franciska Matheja z d. Nowak (pochodziła z Głogówka), mąż Juliusz pod koniec wojny został powołany na front wojenny i nigdy nie wrócił. Franciska została osadzona z siedmiorgiem dzieci (Maria, Stefania, Felix, Gotfryd, Walburga, Hubert i najmłodsza córka – imię nieznane, która po opuszczeniu obozu zmarła na tyfus).

                  Rodzina Schuba.

                  Rodzina Blyszcz.

                  Rodzina Gatner.
                  • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 23.01.12, 19:25
                    Berncik, mie by ciekawiyła Twoja opinia na jakej podstawie zawiyrali tych ludzi.
                    Zadowom se to pytanie od długszego czasu i nie znejduja racjonalnej odpowiedzi.
                    Sledzioł ech ta sprawa w poru miejscowościach kole Rud Wielkich.Majom tam dokładnie prowadzone kroniki poległych we wojnach,zamordowanych przez Rusow zaroz po wkroczyniu
                    i zmarłych abo zamynczonych w tych lagrach.
                    Przipuszczom,że te Rusy ani nieskorzi Polocy ni mieli jakegoś opracowanego schematu ani
                    dostatecznej wiedzy o ludziach,kierych majom zawrzyć.
                    Mom tu też tako mało luka we wspomniyniach osobistych z wojny,bo mie do 1947 roku sam nie było.
                    Jak my przijechali to sytuacja była już "uregulowano",jak idzie w tych sprawach użyć takigo słowa ale idzie o to,że już ludzi nie zawiyrali bez podowania choby pretekstu.
                    Siedmiu abo ośmiu moich kolegow ze szkoły zawarli za jejich gupota. Sondziyli ich z podejrzynio o przinależność do Wehrwolfu.
                    Ostatecznie te oskarzynie upadło ale i tak dostali po 6- 7 lot za próba obalynio ustroju.
                    Szczegóły to już oddzielno a pouczajonco historia.
                    • berncik Re: Ciekawo historyjka: 23.01.12, 22:21
                      Bracie Jakuba:Nie wia czi byda Ci to umiou ku Twojemu zadowoleniu odpedziec.Bo czamu tych ludzi zawierali we Lagrach ,?to mosz wiency prziczyn.
                      Nojwazniejszo boua ze, Poloki potrzebowali miejsce dlo repartriantow zza Buga.A potym to juz kozdy pretekst bou dobry.Od mojej Schwiegermutry Matka ze bechindertom Cerom tysz we Blotnicy zawarli bo Gorolowi se gospodarka podobala. Za interwencjom soutysa w komandanturze we Strzelcach jom wypuscieli po pou roku.Jak prziszla nazot do Poremby to Gorole juz tam siedzieli i za jakis czas kozali im se wyniesc.(Zebrali ze sobom wszystko co nie bouo jejich)Inaczi zas UB suchauo pod oknoma na wieczor czi ludzie suchajom Niemiecky Radio
                      Rano prziszla policja zebrali cauo rodzina do katowni na przesuchanie i juz ich nie bouo.
                      Kablowanie napewno tysz bouo bo ludzie som jake som.Zdrugej strony bouo duzo solidarität
                      miendzy miejscowymi ludzmi .Moj Schwiegervatter bou we wiadomej Parti dos aktiv, ale przez to nie musiou byc zly.Dos duzo ludziom pomogou i bez wojna jak Rusy wlezli to mieli poune gospodarstwo ludzi co se boli.Po Latach przijechou i dugo we gorolowicach nie wytrzimou
                      Jak szou do ratusza to se zawsze pytou.Jak dugo wy warszawske zlodzieje chcecie nos jeszcze okrodacRoz Go zawolali pedzieli Opa jedz se do Rajchu.Gospodarka przepisou Synowi a som pojecho bo se nie umiou mit der Polnischen wirtschaft pogodzic.to juz bouy koniec 60 lot.Im wieksze gospodarstwo tym wieksze bouy represje,bo to byli te przislowiowe kulaki.Zawierali do lagrow ludzi co nie umieli obowionskowe odstawy spelnic .Najpierw im zebrali bydlo konie i maszyny ,a potym ich zawierali.We Strzelcach zagniezdzioua se nojwiekszo chouota ze Sosnowca .Wszystke prezesy przetsiembiorstw ,dyrektory firm,sekretarze partyjni,to byli nieuki i zlodzieje zza Brynicy.Jo wiem o czym godom .Bo jo przez przipadek dostou se roz do tego grona .Bo jedyn jem pedziou ze jo je godny zaufania,
                      i Oni se przescigali w opowiadaniu o starych czasach jak po wojnie tych ludzi se starali po prostu ujebac.Za nic. Wymieniali nazwiska ludzi ze wsiow kerych znou.Jo ino przitakiwou ,a oni ty jestes mlody sluchaj i uczsie.Ta przeklynto banda zachowywala sie jak zaborca,a dzisiej nie jest inczi ino zakamuflowano.
                      • 1fatum Re: Ciekawo historyjka: 23.01.12, 23:35
                        Znam z opowiadania mieszkańca śląska opolskiego o tamtych czasach.
                        Oprócz powodów wcześniej podanych najwięcej aresztowań i prześladowania było w wyniku denuncjacji sąsiadów-Polaków. Okazało się, że repatrianci byli bardziej ludzcy od miejscowych.

                        Podobnie było z donosami w Warszawie w czasie wojny. GESTAPO nie dawało rady "przerobić" donosów. Podobnie i w tym powojennym przypadku nowa władza bez donosicieli byłaby ślepa i głucha.

                        Jak zawsze aktualny jest zwrot: "Uprzejmie donoszę, aczkolwiek z wrodzonym wstrętem, albowiem mam to we krwi, że ...... (dalej mamy treść donosu)".

                        Mniej inteligentni i niepiśmienni szli osobiści do władz donosząc na sąsiadów.
                        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 24.01.12, 19:43
                          Krew na śniegu

                          Historia
                          653 (4)

                          W dniu, w którym ukazał się ten numer Strzelca, mija 67. rocznica śmierci proboszcza Karla Langego. Zginął z rąk sowieckich żołnierzy i nawet po śmierci uratował wiele mieszkańców Strzelec przed strasznym losem.

                          Z MIESZANEJ RODZINY
                          Karl Lange urodził się 21 lutego 1870 r. w Wolanach (wówczas Ober Schwedeldorf) w powiecie kłodzkim. Jego ojciec, Otto, pochodził z Westfalii i był najmłodszym potomkiem właścicieli stalowni. Pełnił funkcję agronoma. Matka, Anna, była córką właścicieli karczmy i gospodarstwa rolnego. Małżeństwo to dochowało się 10. dzieci, z których dwoje, Karl i Ernst, zostali katolickimi duchownymi. Nie było to takie oczywiste, ponieważ tylko matka była katoliczką. Otto Lange był ewangelikiem.

                          Z czasem rodzina przeniosła się do Roszkowa (Roschkau) koło Raciborza, gdzie Otto otrzymał posadę starszego inspektora na dobrach ziemskich księcia Lichnowskiego. Umarł w Rokitnicy (dziś dzielnica Zabrza) na plebanii swojego syna Ernsta. Pierwotnie pochowano go w Gogolinie, a po śmierci małżonki Anny, w 1938 r. przeniesiono jego szczątki do wspólnego grobu na cmentarzu miejskim w Opolu.

                          KAPŁAN UBOGICH
                          Powołanie Karl Lange poczuł po zdanej w Opolu maturze. Studia teologiczne odbył w latach 1890-1895. W tym czasie aktywnie uczestniczył w wielu organizacjach - m.in. w katolickiej korporacji studenckiej Winfridia. Na kapłana wyświęcił go 25 czerwca 1895 r. kardynał Georg Kopp. Jako wikary pracował w parafiach Mochów-Pauliny (Mochau) w latach 1895-1898, w Głogówku (Ober Glogau), by w 1902 r. przenieść się do Gogolina.

                          Dał się poznać jako niezwykle zaangażowany i powszechnie lubiany duszpasterz, który koncentrował się szczególnie na wychowaniu młodzieży. Jego charakterystyczną cechą było to, że troszczył się o dwujęzyczność nauki, przy czym większy nacisk kładł na naukę języka polskiego. Był też całkowitym abstynentem. Od 1897 r. nie pił alkoholu i nie używał tytoniu.

                          W Gogolinie zajął się wybudowanym w latach 1899-1901 nowym kościołem pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. W 1903 r. został on podniesiony do rangi parafii. W 1904 r. powstał cmentarz parafialny, w 1908 wybudowano plebanię z salką katechetyczną.

                          Ksiądz Lange patronował licznym organizacjom katolickim. Założył bibliotekę z polskimi i niemieckimi książkami. Angażował się w pomoc finansową i żywieniową dla najuboższych parafian. Z jego inicjatywy kościół otrzymał dzwony i nowy główny ołtarz, a obok szpitala powstała szkoła gospodarstwa domowego dla dziewcząt i panien.

                          W WIELKICH STRZELCACH
                          Po śmierci ks. dziekana Maksymiliana Ganczarskiego w 1925 r. K. Lange został w marcu 1926 r. powołany do parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach. Zatroszczył się o doposażenie kościoła. Pod jego przewodnictwem powstały dwa nowe ołtarze boczne (w prawej stronie transeptu), wykonano instalację grzewczą i zamontowano dodatkowe piszczałki organowe. Cały kościół został też wymalowany. Poza tym, utworzono świetlicę i czytelnię dla młodzieży oraz wybudowano pomieszczenia katechetyczne.

                          W 1927 r. ks. Lange założył Katolickie Biuro Ludowe, którego celem było niesienie pomocy potrzebującym w całym powiecie strzeleckim. Czynnie wspierał budowę osiedli robotniczych w Strzelcach Wielkich i Zawadzkiem. Zorganizował w parafii i dekanacie stację „Caritas”. W czasie wojny odprawiał msze święte w kościele św. Barbary dla robotników przymusowych pracujących dla Trzeciej Rzeszy. Był opiekunem katolickich grup młodzieżowych, z którymi jeździł na wycieczki.

                          W styczniu 1945 r. klęska niemieckiego wojska była już oczywista. Front zbliżał się do miasta w przerażającym tempie i mieszkańcy uciekali na wszelkie sposoby. Do wyjazdu namawiano też proboszcza, który kategorycznie odmówił. - Rosjanie to też ludzie - odpowiedział i pozostał.

                          20 stycznia w sobotę sowieckie samoloty ostrzelały na stacji kolejowej pociąg z uciekinierami. Wielu zginęło. Ksiądz Lange przybył na dworzec, by udzielić im ostatniej posługi i pocieszać żyjących. Następnego ranka po ulicach Strzelec niósł się już chrzęst gąsienic czołgów Czerwonej Armii.

                          Początkowo ekscesów nie było, ale wkrótce zaczęły się morderstwa, grabieże i gwałty. Żołnierze polowali na kobiety niezależnie od tego, jak były urodziwe i w jakim były wieku. Proboszcz wielokrotnie stawał w obronie mieszkańców. Część z nich, w większości kobiet, znalazła schronienie w krypcie pod prezbiterium strzeleckiego kościoła.

                          Jednego razu czerwonoarmista wywlekał urodziwą dziewczynę, która uczepiła się księdza, błagając go o ratunek. Nie wiadomo dokładnie, co się wydarzyło potem, lecz niektórzy świadkowie twierdzą, że żołnierz ją zostawił, grożąc przy tym proboszczowi - Jesteś zgubiony. Dziewczyna została potem złapana po raz drugi i zamordowana w tym samym dniu co proboszcz. Jej zwłoki zostały znalezione na Adamowicach za mostem kolejowym. Zmasakrowane ciało rozpoznano tylko dzięki szczątkom sukienki i długim warkoczom. Pochowano ją dopiero 22 marca 1945 r. Była to Ursüla Hawlitzschka urodzona 1 kwietnia 1929 r.

                          TAJEMNICA ŚMIERCI
                          24 stycznia na farę wkroczyła grupka sowieckich żołnierzy i zażądała zegarków. To było tak nagminnym zachowaniem, że nikogo nie zdziwiło. Sowieci budzili jednak przerażenie tym większe, że wszystkie zegarki były dawno już zrabowane. Takich odwiedzin strzelecka fara miała już wcześniej kilka. Kiedy nie dostali, czego chcieli, kazali proboszczowi i wikaremu iść z nimi. Na zewnątrz wikary przypomniał sobie, że ma jeszcze budzik i powiedział, że po niego pójdzie. Na odchodne ksiądz Lange miał za nim zawołać, żeby przyniósł mu kożuch, bo było mu bardzo zimno.

                          Po jakimś czasie żołnierze odeszli. Najdziwniejsze jest to, że wikary nie wrócił na dwór i dopiero następnego dnia znaleziono ciało proboszcza. Być może po prostu bał się wrócić i pomyślał, że proboszcz został zabrany na przesłuchanie. Nie wiadomo nawet, kim był ów wikary. W tym czasie w parafii przebywali kapłani: ks. wikary Alojzy Jany (1903-1967), emeryt ks. radca Viktor Hruby (1864-1947) i prawdopodobnie ks. wikary Paul Krafczyk.

                          Historia odnalezienia ciała Karla Lange ma kilka wersji. Jedna z nich mówi, że 25 stycznia znaleziono jego ciało przebite bagnetem na kościelnym placu. Inna opowieść głosi, że został on zamordowany w samym kościele, a jego zwinięte w agonii ciało wskazywało, że umierał w cierpieniu. Być może pchnięty w brzuch.

                          Były ministrant, Werner Otzko, opisał swoje wspomnienia w książce. Rankiem 25 stycznia udawał się na mszę św. odprawianą o godzinie 700. Przeszedł przez ogród klasztorny i na prawo od zakrystii zobaczył ciemną plamę. Podszedł bliżej i znalazł martwego ks. Lange w miejscu, gdzie dziś w pobliżu znajduje się jego grób.

                          Po śmierci proboszcza Sowieci rabowali, palili i mordowali na terenie miasta. Dnia 26 stycznia zabudowa miejska płonęła.

                          Ciało proboszcza spoczęło na marach przed ołtarzem, obok zrzuconego przez sołdatów tabernakulum. Ubrane przez siostry zakonne w szaty kapłańskie spoczywało tam kilka dni. W tym czasie wielokrotnie żołnierze wchodzili do kościoła, aby poszperać i widząc zwłoki księdza po cichu się z niego wycofywali. To uratowało wielu mieszkańców miasta, ukrywających się w krypcie pod prezbiterium.

                          Zwłoki księdza pochowano bez trumny 31 stycznia w miejscu, gdzie miał zginąć. Potem dokonano ponownego pochówku, już w trumnie, i wystawiono mu pomnik.

                          W setną rocznicę urodzin księdza, 21 lutego 1970 r. odprawiono uroczystość, w której brała także udział delegacja z Gogolina, której przewodniczył ks. Stanisław Schulz. Z tej okazji w gogolińskim kościele zawieszono pamiątkową tablicę. W 1990 r. jedna z ulic została nazwana imieniem ks. Karla Lange.

                          Od 2000 r. przeprowadzany jest jego proces beatyfikacyjny jako męczennika i ofiarę wojny.

                          PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
    • szwager_z_laband opowiesci niy ino o Glywicach 25.01.12, 18:48
      www.opowiescinieobecnych.org/index.html
      • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 25.01.12, 19:54
        Rzeź w Rożniątowie i Szymiszowie

        Historia
        603 (5)

        Historia lokalna
        Nadejście frontu w 1945 roku nie było katastrofą jedynie dla Strzelec. Mieszkańcy okolicznych wiosek również ponieśli ogromne straty. Po 20 stycznia, kiedy to do miasta wkroczyły wojska radzieckie, część żołnierzy niemieckich starała się ukryć w okolicznych osadach. Rychło zaczęła się akcja ich wyłapywania

        W tym czasie w Szymiszowie na przepustce przebywał Georg Kampa. Udał się do Strzelec by sprawdzić co się dzieje w mieście. Został zauważony i zastrzelony przez sowiecki patrol.

        W Szymiszowie, za kościołem w polu, stoi dom, w którym mieszkała Maria Grünberg. Została zamordowana 1 lutego. Brutalnie zabita została również Ursula Bartelt. Nie są znane dokładnie okoliczności jej śmierci.

        Do Rożniątowa sowieci wkroczyli 22 lub 23 stycznia. Dokładne daty wydarzeń są dziś trudne do ustalenia. Opodal rożniątowskiego wzgórza stoi samotny dom, w którym mieszkała rodzina Cibów. Dokonano tam egzekucji kilkunastu żołnierzy niemieckich. Pani Ciba sprzedała go później, bo nie była w stanie żyć w tym miejscu. Nie mogła zapomnieć widoku zwłok na swoim podwórzu.

        Egzekucji niemieckich żołnierzy dokonano również w piwnicy domu w koloni w Rożniątowie. Miała ich wskazać jedna z mieszkanek. Prawdopodobnie doszło do potyczek, bo zwłoki żołnierzy z obu armii leżały we wsi do połowy lutego. W sumie 36 ciał. Najgorsze były jednak zbrodnie dokonywane na ludności cywilnej.

        MŁYN HERZLA
        Według jednej z wersji to Wiktor Herzel strzelał najpierw do sowieckich żołnierzy. Dziać się to miało 29 stycznia. Najprawdopodobniej jednak to któryś z mieszkańców doniósł o przeszłości ojca rodziny. Przez pewien czas Wiktor Herzel (1881 – 1953) był zawodowym żołnierzem w armii pruskiej. Walczył podczas I wojny światowej, a jego syn, Herbert, służył w armii hitlerowskiej. Zginął niedługo po tych wydarzeniach - w marcu 1945 roku pod Niemodlinem.

        Sowieccy żołnierze weszli na teren gospodarstwa Herzelów i wyrzucili mieszkańców na zewnątrz. Ich płacz i krzyki usłyszał Silvester Adamik (1878 - 1945), sąsiad. Pobiegł zobaczyć co się dzieje i został zastrzelony. Pochowano go dopiero w sierpniu 1945 roku w Strzelcach. Być może jego ciało leżało do tego czasu niepogrzebane, lub złożono go tymczasowo w innym miejscu.

        Podczas zamieszania Wiktor Herzel został ranny. Udało mu się jednak uciec z domu przez małe okienko. Pomógł mu w tym podeszły w latach Johann Grzeschik (1881 – 1945), który sam został wyciągnięty na podwórze i postawiony ze wszystkimi na placu. Starał się przekonywać żołnierzy o niewinności mieszkańców. Bezskutecznie.

        Zakończyłoby się to pewnie masakrą, gdyby nie rosyjski oficer, który nadjechał w ostatniej chwili. Zaczął krzyczeć na żołnierzy. Kiedy nie dawało to skutku, po prostu wyciągnął pistolet i jednego z nich zastrzelił. Potem kazał żołnierzom się wynosić i mieszkańcom młyna dać spokój.

        Nie był jednak koniec tragedii. Johann Grzeschik wracał do domu z konewką mleka. Nigdy do niego nie dotarł. W połowie drogi dopadli go żołnierze, zaczęli kopać i bić kolbami. Opierał się przed wejściem do domu, by sowieci nie udali się za nim. Został zabity we własnym ogrodzie, najprawdopodobniej z zemsty przez kolegów zastrzelonego żołnierza. Udało mu się uratować resztę rodziny, chociaż jego wnuki wychowywały się bez dziadka i rodziców. Ich matka, Marianna Grzeschik zd. Koprek (ur. 1905), zmarła jeszcze w 1942 roku a ojciec, Josef, zaginął na froncie pod koniec wojny.

        Członkowie rodziny Herzel powtarzali potem, że przeżyli dzięki Johannowi Grzeschik.

        DOM RODZINY GAWLIK
        Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Wiele dni po wkroczeniu wojsk mieszkańcy Rożniątowa zorientowali się, że z komina domu Gawlików nie wydobywa się dym. Okna były zasłonięte a w oborze ryczały niewydojone krowy. W końcu sąsiedzi postanowili sprawdzić, co się stało i odkryli ciała.

        Są dwa scenariusze tego co się stało. Jedna z wersji mówi, że w domu przebywał niemiecki żołnierz na przepustce. Był członkiem rodziny. Kiedy do wsi wkroczyli sowieci, miał brawurowo uciec w cywilnym ubraniu w kierunku rożniątowskiego wzgórza. Żołnierze go nie dogonili. Nieszczęśliwie jednak z kieszeni wypadły mu dokumenty wojskowe, które zostały znalezione przez Rosjan. To ich rozwścieczyło i wrócili do domu Gawlików.

        Inna wersja mówi, że ktoś ze wsi doniósł, że w gospodarstwie Gawlików ukrywają się niemieccy żołnierze. Sowieci obstawili dom i go przeszukali. Kiedy nie znaleźli nikogo brutalnie wymordowali całą, trzypokoleniową rodzinę.

        Możemy tylko zrekonstruować wydarzenia. Domownicy zostali prawdopodobnie brutalnie przesłuchani. 62–letni Hyazinth Gawlik próbował uciekać, ale został trafiony kulą w głowę. Jego żonę najpierw sowieci przypalali na kuchennym piecu a potem zastrzelili. Córkom – Emmie (lat 19) i Marii (lat 23) rozpruto bagnetami brzuchy.

        Adolf Gawlik (30 lat) został zastrzelony na oczach żony Marii i ich dzieci. Potem zabili także ją. Kula, która ją przeszyła, zabiła także 4–letniego syna Ernsta. Najmłodsze dziecko, rocznego Alfreda, jeden z żołnierzy przebił bagnetem.

        W połowie lutego 1945 roku zostali pochowani na starym boisku przy dzisiejszej ulicy Brzozowej.

        ZBIOROWA MOGIŁA
        W Rożniątowie zginęli także:

        • Paul Pieschzan (lat 35) zginął, broniąc żonę przed żołnierzami

        • Bernhard Gattner (lat 35). W czasie wojny w jego gospodarstwie pracowali robotnicy przymusowi z Ukrainy. Kiedy do wsi weszli żołnierze Armii Czerwonej, Ukraińcy mieli się skarżyć na złe warunki i traktowanie. Bernhard Gattner został zastrzelony na podwórzu przez sowieckich żołnierzy

        • Franz Simon (lat 44). Nie udało się ustalić, w jakich okolicznościach zginął

        We wspólnym grobie na starym boisku spoczęli wszyscy. Obok siebie leżeli żołnierze niemieccy, sowieccy i ich ofiary. Poległych żołnierzy ekshumowano 3 lata później. Żołnierzy Armii Czerwonej przewieziono na cmentarz wojenny w Koźlu. Niemieccy też powędrowali do Koźla, lecz zamiast osobnych kwater trafili do wspólnego dołu.

        Mieszkańcy Rożniątowa dłużej czekali na powtórny pochówek. Przez lata na starym boisku pojawiały się znicze. Dopiero w 1958 roku wydobyto ich ze wspólnej mogiły. Na rozkaz władz zostali ekshumowani i przewiezieni na cmentarz w Opolu, gdzie znów trafili do wspólnego grobu. Przez lata rodziny musiały wyjeżdżać do Opola by zapalić znicze na grobie swych krewnych.

        Dziś już niemal nikt nie odwiedza wspólnej mogiły mieszkańców Rożniątowa w Opolu. Większość krewnych dawno zmarło, a żyjący nie znają ich historii. Wspólna mogiła została rozplanowana, a na jej miejscu powstały nowe kwatery.

        PIOTR SMYKAŁ

        RED. ROMUALD KUBIK

        Powyższy artykuł powstał na podstawie wspomnień świadków i księgi zmarłych parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach Opolskich.
        • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 26.01.12, 17:03
          Hodowla koni w Strzelcach Opolskich

          Historia
          591 (44)

          Strzelce słynęły w całej Europie ze swych koni. Zawdzięczają to pasji Andreasa Grafa Renard (1795-1874), który w 1825 roku założył stajnię w Olszowej. Hodowano tu ogiery pełnej krwi angielskiej oraz konie pociągowe. Najcenniejsze okazy hrabia Renard trzymał blisko siebie, w przypałacowej masztelarni, w której mieściło się 50 koni.

          Stadninę od 1861 roku prowadził syn hrabiego, Johannes Graf Renard (1829-1874). Konie z jego hodowli wygrywały największe wyścigi kontynentu. Odniosły między innymi zwycięstwa w wyścigach w Newmarket, Cambridge i Berlinie. 15 grudnia 1867 roku założono Deutschland Union-Klub, który miał na celu popieranie hodowli koni i promowanie wyścigów. Johannes Graf Renard został pierwszym prezydentem tej organizacji. W 1873 roku Graf Renard był pierwszym niemieckim zwycięzcą międzynarodowego biegu w Baden-Baden, który wygrał jego koń o imieniu Hochstapler.

          Kontynuatorem hodowli koni był Mortimer Graf Tschirschky-Renard, który został spadkobiercą Renardów po 1874 roku. Do końca II wojny światowej co roku odbywał się w Berlinie klasyczny bieg koni Hoppegarten nazywany Renard-Rennen (Bieg Renarda). Do 1945 roku konie były chlubą właścicieli dóbr strzeleckich. W setną rocznicę istnienia Union-Clubu (1967) urządzono w Baden-Baden tradycyjny dzień wyścigów konnych, w którym uwzględniono także Renard-Rennen.

          Po II wojnie światowej w mieście znów zaczęto hodować konie. W 1945 roku powstał Polski Związek Hodowców Koni, a jego zadaniem było odtworzenie tradycyjnych ras. Mimo wojny, w kraju pozostało dość dużo zwierząt z rodów ogierów oldenburskich, które stały się podstawą hodowli.

          Przez około 50 lat Strzelce Opolskie było znane z hodowli koni wyścigowych i zaprzęgowych. W 1950 roku w mieście powstał pierwszy ośrodek hodowli koni rasy śląskiej, przeznaczonych do celów rolniczych. Były to zwierzęta średniego wzrostu, dobrze ożebrowane, o posuwistym kłusie i dobrym stępie oraz dobrze wykorzystujące paszę.

          Od lat 60-tych XX wieku prężnie działał Ludowy Klub Jeździecki. Dyrektorem Stadniny Koni był wówczas Mirosław Wolek – były ułan, znawca koni i kolekcjoner militariów. Znany był z tego, że w czasie pracy po okolicy jeździł nie samochodem, lecz zawsze konno. Do czasu likwidacji klubu jeździeckiego prezesami byli: Rudolf Bomba, Stanisław Olszewski, Kazimierz Czajka, Marian Strumiński. Instruktorzy jazdy konnej to: Jan Czyż, Maria Szymańska, Wojciech Dąbrowski.

          W Ludowym Klubie Jeździeckim startowało wielu zawodników, którzy zdobywali nagrody w zawodach regionalnych i ogólnopolskich. Do najbardziej utalentowanych i znanych zawodników zaliczali się: Izabela Olszewska, Beata Sumera, Danuta Drożdż, Piotr Woźnica, Henryk Krok, Robert Urbański, Józef Witek, Arnold Karol, Stanisław Hutnik, Szczęsny Szymański, Andrzej Saganek, Jan Prus, Jerzy Grabelus, Leszek Manowski, Paweł Bomba i bracia Lipkowie.

          W latach 70-tych XX wieku koń śląski stracił na popularności ze względu na mechanizację rolnictwa. Utrzymanie tej rasy stało się nieopłacalne. W stadninie rozpoczęto chów koni do zaprzęgów, a także ogierów pełnej krwi i ogierów małopolskich. Pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku w Stadninie Koni w Strzelcach Opolskich było 70 klaczy oraz kary ogier Glockner, Centimo i siwy Eidam oraz ogier Lakmus.

          Trzeciego kwietnia 1996 roku wskutek trudności finansowych, decyzją Urzędu Wojewódzkiego w Opolu, Ludowy Klub Jeździecki w Strzelcach Opolskich został wykreślony z rejestrów klubów i rozwiązany.

          Z początkiem lat 90-tych Stadnina Koni w Strzelcach Opolskich popadła w trudności finansowe. Mimo tego nadal próbowała istnieć na wolnym rynku. Jednak po kilku latach, 31 stycznia 1998 roku, została podjęta decyzja o jej zamknięciu. Od 30 kwietnia 1998 roku rozpoczęła się likwidacja Stadniny Koni przez ustanowionego likwidatora. W wyniku tego konie przeniesiono do Książa, a majątek wyprzedano.

          W różnym okresie istnienia w stadninie pracowało od 200 do 600 osób. Znajdowały one zajęcie nie tylko w Strzelcach Opolskich, a także w gospodarstwach w Księżym Lesie, Kalinowie, Kalinowicach, Warmątowicach, Olszowej, Szymiszowie i Rozmierce.

          Dzisiaj w okolicy jest tylko kilku pasjonatów, którzy hodują konie dla rekreacji.
          PIOTR SMYKAŁA
          Romuald Kubik
          • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 27.01.12, 16:53
            Poczta w Strzelcach Wielkich

            Historia
            590 (43)

            Pierwsza regularna poczta rozpoczęła działalność w Strzelcach Wielkich w czasach austriackich. Placówka działała jednak inaczej niż dzisiaj. Przesyłki wysyłane były jedynie przez najbogatszych mieszkańców grodu, gdyż tylko oni mogli sobie na nie pozwolić. Punkt pocztowy znajdował się najprawdopodobniej w ratuszu. Oprócz tego, miasto lub właściciel zamku posiadali własnych kurierów.

            W 1697 roku w mieście istniała tzw. poczta przejściowa. W 1713 roku funkcjonowała już poczta stała. Przesyłki wysyłane były konno w dwóch kierunkach – do Wrocławia i Tarnowskich Gór. Dopiero stamtąd wędrowały dalej. Po pierwszej wojnie śląskiej, w 1742 roku, nastąpiła kontrola wszystkich placówek pocztowych na terenie Śląska. Do Strzelec przybył komisarz pocztowy Hänel, który wystawił placówce w mieście bardzo złą opinię. Nie znamy niestety szczegółów jego raportu.

            Ze względu na strategiczne położenie miasta wkrótce pocztę w Strzelcach otwarto na nowych zasadach. W połowie XVIII wieku na Górnym Śląsku istniały cztery urzędy pocztowe: Prudnik (Neustadt), Opole (Oppeln), Racibórz (Ratibor) i Tarnowskie Góry (Tarnau). Stacja pocztowa w Strzelcach Wielkich podlegała urzędowi pocztowemu w Opolu.

            Od 1744 roku w mieście funkcjonowała poczta osobowo-towarowa. Wtedy to został otwarty Pocztowy Punkt Przekazu, który w 1829 roku zmienił nazwę na Administrację Pocztową. W listopadzie 1850 roku poczta otrzymała nazwę „Gross Strehlitz nur. 1457”. Od 1845 roku poczta strzelecka zyskała stałe połączenie z otwartą wówczas stacją kolejową w Gogolinie, co usprawniło wysyłanie i odbieranie korespondencji. Od roku 1852 poczta miała połączenie osobowe z Żędowicami, Kolonowskiem (Colonowskie), później Zawadzkiem. Okresowo istniało także połączenie z Ujazdem (Ujest).

            Od lipca 1850 roku poczta nosiła nazwę Ekspedycja Pocztowa II klasy. 1 stycznia 1876 roku urząd ten podniesiono do rangi Urzędu Pocztowego I klasy.

            Z informacji zachowanych z 1825 roku dowiadujemy się wiele o pocztowych dyliżansach. Pasażer za jedną milę (7,5324 km) płacił 6 groszy i mógł w cenie biletu zabrać ze sobą 50-60 funtów bagażu (jeden funt to 405 gramów). Dyliżanse jedną milę przejeżdżały przeważnie w ciągu półtorej godziny, a w okresie zimowym w dwie godziny. Poczta konna była nieznacznie szybsza. Milę pokonywała w półtorej godziny – maksymalnie godzinę i czterdzieści minut.

            Z Wrocławia do Tarnowskich Gór odległość wynosiła 22,5 mili. Pasażer musiał za podróż pomiędzy tymi dwoma miastami zapłacić 5 talarów i 15 groszy. Nie miał zbyt wielkiego wyboru, bo dyliżans był wówczas jedynym publicznym środkiem transportu.

            Poczta konna ze Strzelec odjeżdżała we wtorki i piątki o godzinie 9.00. Natomiast przyjeżdżała do południa w niedzielę i środy. Dyliżanse pocztowe z pasażerami wyjeżdżały z miasta we wtorki i piątki w samo południe. Przyjeżdżały do miasta rankiem w środy i soboty.

            W XIX wieku nie wszystkie listy były wysyłane pocztą. Przesyłki ówczesnego właściciela zamku strzeleckiego, Andreasa Grafa Renarda (1795-1874), doręczali często specjalni kurierzy. Ten sposób był szybszy i pewniejszy. Najczęściej były to przesyłki wysokiej rangi i kluczowe dla działalności hrabiego. Poza tym, w ten sposób mógł je wysyłać w miejsca, gdzie poczmistrze nie docierali.

            Uzyskanie w 1880 roku połączenia kolejowego z innymi miastami usprawniło pracę poczty, lecz nadal utrzymano konie i dyliżanse. Później używano także samochodów pocztowych. Jeszcze w XIX wieku powstały ekspedycje lub agencje pocztowe w innych miejscowościach ziemi strzeleckiej. Na przykład: w styczniu 1864 roku utworzono ekspedycję w Kalinowicach, która w styczniu 1876 roku awansowała do rangi agencji pocztowej. W 1879 roku powstała agencja pocztowa w Błotnicy Strzeleckiej, w kwietniu 1887 roku – w Szymiszowie, a w czerwcu 1894 roku – w Rozmierce.

            W ówczesnym powiecie strzeleckim istniała jedna poczta I klasy w Strzelcach Wielkich (Gross Strehlitz). Siedem urzędów pocztowych III klasy w Zdzieszowicach (Deschowitz), Gogolinie (Gogolin), Krupskim Młynie (Kruppamühle), Leśnicy (Leschnitz), Ujeździe (Ujest), Fosowskiem (Vossowska) i Zawadzkiem (Zawadzki).

            W powiecie istniało także aż szesnaście agencji pocztowych: Błotnica Strzelecka (Blottnitz), Kolonowska (Collonnowska), Kamień Śląski (Gross Stein), Kamień Śląski – stacja (Gross Stein – Bahnhof), Jemielnica (Himmelwitz), Kalinowice (Kalinowitz), Kielcza (Keltsch), Myślina (Mischline), Obrowiec (Oberwitz), Rozmierka (Rosmierka), Zalesie (Salesche), Góra św. Anny (Sanct Annaberg), Żędowice (Sandowitz), Szymiszów (Schimischow), Izbicko (Stubendorf) i Żyrowa (Zyrowa).

            Znany dziś budynek Urzędu Pocztowego w Strzelcach wybudowano dopiero w 1894 roku przy ulicy Lublinieckiej (Lublinietzstrasse), obecnie ulica Marka Prawego. Pocztę wybudowano ze środków miejskich i dotacji państwa niemieckiego. Do 1945 roku w budynku znajdowała się poczta niemiecka, potem po przejęciu ziemi strzeleckiej przez władze polskie uruchomiono tutaj Pocztę Polską.

            PIOTR SMYKAŁA

            Romuald Kubik
            • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 28.01.12, 20:10
              view counter
              Barbórka

              Historia
              588 (41)

              Kościół świętej Barbary jest nieodłącznym elementem krajobrazu Strzelec Opolskich. Istniał zapewne już w XV wieku. Pierwsze wzmiankowanie pochodzi z 1505 roku. Z dokumentu z tego okresu wynika, że mieszkaniec Strzelec Jacob Kelka sprzedał Wazkowi Kobtia swój folwark leżący przed miastem. Patronka kościoła, święta Barbara, była w średniowieczu bardzo popularna i wiele świątyń przybierało jej imię. Wydaje się to zrozumiałe ze względu na burzliwe czasy. Święta Barbara była orędowniczką dobrej śmierci.
              Wielokrotnie w swej historii świątynia była odnawiana. Wynikało to z tego, że kościół od początku był zbudowany z drewna nie najlepszej jakości. Pierwsza wzmianka o takim remoncie pochodzi z 1550 roku.
              Barbórka nie była zawsze kościołem cmentarnym. W 1680 roku wybuchła w mieście zaraza. Ludzie nie wiedzieli wtedy, skąd przychodzi śmierć ani jak jej przeciwdziałać. Zdawali sobie jednak sprawę, że kontakt z innymi może skończyć się zarażeniem. Unikali więc jak mogli swoich sąsiadów. W 1680 roku w kościele świętej Barbary wikary Ulitzka udzielił ślubu gospodarzowi Adamowi Donat i jego żonie Hedwig. Uroczystość ta odbyła się za miastem zapewne właśnie ze względu na panującą zarazę. Po ustąpieniu moru kościół znów został poddany renowacji ze względu na zły stan obiektu.
              Dobroczyńcą kościoła był Georg Bassa (Baschin) zmarły w 1679 roku. Od lat był opiekunem kościoła i jego dobroczyńcą. Był jednym z zamożniejszych mieszkańców miasta. Po jego odejściu wdowa, Anna Bassa, zwróciła się do biskupa, by zgodnie z wolą męża odnowić przybytek. Z rodzinnego majątku wyznaczyła też fundusz w wysokości 100 talarów śląskich na utrzymanie kościoła. 10 maja 1683 roku otrzymała administracyjne pozwolenie na renowację od wrocławskiego biskupa pomocniczego Franza Karla Neandera.
              Już po roku kościół został pokryty dachem gontowym. Budową kierował były burmistrz Strzelec w latach 1668-1677/8 protestant Florentinus Waiser (Weiser). Prace zostały wykonane przez mistrza ciesielskiego Johannesa Brixi. Kościół został zbudowany z drewna bez użycia jednego gwoździa. Na belce poprzecznej kościoła do dziś można odczytać już mało widoczny napis budowniczych kościoła: 1690, Florentinus Waiser, Fridericus Waiser, Johannes Brixi.
              Według protokołu powizytacyjnego z 1687 roku o kościele św. Barbary zapisano:
              [...] Kościół św. Barbary dziewicy i męczennicy; ten jest położony na drugim skraju miasta w kierunku na Opole, nowo z drzewa w 1683 roku zbudowany przez niejaką mieszczankę Strzelec Annę Baschin (Bassa). Ona z polecenia swojego pierwszego męża zmarłego, który w testamencie ostatniej woli swoje, kościół ten kazał pobożnie zbudować, uczyniła z jego oszczędności. Wewnątrz trzy ołtarze z podstawami wymurowanymi. Główny ołtarz jest nowy, kosztowny, artystyczny, w górnej części złocony, świętej Barbarze poświęcony z daru wyżej wspomnianego księdza Balthasari Stanislaidis wykonany. Pozostałe dwa ołtarze nie są artystyczne. Zakrystia mała, drewniana po stronie ewangelii, jedno zadaszenie nad główną bramą, posadzka tylko w tylnej części kamienna, reszta wyłożona z desek, ambona półokrągła po stronie ewangelii. Ławek dotąd nie ma. Cmentarz na razie ogrodzony jest skromnie. Przy płocie na terenie tego kościoła stoją trzy skarbony. W dwóch daje się po 4 groszy kościelnym a z trzeciej większej 12 groszy, w sumie 20 groszy. Ten cały czynsz przekazywana jest radzie strzeleckiej. Rozporządziłem, by ks. dziekan razem z Florentino Weiser, który powyżej wspomnianą Annę Baschin (Bassa), wdowę pojął za żonę i ten kościół budował i o niego się troszczył, ten czynsz prawnie otrzymali i dla kościoła przeznaczyli. Wspomniany pan Florentino niech otrzymuje ofiary, jałmużny i inne przychody tego kościoła bez zawiadomienia archiprezbitera. Powinien jednak wiedzieć, że wszystkie dochody i przychody otrzymane z zewnątrz ma wiernie zapisywać i być gotowym zdać sprawozdanie z tego, gdy kościół w całości wewnętrznie będzie ukończony. Ks. Archiprezbiter niech się postara odzyskać klucze kościoła, gdyby wspomniany pan Florentino ich nie chciał wydać, lecz chciał je u siebie zatrzymać, bo przecież klucze bezzwłocznie raczej u proboszcza powinno być trzymane, aniżeli u człowieka świeckiego i to jeszcze nie katolika. Także wypada, by wspomniany opiekun i zarządca kościoła pan Florentino o jakichkolwiek przychodach i rozchodach powiadamiał ks. Archiprezbitera, za jego wiedzą i radą troszczył się kościół i o wszystko, co dotyczy kościoła się dopytywał. Przeciwnie w tych sprawach często pan Florentino zawinął wobec ks. Archiprezbitera, skoro w święto św. Barbary zostały pomniejszone nabożeństwa a w skutkach ofiary i jałmużny na kościół się pomniejszyły, także dlatego ks. Archiprezbiter z ambony w swoim kościele ogłosił, że w przyszłości tam nie będzie nabożeństwa w uroczystość św. Barbary, co zamierza uczynić nie jak z innego powodu, jak dlatego, że nie ma kluczy kościoła. Zamierzałem do tego, by pomiędzy dwoma spierającymi się zawarto dobrą umowę, lecz pan Florentino zaproszono do parafii nie chciał przybyć w czasie wizytacji. Ten kościół ma jeden kielich, nowy pozłocony z pateną i jeden ornat czerwony z darów ks. Balthasari Stanislaidisa [...]. (źródło: Jungnitz J., Visitationsberichte der Diozese Breslau, erster Teil. Breslau 1904. Tłumaczenie z języka łacińskiego na polski dokonała dr Beata Gaj)
              W 1720 roku kościołowi, z braku dokumentów, groziło to, że nie miał być konsekrowany. W 1727 roku proboszcz Ernst Joachim von Strachwitz ufundował małą barokową wieżyczkę z baniastym hełmem na dachu kościoła. W XVIII wieku nabożeństwa w kościele odbywały się tylko w dzień patronki świątyni. W połowie XVIII wieku wzmógł się kult św. Barbary i w 1754 roku w niedzielę po św. Wawrzyńcu proboszcz von Strachwitz założył Bractwo Świętej Barbary w obecności licznie zgromadzonego duchowieństwa i wiernych. Papież Benedykt XIV zatwierdził bractwo i nadał jego członkom przywilej odpustu zupełnego, jeżeli w dzień święta tytularnego, po godnej spowiedzi i komunii świętej, zwiedzą kościół, kaplicę lub ołtarz patronki. W 1754 roku do Bractwa św. Barbary należało 367 wiernych. Byli zapisani w specjalnej księdze, dobrze oprawionej, przechowywanej w czerwonym aksamitnej szkatule.
              Do Bractwa należało liczne duchowieństwo i okoliczna szlachta. Rektorem Bractwa św. Barbary był Norbert Graf Colonna - właściciel dóbr strzeleckich, ks. prałat Franz Georg Graf Strachwitz, proboszcz strzelecki, był promotorem, a Johann von Ziemitzky z Opola był asystentem. Członkami Bractwa byli między innymi franciszkanie z Góry św. Anny, Sidonie Gräfin Colonna, Wenzel i Sophie von Schneckenhaus, Anna von Prussincka, Katharina von Fragstein, starosta Karl von Raczek z Olszowy, Anna von Colonna, Katharina von Holly, Anna Gräfin Henckel zd. Colonna oraz dobroczyńca radny strzelecki Thomas Langer.
              Procesje Bractwa św. Barbary odbywały się przy muzyce i śpiewie w Dzień św. Barbary. Uroczystość była zawsze obchodzona tylko w ten dzień. Jednak w 1786 roku odbyły się dodatkowe uroczystości. 8 kwietnia tego roku odbyła się uroczysta procesja z powodu trzęsienia ziemi oraz w trzecie święto Zielonych Świątek. Od czasu do czasu procesje Bractwa św. Barbary odbywały się w dniach pokuty bez ustalonej daty.
              Po utworzeniu katolickiego gimnazjum, za zezwoleniem nauczyciel religii, w kościele były odprawiane przejściowo nabożeństwa szkolne. W 1838 roku zamknięto dla pochówku katolików dwa cmentarze - przy kościele św. Wawrzyńca i św. Krzyża. Cmentarz koło kościoła św. Barbary poszerzono według planów inspektora budowlanego Krügera.
              Po 1945 roku kościół przechodził kilka remontów. W 1968 roku ks. proboszcz kościoła św. Wawrzyńca, Faustyn Zbaniuszek, zlecił ekspertyzę i prace ratujące zabytek. Prace remontowe zostały zakończone w 1970 roku za ks. Stefana Baldego. W 1980 roku kościół otrzymał staraniem ks. Jerzego Stellmana, tabernakulum i pozwolenie na przechowywanie Naj
              • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 28.01.12, 20:40
                To jest dokonczenie;
                Po 1945 roku kościół przechodził kilka remontów. W 1968 roku ks. proboszcz kościoła św. Wawrzyńca, Faustyn Zbaniuszek, zlecił ekspertyzę i prace ratujące zabytek. Prace remontowe zostały zakończone w 1970 roku za ks. Stefana Baldego. W 1980 roku kościół otrzymał staraniem ks. Jerzego Stellmana, tabernakulum i pozwolenie na przechowywanie Najświętszego Sakramentu. Pod koniec 1997 roku ks. Wolfgang Jośko zlecił generalny remont pod nadzorem konserwatora zabytków, który trwał z przerwami prawie dziesięć lat do 2007 roku.
                Piotr Smykała
                Romuald Kubik

                https://www.gwarek.com.pl/uploads/articles/2329/big/2146.jpg?rand=285407624

                • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 29.01.12, 17:17
                  Kowale w Wielkich Strzelcach
                  Historia
                  584 (37)

                  Kowalstwo było jednym z najstarszych i najbardziej poważanych zawodów wykonywanych przez człowieka. Bez metalowych narzędzi i broni niemożliwy byłby rozwój naszej cywilizacji. Przez wieki kowal był otoczony mgiełką tajemnicy. Człowiek, który z grudy ziemi potrafił stworzyć miecz lub podkowę, był w społeczeństwach pierwotnych niemal magiem. Wraz z rozwojem cywilizacji magiczna moc kowali przyblakła, lecz nadal były to niezwykle ważne w każdej społeczności osoby.
                  CECH KOWALI
                  Powstał on w Strzelcach stosunkowo późno, bo dopiero w 1609 roku. Napisany został w języku polskim i czeskim. Cech kowali zrzeszał także zawody pokrewne – ślusarzy i rusznikarzy. Los dokumentu, na którym spisano prawo cechowe, wskazuje, że kowale może byli i dobrymi fachowcami, ale porządek to nie za bardzo lubili utrzymywać.
                  W 1675 roku w siedzibie cechu stolarzy odkryto zniszczony dokument. Był zaniedbany i wyblakły. Logicznie rzecz biorąc stolarze uznali, że to ich dokument cechowy. Przy bliższych oględzinach okazało się jednak, że jest to spis praw cechowych kowali. Wypłynęło to dopiero, kiedy rada miasta zażądała od stolarzy tego dokumentu, by zatwierdzić jego artykuły.
                  Pieczęć cechu miała w tarczy podkowę barkiem do góry, a poniżej skrzyżowany ze sobą pistolet skałkowy i klucz. Po bokach inicjały „I – S” – zapewne ówczesnego mistrza cechu. Na obwodzie znajdował się napis przedzielającymi gwiazdkami: SIGIL D SMID SLOSER STRL. Pieczęć pochodziła z końca XVI w. Wyryty wizerunek oraz napisy zostały wykonane bardzo nieudolnie, co może świadczyć o słabych umiejętnościach rytownika (D. Tomczyk, Pieczęcie górnośląskich cechów rzemieślniczych z XV-XVIII wieku i ich znaczenie historyczne).
                  Przyjęcie do cechu kowali nie było prostą sprawą. Status wyraźnie ograniczał ilość rzemieślników w mieście. Kowal musiał pochodzić z prawego łoża. Uczeń, aby być przyjętym, musiał wkupić się opłatą 1 talara i 24 groszy. Dodatkowo musiał dostarczyć do cechu dwa funty wosku i pół achtela piwa. Zwolnieni z opłat byli tylko krewni mistrza, co promowało przechodzenie fachu z pokolenia na pokolenie w tej samej rodzinie.
                  Czeladnik musiał uczęszczać w niedziele i święta na msze święte. Gdyby udowodniono mu nieobecność na mszy – musiał zapłacić karę w wysokości 2 białych groszy. Wstawać musiał o 3 rano i pracować do godziny 19-tej. Potem mógł pracować dla siebie, ale tylko do kolacji, po której miał zakaz trudzenia się. Pierwotne zapisy w statusie cechu kowali z biegiem lat ulegały poważnym zmianom.
                  W 1927 roku w Strzelcach Wielkich istniały dwie kuźnie. Znajdowały się przy dzisiejszej ulicy Marka Prawego. Pierwsza należała do Philippa Donatha, druga do Franza Grzeschitzy. Istniały także trzy warsztaty ślusarskie. Jeden z nich należał do Theodora Galgana przy ulicy Krakowskiej, drugi do Wilhelma Retta przy ulicy Powstańców Śląskich, a trzeci – do wdowy Nimsch przy ulicy Jordanowskiej (Gartenstrasse) (1927 Adresbuch / Einwohnerbuch, Kreis Gross Strehlitz O/S, str. 38).
                  W 1943 roku w mieście były trzy kuźnie. Na obecnej ulicy Marka Prawego kowalem był Georg Donath. W dzielnicy Suche Łany przy ulicy Kozielskiej znajdowały się dwie kuźnie – prowadzili je Johann Mrohs i Vinzent Notzon. W mieście znajdowały się też trzy warsztaty ślusarskie – Galgan Theodor (ul. Marka Prawego), Rett Wilhelm (ul. Powstańców Śląskich) i Schwitulla Franz (ul. Krakowska) (Einwohnerbuch für die Stadt und den Kreis Gross Strehlitz O/S, 1943, str. 51).
                  16 POKOLEŃ
                  Przez wieki kowalstwem parała się w Strzelcach rodzina Mrohs. Tradycję kontynuowano w tej rodzinie przez 16 pokoleń. Pierwsza kuźnia Mrohsów powstała w Strzelcach w 1609 roku, a więc równocześnie z założeniem cechu kowali. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie oni są założycielami cechu. Nie jest powiedziane, że kowali wcześniej w mieście nie było, ale mogli działać bez uregulowań prawnych. W 1662 roku jako starszy cechowy wymieniony jest Johann Mrohs. Gdzie miał kuźnię, nie udało się ustalić. Być może pierwotnie kuźnia znajdowała się w obrębie murów miasta. Jednak w wyniku zagrożenia pożarowego i hałasu zastała założona blisko miasta na Suchych Łanach, gdzie od wielu pokoleń Mrohsowie trudnili się kowalstwem.
                  W mieście pracował też inny kowal. Paul Mrohs (zmarł 3 lutego 1928 roku w wieku 46 lat) nie posiadał swojego zakładu i nie był tu zameldowany. Jak podaje Księga zmarłych parafii św. Wawrzyńca – pochodził z innej miejscowości i tam został pochowany. Wynikałoby z tego, że nie był spokrewniony z Mrohsami strzeleckimi.
                  Johann Mrohs, potomek wielowiekowej rodziny kowali wraz z innymi mieszkańcami Strzelec został w 1945 roku internowany na wschód, gdzie zginął. Miał 55 lat. W 1948 roku powrócił z niewoli jego syn, Georg, który odziedziczył kuźnię. Podczas weryfikacji miejscowej ludności w 1945 roku zmieniono mu imię na Jerzy Mróz. Pracował w kuźni do roku 1980, kiedy to przekazał ją swemu synowi – Janowi – ostatniej osobie z rodu parającej się tym zawodem.

                  Jerzy Mróz pracował w kuźni do ostatnich dni życia. Zmarł w 1987 roku. Jego syn, Jan, zapadł na ciężką chorobę. Zamknął kuźnię w 1988 roku i przeprowadził się do Niemiec. Zmarł w Niedzielę Wielkanocną 2006 roku.
                  Po zamknięciu zakładu jego matka, urodzona w 1919 roku, Agdnes Mrohs, napisała w języku niemieckim wiersz opisujący 350-lecie kowalstwa w rodzinie. Nie jest to wybitne dzieło, ale ukazuje przywiązanie do rodzinnej tradycji i żal po zamknięciu kuźni. Wiersz zaczyna się słowami:
                  Zum Andenken an die alte Schmiede, den Schmied und die Pferde
                  Unsere alte, stille, traurige Schmiede
                  Steht da, als wenn sie ware sehr müde.
                  Sie weint in sich hinein,
                  Wie traurige muß der alten Schmiede sein
                  W wolnym tłumaczeniu znaczy to:
                  Na pamiątkę o starej kuźni, kowalu i koniach
                  Nasza stara, cicha, smutna kuźnia
                  Stoi, jakby była bardzo zmęczona.
                  Płacze w sobie
                  Jak smutno jest tej starej kuźni.
                  Dziś w miejscu kuźni Mrohsów znajduje się zakład nie związany z kowalstwem.
                  POZOSTALI KOWALE
                  Druga kuźnia znajdowała koło kapliczki przy dzisiejszej ulicy Kozielskiej na Suchych Łanach. Założył ją mistrz kowalski Vincenty Nocon (urodzony 3 kwietnia 1882 roku w Słupsku koło Toszka) na początku XX w. Mistrz kowalski ożenił się 23 czerwca 1906 roku z zapoznaną na zamku sławięcickim służącą Amelią Titz. Po ślubie zamieszkali na Suchych Łanach w folwarku, gdzie dostał pracę w charakterze pomocnika kowala. Egzamin na mistrza kowalskiego zdał 4 maja 1908 roku pod nadzorem komisji egzaminacyjnej złożonej z przewodniczącego Wustmanna i członków Schotki, Mrohsa, Roberta Wloki i Philippa Donatha. Około 1909 roku obok stojącej kapliczki wybudował dom i kuźnię.
                  Vincenty Nocon nie miał szczęścia do następcy. Jego najstarszy syn Josef (ur. 1908 – zm. 1987 w Japonii) uczył się kowalstwa tylko przez rok i poszedł za głosem powołania do służby Bożej. Wstąpił do Zgromadzenia Ojców Werbistów. Drugi syn Georg (ur. 1909 – zm. w Niemczech) także nie został kowalem, lecz podjął zawodową służbę w wojsku. Po 1945 roku pozostał na stałe w Niemczech. W 1951 roku Vincenty przeszedł na emeryturę, ale nadal pomagał w kuźni. Zmarł 27 października 1957 roku w wieku 75 lat. Kuźnię ostatecznie przejął jeden z jego uczniów Franz (po weryfikacji zmieniono mu imię na Franciszek) Wieczorek, który ożenił się w 1951 roku z najmłodszą córką Vincentego Noconia – Margerethe (Małgorzata) Nocon urodzoną 27 grudnia 1922 roku.
                  Ostatni właściciel tej kuźni zmarł 7 lipca 1987 roku w wieku 71 lat. Od tego momentu kuźnia zaprzestała pracy i została zamknięta. Obecnie budynek służy do celów gospodarczych.
                  Świat się zmienił. Nie ma już setek koni wymagających podkucia. Noże i narzędzia (niestety przeważnie Made in China) kupuje się w sklepach. Kowale jednak przeżywają swój renesans. Coraz popularniejsze jest kowalskie rękodzieło, z którego można dziś przyzwoicie wyżyć. Niestety, wielowiekowa tradycja kowalska zanikła w Strzelca
                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 31.01.12, 22:04
                    Wojna zaczęła się w Ligocie

                    Historia
                    531 (35)

                    Pierwszego września 1939 roku rozpoczęła się II wojna światowa. Dobrze znane są relacje opisujące początek wojny po stronie polskiej. Zupełnie inną perspektywę na wypadki tamtych dni mieli jednak mieszkańcy Strzelec i okolicznych miejscowości. Trzeba pamiętać, że ze względu na swoje położenie na samej granicy Rzeszy, ziemia strzelecka służyła za punkt wypadowy niemieckich armii.

                    Koncentracja wojsk rozpoczęła się pod koniec sierpnia 1939 roku. Mężczyźni w wieku poborowym objęci zostali mobilizacją. Na Śląsku znajdowała się jedna z głównych grup uderzeniowych Wermachtu. Grupa Armii „Süd” dowodzona była przez generała płk. Gerda von Rundstedta (1875-1953), a w jej skład wchodziły armie 8, 10 i 14.

                    Wśród mieszkańców Strzelec, zwłaszcza tych pamiętających I wojnę światową, wzrastało zaniepokojenie. Napięcie polityczne rosło od dawna, lecz ludność do końca miała nadzieję, że wojna nie wybuchnie. Strzelczanie pamiętali, że w poprzedniej wojnie zginęło ponad 200 obywateli miasta – o mieszkańcach okolicznych wiosek nie wspominając. Nikt jednak, nawet największy pesymista, nie przypuszczał, ile ofiar pochłonie nowa wojna.

                    Piekło zaczęło się 1 września o godzinie 4.02. Z lotniska w Ligocie Dolnej (ówczesna nazwa - Nieder Ellguth), wystartowała eskadra Jagdgruppe „Gentzen”. O 4.35 zjawiła się nad miastem Wieluń, leżącym 100 km od Łodzi. O 4.40 spadły pierwsze bomby. Ostrzał Westerplatte z pancernika „Schleswig-Holstein” nastąpił dopiero 5 minut później. Najpierw zbombardowany został wieluński szpital - mimo widocznego z daleka znaku czerwonego krzyża. Zginęły 32 osoby, w tym 26 chorych. Dzięki ofiarności personelu uratowano wielu chorych. Pielęgniarki w przyszpitalnym parku odebrały podczas nalotów dwa porody. Miasto było bombardowane z iście niemiecką precyzją i systematycznością. Samoloty wracały jeszcze o godzinie 6.00 i 9.00. Nalot zakończył się o godzinie 14.00. Miasto zostało zrównane z ziemią. Zniszczono 75% zabudowy. Zginęło 1200 mieszkańców.

                    Ludność Strzelec obudził ryk lecących na wschód samolotów. W radiu na okrągło nadawane były komunikaty o rozpoczęciu wojny. Przez wiele dni obowiązywało zaciemnienie, gdyż obawiano się odwetu polskiego lotnictwa. Wkrótce do strzeleckiego szpitala zaczęli napływać pierwsi ranni na froncie. Byli tu leczeni zarówno żołnierze niemieccy jak i polscy jeńcy. Trzech z nich zmarło jeszcze na początku września. Byli to Jan Bendkowski (zmarł 4 IX 1939r.), Mieczysław Kukuła (7 IX) i Antoni Lacziński (10 IX). Wielu jeńców zmarło w następnych miesiącach. (Temat ten szerzej omówiliśmy w materiale dotyczącym strzeleckiego pomnika lotników.)

                    Pierwszym mieszkańcem Gross Strehlitz, który poległ na wojnie, był Kurt Mainka (ur. 1919 r.). Zginął 2 września pod Gostyniem. Dziś jego grób znajduje się na niemieckim cmentarzu wojennym w Siemianowicach. 3 września w szpitalu zmarło z odniesionych ran dwóch niemieckich żołnierzy – Johann Thalhammer (ur. 1913 r. w Westerskirchen) i Franz Schwarz (ur. 1913 r. w Ringsee). Oboje są pochowani na cmentarzu św. Barbary w Strzelcach Opolskich, mogiły – 502 i 503.

                    Propaganda hitlerowska działała pełną parą. 11 września 1939 r. w Strzelcach na Placu Żeromskiego (wtedy Hindenburgplatz) odbyła się ku czci poległych żołnierzy niemieckich duża manifestacja zorganizowana przez miejscową komórkę NSDAP. W czasie przemówienia powiatowego lidera partii Scholza nad placem przeleciał samolot wojskowy z flagą hitlerowską.

                    PIOTR SMYKAŁA

                    Romuald Kubik
                    • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 01.02.12, 22:34
                      Strzelce - styczeń 1945
                      Historia
                      499 (3)

                      Jakiś czas temu w Strzelcach Opolskich na jednej z wystaw można było zobaczyć fotografie miasta sprzed wojny. Rynek wyglądał wtedy zupełnie inaczej i wszystkie kamieniczki wokół centrum miały niepowtarzalny średniowieczny charakter. Dzisiejszy wygląd Strzelec zawdzięczamy niedbałej o historię odbudowie miasta po wojennych zniszczeniach. Te zniszczenia nie były jednak spowodowane walkami, lecz prawdopodobnie jedną awanturą, jaka wybuchła pewnej styczniowej nocy 1945 roku. Opisywaliśmy już na łamach Strzelca Opolskiego jak najprawdopodobniej przebiegało wkroczenie wojsk radzieckich do miasta. Dziś wracamy do tego tematu z dwóch powodów. Po pierwsze - niniejsze wydanie tygodnika znajdzie się w kioskach dokładnie w 64. rocznicę opisywanych tutaj wydarzeń. Po drugie - udało się znaleźć nowe świadectwa o tamtych chwilach i być może rozwiązać zagadkę, która przez lata obrosła w legendę – dlaczego spalono nasze miasto? Aby jednak sobie na to odpowiedzieć, musimy cofnąć się do późnego wieczoru 20 stycznia 1945 roku.

                      Przeczucie końca
                      Pod koniec roku 1944 wśród mieszkańców Strzelec narastał niepokój z powodu zbliżającego się frontu wschodniego. Zachowania były podzielone. Część osób wyjeżdżała z miasta a część pozostawała w nadziei, że ofensywa Armii Czerwonej zostanie zatrzymana. Niepewności sprzyjał fakt, że wieści z frontu dochodziły z opóźnieniem, a to, co podawały oficjalne komunikaty, było w dużej mierze niewiarygodne. Wyjazdy rozpoczęły się mniej więcej w połowie stycznia, lecz każdego dnia liczba opuszczających miasto wzrastała. Wyjechali między innymi urzędnicy miasta, sklepikarze, handlarze i rzemieślnicy. W domach jednak zostały osoby starsze, schorowane i takie, które nie miały gdzie się udać.
                      Wkroczenie wojsk radzieckich było zupełnie niespodziewane. Stało się to w sobotę 20 stycznia o godzinie 23.00. Wojsko weszło do miasta właściwie nie napotykając żadnego oporu. Pojazdy pancerne wjechały do centrum miasta i rozlokowały się na rynku i okolicznych uliczkach. Niedzielnego ranka mieszkańcy zastali miasto wypełnione wojskiem.
                      Naoczne relacje świadków kłócą się z tym, co do tej pory było wiadomo o tamtych dniach. Według nich, mimo że żołnierzy było prawdopodobnie więcej niż mieszkańców, zachowywali się oni bardzo kulturalnie, a nawet przyjaźnie. Wiadomo, że piekarz Max Mehlich musiał upiec chleb dla głodnych żołnierzy, a ci mu w tym pomagali. Zwracali przy tym uwagę domownikom, którzy nosili na wierzchu biżuterię, żeby pochowali ją przed nadciągającą drugą falą armii. Ostrzegali, że można nawet z tego powodu zginąć. Świadkowie tamtych chwil twierdzili, że tych pierwszych żołnierzy można było polubić. Potem przyszli jednak następni.
                      Front przesunął się w kierunku Toszka i po kilkudziesięciu godzinach nadeszła druga fala żołnierzy. Ci byli brutalni. Plądrowali domy. Czasem je palili. Mordowani byli zwykli mieszkańcy. Wiadomo między innymi, że na Adamowicach zginęli Thomas Janiel, masarz Puzik i kobieta o nazwisku Kaleta. Jej mąż został ranny, uciekł i słuch po nim zaginął.

                      Ofiary
                      Pierwsi zabici padli jeszcze przy wkraczaniu Armii Czerwonej do miasta. Młodzi chłopcy z organizacji Arbeitdienst pod dowództwem starszego mężczyzny pełnili służbę na wiadukcie kolejowym na trasie do Zawadzkiego. Poddali się bez walki. Zostali rozstrzelani i pochowani w pobliskim ogródku.
                      W czasie radzieckiej ofensywy na Strzelce zginęło w okolicach miasta kilkudziesięciu żołnierzy i członków różnych formacji mundurowych. Dokładnej liczby nie znamy. Nie znamy ich imion i nazwisk. Ci, którzy się poddali, zostawali zaraz rozstrzeliwani. Po opanowaniu miasta przez następne kilka tygodni dochodziło do starć między radzieckimi i niemieckimi żołnierzami.
                      Do krótkotrwałej walki doszło koło młyna Thiela (ulica Młyńska). Wynikiem starcia było kilkudziesięciu zabitych i rannych. Na placu obok młyna leżały przez wiele tygodni zwłoki ofiar.
                      W okolicy tzw. Siedmiu Domów (dzisiaj ulica Wilkowskiego) na zachodzie miasta w ręce żołnierzy sowieckich dostał się niemiecki żołnierz około 50-letni Hyacinth Glinka, pochodzący z Grodziska (Grodisko). Na tej ulicy mieszkała jego kuzynka i w chwili wkroczenia wojsk sowieckich (20 stycznia 1945 r.) właśnie u niej przebywał. Kiedy żołnierze znaleźli jego mundur – zabrali Hyacintha Glinkę i rozstrzelali w pobliskim lesie.
                      Wiadomo, że w okolicach Strzelec zginął także inny żołnierz pochodzący z Grodziska – Karl Switulla. Jego miejsce pochówku jest nieznane.
                      30 stycznia 1945 r. zamordowani zostali Marta i Emanuel Biskup. Prowadzili sklep w swojej kamienicy i tam zginęli. Małżeństwo Luci i Pius Gabor zostało wywleczone ze swojego domu i pod miastem rozstrzelane w jednej z remiz. Stało się to po 25 stycznia 1945 r. Luci i Pius Gabor byli właścicielami sklepu obuwniczego oraz producentami obuwia marki Salamander.
                      Najsłynniejszym morderstwem tamtych dni było zabójstwo ks. proboszcza Karla Lange. Stało się to późnym wieczorem 24 stycznia 1945 r. Prawdopodobnie po tym brutalnym morderstwie dzień później doszło do strzelaniny w centrum miasta. Nie wiadomo, kto zaczął, ale w strzelaninie zginęło kilku żołnierzy radzieckich. Wśród poległych miał być oficer sowiecki i prawdopodobnie to było przyczyną spalenia miasta.
                      Wiadomo na pewno, że centrum miasta płonęło 26 stycznia 1945 r. Tego dnia wiele osób straciło życie z rąk sowietów. Poległego oficera radzieckiego przeniesiono do pierwszego domu po lewej stronie na dzisiejszej ulicy Wilkowskiego. Tutaj w jednym z pokoi zwłoki zostały umyte i przygotowane do pochówku. Żołnierze przenieśli je w otwartej trumnie na rynek, gdzie pochowali przed samym pomnikiem strzelca. Później, w maju 1945 r. władze polskie ustawiły pamiątkową tablicę. Około 1947 r. szczątki oficera wraz innymi poległymi żołnierzami Armii Czerwonej zostało przeniesione na cmentarz w Koźlu.
                      Na dzisiejszej ulicy Strzelców Bytomskim także doszło do walk. Wydarzenie miało miejsce w późniejszym okresie bez udziału żołnierzy niemieckich. Wśród czerwonoarmistów doszło do nieporozumienia o alkohol i dlatego zginęło kilku żołnierzy i cywilów. Ofiary zostały później pochowane na końcu ulicy w lesie. Wśród zabitych był Josef Klosak – mistrz gorzelnictwa z Rozmierki.

                      Krajobraz zniszczeń
                      Zabici leżeli wszędzie. Trzeba pamiętać, że była to wyjątkowo sroga zima i nie było jak pochować zabitych – nawet jeżeli ktoś chciał się tego podjąć. Trupy mogły być też specjalnie pozostawione, by przestrzegały innych przed oporem. Po walkach z 25 stycznia 1945 r. wiele zabitych osób leżało na ulicach i placach przez kilka tygodni aż do pierwszej odwilży. Według uzyskanych informacji, miało być kilkudziesięciu zabitych. Zwłoki zgromadzono przede wszystkim na Wielkim Folwarku przy dzisiejszej ulicy Marka Prawego. Co się stało ze zwłokami - nie wiadomo. Nie wiemy, czy zostały pogrzebane lub spalone.
                      W połowie lutego 1945 r. z rozkazu komendanta miasta wielu mężczyzn, a nawet kobiety zostały internowane do budowy okopów, rozbiórki zakładów i pomocy w różnych pracach na terenie miasta i powiatu. Większość internowanych wywieziono później do Związku Radzieckiego, skąd wrócili nieliczni. Ilu mieszkańców wywieziono, ilu zmarło, zostało zabitych, a ilu powróciło z ze wschodu – nie wiadomo.

                      Legendy i Fakty
                      Publikacje, jakie ukazywały się po wojnie, a traktowały o tamtych dniach, opierały się na dwóch filarach – propagandzie i domysłach. Trudno było wytłumaczyć, dlaczego „sojusznicze” wojska spaliły piękne średniowieczne miasteczko. Trzeba pamiętać, że centrum Strzelec było wypalone jeszcze w latach 60–tych, kiedy wzięto się ostatecznie za likwidację wojennych szkód. Aby znaleźć uzasadnienie tych zniszczeń, stwarzano opowieści – legendy. Kiedy jedna legenda pojawiała się wydana drukiem w gazecie lub książce, wkrótce znajdował się inny autor cytujący ją i traktujący jako pewnik. W ten sposób powstało mnóstwo historii związanych z wkroczeniem wojsk
                      • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 01.02.12, 23:03

                        Legendy i Fakty
                        Publikacje, jakie ukazywały się po wojnie, a traktowały o tamtych dniach, opierały się na dwóch filarach – propagandzie i domysłach. Trudno było wytłumaczyć, dlaczego „sojusznicze” wojska spaliły piękne średniowieczne miasteczko. Trzeba pamiętać, że centrum Strzelec było wypalone jeszcze w latach 60–tych, kiedy wzięto się ostatecznie za likwidację wojennych szkód. Aby znaleźć uzasadnienie tych zniszczeń, stwarzano opowieści – legendy. Kiedy jedna legenda pojawiała się wydana drukiem w gazecie lub książce, wkrótce znajdował się inny autor cytujący ją i traktujący jako pewnik. W ten sposób powstało mnóstwo historii związanych z wkroczeniem wojsk sowieckich, które z prawdą miały niewiele wspólnego.
                        Jedną z takich żelaznych legend jest śmierć niemieckiego generała Johannes’a Block’a. Był on dowódcą 56 Korpusu Pancernego IX Armii Polowej i miał zginąć właśnie w Gross Strehlitz. Po wielu latach poszukiwań Piotrowi Smykale udało się ustalić, że dokończył on swego żołnierskiego żywota pod Baranowem Sandomierskim nad Wisłą 26 stycznia 1945 r. Resztki jego korpusu uciekły na zachód, więc nie mogły mieć nic wspólnego z wydarzeniami w Strzelcach. Przez długie lata podtrzymywano jednak tę legendę, gdyż gloryfikowała dokonania Armii Czerwonej w Strzelcach.
                        Wiele publikacji podaje, że miasto zniszczone zostało podczas walk. Miasto rzeczywiście zostało zniszczone i to w 80%, lecz długo po przejściu frontu.
                        Jedną ze strzeleckich legend był desant niemieckich spadochroniarzy, jaki miał być zrzucony w okolicach Strzelec. Miało ich być od 150 do 300 i wszyscy mieli zginąć jeszcze w powietrzu, zastrzeleni przez żołnierzy Armii Czerwonej. Pogłoski mówią, że spadochroniarze zostali pochowani w Rożniątowie. Tymczasem, nie ma tam śladu takiego pochówku.
                        Wiadomo, że podczas walk zginęło w Rożniątowie około 30 żołnierzy niemieckich i sowieckich. W rejonie Strzelec miało zginąć łącznie około 130 żołnierzy niemieckich i tylko część z nich straciło życie z bronią w ręku. Większość stanowili maruderzy i zagubieni, którzy zostali rozstrzelani zaraz po poddaniu się czerwonoarmistom.
                        Piotr Smykała
                        Romuald Kubik
                        Jeżeli posiadają Państwo ciekawe informacje na temat historii regionu
                        - prosimy o kontakt z autoramiStrzelce - styczeń 1945

                        Pare fotkow
                        wroclaw.hydral.com.pl/foto/244/244424.jpg
                        wroclaw.hydral.com.pl/foto/242/242816.jpg
                        wroclaw.hydral.com.pl/foto/242/242733.jpg
                        wroclaw.hydral.com.pl/foto/69/69133.jpg
                        img.odkrywca.pl/forum_pics/picsforum22/strzelce_opolskie.jpg
                        • szwager_z_laband Re: opowiesci niy ino o Glywicach 02.02.12, 17:39
                          a wiysz skond "on" pochodzi?

                          krodo.pl/upload/places/I094-abf3efb.JPG
                          • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 05.02.12, 18:01
                            szwager_z_laband napisał:

                            > a wiysz skond "on" pochodzi?
                            >
                            > krodo.pl/upload/places/I094-abf3efb.JPG

                            Wiem .Tam kaj te lwy odloli. .Skont by tysz ino?
                            • kubiss Niezwyciezona Armia Czerwona 05.02.12, 19:57
                              To ich ojcowie pokonali waszych przodkow na wszystkich liniach wschodniego frontu .
                              ________________________________________________________________

                              www.youtube.com/watch?feature=endscreen&NR=1&v=SBUe-v7yBao
                              ________________________________________________________________
                              • berncik Re: Niezwyciezona Armia Czerwona 05.02.12, 20:08
                                kubiss napisał:

                                > To ich ojcowie pokonali waszych przodkow na wszystkich liniach wschodniego fron
                                > tu .
                                > ________________________________________________________________
                                >
                                > www.youtube.com/watch?feature=endscreen&NR=1&v=SBUe-v7yBao
                                > ________________________________________________________________
                                >
                                >
                                Kubisku oni se smioli z Gorolstwa takego jak ty, nie slyszoues jak godali nie nie nieeeee
                            • szwager_z_laband Re: opowiesci niy ino o Glywicach 05.02.12, 20:06
                              :)
                              • kubiss Re: opowiesci niy ino o Glywicach 05.02.12, 20:49
                                Dajta mi za tego linka jakas staro mopa .
                                • bratjakuba Re: opowiesci niy ino o Glywicach 05.02.12, 21:04
                                  kubiss napisał:

                                  > Dajta mi za tego linka jakas staro mopa .

                                  =================================

                                  http://www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg
                                  www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg
                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 05.02.12, 22:11
                                    bratjakuba napisał:

                                    > kubiss napisał:
                                    >
                                    > > Dajta mi za tego linka jakas staro mopa .
                                    >
                                    > =================================
                                    >
                                    > www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg
                                    > www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg

                                    Kubiss i jego mopp Poleruj ta Bracikowo mapa az bydzie se swiecic jak twoja glaca kubisku boroczku.
                                    https://i.istockimg.com/file_thumbview_approve/9787948/2/stock-illustration-9787948-cartoon-cleaner-with-a-mop.jpg
                                    • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 07.02.12, 20:31
                                      https://www.strzelecopolski.pl/files/images/3846_3280.jpg
                                      Herby i symbole
                                      su, 31 styczeń, 2012 - 10:37

                                      Historia
                                      654 (5)

                                      Trzeciego czerwca 1907 roku progi świątyni w Strzelcach przekroczył biskup wrocławski Georg Kopp (1837-1914). Przybył, aby poświęć nowo wybudowany kościół. Z zaskoczeniem i zadowoleniem zauważył, że nad głównym ołtarzem po lewej stronie znajduje się jego godło. Można je zobaczyć i dziś w otoczeniu innych herbów.

                                      Po prawej stronie ołtarza umieszczono herb ówczesnego papieża Piusa X (1835-1914). Papież ten, oficjalnie Włoch, ma prawdopodobnie śląskie korzenie i jego rodzina pochodzić ma z Boguszyc obok Toszka.

                                      Po śmierci biskupa Georga Koppa w 1914 r. nad amboną umieszczono herb kardynała wrocławskiego Adolfa Bertrama (1859-1945). Naprzeciw ambony, po prawej stronie prezbiterium na tej samej wysokości, obecnie jest umieszczony herb papieża Piusa XI (1857-1939). Być może przedtem w tym miejscu istniał inny herb papieża Benedykta XV (1854-1922), który podmieniono po jego śmierci.

                                      Tradycja umieszczania aktualnych herbów biskupich i papieskich zanikła zupełnie w 1945 r. Istniejące już godła są odnawiane przy każdym remoncie kościoła.

                                      Kontrowersyjny orzeł
                                      W 1997 roku obyły się uroczystości 100-lecia konsekracji świątyni. Wierni zobaczyli wtedy z zaskoczeniem, że na ambonie pojawił się biały, dwugłowy orzeł. Wywołało to małe zamieszanie. Orzeł taki kojarzony jest z państwem niemieckim i często był odbierany negatywnie. Tymczasem, historia rzeźby i samej ambony sięga wojen śląskich i jest ona jednym z elementów wystroju kościoła pw. Św. Wawrzyńca, przeniesionych do nowej świątyni.

                                      Późnobarokowa ambona ozdobiona jest rzeźbami czterech ojców kościoła umieszczonych w płycinach oddzielonych wolutami. Po bokach umieszczono wyobrażenia aniołów. Baldachim wykonano w kształcie latarni z rzeźbą Matki Boskiej Wniebowziętej w otoczeniu czterech ewangelistów. Na zwieńczeniu widoczny jest Chrystus oraz cztery anioły.

                                      Ambona ufundowana została prawdopodobnie przez strzeleckiego proboszcza, ks. dziekana Ernsta Joachima Graf Strachwitz (1682-1753). Stało się to w przełomowym dla Śląska momencie. W 1740 r. na tron wstąpił Fryderyk II Wielki Hohenzollern (1712-1786), zwany Wielkim. Po ojcu odziedziczył rozbudowaną armię, którą szybko chciał wykorzystać, realizując swoje ogromne ambicje polityczne. Okazja nadarzyła się szybko, gdyż w sąsiedniej Austrii panowało zamieszanie po śmierci Karol VI Habsburg, cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, króla Węgier i Czech oraz arcyksięcia Austrii. Po zawarciu sojuszu z Saksonią uderzył na bogatą prowincję śląską i w dwa miesiące zajął ją wraz ze Śląskiem. Wojna trwała 2 lata, a potem potrzebne były jeszcze dwie, by Maria Teresa Habsburg, cesarzowa Austrii, na dobre pogodziła się z utratą Śląska.

                                      W 1742 r., kiedy to Wielkie Strzelce od roku znajdowały się w granicach Prus, zamówiono do kościoła nową ambonę. Ernst Joachim Graf Strachwitz jako jej najbardziej rzucającą się w oczy ozdobę zamówił jednak dwugłowego orła cesarstwa austriackiego. Mogło to wynikać z sentymentu księdza do katolickich władców Austrii lub niewiary, że władza pruska długo się na Śląsku utrzyma. Nowa ambona pojawiła się w kościele w 1742 r., lecz nigdy nie wzbudziła zastrzeżeń nowych władz.

                                      Orzeł wisiał tu do roku 1945. Po przejęciu miasta przez nowe władze rzeźba zniknęła i przez dziesięciolecia kurzyła się na kościelnym strychu. Tylko najstarsi mieszkańcy miasta pamiętali o jej istnieniu. Odrestaurowany orzeł zawisł na nowo w setną rocznicę poświęcenia świątyni i na trwałe wpisał się w obraz strzeleckiego kościoła.

                                      Romuald Kubik

                                      • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 23.02.12, 21:00
                                        Bandyci i rabusie

                                        Historia

                                        Przez trzy lata grasowali po całym Górnym Śląsku. Grali na nosie policji, łupili bogatych i pomagali biednym. Obrośli w legendę, która często przesłoniła prawdziwą historię.

                                        Wincenty Eliasz urodził się w 1845 r. w Malinie na Opolszczyźnie. Wiadomo, że karierę rozpoczynał jako drobny złodziejaszek w sklepach w Bytomiu i Gliwicach. Jego życie odmieniło spotkanie z Karolem Pistulką, urodzonym w 1848 r. Od 1873 do 1875 r. dowodzili oni razem bandą rabusiów. Według legendy Pistulka urodził się w Strzelcach Wielkich. W naszych księgach parafialnych nie ma jednak po nim śladu, a takowy odnalazł się w parafii w Strzeleczkach.

                                        Obaj rozbójnicy znani byli ze swojej bezczelności. Uwielbiali przebierać się za coraz to inne postacie. Raz wchodzili do miasta jako bogaci panowie, innym razem było to dwóch kominiarzy czy dziadów. Eliasz pozwalał sobie nawet na przysiadywanie w karczmach i wypytywanie policjantów o ich postępy w obławie. Powiadają, że często zostawiał pod kuflem kartkę. Kiedy żandarm sięgał po piwo, znajdował na przykład takie zdanie: "Tutaj pił z tobą Elias zbójca. Resztę zatrzymaj dla siebie". Innym razem Eliasz włamał się do kasy miejskiej i znalazł tam marną sumę. Dorzucił więc własną monetę i zostawił karteczkę: "Rada za słabo oszczędza, gdy następnym razem odwiedzę kasę, to oczekuję więcej. Ta jedna moneta jest na początek".

                                        Opowieści
                                        Bandyci stali się ulubieńcami prasy, która szeroko rozpisywała się na temat kolejnych ich wyczynów. Jeden z najzuchwalszych napadów dokonali w Katowicach, rabując kasę generalnej dyrekcji koncernu Thiele-Winckler. Zamiast rabować na miejscu wynieśli pierzynem wielko kasa pancerno, kiero wsadzili na fura zaprzagnieto w styry konie i wywiezli do lasa pod som Józefowiec, kaj dopiero brechsztangami udało sie jom łotworzyc. Znaleźli tam pieronem dużo złota i strzybła, i bardzo dużo piniedzy w złotych markach, a wszystkie papióry firmowe i inne akcyje to spolili (Krzysztof Wozniak, O zbójnikach z Bytomia i okolic cz. II).

                                        Jeszcze inne rzeczy ludzie sobie opowiadali. Jedna starsza pani wspominała:

                                        Gdy byłam młoda i mieszkałam w Rosamundehütte - osiedle hutnicze (obecnie dzielnica Nowy Bytom w Rudzie Śląskiej) na wschodzie Śląska, to przestępcy Elias i Pistulka w tym czasie byli bardzo niebezpieczni.

                                        Pewnego dnia musiałam przejść do Bielszowic (Bielschowitz). Droga prowadziła przez gęsty las. Poszłam razem z synami w wieku 8 lat i 10 lat. W drodze powrotnej dołączył do nas jeden pan, który zapytał dokąd idziemy. Opowiedziałam: ja z synami idę do domu i to szybko jak to możliwe, ponieważ w tym lesie grasuje Pistulka i dlatego się bardzo boję.

                                        Obcy pan odpowiedział mi: nie musicie się bać, ja idę tą samą drogą i gdy jestem z wami to nic się wam nie stanie. Zapytał, co ludzie mówią o Pistulce. Odpowiedziałam tylko, co musiałam. Przy tej okazji opowiedziałam mu jak to Pistulka w ostatnim czasie okradł szafę z pieniędzmi w Nowym Bytomiu. Pieniądze miał zakopać w lesie.

                                        Ten pan każdemu z moich synów dał po jednym talarze i powiedział: "Tu macie trochę na pamiątkę ode mnie. Zwykłym ludziom nie zrobię nic złego i dlatego szukam innych. Ja jestem Pistulka". W pewnym momencie zniknął w lesie. Ja byłam tak przestraszona, że nie mogłam zrobić ani jednego kroku dalej.

                                        Ludzie opowiadali, że Pistulce w udanych rabunkach pomagała magia. W młodości znaleźć miał w lesie kwiat paproci, którego dotknięcie otwierało wszystkie zamki. Inna legenda opowiada o magicznej trawie, jaką miał używać Eliasz. Ona również otwierała wszystkie zamknięcia.

                                        Działali głównie w okolicach Bytomia, Katowic i Mikołowa. Czynili wypady nawet do Kluczborka, Opola i Głogówka. W wielu miejscowościach istnieją legendy o zakopanych tam przez zbójów skarbach. Dzbany ze złotem i kosztownościami ukryte mają być w Obrowcu, Bytomiu, Chorzowie, Siemianowicach, Mikołowie, Sośnicy, Opolu i Pszczynie. Skarb w Bytomiu faktycznie został odnaleziony, więc w legendach tych może tkwić ziarno prawdy.

                                        Koniec kariery
                                        Karol Pistulka został ujęty w 1874 r. i rok później stanął przed sądem w Bytomiu i skazany został na śmierć. Według jednych został ułaskawiony przez cesarza Wilhelma II, a karę zamieniono na dożywocie, zmarł 28 grudnia 1876 r. Druga opowieść mówi, że Pistulka raz jeszcze zrobioł żandarmów za błozna. Oczekując na wykonanie wyroku śmierci w bytomskiej celi, zatruł się, połykając surowy tytoń.

                                        Wincenty Eliasz schwytany rok później po swoim kamracie, również skazany został na śmierć. Karę zamieniono na wieloletnie osadzenie w raciborskim więzieniu. Po 35 latach chciano zwolnić go za dobre sprawowanie, lecz Eliasz na własną prośbę zamieszkał w więzieniu, regularnie wyprawiał się do miasta na zakupy. Legendarny zbój stał się wielką turystyczną atrakcją Raciborza. Tajemnicą poliszynela było, że na starość powrócił do swojego pierwszego zajęcia i okradał sklepy z drobiazgów. Straty były niewielkie, a Eliasz przyciągał dodatkowych klientów, więc było to tolerowane. Zmarł 2 kwietnia 1918 roku.

                                        Eliasz i Pistulka dorobili się nawet swoich figur woskowych, wystawiane były w "Castans Panopticum" na Unter den Linden w Berlinie.

                                        Prawdziwy bandyta
                                        Pistulka zasłużył na miano śląskiego Robin Hooda. W historii regionu można znaleźć jednak osobników, którzy byli pospolitymi bandytami. Jeden z nich to Karol Sobczyk z Tworoga, który w młodości uczył się na szewca. Po wstąpieniu do wojska został strzelcem wyborowym, lecz kiedy zwolniono go do cywila, nigdzie nie mógł znaleźć pracy. Zajął się kłusownictwem i wkrótce okazało się, że w nowym fachu czuje się znakomicie. Wciąż uchodził obławom, aż w końcu Zarząd Dóbr Książęcych w Koszęcinie wyznaczył 500 marek nagrody za jego schwytanie. W II poł. XIX w. kłusowników zwalczano bezwzględnie. We włościach Donnersmarcków na przykład za zabicie kłusownika leśniczy otrzymywał premię w wysokości 10 marek.

                                        Sobczyka ze względu na jego opinię nazywano Rabsikiem. W końcu, w styczniu 1895 r., z powodu srogiej zimy poszukał schronienia u znajomego gospodarza, który wydał go skuszony nagrodą. 20 stycznia żandarm Fieber z kilkoma leśnikami zorganizowali obławę. Sobczyk położył celnymi strzałami z poddasza żandarma i leśnika Brolla, po czym uciekł. Bandyta przyrzekł zemstę zdrajcy, którego śmiertelnie postrzelił w marcu następnego roku. Teraz poszukiwany był już za trzy morderstwa. Za jego głowę wyznaczono niewiarygodnie wysoką nagrodę w wysokości 5300 marek i rozesłano listy gończe. Rabsik próbował uciec na teren Rosji, lecz miał pecha, bo trafił na pewnego chciwego balwierza, który spoił go dużą ilością wina ze środkiem usypiającym. Nieprzytomnego bandytę przewiózł taczką na policję.

                                        Po krótkim procesie Karol Sobczyk został skazany na karę śmierci w najnowocześniejszym zakładzie karnym w okolicy. W bytomskim więzieniu wprowadzono nowinkę techniczną. Otóż do tej pory w państwie pruskim wyroki wykonywano tradycyjnie - przy pomocy kata i topora. W Bytomiu zamontowano wynalazek Josepha Ignace Guillotina, paryskiego chirurga. Karol Sobczyk poczuł na sobie (dosłownie) dotyk nowoczesności i stracił głowę na gilotynie.

                                        Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                        • szwager_z_laband Re: opowiesci niy ino o Glywicach 24.02.12, 07:41
                                          we lesie kole Laband tysz grasowali, a na ynku we wiynziyniu Eliasz siedziou i uciyk z tamtond
                                          • szwager_z_laband Re: opowiesci niy ino o Glywicach 24.02.12, 07:42
                                            miauo byc "na Rynku" = dzielnica Laband
                                            • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 24.02.12, 11:49
                                              Na rynku ?Tam tysz nic nie bouo zeby takygo szlo zawrzyc.Jo bych tysz ze tygo chlywika albo stodoly uciyk.Ale to juz bouy dwa karlusy,fajno geszichta.
                                              • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 24.02.12, 21:57
                                                Franz von Zawadzky

                                                Historia

                                                Pomnik stał przy głównej drodze w Zawadzkiem. Na kamiennym postumencie widniało popiersie faktycznego założyciela huty i miasta. Dziś w tym miejscu stoi dom jednorodzinny

                                                Nasz bohater nigdy nie uczył się zawodu hutnika. Początkowo zajmował się administrowaniem dóbr hrabiowskich w Strzelcach Wielkich. Urodził się 18 stycznia 1791 r. i pochodził prawdopodobnie z Krakowa. Franz von Zawadzky, powszechnie nazywany Benno, ożenił się z Barbarą z domu von Rudziński-Rudno, urodzoną 2 marca 1798 r. Barbara znacznie przeżyła swojego męża. Zmarła 1 października 1871 r. Podczas swych rządów w Kalinowie doprowadziła m.in. do remontu kościoła, wybudowania zamku oraz uregulowania zakresu powinności zagrodników.

                                                Kariera zarządcy dóbr była dobrym punktem wyjścia do zajęcia się nową inwestycją hrabiego von Renarda - dużą hutą żelaza nad Małą Panwią. Metal produkowany był tu już w XVII wieku. Opisuje to Walenty Roździeński w wydanym w 1612 r. dziele "Officina ferraria abo huta y warsztat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego", w którym wspomina najważniejsze huty działające wzdłuż Małej Panwi.

                                                Bogactwem regionu była ruda darniowa nazywana przez okolicznych mieszkańców "rupiecią". Bogate złoża żelaza odkładały się tuż pod powierzchnią, więc ich wydobycie nie nastręczało problemów. Ruda darniowa miała postać pylistą, grudkowatą bądź układała się w twarde lite płyty o powierzchni do kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Wydobywać ją było można także w zakolach rzek lub korzeniach drzew, gdzie odkładała się z przepływającej wody. Ciekawą cechą takich złóż rudy było to, że wyeksploatowaną warstwę wystarczyło przykryć na powrót darnią, by woda naniosła tam znów materiał.

                                                Po zajęciu Śląska przez Prusy zintensyfikowano wydobycie tego niezbędnego do rozwoju przemysłu metalu. Już w XVIII wieku powstały huty królewskie, w których zastosowano najnowocześniejsze wówczas technologie. Z czasem zakłady zaczęli otwierać prywatni właściciele ziem.

                                                Hrabia Filip Collona stworzył pod koniec XVIII wieku wiele małych zakładów - hutę w Kolonowskiem i na Regolowcu. Zreorganizował też hutę w Żędowicach, a w 1795 r. z jego inicjatywy wykopany został długi kanał hutniczy ciągnący się aż do Kolonowskiego. Jego następca, hrabia Andreas von Renard, stwierdził, że czas wybudować hutę w zupełnie nowym miejscu. Wybrano podmokły i zalesiony obszar nazywany "Moczydoły". Na czele huty postawił swojego zarządcę dóbr. Początkowo prężnie rozwijający się zakład z osadą nazwano od właściciela Andreashütte (nazwa ta powróciła w latach 1936-45 w ramach akcji nadawania miejscowościom niesłowiańskich nazw przez władze hitlerowskie). Wkrótce huta i rozrastająca się wokół niej osada zaczęły dominować nad Żędowicami, które do tej pory były największą miejscowością w okolicy i posiadały długą tradycję wytopu żelaza.

                                                Kiedy tworzeniem i zarządzaniem huty zajął się hrabia Franz von Zawadzky, nie miał on żadnego doświadczenia w tej dziedzinie. Długoletnia praktyka pozwoliła mu jednak zapoznać się z tajnikami wytopu żelaza do tego stopnia, że został w niej ekspertem. Pod jego przewodnictwem huta rozwijała błyskawicznie. W 1836 r. pracowało tam 40 robotników. W 1840 - już 160. Bardzo szybko hutę i osadę zaczęto nazywać "Zawadzky" z inicjatywy samego hrabiego Renarda.

                                                Prowadzenie huty dało mu także inne korzyści. W latach 1841-1848 był Przewodniczącym Sejmu Prowincjonalnego. Znaczny majątek, jaki zyskał, pozwolił mu na zakup od hrabiego majątku w Kalinowie, by z czasem rozszerzyć swoje włości o Jaryszów, Poniszowice, Niewiesie i Niekarnię.

                                                Franz von Zawadzky zmarł w Strzelcach Wielkich 19 czerwca 1849 r. w wieku 58 lat. Pochowano go obok kościoła pw. św. Wawrzyńca. Kiedy cmentarz zlikwidowano, nagrobki jego i jego małżonki znalazły miejsce w murze okalającym dawną nekropolię.

                                                W trzy lata po jego śmierci w Zawadzkiem odsłonięto pomnik z popiersiem faktycznego twórcy miejscowości. Przez ponad 100 lat upamiętniał powszechnie szanowanego człowieka. Pomnik zniszczono w 1962 r. Losy resztek obelisku nie są znane.

                                                Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 28.02.12, 19:32
                                                  Opowieść o dwóch księżach

                                                  Historia

                                                  Fryderyk Wilhelm IV nie podniósł korony z błota. W 1848 roku przez Europę przetoczyła się fala rewolucji zwana Wiosną Ludów. Na całym kontynencie chwytano się broni, by polepszyć swój los i wywalczyć udział w rządach, który zarezerwowany był do tej pory jedynie dla koronowanych głów. Jednym z epizodów tamtego okresu było uchwalenie przez parlament pruski projektu zjednoczenia państw niemieckich pod przewodnictwem króla Prus. Ten jednak dał do zrozumienia, że koronę cesarską odbierze tylko z rąk równych mu urodzeniem, królów i książąt, a nie motłochu.

                                                  - Nie będę podnosił korony z błota - powiedział.

                                                  Na zjednoczenie Niemcy czekały jeszcze 23 lata. Po wygranych wojnach z Danią i Austrią w 1870 roku, wdały się w konflikt z Francją, który dla tej ostatniej okazał się tragiczny. Rok później w podparyskim Wersalu Wilhelm I koronował się na cesarza Niemiec. Tym razem koronę wręczali mu już równi urodzeniem.

                                                  Rzeczywisty sprawca połączenia się państewek niemieckich w jeden organizm, kanclerz Otto von Bismarck, wszystkimi sposobami dążył do zacierani różnic prawnych, religijnych i gospodarczych Niemiec. Za jedną z głównych przeszkód na tej drodze "żelazny kanclerz" uznał kościół, a w walce z nim znalazł gorliwego zwolennika - niemieckich liberałów. Postrzegali oni kościół jako organizację irracjonalną, szczególnie po postanowieniach Soboru Watykańskiego I i ogłoszeniu dogmatu o nieomylności papieża. O ile Bismarck walczył z kościołem jak z konkurencyjną dla państwa organizacją, o tyle niemiecka partia narodowoliberalna traktowała go już w kategoriach ideologicznych. Co ciekawe, kanclerz swoje posunięcia uzasadniał też tym, że katolicyzm bardzo ściśle powiązany jest z polskością. Polacy stanowili dużą część społeczeństwa pruskiego i Otto von Bismarck ze wszystkich sił starał się powstrzymać wzrost ich znaczenia w państwie. W 1871 r. rozpoczął się Kulturkampf, czyli walka o kulturę.

                                                  Na początek zlikwidowano katolicki wydział w pruskim ministerstwie oświaty. Co roku w maju wprowadzano nowe ustawy, które m.in odebrały proboszczom parafii funkcję inspektorów oświaty w swoich parafiach. Nowe prawo wprowadzało zasadę, że funkcję tę sprawowali odtąd księża, będący już urzędnikami państwowymi. W kodeksie karnym pojawił się "paragraf o kazalnicy". Na jego podstawie duchowni, którzy w kazaniach zawarli wypowiedzi krytyczne wobec państwa, mogli zostać ukarani, z wtrąceniem do więzienia włącznie. Skasowano wszystkie klasztory, oprócz zgromadzeń szpitalnych.

                                                  W ramach walki z polskością wprowadzono liczne ustawy represyjne. Niszczono też świadectwa kultury. Władze pruskie ogołociły na przykład gdański kościół Marii Panny ze skarbu, który dziś przyprawiłby o zawrót głowy. W jego skład wchodziły szaty liturgiczne uszyte z tkanin pochodzących ze starożytnego Egiptu i Mezopotamii zdobyte podczas wypraw krzyżowych, a także naczynia liturgiczne i relikwiarze. Większość z tysiąca przedmiotów rozsprzedano lub przetopiono, a część wiekowych haftów spruto by... zrobić z nich zdobienia oficerskich mundurów.

                                                  Szczytem wojny o dusze była ustawa z 1873 r. Odtąd wyświęconym na księdza mógł zostać jedynie ktoś, kto ukończył niemieckie gimnazjum i uczelnię, a także zdał państwowy egzamin z historii, filozofii i literatury niemieckiej. Poza tym państwo mogło odrzucić każdą kandydaturę na kapłana. Księża nie mogli odwoływać się do papieża, zdając się jedynie na sądownictwo krajowe. Ci, którzy wykonywali posługę bez pozwolenia państwa, mogli być uwięzieni, przesiedleni, a nawet wydaleni z terenu cesarstwa.

                                                  Katolicy, mimo represji, powszechnie bojkotowali "księży państwowych", a kapłani katoliccy nadal sprawowali swoją posługę. Na reperkusje polityczne nie trzeba było długo czekać. Już w 1873 r. papież Pius IX zerwał stosunki dyplomatyczne z Berlinem. Z czasem okazało się, że nawet "żelazny kanclerz" nie jest w stanie wygrać walki z wiarą i odczuwał coraz większy opór społeczny. Ustawy Kulturkampfu zostały w większości anulowane, a między kościołem a państwem doszło do kompromisu. Za koniec tego okresu uznaje się rok 1878, a także 1887, kiedy to nowo wybrany "papież dyplomata" - Leon XII nawiązał ponownie stosunki dyplomatyczne z cesarstwem niemieckim.

                                                  Dwóch kapłanów

                                                  W 1876 r. do parafii w Gross Strehlitz przybył nowy ksiądz, mianowany przez państwo. Johannes Mücke urodził się 16 sierpnia 1832 r. w Ujeździe. Został wyświęcony na kapłana 30 czerwca 1855 r. Na początku, w latach 1855-1859, pracował jako II wikary w Raciborzu, a od 4 października 1860 r. był proboszczem w Kluczu.

                                                  Parafię w Strzelcach otrzymał po śmierci proboszcza Augustyna Bertzika. Był tu jedynym księdzem państwowym i spotkał się ze zdecydowanym oporem wiernych. Na odprawiane przez niego msze przychodziły jedynie osoby stare i schorowane, które nie były w stanie dotrzeć do innych świątyń. Można było je policzyć na palcach jednej ręki.

                                                  W Strzelcach było jeszcze dwóch kapłanów, którzy potajemnie, często w domach wiernych, odprawiali nabożeństwa. Część mieszkańców miasta wybierała się do parafii w pobliskim Szymiszowie, Dolnej, Jemielnicy czy Rozmierzy.

                                                  Przejęcie parafii przez państwowego kapłana odbierane było powszechnie jako ogromny skandal. Nowego proboszcza nie uznała także diecezja wrocławska, która ogłosiła oficjalnie, że w Strzelcach od 4 kwietnia 1875 r., od śmierci ks. Augustyna Bertzika panuje wakat.

                                                  Sytuacja ta trwała do roku 1882, w którym to zniesiono oficjalnie funkcję państwowych księży. Johannes Mücke z wielkim bólem złożył swój urząd i wyjechał do Berlina, lecz oficjalnie pozostawał na swym stanowisku do roku 1887, do kiedy to pobierał państwową pensję. Zmarł w maju 1891 r. w Berlinie wróciwszy wcześniej na łono kościoła.

                                                  Kościół pw. św. Wawrzyńca był praktycznie nieużywany do 1887 r. Podczas gdy wierni bojkotowali państwowego księdza, zakazane nabożeństwa odprawiał wikary, ks. Paul Gierich. Został przez to postawiony przed sądem i otrzymał nakaz opuszczenia miasta.

                                                  Paul Gierich urodził się 27 czerwca 1843 r. (lub 1847 r.) w Rybniku. Pochodził z miejscowej rodziny kupieckiej. Ukończył lokalną szkołę, gimnazjum w Nysie i teologię we Wrocławiu. Na polecenie biskupa wrocławskiego Heinricha Förstera (1799-1881) wyjechał w 1863 r. do Rzymu, by kontynuować naukę w Collegium Germanicum. Po siedmiu latach uzyskał tytuł doktora filozofii i teologii. Święcenia kapłańskie przyjął 27 marca 1869 r. w Rzymie, lecz Wieczne Miasto opuścił dopiero w grudniu 1870 r., ponieważ został wcześniej zatrudniony jako stenograf na Soborze Watykańskim I.

                                                  Ks. Gierich został wikarym w Strzelcach. Podjął się też prowadzenia wydawnictwa "Towarzystwa Bożego Grobu". Po tym, jak odprawiał "nielegalne" nabożeństwa i został zmuszony do wyjazdu, udał się do Cieszyna, gdzie podjął współpracę z miejscowym proboszczem Franciszkiem Śniegoniem (1809-1891). Pomagał mu w przygotowaniu sióstr boromeuszek do egzaminu nauczycielskiego. Do Strzelec wrócił tak szybko jak było to możliwe, jeszcze przed zmierzchem Kulturkampfu, i znów potajemnie służył miejscowym katolikom. Po zwróceniu kościoła wiernym w 1887 r. został administratorem parafii, którą to funkcję sprawował do roku 1891. Zmarł w 1906 r.

                                                  Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 08.03.12, 20:41
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/mapa-zaginione-wioski.jpg
                                                    Zaginione osady
                                                    Historia

                                                    W bezpośrednim sąsiedztwie dawnych Strzelec Wielkich istniały także miejscowości, które prawdopodobnie nie zniknęły w wyniku zniszczeń wojennych. Bądź wchłonęło je rozrastające się miasto, bądź zostały opuszczone.

                                                    Jakubowice (Jacobum)
                                                    Są ostatnią wioską wymienioną w Liber fundationis episcopatus Wratislaviensis - księdze uposażenia biskupstwa wrocławskiego z ok. 1300 r.

                                                    Jakubowice (apud Jacobum vlodarium) świadczyły dziesięcinę według zwyczaju polskiego w wysokości jednego wiadra miodu (urnam mellis). Zapewne był to niewielki folwark, którego właścicielem był w okresie sporządzania spisu włodarz książęcy, Jakub.

                                                    Urząd ten wzmiankowany jest w księstwie strzeleckim jeszcze w 1323 r. (Petro vlodario nostro). Nie można wykluczać, że wspomniany folwark stanowił uposażenie tego książęcego urzędnika, nadzorującego prace i powinności książęcych poddanych. Wydaje się, że dominium to można z dużym prawdopodobieństwem lokalizować w bezpośrednim sąsiedztwie wioski Strzelce Polskie.

                                                    Półwieś (Media villa, Halbendorf)
                                                    Wieś była położona pomiędzy dzisiejszym dworcem kolejowym a kościołem św. Wawrzyńca, czyli mniej więcej w miejscu, gdzie obecnie siedzibę ma redakcja Strzelca Opolskiego.

                                                    18 kwietnia 1330 r. Beldo, notariusz księcia Alberta Strzeleckiego, spisał dokument, w którym czytamy, że książę oddaje swojemu wiernemu poddanemu Henrykowi (Heinrich) Rulonis za żonę Jutę (Jutha) i przeznacza jej w posagu 7 łanów pola w Półwsi (in Media villa), leżącej przed miastem Strzelce.

                                                    Zgodnie z ówczesnym prawem, gdyby małżeństwo okazało się bezdzietne, grunty te miały wrócić do majątku książęcego. Henryk (Henco), wywodzący się z mało znanego rodu, który swą nazwę wziął od leżącej na Górnym Śląsku miejscowości Rulowice, cieszył się uznaniem ze strony Alberta, skoro ten między 1328 a 1342 r. nadał mu część wsi Gąsiorowice.

                                                    Małżeństwo z Jutą okazało się dla Henryka szczęśliwe, bo doczekali potomstwa, w tym co najmniej dwóch synów - Reinharda i Rulo, którym książę strzelecki potwierdził dziedziczne prawa do wsi Gąsiorowice. Nie można wykluczyć, że w rękach tej rodziny pozostał także majątek w Półwsi pod Strzelcami.

                                                    W latach 1419-1421 z wioski tej pisał niejaki Mikołaj (Mikulas), świadkujący kilkakrotnie w dokumentach wystawianych przez Bernarda, księcia Niemodlina i Strzelec. Miejscem dawnej osady były łąki i polany pomiędzy dzisiejszym miastem a dworcem PKP. W 1615 r. burmistrz Swienteg płacił czynsz ze swojego majątku w Półwsi ówczesnemu proboszczowi strzeleckiemu.

                                                    Czartkowice (Czartkowitz)
                                                    Mała wieś położona na terenie lasu miejskiego w Hau Damnik w pobliżu dzisiejszych Podborzan. Wioska około 1305 r. oddawała biskupowi dziesięcinę de omni grano w postaci pszenicy, żyta, owsa, jęczmienia i grochu o wartości 1 marki dawnej waluty.

                                                    Można przypuszczać, że od początku miejscowość znajdowała się w rękach prywatnych. Z zachowanych przesłanek źródłowych wynika, że w pierwszej połowie XIV stulecia doszło do podziału miejscowości. W 1439 r. książę Bernard niemodliński i strzelecki wystawił dokument, w którym potwierdził transakcję handlową, na mocy której czcigodni Jessorka z Dolnej oraz Piotr z Czartkowic sprzedali Andrzejowi (Andreas) z Świbia (Schwieben) i jego żonie Ewce (Effka) wieś Grzybowice (Grzibowitz) wraz z prawami własności i dziedziczenia tych dóbr.

                                                    Część osady ok. 1400 r. zakupił strzelecki kupiec o nazwisku Kremski za 33 czeskie złote guldeny. W dokumencie sprzedaży nieznany z imienia rycerz (może Nassbor?) i jego żona Ofka wyjaśnili, że grunty musiały zostać sprzedane, ponieważ ziemia nie nadawała się pod uprawę, lecz tylko pod zalesienie. W 1401 r. z Czartkowic pisał rycerz Nasimburg (Nassbor von Czartkowitz), pełniący w 1375 r. urząd książęcego starosty w Strzelcach.

                                                    W połowie XV wieku Kremski zdołał, jak się wydaje, pozyskać drogą kupna pozostałą część Czartkowic, o czym świadczy dokument z 11 czerwca 1447 r. Stwierdza się w nim, iż książę Bernard zatwierdził sprzedaż położonej przed miastem wsi ze wszystkimi przynależnościami przez Zygmunta Kremskiego na rzecz komuny (gromady) miasta Strzelce za 65 grzywien czeskich groszy.

                                                    Mieszkańcy Czartkowic (Ztartcovitz) składali na początku XIV wieku biskupowi wrocławskiemu dziesięcinę (de omni grano) ze wszystkich gruntów obsianych zbożem (pszenicą, żytem, owsem, jęczmieniem, grochem) o wartości jednej grzywny. Wnioskować z tego można, że z pewnością nie była to duża wieś.

                                                    Na gruntach dawnej osady leży dziś kolonia Podborzany, w stosunku do której jeszcze w 1845 r. używano określenia "Czartkowice" na przemian z "Podborni".

                                                    Częściowo wykorzystano materiały zgromadzone przez Marka Królikowskiego.

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • szwager_z_laband Re: opowiesci niy ino o Glywicach 08.03.12, 21:07
                                                    te Jakubowice prawdopodobnie bouy miyndzy Strzelcami a Warmontowicami.

                                                    te Czartkowice to richtunk na zachod od Toszka.



                                                  • pitero70 Re: opowiesci niy ino o Glywicach 09.03.12, 20:55
                                                    dziynki bernecik za te lekcje histori z naszych stron duzo sie idzie dowiedziec jo pochodza z dombrowki kole toszka a miyszkom tera w żandowicach a w szczelcach robia.
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 09.03.12, 21:42
                                                    szwager_z_laband napisał:

                                                    > te Jakubowice prawdopodobnie bouy miyndzy Strzelcami a Warmontowicami.
                                                    >
                                                    > te Czartkowice to richtunk na zachod od Toszka.
                                                    >
                                                    Szwager :Ty to trocha za daleko patrzysz:Te Jakubowice lezaly miedzy tymi stawami od Spauka a Dziewkowicami.Dzisiej to je wlonczone do miasta .Czartkowice, na dole pisze Podborzany to lezy w odwrotnym kierunku,tz.za Rozmierkom w prawo .Na tej mapie widzisz te kreski to som tory na polnoc to na Opole i Kluczbork a na poludnie na Gliwice i Kendzierzyn przez Lesnica.Te Strzelce Polskie to je w tym miejscu kaj dzisiej je wiezienie kole Bahnchowu.

                                                    >
                                                  • szwager_z_laband Re: opowiesci niy ino o Glywicach 09.03.12, 21:51
                                                    zapomniouch pedziec ze to je cytat z knigi "Historia osadnictwa w ksiestwie opolskim we wczesnym sredniowieczu"
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 11.03.12, 19:06

                                                    Zmienili to miasto

                                                    Historia
                                                    Przyjechali z niczym. Stworzyli zakład, który odmienił miasto i okolicę, by w końcu być zmuszonym do ucieczki. Gdyby w Strzelcach nie zjawił się ród Pranklów, mielibyśmy prawdopodobnie małą, nieuprzemysłowioną mieścinę opartą na rolnictwie.
                                                    CHOROWITY DZIECIAK I GOSPODA
                                                    Heinrich Prankel urodził się na początku XIX wieku na południu Niemiec. Od początku życie dało mu twardą szkołę. Został całkowitym sierotą w 1820 r., kiedy miał zaledwie 7 lat. Ratunkiem było schronisko wojskowe, w którym wyuczyć się miał na zawodowego żołnierza. Na przeszkodzie stanęło jego słabe zdrowie, więc zdecydowano, że zamiast do wojaczki lepiej będzie wyuczyć go do ślusarstwa.

                                                    W 1837 r. wyjechał do Berlina, gdzie znalazł pracę w nowo tworzonej fabryce maszyn Johanna Borsiga i pełnił funkcję ślusarza maszynowego. W Berlinie poznał swoją przyszłą żonę, pannę z domu Franek, z którą wziął ślub w 1840 r. Wkrótce urodził się ich pierwszy syn Ludwig (1842), a potem Rudolf (1847).

                                                    W 1929 r. w „Aus dem Chelmer Lande” ukazał się wywiad z Ludwigiem Prankel, który opisuje, jak doszło do powstania fabryki. Wspomina on:

                                                    Dzięki mojemu dziadkowi ze strony matki moi rodzice zyskali powiązania z Górnym Śląskiem. Franek, tak się nazywał mój dziadek, był Górnoślązakiem. Brał udział w wojnach wyzwoleńczych [wojny z okupantem napoleońskim na ziemiach niemieckich - przyp. tłum]. Po kampaniach wojskowych otrzymał on jako były sierżant posadę w służbie cywilnej. W późniejszych latach przeprowadził się w rejon Magdeburga, gdzie pracował jako mistrz w fabryce cukru. Około roku 1840 miał okazję objąć korzystną posadę u Grafa Andreasa Renarda, który założył w Scharnosin [Czarnocin] koło Groβ Strehlitz [Strzelce Opolskie] fabrykę cukru. Franek przeprowadził się do Scharnosina. Początkowo prowadził budowę fabryki, a potem produkcję w nowej fabryce kontynuował przez wiele lat. Przedsiębiorstwo jednak nie przynosiło oczekiwanych zysków z powodu stosunkowo prymitywnych urządzeń produkcyjnych, a także z powodu niewystarczającej wiedzy o metodach i braku doświadczenia w uprawie buraków. Fabryka w końcu upadła a mój dziadek, który w międzyczasie miał już 60 lat, postanowił przejść w stan spoczynku. Jako pensję przekazał mu Graf Renard zarząd w gospodzie „Pod czerwonym Jeleniem” w Groβ Strehlitz naprzeciw Wallstraβe [ulica Wałowa].
                                                    W kwestii wyjaśnienia: Karczma „Pod Czerwonym Jeleniem” znajdowała się przy ulicy Krakowskiej, naprzeciw dzisiejszego „Lewiatana” (były „Merkury”) i działała pod tą nazwą do lat 20. XX w. Ludwig Prankel prawdopodobnie błędnie zapamiętał jej lokalizację.
                                                    Do majątku Groβ Strehlitz należały wtedy duże huty żelaza nad rzeką Malapane [Mała Panew] w miejscowościach Zawadzki, Colonnowska, Sandowitz [Żędowice] i duża państwowa a potem książęca posiadłość leśna Stolbergscher Waldbesitz. Ponieważ zarząd główny tych instytucji znajdował się w Groβ Strehlitz rozwinął się tu intensywny ruch urzędników leśnych i hutniczych, którzy wszyscy przebywali w pańskiej gospodzie „Pod czerwonym jeleniem”. Moi dziadkowie robili dobry interes, jednak na dłuższą metę dla dwóch starszych osób było to zbyt uciążliwe. Dlatego namawiali moją matkę w Berlinie, żeby namówiła mojego ojca, aby zostawił zakład ślusarski w Berlinie i przyprowadził się do nich do „Czerwonego Jelenia”. Mój ojciec spełnił prośbę swoich teściów i w sierpniu 1848 roku osiadł w Groβ Strehlitz. Przez trzy lata młodzi gospodarzyli wraz ze starymi. Mój ojciec nauczył się języka polskiego i zapoznawał się z warunkami panującymi w Groβ Strehlitz. Jednak zawód karczmarza mu nie odpowiadał. Gdy w roku 1852 zmarł stary Franek i gospoda została wystawiona do wydzierżawienia, mój ojciec zrezygnował z przejęcia gospody i opuścił swoją dotychczasową posadę.

                                                    Heinrich Prankel otworzył niewielki zakład ślusarski przy ul. Krakowskiej. Rodzina dorabiała się powoli. Z początku mieszkali przy zakładzie, by po jakimś czasie przeprowadzić się na Nowy Rynek (Pl. Żeromskiego). Po kilku latach uzbierali na tyle, by kupić parcelę na skrzyżowaniu ulic Lublinieckiej i Garnizonowej (M. Prawego i Strażackiej). Tu otworzyli nowy zakład i zamieszkali.
                                                    Ślusarstwo nie było jedynym zajęciem Heinricha Prankla. Oprócz zleconych prac zajął się konstruowaniem maszyn rolniczych. Jednocześnie jego synowie byli przyuczani do prowadzenia rodzinnego interesu. Uczyli się w szkole ewangelickiej i prywatnej szkole wyższej. Ludwig Prankel, kiedy dorósł, wyjechał do Berlina, gdzie dzięki znajomościom ojca podjął pracę w zakładzie Borsiga. Dla młodego, uzdolnionego człowieka była to okazja, by podpatrzeć nowinki techniczne stosowane w nowoczesnej fabryce.

                                                    Podziwiałem maszyny narzędziowe i budowę lokomotyw - wspomina Ludwig Prankel. - Nie było rzeczy której nie wchłaniałem i nie mogłem się napatrzeć na cudowne wyposażenie zakładów. Godzinami krążyłem po zakładach i obserwowałem ślusarzy, tokarzy, kowali i pracowników na strugarkach podczas ich pracy, żeby nauczyć się ich metod pracy. Przy tym zaświtał mi pomysł żeby to wszystko zastosować w mniejszej skali w domu. Wzbierała także we mnie nadzieja, że z naszej małej posiadłości kiedyś może powstać godna podziwu fabryka. Dwa lata pozostałem w fabryce Borsiga. Potem zostałem żołnierzem. W 1863 roku zaciągnąłem się do 3. gwardii regimentu grenadierów Königin Elizabeth w Breslau [Wrocław] i uczestniczyłem w wyprawie przeciwko Danii. Po powrocie garnizonu zostałem zwolniony na urlop dyspozycyjny do domu.
                                                    TRUDNE POCZĄTKI


                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 11.03.12, 19:08
                                                    Zmienili to miasto .Ciak dalszy.
                                                    TRUDNE POCZĄTKI
                                                    Po powrocie znalazł zakład ojca w opłakanym stanie. Heinrich Prankel podupadł na zdrowiu i trudno było mu wywiązywać się ze zleceń. Z tego względu otrzymywał ich coraz mniej i rodzinie w oczy zaglądała bieda. Ludwig namówił brata do wejścia w interes i uratowanie firmy. Zaczął od marketingu. W okolicznych majątkach rozgłosił, że zakład znów działa i wkrótce otrzymali pierwsze zlecenia.

                                                    Ludwig postanowił na nowoczesność. Otworzył pierwszą odlewnię żeliwa, choć, jak życie pokazało, nie znał się na tym zbyt dobrze. Jednym z pierwszych klientów był proboszcz, który poszerzał teren cmentarza. Pragnął ogrodzić go żeliwnym ogrodzeniem i to zadanie powierzył młodej firmie. Pranklowie starali się jak mogli, lecz odlewy nie wychodziły tak jak powinny. Zamiast stosu zamówionych pól ogrodzenia wokół odlewni rosła sterta żeliwnego złomu. W końcu proboszcz z trudem wybrał 20 pól ogrodzenia, lecz i one okazały się wadliwe. Koniec końców machnął ręką i cmentarz ogrodził drewnianym płotem.

                                                    Niepowodzenie nie powstrzymało Pranklów. Uczyli się odlewania żeliwa na własnych błędach i wkrótce stali się w tym ekspertami. Stopniowo modernizowali zakład. Heinrich Prankel zmarł w 1867 r., lecz założona przez niego firma rozwijała skrzydła. W 1868 r. pożyczyła 300 talarów i za cmentarzem katolickim, który był świadkiem jej pierwszego niepowodzenia, zakupiła 2 morgi ziemi. Tutaj zamontowano już nowoczesne maszyny, przy pomocy których rozpoczęto zleconą produkcję podzespołów maszyn rolniczych. Oficjalnym dniem otwarcia nowej fabryki był 1 lipca 1870 r. Z czasem firma zaczęła produkować maszyny oparte na własnych projektach. Fabryka, oprócz maszyn rolniczych, tworzyła też instalacje do gorzelni spirytusu, a także maszyny przemysłowe - tokarki i frezarki.

                                                    W roku 1872 rozpocząłem na naszej działce budowę naszego domu mieszkalnego przy alei Schützenhausallee [dziś ulica Strzelców Bytomskich] – wspomina Ludwig Prankel. - Przy tym pomogła mi hipoteka w wysokości 3000 talarów otrzymana od Grafa Andreasa Renarda. W okolicach 1 czerwca 1872 wprowadziłem się z matką i rodzeństwem do nowego domu a we wrześniu wprowadziłem do domu moją żonę.

                                                    Gebrüder Prankel Groβ Strehlitz rozwijała się od tej pory błyskawicznie. W 1880 r. dokupiono kolejne 4 morgi ziemi, na których wybudowano tartak parowy. Firma inwestowała też w Szymiszowie, gdzie powstały wapienniki i pierwsza cementownia. Tamtejsze osiedle mieszkaniowe dla robotników nazwano „Prankel”.

                                                    Fabryka dostarczyła rolnikom tysięcy maszyn, które znacząco ułatwiły im pracę. Mimo że zakład był oddalony od wielkich ośrodków przemysłowych, stosowano w nim nowinki techniczne z całego świata.

                                                    AGROMET-PIONIER
                                                    W styczniu 1945 r. właściciele fabryki spakowali to, co najcenniejsze i na zawsze wyjechali ze Strzelec. Nadejście frontu zakończyło działalność rodzinnej firmy, której kierownictwo przejęło w międzyczasie młodsze pokolenie.

                                                    Maszyny zostały zarekwirowane jako zdobycz wojenna. Na tym miejscu powstała fabryka maszyn Agromet-Pionier, przez lata obiekt westchnień rolników, którzy w kolejce ustawiali się, by zakupić np. kombajn ziemniaczany. Fabryka przetrwała do lat 90. XX wieku.

                                                    Pamiątką po przedsiębiorczych braciach jest dziś ulica nazwana ich imieniem i uprzemysłowione miasto.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 14.03.12, 17:32
                                                    Biskup opuszczonych
                                                    Historia

                                                    Trwa proces beatyfikacyjny biskupa Maximiliana Kallera. Była to nietuzinkowa postać. Przez rzesze ludzi zapamiętany był jako kapłan dbający o najuboższych i pokrzywdzonych. Dla naszej opowieści najważniejsze jest to, że swą drogę do wyniesienia na ołtarze rozpoczynał w Strzelcach Opolskich.

                                                    Rodzina Kallerów pochodziła z powiatu głubczyckiego, skąd przeniosła się w II połowie XIX wieku do Bytomia. Maximilian Kaller urodził się 10 października 1880 r. jako drugi z ośmiorga rodzeństwa. Był synem Josepha (zm. 1918 r.) i Berthy (1850(2?)-1895) z domu Salzburg.

                                                    Ukończył szkołę podstawową i królewskie gimnazjum w Bytomiu. W 1899 r. uzyskał świadectwo dojrzałości i podjął studia filozofii i teologii na uniwersytecie we Wrocławiu. 20 czerwca 1903 r. przyjął z rąk ks. kardynała Georga Koppa święcenia kapłańskie. Był najmłodszym spośród wyświęcanych księży i musiał otrzymać w tym celu specjalną dyspensę. Miał 23 lata.

                                                    Młody kapłan swoją mszę prymicyjną odprawił 24 czerwca 1903 r. w kościele św. Trójcy w Bytomiu. Został powołany do pracy w pierwszej parafii, którą były Strzelce Wielkie. Czas jego przybycia niemal zbiegł się ze zburzeniem starego kościoła pw. św. Wawrzyńca. Doświadczył jednak uroków przebywania w starym kościele. Podczas wielogodzinnego wysłuchiwania spowiedzi w zimnej i zawilgoconej świątyni, znacznie podupadł na zdrowiu. Także przejściowy, drewniany kościół, który służył wiernym podczas budowy nowej świątyni, był nieogrzewany. Choroba zmusiła młodego księdza do opuszczenia parafii i udania się dla podreperowania zdrowia na jesieni 1905 r. do Lądka Zdroju (Bad Landeck).

                                                    Wykurowany, w styczniu 1906 r. skierowany został do pracy misyjnej w Bergen na wyspie Rugii. Mimo znacznej odległości wyspa podlegała diecezji wrocławskiej. Ks. Kaller otoczył opieką polskich robotników sezonowych, wśród których szerzył się alkoholizm i nędza. W kilka lat odnowił życie religijne małej społeczności.

                                                    Okres ten został niespodziewanie przerwany nagłym wezwaniem do Berlina w 1917 r. Kapłan został mianowany proboszczem największej parafii katolickiej w mieście - św. Marcina. Do miasta przybył w początkowym okresie największej zawieruchy społecznej. Końcówka wojny była w Niemczech czasem biedy, wylęgu ruchów socjalistycznych i faszystowskich. Ks. Kaller poświęcił się pomocy najbiedniejszym i bezrobotnym. Wydarzeniem była procesja Bożego Ciała, którą poprowadził jako pierwszy ulicami Berlina, wprowadzając katolicyzm na forum publiczne kosmopolitycznej metropolii.

                                                    W 1926 r. kapłan mianowany został administratorem tzw. wolnej prałatury w Pile, gdzie wzniósł trzy kościoły. 28 października 1930 r. przeniesiono go na Warmię, gdzie mianowano go biskupem. Jego zawołaniem stały się słowa "Caritas Christi urget me" - "Miłość Chrystusa przynagla mnie".

                                                    Podczas wojny początkowo największym wyzwaniem biskupa była ochrona podlegających mu księży przed gestapo. Kiedy Maximilian Kaller zdał sobie sprawę z ogromu zbrodni, jakie mają miejsce w Niemczech, postanowił udać się dobrowolnie do obozu koncentracyjnego dla Żydów w Terezinie (Theresienstadt). Chciał służyć mieszkającym tam katolikom. Te starania u nuncjusza papieskiego w Berlinie spełzły jednak na niczym. Pod koniec wojny, kiedy klęska III Rzeszy była oczywista, wzbraniał się przed opuszczeniem Warmii, mimo że ze strony nadciągającej Armii Czerwonej nie mógł liczyć na pobłażliwość. Swoje biskupstwo opuścił dopiero wtedy, gdy zmusił go do tego uzbrojony oddział SS. Wyjechał przez Gdańsk wgłąb Niemiec.

                                                    Jeszcze w 1945 r. wrócił na Warmię, by odbudować podstawy diecezji, lecz prymas Polski, kardynał Hlond wkrótce zmusił go do opuszczenia kraju. W 1946 r. papież Pius XII mianował ks. Kallera specjalnym pełnomocnikiem do spraw Niemców wypędzonych z terenów wschodnich. Wizytował obozy przesiedleńców. Ponadto, zorganizował w Königstein/Taunus ośrodek szkoleniowy (zastępcze seminarium duchowne) dla księży ze Wschodu.

                                                    Maximilian Kaller zmarł nagle 7 lipca 1947 r. i pochowany został w Königstein.

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 18.03.12, 10:55
                                                    https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/124548-krapkowice.jpg

                                                    Historia sporów między mieszczanami a władcami w Krapkowicach.
                                                    Historia sporów między mieszczanami a władcami w Krapkowicach -w obronie mieszkańców miasta stawał kilkakrotnie cesarz, a potem Kamera Wojenno-Sądowa. W rozstrzygnięciu z 1744 roku zarzuciła ona hrabiemu, że traktuje ludzi jak niewolników.

                                                    Historia Krapkowic pokazuje, że pomiędzy tutejszymi mieszczanami a władcami na zamku niejednokrotnie dochodziło do nieporozumień i sporów. Najczęściej powstawały one na tle finansowym. Kilkakrotnie dotyczyły zysków ze sprzedaży piwa. Zarzewiem konfliktu były też nakłady na most przez Odrę. Zdarzało się, że właściciele oddawali Krapkowice i okoliczne wsie w zastaw za długi, a mieszczanie podejmowali się go wykupić.

                                                    Jak można wyczytać w „Historii miasta Krapkowice na Górnym Śląsku ad. 1914” autorstwa legendarnego Johannesa Chrząszcza, po raz pierwszy miasto (a wraz z nim również wieś Górażdże) zastało zastawione za długi w roku 1557 przez cesarza Ferdynanda. Przejął je w sumie na 7 lat Joachim Buchta z Otmętu za 9 tys. talarów. Kiedy tylko cesarz miasto spod zastawu wykupił, oddał je pod kolejny - tym razem burmistrzowi Brzegu Andreasowi Clementowi. A wtedy do akcji wkroczyli mieszczanie, którzy jak pisze Chrząszcz, podjęli się w ciągu trzech lat spłaty kapitału wraz z 7-procentowymi odsetkami i jeszcze dodać ko-rzec kaszy. - A gdyby kapitał nie został we właściwym czasie zwrócony - jak deklarowali na piśmie w stosownym dokumencie. - Ten kto jest właścicielem listu dłużnego może nasz majątek sądownie przejąć.

                                                    Wiadomo, że mieszczanie władali miastem czerpiąc dochody przynależne właścicielom w latach 1572 - 1582. Nabyli je za 16 tys. talarów - ostatecznie po 10 latach okazało się jednak, że nie są w stanie zebrać tak dużej sumy, dlatego cesarz Rudolf II zastaw od nich na powrót wykupił i sprzedał Hansowi von Redernowi z Rozkochowa.

                                                    “Sprzedajemy nasze miasteczko Krapkowice ze wszystkimi poddanymi i mieszkającymi, z wszelkimi honorami, wszystkimi służbami, prawami i dobrami” - czytamy w dokumencie wystawionym przez Rudolfa II z 29 września 1582. Mimo że Redern wystosował do mieszczan specjalną odezwę, gdzie zapewnił ich, że mogą dalej „przy swoich przyzwyczajeniach, prawach i przywilejach mocno trwać i używać świętego Sakramentu wyznania augsburskiego”, doszło między nimi do sporu i mieszczanie napisali skargę do cesarza. Poszło o prawo do wypasu na pastwiskach w żywocickim lesie i młyn górny. Cesarz rozsądził: łąka należy do miasta, młyn - do dziedzica.

                                                    Najczęstszym zarzewiem konfliktu było piwo. Jak wiadomo, od najdawniejszych czasów miasta czerpały zyski z warzenia piwa. W Krapkowicach przychody z tej działalności wymienia już urbarz z początku XVI wieku. Piwo „świdnickie” rozlewane było wtedy w ratuszu, z czego dochód roczny wynosił 6 forintów.
                                                    Jak czytamy w książce Johannesa Chrząszcza, Hans Redern „poprawił porządek piwny nakładając na działalność specjalne ograniczenia co do ilości warzonego piwa i minimalnego czasu warzenia. Pomiędzy potomkami Hansa, a mieszczanami w XVII i XVIII wieku niejednokrotnie dochodziło do nieporozumień w sprawie „piwnej”. W 1709 roku spór był już tak duży, że rozsądzić go musiała Komisja Cesarska, a ugodę zatwierdził cesarz Józef I. W jednym z jej punktów czytamy, iż „władcy mają prawo zażądać miarę słodu i w miejskich browarach piwo warzyć, jednak mieszczanom zabrania się ich piwa w zamku sprzedawać”. Co więcej: „władcy są tak długo właścicielami gorzelni i karczm, dopóki miasto nie przedstawi lepszego prawa”! Miasto nie może się też skarżyć na to, że władcy budować będą kolejne karczmy.

                                                    Ugoda nie na wiele jednak się zdała. Kolejne, trwające od 1742 roku konflikty między mieszczanami a władcami zamku Chrząszcz nazywa „wojną siedemdziesięcioletnią”. Miasto wniosło wtedy skargę do Kamery Wojenno - Skarbowej we Wrocławiu twierdząc, że w gospodzie należącej do zamku przy ulicy Dobrej sprzedawana jest i gorzałka i piwo, przez co wyroby wytwarzane przez mieszczan nie znajdują wzięcia i miasto pozbawione jest dochodów. Spór został rozsądzony po myśli mieszczan: Redernowie zaniechali sprzedaży piwa, pozostając przy samej gorzałce.
                                                    Ciag dalszy.
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 18.03.12, 10:57


                                                    Zobacz też: Historia Krapkowic
                                                    opolskie.regiopedia.pl/wiki/historia-krapkowic
                                                    Równolegle toczył się jeszcze wtedy spór o most: cło mostowe pobierało miasto, ale to ono zobowiązane było do utrzymania obiektu w dobrym stanie. Bywało, że konieczne nakłady na remonty okazywały się jednak nie do udźwignięcia dla mieszczan i wtedy domagali się oni partycypacji w kosztach przez pana na zamku. Tak było na początku XVIII wieku i we wspomnianej ugodzie z 1709 roku cesarz Józef I polecił, by tym razem hrabia Redern wyremontował most, za co mógł czasowo przejąć cło mostowe. Gdy mieszczanie ponownie wnieśli skargę na Redernów w roku 1744, Kamera Wojenno - Skarbowa nakazała odbudowę zniszczonego w 1741 roku mostu hrabiemu (a właściwie jego prawnemu opiekunowi - stryjowi Carlowi Augustowi Redern, gdyż panujący hrabia Heinrich Adolf był niepełnoletni). A prokurenci hrabiego w odpowiedzi złożyli protest. Przewodniczący kamery bronił mieszczan i skrytykował Carla Augusta. Napisał, że hrabia Redern traktuje mieszczan „jak niewolników czy poddanych”, a pracowników magi-stratu wyzywa od łajdaków, „groził im nawet żelazem w ręku jak bandytom” zabraniając spotkania z kamerą. Ostatecznie miasto wyłożyło pieniądze na uruchomienie promu przez Odrę, zaś Carl Au-gust Redern wyraził gotowość dostarczenia drewna na odbudowę mostu (do której jednak nie doszło w ciągu 100 lat!).

                                                    Spór o piwo jednak powrócił: w 1790 roku hrabia Kurt Haugwitz z Rogowa zabronił dzierżawcom karczm sprzedawania piwa warzonego przez mieszczan, a jego urzędnicy uruchomili własną gospodę „Pod zielonym drzewem” w pobliżu miasta. Działała ona aż do 1976, gdy sprzedaży piwa zabroniła jej Kamera Wojenno - Skarbowa. Co ciekawe, hrabia Haugwitz w 1804 w akcie samokrytyki wydał oświadczenie, w którym stwierdził, iż „widzi krzywdę mieszczan w prawach warzenia piwa“. Wobec powyższego należy im pozwolić sprzedaż piwa prowadzić. I tu, jak ripostuje krapkowicki kroni-karz Johannes Chrząszcz, „miasto z tego wieloletniego sporu z zamkiem wyszło zwycięsko”. A jak wynika z rejestru dochodów miasta z roku 1821, miejski browar prosperował potem całkiem nieźle.

                                                    Beata Szczerbaniewicz, nto
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 21.03.12, 09:59
                                                    Zawadzkie 100 lat temu zobacz Zdjecia

                                                    www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20120320/POWIAT10/120329984
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 23.03.12, 18:58
                                                    Historia
                                                    Tej świątyni już nie ma
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/4341_3626.jpg
                                                    Może wydawać się to dziwne, ale o starym kościele pw. św. Wawrzyńca wiadomo niewiele. Świątynię wybudowaną w stylu barokowym zburzono, kiedy przestała wystarczać potrzebom wiernych. Na jej miejscu wybudowano obecny kościół neobarokowy.

                                                    Poprzednia świątynia wybudowana została prawdopodobnie w 1724 r., na miejscu wcześniejszego kościoła gotyckiego, znanego z protokołów wizytacyjnych z 1679 r. Świątynia była niewielka. Jej rozmiary wynosiły 55 na 25 łokci, czyli około 33 na 15 metrów. Nie wiadomo. jakiego "łokcia" użyto w opisie. Miara ta różniła się w zależności od regionu i czasu, w którym była używana. Zawsze "łokieć" oscylował jednak wokół 60 cm. Stąd wymiary kościoła znamy jedynie orientacyjnie. Nie wiadomo też, czy były to wymiary wnętrza świątyni czy też mierzone razem z murami zewnętrznymi.

                                                    Z protokołu powizytacyjnego wiemy m.in., że: "kościół [...] z jednej strony dachówką a z drugiej gontami jest kryty, wewnątrz ciemny, ponieważ protestanci wznieśli sztuczne podwyższenie (chór) na wzór kaplicy ponad kryptą od strony południa, gdzie powinny być okna, co powoduje ciemność w kościele. Ściany wprawdzie wybielone, lecz wskutek długiego odstępu czasu od kurzu przybrudzone [...] ponadto kościół jest przyozdobiony czterema ołtarzami, bardzo przyzwoitymi i kosztownymi. [...] Ołtarz główny jest murowany i zbezczeszczony, przyzwoitymi obrusami nakryty, mający trzy kondygnacje, artystycznie rzeźbiony, pomalowany i złocony, przyjemny dla oka ludzkiego. W nawie kościoła przy ścianach na południe i na północ znajdują się dwa ołtarze przez czcigodnego Balthazara Francisca Stanislaida proboszcza w Gorzowie Śląskim (Gorzoviensi, Landsberg) w Polsce, miastu ojczystemu Strzelce (Strelicensi) nowo uczynione z postaciami najpiękniej rzeźbionymi i pozłoconymi".

                                                    Jak widać, była to wizyta, która miała ocenić szkody, jakie katolickiej świątyni wyrządziła reformacja. Kościół na jakiś czas przeszedł pod władanie protestantów, którzy w Strzelcach mieli wówczas ogromne wpływy. Zresztą, sam wstęp do protokołu mówi wyraźnie: "Magno Strelicz należy do jurysdykcji najjaśniejszego Pana Gustawa z rodu Colonna, niekatolika i odstępcy". W innym protokole powizytacyjnym z 1687 r. (a więc sporządzonym zaledwie 8 lat po poprzednim) przeczytać można, co następuje: "Co do parafian: We wioskach jak dotąd uważani są wszyscy za katolików, w mieście wraz z przybyciem nowego proboszcza nie było jak czwarta część katolików, obecnie odnowiło się życie chrześcijańskie i jest trzy części katolików i jedna część protestantów. Protestanci inaczej zwani heretycy mają cmentarz poza miastem, są grzebani z muzyką i śpiewem, ale bez kapłana".

                                                    Fotografia z 1903 r. okazuje kościół barokowy, którego wymiary pokrywają się z grubsza z wymienionymi w protokole powizytacyjnym. Mógł zostać zbudowany na fundamentach starej świątyni, wpisując się w jej obrys. Nie ma jednak żadnej pewności, że w rzeczywistości kościół barokowy nie jest tym opisywanym w 1679 r., a informacja o jego budowie w 1724 r. jest błędna albo odnosi się jedynie do poważnego remontu. Tutaj musimy zdać się na przypuszczenia.

                                                    Wiadomo jednak, że pod koniec swojego istnienia poprzednia świątynia była w bardzo złym stanie. Zawilgocona i zagrzybiała. Jej ofiarą padł m.in. ks. Maximilian Kaller, który w Strzelcach podupadł na zdrowiu. Wielogodzinne wysłuchiwanie spowiedzi w wilgotnym i zimnym kościele zmusiło go do podreperowania zdrowia i zmiany parafii (o czym pisaliśmy w poprzednim numerze).

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • alladyn15 Re: opowiesci niy ino o Glywicach 24.03.12, 20:10
                                                    Eee...takie tam gadanie,ze tam straszy.Ladnie budynki niemieckie wygladaja i tyle.Pamietam tylko raz,kiedy chcialem sie odlac,to latarka mi z reki wypadla.Troche po spdniach pocieklo,ale to nie ze strachu!
                                                  • szwager_z_laband Re: opowiesci niy ino o Glywicach 25.03.12, 09:27
                                                    Berncik mie sie zdo ze Ty ybs tam chyntnie urlop spyndziou:

                                                    www.silesia.agro.pl/seite/gehalt/kreisgrosstrehlitz(strzelceopolskie)
    • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 25.03.12, 10:11
      www.grosspeterwitz.de/Zeitungsartikel/Wydanie51/tajemniczykrzyz.htm
      • berncik Re: Ciekawo historyjka: 25.03.12, 11:02
        Szwager:Jo tam chnet kozdy rok je i mieszkac mom kaj,Znom te wsie kaj te hotele som.
        Fajnie zes to o tych Gaszynach dou rein.To je tyn zomek we Zyrowej.
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/qc/ga/yobe/6Klbc8JMbN513AIzMX.jpg
        Herb rodu von Gaschin.
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/f/fc/GER_COA_von_Gaschin.svg/200px-GER_COA_von_Gaschin.svg.png
        • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 25.03.12, 11:22
          a jak Ballest to poszeczto z tymi Gotami i Wandalami to tysz sie uraduje;)
      • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 25.03.12, 11:25
        szwager_z_laband napisał:

        > www.grosspeterwitz.de/Zeitungsartikel/Wydanie51/tajemniczykrzyz.htm
        --------------------------------------------------------------------------------------------------
        Rozkwit tych dobr datuje sie od zakończenia wojen ślonskich,kiere prziniosły Gaschinom wielke prziwileje mimo,ze nie brali w nich udziału.
        Wspominali my już sam o tej mało chwalebnej ucieczce Starego Fritza z pola bitwy i o azylu
        jakigo mu udzieloł Gaszyna-(tak sie wteda mianowoł) we swoim zamku mimo,że był we służbie i poddaństwie Marii-Teresy austriackej.
        Fryderyk sie za nierozpowszechnianie tej gańby chcioł odwdziynczyć nadaniem honorow przi samym królu pruskim(dzisiejsze ministerstwo). Ale Gaszyna odmowioł bo w Berlinie był by jednym z wielu a na Ślonsku był kimś wyjontkowym.
        Powszechnie opowiadano o jego nie bywałej sile ale i o jego bezeceństwach wobec poddanych.
        Nie odpuścioł żodnej pani młodej prawa piyrszej nocy.
        W drodze na uczta wydano przez Fryderyka II na jego cześć w Grotkowie,zdemolowoł z kompanami prawie wszystko po drodze i rozpyńdzioł cołki "odpust "odprawiany na ta okazjo w Grotkowie.
        W zamian za proponowane honory uzyskoł prziwileje i wilkie dobra w opisanych tu okolicach.
        Na cześć i ku pamiyńci Amanda von Gaschin powstoł wielki dwor i wieś nazwano Amandow.
        Leży pora km na zachod od Krawarza- Krowiarek i wspołtworzyła wielki klucz majontkow aż do Gamowa,Pawłowa i Makowa.
        Z tym też wionże sie odrymbność gwarowo tych okolic.
        Do zaśiedlania tych terenow sprowadzono robotnikow rolnych z okolic Strzelec Opolskich
        a śnimi też te "opoulske gaudanie",kiere przetrwało tam do dzisiej,choć w szczontkowej formie.
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 30.03.12, 18:03
          view counter
          Ksiądz budowniczy

          Historia

          Kościół św. Wawrzyńca
          Siódmego września 1891 roku do Strzelec przybył ks. Maksymilian Ganczarski. Do parafii wprowadzono go uroczyście przy dźwiękach dzwonów, witany był przez władze miasta i parafian. Trzy lata później odbyła się wizytacja kardynała Georga Koppa. Do zgromadzonych przemówił słowami: "Znosiliście ciężary, ale nie odstąpiliście od przepisów kościelnych i dlatego mówię jak św. Paweł, dziękuję wam i jestem pewny przywrócenia waszej wiary. Parafia w ciężkich czasach szanowała też porządek państwowy i za to też dziękuję parafii". Wizyta wrocławskiego biskupa odbyła się zaledwie kilka lat po zakończeniu dramatycznej walki o zachowanie wiary podczas kulturkampfu. Narzucony przez państwo pruskie ksiądz Mücke na swoich mszach gromadził jedynie garstkę wiernych i to tylko z tego powodu, że nie byli w stanie dotrzeć do innych świątyń, gdzie nabożeństwa odprawiali księża uznawani przez Rzym.

          Przed księdzem Ganczarskim nowa parafia postawiła wiele wyzwań. Swoją pracę rozpoczął od odzyskania kościelnego majątku, który w poprzednich dekadach rozpływał się nieustannie. Wykazał się też jako budowniczy.

          W 1897 roku został otwarty dom i kaplica zakładu św. Józefa, który został wykupiony i podarowany siostrom elżbietankom przez byłego posła do Landtagu dr. Franza. W 1903 roku stanął dom dla sierot "Maksymiliana" prowadzony przez te same siostry zakonne. Największym wyzwaniem dla proboszcza była jednak budowa nowej świątyni.

          Na początku XX wieku miasto liczyło 6000 mieszkańców, w większości katolików. Stary kościół zwyczajnie ich nie mieścił. Zanim doszło do położenia pierwszej cegły, proboszcz musiał długo walczyć o możliwość przebudowy świątyni. Władze, po konsultacji z konserwatorem zabytków, były temu niechętne. Barokowy kościół uznany był za zabytek, więc zasugerowano, by budynek tylko poszerzyć. Także biskupstwo nakazało stworzenie projektu rozbudowy istniejącej świątyni. Jednak inspekcja powiatowego mistrza budowlanego nie pozostawiała złudzeń.

          14 listopada do władz państwowych wpłynęło pismo, w którym czytamy: "Kładziemy duży nacisk na godny, piękny Dom Boży, który również po wiekach będzie radością parafii. Biorąc pod uwagę wysokie koszty, za które otrzymamy coś niezupełnie dokończonego, to dochodzimy jednogłośnie do przekonania, że tylko budowa kościoła może nas zadowolić. Wiemy, że budowa będzie droższa, ale jesteśmy gotowi i zdolni pokryć zaistniałe dodatkowe koszty".

          Rada kościelna chciała, by kościół powstał w stylu renesansowym i na ten warunek minister nie chciał się zgodzić. W ministerstwie opracowano nowy projekt, który ostatecznie przyjęto wraz z dotacją tylko 67 tys. marek. Suma ta pierwotnie przeznaczona była na poszerzenie starej świątyni. Rada musiała wyrazić zgodę na pokrycie pozostałej części kosztów budowy, czyli 360 tys. marek. Zgodnie z umową patron kościoła miał dodatkowo przydzielić 11 tys. marek na wyposażenie świątyni.

          Autorem projektu w stylu neobarokowym i głównym kierownikiem budowy był Georg Guldenpfennig z Paderborn, naczelnym kierownikiem budowy został powiatowy inspektor budowlany Weihe, prace ziemne, murarskie i ciesielskie powierzono mistrzowi budowlanemu Maxowi Sliwce z Zabrza. Wykonanie dachu i jego przykrycie - Karlowi Ehrlichowi ze Strzelec Wielkich, pokrycie wieży - T. Hillingerowi z Pyskowic, dostawę żelaza - Wilhelmowi Rett i Wiktorowi Seifertowi z Strzelec Wielkich. Dostawę cegły na budowę murów powierzono Szymiszowskiej Spółce, cegły dziurawki na sklepienie miał dostarczyć A. Kiesewetter z Błotnicy, piasku do budowy kościoła - Heinrich Kempski z Strzelec Wielkich, wapna - Peter Henkel z Mokrych Łanów.

          Na okres budowy nowego kościoła ustawiono w ogrodzie zakładu św. Józefa prowizoryczny kościółek za kwotę 8 tys. marek.

          11 października 1903 roku w starym kościele parafialnym odprawiono ostatnie nabożeństwo. Ze smutkiem wierni pożegnali się ze starą świątynią, z którą byli związani od pokoleń i w której przeżywali zarówno radosne jak i smutne wydarzenia.

          Piotr Smykała, Romuald Kubik
          • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.04.12, 20:40
            berncik napisał:

            > view counter
            > Ksiądz budowniczy
            >
            > Historia
            >
            > Kościół św. Wawrzyńca


            > Na okres budowy nowego kościoła ustawiono w ogrodzie zakładu św. Józefa prowizo
            > ryczny kościółek za kwotę 8 tys. marek.
            >
            > 11 października 1903 roku w starym kościele parafialnym odprawiono ostatnie nab
            > ożeństwo. Ze smutkiem wierni pożegnali się ze starą świątynią, z którą byli zwi
            > ązani od pokoleń i w której przeżywali zarówno radosne jak i smutne wydarzenia.
            >
            > Piotr Smykała, Romuald Kubik
            Drugo czesc:
            view counter
            Nawet wdowi grosz na kościół
            Perla, 2 kwiecień, 2012 - 14:40

            Historia
            663 (14)

            Prace nad budową nowej świątyni rozpoczęły się 19 kwietnia 1904 roku. Przykrą koniecznością było rozebranie najpierw starego kościoła. Odbyło się to na tyle sprawnie, że już 10 sierpnia, w dzień patrona, św. Wawrzyńca, wmurowano kamień węgielny.

            Uroczystość miała bardzo bogatą oprawę. Proboszcz Maksymilian Ganczarski w asyście wikarych Wolko i Kallera, w obecności wielu księżych, przedstawicieli władz świeckich, hrabiego Tschirski-Renard i rzeszy wiernych poświęcił uroczyście kamień na udekorowanym flagami i wieńcami placu budowy. Kazanie po niemiecku wygłosił proboszcz Barysch, a po polsku - proboszcz Grund. Niespodzianką było ofiarowanie z tej okazji, przez kardynała Koppa, 20 tys. marek na budowę kościoła.

            Prace budowlane przeciągnęły się w czasie, lecz budynek w stanie surowym stał już jesienią 1905 r. Dnia 14 września, pod nieobecność proboszcza, który przebywał na urlopie, robotnicy zamontowali na szczycie wieży gałkę. Nie zorganizowano przy tym żadnej uroczystości. Odbyła się ona dopiero 25 września, kiedy to proboszcz Ganczarski włożył do gałki miedzianą puszkę. Zawierała ona spisaną historię parafii, opis aktualnej sytuacji parafian i plany budowy kościoła. Ponadto, w dokumentach umieszczono spis rady parafialnej, członków zarządu gminy i kierowników budowy. Dołączono także dwa stare dokumenty - jeden z 1824 r. i dwa z 1883 r. do tego dodano dużą ilość współczesnych monet.

            Kulminacyjnym dniem był 3 czerwca 1907 r. Konsekracji kościoła dokonał kardynał Kopp, który dzień wcześniej przybył do Strzelec. Jego przyjazdowi towarzyszył orszak rolników na koniach. Biskupa powitano przy specjalnie do tego celu zbudowanej bramie honorowej ustawionej obok ratusza przez burmistrza Paula Gundruma.

            Po konsekracji kościoła, otwarto jego bramy, przez które wpłynęła rzesza wiernych. Po uroczystej sumie pontyfikalnej z tymczasowego kościoła przeniesiono Najświętszy Sakrament. Przez miasto przeszedł pochód, w którym udział wzięli członkowie organizacji kościelnych i świeckich. Wieczorem pod domem radcy sądowego dr. Faltina, w którym zatrzymał się kardynał Georg von Kopp, odbył się na jego cześć pochód 600 mężczyzn z pochodniami.

            W poniedziałek, 4 czerwca, kardynał Kopp udzielił sakramentu bierzmowania 3600 wiernym ze Strzelec, Szymiszowa i Rozmierzy, po czym udał się na Górę św. Anny.

            Budowa kościoła nie byłaby niemożliwa bez nadzwyczajnej ofiarności wiernych. Suma, jaką początkowo dysponowali budowniczy, była znacznie niższa od potrzebnej na dokończenie świątyni. Pojedyncze osoby, całe rodziny, organizacje świeckie i katolickie konkurowały w darowiznach dla kościoła. Zapiski wspominają o biednej robotnicy, która ofiarowała niemal wszystko, co miała. Nawet hrabia von Tschirski-Renard, protestant, ufundował cyborium.

            Wyposażenie

            Nowa świątynia przejęła wiele elementów wyposażenia starego kościoła. Przeniesiono główny ołtarz pochodzący z 1697 r. z obrazami św. Wawrzyńca i Matki Boskiej Śnieżnej. Z poprzedniej budowli pochodzą również dwa ołtarze boczne, św. Michała i św. Antoniego z drugiej połowy XVII w., ołtarz z kaplicy św. Barbary oraz piękna ambona z pierwszej połowy XVIII w.

            Kościół został wybudowany według projektu Georga Güldenpfenniga, syna innego słynnego projektanta kościołów, Arnolda Güldenpfenniga. Architekt ten zginął na początku I wojny światowej we Francji. W 1905 r. rozpoczęły się prace nad drogą krzyżową. 14 stacji wyrzeźbił Paul Thamm z Lądku Zdroju (Bad Landeck). Poszczególne stacje ufundowali: I - Josef Gruschka I z Suchych Łanów, II - Theresien Uerin, III - Antonia Halama, IV - Franziska Hoffmann, V - Valentin Bieniek, VI - Trzeci Zakon Franciszkański, VII - Franciska i Maria Jendrysik (wszyscy z Wielkich Strzelec), VIII - Berthold Pohl z Wrocławia, IX - Edward Enenkel ze Strzelec, X - Franz Siedlaczek z Bosniont AV (Bośni?), XI - Maria Kusber, XII - Josef Kandler, XIII - Johanna Hlasny, XIV - Mathilde Wilke (wszyscy ze Strzelec).

            Dwa witraże w prezbiterium ufundował w 1906 r. nauczyciel Johann Titz. Witraż z lewej strony głównego ołtarza jest poświęcony św. Jerzemu, z prawej strony ołtarza - św. Janowi Nepomucenowi. W nawie bocznej po stronie prawej nad wejściem bocznym został wstawiony witraż ku czci św. Klary. Pochodzi on z 1906 r., a jego fundatorem był notariusz strzelecki Joseph Faltin (1852-1934). W lewej nawie znajduje się witraż ku czci Najświętszej Marii Panny, ufundowany przez kobiety strzeleckie w 1906 r.

            Nad głównym wejściem do kościoła są wyryte w drzewie słowa z Pisma Świętego w języku niemieckim. Przez dekady, po 1945 r., napis był zakryty i odsłonięty dopiero na początku XXI w. Brzmi:

            Komme Alle Her zu Mir.

            Die ihr mühselig und beladen seid.

            Ich werde euch erquicken

            W tłumaczeniu na polski:

            Przyjdźcie do Mnie wszyscy.

            Wy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście,

            a Ja was pokrzepię.

            Piotr Smykała, Romuald Kubik
            • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.04.12, 21:06
              berncik napisał:

              > berncik napisał:
              >
              > > view counter
              > > Ksiądz budowniczy
              > >
              > > Historia
              > >
              > > Kościół św. Wawrzyńca
              Tak ten kosciol wyglondo w srodku
              >
              https://www.polskiekrajobrazy.pl/images/stories/big/25788Kosciol_sw.Wawrzynca_w_Strzelcach_Op.jpg

              To som oltarze boczne
              https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/99/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_%C5%9Bw._Wawrzy%C5%84ca_w_Strzelcach_Opolskich3.JPG
              Tekst linka
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 31.03.12, 18:30
          bratjakuba napisał:

          > szwager_z_laband napisał:
          >
          > > www.grosspeterwitz.de/Zeitungsartikel/Wydanie51/tajemniczykrzyz.htm
          > -------------------------------------------------------------------------------
          > -------------------
          > Rozkwit tych dobr datuje sie od zakończenia wojen ślonskich,kiere prziniosły Ga
          > schinom wielke prziwileje mimo,ze nie brali w nich udziału.
          > Wspominali my już sam o tej mało chwalebnej ucieczce Starego Fritza z pola bitw
          > y i o azylu
          > jakigo mu udzieloł Gaszyna-(tak sie wteda mianowoł) we swoim zamku mimo,że był
          > we służbie i poddaństwie Marii-Teresy austriackej.
          Potyczki słowne hr. Karla Ludwiga ze Starym Fritzem
          Etykietowanie:

          Historia
          Ludzie
          Opolskie
          Potyczki słowne hr. Karla Ludwiga ze Starym Fritzem

          Dodano: 18 stycznia 2011, 13:55
          Autor:
          online
          online

          Potyczki słowne hr. Karla Ludwiga ze Starym Fritzem - w kwietniu 1741 roku, kiedy trwała bitwa pod Małujowicami, do pałacu Gaschinów zapukał król Prus - Fryderyk II Wielki z prośbą o nocleg.

          Anegdota dotyczy hrabiego Karla Ludwiga Antona von Gaschin (1691 - 1754) - wnuka Melchiora Ferdinanda, który był budowniczym pałacu w Żyrowej i fundatorem klasztoru na Górze Św. Anny.
          Karl Ludwig zaznaczył swoje miejsce w historii Śląska z kilku powodów. Po pierwsze to on dokończył budowę murowanego klasztoru na Górze Św. Anny, po drugie - gościł u siebie samego Króla Prus Fryderyka II zwanego popularnie Starym Frycem.

          Udało mu się z nim zaprzyjaźnić, a treść toczonych między nimi błyskotliwych dialogów powtarzana była przez stulecia w formie ustnej i pisanej jako przykład dyplomacji i mędrkowania na tematy polityczne. Dialogi te cytowali m.in. również współcześni kronikarze śląskich dziejów - Ewald Pollok i Jerzy Szołtysek.
          - Działo się to podczas pierwszej wojny śląskiej w 1741 roku - opowiada Jerzy Szołtysek, znawca historii ziemi zdzieszowickiej. - 10 kwietnia pod Małujowicami koło Brzegu wojska pruskie pod wodzą króla Fryderyka II i feldmarszałka von Schwerina starły się z armią austriacką dowodzoną przez feldmarszałka Wilhelma Reinharda von Neipperga. Bitwa była stosunkowo niewielka, ale jej konsekwencje - duże - i dla historii Europy i dla nas - Ślązaków. Po tej bitwie przeszliśmy pod rządy Prus, dzięki czemu nasz region zaczął gwałtownie rozwijać się gospodarczo.

          Król Prus był żołnierzem, sam lubił dowodzić swoją armią. Tym razem nie wychodziło mu to jednak zbyt dobrze mimo liczebnej przewagi (siły pruskie liczyły 33 szwadrony jazdy i 31 batalionów piechoty, austriackie - 86 szwadronów i 18 batalionów). Gdy Austriakom udało się osiągnąć przewagę, feldmarszałek von Schwerin wymógł na Fryderyku II, aby opuścił pole walki i chronił swe cenne życie. Ten usłuchał i zajechał aż do Żyrowej. Jak sam tłumaczył, objechał i Brzeg i Opole obawiając się tamtejszej szlachty, która jawnie sprzyjała Austriakom.

          - Hrabia Karl Ludwig był zdumiony wizytą niezwykłego gościa, tym bardziej, że sam niewiele wcześniej wysłał gońca, aby przywiózł wieści z pola walki - opowiada Szołtysek. - Szybko przygotował na cześć Fryca iście królewską ucztę. Około północy powrócił do pałacu goniec z wiadomością o wygranej Prus. Wtedy hrabia wzniósł toast za zwycięstwo.

          Rankiem, gdy do Żyrowej zawitał adiutant króla przywożąc kolejne dobre wiadomości, hrabia i król którzy zdążyli się już polubić kontynuowali przyjacielską rozmowę, która przeszła do historii:
          Król: - Cieszę się, że wygraliśmy tę bitwę.
          Hrabia: - To jest korzystne.
          Król: - Nie to nie jest korzystne, gdyż to dopiero początek(...)
          Hrabia: - To jest niekorzystne, królu.
          Król: - Nie, to jest korzystne, bo dobry początek to połowa zwycięstwa...
          i tak dalej w tym tonie...
          Parę tygodni później, w pierwszych dniach maja obaj adwersarze mieli ponoć kontynuować potyczki słowne w Grodkowie w hotelu „Czarny Niedźwiedź”. Przebywający w nim król zaprosił Gaschina na rewizytę.
          - Nigdy bym nie pomyślał, że w Prusach można tak dobrze zjeść - chwalił ucztę hrabia
          - To jest korzystne - przytaknął król.
          - Nie, to jest niekorzystne. Austriacki orzeł ma dwa dzioby w herbie, natomiast pruski tylko jeden i dlatego może tylko połowę tego żreć.
          - To jest korzystne - odpowiedział Wielki Fryc. - Bo w ten sposób będziecie płacili tylko połowę podatku”.

          Jak mówi Ewald Pollok, tej rozmowy nie można historycznie udokumentować: O Gaschinach bardzo dużo mówiono i pisano, nieraz przesadzano, chociażby w tym, że syn Karla Ludwiga- Antoni był taki silny, iż potrafił zatrzymać bryczkę zaprzęgniętą w cztery konie - przypomina Pollok. - Coś musiało jednak być na rzeczy, skoro rozmowę drukowała między innymi „Groß Strehlizer Zeitung” w dodatku miesięcznym o nazwie „Aus dem Chelmer Land” i „Aus dem Annaberger Land”, cytował ją również Alfons Hayduk w swojej książce „Der Schlemmengraf Gaschin.”


          Beata Szczerbaniewicz, nto
          • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.04.12, 11:55
            https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/630x204/imagefield_multicrop/photo_panoramic/125262-siostry.jpgSiostry Służebniczki ze Strzelec Opolskich - dla pacjentów szpitala były gotowe zrobić wszystko - opiekowały się ludźmi w czasie wojny i pokoju. Za ciężką pracę nikt ich jednak nie docenił. W końcu zakonnice dostały nakaz opuszczenia lecznicy.

            Siostry Służebniczki opisały swoje losy w obszernej kronice, którą prowadziły przez blisko 50 lat. Pierwszy wpis pochodzi z 11 czerwca 1928 r. Wtedy właśnie zgromadzenie sióstr zakupiło 5 hektarów ziemi od hrabiego, żeby wybudować w Strzelcach nowoczesny szpital, z którego schorowani mieszkańcy mogliby korzystać. Służebniczki miały doświadczenie w leczeniu ludzi - podobną, choć znacznie mniejszą placówkę prowadziły w Leśnicy.
            Na budowę strzeleckiego szpitala dostały pieniądze od władz kościelnych, miasta, powiatu i rządu (część sum była udzielona w formie pożyczek). Wsparcie finansowe było zasługą prałata Josepha Glowatzkiego, który chodził po urzędach od drzwi do drzwi i przekonywał, że w Strzelcach lecznica jest potrzebna. Budowa szpitala poszła niezwykle szybko - zakończyła się już w listopadzie 1930 r.

            Siostry od samego początku bardzo dbały, by pacjenci czuli się w szpitalu dobrze. Przed budynkiem od pierwszych dni tryskała fontanna, na balkonach rosły pelargonie, a pacjenci mogli odpoczywać na ławkach ustawionych w pobliżu wejścia. W parku, który otaczał lecznicę, wybudowano dom gospodarczy i pralnię, a nad nią pokoje dla personelu.

            Siostry przyjmowały w szpitalu chorych z całego powiatu strzeleckiego. Pierwsze trudne chwile nastały wraz z wybuchem II wojny światowej. Lecznica z dnia na dzień zapełniła się rannymi, których przywożono z frontu. Mimo, że służebniczki pracowały z wytężoną siłą, nazistowskie władze próbowały je usunąć ze szpitala i zastąpić personelem cywilnym. Wynikało to prawdopodobnie z osobistych przekonań Hitlera, który dystansował się od władz kościelnych. Siostry były tym faktem przerażone. To dlatego, że szpital był nie tylko ich miejscem pracy, ale także ich domem. W lipcu 1940 roku o planach usunięcia sióstr z placówki, drogą pantoflową, dowiedział się ówczesny dyrektor szpitala - dr Backhaus. Postanowił zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do przejęcia lecznicy. Dyrektor pojechał do Bytomia do głównego lekarza okręgu. Udało mu się go przekonać, by wyznaczyć strzelecką placówkę, jako szpital wojskowy. Dzięki temu naziści nie przejęli lecznicy w swoje ręce.

            Po przekwalifikowaniu szpitala, część sióstr wstąpiła formalnie do Wehrmachtu. Musiały złożyć przysięgi, dostały rangi i musiały stawiać się na apel. W zamian, podobnie jak żołnierzom, przysługiwały im różne wynagrodzenia i dodatki m.in.: koniak, wino, papierosy, pościel, ręczniki i mydła, które mogły zatrzymać lub zamienić później na inny towar.

            Siostry opisują w swoim pamiętniku, że żołnierze byli przywożeni z frontu całymi grupami, w związku z tym były one bardzo zapracowane. Wiadomo, że w sierpniu 1941 r. w szpitalu pracowało już ponad 100 zakonnic, które opiekowały się 400 rannymi (zarówno żołnierzami, jak i cywilami). Z miesiąca na miesiąc ruch w lecznicy był coraz większy, a miejscowa kuchnia przygotowywała dziennie ponad 500 posiłków, co w czasie wojny było bardzo trudne, bo żywność była wydawana jedynie na kartki.

            Pracy Służebniczkom nie ułatwiało gestapo. Tajni policjanci co rusz węszyli w szpitalu i nadzorowali siostry. Te najbardziej obawiały się, że będą o coś bezpodstawnie oskarżone i wywiezione do obozu koncentracyjnego w Dachau.
            W 1943 roku w parku przy szpitalu stanęły cztery baraki dla jeńców: polskich, rosyjskich, angielskich i amerykańskich. Siostry starały się dbać o nich na równi z niemieckimi pacjentami. Upominały nawet strażników, by nie krzywdzili rannych. W 1944 r. zaczęły się naloty alianckich bombowców na miejscowe tereny. Siostry tak opisały te chwile.
            „Znowu ostrzegają radiostacje, że nalot bliski. Przygotowałyśmy się na ciężką i trudną pracę, gdyż prawie zawsze po nalotach przywożono rannych. Za chwilę zaryczały syreny, chorych znoszono do bunkrów (...). Nagle ogromny huk, dom szpitalny cały trzęsie się i kołysze. Wszyscy patrzą przestraszeni, dzieci płaczą, podnosi się krzyk pacjentów: Boże ratuj!”.

            Bomby z opisanego nalotu spadły do ogrodu szpitala, gdzie powstały potężne wyrwy. Żadna z nich nie trafiła jednak w budynek. Im bliżej końca wojny, tym więcej rannych trafiało do szpitala. Byli oni w fatalnym stanie: „często mieli w ranach robaki lub inne insekty sprawiające im jeszcze większy ból.”
            W styczniu 1945 r. do Strzelec weszli żołnierze radzieccy. Najpierw wojskowi kazali zakonnicom zamieszkać w piwnicach szpitala, a później wygonili ich do nieogrzewanych baraków.

            „Prawie wszystkie siostry zachorowały na grypę, reumatyzm i dur brzuszny” - napisały w kronice.
            Rosjanie opuścili szpital w kwietniu 1945 r, ale zabrali ze sobą wszystko co mogli: łóżka, krzesła, szafy, aparaty rentgenowskie. Życie w powojennej Polsce okazało się dla sióstr równie trudne. Siostry zaczęły sprowadzać do szpitala sprzęt i meble na własną rękę (pierwsze łóżka dostały w darze od dyrektora więzienia). Trwało to aż do 1949 roku. Gdy wszystko było już na dobrej drodze siostry dowiedziały się, że tym razem ich szpital ma przejść w ręce komunistów.

            „Między państwem a kościołem zaszło nieporozumienie. Znów zaczęły się trudne czasy” - ubolewały siostry.
            Na początku lat 50-tych władza zaczęła zwalniać zakonnice z pracy zastępując je siostrami cywilnymi po szkołach pielęgniarskich. Po tym siostry były przesiedlane w różne części kraju.

            „Dość wyraźnie odczuwa się prześladowanie Kościoła przez Państwo. (...) Siostry wciąż uważano za Niemki i tak je też traktowano” - pisały służebniczki.
            W 1954 próbował się za nimi stawić dr Nowak, który po wojnie pełnił funkcję dyrektora lecznicy - zagroził, że jak tak dalej będzie, to zwolni się z pracy. Niedługo po tym komuniści znaleźli zastępcę na jego miejsce i sami go zwolnili.

            W wrześniu 1954 r. władze zdecydowały, że całkowicie wyprowadzą siostry ze szpitala. Miały się one przenieść do kamienicy przy ul. Opolskiej. Zakonnice odwoływały się od decyzji i nie chciały opuścić lecznicy. Milicjanci przeprowadzili więc eksmisję. Dali siostrom godzinę czasu na spakowanie się, a gdy czas minął wpadli do ich pokoi i wyrzucili wszystko z szaf. Jedna z sióstr o imieniu M. Bertina była bardzo zdenerwowana: „Przyszliście do gotowego! Chcecie nam wszystko zabrać, a nas wyrzucić!” - mówiła.
            Siostry nie miały wyjścia - musiały wynieść się ze szpitala. Po tym incydencie rzadko wychodziły na ulice. Ograniczyły też kontakty z ludźmi.

            Radosław Dimitrow, nto
            Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
            • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.04.12, 12:06
              https://www.szpital.strzelce-op.pl/obrazek_tytulowy-01-01.jpg
              To jest ten szpital w Strzelcach .fajnie wyglondo je budowany z czerwonej klinkery w takym poukolu i prawie kozdo sala mo balkon.
              • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 02.04.12, 15:06
                berncik napisał:

                > https://www.szpital.strzelce-op.pl/obrazek_tytulowy-01-01.jpg
                > To jest ten szpital w Strzelcach .fajnie wyglondo je budowany z czerwonej klink
                > ery w takym poukolu i prawie kozdo sala mo balkon.
                =================================================
                A wczytejcie sie w autorstwo tego wysiedlunia. Te miano sie sam pora razy przewijało.
                Take akcje miały miejsce jedynie we Wrocławiu i całym województwie Opolskim.
                We Wrocławiu był za to odpowiedzialny dyrektor do spraw wyznań Wojewódzkiej Rady Narodowej,żyd z pochodzenia.
                W opolskim niestety rodowity Ślonzok i to taki co sie som stymplowoł za Niymca jak mu to było wygodne a potyn cołkowicie sie sprzedoł komunistycznym okupantom z PZPR.
                Mom w tym temacie zaś doświadczynie osobiste bo bez 2 lata wynajmowoł ech izba w takim klosztorze.
                Ta eksmisja odbywała sie we wakacje letnie i jedynie ta nasza izba została zaplombowano z osobistymi rzeczami.
                Potyn od września do marca nastympnego roku ech mioł do czyniynio z tymu towarzyszami
                na temat co,skond, dlaczego i co dali.
                Bez to nikiedy protestuja jak wszystko zło sie podciongo pod pojyńcie "Poloki".
                To tak samo jak by pedzieć,że wszyjscy Niymcy = faszysci abo nazi.

                • berncik Re: Ciekawo historyjka: 03.04.12, 16:50
                  Pokój namysłowski z 1348 roku

                  opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/124647-obraz_dscn4892.jpg
                  Pokój namysłowski z 1348 roku - niespełna siedem wieków temu miasto na kilka dni znalazło się w centrum wydarzeń ówczesnej Europy Wschodniej, a dzięki pokojowi namysłowskiemu jego nazwa zapisała się w historii.

                  Podpisany jesienią 1348 r. pokój namysłowski kończył trwającą od trzech lat polsko-czeską wojnę o panowanie nad Śląskiem.
                  Zawarcie 22 listopada 1348 r. - In opido Namysloviensi Wratislaviensis dyocesis anno et die subscriptis (W Namysłowie, mieście diecezji wrocławskiej, w roku i dniu niżej podanym) - pokoju między królestwami Polski i Czech było tylko pozornym rozwiązaniem konfliktu. Kazimierz III Wielki nie zamierzał zrezygnować z posiadania wpływów w księstwach śląskich, z kolei Karol IV Luksemburski miał w planach włączenie całej dzielnicy do Korony Królestwa Czech.

                  Bezpośrednią przyczyną wojny była aktywna polityka Polski w rejonie. Zwycięski konflikt o pograniczną Wschowę z książętami Żagania, Ścinawy i Oleśnicy (rządzonej przez Konrada, księcia Namysłowa w l. 1312-23) oraz zawiązanie sojuszu z cesarską dynastią władających Bawarią i Brandenburgią Wittelsbachów nie mógł ujść uwadze władającego Czechami Jana Luksemburskiego, którego syna margrabiego Moraw Karola uwięziono w Polsce wiosną 1345 r.
                  Latem 1345 r. ruszyła czeska wyprawa na Polskę. Jan na początek uderzył na świdnickie księstwo Bolka II Małego, ostatniego niezależnego Piasta Śląskiego. Specjalny oddział saperów pomógł zająć ważną graniczną twierdzę w Kamiennej Górze. Chcąc odciążyć sojusznika, Kazimierz III najechał i spustoszył księstwo opawskie, co przyniosło odwetową wyprawę Jana Luksemburskiego i jego śląskich sprzymierzeńców na stołeczny gród Polski - Kraków.

                  Kolejne lata przyniosły stagnację konfliktu. Ważnym wydarzeniem była rycerska śmierć króla Jana w bitwie z Anglikami pod Crécy 26 sierpnia 1346 r. Niewidomy władca stanął u boku Francuzów do swojej ostatniej bitwy, walcząc przywiązany do dwóch rycerzy. Pragnąc otoczyć się nieśmiertelną chwałą ruszył do ataku ze słowami „Nie będzie to, żeby czeski król z pola uciekał!”. Jego następcą został Karol IV Luksemburski.

                  Wybór miejsca podpisania traktatu był zapewne nieprzypadkowy. Namysłów był już wówczas usytuowany przy ważnych szlakach komunikacyjnych, w tym przy najważniejszym, łączącym Wrocław z Krakowem, czyli w szerszej perspektywie Zachód ze Wschodem Europy. Znaczenie miało również przygraniczne położenie miasta, stanowiącego wówczas własność Kazimierza III, który dzierżył Namysłów, Byczynę, Wołczyn i Kluczbork na mocy zastawu z 1341 r. Nominalnie okolica stanowiła jednak własność Piastów legnicko-brzeskich - Bolesława III Rozrzutnego i jego synów - Wacława i Ludwika.

                  Samą treść dokumentu znamy jedynie z wersji łacińskiej wystawionej przez kancelarię Kazimierza Wielkiego, nieznana jest treść aktu ratyfikowanego przez stronę czeską. Władca Polski występuje jako Cazimirus Dei gracia rex Poloniae - z bożej łaski król Polski, swojego oponenta tytułując serenissimum principem dominum Carolum, Romanorum regem semper augustum et Boemie regem - najłaskawszym i najzacniejszym władcą Karolem, zawsze dostojnym królem rzymskim i królem Czech.

                  Wprawdzie nie są znane źródła, mówiące o tym, że w Namysłowie zjawili się obaj monarchowie, ale z drugiej strony fakt ich obecności również nie jest negowany. Co w najbardziej optymistycznym wyobrażeniu pozwala na uznanie dnia 22 listopada 1348 r. za prawdziwy szczyt władców państw Europy Środkowo-Wschodniej, w którym obok dwóch głównych władców wzięliby też udział ich najbliżsi sojusznicy: król Węgier Ludwik Andegaweński, książę świdnicko-jaworski Bolko II Mały (obaj byli siostrzeńcami polskiego króla) oraz Albrecht Habsburg, książę Austrii, Styrii i Karyntii.

                  Jakie były warunki układu? Zachowanie wiecznej miłości i przyjaźni między obiema stronami (od tej pory Polska i Czechy nigdy nie znalazły się w stanie wojny), rozstrzyganie konfliktów Bolka i Karola poprzez mediację Albrechta, wsparcie ze strony Czech w konfliktach Polski z Zakonem Krzyżackim i Marchią Brandenburską, wystąpienie Polski w wojnie po stronie Czech, jeśli te dopomogą nam w odzyskaniu utraconych ziem (z wyjątkiem pomocy przeciwko Królestwu Węgier) lub życzliwa neutralność przy braku pomocy, anulowanie długów Karola wobec Kazimierza.
                  Najbardziej możliwym miejscem, w którym zawarcia pokoju namysłowskiego była siedziba książęca, drewniana poprzedniczka istniejącego do dziś murowanego zamku, którego budowę rozpoczęto w 1361 r.

                  Prawdopodobnym jest również inne miejsce podpisania traktatu - murowany kościół na Starym Mieście.
                  Dzięki osiągniętemu porozumieniu wyniszczona wojną lat 1345-48, a także wcześniejszymi zmaganiami o dziedzictwo Henryka Głogowczyka zaznała wreszcie spokoju.
                  =

                  Jednocześnie znów nastąpiła zmiana właściciela miasta, które powróciło z zastawu u polskiego władcy (według niektórych źródeł pozostało w nim do 1356 r.) w ręce książąt legnicko-brzeskich, którzy zatrzymali je moim zdaniem do 1359/60 r.

                  Większość źródeł podaje wprawdzie datę o dekadę wcześniejszą, ale usytuowanie przejęcia okolic Namysłowa przez Karola IV na 1348/49 r. wywołuje wiele nieścisłości. Przede wszystkim weichbild namysłowski powinien do 21 kwietnia 1352 r. być pod kontrolą księcia brzeskiego Bolesława, a następnie stanowić oprawę wdowią dla jego żony Katarzyny, zmarłej w 1358 r. Dopiero wówczas mogło dojść do transakcji między synami Bolesława, a cesarzem Karolem IV.
                  Korzystając z opieki cesarskiej miasto mogło się spokojnie rozwijać aż do czasu konfliktu z księstwem opolskim pod koniec XIV w., a w szczególności do okresu wojen husyckich, które dotarły nad Widawę pod koniec lat 20. XV w.

                  Mateusz Magda
                  • berncik Re: Ciekawo historyjka: 07.04.12, 20:22
                    Ten kosciou i klasztor w Jemielnicy warto pooglondac.
                    maria.bloog.pl/id,4726140,title,Kosciol-Wniebowziecia-Najswietszej-Marii-Panny-i-sw-Jakuba-w-Jemielnicy-zespol-klasztorny-cystersow,index.html?ticaid=6e3b4
                    • socer-schlesier Re: Ciekawo historyjka: 07.04.12, 21:03
                      Richtig fajny tyn kosciolek. Jest zech tam zaproszony na wesele 26 maja.
                      • berncik Re: Ciekawo historyjka: 09.04.12, 16:28
                        socer-schlesier napisał:

                        > Richtig fajny tyn kosciolek. Jest zech tam zaproszony na wesele 26 maja.
                        To mosz okazja se tam troch porozglondac.
                        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 10.04.12, 20:55

                          Krzyże i kapliczki w gminie Strzelce Opolskie

                          Historia
                          Kapliczka z 1667 roku na cmentarzu (Strzelce Opolskie)

                          Kapliczka jest ustawiona w pobliżu kościoła pw. św. Barbary przy ogrodzeniu koło drogi 94. Nie wiadomo, kto był jej fundatorem. Kapliczka została poświęcona w 1667 r. w dniu święta Wniebowstąpienia Pana Jezusa. Jest to święto ruchome i dzień ten wypadał wówczas 17 maja.

                          Na szczycie dachu znajduje się wykuta z metalu postać Chrystusa Zmartwychwstałego, a pod nim data: "17 maj 1667".

                          Kapliczka jest typu słupowego, wymurowana z kamienia i cegły o podstawie kwadratowej. Posiada 4 wnęki, w których dziś znajdują się obrazki Jezusa. Jest to jedna z najstarszych kapliczek w powiecie strzeleckim, o której wiadomo, kiedy powstała (lub została poświęcona).

                          Krzyż drewniany przy ulicy Krakowskiej (przeniesiony) - Strzelce Opolskie

                          Według przekazów ustnych i zdjęć, krzyż stał przy ulicy Krakowskiej, w pobliżu budynku urzędu starostwa powiatowego (Landratsamt), w okolicach dzisiejszego Liceum Ogólnokształcącego. Nie wiadomo, w jakiej intencji został postawiony. Obok krzyża stał też kamienny obelisk ozdobiony girlandą.

                          Krzyż został przeniesiony na obecne miejsce pod koniec XIX wieku przez rodzinę Jokiel. Dziś stoi na polu tejże rodziny.

                          Kapliczka słupowa z XVII i XIX wieku (Kalinowice)

                          Kapliczka słupowa pochodzi z XVII w. i znajduje się obecnie w granicach posesji Nieszwieca przy ulicy Wiejskiej. Kiedyś stała na rozwidleniu dróg do Poznowic i Niwek. Obecna kapliczka została zbudowana w XIX w.

                          Według przekazów ustnych, w tym miejscu mieli być pochowani żołnierze szwedzcy, z czasów wojny trzydziestoletniej (1618-1648). Być może stała tu latarnia z kamieni polnych do porozumiewania się między posterunkami. Takie latarnie były budowane co kilka kilometrów, a przy jednej z nich pochowano zmarłych. Potwierdza to fakt, że w czasie wydobycia piasku w pobliżu kaplicy natrafiono na ludzkie kości. Prawdopodobnie z biegiem lat budowlę zagospodarowano na kapliczkę chrześcijańską.

                          Kaplica słupowa jest postawiona na planie kwadratu o szerokości boków ok. 1,2 m i wysokości około 5 metrów, dach zadaszony dachówką. Na jego zwieńczeniu kiedyś znajdował się żelazny krzyż z Chrystusem (zaginął). Po bokach w dolnej części krzyża były dwie odnogi z dwiema gwiazdkami. Z przodu budowli znajdują się trzy wnęki. W górnej stoi figura Matki Boskiej. Niegdyś mieściła się tu statua św. Anny Samotrzeciej, która w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła.

                          Obecnie kapliczką opiekują się Teresa i Joachim Nieszwiec.

                          Krzyż kamienny ul. Wiejska 14 (Ligota Górna)

                          Krzyż kamienny powstał około 1901 r. w czasie budowy domu. Został ufundowany przez Johanna Matheja (1874-1953) i jego żonę Mathildę (1881-1962), lecz nie wiadomo, w jakiej intencji. Johann Matheja był z wykształcenia mistrzem kamieniarskim (w latach 1899-1901 pracował m.in. przy budowie teatru w Bytomiu - obecnie opera bytomska) i zapewne sam wykonał krzyż.

                          W styczniu 1945 r. doszło tu do niezwykłego wydarzenia. Sowiecki czołg szybko przejeżdżał wąską uliczką i kierujący nim żołnierz stracił panowanie nad pojazdem. Uderzył w mur, częściowo go niszcząc, odbił się i zatrzymał tuż przed krzyżem. Mieszkańcy Ligoty uznali to za cud.

                          Kapliczka pw. św. Barbary z 1879 roku (Podborzany)

                          Kapliczka została wybudowana w 1879 r. przez rodzinę Mathejka z Podborzan. Rok budowy kapliczki widnieje na krzyżu metalowym umieszczonym na jej zwieńczeniu.

                          Położona jest na byłej posesji Mathejki szczytem wyjściowym do drogi. Wewnątrz znajduje się ołtarz, nad min obraz świętej Barbary oraz obrazy Matki Boskiej Bolesnej i Pana Jezusa. Na bocznych ścianach umieszczone są stacje Drogi Krzyżowej. Na jednej ze ścian wisi mała gablota, w której znajduje się biała poduszka poświęcona Annie Matejka (17.07.1932-03.12.1952) zmarłej na cukrzycę.

                          Budowla powstała na pamiątkę dwóch wydarzeń. W czasie wojny prusko-austriackiej, w 1866 r. poległ jeden z synów z rodziny Mathejka, Johann. Według przekazów ustnych, na wojnie prusko-francuskiej, w latach 1870-1871, poległ też inny przedstawiciel rodziny - Josef. Po tych tragicznych wydarzeniach rodzina zdecydowała się na wystawienie okazałej kapliczki z ich posagów.

                          Kapliczka została poświęcona św. Barbarze, patronce dobrej śmierci. Przez wiele pokoleń kapliczką opiekowała się rodzina Mathejka. Mimo że nie mieszka już w tym miejscu, uczestniczy w remontach tego obiektu oraz krzyża drewnianego, stającego przy drodze w kierunku Farskiej Koloni. Obecnie kapliczką opiekuje się rodzina Krawiec.

                          W 2005 r. kapliczka została odnowiona. Zmieniono dach, odnowiono wnętrze i elewację. Remont został wykonany przez rodzinę Matejka, Pordzik i Krawiec. Budowla została ponownie poświęcona przez proboszcza parafii św. Wawrzyńca.

                          W Dniu św. Barbary odprawiana jest tutaj msza św. w intencji zmarłych i poległych z Podborzan, Farskiej Koloni i Rozmierki.

                          Krzyż na Pasterniku (Rozmierka)

                          Krzyż został postawiony w XIX w. na mogile zmarłych na zarazę z Rozmierki, Jędryń, Podborzan oraz być może z innych miejscowości. Wybrano to miejsce ze względu na piaszczysty i oddalony od zabudowań teren. Zaraza spowodowała wielkie spustoszenia, a zmarłych trzeba było chować w masowych grobach. Powstało tu wielkie cmentarzysko.

                          Być może krzyż postawiono już w czasie zarazy. Po latach wymagał jednak remontu lub wymiany na nowy. Przed 1914 r. Peter Urbantzyk miał sen. Przyśniło mu się, że jeżeli odnowi krzyż, nie pójdzie na wojnę i nie zginie.

                          Urbantzyk został powołany do armii niemieckiej, ale zachorował na malarię i został zwolniony do domu. Jako wotum wdzięczności za ocalenie życia, ok. 1923 r., postawił duży drewniany krzyż, który stał w tym miejscu do lat 60. XX w. Za czasów ks. Budnioka drewniany krzyż zastał odnowiony, a w 1983 r. rodzina Urbańczyk postawiła w tym miejscu krzyż betonowy.

                          Piotr Smykała, Romuald Kubik
                          • berncik Re: Ciekawo historyjka: 18.04.12, 11:44
                            Karczma z historią

                            W połowie ulicy Wiejskiej w Olszowej stała niepozorna do niedawna budowla. Wyróżniała się szarością pośród zadbanych posesji sąsiadów. Nie był to jednak dom mieszkalny, a dawna karczma z XVIII wieku. Stała nieczynna i niszczejąca. Dopiero przed kilkoma laty wokół niej zaczęto ustawiać rusztowania, powiększać okna, murować rozsypujące się ściany... Prac w dużej mierze samodzielnie podjął się spadkobierca gospody - Gerard Tiszbierek.

                            Teraz karczma wygląda inaczej. Ma bieluteńkie ściany, nowy dach i podjazd dla wózków. Gdy właściciel zamknie wszystkie formalności, restaurację znów odwiedzą goście. Będzie w niej tłoczno i gwarno, jak w latach świetności...

                            - Pierwotnie karczma była w rękach właściciela wsi, który oddawał ją w dzierżawę - przypomina historię obiektu Piotr Smykała. - Olszowa należała wówczas do Phillippa Grafa Colonny (1755-1807), który w 1789 r. kupił wieś od von Schweinichena. Od 1813 r. miejscowość przejął Leopold Graf Gaschin, a następnie od 1823 r. Andreas Graf Renard (1795-1874) i jego syn Johannes Graf Renard (1829-1874), którzy założyli tu wspaniałą hodowlę koni wyścigowych i zaprzęgowych. Stajnia była znana w całej Europie.

                            Rodzina Tischbierek kupiła gospodę w II połowie XIX wieku.

                            - Pierwszym właścicielem był Johann Tischbierek (1838-1917), trzykrotnie żonaty. Obie żony pochodziły z Poręby. Z drugą miał dwoje dzieci, które zmarły w czasie zarazy - przypomina Piotr Smykała. - Potem Johann Tischbierek ożenił się Pauliną z d. Skowronek (1859-1925) z Olszowej, która urodziła mu trójkę dzieci: Sofię, Emanuela i Viktora.

                            Johann Tischbierek bardzo dbał o swój interes. W 1886 r. przebudował i powiększył karczmę: podniósł budynek i zrobił na poddaszu pokoje. W 1900 r. kupił sąsiedni kawałek ziemi i rok później wzniósł na nim dom mieszkalny z chlewnią i oborą (te obiekty wyburzono w 2007 r. żeby zrobić miejsce na przestronny parking).

                            - W 1914 r. interes po ojcu przejął jego syn Emanuel (1888-1945), który prowadził go najpierw z pierwszą żoną Marianną (1896-1928), pochodzącą z Zalesia. Z nią miał trójkę dzieci: Angelę (1921 r.), Renatę (1923 r.) i Georga (1926 r.). Kiedy Marianna zmarła, Emanuel oddał karczmę w dzierżawę rodzinie Galla - przypomina dzieje Piotr Smykała - jednak w 1929 r. ożenił się po raz drugi - z wdową Franciszką Apfeld (1895-1949) z d. Rekus z Ujazdu, i ponownie zajął się gospodą.

                            Na świat przyszła dwójka kolejnych dzieci: Hubert (1929 r.) i Josef (1934 r.). Dorastając, przypatrywały się, jak ich rodzice, Emanuel i Franciszka, prowadzą karczmę. Zwłaszcza matka miała zmysł do interesów. Wyniosła go z domu, bo jej rodzina od lat prowadziła zakład masarski. Tu co tydzień odbywało się świniobicie. Mięso z uboju i wyroby wędliniarskie były sprzedawane w sklepie. Zaradna Franciszka wykorzystała swojskie specjały też w karczmie, gdzie podawano je jako dania i zakąski.

                            - Kiedy w pobliżu Olszowej (wtedy Erlenbusch O.S.) rozpoczęła się budowa autostrady, przy której pracowało dużo robotników, zwiększyło się zapotrzebowanie na posiłki - mówi Smykała. - To dlatego świnię bito już nie raz a dwa razy w tygodniu. Poza tym, właściciele karczmy robili swojską gorzałkę, którą delektowali się klienci. W menu nie brakowało piwa z pobliskich browarów oraz wina i napojów chłodzących.

                            Interes kwitł. Zaś Emanuel Tischbierek miał możliwość zajmowania się dodatkowo wydawnictwem. Produkował mapy szkolne, pocztówki oraz pisał artykuły o historii do gazet.

                            - Spokojne życie mieszkańców Śląska, w tym także rodziny Tischbierków, zakłóciła wojna. Żywność na kartki i trudności z zaopatrzeniem w towar nie sprzyjały prowadzeniu karczmy. Od grudnia 1940 r. aż do jesieni 1944 r. przebywali w niej angielscy jeńcy wojenni, których pilnowało dziewięciu żołnierzy niemieckich. Początkowo było 80 jeńców, w kwietniu 1941 r. 50. z nich zostało przeniesionych do Sieroniowic i na Górę św. Anny. Reszta pozostała w Olszowej pod dozorem dwóch niemieckich żołnierzy - odkrywa historię Smykała. - Jeńcy pracowali w lesie przy wyrębie drzew i w gospodarstwach rolnych. Porządkowali też drzewostan w lesie zwanym "Kuczesz" po przejściu orkanu. Jesienią 1944 r. zostali przeniesieni w głąb Niemiec. W 1990 r. dwóch byłych jeńców angielskich odwiedziło Olszową. Było to dla rodziny Tiszbierek niesamowite spotkanie.

                            Czternastego lutego 1945 r. Emanuel Tischbierek został internowany w głąb Związku Radzieckiego, gdzie cztery miesiące później zmarł na tyfus. Franciszka po stracie męża zamierzała nadal prowadzić karczmę, co skutecznie utrudniły jej władze komunistyczne.

                            - Została aresztowana i osadzona w więzieniu, z którego wyszła schorowana i załamana. W lipcu 1949 r. zmarła - mówi historyk. - Karczmę i gospodarstwo rolne przejął po powrocie z amerykańskiej niewoli syn Marianny i Emanuela, Jerzy Tiszbierek (1926-2004), który w 1956 r. ożenił się z Jadwigą z d. Skowronek.

                            Spadkobierca w 1972 r. próbował reaktywować karczmę. Bezskutecznie. Dopiero jego syn, Gerard, zrealizował plany ojca...

                            O minionej epoce przypominają zdjęcia zawieszone w odnowionej restauracji. Niegdyś karczma urządzona była w stylu myśliwskim, wystrojona w poroża i skóry zwierzyny upolowanej w pobliskich lasach, zaś ławy do siedzenia obito skórą. Dawniej istniał tu bufet i sala taneczna. Dziś obok sali urządzono nowoczesną kuchnię i toalety. Tablicę z napisem "Gasthaus Emanuel Tischbierek", wiszącą niegdyś nad wejściem, obecnie oglądać można w sali zabaw.

                            Czy duch karczmy znów ożyje?
                            JL
                            • berncik Re: Ciekawo historyjka: 19.04.12, 20:08
                              https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/630x204/imagefield_multicrop/photo_panoramic/121821-strzelce.jpgStrzelce Opolskie w 1945 roku - gdy kończyła się wojna, w marcu 1945 r. władzę w Strzelcach objęła pierwsza polska administracja. Ale rządziła tutaj tylko na papierze, bo za sznurki pociągali głównie Sowieci.

                              Przedstawiciele polskiej administracji, którzy wjechali do Strzelec zastali miasto w kompletnych gruzach. Na skutek działań wojennych i podpalenia miasta przez wojska radzieckie zrujnowanych było aż 58,5 proc. budynków: domów, kamienic, urzędów i zakładów. Gdy na mocy międzynarodowych układów postanowiono, że tereny Śląska przypadną Polsce, miejscowi niemal od razu ruszyli z odbudową miasta. Szybko okazało się jednak, że kraj, za który przelali krew stał się pod rządami komunistów mało przyjazny, a silne wpływy Moskwy sięgały aż do Strzelec.

                              Głównym zadaniem sześcioosobowej administracji, która tworzyła tzw. grupę operacyjną, było przejęcie majątku na terenach poniemieckich, jak najszybsze jego spisanie oraz uruchomienie zakładów produkcyjnych. Grupie przewodził najpierw inż. Ignacy Tyczyński, a kilka miesięcy później przejął ją Marian Jędrysik (obaj to urzednicy nadani z Warszawy). Już 25 marca 1945 r. wojskowi poinformowali polską administrację, że są gotowi przekazać jej zakłady cementowo-wapiennicze, gorzelnie, browary i mniejsze przedsiębiorstwa. - łącznie było to 107 zakładów, z czego 35 działało, 72 nie udało się uruchomić.
                              W czasie przejmowania poniemieckiego majątku doszło do poważnego zgrzytu pomiędzy polską administracją a miejscowym dowództwem Armii Czerwonej. Radzieccy wojskowi nie chcieli oddać części zakładów. Z Moskwy przyszło bowiem zarządzenie, że w zniszczonym Związku Radzieckim maszyny są bardziej potrzebne. Sowieci rozmontowali więc najcenniejsze maszyny na części i wywieźli je na Wschód. Przedstawiciele polskiej administracji mogli się temu tylko przyglądać. W ten sposób nowoczesne, jak na tamte czasy zakłady, zostały ogołocone. Wiadomo też, że zatrudniały wtedy jedynie 240 osób, tymczasem jak oszacowano, żeby działały pełną parą potrzeba było aż 2925 pracowników. Tych w okolicy jednak brakowało.

                              Incydentów pomiędzy Polakami a Rosjanami było więcej. Dla przykładu radzieccy wojskowi i mundurowi z miejscowych oddziałów milicji obywatelskiej niespecjalnie za sobą przepadali. Wiadomo, ze 19 września 1945 r. doszło między nimi do starcia. Tego dnia w Izbicku milicjanci byli w terenie, żeby pouczyć mieszkańców, by nie wyłamywali sztachet z płotów do rozpalania ognisk na polach w czasie zbiorów kartofli. W pewnym momencie zatrzymała się obok nich kolumna wojska sowieckiego, którą dowodził major Amii Czerwonej. Podszedł on do komendata MO i zażądał od niego motocykla. Komendat odmówił i przy pomocy gwizdka zawołał ok. 70 swoich ludzi. W tym momencie major kopnął funkcjonariusza w brzuch zrzucając go z motocykla i zaczął okładać pistoletem. Grożąc zastrzeleniem, zabrał motor, wrzucił go na samochód i natychmiast odjechał. W innych przypadkach mieszkańcy skarżyli się na radzieckich żołnierzy, że zabierali im rowery, choć sami nie potrafili na nich jeździć i się wywracali.

                              Brak współpracy mundurowych przekładał się na bezpieczeństwo w okolicy. Do Strzelec nierzadko zapuszczali się złodzieje, którzy grabili nie tylko poniemiecki majątek, ale też dobytek rodaków. Szabrownicy zjeżdżali tu nawet z sąsiednich województw. Dochodziło także do morderstw.
                              12 września 1945 r. na stołówce pracowników starostwa, ktoś zastrzelił Stanisława Laska - funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. 20 września ktoś zamordował natomiast milicjanta Władysława Rulę. Nieznani sprawcy rozebrali go z butów, spodni wojskowych i kurti skórzanej. A jego twarz była tak zmasakrowana, że z trudem został rozpoznany. Zabójcy nie zostali złapani.

                              Funkcję burmistrza w Strzelcach powierzono w marcu 1945 r. Tomaszowi Skowronkowi, który był znany wśród przedstawicieli polskiej administracji jako osoba zasłużona dla kraju. Skowronek jeszcze podczas I wojny światowej walcząc w niemieckiej armii przeszedł na stronę polską. Bronił Lwowa przed Ukraińcami i wziął udział w bitwie warszawskiej w 1920 roku. Wziął też udział w akcji plebiscytowej. Za swoje pro-polskie przekonania był prześladowany przez nazistów. Gdy wybuchła II wojna świadowa trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau, a jego córki zostały skierowane do prac przymusowych.

                              Gdy Skowronek przyjechał jako burmistrz do zrujnowanego miasta miał problem ze zorganizowaniem własnej siedziby, bo ocalałe budynki zajmowały wojska radzieckie. Urzędował w starym budynku gazowni (obecnie ul. Mickiewicza) a później przeniósł się na ulicę zamkową (dzisiejsza siedziba banku). Jedną z pierwszych decyzji burmistrza było zorganizowanie w ocalałych suterenach zamku publicznej kuchni. Gotowano w niej przede wszystkim zupę, która była rozdawana mieszkańcom. Skowronek zdecydował, że w pierwszej kolejności trzeba ratować ludzi przed głodem i chorobami. W mieście z powodu braku dostępu do bieżącej wody zaczął szerzyć się tyfus. Burmistrz osobiście woził żywność dla ludzi. Miał wtedy do dyspozycji wóz z koniem i pomocnika z referatu opieki społecznej.
                              Jeszcze w 1945 r. ruszył szpital, powstały pierwsze sklepy, szkoły i zaczęła działać rzeźnia. Ale jeszcze wiele brakowało, by do Strzelec powróciło normalne życie.

                              W połowie 1945 r. władze nakazały przeprowadzić weryfikację wśród Ślązaków, która miała ich podzielić według narodowości na Polaków i Niemców. Na skutek tej działalności wysiedlono z okolicy 1450 osób, a ich miejsca zastąpili repatryjanci.

                              Zarówno polskiej jak i radzieckiej stronie zależało, by po zajęciu Śląska, jak najszybciej podporządkować sobie te tereny i odciąć je od III Rzeszy. W pierwszej kolejności trzeba było jednak zaprowadzić względny porządek i usunąć spośród ludzi sympatyków partii Adolfa Hitlera. To zadanie powierzono w Strzelcach w pierwszej kolejności Powiatowemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego, który swoją siedzibę miał w piwnicach zrujnowanej kamienicy w centrum miasta (dzisiejszy róg Rynku z ul. Wojska Polskiego). O ile działania urzędu mogły być w tamtych czasach zrozumiałe, o tyle metody pracy jakie stosowali ubecy były niezwykle brutalne. Ludzie nazwali siedzibę UBP „katownią”.

                              Funkcjonariusze posługiwali się metodami zaczerpniętymi prosto ze stalinowskich urzędów. Ubecy przyjeżdżali pod wytypowane adresy w towarzystwie uzbrojonych milicjantów. Po otoczeniu domu lub kamienicy kazali opuścić wszystkim budynek i zabierali ludzi. Na „przesłuchania” były wywożone całe rodziny. W piwnicach UBP funkcjonariusze pytali m.in., czy ktoś z krewnych należy do NSDAP, czy brał udział w partyjnych zjazdach nazistów, i czy w domu mówi się po niemiecku? Oficjalnych protokołów z tamtejszych przesłuchań nie ma. Z relacji starszych i nieżyjących już osób wynika jednak, że więźniowie byli regularnie bici, a zeznania wymuszane siłą, a nawet torturami. Wiadomo, że przesłuchania czasami przeciągały się przez wiele dni. Dla przykładu Elfrieda Rickhoff z Rozmierzy, którą ubecy zatrzymali 28 marca 1945 r. została zwolniona do domu dopiero po 18 dniach. Osoby, które nie przeszły weryfikacji trafiały do miejscowych więzień lub obozów pracy i były typowane do wysiedlenia. Taki los spotkał m.in. Marcjannę Salzburg z Rozmierki. Funkcjonariusze zabrali ją po tym jak ktoś doniósł, że w domu trzyma broń, a jej mąż Walentin walczył na froncie w mundurze niemieckim.

                              Największy obóz w okolicy znajdował się w Błotnicy Strzeleckiej w pobliżu torów kolejowych przy dawnej wytwórni pasz.
                              Utworzyli go naziści, by przetrzymywać tam swoich więźniów (głównie Ukraińców), w czasie gdy zajmowali jeszcze te tereny. Wiadomo, że panowały tam fatalne warunki sanitarne. Drewniane baraki były w stanie pomieścić ok. 200 osób, a wśród osadzonych szerzyły się choroby.
                              Po wkroczeniu wojsk radzieckich Sowieci podporządkowali sobie obozy, ale warunki dla nowych osadzony
                              • berncik Re: Ciekawo historyjka: 19.04.12, 20:11
                                Utworzyli go naziści, by przetrzymywać tam swoich więźniów (głównie Ukraińców), w czasie gdy zajmowali jeszcze te tereny. Wiadomo, że panowały tam fatalne warunki sanitarne. Drewniane baraki były w stanie pomieścić ok. 200 osób, a wśród osadzonych szerzyły się choroby.
                                Po wkroczeniu wojsk radzieckich Sowieci podporządkowali sobie obozy, ale warunki dla nowych osadzonych niewiele się zmieniły.
                                Następnie obóz w Błotnicy przejęła polska władza. Niemcy, którzy tam trafili byli traktowani jak bezpłatna siła robocza, która miała „moralny obowiązek” odpracować wyrządzone krzywdy. Więźniowie przebywali w obozach do czasu aż przyjeżdżał kolejny transport, który zabierał ich na wschód lub w głąb Niemiec i Czech. W ten sposób pozbyto się przedstawicieli wielu narodowości i osób niepożądanych dla ówczesnej władzy komunistycznej. Na przykład z Piotrówki wysiedlono ponad 200 osób pochodzenia czeskiego, a potem wywieziono ich do Czechosłowacji, gdzie zostali osiedleni w okolicy Karlowych Warów w domach po Niemcach sudeckich. Osadzeni w oczekiwaniu na transport pracowali w polu, przy odgruzowywaniu budynków oraz przy usuwaniu niemieckich pomników.

                                Jednym z nich było mauzoleum zbudowane przez nazistów na Górze św. Anny dla upamiętnienia niemieckich żołnierzy poległych w 1921r. walczących przeciw powstańcom śląskim. Stanęło ono w 1938 r. Mauzoleum rozbierali młodzi mężczyźni z obozu z Błotnicy. Resztę monumentu wysadzili saperzy.

                                Racje żywnościowe dla osadzonych nie były wtedy duże - przysługiwało im dziennie ok. 200 g chleba i zupa. Do domów byli zwalniani tylko ci, którzy chorowali i byli skrajnie wycieńczeni. Z powodu braku dostępu do bieżącej wody wiele osób zapadło na tyfus i dur brzuszny.
                                Dla przykładu 36-letnią Maria Gaschin z Rozmierzy została wywieziona z obozu nieprzytomna na wózku. Kobieta trafiła do szpitala z wysoką gorączką 12 października 1945 r. Lekarze nie byli w stanie jej uratować. Josef Niestroj także zmarł w szpitalu strzeleckim. Natomiast Anna Morawitzky (ur. 1886r. w Stubendorf/Izbicko) żona Ernsta Morawitzkiego, kierownika szkoły w Szymiszowie, zmarła 8 września 1945r. w błotnickim obozie. Została pochowana na strzeleckim cmentarzu. Ernst i jego córka po wysiedleniu musieli wyjechać do Niemiec.
                                Porządki, które zaprowadzało UBP miały jeszcze jeden cel. Wysiedlani ludzie zwalniali miejsca dla repatriantów ze wschodu, którzy przejmowali miejscowe domy i gospodarstwa. Napływ nowej ludności prowadził czasami do kuriozalnych sytuacji. Niemcy, którzy najczęściej z powodu chorób wychodzili z obozów nie mieli dokąd wrócić, bo ich domy były już zajęte przez repatriantów. Wtedy od dobrej woli nowych lokatorów zależało, czy były właściciel mógł czasowo zamieszkać w takim domu. Część osób się na to zgadzała i wtedy pod jednym dachem mieszkały dwie rodziny.

                                Kwestię przesiedleń ludności koordynowała od 1945 roku ponadto Komisja Weryfikacyjna ds. Narodowościowych, w której zasiadali m.in. burmistrz Strzelec Tomasz Skowronek oraz starosta Zygmunt Nowak. W pierwszych miesiącach komisja działała dosyć ospale. Dopiero w połowie 1946 roku prace nabrały tempa. Mieszkańcy, którzy przed nią stawali, musieli złożyć deklarację wierności narodowi i państwu polskiemu. Żeby nie być wysiedlonym i uzyskać pozytywną weryfikację miejscowi musieli mieć trzech świadków, którzy potwierdziliby, że ubiegający zna język polski i zachowuje słowiańskie obyczaje. Komisja sprawdzała ponadto, czy taka osoba ma w domu m.in. polskie gazety i polskojęzyczne modlitewniki.
                                W latach 1945-1946 z powiatu wysiedlono łącznie 1450 osób pochodzenia niemieckiego, co w stosunku do innych powiatów nie było dużą liczbą. Wyższa władza w Katowicach, której podlegała komisja narodowościowa, uznała nawet, że wysiedlono za mało ludzi.

                                W więzieniu strzeleckim osadzono ponadto wiele osób nie tylko narodowości niemieckiej, ale także polskiej. Więziono tu przede wszystkim działaczy polskich formacji wojskowych, których ze względów politycznych władza nie uznawała. W 1949 r. było tu więzionych 2437 osób.

                                Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii. W tekście wykorzystano dane z publikacji: Michał Lis, „Odbudowa podstaw gospodarki Śląska Opolskiego 1945 r.” oraz „Rok pierwszy w powiecie strzeleckim”.

                                • berncik Re: Ciekawo historyjka: 24.04.12, 17:28
                                  https://www.strzelecopolski.pl/files/images/4916_4020.jpg
                                  Maibaum lub moj

                                  Moi przed wojną było to popularne święto na śląskich wioskach. W czasach komunistycznych wyrzucono je z kalendarza imprez lokalnych i państwowych. Ważniejsze stało się Święto Ludzi Pracy. Na szczęście maibaum znów powrócił.

                                  Zwyczaj stawiania mojów datuje się co najmniej na XV w. Pierwotnie stawiono je właścicielom dóbr, wysokim urzędnikom lokalnym, a w wojsku - wyższym rangą oficerom. Zwyczaj stawiania maibaumu znany był na Śląsku, Węgrzech, Morawach, Czechach, Bawarii. Drzewko majowe i łodygi majowe ze świeżą zieleniną uosabiają siłę, ducha wzrostu, zdrowia i płodności.

                                  W XVII w. kościół zabronił jego stawiania, wskazując na pogańskie pochodzenie tradycji. Pod koniec XVIII w. pod społeczną presją znów przywrócono majowe obchody.

                                  Do maibaumu przygotowywano początkowo goły drąg, a od połowy XVIII w. zaczęto go przyozdabiać świerkowym wieńcem, na czubku umieszczano choinkę. Według zwyczaju wieniec „moja” powinien być wykonany z gałązek brzozy, ale nie zawsze wiosną brzozy były zielone. Wioski konkurowały między sobą o to, kto ma najwyższe i najpiękniej przystrojone drzewko. Przy muzyce i śpiewie moj był zawijany kolorowymi wstęgami. Według zwyczaju śląskiego umajony moj stawiał młodzieniec przed domem swojej wybranki, z którą miał zamiar się ożenić. Jeśli jego zaloty zostały odrzucone, wtedy niedoszły narzeczony stawiał nagie, nieprzystrojone żerdzie przed jej domem. Wiejskie dziewczyny z niecierpliwością czekały na święto majowe, żeby dowiedzieć się, kto złoży oświadczyny. Zdarzało się, że tym, które nie zostały wybrane i nie miały wzięcia, ich zawstydzeni ojcowie sami, w tajemnicy, pod osłoną nocy, stawiali umajone drzewko. Takie publiczne oświadczyny zanikły i na wsiach stawiano jeden mój - przeważnie w środku wsi lub na boisku. Z okazji stawiania drzewka organizowano festyny i konkursy. Jeden z nich to rozbicie cepem garnka. Chłopcu zawiązywano oczy chustą, do ręki dostawał cep, a na ziemi ustawiano gliniany garnek, który miał nim rozbić. Dziewczęta obdarowywały młodzieńca wianuszkiem i rozpoczynały się tańce, które trwały do zmroku, zabawa często przenosiła się do karczmy. W nocy pilnowano moja, żeby nie ukradli go sąsiedzi z pobliskich wsi.

                                  Istniał specjalny kodeks:

                                  Moja nie można było odebrać siłą, ukraść, gdy pilnujący spali lub byli odurzeni alkoholem.

                                  Sprawcy kradzieży z dumą podawali do publicznej wiadomości, komu i gdzie ukradli drzewko. Żeby go odzyskać poszkodowani musieli zapłacić okup w postaci jednej beczki piwa.

                                  Jeżeli nie został wykupiony, wtedy można go było ustawić (już nieprzystrojonego) obok swojego - nazywano to drzewem hańby lub z niemieckiego Schandbaum.

                                  Drzewka należało pilnować od postawienia do 1 maja rano. Potem nie można go było ukraść.

                                  Kradzież nie podlegała żadnemu zaskarżeniu do sądu. Sprawę by i tak umorzono, nakazując okradzionym, żeby na przyszłość lepiej pilnowali moja.
                                  PIOTR SMYKAŁA
                                  • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.05.12, 11:49
                                    Muzeum regionalne w Strzelcach Opolskich

                                    Strzelce Opolskie
                                    Autor:
                                    Ania_Frost


                                    Pomysł stworzenia w Strzelcach Opolskich muzeum pojawia się na komisjach strzeleckiej Rady Powiatu i także Rady Gminy od kilku lat. Niewiele osób jednak wie, iż pierwsze muzeum na ziemi strzeleckiej zostało otwarte ponad osiemdziesiąt lat temu, a dokładnie 10 grudnia 1927 roku w nieistniejącej już dziś kamienicy na rynku strzeleckim, pod adresem Ring 13. Złote litery nad wejściem dumnie informowały, iż znajduje się tu Heimatmuseum.

                                    Skrupulatnie i estetycznie uporządkowane eksponaty wypełniały przeszklone gabloty, szafy i ściany. Gazeta Strzelecka w 1928 roku pisze o muzeum: „Prastare obok najnowocześniejszego, skarby geologiczne obok dzieł rąk ludzkich, przyroda nieożywiona i życie. Nawiercony toporek praczłowieka obok delikatnego jaja ptasiego i ciała ledwo co przemienionego z poczwarki motyla. Ziemia wulkaniczna z Góry św. Anny obok kła mamuta z okresu, kiedy na naszej ziemi panowały lodowce. Trzystuletni obraz strzeleckiego księcia piastowskiego Alberta obok olejowego obrazu przedstawiającego tor saneczkowy przy posągu Ceres w parku renardowskim. O szczęku oręża w naszym Heimacie świadczą stare pistolety, szable i strzelby. W szklanych szafach stare i nowoczesne skarby sztuki uderzają wysokim kunsztem wykonania„.

                                    Muzeum strzeleckie było pokłosiem panującej w Niemczech na początku XX wieku mody na Towarzystwa Historyczne. Ernst Mücke, rektor z zawodu i redaktor dodatku pod tytułem „Aus dem Chelmer Lande” („Z ziemi chełmskiej”) do ówczesnej Gazety Strzeleckiej, zainicjował powstanie muzeum, zbierał eksponaty od mieszkańców ziemi strzeleckiej oraz skatalogował i uporządkował je w chronologiczny ciąg, przedstawiający dzieje Strzelec Opolskich od prehistorii do czasów jemu współczesnych.

                                    „W latach dwudziestych XX wieku w okolicy Strzelec i Gogolina dymiły piece wapienne. 100 lat wcześniej nad wodami Jemielniczanki i Małej Panwi pracowały fryszerki i piece do wytopu żelaza. Uprawa lnu zniknęła już dawno z okolic Strzelec i Ujazdu, gdzie tworzyła swego czasu kwitnące rzemiosło. Tak przychodziły i odchodziły kultury, które tworzyły obraz naszej ziemi” – pisze Mücke. Obraz naszej ziemi chciał Mücke przybliżyć mieszkańcom Strzelec Opolskich.

                                    Mały przewodnik po muzeum jego autorstwa opisuje ogrom zgromadzonych eksponatów.
                                    Według tej publikacji w dużej szafie ściennej znajdowały się wyroby ceramiczne z nyskich warsztatów, szopki bożonarodzeniowe z figurkami, figurka piety, figura Św. Anny i wiele innych. Szafa zawierała też stare sprzęty użytku domowego zebrane w gospodarstwach i u mieszczan strzeleckich. Oddział książek i pism posiadał na przykład oryginalne listy Gustawa Freitaga. Zbiór broni mógł się poszczycić najstarszym eksponatem - rękojeścią szabli książęcej z czasów wojen książęcych (XIV-XV wiek) znalezioną na polach koło Zakrzowa.

                                    Atrakcją muzeum były kości mamuta i innych zwierząt z epoki kamienia łupanego, wydobyte w licznych piaskowniach i kamieniołomach na Górze św. Anny. Duża witryna szklana zawierała najpiękniejsze odlewy żeliwne, wypchane zwierzęta i porcelanę. Szuflady zawierały minerały spotykane na ziemiach strzeleckich, takie jak bazalt z Góry św. Anny, piaskowce, wapienie i gips, kryształy kwarcu. Wśród eksponatów była także ruda darniowa, która stanowiła podstawę rozwoju produkcji żelaza na północy ziemi strzeleckiej w XIX, oraz pochodzący z jej wytopu żużel z okresu średniowiecza z Krępy oraz z czasów współczesnych z Izbicka i Kadłuba.

                                    Wydział prehistoryczny wprowadzał zwiedzających w najstarsze dzieje ziemi strzeleckiej wiele setek lat wstecz. Na ziemi panowały wtedy lodowce, które przyniosły w nasze rejony ogromne masy lodu i śniegu. Z tego okresu w muzeum można było zobaczyć narzędzia, noże i groty strzał z krzemienia, kamienny pług, młotek i siekierkę. Z okresu brązu natomiast można było zobaczyć także brązowe narzędzia i pojemniki.

                                    Specjalna gablota zawierała zawartość grobowca numer 97 z Choruli, czyli dużą urnę, która zawierała spalone rytualnie szczątki ludzkie oraz mniejszą, która prawdopodobnie zawierała napój lub pokarm na pośmiertną drogę zmarłego. W opisie do tych eksponatów autor podkreśla, iż taki pochówek charakterystyczny był dla plemion zaliczanych przez naukowców do kultury łużyckiej. Autor był przekonany, że plemiona kultury łużyckiej nie były ani Prasłowianami, ani Pragermanami, tylko należały do indoeuropejskiego ludu Ilirów. Dyskusja na ten temat trwa do dziś wśród naukowców i często zabarwiona jest ideologią.

                                    Muzeum posiadało też eksponaty z wcześniejszego okresu żelaza, z ok. 800 roku przed Chrystusem. Znalezione w Adamowiczach groby zawierały biżuterię, guziki z brązu, szklane i gliniane perły egipskie, co świadczyło o tym, iż już 2800 lat temu kobiety lubiły się stroić.

                                    Przewodnik muzealny, oprócz opisu eksponatów, przekazywał zwiedzającym podstawowe wiadomości o historii ziemi strzeleckiej. Mówił on między innymi o tym, iż około V wieku przed Chrystusem na nasze ziemie dotarły plemiona germańskie, między innymi Wandalowie. Eksponaty z tego okresu to gliniane naczynia, żelazne okucia tarcz, groty oszczepów, ostrogi, klamry do pasków, noże, wrzeciona i wiele innych. Mapa osadnictwa znajdująca się w muzeum pokazywała jak gęste było zaludnienie naszych terenów przez to plemię.

                                    Ważne stanowiska znajdowały się w Choruli, Suchych Łanach, Zakrzowie, Obrowcu, Izbicku, Kalinowicach. Według przewodnika Wandalowie opuścili Śląsk około 400. roku po Chrystusie, skąd powędrowali do Hiszpanii i Afryki. Na ich miejsce przybyli Słowianie. Z tego okresu w muzeum znajdowały się szczątki naczyń glinianych znalezionych w Grodzisku.
                                    Kolejnym wydziałem muzeum był wydział nauk o przyrodzie. Znajdowały się w nim eksponaty rodzimych owadów, wypchane ptaki i mniejsze ssaki. Wydział zawierał też zestawienie występującej na ziemi strzeleckiej flory.
                                    Opis eksponatów został wykonany w sposób niezwykle skrupulatny i jasny. Misją założycieli było przybliżenie bogatej i różnorodnej historii ziemi strzeleckiej jej mieszkańcom. Należy także zauważyć, iż pozbawiony był wszelkich elementów ideologicznych, które wystąpiły w interpretacji historii Śląska dopiero w czasach nazistowskich ze strony Niemiec i komunistycznych ze strony Polski.

                                    Dziś o muzeum prawie nikt nie pamięta. Kamienica, w którym się znajdowało, została zburzona, a po eksponatach słuch zaginął. Reaktywacja byłaby wielką szansą dla Strzelec, ponieważ kto chce poznać samego siebie, musi znać swoją przeszłość. Reaktywacja byłaby także szansą przezwyciężenia stereotypów i mitów o historii Śląska, stworzonych przez reżimy hitlerowski i komunistyczny.
                                  • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.05.12, 12:00
                                    Muzeum regionalne w Strzelcach Opolskich
                                    Autor:
                                    Ania_Frost

                                    Pomysł stworzenia w Strzelcach Opolskich muzeum pojawia się na komisjach strzeleckiej Rady Powiatu i także Rady Gminy od kilku lat. Niewiele osób jednak wie, iż pierwsze muzeum na ziemi strzeleckiej zostało otwarte ponad osiemdziesiąt lat temu, a dokładnie 10 grudnia 1927 roku w nieistniejącej już dziś kamienicy na rynku strzeleckim, pod adresem Ring 13. Złote litery nad wejściem dumnie informowały, iż znajduje się tu Heimatmuseum.
                                    Skrupulatnie i estetycznie uporządkowane eksponaty wypełniały przeszklone gabloty, szafy i ściany. Gazeta Strzelecka w 1928 roku pisze o muzeum: „Prastare obok najnowocześniejszego, skarby geologiczne obok dzieł rąk ludzkich, przyroda nieożywiona i życie. Nawiercony toporek praczłowieka obok delikatnego jaja ptasiego i ciała ledwo co przemienionego z poczwarki motyla. Ziemia wulkaniczna z Góry św. Anny obok kła mamuta z okresu, kiedy na naszej ziemi panowały lodowce. Trzystuletni obraz strzeleckiego księcia piastowskiego Alberta obok olejowego obrazu przedstawiającego tor saneczkowy przy posągu Ceres w parku renardowskim. O szczęku oręża w naszym Heimacie świadczą stare pistolety, szable i strzelby. W szklanych szafach stare i nowoczesne skarby sztuki uderzają wysokim kunsztem wykonania„.
                                    Muzeum strzeleckie było pokłosiem panującej w Niemczech na początku XX wieku mody na Towarzystwa Historyczne. Ernst Mücke, rektor z zawodu i redaktor dodatku pod tytułem „Aus dem Chelmer Lande” („Z ziemi chełmskiej”) do ówczesnej Gazety Strzeleckiej, zainicjował powstanie muzeum, zbierał eksponaty od mieszkańców ziemi strzeleckiej oraz skatalogował i uporządkował je w chronologiczny ciąg, przedstawiający dzieje Strzelec Opolskich od prehistorii do czasów jemu współczesnych.
                                    „W latach dwudziestych XX wieku w okolicy Strzelec i Gogolina dymiły piece wapienne. 100 lat wcześniej nad wodami Jemielniczanki i Małej Panwi pracowały fryszerki i piece do wytopu żelaza. Uprawa lnu zniknęła już dawno z okolic Strzelec i Ujazdu, gdzie tworzyła swego czasu kwitnące rzemiosło. Tak przychodziły i odchodziły kultury, które tworzyły obraz naszej ziemi” – pisze Mücke. Obraz naszej ziemi chciał Mücke przybliżyć mieszkańcom Strzelec Opolskich.

                                    Mały przewodnik po muzeum jego autorstwa opisuje ogrom zgromadzonych eksponatów.
                                    Według tej publikacji w dużej szafie ściennej znajdowały się wyroby ceramiczne z nyskich warsztatów, szopki bożonarodzeniowe z figurkami, figurka piety, figura Św. Anny i wiele innych. Szafa zawierała też stare sprzęty użytku domowego zebrane w gospodarstwach i u mieszczan strzeleckich. Oddział książek i pism posiadał na przykład oryginalne listy Gustawa Freitaga. Zbiór broni mógł się poszczycić najstarszym eksponatem - rękojeścią szabli książęcej z czasów wojen książęcych (XIV-XV wiek) znalezioną na polach koło Zakrzowa.

                                    Atrakcją muzeum były kości mamuta i innych zwierząt z epoki kamienia łupanego, wydobyte w licznych piaskowniach i kamieniołomach na Górze św. Anny. Duża witryna szklana zawierała najpiękniejsze odlewy żeliwne, wypchane zwierzęta i porcelanę. Szuflady zawierały minerały spotykane na ziemiach strzeleckich, takie jak bazalt z Góry św. Anny, piaskowce, wapienie i gips, kryształy kwarcu. Wśród eksponatów była także ruda darniowa, która stanowiła podstawę rozwoju produkcji żelaza na północy ziemi strzeleckiej w XIX, oraz pochodzący z jej wytopu żużel z okresu średniowiecza z Krępy oraz z czasów współczesnych z Izbicka i Kadłuba.
                                    Wydział prehistoryczny wprowadzał zwiedzających w najstarsze dzieje ziemi strzeleckiej wiele setek lat wstecz. Na ziemi panowały wtedy lodowce, które przyniosły w nasze rejony ogromne masy lodu i śniegu. Z tego okresu w muzeum można było zobaczyć narzędzia, noże i groty strzał z krzemienia, kamienny pług, młotek i siekierkę. Z okresu brązu natomiast można było zobaczyć także brązowe narzędzia i pojemniki.
                                    Specjalna gablota zawierała zawartość grobowca numer 97 z Choruli, czyli dużą urnę, która zawierała spalone rytualnie szczątki ludzkie oraz mniejszą, która prawdopodobnie zawierała napój lub pokarm na pośmiertną drogę zmarłego. W opisie do tych eksponatów autor podkreśla, iż taki pochówek charakterystyczny był dla plemion zaliczanych przez naukowców do kultury łużyckiej. Autor był przekonany, że plemiona kultury łużyckiej nie były ani Prasłowianami, ani Pragermanami, tylko należały do indoeuropejskiego ludu Ilirów. Dyskusja na ten temat trwa do dziś wśród naukowców i często zabarwiona jest ideologią.
                                    Muzeum posiadało też eksponaty z wcześniejszego okresu żelaza, z ok. 800 roku przed Chrystusem. Znalezione w Adamowiczach groby zawierały biżuterię, guziki z brązu, szklane i gliniane perły egipskie, co świadczyło o tym, iż już 2800 lat temu kobiety lubiły się stroić.
                                    Przewodnik muzealny, oprócz opisu eksponatów, przekazywał zwiedzającym podstawowe wiadomości o historii ziemi strzeleckiej. Mówił on między innymi o tym, iż około V wieku przed Chrystusem na nasze ziemie dotarły plemiona germańskie, między innymi Wandalowie. Eksponaty z tego okresu to gliniane naczynia, żelazne okucia tarcz, groty oszczepów, ostrogi, klamry do pasków, noże, wrzeciona i wiele innych. Mapa osadnictwa znajdująca się w muzeum pokazywała jak gęste było zaludnienie naszych terenów przez to plemię.
                                    Ważne stanowiska znajdowały się w Choruli, Suchych Łanach, Zakrzowie, Obrowcu, Izbicku, Kalinowicach. Według przewodnika Wandalowie opuścili Śląsk około 400. roku po Chrystusie, skąd powędrowali do Hiszpanii i Afryki. Na ich miejsce przybyli Słowianie. Z tego okresu w muzeum znajdowały się szczątki naczyń glinianych znalezionych w Grodzisku.
                                    Kolejnym wydziałem muzeum był wydział nauk o przyrodzie. Znajdowały się w nim eksponaty rodzimych owadów, wypchane ptaki i mniejsze ssaki. Wydział zawierał też zestawienie występującej na ziemi strzeleckiej flory.
                                    Opis eksponatów został wykonany w sposób niezwykle skrupulatny i jasny. Misją założycieli było przybliżenie bogatej i różnorodnej historii ziemi strzeleckiej jej mieszkańcom. Należy także zauważyć, iż pozbawiony był wszelkich elementów ideologicznych, które wystąpiły w interpretacji historii Śląska dopiero w czasach nazistowskich ze strony Niemiec i komunistycznych ze strony Polski.

                                    Dziś o muzeum prawie nikt nie pamięta. Kamienica, w którym się znajdowało, została zburzona, a po eksponatach słuch zaginął. Reaktywacja byłaby wielką szansą dla Strzelec, ponieważ kto chce poznać samego siebie, musi znać swoją przeszłość. Reaktywacja byłaby także szansą przezwyciężenia stereotypów i mitów o historii Śląska, stworzonych przez reżimy hitlerowski i komunistyczny.
                                    • berncik Re: Ciekawo historyjka: 08.05.12, 11:49
                                      https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5093_4141.jpg
                                      view counter
                                      Zamek w Ujeździe

                                      Anno Domini 1155 biskup Rzymu, papież Hadrian IV, roztoczył swoją opiekę na dobra biskupa wrocławskiego. W bulli protekcyjnej wydanej 23 kwietnia wyszczególnione są wszystkie miejscowości będące w posiadaniu biskupstwa. Wśród innych wymieniony jest Ujazd. To najstarsza wzmianka o mieście, jaką posiadamy.
                                      Warto wspomnieć o tym, że biskup wrocławski, jako jedyny na ziemiach polskich (w okresie przed zrzeczeniem się władców polskich praw do Śląska) posiadał tytuł księcia. W żaden sposób nie podlegał on też księciu wrocławskiemu. Biskup Henryk z Wierzbna mógł z dumą napisać w Księdze Rytuałów: "Jestem tym Henrykiem, który pędzi żywot w stanie książęcym". Żadne inne biskupstwo na ziemiach polskich nie posiadało takiego statusu. Ziemie wchodzące w jego skład rozrastały się z czasem i w 1198 r. w ich granice weszła także ziemia nyska.
                                      Nazwa miasta Ujazd ma ścisły związek ze sposobem wyznaczania obszaru osady w czasie jej zakładania. Według zwyczaju wyglądało to tak: Książę osobiście lub wyznaczony przez niego wyższy urzędnik obchodził teren przyszłego miasta. Podróż odbywała się na piechotę lub konno w zależności od zamiłowania do pieszych wycieczek lub wielkości zakładanego grodu. Podczas przejazdu na mijanych drzewach zaznaczał granice lub stawiał kamienie graniczne (to już raczej nie osobiście. Księciem nie jest się po to, żeby targać głazy). Objazd taki nazywano "ujazdem" i często taką nazwę dostawała też sama osada. Stąd samych "Ujazdów" jest dziś w Polsce ponad 20, nie wspominając o "Ujazdkach", "Ujezdkach" czy "Ujazdówkach".
                                      Nie wiadomo dokładnie, kiedy Ujazd stał się własnością biskupów wrocławskich. Bez wątpienia była to jedna z najstarszych ich ziem, ofiarowana zapewne przez któregoś z książąt (być może był to Bolesław Kędzierzawy, który od 1146 r. był zwierzchnikiem dzielnicy śląskiej).
                                      Lokowanie miasta na prawie miało miejsce znacznie później, niż założenie samej osady. 25 maja 1223 r. na chórze katedry wrocławskiej podpisano dokument lokacyjny, który zakładał nowe miasto Ujazd na prawie średzkim (czyli przeznaczonym głównie dla osad handlowych). Właścicielem dóbr był wtedy biskup Wawrzyniec, który zapisał się w historii dużą liczbą założonych ośrodków miejskich i sprowadzaniem do nich kolonistów niemieckich. Ponieważ ludność miasta przez długi czas płaciła podatki głównie w tzw. "dziesięcinie snopowej", a tego sposobu nie uznawali niemieccy osadnicy, przypuszczać można, że na początku przybyszów z Niemiec nie było zbyt wiele.
                                      W jednym z punktów lokacji biskup zastrzegł sobie prawo do budowy w nowym mieście dworu biskupiego, którego budowa ruszyła niezwłocznie. Zamek nie gościł oczywiście biskupa cały czas. Była to rezydencja gotowa na jego przyjęcie, zarządzał nią ustanowiony "prokurator", urzędnik działający w zastępstwie biskupa. Pierwszym prokuratorem Ujazdu był wójt Nysy i Ujazdu - Walter.
                                      Budowla miała początkowo charakter obronny, odpowiedni na tamte niespokojne czasy. Także sam Ujazd posiadał mury obronne, co świadczy o jego znaczeniu. W 1370 r. król czeski Wacław nakazał biskupowi wrocławskiemu rozbiórkę murów obronnych, a w 1414, po zatargu z księciem Bernardem Niemodlińskim, podpisano ugodę, na mocy której książę musiał zgodzić się na rozbudowę istniejących umocnień Ujazdu.
                                      Zamek zbudowano na planie czworoboku o wymiarach zewnętrznych 31,5 m na 23 m. Grubość muru wynosiła na całej długości ok. 2 m, ponadto zamek otoczony był dwiema fosami, z których zewnętrzna szeroka była na 13-20 m. Fosa wewnętrzna szeroka na 12-15 m i głęboka na 4-5,5 m. Budynek posiadał strategicznie usytuowaną wieżę mieszkalną, z której widać był zarówno wjazd i dziedziniec zamku, jak i całe miasteczko. Ponadto wokół warowni nasypano dwa wały ziemne, jeszcze bardziej utrudniające przeciwnikom jej zdobycie.
                                      Charakter obronny siedziby wrocławskich biskupów utrzymał się długo. Na rycinie z 1535 r. (patrz "Tajemnica czerwonej teczki", Strzelec Opolski nr 551) widać panoramę Ujazdu, nad którym króluje warowna budowla, która ma niewiele wspólnego z późniejszym znanym obrazem pałacu. Zamiłowanie do grubych murów nie było tylko niepotrzebną modą. Na początku XV wieku przez Śląsk przeszła fala wojsk husyckich. Walczący w awangardowy sposób Czesi zdobyli i spalili wiele miast. Taki los spotkał pobliskie Strzelce, więc mimo braku źródeł pisanych, przypuszczać można, że podobny spotkał też Ujazd.
                                      W 1428 r. biskup wrocławski, książę Konrad Oleśnicki, pilnie potrzebował pieniędzy, by opłacić armię przeciw nadciągającym husytom. Pożyczkę na ten cel wziął od Bernarda Oleśnickiego, któremu jako zastaw oddał miasto Ujazd. Bitwa pod Nysą zakończyła się sromotną klęską wojsk biskupich i wspierającego go rycerstwa. Dla Konrada Oleśnickiego, który ledwie uszedł z pogromu z życiem, oznaczało to dalsze kłopoty finansowe i zastaw nigdy nie został wykupiony. Ujazd wraz z zamkiem przechodził potem z jednych książęcych rąk do drugich.
                                      Biskupstwo w końcu pozbyło się Ujazdu w 1524 r., sprzedając go Mikołajowi Dluhomilowi, sprawującemu w owym czasie funkcję wójta. Biskup pozostawił sobie tylko prawo pierwokupu miasta oraz (między innymi) prawo goszczenia w progach zamku. Świadczy to, że ujazdowska rezydencja była dla biskupa cały czas bardzo ważna.
                                      Okres panowania Dluhomilów nie był dla mieszkańców miasta pomyślny. Nowi panowie nakładali liczne daniny i obowiązki, mimo gwarancji zawartych w akcie sprzedaży miasta. Zabrali się też za przebudowę swojej siedziby.
                                      W 1580 r. rozpoczęto budowę nowego, renesansowego pałacu, wykorzystując fundamenty starego zamku. Posiadał on obszerną sień nakrytą sklepieniem kolebkowym z lunetami ozdobionymi renesansowymi dekoracjami. Miał też obszerne sale sklepione kolebkowo i bogato zdobione. Jedna znajdowała się w narożniku południowo-wschodnim, druga w północnym. W budowli powstała klatka schodowa z półpiętrem. Wiele elementów z tamtej przebudowy zachowało się aż do ostatnich dni świetności ujazdowskiego zamku.
                                      W 1660 r. za czasów Anny Julianny Kochcickiej miał miejsce remont. Zamek przebudowywany był jeszcze w XVIII i XIX wieku.
                                      23 stycznie 1945 r. do Ujazdu dotarły pierwsze wojska sowieckie. Podobnie jak w Strzelcach, zniszczono tu ponad 70% zabudowy miasta. Spalony został również pałac, który do dziś pozostaje jedynie ruiną.
                                      Istnieje cień szansy, że najpiękniejsza budowla Ujazdu doczeka się przywrócenia dawnej świetności. Niewykluczone, że gmina przejmie jej teren.
                                      Ujazd do dziś żyje pamięcią pomyślnych lat, o czym świadczy herb z mitrą biskupią i dwoma pastorałami. Przed 1945 r. herb ten był jeszcze bardziej wymowny. Między dwoma pastorałami widniały dwie wieże zamkowe - jedna właściwa a druga odbita w wodzie.
                                      Źródła: Ryszard Morawiec, Ziemia Ujazdowska, jej dzieje i współczesność; 1997.
                                      Marek Gaworski, Zamek w Ujeździe; 2009.
                                      Romuald Kubik, Piotr Smykała
                                      • annak12 Re: 08.05.12, 16:35
                                        Dziynki Berncik za Ujazd,tam moje wszystko:)
                                        https://schlesien.nwgw.de/foto/albums/userpics/normal_DSC_1115.JPG
                                        schlesien.nwgw.de/foto/thumbnails.php?album=695
                                        • szwager_z_laband Re: 08.05.12, 16:38
                                          Ana, gdouch ci - moj somsiad sam zza sciany je ze Starego Ujazdu:)
                                          • annak12 Re: 08.05.12, 19:07
                                            szwager_z_laband napisał:

                                            > Ana, gdouch ci - moj somsiad sam zza sciany je ze Starego Ujazdu:)

                                            Szwager,to Ujejsce:)drugi twoj somsiad ze Slawiyncic,chyba we goudce niy ma moc roznicy,poza tym"ou","uo"
                                        • berncik Re: 08.05.12, 19:00
                                          Fajnie Anna zes wsadzioua ten zomek ,Mozno go odbudujom.Tak przinajmi godajom.
                                          Fto to mo zaplacic?Ta ruina je interesantno.We troch gorszym stanie jak Strzelecko ,ale zato mynszo, to moze byc szansa ,jakis hotel mozno.
                                          • berncik Hrabiowski kaprys 15.05.12, 16:16
                                            https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5197_4242.jpg

                                            Hrabiowski kaprys

                                            Wieża Ischl była kaprysem właścicieli zamku. Nie służyła do niczego innego niż spędzanie w niej wolnego czasu (kto jak kto, ale hrabiowie mieli go dużo) i podziwianie z jej murów okolicy.
                                            Wędrując po strzeleckim parku, trudno odgadnąć, gdzie ta budowla się znajduje. Żeby do niej dotrzeć, trzeba albo zapytać się któregoś z przechodniów, albo wykazać dużą determinacją. Park w kierunku południowym w pewnym momencie przechodzi w wąską ścieżkę ograniczoną szpalerem drzew. Po obu jej stronach rozciągają się pola należące do dawnych dóbr hrabiowskich i rolników z Suchych Łanów. Trzeba przejść spory kawałek, by zobaczyć budowlę schowaną wśród przewyższających ją drzew.
                                            Taki krajobraz to wynik kilkudziesięciu lat zaniedbań. Pierwotnie wieżę Ischl otaczał niski, zadbany drzewostan. Zarówno sam budynek był doskonale z daleka widoczny, jak i można było z niego oglądać panoramę okolicy.
                                            Budowla składała się z czterech kondygnacji. W zamyśle miała imitować średniowieczy budynek, na co w XIX wieku panowała moda. Na każdym piętrze wnętrze rozjaśnione było przez ostrołukowe, gotyckie okno. Na szczycie budowli zorganizowano platformę widokową, którą dla bezpieczeństwa ogrodzono balustradą.
                                            Ozdobą budynku była malutka, drewniana wieżyczka przylepiona z jej zachodniej strony. Skonstruowano ją na modłę pruską z widoczną belkową konstrukcją ścian. To przez nią prowadziło wnętrze na taras widokowy. Do dziś zachowały się z niej drewniane podpory. Do samej wieży wchodziło się od strony południowej, a wejście osłaniał dach, także wykonany z drewna. Podstawę budynku otaczał ganek.
                                            Na pomysł wybudowania wieży wpadł Andreas Graf Renard w 1841 r. Był to prezent dla jego żony, Eufemii von Renard. Pracami budowlanymi zajął się mistrz Roch, który swe dzieło ukończył w 1842 r. pod kierownictwem inspektora budowlanego Schmidta.

                                            Kulminacyjnym punktem przedsięwzięcia było osadzenie drewnianej szpicy wieżyczki, na której była mała metalowa ozdobna kula. Odbyło się to 2 października w bardzo uroczystej oprawie. Do pustego wnętrza kuli włożono zalutowaną puszkę, w której wcześniej umieszczono pamiątki. Znalazły się tam spis hrabiowskich włości, dokumenty poświęcenia budowli oraz 2 talary. Przy dźwiękach muzyki szpicę wciągnięto na wysokość 80 stóp i umocowano na szczycie wieżyczki.
                                            Uroczystość zakończenia budowy zbiegła się w czasie z dniem ślubu córki Renardów, Marii Krystyny z baronem von Tschirschky-Reichell. Dzień przed zaślubinami młoda para z rodziną i zaproszonymi gośćmi udała się do wieży, gdzie czekał na nią namiot z hrabiowską flagę. Przywitała ich tam muzyka orkiestrowa. Po uroczystym ustawieniu wieżyczki na wieży Ischl wszyscy przenieśli się do zamku, gdzie w wielkiej sali wydano bal. Przedtem z parku wyłonił się korowód urzędników z prezentami i życzeniami dla młodej pary.
                                            Inspiracją dla stworzenia wieży Ischl była podobna budowla z Austrii, ufundowana przez Margarethe von Kolovrat, siostrę byłego właściciela zamku, Georga von Redern. Wieża wznosiła się na alpejskiej hali Hoysenrad w pobliżu miejscowości Ischl.
                                            Budowlę wykorzystywano między innymi do obserwowania polowań odbywających się licznie w jej okolicach. Zresztą przy samej wieży hrabia założył hodowlę bażantów. W pobliżu wieży Ischl w 1902 r. odsłonięto pamiątkowy kamień. Wtedy to niemiecki cesarz Wilhelm II miał położyć 50-tysięczną sztukę bażanta i to białego. Jednak była to typowa kurtuazja w stosunku do cesarza. Właściciele dóbr prześcigali się w tego rodzaju pomysłach, żeby nie zawieść Najjaśniejszego Władcy.

                                            Jak w przypadku większości zabytków na naszej ziemi, czarne dni dla Ischl nadeszły w styczniu 1945 r. Wieża co prawda uniknęła zniszczeń wojennych, ale ludowa władza robiła wszystko, żeby zabytek popadał w ruinę i nie była zainteresowana jego ochroną.

                                            Resztę dokończyli wandale. Wiemy z przekazów ustnych, że miejscowy chłopak razem z kolegami kopniakami zrzucili drewnianą wieżyczkę ze szczytu budowli...

                                            Z Ischl związana jest jeszcze jedna, niesprawdzona historia. Według niektórych przekazów wieżę miał łączyć z zamkiem podziemny tunel. Jego istnienie potwierdzają okoliczni mieszkańcy. Może to być pozostałość dawnego tunelu ucieczkowego, powstałego na długo przed XIX w., albo sekretne przejście dla właścicieli zamku. Po co właściciele dóbr mieliby zjawiać się w tajemnicy w odosobnionej, lecz przytulnej budowli, można jedynie przypuszczać...
                                            ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA
                                            Aus dem Chelmer Lande, 1928, nr 2

                                            • berncik Był grobowiec... 22.05.12, 20:27
                                              https://www.strzelecopolski.pl/files/images/b-2968-b.jpg
                                              Ta kaplica jeszcze pamientom:
                                              Był grobowiec...
                                              To była jedna z najpiękniejszych budowli w Strzelcach. Istniała jeszcze w latach 60. XX wieku i najstarsi mieszkańcy zapewne pamiętają jej charakterystyczną sylwetkę. Kaplicę Renardów postawiono w samym centrum, naprzeciwko kościoła katolickiego pw. Bożego Ciała (dawnego kościoła ewangelickiego).

                                              Budowla powstała z inicjatywy Gräfin Euphemii, żony Grafa Renarda. Jako osoba głęboko wierząca wystarała się u władz kościelnych o zgodę na postawienie własnej kaplicy-mauzoleum. Budowę rozpoczęto w 1837 roku, a projektem zajął się architekt Hermann Friedrich Wäsemann (1813-1879), który zasłynął między innymi z projektu ratusza w Wałbrzychu i tzw. "Czerwonego Ratusza" w Berlinie. Plany posiadały kilka wersji, z których hrabia zaaprobował najbardziej przypadającą mu do gustu.

                                              Kaplicę św. Andrzeja postawiono w pobliżu średniowiecznych murów miasta w otoczeniu parkowej zieleni. Służyła do odprawiania nabożeństw dla rodziny hrabiowskiej i mieszkańców zamku. W jej podziemiach znajdowało się mauzoleum, w którym składano doczesne szczątki rodziny Renardów.

                                              Pochowano tu przedstawicieli rodziny Renard (według oryginalnej pisowni):

                                              Euphemia Graefin Renard
                                              * 16 października 1827
                                              † 12 lutego 1838

                                              Maria Graefin verm. von Tschirschky-Reichell
                                              * 5 sierpnia 1826
                                              † 4 lutego 1847

                                              Euphemia Graefin Renard geb. Rudzinska von Rudno

                                              * 10 grudnia 1800

                                              † 26 kwietnia 1853

                                              Hippolith Graf Renard
                                              * 1 listopada 1831
                                              † października 1855

                                              Johannes Graf Renard
                                              * 24 marca 1829
                                              † 7 marca 1874

                                              Andreas Maria Graf Renard
                                              * 12 stycznia 1795
                                              † 21 listopada 1874

                                              Świątynia służyła jako miejsce odprawiania nabożeństw tylko do czasu, kiedy żyli jej fundatorzy. Potem nie odprawiano już w niej żadnych katolickich obrzędów.

                                              Po roku 1945 budowla popadła w ruinę. Nie otoczono jej opieką, a wandale robili w jej wnętrzu, co chcieli. Władze miasta zdecydowały o rozbiórce kaplicy św. Andrzeja.

                                              Za sprawą proboszcza parafii św. Wawrzyńca, ks. Stefana Baldego, zbezczeszczone mauzoleum rozebrano na początku lat 70. Szczątki rodziny Renard przeniesiono na cmentarz parafialny św. Barbary. Dla zachowania pamięci o właścicielu zamku, który tak bardzo przyczynił się do rozwoju naszej ziemi, znacznie później postawiono płytę nagrobną. Pomnik Andreasa Marii Grafa Renarda stoi przy głównej alei cmentarnej.

                                              Materiał z rozebranej kaplicy posłużył m.in. do budowy murku odgraniczającego park miejski i budynek sądu od ulicy Opolskiej. Uważny obserwator może znaleźć w tym murze kamienie z widocznymi śladami inskrypcji z dawnego mauzoleum. W miejscu, gdzie stała niegdyś kaplica, widnieje dziś upamiętniający ją pomnik

                                              Romuald Kubik, Piotr Smykała
                                              • berncik Re: Był grobowiec... 29.05.12, 20:51
                                                https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5196_4241.jpg
                                                Wzgórze straceń

                                                Historia

                                                Moja matka opowiadała mi legendę. Dawno, dawno temu diabeł opanował wzgórze między Strzelcami a Szymiszowem. Nikt nie odważył się tam zbliżać ani w dzień, ani tym bardziej w nocy. Złe moce polowały tam na prostaczków i wiodły ich na zatracenie. Ludzie wreszcie postanowili odegnać demony, stawiając na tym miejscu kościół.
                                                Budowa świątyni nie szła jednak łatwo. Jak tylko robotnicy postawili w dzień mur, to w nocy ktoś lub coś burzył go, zarzucając głazami z okolicznych pól. Rankiem robotnicy wracali i odbudowywali zniszczony fragment muru, a nocą historia się powtarzała.
                                                Ta przepychanka z siłami nieczystymi trwała wiele dni, aż w końcu mieszkańcy musieli uznać, że zostali pokonani. Zamiast na wzgórzu, kościół wybudowano w pobliskim Szymiszowie, pozostawiając pagórek we władaniu złych mocy. Unikano potem tego miejsca, a o klęsce budowniczych świadczyły ruiny niedokończonej świątyni.

                                                Z rożniątowską górą związana jest też inna legenda:
                                                Obok góry wiodła prastara droga (dziś szosa). "Kronika Tarnowska" wymieniła dwie drogi prowadzące z Opola do Strzelec. Jedna, znana jako "droga wojskowa", wiodła w średniowieczu z Opola przez Nakło, Strzelce, Tarnowskie Góry, Bytom, Kraków, Sandomierz do Rosji. Druga - z Opola po prawej stronie Odry przez Groszowice, Miedzianą, Kamień, Kalinów - do Strzelec. Więc obok Rożniątowa.
                                                Z "Kroniki Tarnowskiej" wynika, że książę Henryk Brodaty, małżonek św. Jadwigi, używał tej drogi podczas wypraw wojennych na Kraków w latach 1234-1238, a także jego syn Henryk II Pobożny w czasie najazdu Mongołów w 1241 roku, kiedy stoczono bitwy z ich hordami, dowodzonymi przez wodza Peta, pod Raciborzem, Opolem i Legnicą. Drogą tą przemieszczały się różne kolumny wojsk. Na bazie tych wydarzeń powstała legenda o wojsku św. Jadwigi.

                                                Niezliczona armia rycerzy i ciężko zbrojnych jeźdźców miała zebrać się pod sztandarami św. Jadwigi na wzgórzu pomiędzy Rożniątowem a Strzelcami. Wojownicy byli szkieletami, ale uzbrojonymi od stóp do głów i gotowymi do walki, z jedną nogą w strzemieniu. Tak zanurzyli się we wnętrze góry rożniątowskiej i oczekują tam na dzień, kiedy nastąpi ostateczna bitwa narodów, podczas której śpiące wojsko doprowadzi do decydującego zwycięstwa.
                                                Niejeden wędrowiec nocujący na tej górze słyszał o północy odgłosy tupiących nogami koni wewnątrz góry...
                                                Prawdziwa historia "Ruiny" albo "Ruinabergu" jest równie mroczna. Strzelce, które posiadały prawo miecza, wykorzystywały wzgórze do wykonywania na nim kary śmierci. W dokumentach zapisano, że egzekucji dokonywano na "Lipiczach", które ciągną się od dzisiejszych murów szpitala po sam Szymiszów. Wzgórze, oddalone od miasta, dawało jednak dobry widok na miejsce straceń.
                                                Nie wiadomo, czy miejsce straceń na wzniesieniu było drewniane czy murowane. Zachowany rysunek ze stycznia 1537 roku ukazuje murowany "Rabenstein" w okolicy miasta. Ponieważ jednak artysta ukazał na obrazie obok siebie Strzelce i Opole, nie można mieć pewności, że murowane miejsce straceń rzeczywiście znajdowało się przy Strzelcach. Na samej Ruinie nie odnaleziono dotąd żadnych śladów dawnego miejsca wykonywania egzekucji. Śmiałkowie, którzy chcieliby tego dokonać, musieliby dziś nie tylko przedzierać się przez gęste krzaki i drzewa, ale także przekopywać przez śmieci. Wzgórze wykorzystywano przez dziesięciolecia jako darmowe śmietnisko.
                                                Zachowane zdjęcia z lat 30. pokazują Ruinę zupełnie pozbawioną roślinności. Taka musiała też być w wiekach średnich, skoro podróżujący ze Strzelec do Opola rysownik dokładnie widział miejsce kaźni i mógł potem je uwiecznić na obrazie. Gęsta roślinność to zatem efekt ostatnich dziesięcioleci.
                                                Znana jest dokładnie historia jednej z wykonanych tu egzekucji. 24 września 1665 roku święcenia kapłańskie przyjął baron Ferdinand Trach von Brzezie. Był on paziem na dworze biskupa wrocławskiego, Sebastiana von Rostock. Pierwotnie wyznania protestanckiego wielmoża nawrócił się na katolicyzm i wstąpił w stan kapłański. Już po trzech miesiącach otrzymał pod opiekę probostwo w Centawie. W 1674 przeniósł się do Lubowic, gdzie przebywał 20 lat. Był też kanonikiem w Raciborzu.
                                                Koniec życia postanowił spędzić pod Górą św. Anny. Przekazał wszystkie dotychczasowe funkcje i w 1694 roku wybudował sobie tutaj pustelnię, gdzie wiódł proste życie eremity.
                                                10 maja 1701 roku zjawił się u niego posłaniec pocztowy, który "zażądał zapłaty za przysługę sprzed dwóch lat". O jaką dokładnie przysługę chodziło - nie wiadomo. Między pustelnikiem a posłańcem doszło do ostrej sprzeczki, podczas której ten drugi chwycił za włócznię i przebił starca dwukrotnie. Ciężko ranny zmarł następnego dnia, zdążywszy wcześniej się wyspowiadać i sporządzić testament.
                                                Winnego zbrodni aresztowano i dostarczono do Strzelec. W owych czasach orzeczenia sądu przeważnie zapadały szybko i były surowe. Mordercę przewieziono na górę straceń, gdzie wykonano wyrok śmierci. Wiadomo także o innych straceniach w tym miejscu. Góra zasłużyła więc sobie na ponurą sławę i w legendach mieszkańców utrwaliła się jako złe miejsce.
                                                Ruiny, które dzisiaj widać na wzgórzu, to pozostałość budowli z XIX wieku. W 1866 roku wymieniana jest ona dość nieprecyzyjnie jako "sztuczna ruina i kaplica". Fałszywe ruiny, romantyczne miejsca tworzono wówczas powszechnie, lecz w rzeczywistości była to pozostałość po prawdziwej kaplicy.

                                                W (najprawdopodobniej) 1838 roku hrabina Euphemia, osoba wielce pobożna, nakazała wybudować w tym miejscu kaplicę ku czci św. Floriana, patrona Suchych Łanów. Od 4 maja 1811 roku, odkąd ogromy pożar strawił połowę wsi, mieszkańcy Łanów, w rocznicę tej tragedii, obchodzili uroczystości ku czci świętego, chroniącego przed czerwonym kurem.
                                                Kaplica miała charakter wieży postawionej w stylu gotyckim. Jej wysokość wynosiła 6-7 metrów a powierzchnia podstawy ok 10 m2. Obraz ołtarzowy, na cześć fundatorki, przedstawiał św. Euphemię, a w niszy od przedniej strony budowli ustawiono drewnianą figurę św. Floriana.
                                                Dwie dekady później doszło do ogromnego głodu i niedostatku. W 1854 r. Euphemia postanowiła pomóc mieszkańcom, przebudowując kaplicę na kościół. Pracujący przy budowie ludzie dostawali w zamian żywność. Budowa świątyni nie została ukończona z powodu śmierci fundatorki. Niedokończony kościół z czasem popadł w ruinę, stając się źródłem legend.
                                                Piotr Smykała, Romuald Kubik

                                                Źródła: Mücke E., Der Ruinenberg bei Rosniontau, Aus dem Chelmer Lande, numer 11, Jahrgang 1929; Mücke E., Das schlafende heer von Rosniontau, Aus dem Chelmer Lande, numer 1, Jahrgang 1931.
                                                • berncik Biała dama 06.06.12, 19:04
                                                  Biała dama

                                                  Dzieje strzeleckiego zamku i losy jego mieszkańców w zadziwiający sposób splatały się z historią średniowiecznej Polski. Niewiele brakowało, aby pani na tym zamku została królową.
                                                  Historia ta sięga jeszcze XIV wieku, kiedy to panem na strzeleckim zamku był książę Albert, trzeci syn księcia opolskiego, Bolka I. Jego matką była Agnieszka. Co ciekawe, nic nie wiadomo o jej pochodzeniu, co może sugerować, że nie wywodziła się z wysokiego rodu. Ciekawostką jest, że to właśnie Bolko I ufundował klasztor cysterski w Jemielnicy.
                                                  Po śmierci ojca w 1313 r., Albert otrzymał ziemię strzelecką. Nie miał wtedy jeszcze 14 lat i początkowo wraz z bratem, Bolkiem II, rządził księstwem opolskim i strzeleckim. Około 1221 r. bracia podzielili się ojcowizną i od tego momentu Albert jest już samodzielnym księciem strzeleckim.
                                                  Strzelce nie były łakomym kąskiem dla potomka potężnego rodu Piastów. Zastał tu solidną budowlę obronną, ale zbyt skromną, jak na siedzibę księcia. Strzelce stały się stolicą nowego księstwa i potrzebowały odpowiedniej siedziby. Albert zajął się więc umacnianiem i upiększaniem zamku.
                                                  Zasypano część fosy i zlikwidowano stary wał ziemny. Niedaleko istniejącej wieży obronnej dobudowano nową - mieszkalną, o podstawie 9,6x13,4 m. Miała ona 2 piętra, a jej piwnice wykorzystywane były aż do roku 1945 jako skład win. Zamek otoczono murem kurtynowym. Niedługo potem murami obronnymi otoczono całe miasto.
                                                  Mimo wysiłków, pozycja Alberta na tle innych władców nie była zbyt silna. Jednym z najmocniejszych jego atutów była jedyna córka, Elżbieta, jakiej dochował się z Agnieszką, córką burgrabiego Magdeburga Burcharda I, kobietą niezwykłej urody.
                                                  Elżbieta urodę odziedziczyła po matce i wkrótce o jej rękę starać się zaczęli możnowładcy ze wszystkich ziem bliższych lub dalszych. Posagu mogła wnieść do małżeństwa niewiele, lecz już sama książęca krew była wielkim wabikiem, a Elżbieta w prostej linii pochodziła od Bolesława Krzywoustego. W późniejszych legendach Elżbietę nieprawidłowo nazywano "Agnieszką", imieniem jej matki.
                                                  Spośród licznych ofert małżeństwa wybrano najlepszą - księcia kujawskiego, Władysława Białego, jak się później okazało ostatniego ze swego rodu. Dzięki temu małe ksiąstewko weszło w koligacje z najpotężniejszym panem na Mazowszu i Kujawach. Szczęśliwym trafem ustawione od góry małżeństwo, które sfinalizowano w 1359 r., okazało się udane. Młodzi przypadli sobie do gustu i zakochali bez pamięci.
                                                  Młoda para przeniosła się do Gniewkowa, którego dwór był uboższy od strzeleckiego. Tamtejszy zamek był skromny nie dlatego, że książę kujawski nie miał na niego funduszy. Dwie dekady wcześniej został zdobyty i spalony i tylko częściowo odbudowany. Małżonek robił jednak wszystko, by zapewnić swej wybrance najlepsze warunki i umieścił ją w najpiękniejszej komnacie. Przekazy z epoki mówią, że para książęca uznawana była za jedną z najszczęśliwszych w ówczesnej Europie.
                                                  Sielankę przerwała tragedia. W 1360 r. (prawdopodobnie 9 marca) Elżbieta nagle umiera, a okoliczności tej śmierci są bardzo tajemnicze. Być może padła ofiarą skrytobójstwa. Od tego czasu na strzeleckim zamku zaczęła pojawiać się biała dama - duch księżniczki Elżbiety, która powróciła do miejsca, gdzie za życia czuła się najbardziej szczęśliwa. Białą damę widziano wielokrotnie spacerującą po dziedzińcu i pokojach strzeleckiego zamku.
                                                  Mnich i kandydat na króla
                                                  Młody małżonek po stracie ukochanej wpadł w potworną rozpacz i zerwał z dotychczasowym życiem. Najpotężniejszy pan na Kujawach sprzedał swoje księstwo Kazimierzowi Wielkiemu za sumę 1000 florenów, a sam rozpoczął długą podróż po Europie i Bliskim Wschodzie. Odwiedził m.in. Jerozolimę, Malbork i Pragę. W 1366 r. zjawił się w Awinionie, gdzie spotkał się z papieżem Urbanem V. Spotkanie z papieżem, który jest dziś czczony jako święty, wpłynęło na decyzje o dalszym życiu. Po czternastodniowym pobycie w Awinion Władysław wybrał życie zakonne i wstąpił do cystersów w miejscowości Citeaux. Ówczesny opat, Jan IV de Bouxiere, przyjął księcia niechętnie do klasztoru i to pod warunkiem, że nigdy nie powróci do życia świeckiego. Rok później widzimy jednak już wielmożę w klasztorze benedyktynów w Dijon. Być może ich znacznie łagodniejsza reguła bardziej mu odpowiadała. Zmiana zakonu nie przysporzyła księciu sympatii u cystersów. Opat wysłał nawet za zbiegiem wysłannika, który miał nakłonić go do powrotu. Warunkiem było ukorzenie się winnego i przyjęcie zwyczajowej u cystersów kary chłosty. Książę propozycji nie przyjął.
                                                  Sytuacja zmieniła się diametralnie w 1370 r., kiedy ziemski padół opuszcza król polski Kazimierz Wielki. Umiera bezpotomnie, a jednym z potencjalnych kandydatów na polski tron jest płowowłosy możnowładca z Kujaw. Na mocy wcześniejszych układów królem został co prawda władca Węgier, Ludwig Andegaweński. Nie chciały się z tym pogodzić możne rody Wielkopolski, które do przebywającego w Dijon Władysława Białego wysłały poselstwo nakłaniające go do przejęcia władzy w kraju. Posłami owymi byli: Przedpełk ze Stęszewa, Wyszota z Kurnika z rodu Łodziów i Stefan z Trląga z rodu Pomianów.
                                                  Na księciu zemściły się wcześniejsze deklaracje. Udał się do kurii papieskiej w Awinion, by ta zwolniła go z zakonnych ślubów. Papież jednak, zaprzyjaźniony z dworem andegaweńskim, dyspensy księciu nie udzielił. Władysław zamiast więc prosto do Polski, udał się na dwór węgierski, by prosić na nim o wsparcie u papieża. Starania te nic nie dały, a papież w dwóch bullach kategorycznie odmówił zwolnienia Władysława ze ślubów. Uzasadniał to (i słusznie), że byłoby to zagrożeniem dla panowania w Polsce Ludwika Węgierskiego. Książę nie odzyskał nawet swego księstwa gniewkowskiego, którego pozbył się po stracie małżonki.
                                                  Na tym właściwie zakończyły się możliwości zdobycia korony polskiej. Władysław Biały wielokrotnie próbował jeszcze siłą odzyskać swe dawne włości, lecz nigdy mu się to nie udało. W 1373 r. rozgromiono jego wojsko pod Gniewkowem, a w 2 lata potem królewskie wojska okrążyły go w Złotoryi.
                                                  Ranny i pokonany książę zrezygnował ze swych pretensji do tronu, lecz w zamian otrzymał odszkodowanie - 10000 florenów i stanowisko opata w klasztorze benedyktyńskim Pannonhalma na Węgrzech. Wybrał jednak Dijon, gdzie w 1382 r. zastała go wiadomość o śmierci Ludwika Węgierskiego. Władysław znów poprosił papieża o dyspensę. Tym razem ją otrzymał i... nic nie zrobił. Być może czuł się po prostu za stary. W chwili śmierci Ludwika był już grubo po 50. Niemal pewny kandydat do tronu polskiego przeżył swoje ostatnie lata poza krajem. Zmarł 29 lutego 1388 r. w Strasburgu i pochowany został, zgodnie ze swoją wolą, w opactwie w Dijon.
                                                  Historia księcia-mnicha już za jego życia stała się legendą. Mnisi z Dijon mówili o nim "Le Roy Lancelot" - książę Lancelot, co nawiązywało do opowieści o Okrągłym Stole. Przez kronikarzy wspominany jako największy awanturnik swej epoki i błędny rycerz. Gdyby nie przedwczesna śmierć żony i wstąpienie do klasztoru, prawdopodobnie to on właśnie zasiadłby na tronie polskim. Również miłość i tajemnicza śmierć Elżbiety (przemianowanej z czasem na "Agnieszkę") fascynowały współczesnych i potomnych.
                                                  Epilog
                                                  31 grudnia 1796 r. hrabia Phillip Collona napisał do Franza Harrassowskiego list. Wspomina on o 30 rocznicy śmierci księcia Luisa (nie wspomina o jakiego dokładnie księcia chodzi). Pisze, że "na osiem dni przed owym tragicznym wydarzeniem w pałacu ukazała Biała Dama". Hrabia kategorycznie zakazał wspominać o tym komukolwiek.

                                                  Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  Źródła: Nowack A., Die Reichsgrafen Colonna, Freiherrn von Fels auf Gross Strehlitz, Tost und Tworog in Oberschlesien, Gross Strehlitz 1902.
                                                  • szwager_z_laband Re: Biała dama 06.06.12, 19:16
                                                    a to znocie?

                                                    schlesien.nwgw.de/121x5x0.xhtml
                                                  • berncik Spłonął raz na zawsze. 12.06.12, 17:41
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5522_4608.jpg
                                                    Spłonął raz na zawsze.

                                                    Historia

                                                    Dyrekcja Dóbr Hrabiowskich była perełką architektoniczną, określaną jako pomnik kultury pierwszej klasy. Budynek pochodził z XVIII wieku, z czasem zapewne rozbudowany. Stał on na skraju parku w miejscu domków jednorodzinnych przy ulicy Parkowej w Strzelcach Opolskich, naprzeciwko dzisiejszego parkingu.
                                                    Przed 80 laty okolica ta wyglądała zupełnie inaczej. Tam, gdzie dziś parkują auta, stały tzw. "czworaki". Szeregowe domy dla dworskiej służby, rozebrane kilkanaście lat po II wojnie. Były bardzo charakterystycznym elementem w krajobrazie miasta. Mieszkająca w nich służba była na tyle oddalona od strzeleckiego zamku, by nie przeszkadzać właścicielom w ich słodkim życiu i na tyle bliska, by być zawsze pod ręką. Naprzeciwko czworaków stała Dyrekcja Dóbr Hrabiowskich, w której znajdowało się zarówno mieszkanie dyrektora oraz wyższych urzędników, jak i biura administracji. Nazwa budynku przypominała, że zarządzano w nim nie tylko dobrami ziemskimi w Strzelcach. Hrabia Renard był też właścicielem licznych kopalń i hut. Administrowano nimi właśnie z tego miejsca za pośrednictwem dyrektorów, którzy byli prawą ręką właściciela. Dyrektorami Generalnymi w Strzelcach byli między innymi: Franz von Haraschowsky (zmarł w 1806 r.), Franz von Zawadzky (1791-1849), Hermann Wenzel (1814-1872), potem Bieler i Dieterici.
                                                    Budynek posiadał dach konstrukcji mansardowej, pokryty płytkami łupka, co nadawało mu swoisty urok. Ten rodzaj pokrycia miał jednak dużą wadę. Łupek doskonale kryje belki, co w razie ognia powoduje, że używana do gaszenia woda trudniej dostaje się w miejsce pożaru.
                                                    Budynek z każdej strony obrastał bluszczem dochodzącym do I piętra. Zależnie od pory roku liście bluszczu miały barwę od zielonej do czerwonej, co nadawało dodatkowego uroku. Wśród bluszczu od frontu można było zauważyć herb Renardów. Od frontu również widać było półokrągłą (przypominającą absydę) klatkę schodową mieszczącą kręcone szerokie metalowe schody. Tylna część budynku wychodziła na kort tenisowy i pole do gry w krykieta. Mieścił się tutaj rozległy balkon na wysokości I piętra, z którego rozpościerał się widok na park i staw. Od strony parku znajdowały się po bokach budynku dwa ryzality (występy z elewacji) zakończone dachem, a między nimi - duży balkon.

                                                    Od frontu znajdowała się studnia, z której wodę czerpali mieszkańcy oraz chłopcy-służący, którzy myli dorożki. Od strony północnej z dachu wystawał dość duży komin. Piwnice miały stropy kolebkowe i były przeznaczone między innymi do przechowywania żywności i wina. Całość sprawiała wrażenie małego bajkowego pałacu.
                                                    Okazałość Dyrekcji Dóbr nie była przypadkowa. To ten budynek witał gości udających się do zamku i sprawiał na nich odpowiednie wrażenie. Mieściły się w nim także pokoje gościnne. W czasie urządzanych polowań to właśnie stąd wyruszały specjalne powozy, które zawoziły gości na miejsce.
                                                    Budynek nie miał szczęścia do ognia. Spłonął w 1929 roku. 13 stycznia żywioł zajął drewniane elementy konstrukcyjne dachu. Przybyłe na ratunek zastępy strażaków miały nie tylko problem z łupkowym dachem, skutecznie oddzielającym ogień od wody. Zima była tak mroźna (-25˚C), że woda zamarzała w wężach, praktycznie uniemożliwiając akcję ratowniczą. Budynek bardzo poważnie ucierpiał podczas pożaru. Najgorsze było to, że ogień strawił bardzo dużo ważnych i starych dokumentów dotyczących zamku, miasta oraz transakcji hrabiowskich.
                                                    Budynek nie został już odbudowany. Po pewnym czasie resztki rozebrano. Dyrekcja Dóbr Hrabiowskich w wyniku jednego pożaru raz na zawsze zniknęła z krajobrazu miasta.
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                    Źródła: Aus dem Chelmer Lande, nr 2, 1929;
                                                    Gross Strehlitz bilder aus dem Oberschlesischen Annabergland, Hagen - Soest 1968.
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • szwager_z_laband Re: Spłonął raz na zawsze. 14.06.12, 21:22
                                                    cos do pszipomniynia

                                                    forum.gazeta.pl/forum/w,34281,53039326,53039326,przisuowia_skole_Anabergu_i_inksze.html
                                                  • szwager_z_laband ps 15.06.12, 07:03
                                                    to zech tak pszi okazji dociep bo wia ze niykere niy som tak dugo na tym forum jak inksze z nos ;)
                                                  • berncik Re: ps 15.06.12, 11:24
                                                    szwager_z_laband napisał:

                                                    > to zech tak pszi okazji dociep bo wia ze niykere niy som tak dugo na tym forum
                                                    > jak inksze z nos ;)

                                                    Dyc to je richtig :Jo to czytou duzoch znou, ale nie wszystko.
                                                  • berncik Królewski medyk 19.06.12, 19:09
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/img_3155.jpg
                                                    Królewski medyk
                                                    Wiosną 1471 roku orszak królewski kierował się do Pragi. Biorąc pod uwagę układ dróg średniowiecznych, prawdopodobnie przejeżdżał przez Strzelce, które niedawno zniszczone zostały przez najazd husytów. Teraz syn króla polskiego i wnuk cesarza niemieckiego, Władysław Jagiellończyk, przejeżdżał przez odbudowujące się ze zniszczeń miasto, by objąć we władanie lud, który wyrządził na Śląsku tyle zniszczeń - Czechów.
                                                    Wśród licznej świty królewskiej znajdował się też człowiek, który znał te okolice doskonale. Być może udało mu się na krótko opuścić towarzystwo i odwiedzić rodową wieś i rodzinę. Piotr Gaszowiec, królewski lekarz i astronom, urodził się w pobliskiej Rozmierzy i stąd wyruszył podbijać świat.
                                                    Piotr Gaszowiec (Petro Gassoviecz, Petr Gaschowietz, Petrus de Silesia, Petrus Strzelecz) przyszedł na świat między rokiem 1425 a 1430. Był potomkiem rodziny szlacheckiej rodu, której własnością była Rozmierz i okoliczne miejscowości.
                                                    Ród von Gaschowitz, XV w.
                                                    Był to pierwszy znany ród właścicieli Grodziska i okolicznych miejscowości. W 1429 r. Mitzko von Gaschowitz podzielił swoje dobra między trzech synów Krzysztofa, Piotra i Bartłomieja (Christopha, Petera i Bartholomäusa).
                                                    W 1441 r. Mikołaj (Mitzko) von Gaschowitz jest wymieniony jako świadek w dokumencie księcia niemodlińskiego i strzeleckiego. Prawdopodobnie to właśnie on podzielił swoje dobra w 1429 r.
                                                    Krzysztof Gaszowic z Rozmierzy (Cristek Gossowicz von Lomirza) wymieniony jest w dokumentach z dnia 6 maja 1450 r. i 14 marca 1453 r. Występuje jako świadek księcia niemodlińskiego i strzeleckiego Bernarda. Był opiekunem syna Bolka V - księcia Wacława. Gdy młody książę zmarł, jego ojciec przekazał cały majątek syna: klejnoty, pieniądze oraz ubrania Krzystkowi. W 1468 r. Cristek Gossowicz kupił Wołczyn (Konstadt). Zmarł prawdopodobnie przed 1488 r. Znany jest Mikołaj Gaszowic z Rozmierzy (Mikulass Gaschowitz z Lomierze), który jest wymieniony w dokumencie z 1 sierpnia 1513 r.
                                                    Gaschowitz należeli do starego górnośląskiego rodu znanego już i wymienianego w dokumentach od XIV wieku. Siedziba rodowa znajdowała się prawdopodobnie w Gaszowicach (Gaschowitz) koło Rybnika. Od nazwy tego majątku przyjęli nazwisko rodowe. Jako drugą siedzibę rodową wymieniana jest też Rozmierz (Lomerz). Herb tego rodu jest nieznany, ale niektórzy przypuszczają, że Gaschowitz należeli do rodu Raszynów, herbu Dwie Wieże.
                                                    Kariera naukowa
                                                    Bohater naszej opowieści, Piotr Gaszowiec, pierwsze nauki przyjmował prawdopodobnie w szkole miejskiej w Strzelcach, by w 1446 r. zapisać się na studia na Uniwersytecie w Krakowie. Już w roku 1448 otrzymuje on tam tytuł bakalarza, a w roku 1452 tytuł liberalium artium - doktora sztuk wyzwolonych. Był słuchaczem innych wielkich umysłów tamtych czasów, których dziś okryła już mgła zapomnienia - Jana z Ludziska, Marcina Króla z Żurawiny i Andrzeja Grzymały z Poznania. W 1452 r. wyjechał do Italii, gdzie na uniwersytecie w Perugii studiował medycynę i astronomię. Studia te kontynuował w latach 1454-1455 w Kolonii, pod okiem Gerarda z Hanont.

                                                    Błyskawiczną karierę Piotra przypieczętowało jego przybycie do Krakowa w 1456 r. Niemal natychmiast został przyjęty w poczet mieszczan krakowskich oraz objął najbardziej w jego zawodzie zaszczytną funkcję w kraju - stanowisko lekarza przybocznego króla Kazimierza Jagiellończyka. W 1459 r. ożenił się z mieszczanką krakowską, Katarzyną Homanówną, która była niższa od niego stanem, lecz za to bardzo majętna. Małżeństwo dochowało się dziewięciorga potomstwa. Wielkie dochody dała Piotrowi Gaszowcowi praktyka lekarska.
                                                    Wiadomo, że małżeństwo posiadało na własność wieś Garlicę Górną (dziś Górna Wieś - około 11 km od Krakowa). Już po śmierci królewskiego medyka jego żona wdała się w spór majątkowy. W 1498 r. Katarzyna, wdowa po Piotrze Gaszowcu, pozywa Jana Liberhanta o to, że gwałtem zajął część jej dóbr w Garlicy Górnej. Zachował się także zapis, że córka królewskiego lekarza, Barbara, zrzekła się wszystkich dóbr z Garlicy Górnej na rzecz swego brata, Stanisława.
                                                    Od 1456 r., jako doktor medycyny, Piotr Gaszowiec podjął wykłady na wydziale medycyny Uniwersytetu Krakowskiego. Kilkakrotnie wybrany został na dziekana wydziału, a także na rektora całej akademii w latach 1464, 1465 i 1470.
                                                    Oprócz praktyki lekarskiej Gaszowiec kontynuował badania astronomiczne. Pozostawił po sobie prace, z których korzystały następne pokolenia astronomów - włącznie z Mikołajem Kopernikiem. Napisał między innymi dzieło Computus i stworzył tablice astronomiczne, obliczone dla południka krakowskiego, oraz kanony do nich, w których podał sposób korygowania tablic. Wiemy, że prowadził on samodzielne obserwacje i obliczał długości geograficzne, a także zajmował się meteorologią. W 1453 opracował katalog 15 jasnych gwiazd stałych.
                                                    Podczas uroczystości państwowych występował jako mówca z ramienia uczelni i miasta. Reprezentował wysoki kunszt oratorstwa humanistycznego. Wzorował się na Janie z Ludziska.
                                                    Gaszowiec zajmował się także magią. Prawdopodobnie to on częściowo przepisał i przywiózł z Włoch do Krakowa Picatrix, jedną z najstarszych ksiąg magicznych. Księga, której autorem był najprawdopodobniej arabski pisarz al-Majriti, omawiała takie tematy jak natura nieba i zjawisk atmosferycznych, sfer niebieskich, powiązanie między znakami zodiaku a planetami, a także wywoływanie duchów.
                                                    Piotr Gaszowiec zmarł między 28 stycznia a 18 maja 1474 roku. Dziś o istnieniu Piotra z Rozmierzy wie tylko garstka historyków i astronomów. Jego imię przypomina także tablica wmurowana w ratusz w Strzelcach Opolskich.
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Tajemnica centawskiej trumny 26.06.12, 19:52
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/img_1178.jpg
                                                    Trumna jest piękna. Cała szkarłatna, bogato zdobiona złotymi ornamentami i metalowymi okuciami - kołatkami. Prawdopodobnie symbolizować miały przejście do innego świata i służyły jednocześnie do przenoszenia trumny. Wokół widnieją wymalowane herby rodów szlacheckich. Obecnie znajduje się w Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu, lecz pierwotnie spoczywała w krypcie centawskiego kościoła.
                                                    W 1967 r. została przekazana do Opola przez ówczesnego proboszcza Karola Wypióra, a w 1970 r. znalazła się na zamku w Brzegu. Niestety, dziś nie jest dostępna dla zwiedzających, zalega w magazynie na ostatniej kondygnacji wieży zamkowej.
                                                    Zabytek pochodzi z XVII wieku. W tamtym okresie w modzie były bogato zdobione trumny królewskie i książęce. Ta jednak należała do zwykłej szlachcianki. Tak bogaty pochówek musiał świadczyć o tym, jak ważna była dla bliskich. Mąż zmarłej Franciszek Wilhelm Larysz (zm. 1730 r.) bogaty w dobra majątkowe i zaszczyty, zapewnił jej pełną miłości pamiątkę. Jeszcze w 1723 r. zamawiał mszę św. w jej intencji. Na górnej pokrywie trumny są umieszczone dwa cytaty oraz namalowany krucyfiks.
                                                    HISTORYCZNA ZAGADKA
                                                    Bardzo mało wiadomo o zmarłej, drugiej żonie Jana Franciszka Wilhelma Larysza, właściciela Centawy. Historycy nie są nawet pewni, kto nią był. Jedynie Pilnaczek i Weltzel wymieniają jej nazwisko. Z kolei Blażek w herbarzu szlachty śląskiej twierdzi, że drugą żoną Larysza była Dorota Elżbieta hr. von Hellenbach.
                                                    Zagadką są też umieszczone na trumnie herby, które powinny oddawać wywód heraldyczny zmarłej. Żadne z historycznych źródeł tego nie potwierdza. Również sprzeczny z obecną wiedzą jest napis na przodzie trumny:
                                                    „Wysoko rodzona Pani R. DOROTHA BARBARA LARISCHOWA Swobodn… Pani ze Lhorÿ, a Karwiny Dziedziena P na Cenƭawia, Warmuntowicach, Olschowie xc. Rodzona Slewicowna Kƭóra żÿć Poczeła Rokv 1666. Dnia 8 Wrześniay
                                                    W Roku 16… Sierpnia weszła w S. małżeński z Wysoce Vrodzonym a Sƭaƭeczym Panem. Panem FRANCISZKIEM WILCHELMEM LARISCH Swobodÿm Panem ze Ihoiÿ, a Karwiny, Dziedzicznym Panem na Karwinie, Alb…ychyicach etc ~ Vmiera Roku 1689 … Września skonała, powÿsz napisany Zmyslowoÿ o doczesnÿm Zywocie Łaskawemu podaie CZİİTELNİKOWİ”.
                                                    Zarówno sposób wykonania napisu, jak i jego treść budzi wiele wątpliwości. O opinię poprosiliśmy opolskiego heraldyka Romana Sękowskiego.
                                                    - Osoba wykonująca napis zrobiła błąd pisząc „ji” (czijta) zamiast „ÿ” („czÿta”), jak powinna to zrobić wg współczesnej transkrypcji. Nie orientowała się też w obyczajach panujących wśród śląskiej szlachty. Na Śląsku z reguły żony nie przejmowały nazwisk mężów. Powinno być więc napisane „Dorota Barbara Slewicowna, żona...” Znane są jednak wyjątki od tej reguły, więc mogło być tak i tym razem. Nigdy natomiast nie miała prawa używać tytułów szlacheckich i honorowych męża, co było uregulowane prawnie. Nic nie wiadomo, aby Schlewice mieli tytuł wolnych panów (baronów, Freiherr), a tym bardziej tytuł honorowy „wysoko urodzony” (Hochgeboren), który cesarz nadawał tylko szlachcie utytułowanej (baronom i hrabiom) i to najczęściej „ad personam”. Prawdopodobnie wykonujący napis oparł się na zwyczajach polskich - uważa Roman Sękowski.
                                                    Zagadką jest zapis o majątkach. Według źródeł, Centawa należała w XVII wieku nie do Schlewitzów, a do Laryszów. Z kolei, wymienione przy majątkach Larysza Albrechtice były własnością Schlewitzów. Na Śląsku nie istniała wspólnota majątkowa małżonków. Oboje posiadali oddzielne majątki i nie dziedziczyli po sobie. Albo więc w błędzie są źródła albo wykonawca napisu nieźle tutaj namieszał.
                                                    HERBY
                                                    Herb Schlewitz (Slejvic, Szliwic), rodowy zmarłej został umieszczony, zgodnie z praktyką heraldyczną w środku, po obu stronach trumny. Ród Schlewitzów należał do starych rodów śląskich, pochodzących prawdopodobnie z terenu Niemiec. Posiadali majątki głównie na pograniczu księstwa raciborskiego i opawskiego. Jako główną swoją siedzibę od XVI w. podawali Kravaře koło Opawy. Henryk von Schlewic (zm. 1618 r.) ożenił się z Ewą Strzelą, ostatnią przedstawicielką tej linii rodu - właścicieli wójtostwa w Leśnicy k. Strzelec Op. Zmarła była prawdopodobnie siostrą ostatniego z tej linii rodu - Karola Henryka, który na początku XVIII w. sprzedał swoje majątki Jerzemu von Strachwitz.
                                                    Herb Larisch (Larysz). Herb ten umieszczony został po dwóch bokach trumny przy głowie, gdzie zgodnie z wywodem heraldycznym po prawej stronie zmarłej powinien znaleźć się herb rodowy, zaś po lewej - herb matki. Ród ten należał do arystokracji państwa Habsburgów i był znany na całym ich terenie (pałace Larischów znajdują się w Pradze, Wiedniu, Budapeszcie i Krakowie).
                                                    Mąż zmarłej pochodził z linii z Ligoty (Lhota), posiadał tytuł wolnego pana (barona) i prawdopodobnie honorowy tytuł „wysoko urodzony”. Był członkiem rady cesarskiej i sędzią sądu ziemskiego księstw opolskiego i raciborskiego. Około 1686 r. kupił od Estery Izabeli von Praschma Kujawy k. Prudnika i posiadał państwo „Herrschaft” Centawa. Pierwszą żoną Jana Franciszka Wilhelma Larysza była Dorota hr. von Tenczin.
                                                    Herb Paczyński. W Polsce jeden z najstarszych polskich herbów – Topór. Paczyńscy z Tęczyna (Paczynski von Tenczin) nazwisko wzięli od miejscowości Paczyna koło Toszka. Według tradycji rodowej byli potomkami małopolskiego rodu magnackiego Tęczyńskich, dlatego podawali jako swoją siedzibę rodową Tęczyn (Tenczin) koło Krakowa. Herb hrabiowski nie różnił się niczym od herbu szlacheckiego, dlatego trudno tu rozstrzygnąć, o jaką linię chodzi. Pierwsza żona Larysza pochodziła z linii hrabiowskiej „z Tęczyna”, ale nie jest możliwe, aby to był jej herb. W tym czasie linie szlacheckie Paczyńskich były bardzo liczne, w większości była to drobna szlachta występująca na całym Górnym Śląsku.
                                                    Zgodnie z wywodem heraldycznym, w tym miejscu na trumnie powinien być umieszczony herb babki ze strony ojca (dziadowej). Nic nie wiadomo o jakichś związkach Schlewitzów z Paczyńskimi.
                                                    Herb Skroński. Skrońscy z Budzowa - nazwisko pochodzi od dwóch miejscowości koło Olesna Skrońsk i Budzów. Początkowo byli to wolni chłopi (włodycy). W 1546 r. bracia i kuzyni: Grzegorz Budzowski, Mikołaj Skronski oraz Paweł i Maciej Pawłowscy otrzymali dyplom herbowy z ujednoliceniem nazwiska: Skronski von Budzow. Ich herb - żuraw z szyją przebitą strzałą - część historyków zalicza do odmiany polskiego herbu Taczała. Herb ten znajduje się na dole po lewej stronie zmarłej, gdzie według zasad wywodu heraldycznego powinien znajdować się herb babki ze strony matki. W źródłach brak jest informacji o jakichkolwiek związkach ze Schlewitzami.
                                                    Tajemnicza trumna jest niedostępna dla zwiedzających brzeskie muzeum. Może zamiast zalegać w magazynie, powinna być wystawiona w centawskim kościele, by przybliżyć mieszkańcom ich własną historię?
                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Heimatmuseum muzeum Strzelce Opolskie 01.07.12, 18:17
                                                    Muzeum regionalne w Strzelcach Opolskich

                                                    Strzelce Opolskie
                                                    Autor:
                                                    Ania_Frost
                                                    Ania_Frost
                                                    Pomysł stworzenia w Strzelcach Opolskich muzeum pojawia się na komisjach strzeleckiej Rady Powiatu i także Rady Gminy od kilku lat. Niewiele osób jednak wie, iż pierwsze muzeum na ziemi strzeleckiej zostało otwarte ponad osiemdziesiąt lat temu, a dokładnie 10 grudnia 1927 roku w nieistniejącej już dziś kamienicy na rynku strzeleckim, pod adresem Ring 13. Złote litery nad wejściem dumnie informowały, iż znajduje się tu Heimatmuseum.
                                                    Skrupulatnie i estetycznie uporządkowane eksponaty wypełniały przeszklone gabloty, szafy i ściany. Gazeta Strzelecka w 1928 roku pisze o muzeum: „Prastare obok najnowocześniejszego, skarby geologiczne obok dzieł rąk ludzkich, przyroda nieożywiona i życie. Nawiercony toporek praczłowieka obok delikatnego jaja ptasiego i ciała ledwo co przemienionego z poczwarki motyla. Ziemia wulkaniczna z Góry św. Anny obok kła mamuta z okresu, kiedy na naszej ziemi panowały lodowce. Trzystuletni obraz strzeleckiego księcia piastowskiego Alberta obok olejowego obrazu przedstawiającego tor saneczkowy przy posągu Ceres w parku renardowskim. O szczęku oręża w naszym Heimacie świadczą stare pistolety, szable i strzelby. W szklanych szafach stare i nowoczesne skarby sztuki uderzają wysokim kunsztem wykonania„.
                                                    Muzeum strzeleckie było pokłosiem panującej w Niemczech na początku XX wieku mody na Towarzystwa Historyczne. Ernst Mücke, rektor z zawodu i redaktor dodatku pod tytułem „Aus dem Chelmer Lande” („Z ziemi chełmskiej”) do ówczesnej Gazety Strzeleckiej, zainicjował powstanie muzeum, zbierał eksponaty od mieszkańców ziemi strzeleckiej oraz skatalogował i uporządkował je w chronologiczny ciąg, przedstawiający dzieje Strzelec Opolskich od prehistorii do czasów jemu współczesnych.
                                                    „W latach dwudziestych XX wieku w okolicy Strzelec i Gogolina dymiły piece wapienne. 100 lat wcześniej nad wodami Jemielniczanki i Małej Panwi pracowały fryszerki i piece do wytopu żelaza. Uprawa lnu zniknęła już dawno z okolic Strzelec i Ujazdu, gdzie tworzyła swego czasu kwitnące rzemiosło. Tak przychodziły i odchodziły kultury, które tworzyły obraz naszej ziemi” – pisze Mücke. Obraz naszej ziemi chciał Mücke przybliżyć mieszkańcom Strzelec Opolskich.
                                                    Mały przewodnik po muzeum jego autorstwa opisuje ogrom zgromadzonych eksponatów.
                                                    Według tej publikacji w dużej szafie ściennej znajdowały się wyroby ceramiczne z nyskich warsztatów, szopki bożonarodzeniowe z figurkami, figurka piety, figura Św. Anny i wiele innych. Szafa zawierała też stare sprzęty użytku domowego zebrane w gospodarstwach i u mieszczan strzeleckich. Oddział książek i pism posiadał na przykład oryginalne listy Gustawa Freitaga. Zbiór broni mógł się poszczycić najstarszym eksponatem - rękojeścią szabli książęcej z czasów wojen książęcych (XIV-XV wiek) znalezioną na polach koło Zakrzowa.
                                                    Atrakcją muzeum były kości mamuta i innych zwierząt z epoki kamienia łupanego, wydobyte w licznych piaskowniach i kamieniołomach na Górze św. Anny. Duża witryna szklana zawierała najpiękniejsze odlewy żeliwne, wypchane zwierzęta i porcelanę. Szuflady zawierały minerały spotykane na ziemiach strzeleckich, takie jak bazalt z Góry św. Anny, piaskowce, wapienie i gips, kryształy kwarcu. Wśród eksponatów była także ruda darniowa, która stanowiła podstawę rozwoju produkcji żelaza na północy ziemi strzeleckiej w XIX, oraz pochodzący z jej wytopu żużel z okresu średniowiecza z Krępy oraz z czasów współczesnych z Izbicka i Kadłuba.
                                                    Wydział prehistoryczny wprowadzał zwiedzających w najstarsze dzieje ziemi strzeleckiej wiele setek lat wstecz. Na ziemi panowały wtedy lodowce, które przyniosły w nasze rejony ogromne masy lodu i śniegu. Z tego okresu w muzeum można było zobaczyć narzędzia, noże i groty strzał z krzemienia, kamienny pług, młotek i siekierkę. Z okresu brązu natomiast można było zobaczyć także brązowe narzędzia i pojemniki.
                                                    Specjalna gablota zawierała zawartość grobowca numer 97 z Choruli, czyli dużą urnę, która zawierała spalone rytualnie szczątki ludzkie oraz mniejszą, która prawdopodobnie zawierała napój lub pokarm na pośmiertną drogę zmarłego. W opisie do tych eksponatów autor podkreśla, iż taki pochówek charakterystyczny był dla plemion zaliczanych przez naukowców do kultury łużyckiej. Autor był przekonany, że plemiona kultury łużyckiej nie były ani Prasłowianami, ani Pragermanami, tylko należały do indoeuropejskiego ludu Ilirów. Dyskusja na ten temat trwa do dziś wśród naukowców i często zabarwiona jest ideologią.
                                                    Muzeum posiadało też eksponaty z wcześniejszego okresu żelaza, z ok. 800 roku przed Chrystusem. Znalezione w Adamowiczach groby zawierały biżuterię, guziki z brązu, szklane i gliniane perły egipskie, co świadczyło o tym, iż już 2800 lat temu kobiety lubiły się stroić.
                                                    Przewodnik muzealny, oprócz opisu eksponatów, przekazywał zwiedzającym podstawowe wiadomości o historii ziemi strzeleckiej. Mówił on między innymi o tym, iż około V wieku przed Chrystusem na nasze ziemie dotarły plemiona germańskie, między innymi Wandalowie. Eksponaty z tego okresu to gliniane naczynia, żelazne okucia tarcz, groty oszczepów, ostrogi, klamry do pasków, noże, wrzeciona i wiele innych. Mapa osadnictwa znajdująca się w muzeum pokazywała jak gęste było zaludnienie naszych terenów przez to plemię.
                                                    Ważne stanowiska znajdowały się w Choruli, Suchych Łanach, Zakrzowie, Obrowcu, Izbicku, Kalinowicach. Według przewodnika Wandalowie opuścili Śląsk około 400. roku po Chrystusie, skąd powędrowali do Hiszpanii i Afryki. Na ich miejsce przybyli Słowianie. Z tego okresu w muzeum znajdowały się szczątki naczyń glinianych znalezionych w Grodzisku.
                                                    Kolejnym wydziałem muzeum był wydział nauk o przyrodzie. Znajdowały się w nim eksponaty rodzimych owadów, wypchane ptaki i mniejsze ssaki. Wydział zawierał też zestawienie występującej na ziemi strzeleckiej flory.
                                                    Opis eksponatów został wykonany w sposób niezwykle skrupulatny i jasny. Misją założycieli było przybliżenie bogatej i różnorodnej historii ziemi strzeleckiej jej mieszkańcom. Należy także zauważyć, iż pozbawiony był wszelkich elementów ideologicznych, które wystąpiły w interpretacji historii Śląska dopiero w czasach nazistowskich ze strony Niemiec i komunistycznych ze strony Polski.
                                                    Dziś o muzeum prawie nikt nie pamięta. Kamienica, w którym się znajdowało, została zburzona, a po eksponatach słuch zaginął. Reaktywacja byłaby wielką szansą dla Strzelec, ponieważ kto chce poznać samego siebie, musi znać swoją przeszłość. Reaktywacja byłaby także szansą przezwyciężenia stereotypów i mitów o historii Śląska, stworzonych przez reżimy hitlerowski i komunistyczny.
                                                  • berncik Re: Heimatmuseum muzeum Strzelce Opolskie 03.07.12, 23:14
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5832_4807.jpg
                                                    Dwóch z rodu Woschek

                                                    Opisywana poniżej historia rodu Woschek zaczyna się w połowie XIX wieku. Wtedy to, urodzony w 1816 r. i przybyły z Chrząstowic (Chronstau) Anton Woschek, ożenił się w Krośnicy z Rosalią z d. Nieschwietz (ur. 1818 r.). Małżeństwo posiadało jedno z największych gospodarstw rolnych w okolicy.

                                                    Dochowało się licznego potomstwa. Wśród dzieci byli między innymi: Lorenz Woschek (1852-1939), żonaty z Johanną z d. Adamietz (1856-1926) z Kadłuba i Franz Woschek (1858-1918), żonaty z Lucią z d. Koniecko/Konietzko (1865-1945). Gospodarstwo przejął syn Franz Woschek, który zmarł w 1918 r. na zapalenie płuc, a jego żona Lucia zmarła 5 listopada 1945 r. w Krośnicy. Dwoje z wnuków, Antona i Rosalii, odcisnęło szczególne wpływ na historię regionu.

                                                    Alfons Woschek był synem Lucii i Franza. Urodził się w 1886 r. Z czasem przejął rodzinny majątek, a od lat 20-tych do roku 1933 był sołtysem Krośnicy. Przyczynił się do ogólnego dobrobytu mieszkańców. Otworzył nowoczesną cegielnię, która w dobie kryzysu dawała ludziom zajęcie. Alfons Woschek był też inicjatorem budowy krośnickiego kościoła, który powstał w ciągu pół roku w 1932.

                                                    Funkcję sołtysa stracił po dojściu do władzy Adolfa Hitlera. Sam Alfons Woschek nigdy nie wstąpił do NSDAP ani innej organizacji faszystowskiej.

                                                    W 1919 r. ożenił się z Anną z d. Adamietz (1898-1980), córką Johanna Adamietz i Julianny z d. Szczeponek. Dochowali się dziewięciorga dzieci. Rodzina Woschek razem z gospodarstwem nie miała szczęścia do konfliktów zbrojnych. Podczas III Powstania Ślaskiego posiadłość została splądrowana przez powstańców. Kiedy gospodarze wrócili, z całego inwentarza żywego nie pozostało prawie nic. Jak się wtedy potocznie mówiło: „ostały dwa gołębię na dachu”.

                                                    Gdy do Krośnicy weszli sowieci, bogaci gospodarze wpadli w o wiele gorsze tarapaty. Najpierw zostali ograbieni przez krasnoarmijców. Potem, już po zmianie nazwiska gospodarzy na „Woszek”, komunistyczne władze odebrały im cegielnię. Alfons był przesłuchiwany przez Urząd Bezpieczeństwa i oskarżany o burżuazyjne i niemieckie pochodzenie. Uniknął wysiedlenia dzięki petycji, którą podpisało wielu mieszkańców wsi.

                                                    Budowniczy krośnickiego kościoła zmarł 25 czerwca 1948 r. W nabożeństwie pogrzebowym wzięło udział ośmiu kapłanów i tłumy mieszkańców okolicznych miejscowości. Kazanie wygłosił franciszkanin z Góry św. Anny, Felix Koss. Alfons Woszek spoczął na cmentarzu parafialnym w Krośnicy.

                                                    Znacznie słynniejszy był syn Lorenza i Joanny Woschek - Theophil. Lorenz Woschek 15 maja 1877 r. ożenił się z wdową Johanną Kalka, córką młynarza Sebastiana Adamietz (1825-1909) z Kadłuba. Johanna Kalka wcześniej miała męża Johanna Kalkę (1853-1876), który zmarł, a po roku żałoby wyszła za mąż za Lorenza Woschka. To tu w Kadłubie urodził się 11 kwietnia 1888 r. Theophil Woschek i jego bliźniacza siostra Anastasia Woschek. Oboje zostali ochrzczeni w kościele parafialnym w Rozmierzy.

                                                    Rodzina w 1890 r. wyprowadziła się z Kadłuba i przeniosła do Lesian (Leschane) nadodrzańskiego przysiółka Januszkowic (Januschkowitz), gdzie nabyła 20-hektorowe gospodarstwo wraz domem. Tam Thepohil spędził swoje lata młodzieńcze.

                                                    Był bardzo pracowitym i sumiennym uczniem. A przy tym ambitnym. Po ukończeniu szkoły powszechnej w Januszkowicach, kontynuował naukę w Koźlu i w gimnazjum w Chorzowie. Jako niezamożny potomek rodziny chłopskiej musiał starać się o wiele bardziej niż jego lepiej sytuowani rówieśnicy. Jego pilność została dostrzeżona i przyznano mu Stypendium Jubileuszowe założone przez byłych uczniów gimnazjum. Od biskupa Wrocławskiego Georga Koppa otrzymał też pomoc finansową w wysokości 60 marek.

                                                    Maturę zdał w 1908 r. Udał się na wydział prawa i politologii Uniwersytetu Wrocławskiego, a potem na studia we Freiburgu Bryzgowijskim (Freiburg im Breisgau) w Badenii-Wirtenbergii. Był członkiem katolickiej korporacji studenckiej „Salia”, której głównymi hasłami były „religia, wiedza i przyjaźń”. W listopadzie 1911 r. otrzymał stopień referendarza, a w maju 1916 r. w Berlinie - asesora. Podczas egzaminów osiągnął bardzo dobre wyniki. W latach 1911-1916 pracował jako stażysta w Głogówku (Oberglogau), Kłodzku (Glatz), Wiesbaden, Langenschwalben w Hesji, Katowicach (Katowitz) i we Wrocławiu (Breslau). Od 1916 r. piastował urząd asesora w sądzie w Bytomiu, a potem we Wrocławiu.

                                                    30 września 1918 r. Theophil Woschek ożenił się z Elfriede z d. Czaja (1893-1970) z Gliwic. Jego kariera rozwijała się błyskawicznie. W 1919 r. został członkiem rady miejskiej Gliwic, w 1922 - jej przewodniczącym. Miasto po III Powstaniu Śląskim przeżywało napływ Niemców z terenów przydzielonych Polsce, co budziło spore problemy, zwłaszcza mieszkaniowe. Theophil pomagał wszystkim potrzebującym, niezależnie od ich stanu majątkowego.

                                                    Jego pozycja w mieście wciąż rosła. Był uznany za znakomitego prawnika, którego klientami były głównie duże firmy. Pracował jako doradca prawny m.in. zakładów hrabiego Schaffgotscha i dyrekcji dóbr hrabiego Ballestrema. Wybrany został prezesem Królewskiego Uprzywilejowanego Cechu Strzeleckiego. Był też honorowym członkiem gliwickiego związku sportowego „Alter Turnverein” oraz członkiem rady parafialnej w kościele pw. Wszystkich Świętych. Politycznie Theophil Woschek był związany z partią Centrum. W dowód uznania za zasługi Magistrat Gliwicki 8 maja 1930 r. obdarzył go tytułem Honorowego Obywatela Gliwic. Akt nadania został wręczony 5 października 1930 r.

                                                    Sytuacja zmieniła się, kiedy w 1930 r. umarł Hans Piontek (1876-1930), Starosta Krajowy Prowincji Górnośląskiej. Na to stanowisko zgłoszono kandydaturę Theophila Woschka, jako człowieka powszechnie szanowanego i zdolnego do pogodzenia każdej zwaśnionej strony. Kandydaturę zgłosił ksiądz prałat Carl Ulitzki (1873-1953).

                                                    Nowy starosta skoncentrował się na łagodzeniu skutków światowego kryzysu. W całym regionie bez pracy i środków do życia pozostawały tysiące osób. Theophil Woschek szczególną wagę przykładał do opieki zdrowotnej, socjalnej, stanu śląskich dróg i infrastruktury. Wiele nakładów przeznaczał na kulturę i sztukę.

                                                    Po dojściu do władzy Hitlera walczył z pomysłem połączenia prowincji Górnego i Dolnego Śląska w jeden organizm administracyjny. Zmuszony został przez nazistów (a w szczególności przez gauleitera NSDAP Helmuta Brücknera) do zrzeczenia się urzędu 30 września 1933 r. Theophil Woschek otworzył znów swoją kancelarię, lecz tym razem nowe władze skutecznie zniechęcały dużych przedsiębiorców do korzystania z jego usług. Wśród klientów znalazła się za to olbrzymia grupa prześladowanych ze względów politycznych, wyznaniowych i narodowościowych. Udzielał pomocy prawnej Żydom. Wśród jego klienteli byli między innymi: właściciel majątku Toszek (Tost), von Guradze, doktor Arthur Blumenfeld, Ernst Schlesinger. Wielu klientów było Polakami. Sam adwokat był dwujęzyczny i mówił po polsku w gwarze śląskiej. Theophil Woschek przez władze faszystowskie został uznany za osobę politycznie niepewną. Negatywnie odnosił się do nowego porządku w Niemczech. Nie wstąpił do NSDAP, a nawet nie był członkiem związku prawników związanego z tą partią. Także jego żona Elfriede nie związała się z żadną partią czy stowarzyszeniami faszystowskimi, a ich syn Franz Theophil (ur. 1925 r.) nie należał do Hitlerjugend.

                                                    Theophil i Elfriede Woschek mieli jednego syna: Franza Theophila Woschek (1925-1988), który ożenił się z Magdaleną z d. Jansen (1926-1998). Ich ślub odbył się w 1954 r. w Regensburgu. Dochowali się pięciorga dzieci.
                                                  • berncik Dwóch z rodu Woschek 03.07.12, 23:16
                                                    Dwóch z rodu Woschek

                                                    Theophil i Elfriede Woschek mieli jednego syna: Franza Theophila Woschek (1925-1988), który ożenił się z Magdaleną z d. Jansen (1926-1998). Ich ślub odbył się w 1954 r. w Regensburgu. Dochowali się pięciorga dzieci.

                                                    Jedną z najgłośniejszych spraw, jaką prowadził Theophil Woschek, był proces księgarza, Josefa Neuefeinda z Gliwic. Oskarżonemu groziła kara śmierci, lecz po mistrzowskiej obronie Woschka, został skazany na 8 lat ciężkiego więzienia. Adwokat opiekował się potem rodziną skazanego.

                                                    23 stycznia 1945 r. Gliwice zostały zajęte przez sowietów. Polskie władze komunistyczne nie chciały mieć u siebie byłego Starosty Krajowego, mimo że nie był w żaden sposób związany z nazistami.

                                                    Został zmuszony do wyjazdu do Niemiec. Pod koniec maja 1946 r. Theophil Woschek wraz z żoną Elfriede wyjechali do Niemiec. Początkowo byli w Altenburgu koło Cuxhaven, po kilku tygodniach przenieśli się do Cham w Górnym Palatynacie.

                                                    Theo (takiej formy imienia zaczął używać po 1946 r.) pracował jako urzędnik w Regensburgu, a do 1949 r. prowadził kancelarię adwokacką. Potem pracował jako radca ministerialny w Federalnym Ministerstwie ds. Wypędzonych w Bonn.

                                                    Zmarł nagle 3 stycznia 1952 r. na udar mózgu, mając niespełna 63 lata. Został pochowany na cmentarzu w południowym Bonn. Jego żona Elfriede zmarła 23 kwietnia 1970 r. w wieku 72 lat.

                                                    Członkowie rodziny tych dwóch niezwykłych Ślązaków rozsiani są dziś po całym świecie.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK

                                                    Źródła:
                                                    Rocznik Muzeum w Gliwicach, T. XIX, Gliwice 2004;
                                                    Ullman K., Schlesien. Lexikon, Würzburg 2001;
                                                    Ślązacy od czasów najdawniejszych do współczesności, pod red. J. Rostropowicz, tom I, Łubowice-Opole 2005;
                                                    Zbiory prywatne Józefa Hurka.
                                                  • szwager_z_laband Re: Heimatmuseum muzeum Strzelce Opolskie 04.07.12, 14:15
                                                    niy, ale znom chyxba potomkow tyj familii Nieschwietz
                                                  • berncik Re: Heimatmuseum muzeum Strzelce Opolskie 05.07.12, 11:49
                                                    Nieswiecow bolo dookola Strzelec dosc trocha,jak cos se dowia konkretnego to napisza.
                                                  • berncik Wielki uczony z maleńkiej Leśnicy 10.07.12, 17:09
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5950_4961.jpg

                                                    NIEBYT nie istniał wtedy ani byt nie istniał. Nie było też przestworza i nieba u góry. Co było w ruchu, w czyjej opiece? Czym wody były, odchłanne, głębokie?

                                                    Była ciemność, ciemnością od początku okryte Wszystko było jednym bez cech oceanem. Zarodek bytu w pustkowiu zawarty stał się tym jednym mocą swego żaru.

                                                    Tak rozpoczyna się 129. - jeden z najsłynniejszych hymnów hinduskiego poematu Rigwedy, nazywany „Początek rzeczy”. Jest on zapewne najstarszym ze zbiorów wchodzących w skład Wed, świętej księgi hinduizmu, sześciokrotnie bardziej obszernej niż Biblia. Ta wiedza starsza jest niż cała cywilizacja zachodnia. Kiedy Homer spisywał Iliadę i Odyseję, Rigwedy istniały już przynajmniej od 6 wieków, stanowiąc podstawę życia duchowego Indii. Niemal nikt już dziś nie pamięta, że dla cywilizacji zachodniej ich poznanie możliwe było głównie dzięki pracy naukowca urodzonego w Leśnicy.

                                                    Z NASZYCH ZIEM
                                                    7 stycznia 1821 roku przyszedł na świat Theodor Aufrecht. Pochodził z wielodzietnej rodziny żydowskiej, mieszkającej w Leśnicy. Był synem handlarza soli Seliga Aufrechta i Henke/Handel z d. Skutsch.

                                                    Od dziecka musiał wykazywać się wielką skłonnością do nauki, skoro udało mu się dostać i ukończyć gimnazjum w Opolu, a następnie studiować filologię klasyczną w Berlinie, gdzie odkrył zamiłowanie do sanskrytu. Wybranym przez niego kierunkiem była filologia i językoznawstwo porównawcze. W latach 1842-1846 studiował rozwój języków pokrewnych i zmian, jakie w nich zaszły. Być może jego zdolności lingwistyczne rozwinęły się w rodzinnym domu. Jako Żyd żyjący na Śląsku, prawdopodobnie oprócz języka niemieckiego od dzieciństwa znał też jidysz i język polski. W dalszej drodze kariery skierował jednak swoje zainteresowania na inne języki.

                                                    DROGA NAUKOWA
                                                    W roku 1847 w Halle Theodor Aufrecht obronił pracę doktorską z dziedziny sanskrytu i otrzymał tytuł doktora filologii.

                                                    Następnie w latach 1849-1851 opracował i redagował wspólnie z Adolfem Kirchhoffem pracę naukową o języku umbryjskim z II i I wieku przed Chrystusem. Dzięki temu dziełu zajął ugruntowaną pozycję w środowisku językoznawców. Niedługo potem (1849/50 r.) habilitował się na uniwersytecie berlińskim, choć nie zapewniło mu to stałej posady. Jako nieetatowy docent nauczał języka staroangielskiego i staronordyckiego.

                                                    W 1851 r. wspólnie z przyjacielem Adalbertem Kuhnem założył pismo poświęcone językoznawstwu - „Zeitschrift fur vergleichende Sprachwissenschaft”.

                                                    WIELKIE WYZWANIA I SUKCESY
                                                    W 1852 r. Theodor Aufrecht wyjechał do Wielkiej Brytanii. Być może wabikiem była posada, jaką zaoferowano mu na Uniwersytecie Oxfordzkim. Po roku zamienił go jednak na Cambridge. To właśnie tam podjął się trudnego zadania przetłumaczenia na łacinę Rigwedy, najstarszego zabytku pisanego Indii. Praca musiała być tytaniczna, skoro w wersji drukowanej ukazała się ona dopiero w latach 1861-62.

                                                    W tym czasie na Uniwersytecie w Edynburgu otwarta została katedra sanskrytu i językoznawstwa porównawczego, do której prowadzenia powołano Theodora Aufrechta. Dla profesora był to także szczęśliwy czas osobisty. Ożenił się z Helen Mary. Kobieta okazała się pełną zrozumienia towarzyszką życia. W 1875 r. Aufrecht powrócił do Niemiec, podejmując pracę na Uniwersytecie w Bonn.

                                                    Wtedy też rozpoczął pracę nad ważnym dziełem - „Catalogus Catalogorum” - podsumowaniem wszystkich rękopisów sanskryckich wraz z biografiami ich autorów. Wydawano je drukiem od roku 1891 do 1903. Trzytomowy wolumin był niezastąpioną pomocą dla badaczy literatury sanskryckiej. Było to wówczas dzieło unikalne w skali światowej, dotyczące sanskrytu.

                                                    W 1873 r. wydał „Kwiaty z Hindostanu”, książkę, która przyniosła mu wielką popularność.

                                                    Theodor Aufrecht zmarł 4 kwietnia 1903 r. w Bonn. Nigdy nie gonił za sławą, jednak w środowisku naukowym cieszył się ogromnym poważaniem. Brytyjskie Królewskie Towarzystwo Azji, którego był honorowym członkiem, umieściło w swym żurnalu nekrolog, w którym jego osobę wspominały inne towarzystwa uczonych. Uniwersytet w Cambridge nadał mu tytuł doktora literatury, natomiast Uniwersytet Edynburski tytuł doktora prawa.

                                                    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA

                                                    Źródła: J. Roztropowicz, Ślązacy od czasów najdawniejszych do współczesności, t. III
                                                  • berncik Tajemnicze groby w Strzelcach Opolskich 14.07.12, 19:02
                                                    Tajemnicze groby w Strzelcach Opolskich - na ziemi strzeleckiej natrafić można na niejeden zapomniany, tajemniczy grób, często znajduje się on poza cmentarzami. Groby stoją one w osamotnieniu, pośród drzew i krzewów. Bywa, że nie mają nawet tabliczki z nazwiskiem pochowanych w nich zmarłych. A o niektórych mieszkańcy zdążyli już nawet zapomnieć.
                                                    Jedną z tych zabłąkanych mogił jest grób Hermana Blanka, emerytowanego leśniczego, który u schyłku swojego życia mieszkał w Jędryniach u rodziny Popanda. Zmarł w 1945 roku ze strachu przed sowieckimi żołnierzami, którzy nadciągali w kierunku Śląska.
                                                    - Blank nie był zaangażowany w żadne działania wojenne, ale wiedział że Rosjanie zastrzelą go na miejscu - mówi Piotr Smykała, znawca lokalnej historii. - Pracował w końcu w instytucji, w której noszono mundury. Radzieccy żołnierze traktowali takich ludzi jak członków jednostek paramilitarnych. Uważali, że są częścią faszystowskiego systemu, z którym trzeba było walczyć. Podobnie źle nastawieni byli do listonoszy czy kolejarzy.
                                                    80-letni Blank nie wytrzymał presji. Gdy umarł miał 80 lat. Rodzina w pośpiechu zakopała jego ciało na skraju lasu. „Pogrzeb” odbył się nawet bez kapłana, bo ten również bał się zemsty nadciągających żołnierzy. Jakiś czas później nad grobem leśniczego ustawiony został metalowy krzyż. Dziś w lesie nie ma nawet jego. Kilkanaście lat temu zniknął z tego miejsca bez śladu.
                                                    Wśród drzew i krzewów znajduje się również grób należący do hrabiego Wolfganga Grafa Castell zu Castell. Był on przedostatnim właścicielem zamku i strzeleckich włości. Zmarł roku 8 lutego 1940 r. w wieku 63 lat.
                                                    Trzy lata przed śmiercią strzelecki hrabia przeszedł ciężką anginę. Leczył się w klinice we Wrocławiu. Od września 1939 r. jednak stan jego zdrowia ciągle się pogarszał. Po operacji, która się odbyła we Wrocławiu, nie doszedł już do zdrowia.
                                                    Jego mogiła znajduje się głęboko w parku miejskim, od strony dzielnicy Mokre Łany. Stoi tam odnowiony pomnik, na którym widnieje herb i niewielki krzyż.
                                                    Dlaczego hrabia został pochowany właśnie w tym miejscu - tego dokładnie nie wiadomo. Jedna z wersji zdarzeń mówi o tym, że chciał być po prostu pochowany w ukochanym parku.

                                                    Ludzie mieli go za porządnego człowieka. „Przez park pozwalał przechodzić, nie gniewał się, gdy bażant z parku zabłądził w chłopskie ręce” - taką charakterystykę hrabiego Castell zu Castell można odnaleźć w zachowanych do dzisiaj zapiskach. Dlatego między innymi jego pogrzeb, który miał miejsce 11 lutego 1940 r., był bardzo uroczysty. Uczestniczyła w nim nie tylko rodzina i miejscowe władze, ale też mieszkańcy. Kondukt żałobny (na zdjęciu) wyruszył z zamku do odległego miejsca pochówku. Przed trumną szedł pastor, co wskazywałoby na to, że hrabia był ewangelikiem. Pogrzeb odbył się według ceremoniału wojskowego.
                                                    Pierwotnie w miejscu pochówku znajdował się duży, drewniany krzyż ogrodzony drewnianym płotkiem. W 2007 r. gmina postawiła w tym miejscu pomnik.
                                                    Jednymi z najbardziej zapomnianych mogił w powiecie są te, które znajdują się na cmentarzu ewangelickim przy ul. Marka Prawego w Strzelcach Opolskich. Nekropolia powstałą pod koniec XVI wieku. Ulokowana była wtedy daleko poza miastem. Najstarsza informacja o pochówkach dotyczy szwedzkich żołnierzy, którzy zmarli w czasie wojny trzydziestoletniej (1618 - 1648). Mieli zostać pochowani w rogach frontowej części cmentarza. Mieszkańcy przez wiele lat opowiadali sobie historię o duchach szwedzkich wojów, które miały się ukazywać w tym miejscu. Według ustnych przekazów duchy stawały na cmentarzu w pełnym rynsztunku i gotowości do walki. Na głowach miały kapelusze, na ramionach broń, a u boku szable.
                                                    Tyle legend i przekazów. Pewne jest natomiast to, że na cmentarzu tym spoczął Johann Heinrich Bruns. Pod koniec XVIII w wystawiono mu jeden z najpiękniejszych tu nagrobków. Bruns w latach 1736-1792 pracował w mieście jako lekarz. Był bardzo sumienny i chętnie pomagał chorym. Pomnik na jego grobie powstał z inicjatywy mieszkańców Strzelec. Ufundował go hrabia Phillipp Graf Colonna. Na nagrobku polecił zaś wyryć słowa, które odnosiły się do zmarłego lekarza.
                                                    „Johann Heinrich Bruns z Essen pochodzący, wykonywał wiernie od 1736 r. obowiązki lekarza. Opuścił dnia 22.12.1792 r. ten świat, który z wielką miłością do drugiego człowieka służył i oczekuje nagrody miłości wiecznej. Ten pomnik jest postawiony z wdzięczności i napis na nim ułożył Phillipp Graf Colonna”.
                                                    Na cmentarzu tym pochowani są również rodzice niemieckiego poety Gustava Freytaga (ojciec Gottlob i matka Henrietta). Gottlob Freytag, który żył w latach 1774 - 1848 przez wiele lat był lekarzem w powiecie kluczborskim. Prowadził praktykę lekarską po obu stronach rzeki Prosny, która w owych czasach stanowiła granicę między ziemiami śląską i polską. Mieszkańcy docenili jego solidną pracę w 1809 roku. Został wtedy wybrany na burmistrza Kluczborka. Funkcję tę pełnił do 1816 roku.
                                                    Ks. Augustyna Bertzika mieszkańcy szanowali, bo nie poddał się naciskom władz w latach „Kulturkampfu”. Natomiast w grobie, na którym stoi śmigło samolotu, leżą żołnierze piechoty.
                                                    Postawił szkołę dla dzieci w Adamowicach, był także współzałożycielem i darczyńcą katolickiego gimnazjum w mieście. Z tego powodu proboszcz - ks. Augustyn Bertzik (w strzeleckiej parafii służył w latach 1857 - 1875) - cieszył się dużym poważaniem wśród mieszkańców.
                                                    Na cmentarzu parafialnym zachował się jego nagrobek. To najwyższy obok trzech kamiennych krzyży - gdzie ludzie zapalają znicze, by wspomnieć zmarłych.

                                                    - Proboszcz Bertzik był szanowany jeszcze z jednego powodu - podkreśla Piotr Smykała, znawca lokalnej historii. - W latach „Kulturkampf” nie poddał się naciskom władz, które chciały podporządkować wszystkie kościoły katolickie władzy państwowej i pozostał wierny Watykanowi aż do śmierci.
                                                    Ta odwaga została doceniona przez władze i wiernych.
                                                    Ksiądz zmarł na astmę 4 kwietnia 1875 roku. W dniu - kiedy dzieci przyjmowały pierwszą komunię - dostał ataku.
                                                    Na łożu śmierci pożegnał się tymi słowami: „Mnie jest dobrze, ale was czeka ciężka i twarda przyszłość”. W uroczystościach żałobnych udział wzięło 36 kapłanów i setki ludzi różnych stanów.
                                                    Dziś mimo, że grób proboszcza znajduje się w samym środku cmentarza nie jest łatwo go odnaleźć
                                                    Po 1945 roku władze komunistyczne zdecydowały o usunięciu nagrobnych napisów.
                                                    Za to grób ze śmigłem samolotu odnaleźć na strzeleckim cmentarzu nietrudno. Nazywany jest pomnikiem Lotników Polskich.
                                                    W 1939 r. pochowani zostali tam polscy żołnierze, którzy zmarli w strzeleckim szpitalu. Jednak nie byli to lotnicy tylko piechurzy armii polskiej. Potwierdza to spis zmarłych sporządzony przez Polski Czerwony Krzyż.
                                                    Jak zatem doszło do tego, że w Strzelcach pochowani zostali lotnicy, których nie było? - Pomnik powstał z inicjatywy władz Klubu Oficerów Rezerwy Ludowego Wojska Polskiego - odpowiada Piotr Smykała. - Ktoś po prostu wymyślił historię lotników polskich, którzy zostali zestrzeleni nad miastem we wrześniu 1939 r. Został on odsłonięty we wrześniu 1971 roku.

                                                    ciag dalszy----
                                                  • berncik Re: Tajemnicze groby w Strzelcach Opolskich 14.07.12, 19:03
                                                    W trzech zachowanych mogiłach z I wojny światowej złożeni zostali żołnierze rosyjscy. Nie wiadomo jednak, czy zmarli na skutek odniesionych ran, czy na panującą w tym czasie grypę „hiszpankę”. Na cmentarzu leżą także niemieccy żołnierze, którzy polegli na froncie w podczas II wojny światowej.
                                                    Spośród osób zasłużonych dla miasta do dziś na cmentarzu zachował się grób burmistrza Paula Gundruma (1865 - 1938) i jego małżonki Hedwig. Jest też grób ks. Piotra Biolego (1879 - 1942), który zginął w obozie koncentracyjnym Dachau. Urodził się w Suchym Dańcu. Potem mieszkał na Nowej Wsi. Jego prochy spoczęły na tym cmentarzu, na prośbę rodziny, która je sprowadziła w 1942 roku.
                                                    Kolejne zasłużone osoby to rodzina Faltina, która dofinansowywała budowę kościoła św. Wawrzyńca w latach 1903 - 1907.
                                                    Jest też mogiła kierownika szkoły na Suchych Łanach, Maxa Mende (1885 - 1943). Jego syn Erich Mende był współzałożycielem i przewodniczącym niemieckiej partii FDP, a później został wicekanclerzem RFN.

                                                    W środkowej części cmentarza znajduje się natomiast grób Tomasza Skowronka (1884 - 1966) pierwszego powojennego burmistrza Strzelec Opolskich i jego żony Marii zagorzałej patriotki.
                                                    Na pomniku jest umieszczone motto: „Dobry Boże: Pokornie prosimy Ciebie, jak nas złączyłeś na ziemi, tak połącz nas znowu w niebie”.

                                                    Radosław Dimitrow, nto
                                                    Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                                                  • szwager_z_laband jak sie Lesnica poloua 1 15.07.12, 07:29
                                                    Piesn o strasznem nieszczesciu przez pozar
                                                    miasta i koscioua farnego w Lesnicy
                                                    dnia 24go Kwietnia roku panskiego 1843

                                                    W miesiacu Kwietnia cztery dwudziestego
                                                    Coz sie niestalo juz miesiaca tego?
                                                    Prawie osmy dzien po wielkanocy;
                                                    Nieskoro wieczor bo i dokna w nocy.

                                                    Wielkie nieszczescie i straszna nowina,
                                                    Gdy jedenasta uderza godzina.
                                                    Ludzie poszli spac i juz sa na swobodzie
                                                    i zaden niemysli o takowej szkodzie.

                                                    Nim sie pokladli, jeszcze wszystko majoa.
                                                    A tu w krotkiej chwili wszystko utracaja.
                                                    Domy, bogactwa, cale swoje mienie
                                                    utracili to to wnet w kilku godzinie.

                                                    Pewnie Pan Steiner do spania sie bierze,
                                                    Gdy wieczorne odmawia pacierze.
                                                    I tak do snu szykuje sumienie,
                                                    A tu w tem widzi jak wybuchly plomienie.

                                                    Wyskoczy predko, niewie co ma czynic,
                                                    Czy na ludzi wolac, czy w dzwony dzwonic.
                                                    Biezal co tchu do swego sasiada przekniony,
                                                    kszyczec niemogl dokna,
                                                    Tylko piesciami powybijal okna.

                                                    Sasiad sie przelakl, co za znak dziwacki?
                                                    Predko wyskoczyl pan Josef Glowacki.
                                                    Biegna w predzej do brata swego
                                                    I wielkim glosem krzyczy na niego.

                                                    Bracie Francku, wstan i nielez w piezynie!
                                                    Predko wybiegaj, bo juz miasta ginie!
                                                    Tam panienka imie Filipina,
                                                    Ktora to byla corka jego jedyna.

                                                    Wola na ojca: Wstancie, bo krzycza na dworze!
                                                    Podobno ze miasto goreje, moj Boze!
                                                    I ten w tem tak przelekniety
                                                    wybiegl w strachu nic nieobleczony.

                                                    Dopadl swa trabe i trabi po miescie!
                                                    Ludzie wstawajcie, nielezcie a co macie wynoscie!
                                                    I gdy tak alarmuje ten to pan Glowacki,
                                                    Budza sie ludzie i zandarm pan Spatzke.

                                                    Ten nietwardo spi o dobsze zawsze czuje,
                                                    Wyskoczy co predzej i strasznie alarmuje.
                                                    Na boku rynku w tej drugiej ulicy
                                                    Pani w pologu i dziecie jej krzyczy.

                                                    Ta utrapiona, gdy jeszcze niespala,
                                                    Rychlo na meza swego zawolala:
                                                    Patsz jeno, cos zlego sie dzieje!
                                                    Slysze, ze ktos krzyczy i w izbie jasnieje.

                                                    Tak mnie strach zdjol i tak mnie sie zdaje,
                                                    Jak gdyby to w bliskosci goreje.
                                                    Maciej Piwowarski, imie meza tego,
                                                    Wybiega na dwor i juz widzac cos zlego.

                                                    Mowi do zony: wstan a nielekaj sie!
                                                    Bierz nasze dziecie a umykaj znim!
                                                    Zlekla sie pani, gdy to uslyszala,
                                                    Od wielkiego strachu az zaraz zemdlala.

                                                    A on od zalu az uplakuje;
                                                    Biezy do dzwonow, gwaltownie szturmuje.
                                                    Gdy ludzie slysza, ze tak sturmuja,
                                                    Od wielkiego strachu z schodow spadaja.

                                                    Ten ogien wyszedl u pewnego pana,
                                                    U jednego farbierza Thielmana.
                                                    Tam plomien bije, bronic nieporada,
                                                    Predko sie chwyta u jego sasiada.

                                                    Lud z wszystkich stron tu biezy,
                                                    Bo juz sie topia i dzwony na wiezy.
                                                    Ci co sa pszelozeni od Kosciola
                                                    leca nan, zaledwie wlezli w polowe.

                                                    Juz musza na dol, ledwo ze uciekli,
                                                    Bo by sie byli nieomal w ogniu upiekli.
                                                    I majster kominiarz ten sie wybil na dach,
                                                    Gdy dzwony spadly, w tem go ogarnal strach.

                                                    Juz odkryl sobie ogien miejsce do spadnienia
                                                    I pszepada z dachu az do sklepienia.
                                                    Smutni kaplani kosciola sie lituja;
                                                    z wielkiego zalu rece zalamuja.

                                                    Do kosciola spiesza obaj w parze,
                                                    Prosza dla Boga, wynoscie oltarze!
                                                    Spieszy pospolstwo, spiesza rozny pany,
                                                    Bronia co moga, targaja organy.

                                                    Mowi ksiadz faraz: Spieszcie sie dzieci!
                                                    A uciekajcie, bo juz wieza leci!
                                                    Zmartwiony ksiadz faraz juz od zalu mdleje,
                                                    Bo co jest do fary ze wszystkim goreje.

                                                    Mowi: Ach Boze, juzem nieszczesliwy,
                                                    Juz fara gore i spichrze i hlewy.
                                                    Juz sie zas chwyta i farska stodola
                                                    I w bok kosciola juz sie pali szkola.

                                                    Tam pan Rektor w strachu niepodobnym,
                                                    Gdyz jego zona w czasie niesposobnym.
                                                    Ta smutna zona wielce lamentuje
                                                    I rozespale dziatki z lozek wytarguje.

                                                    Ci to ludzie co do fary wpadli,
                                                    Jedni wiernie bronili, inni zas kradli.
                                                    Ci co szerego serca, to wiernie bronili.
                                                    Ci zas zlodzieje, to kradli i roznosili.

                                                    I tak pan baron Jegomosc z dworu lesnickiego,
                                                    Gdy ujrzal ogien, odbiegl on wszystkiego.
                                                    Z calem swem dworem pobiegl bronic
                                                    I ksiedza fa<raza w niedoli pocieszyc.

                                                    Mowi: Wielebny ksieze farazu!
                                                    Gdyscie dozyli tak smutnego razu,
                                                    Niesmuccie sie, Bog wam zas pomoze!
                                                    Tymczasem bedziemy obaj mieszkac w moim dworze.

                                                    W tem wielkim nieszczesciu i tak wielkiej biedzie
                                                    Hwytaja sie domy, ogien dalej idzie.
                                                    Wiatr pedzi ogien i pozary spore,
                                                    Wtem to momencie juz i folwark gore.

                                                    Wracaj sie do domu: Mosci panie baronie!
                                                    Bo gore owczarnia, hlewy i sypanie!
                                                    Juz pelno ognia wszedzie do kola
                                                    I nic nie zostalo tylko jedna stodola.

                                                    Gdy ten pan z pania sa w takiem frasunku,
                                                    Ani tez niemaja zadnego ratunku,
                                                    Biegaja obaj i placza rzewliwie,
                                                    Gdy im wszystko gore i bydlo we hlewie.

                                                    Tu jest do placzu, do politowania.
                                                    Lud zewszad biezy od pierwszego spania.
                                                    Kszyca ojcowie, placza Matki
                                                    I wywlocza z lozek rozspale dziatki.

                                                    U Mokrauera wielkie dziwa byly.
                                                    W posrodku ognia jego dom szczesliwy,
                                                    Ten nic nie utracil, ten ma pokoj wszedzie
                                                    Az we dworze, w placu i arendzie.

                                                    Tam na tysiac talarow szkody sie zrobilo,
                                                    W arendzie, w dworze wiele sie spalilo.
                                                    I nikt nie powetuje tej tak wielkiej szkody,
                                                    Czego w dlugie lata zostana dowody.

                                                    Smutna zona pani Mokrauerka,
                                                    Takze jej szekara dobra pszyjaciolka,
                                                    Szukaja w nocy wszedzie pana swego,
                                                    myslac - czy nie wpadl do ognia takiego.

                                                    Pan Kowolik imieniem Ignacy,
                                                    Rowniez pan Steiner, obaj nieboracy,
                                                    Co innych domow tak dzielnie bronili,
                                                    Pszy tem swe domy obaj utracili.

                                                    Po wszystkich gminach nocni stroze
                                                    Kszyca do okien i burza na drzwierze.
                                                    Ludzie wstawajcie! bo sie strasznie dzieje!
                                                    Najblisze miasto Lesnica goreje!

                                                    Gminy, panstwa bez wszelkiej wymowki
                                                    I wszedzie gdzie maja ogniowe sikawki,
                                                    Tak tego jada, tak sie spiechaja,
                                                    Ze az konie na drodze padaja.

                                                    Gdy zabraklo juz wody strumienie,
                                                    Zucaja w ogien bloto i drobne kamienie.
                                                    Ci pszy sikawkach ciagna i ciezko pracuja,
                                                    Od wielkiego gwaltu sikawki sie psuja.

                                                    Dla kogoz teraz ciezej w miescie,
                                                    Gdy sie oto dzieje tak wielkie nieszczescie,
                                                    Jak dla pana Burmistrza, ktory tak zwatpiony,
                                                    Nie wie, co ma czynic, do ktoryby strony?

                                                    Lud najpierwiej komenderowac?
                                                    Jezeliby w przod miasta bronic
                                                    czyli kosciola i fary,
                                                    czyliby Ksiezejwsi, ktorej polowa gore?

                                                    Ale tu wszyscy hlopy i mieszczanie
                                                    Tobie dziejuja, ty najwyzszy panie,
                                                    Zes ich tak dalece uratowal,
                                                    Hociaz w nocy w ogniu byli, zaden z nich niezgoral!

                                                    Tobie tez dzieki, ty strozu aniele,
                                                    Zes ich zachowal zdrowemi na ciele!
                                                    Ze hociaz i prawie w ogniu byli,
                                                    Wszyscy zostali zdrow, zaden niezgineli.

                                                    Niech sobie kazdy z tego przyklad wezmie,
                                                    Jak tszeba postepowac z ogniem ostroznie.
                                                    Ze to potem zbyt wiele kosztuje,
                                                    Slawna zwierzchnosc tez ma surbacye.

                                                    Miasta, wsi tez to upatruja
                                                    I najjasniejszemu krolowi dziekuja,
                                                    Ze tak madrze ludem swym kieruje,
                                                    Za kazdy moze byc wspomagan s ogniowej bonifikacji.

                                                    Tych ktorych spotka ogniowe nieszczescie,
                                                    Sa wspomagani jak w wsi tak i w miescie,
                                                    Byle tylko wszyscy na to wczesnie dbaja,
                                                    Ze sie pszed szkoda ognia zabezpieczyc daja.


                                                  • berncik Re: jak sie Lesnica poloua 1 15.07.12, 20:37
                                                    Fajnie napisane,i dosc malo se o tych porzarach pisalo,we kronikach se trocha wspomino. tz.we tych czasach prawie wszystke miasta i wsie se polouy .To wszystko bouo kryte gontym albo slomom.Te domy bouy murowane ale wewnatrz ,sklepienia ,dachy to se jedne od drugich zapolauo ,a wcale jak se zrobiou wiater.
                                                  • berncik Kiedy pójdziemy na spacer z hrabią? 17.07.12, 21:30
                                                    W XIX wieku doszło do masowych migracji chłopów do miast. Wabikiem były zakłady przemysłowe, w których czekała praca. Zauważono wówczas, że w wielkich skupiskach szerzą się społeczne napięcia i patologie. Dotyczyło to zwłaszcza ludzi, którzy przez całe życie mieli kontakt z przyrodą i musieli teraz odnaleźć się między fabryką, a ceglanymi noclegowniami. Lekarstwem okazały się parki, zakładane powszechnie w całej Europie.
                                                    Pierwotnie parki były prywatnymi posesjami, które właściciele udostępniali do zwiedzania szerszej publiczności. Pierwszym w Polsce był Ogród Saski (od 1729 r.) i Ogród Krasińskich (od 1768 r.). Takim prywatnym parkiem, otwartym z czasem dla mieszkańców, jest park w Strzelcach Opolskich, jeden z największych i najpiękniejszych na całej Opolszczyźnie.
                                                    Pierwotnie miasto otaczały tereny podmokłe i bagna. Podnosiły obronność osady, lecz sprawiały także wiele kłopotów mieszkańcom i właścicielom majątku. Przed powstaniem strzeleckiego parku, wokół zamku istniały już ogrody. Wskazuje na to wzmianka w opisie Śląska sporządzonym w połowie XVIII wieku przez Zimmermanna. Uwzględnia go także plan miasta pochodzący z lat 1747-51, znajdujący się na tzw. wojennej mapie Śląska autorstwa Christiana von Wrede.
                                                    W 1815 roku strzelecki zamek odziedziczył Andreas Maria Graf Renard. Około roku 1832 zdecydował się on na osuszenie bagnisk otaczających budowlę od południowej strony. Zaplanował stworzenie w tym miejscu parku na modłę angielską, godnego hrabiowskiej rezydencji. Inspirację czerpał z licznych podróży do Anglii, gdzie też zresztą studiował.
                                                    Andreas Maria Graf Renard wysłał do Anglii swego ogrodnika, Schmidta, który na miejscu uczył się od znanego i wielkiego znawcy sztuki parkowej, księcia Hermanna von Pückler-Muskau (założyciela Parku Mużakowskiego wpisanego obecnie na światową listę UNESCO). Sporządził tam plany i zrobił studia krajobrazowe istniejących już parków.
                                                    Pod zaplanowany zieleniec hrabia dokupił część ziem na Suchych i Mokrych Łanach. Mozolne prace irygacyjne i konstrukcyjne trwały w sumie 30 lat. Setki ludzi wykonywały je prymitywnymi narzędziami i taczkami. Prace trwały nawet podczas wielkiego głodu w latach 1846/47. Były wtedy dla ludzi często jedynym zajęciem pozwalającym zarobić na chleb.
                                                    Inwestycja była niezwykle kosztowna. Całość pochłonęła około 200 tysięcy ówczesnych marek niemieckich, co było sumą zawrotną. Jeszcze w trakcie przygotowywania terenu, do strzeleckiego parku sprowadzano specjalnie wyselekcjonowane, zdrowe i dorodne drzewa z lublinieckich dóbr hrabiego. Zostały zasadzone w ściśle określonych miejscach, tak, by całość tworzyła miłą dla oka kompozycję. Jeszcze przed zakończeniem prac, twórcy parku, Schmidtowi, nadano tytuł „dyrektora ogrodnictwa”.
                                                    W topograficznym opracowaniu Śląska z 1864 r. jego autor, Felix Triest, wspomina już o zrealizowanym projekcie przebudowy strzeleckiego parku.
                                                    Utrzymanie parku w myśl pierwotnych założeń wymagało mniej wysiłku, niż samo jego stworzenie. W roku 1887 rozpoczęły się prace nad wycinką drzew, które rozrosły się zanadto. O skali prac świadczy to, że w miejsce wyciętych roślin nasadzono od 8 do 10 tysięcy nowych drzew, krzewów kwitnących i ozdobnych. Nowe odmiany znacznie wzbogaciły zieleniec i podniosły jego atrakcyjność. Odbudowano też zarośnięte alejki.
                                                    SEN O HARMONII
                                                    Najstarszą częścią jest Mały Park. Tutaj znajdowały się najważniejsze budynki hrabiowskich posiadłości - zamek, masztalarnia i kaplica św. Andrzeja. W Dużym Parku, oddzielonym od mniejszego drogą, znajdowało się domniemane wzgórze dawnej świątyni „Tempelberg”, stanowiące centrum całego kompleksu. Właściciele wybudowali tu świątynię w stylu greckim. Nie dotrwała do naszych czasów, zniszczona przez nieznanych sprawców.
                                                    Opodal stawu znajduje się wzgórze, na którym stał niegdyś pomnik bogini Ceres, po wojnie popularnie zwane „Kaśką”. Pierwotnie znajdował się tutaj zupełnie płaski teren rolniczy. Wykorzystano go do zrzucania ziemi z wykopywanego opodal dużego stawu.

                                                    Z południowej, wydłużonej części parku alejami można dojść do wieży widokowej Ischl.

                                                    Koło bażanciarni (dziś to prywatny domek w dużym parku) była także oranżeria i ananasarnia. Dzięki temu właściciele dóbr mieli dostęp do owoców tropikalnych. Bażanciarnia dostarczała ptactwa do polowania i na stoły. Składała się z dwóch budynków. Jeden z nich zbudowany jest w stylu neogotyckim. Drugi, drewniany, na kamiennej podmurówce, wybudowano w stylu szwajcarskim. Niedaleko znajduje się osobny budynek, który służył za pałacową cieplarnię. Dziś zespół budynków otoczony jest wysoką roślinnością, lecz pierwotnie to miejsce, jak i cały park wyglądały zupełnie inaczej.
                                                    Park zaprojektowano jako grupy osobnych polan krajobrazowych. Rozmieszczenie drzew i krzewów było dokładnie zaplanowanie i w zamyśle znacznie mniej gęste niż obecnie. Polany były większe. Mniej było starodrzewu. Dominowały za to pojedyncze drzewa i niewielkie klomby. Wzdłuż granic polan wytyczono drogi dla pieszych. Były one położone niżej niż reszta terenu tak, że spacerujący nie widzieli przed sobą całej alejki. Wyłaniała się dopiero w trakcie spaceru. Z pierwotnego zamysłu pozostał asymetryczny układ dróg, łączących najważniejsze punkty parku. Ich rozmieszczenie i roślinność umożliwiały obserwowanie budowli z różnych perspektyw, dając wielość wrażeń estetycznych.
                                                    Obecny teren parku wynosi 65 hektarów. Pierwotnie był on nieco większy i obejmował także teren między dużym stawem a nieistniejącą już Dyrekcją Dóbr oraz ogrody użytkowe po zachodniej stronie drogi na Suchych Łanach.
                                                    ZA CZASÓW ŚWIETNOŚCI
                                                    Jak wyglądał park przed wojną - daje pojęcie fragment artykułu z „Aus Dem Chelmer Lande”, opublikowanego w 1928 roku:
                                                    Tuż przed zamkiem stoi Drzewo Trąbkowe - Surmia, Katalpa (Trompetenbaum - Catalpa) z tropików, bardzo silny egzemplarz, który każdego roku ma przepiękne kwiaty i w ten sposób się zaaklimatyzowały tak, że na zimę nie trzeba było żadnej osłony. Dwa drzewa nazywają się Cisy - Taxusbäume i są drzewami, które dobrze rosną i mają okrągłe korony. Te drzewa stoją nadal i są zdrowe i mimo że mają około 10 metrów wysokości ich wiek szacuje się na około 350 lat. Drewno tych drzew jest bardzo ciężkie, bo na wodzie się nie trzyma, ale topi.

                                                    Dalej w dolinie, gdzie jest ziemia nadal rosną piękne silne egzemplarze Tulipanowca - Tulpenbaume, które mają niezliczoną ilość kwiatów o niesamowitym zapachu, które były oblegane przez roje pszczół. W tym miejscu stoi także drzewo nazywane potocznie jako Drzewo z porożem - Geweihbaum. To jest drzewo podobne do poroża samy. Obok stoi mocny i piękny egzemplarz bardzo wartościowego nazywanego potocznie Drzewo Kolec Chrystusa - Christusdorm.
                                                    Przy małym stawie można podziwiać rzadkość natury pierwszej klasy. Bardzo silny egzemplarz Świerku - Fichte, oraz silny Biały Buk - Weißbuche są razem tak zrośnięte jak gdyby miały jeden pień, a gałęzie miały liście oraz igły i wygląda to jakby rosły z jednego korzenia. Ten cud natury często podziwiali botanicy. Najsilniejsze drzewo w tym miejscu parku stoi przy wejściu w kierunku ulicy Opolskiej. Jest to Biała Topola - Weißpappel, która ma 50 metrów wysokości i 5 metrów w obwodzie pnia. Urosła, dlatego że rosła niedaleko wody i dlatego w krótkim czasie osiągnęło duże rozmiary.
                                                    Strzelecki park skrywa wiele tajemnic, choć bywa też przeceniany. Na przykład Cezary Pacyniak w 1993 r. podał, że rośnie tu najstarszy świerk w Polsce, co niestety nie jest prawdą. Żadnych informacji o tym fakcie nie posiada nadleśnictwo strzeleckie, choć internetowe źródła uparcie tę informację powtarzają. Natomiast prawdą jest, że w parku rośnie najwyższy wiąz w Polsce, liczący 37,5 m.
                                                    Obecnie trwają intensywne prace nad przywróceniem pierwotnego charakteru strzeleckiego parku. Ich ogrom jest jednak przytłaczający i minie dużo czasu, zanim będziemy mogli spacerować po alejkach w otoczeniu, jakim cieszył się przed laty hrabia Maria Renard.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Wicekanclerz ze Strzelec 24.07.12, 23:00
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/6115_5110.jpg
                                                    Ziemia strzelecka była miejscem, w którym ścierał się ze sobą polski i niemiecki patriotyzm. Wydała wiele wybitnych osobistości po obu stronach barykady. W tej i następnej części historii przedstawimy dwie postacie, które wywarły wpływ na dzieje obu narodów.

                                                    W 1916 roku przyszedł na świat przyszły wicekanclerz Niemiec. Nazywał się Erich Mende i urodził 28 października w Strzelcach Opolskich (wtedy Groß Strehlitz). Był synem Anny i Maxa Mende. Jego ojciec był kierownikiem szkoły podstawowej na Suchych Łanach, postacią powszechnie szanowaną.

                                                    Młody Erich po ukończeniu szkoły ludowej kontynuował edukację w strzeleckim gimnazjum (Johanneum, dziś liceum ogólnokształcące im. S. Broniewskiego). Początkowo chciał zostać księdzem, potem zastanawiał się nad pracą adwokata, by w końcu wybrać zajęcie, które zaważyło na całym jego dalszym życiu - zawodowego żołnierza. Wstąpił do Wehrmachtu.

                                                    Poglądy polityczne Ericha Mende ukształtowały się już w domu rodzinnym. Ojciec był radnym miejskim z ramienia narodowo-konserwatywnej partii Centrum oraz członkiem Związku Górnoślązaków Wiernych Ojczyźnie. Duży wpływ miały na to wydarzenia z III Powstania Śląskiego, kiedy to rodzina uciekła ze Strzelec przed polskimi oddziałami powstańczymi. Po powrocie zastała zrujnowane i splądrowane mieszkanie. Po dojściu faszystów do władzy w gimnazjum Erich Mende często występował w roli eksponatu na lekcjach o rasach ludzkich. Był przykładem osobnika o wyjątkowo nienordyckiej urodzie. W końcu zdecydowanie oświadczył dyrektorowi: "Co się tyczy koloru włosów i oczu, to czuję się tak samo nordykiem, jak czuć się może nasz kanclerz Adolf Hitler i jego minister propagandy Joseph Goebbels". Podobno klasa nagrodziła go za to brawami, lecz sam Erich miał za swą zuchwałość potężne problemy do samej matury.

                                                    Również służba wojskowa nie przytemperowała jego rogatej duszy. Walczył oddanie na różnych frontach (był trzykrotnie ranny i wielokrotnie odznaczony), lecz kiedy doszło do nieudanego zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu, publicznie wyraził z tego powodu ubolewanie, bo wojna mogłaby zakończyć się wcześniej. Za mniej ostrożne słowa trafiało się wtedy pod mur. Pod koniec wojny awansował na majora i dowodził pułkiem. W ostatniej chwili w Meklemburgii uratował 4 tys. żołnierzy przed niechybną niewolą, a potem wywózką na Wschód. Jako dowódca wyprowadził pułk, oddając się w ręce wojsk brytyjskich. Z niewoli wyszedł jeszcze w 1945 roku.

                                                    W 1943 roku zmarł jego ojciec. Został pochowany na strzeleckim cmentarzu, gdzie jego grób znajduje się do dzisiaj. Syn odwiedzał rodzinne miasto tylko podczas urlopu i przepustek. Po wkroczeniu sowietów na Śląsk nie przyjechał tu już nigdy. Rodzinny dom, wraz ze szkołą podstawową, w której nauczał jego ojciec, spłonął.

                                                    Nowy etap życia rozpoczął od studiów prawniczych w Kolonii i nauk politycznych w Bonn. Już podczas studiów wstąpił do FDP, w której szybko awansował. W 1947 roku został radnym miasta Opladen, w 1947, jako jedyny zawodowy oficer, został wybrany do Bundestagu. W 1953 zostaje zastępcą przewodniczącego FDP w Nadrenii-Westfalii, w 1956 zastępcą przewodniczącego, a 29 stycznia 1960 przewodniczącym na cały kraj.

                                                    FDP jako partia liberalna koncentrowała się na wolności jednostki i ograniczeniu wpływu państwa. Swój największy sukces odniosła w 1961 roku, kiedy to uzyskała 12,8% głosów i weszła w skład rządu, otrzymując pięć teczek ministerialnych. Erichowi Mende zaoferowano wówczas stanowisko wicekanclerza, którego nie przyjął. Kanclerzem został Konrad Adenauer, którego Mende nie popierał. Wicekanclerzem został później, w rządzie Ludwiga Erharda.

                                                    Mende znany był ze swojej bezkompromisowej postawy. Już jako wicekanclerz zjawił się na uroczystym przyjęciu dyplomatycznym z jednym ze swych odznaczeń. Był to Krzyż Rycerski, przyznawany woskowym jedynie podczas wojny. Odbiło się to szerokim echem w świecie dyplomacji. Starał się unormować stosunki z NRD, choć nigdy nie uznał prawa do istnienia tego państwa. Dzięki jego staraniom z więzień wschodnich Niemiec uwolniono około 4 tysięcy więźniów politycznych. Także jemu zawdzięczał Berlin eksterytorialną autostradę, łączącą miasto z Niemcami Zachodnimi. Erich Mende nigdy nie uznał postanowień układu jałtańskiego i granic Polski na Nysie i Odrze.

                                                    Ze stanowiska wicekanclerza ustąpił w dniu swoich pięćdziesiątych urodzin. Powodem był brak porozumienia w sprawie podwyższenia podatków. Niedługo po tym zrezygnował z funkcji przewodniczącego FDP, która coraz silniej sympatyzowała z SPD i jej polityką uznania powojennych granic. Przeszedł do CDU, z ramienia której zasiadał w Bundestagu do roku 1980. Do końca walczył o swoje ideały, powtarzając: "Przynależę do historii Śląska. Urodziłem się i wychowałem w cieniu Góry św. Anny. Największa partia Niemiec nigdy nie zrezygnuje z wypełniania swych obowiązków wobec rodaków".

                                                    Po zakończeniu kariery politycznej zajął się pisaniem książek. Napisał "Das verdammte Gewissen" ("Przeklęte sumienie"), w której opisał swoją młodość w Strzelcach i okres wojenny, "Die neue Freiheit" ("Nowa wolność") - okres powojenny i "Von Wende zu Wende" ("Od zwrotu do zwrotu") lub ("Od zmiany do zmiany"), w której opisał swoją drogę polityczną.

                                                    Erich Mende zmarł 6 maja 1988 roku. Został zaliczony do 11 najważniejszych parlamentarzystów w historii Bundestagu. Mimo że z jego poglądami trudno się czasem zgodzić, na szacunek powinny zasługiwać jego niezłomność i trzeźwe spojrzenie na historię: "żołnierze zawsze są postaciami tragicznymi. Na rozkaz muszą strzelać i zabijać innych żołnierzy, których nie znają i nie nienawidzą. Robią to na rozkaz ludzi, którzy się znają i nienawidzą, ale do siebie nie strzelają..."

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik

                                                  • ballest Re: Wicekanclerz ze Strzelec 25.07.12, 08:38
                                                    Moj ojciec poznou Mendego osobiscie, a nasza znajomou z Petersgrätz ( Piotrowka ) byla kiedys jego lipstom.
                                                    Co jou wiem, to uon juz nawet praktykowou w jakies kancelarii w Gleiwitz ?
                                                  • berncik Re: Wicekanclerz ze Strzelec 27.07.12, 17:01
                                                    ballest napisał:

                                                    > Moj ojciec poznou Mendego osobiscie, a nasza znajomou z Petersgrätz ( Piotrowka
                                                    > ) byla kiedys jego lipstom.
                                                    > Co jou wiem, to uon juz nawet praktykowou w jakies kancelarii w Gleiwitz ?


                                                    Moja szwagrowka,tz.od Mojej Siostra uczou Max Mende,Ericha Ojciec.Ta szwagrowka zawsze opowiado ze roz uczou ich o Insel RÜgen i godou tym dzieciom, to jest tak daleko ze wy tam nigdy nie dojedziecie .To bouo jakes 80 lot tymu.Pomys se jak se ten swiat zmieniou.
                                                  • berncik Husyci na ziemi strzeleckiej 27.07.12, 17:08
                                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20120724&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=120729958&Ref=AR&border=0&MaxW=580

                                                    Czescy husyci, którzy walczyli z Kościołem katolickim, zrównali z ziemią wsie pod Strzelcami Opolskimi. Ślady ich przejścia widać w okolicy do dziś.
                                                    Tak wojska husytów walczyły z Kościołem katolickim. Warto zauważyć, jaką bronią posługiwali się innowiercy z Czech.
                                                    Tak wojska husytów walczyły z Kościołem katolickim. Warto zauważyć, jaką bronią posługiwali się innowiercy z Czech. (fot. źródło: husitstvi, KOPIA: DIM)
                                                    Wiadomo przynajmniej o dwóch miejscowościach, które zniknęły z map, po tym jak na te ziemie wkroczyli husyci. Jedną z nich był Teodoryków pomiędzy Strzelcami a Rożniątowem.
                                                    Wieś należała do Teodora Kokorza, który władał ponadto Adamowicami, Brzezowicami i osieckimi lasami. Pierwszą wzmiankę o miejscowości można znaleźć w dokumentach z 1340 r., gdy książę Albert Strzelecki zatwierdził sprzedaż 5 łanów pola na rzecz ówczesnego proboszcza kościoła św. Wawrzyńca.
                                                    Sprzedającym był Fryderyk Strzała, który przy okazji transakcji zdecydował się odkupić karę swoje za grzechy - żeby dostać odpust, oddał kościołowi za darmo tereny, które rozciągały się aż do granicy Teodorykowa.
                                                    W późniejszych dokumentach nazwa wsi pojawia się jeszcze kilkukrotnie. Znika tajemniczo w latach 20. XV wieku i więcej nie pojawia się już w żadnych źródłach. Co mogło się wtedy wydarzyć? Wieś została najprawdopodobniej zrównana przez wojska husyckie, które postanowiły się rozprawić z Kościołem katolickim w niezwykle brutalny sposób.
                                                    Był to czas, gdy Czechy ogarnięte były ludowo-religijnym powstaniem, które wybuchło po śmierci Jana Husa - duchownego i reformatora Kościoła, pochodzący z chłopskiej rodziny. Hus był dobrze wykształcony. Skończył studia na Uniwersytecie w Pradze, a w 1400 r. został wyświęcony na kapłana. Władze kościelne powierzyły mu badania nad zgłaszanymi przypadkami cudów.
                                                    Ku zaskoczeniu duchownych, Hus szybko ogłosił, że były one mistyfikacją. Na dodatek niedługo po tym zaczął krytykować innych księży za rozwiązły tryb życia i kupczenie odpustami.
                                                    O Janie Husie zrobiło się w Czechach głośno, gdy winę za biedę chłopów zrzucił na Kościół katolicki, który władał większością ziem w tym kraju. Swoje kazania wygłaszał w Pradze w jednej z kaplic oraz na uczelni.
                                                    W 1414 r. władze kościelne nie mogąc dłużej znieść krytyki Husa zaprosiły go na sobór w Konstancji, żeby wytłumaczył się ze swoich poglądów. Początkowo Hus nie chciał jechać, słusznie obawiając się o swoje życie, ale król Niemiec Zygmunt Luksemburski zagwarantował mu bezpieczeństwo, wystawiając list żelazny.
                                                    Problem w tym, że gdy Hus pojawił się w Niemczech, to gwarancję bezpieczeństwa uznano za nieważną, duchownego ogłoszono heretykiem i skazano go na śmierć. Hus skończył na stosie, spalony żywcem.
                                                    Gdy Czesi dowiedzieli się o jego straceniu, w Pradze wybuchły rozruchy, które rozlały się na inne miasta i wsie. Wyznawcy Husa uformowali natomiast własną armię, która najpierw walczyła przeciwko krucjatom zorganizowanym przez Zygmunta Luksemburskiego, a później ruszyła na dzisiejszą Słowację i Śląsk.
                                                    Husyci wkroczyli na ziemię strzelecką na początku 1428 r. Palili kościoły i niszczyli kapliczki. Innowiercy urządzali także w świątyniach stajnie dla koni. Zabijali także ludność cywilną, która próbowała bronić swojego i kościelnego majątku. Wojskami dowodził Jan Žižka - niezwykły strateg, który bez przeszkód wygrywał z miejscowymi rycerzami.
                                                    Husyci słynęli z szybkich, nieoczekiwanych ataków i doskonałej organizacji. Ich przewaga polegała na innowacyjnym sposobie użycia starych, znanych w innych armiach broni, na masowości oraz sposobie użycia najnowocześniejszego dotąd środka bojowego - różnych rodzajów broni palnej.
                                                    Żołnierze walczyli przy pomocy prostych mieczy, cepów, tasaków i obuchów oraz broni palnej i artylerii. W ogóle nie zważali na kodeks rycerski, który okazał się zgubny dla żołnierzy w zbrojach. Jako ciekawostkę trzeba dodać także, że Žižka wprowadził do swoich oddziałów opancerzony wóz, który przepychany był w taki sposób, żeby chronić swoich żołnierzy - jego pojazd był swego rodzaju pierwowzorem czołgu lub wozu bojowego.
                                                    Husyci świadomi swojej przewagi byli bezlitośni dla przeciwników. Ich walka z Kościołem na Śląsku z czasem stała się także pretekstem do wzbogacenia się. Dlatego husyci rabowali wsie, a później je palili. Drugą wsią, którą husyci zrównali z ziemią, był Henryków, który znajdował się pod Strzelcami przy drodze w kierunku do Opola (dzisiejsze tereny Nowej Wsi).
                                                    O tym, że ludzie mieli tam swoje domy, wiadomo z dokumentów pochodzących z 1324 r. Natomiast ostatnia wzmianka o miejscowości pochodzi z 1399 r., gdy mieszczanin Jakub Pause sprzedał (lub oddał pod hipotekę) część ziemi opatowi klasztoru cysterskiego z Jemielnicy. Wiele wskazuje na to, że wojska husyckie nie oszczędziły Henrykowa. Mieszkańcy, którzy musieli na nowo stawiać swoje domy, nazwali swoją osadę Nową Wsią, która obowiązuje do dziś i jest częścią Strzelec Opolskich.
                                                    Książę opolsko-głogówecki Bolesław V, zwany Wołoszkiem i polski rycerz Dobiesław Puchała widząc przewagę ruchu husyckiego, zamiast walczyć z obcymi wojskami, postanowili się do nich przyłączyć.
                                                    W 1430 r. husyci opanowali większość najważniejszych zamków i warowni na Śląsku. Stanowiły one bazę wypadową.
                                                    Husyci opuścili częściowo Śląsk latem 1432 r., gdy król polski Władysław Jagiełło zapłacił im, żeby walczyli przeciwko Zakonowi Krzyżackiemu. Ta sytuacja została wykorzystana przez wojska antyhusyckie, które w 1435 r. wyparły innowierców ze Śląska.
                                                    Husytyzm przetrwał w Czechach. Jednak wielu przedstawicieli ruchu musiało emigrować z kraju z powodu prześladowań religijnych.
                                                    Tekst powstał we współpracy z Pioterem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                                                  • berncik O Tragedii Górnośląskiej 17.08.12, 22:11
                                                    Nie zapominajmy o tej tragedii
                                                    su, 14 sierpień, 2012 - 08:41

                                                    Historia
                                                    682 (33)

                                                    Kilka miesięcy temu na naszych łamach obszernie pisaliśmy o Tragedii Górnośląskiej. Nasi Czytelnicy odpowiedzieli nam na zamieszczone wtedy artykuły, między innymi pani Krystyna Kunysz ze Staniszcz Małych, której artykuł publikujemy poniżej.
                                                    Prosimy również innych, by podzieli się z nami wiedzą na ten temat.

                                                    Spotkanie przywódców trzech mocarstw, tj. USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii zwane Konferencją Jałtańską, które odbywało się od 4 do 11 lutego 1945 roku w pałacu Potockich w Liwadii pod Jałtą, miało decydujące znaczenie dla powojennego kształtu Europy.

                                                    Wtedy zapadły między innymi decyzje o powojennych reparacjach, którymi obciążono Niemcy. W ramach tych reparacji wojennych wysyłano do przymusowej pracy ludność niemiecką/śląską do odbudowy gospodarki ZSRR. Polegały one głównie na wykonywaniu najcięższych robót w kopalniach węgla i rudy, kamieniołomach, hutach, przy odgruzowywaniu miast, wyrębie lasów i w kołchozach. Pierwsze wywózki ze Śląska rozpoczęły się już 3 lutego 1945 roku.

                                                    Ten problem dotknął również mężczyzn ze Staniszcz Małych. Sołtysi z naszego powiatu otrzymali ze starostwa powiatowego w Strzelcach polecenie o wytypowaniu mężczyzn do deportacji. Wszystko działo się bardzo szybko. Niektórzy z mężczyzn byli powiadomieni z jednodniowym wyprzedzeniem, innych "wyciągano" z domów w dniu deportacji.

                                                    Pierwsza wywózka odbyła się w połowie marca, a kolejna w maju 1945 roku. Jak udało się ustalić, wytypowanych do deportacji zostało 18 mężczyzn do 50 roku życia. Nie wszyscy jednak zostali wywiezieni do ZSRR, a spośród wywiezionych nie wszystkim udało się stamtąd wrócić.

                                                    Do deportacji zostali wytypowani następujący mężczyźni: Hudala Julius, Hudala Tomas, Kokot Piotr, Koloch Franz, Kozubek Teodor, Kulig Franz, Machnik Andrzej, Machnik Franz, Machnik Ludwik, Mrocheń Franciszek, Mrocheń Tomas, Spallek Albin, Spallek Wiktor, Strzelczyk Paweł, Ulłmaim Josef, Werner Josef oraz Antoni i Franciszek - synowie ówczesnego sołtysa.

                                                    W marcu zebrano większość wyznaczonych mężczyzn i pod eskortą radzieckiego żołnierza i w asyście sołtysa konwój pieszo udał się do Fosowskiego na stację kolejową, bo most kolejowy w Fosowkiem został przed nadejściem frontu wysadzony przez Niemców.

                                                    W drodze do Fosowskiego Wiktor Spallek, za to że naprawił eskortującemu Rosjaninowi rower (wcześniej komuś odebrany) został odesłany do domu.

                                                    Z Fosowskiego mężczyźni pociągiem pojechali do Strzelec Opolskich. Tam w więzieniu przy stacji kolejowej był obóz przejściowy, tzw. obóz pracy przymusowej. Po dotarciu do Strzelec następowała selekcja mężczyzn. Niestety ze Strzelec udało się wrócić tylko synom sołtysa. W Strzelcach Opolskich mężczyźni przebywali jakiś czas, prawdopodobnie kilka dni lub tygodni.

                                                    W tajemniczych okolicznościach zginął Josef Werner. On dojechał do Strzelec Opolskich, lecz już na stacji został odseparowany od pozostałych i prawdopodobnie tego samego dnia - rozstrzelany. Zdaniem wielu mieszkańców, taki los spotkał go przez to, że jego syn był członkiem Waffen SS i to w formacji dozorującej obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.

                                                    Po pobycie w Strzelcach, mężczyźni deportowani w marcu pieszo udali się w konwoju przez Opole, Jełową, Łubniany do Kluczborka. Z Kluczborka pociągiem towarowym zawieziono ich do Łabęd, głównego punktu zbornego. Tam przez sześć tygodni chodzili do jakiejś fabryki i demontowali jej urządzenia, ładowali na wagony, które potem jechały do ZSRR.

                                                    W Łabędach nastąpiła kolejna selekcja, jednak nikt z naszych mężczyzn nie został oficjalnie zwolniony do domu. Natomiast najprawdopodobniej właśnie z Łabęd udało się uciec Piotrowi Kokotowi, Franzowi Kolochowi, Andrzejowi Machnikowi i Pawłowi Strzelczykowi. Pozostałych mężczyzn rozesłano w różne regiony ZSRR.

                                                    Inną trasę przebył Julius Hudala, zabrany w maju 1945 roku. On, ze Strzelec Opolskich, pieszo, z innymi mężczyznami, szedł do Brzegu, a stamtąd wysłano go do Odessy. Czy ktoś inny z naszej wsi razem był z nim deportowany w tym czasie, nie udało się ustalić.

                                                    Nietypowy los spotkał Franciszka Mrochenia. Dziś już trudno dociec, jak było dokładnie, bo rodzina niewiele wie na ten temat. Został on wytypowany do deportacji przez sołtysa i odmówił. Nie uląkł się też zastraszania, że "przyjdą Ruscy i go zabiją". Nikt nie przyszedł i nie zabił.

                                                    W rezultacie do Rosji zostało wywiezionych 10 mężczyzn. Spośród nich do Staniszcz Małych nie wróciło pięciu: Hudala Julius - ur. 1917, Kozubek Teodor - ur.1898, Machnik Franz - ur. 1907, Machnik Ludwik - ur. 1921, nie udało się zdobyć więcej informacji, bo rodzina wyprowadziła się z naszej wsi, Josef Werner - ur. 1893. Wszyscy zmarli jeszcze w 1945 roku.

                                                    Powyższe informacje zebrałam w 2011 i 2012 roku na podstawie licznych wywiadów z rodzinami jak i mieszkańcami Staniszcz Małych. Ubolewam, że w wielu przypadkach są one szczątkowe i to z wielu powodów. Główny to fakt, że nie przeżyli sami "zainteresowani". Ci, którym udało się wrócić, nie mówili o swych przeżyciach, bo nie chcieli ponownie przeżywać tej traumy. Był to temat tabu, a milczenie wydawało się równoznaczne z pozostaniem przy życiu. Szczególnie gdy w domu były małe dzieci, które "mogłyby się wygadać".

                                                    W trakcie zbierania materiałów o wywózce naszych mieszkańców do ZSRR stwierdziłam dwie rzeczy. Niektórzy mieszkańcy mylą pojęcia "niemiecki jeniec wojenny na terenie ZSRR" z "osoby wywiezione w 1945 roku do ZSRR ", traktując je jako tożsame. Na istniejących w kościele tablicach, upamiętniających osoby, które zginęły lub zaginęły na frontach II wojny światowej znajdują się również nazwiska ofiar Tragedii Górnośląskiej. Co może być efektem poprzedniego stwierdzenia.

                                                    28 lutego 2012 roku sejmik naszego województwa przyjął tekst uchwały upamiętniający ofiary Tragedii Górnośląskiej. Usankcjonowanie przez władze Tragedii Górnośląskiej powinno dodać wątpiącym wiary w przeprowadzenie przedsięwzięcia upamiętnienia skromną tablicą naszych ofiar. Ta tablica zdecydowanie oddzieliłaby mylące pojęcia i skłoniła naszych mieszkańców do zgłębienia historii.

                                                    Prosimy również innych, by podzieli się z nami wiedzą na ten temat.

                                                    Krystyna Kunysz
                                                  • berncik Od zawsze czuł się Polakiem 25.08.12, 14:54

                                                    Franciszek Myśliwiec urodził się 4 października 1868 roku w Sprzęcicach. Był potomkiem prostych śląskich rolników - Filipa Myśliwca i Marianny z d. Śmiałek. Od młodości czuł się Polakiem i angażował się w działalność patriotyczną.

                                                    Duży wpływ na jego poglądy miał jego starszy brat - Karol, wikary w Kamieniu Śląskim. Karol Myśliwiec urodził się 31 grudnia 1866 roku. Ukończył gimnazjum w Opolu i dalszą naukę kontynuował na Uniwersytecie Wrocławskim. Ponieważ zakazano na uniwersytecie działalności jakichkolwiek polskich organizacji, wziął udział w utworzeniu w 1892 r. Towarzystwa Akademików Górnoślązaków. Przez większość życia wspierał finansowo Towarzystwo Czytelni Ludowych, które często było jedynym źródłem polskojęzycznych książek na terenie Śląska. Zmarł młodo, bo w 1897 roku w Opolu, do którego został skierowany do pełnienia funkcji kapelana sióstr de Notre Dame.

                                                    Franciszek Myśliwiec ukończył szkołę w Siedlcu. Po ojcu odziedziczył gospodarstwo rolne. W 1902 r. ożenił się z Florentyną zd. Szeja. Działał w polskich organizacjach społecznych. Najpierw w kółku śpiewaczym, a potem w towarzystwie sportowym Sokół. Aktywnie wspierał agitację polityczną i głosowanie na polskich kandydatów do parlamentu Rzeszy.

                                                    Nazwisko Myśliwiec kojarzy się głównie z Bankiem Ludowym „Rolnik” w Strzelcach. Był głównym inicjatorem jego założenia w 1908 r. Idea powstawania takich banków była bardzo popularna w zaborze pruskim. Pomagały one w walce z germanizacją tych terenów, zapewniając polskim rolnikom minimalną chociaż niezależność finansową. W strzeleckim „Rolniku” kredyt dostawali nawet najbiedniejsi gospodarze, co często było dla nich ostatnią deską ratunku.

                                                    W okresie plebiscytowym Franciszek Myśliwiec zaangażował się w agitację plebiscytową i powiatowe struktury Polskiej Organizacji Wojskowej. Był skarbnikiem w Polskim Komitecie Plebiscytowym i mężem zaufania w Sprzęcicach. Po III powstaniu rodzina ukrywała się przez 2 lata.

                                                    W okresie Republiki Weimarskiej reprezentował polską ludność na sejmiku powiatowym. Był też delegatem do Górnośląskiej Izby Rzemieślniczej, współzałożycielem Spółdzielni Zakupu i Sprzedaży „Rolnik”. W latach 1936-39 wybrano go na prezesa I Dzielnicy Śląskiej Związku Polaków w Niemczech. Okazał się ostatnim jej prezesem w historii. Na zjeździe związku, w 1938 r., w Berlinie otrzymał Medal Wiary i Wytrwania.

                                                    Czasy nazistowskie były dla Ślązaków czujących się Polakami prawdziwą próbą. Hitler i jego administracja robili wszystko, by zgermanizować Ślązaków. Zbyt słowiańsko brzmiące nazwy miejscowości zmieniano od roku 1933 na niemieckie, często zupełnie oderwane od lokalnej historii. W ruch poszedł też aparat prawny, a szczególnie ustawa o zagrodach dziedzicznych. Mówiła ona, że tylko Niemiec może posiadać gospodarstwo z prawem do dziedziczenia. Oznaczało to, że gospodarze, którzy nie uważali się za Niemców lub za nich nie byli uznani, nie mogli przekazywać gospodarstwa swoim dzieciom. Groziło im wysiedlenie.

                                                    W sierpniu 1939 roku, na kilka dni przed inwazją niemiecką na Polskę, Myśliwca wezwano przed oblicze strzeleckiego starosty. Według Bernarda Lyska, który w latach 50. spisywał dzieje naszego bohatera, wizyta miała dramatyczny przebieg. Starosta ostrzegł Myśliwca, że jeżeli nie zakończy swojej działalności spółdzielczej i bankowej, to zainteresuje się nim gestapo. Myśliwiec kategorycznie odmówił, powołując się na sumienie i patriotyzm.

                                                    11 września pod jego domem pojawił się samochód z funkcjonariuszami gestapo. Franciszek Myśliwiec, mimo podeszłego wieku, został osadzony w obozie w Buchenwaldzie. Niektóre źródła wskazują, że dano mu szansę na opuszczenie obozu, lecz odmówił. Oficjalna data jego śmierci to 6 listopada 1941 r. Dziś jego imieniem nazwana jest szkoła w Izbicku, ulica w Sprzęcicach, a także ulice w Opolu, Zdzieszowicach, Staniszczach Małych oraz plac w Kamieniu Śląskim. Także szkoła podstawowa na Suchych Łanach w Strzelcach jako patrona miała Franciszka Myśliwca. Na uroczystości nadania imienia była jeszcze obecna jego żona, Florentyna.

                                                    Tragiczny był też los jedynego syna Myśliwca. Wcielony siłą do Wehrmachtu, zginął na froncie. Po śmierci Franciszka Myśliwca, jego żona została przez niemieckie władze wysiedlona z gospodarstwa. Po wojnie gospodarstwo objęły jego córki, Anna i Marta. Zostały pochowane we wspólnym grobie razem z matką Florentyną (zmarła w 1967 r.) w Kamieniu Śląskim.

                                                    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA

                                                    Źródła m.in. Na ziemi Strzeleckiej 1908-1955; Encyklopedia Powstań Śląskich, Opole 1982.
                                                  • berncik Krzyże i kapliczki w Krośnicy 27.08.12, 19:43
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/6292_5279.jpg
                                                    Kapliczki i krzyże w Krośnicy (tutaj opisujemy tylko niektóre) są historycznymi świadectwami wiary mieszkańców tej wsi.
                                                    Na ścianie kościoła widnieje krzyż misyjny. Ustawiono go w roku 1942 i od tego czasu wymieniano go kilka razy, z okazji umieszczania na nim nowych dat. Średnio przybywają co jedną dekadę. Widnieją tu lata 1942, 1951, 1960, 1965, 1975, 1985, 1995 i 2005. Jest także napis "Ratuj swoją duszę".
                                                    Kapliczka pw. Najświętszej Matki Boskiej przy ulicy Szkolnej
                                                    Kapliczka-dzwonnica pochodzi z XIX wieku. Brak przekazów pisemnych, lecz według tradycji ustnej mieszkańcy postawili ją z powodu braku miejsca kultu religijnego we wsi. Tutaj, do czasu wybudowania w 1932 r. kościoła, odprawiano nabożeństwa majowe i różańcowe. Dzwon obwieszczał, że do wsi zawitała śmierć, wzywał na Anioł Pański i bił na trwogę podczas pożarów.
                                                    Postawiono ją na gruntach rodziny Szczeponek. Zapewne byli oni także fundatorami kaplicy. Potem dzwonnicą opiekował się Johann Adamietz, który pochodził z Kadłuba (Kadlub), i jego żona Julianna z d. Szczeponek (1858-1949) oraz ich dzieci. Johann Adamietz zmarł przed 1935 r.
                                                    Według jednej z wersji, kapliczkę postawiono po wojnie prusko-francuskiej ku pamięci poległych na niej mieszkańców wsi. Nie istnieje niestety obecnie żadna lista nazwisk ofiar tej wojny z Krośnicy. Inna wersja mówi, że jest pamiątką powstania Cesarstwa Niemieckiego w 1871 r. Obie wersje wydają się jednak mało prawdopodobne.
                                                    Pierwotnie kapliczka była dzwonnicą z cegły, częściowo otynkowaną. Nad wejściem od strony ulicy umieszczono duży krucyfiks z figurą Chrystusa. Ochroniono ją dachem namiotowym, po którego obu bokach znajdowały się sterczyny. Na jej szczycie umieszczono metalowy krzyż. Od frontu widniał zegar. Budowla była dość wysoka. Liczyła 7 metrów. W latach 20. XX wieku przebudowano ją na kapliczkę z wbudowanym ołtarzem, który pochodzi z kościoła parafialnego w Krośnicy. Na ołtarzu ustawiono figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
                                                    Obecny dach ma kształt gruszki i pokryty jest blachą na zwieńczeniu wieżyczki. Na metalowych prętach umieszczono litery N, E, S i W. W lewym oknie jest umieszczona w formie witrażu postać św. Jadwigi, a w prawym - św. Jacka. Kapliczka przechodziła wielokrotne remonty. Po 1945 r. opiekowały się nią m.in. Maria Palica, Mathilda Zettelmann (1923-2005). Obecnie opiekuje się Urszula Woszek wraz z kilkoma mieszkankami z okolicznych domów.
                                                    Kapliczka pw. św. Jana Nepomucena
                                                    Została zbudowana w połowie XIX wieku obok dawnej posiadłości rodziny Komander. Stoi przy ul. Odrodzenia. Postawiono ją na planie kwadratu i pokryto blaszanym dachem. Od 1863 r. we wnęce stoi drewniana figura św. Jana Nepomucena, patrona spowiedników, ale także świętego chroniącego od powodzi i suszy. Ostatni raz figura była odnowiona w lipcu 1966 r. przez artystę-malarza Szymona Stephana z Dobrzenia Wielkiego.
                                                    Z figurą tą wiąże się pewna dramatyczna historia, która powtórzyła się dwukrotnie. Przy kapliczce znajdowała się sala taneczna. Podczas suto zakrapianych imprez zdarzało się, że ich uczestnicy wykradali figurę z kapliczki. Mieszkańcy Krośnicy szukali jej potem gdzie tylko się dało, znajdowano ją w lesie przez przypadkowych grzybiarzy - raz w 1956, drugi - w 1970 r.
                                                    W 1997 r. Ewald Piegza wykonał nowy daszek i elewację kapliczki. Kapliczką opiekował się między innymi Walter Piegza (1934-2000), a obecnie jego żona Maria Piegza z okolicznymi mieszkańcami.
                                                    Kapliczka św. Józefa rzemieślnika
                                                    Jest najmłodszą kapliczką we wsi. Znajduje się przy wjeździe do posiadłości Gabrieli i Artura Hurek i powstała w 2010 r. Święty Józef jest patronem rzemieślników. Właściciele zajmujący się brukarstwem postawili ją w intencji bezpiecznej pracy.
                                                    Kapliczka pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa
                                                    Stoi przy ulicy Szkolnej. Postawił ją Johann Kubon (1887-1963) jako wotum za szczęśliwy powrót z wojny. Został on ranny podczas I wojny światowej na froncie francuskim. Kiedy tylko mógł, modlił się przed podobną figurą w intencji szczęśliwego powrotu do domu. Obiecał, że gdy powróci, postawi kapliczkę na swej posesji. Słowa dotrzymał zaraz po zakończeniu wojny, w 1918 r.
                                                    Kapliczka, w której mieści się figura Najświętszego Serca Pana Jezusa, zbudowana jest na planie kwadratu i osadzona w murze posesji. Osłonięta daszkiem metalowym. Na półokrągłym zwieńczeniu dachu znajduje się mały krzyż metalowy. Do środka wchodzi się przez oszklone drzwi. Od wielu lat kapliczką opiekuje się rodzina Kubon.

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Śląsk w czasach zarazy 29.08.12, 16:12
                                                    Pierwsze objawy przychodziły po około 12 godzinach. Najpierw następowała ostra, choć bezbolesna biegunka. Potem zaczynały się wymioty i nasilenie biegunki. Chory w ciągu doby pozbywał się przeciętnie od 15 do 20 litrów płynu. W skrajnych przypadkach było ich 40. W XIX wieku oznaczało to niemal pewną śmierć. Gdy ktoś zachorował na cholerę, miał 50% szans na przeżycie. Dla osób starszych, schorowanych i dzieci szanse te były daleko mniejsze.
                                                    Choroba trwała przeważnie od 2 do 7 dni. U nieszczęśnika następowało odwodnienie, spadek ciśnienia i zagęszczenie krwi. Jego cera stawała się ziemista, zimna i pomarszczona. Pojawiała się gorączka, utrata świadomości i zwykle - zgon.
                                                    PRZYSZŁA Z INDII
                                                    Może wydawać się to dziwne, ale bezpośrednią przyczyną pojawienia się cholery na Śląsku było powstanie listopadowe w Królestwie Polskim. Zanim do tego doszło, epidemia ta wybuchała w Indiach, a szczególnie w dorzeczu Gangesu, zbierając krwawe żniwo. Choroba stopniowo rozszerzała się i wędrowała przez Persję do południowych rubieży imperium rosyjskiego. Tutaj spotkała się z nią armia carska podczas wojny z Turcją w latach 1828-29 i wraz z powracającymi żołnierzami powędrowała w głąb kraju. Niedługo potem wybuchło powstanie listopadowe, a zwalczające je wojska carskie przyniosły cholerę na teren Królestwa. Stąd rozprzestrzeniła się na cały kontynent.
                                                    Pierwsze zachorowanie w rejencji opolskiej odnotowano 20 lipca 1831 r. Od tej pory epidemia wybuchała regularnie, pociągając za sobą rzesze ofiar. Z czasem postępy w medycynie i polepszenie warunków sanitarnych umożliwiły skuteczną walkę z chorobą, lecz ostatni przypadek zachorowania odnotowano dopiero 13 grudnia 1894 r. W granicach tych dat nikt nie mógł być pewien, czy przeżyje następny tydzień.
                                                    W państwie pruskim, w którym leżał Śląsk, zapobieganie epidemiom opierało się na przepisach z 1835 r. Wcześniej jeszcze podejmowano kroki, które miałyby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. 31 grudnia 1830 r. nadprezydent prowincji śląskiej, Friedrich Theodor von Mecker, na wieść o zarazie w Warszawie kazał ze szczególną uwagą przyglądać się podróżnym z Rosji. Osoby podejrzane o chorobę miały być zatrzymane i odizolowane, a o ich losie miały decydować władze lokalne. 4 maja 1831 r. utworzono wzdłuż granic Górnego Śląska kordon sanitarny i zamknięcie granic z Królestwem Polskim, Rzeczpospolitą Krakowską i Galicją. Teren obsadzono przez wojsko a wszelki ruch ludności, handel a nawet wysyłanie korespondencji zostało zakazane. Podróżni przejść mieli 20-dniową kwarantannę. Towary dezynfekowano. Przy okazji odgrodzono kraj od terenów, na których działali powstańcy styczniowi, co było dla Prusaków na rękę.
                                                    Wadze doradzały, że aby uniknąć cholery, należy powstrzymać się od nadużywania trunków oraz picia młodego, kwaśnego piwa, zsiadłego mleka, barszczu i kwasu chlebowego, „który Polacy i Moskale lubią”. Przeciwdziałać należy piciem w umiarkowanych ilościach win francuskich, węgierskich i wódek zaprawianych anyżem, kminkiem i pomarańczą. Polecano również jako remedium palenie tytoniu. Wśród zaleceń były także rozsądniejsze, jak te, że należy wszystkie rzeczy chorego palić, często się kąpać i utrzymywać bieliznę i pościel w czystości. Zalecano również zdrowy tryb życia.
                                                    Tak „zwalczana” cholera i tak rozprzestrzeniała się jak chciała. Sprzyjały jej częste klęski nieurodzaju i głodu. Największe wybuchały na Śląsku w latach 1830-31, 1835 i 1847-48. Pożywienie było skromne. Składało się głównie z ziemniaków, kapusty i żuru, przy czym posiłki nie były zróżnicowane w zależności od pory dnia. Do rarytasów należały mleko, maślanka chleb. O takich specjałach, jak mięso, słyszano tylko od wielkiego święta. Pito głównie wodę i piwo, a często sięgano po gorzałkę, której na Śląsku spożycie było prawdziwą plagą. Nasi przodkowie odżywiali się więc zdecydowanie mało zdrowo, co nawet w latach obfitości organizmowi sił nie dodawało. W latach głodu ludzie umierali nie tylko „na żebrach”, wędrując od wsi do wsi w poszukiwaniu łaski, ale i we własnych chatach. Klęska głodu w 1847 r. była tym bardziej dotkliwa, że wystąpiła zaraza ziemniaczana, dotycząca podstawowego składnika diety. Ludzie żywili się koniczyną, korą i trawą. Osłabieni przez głód nie potrafili się obronić przed zarazą. W rejencji opolskiej zmarło 5% ludności. Około 50 tysięcy mieszkańców.
                                                    Według statystyk, w powiecie strzeleckim w latach 1831-33 na cholerę zmarło 29 osób (na 33985 mieszkańców). W następnych latach zaraza postępowała. W latach 1836-38 uśmierciła 138 na 37611 mieszkańców. Lata 1848-56 przyniosły 98 ofiar (na pond 50 tysięcy mieszkańców). W latach 1866-67 było 308 ofiar. W 1872-74 - 109 (wtedy mieszkańców było już ponad 60 tysięcy). Ostatnia fala zachorowań w 1894 r. objęła w powiecie strzeleckim 16 osób, zmarło 10.
                                                    Gdy spojrzymy na cały Śląsk liczba ofiar była ogromna. Przykładowo w 1836 r. zmarło 2278 osób, w 1837 - 4432, 1852 - 2293 a w roku 1855 - 3859.
                                                    ŚWIĘCI NA POMOC
                                                    Do obrony przed zarazą zaangażowano siły wyższe. W powszechnym odczuciu zaraza była karą za grzechy. Pielgrzymowano do Piekar i na Górę św. Anny, by kajać się za grzechy i błagać o zmiłowanie. Pomóc miał też kult świętych. Skuteczny był święty Roch. Mieszkańcy Polskiej Nowej Wsi, którzy w 1831 r. wybrali się z zamiarem sprzedaży świń, trafili do miejscowości dotkniętej epidemią. Tam na własne oczy zobaczyli skutki tej przerażającej choroby i czym prędzej udali się w drogę powrotną, zawierzając swoje życie i szczęśliwy powrót św. Rochowi. Ślubowali, że w podzięce wybudują mu we wsi kapliczkę. Prośby te odniosły skutek tak dalece, że wieś tę ominęły trzy wielkie fale zarazy.
                                                    W 1873 r. do Kadłuba zawędrowała żebraczka chora na cholerę. W obawie przed zarazą, mieszkańcy zwrócili się o protekcję do św. Walentego, opiekuna zakochanych, epileptyków i osób, które postradały zmysły. Ufundowali obraz świętego, który umieszczono w bocznym ołtarzu kościoła w Grodzisku. Święty okazał się tak skutecznym patronem, że jego kult trwa w Grodzisku, Kadłubie i Osieku do dziś. Co roku, 14 lutego, obchodzony jest odpust w kościele w Grodzisku w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej.
                                                    Również w Ujeździe odwołano się do wiary. Czczono tu kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, słynącego z cudownych uzdrowień. Według miejscowej legendy, nie była to kopia, lecz oryginał, który przypłynął do Ujazdu wraz z liturgicznym naczyniem. Odnaleziono je w XVIII wieku w przepływającym nieopodal strumyku. Modlący się o zbawienie od zarazy ślubowali pielgrzymować do Najświętszej Panienki każdego roku.
                                                    We wsiach i na rozdrożach dróg stawiano krzyże mające chronić przed zarazą i upamiętniające jej ofiary. Szczególną pamiątką (widoczną na przykład na strzeleckim kościele pw. św. Wawrzyńca) są tzw. Karawaki. To krzyże z podwójną poziomą belką, krótszą u góry. Stawiano je zwykle na krańcach miejscowości. Ogradzały obszar, który miał być wolny od epidemii.

                                                    CMENTARZE...
                                                    Nieuchronną konsekwencją zarazy było powstawanie cmentarzy cholerycznych. Z reguły wybierano na nie miejsca odosobnione, z których korzystać mogło kilka wsi. Często wykorzystywano je także do pochówku osób zmarłych na inne choroby, szczególnie zawsze groźnego tyfusu. Z czasem powstawały na nich krzyże i kapliczki upamiętniające zmarłych. Zdarzało się, że intencje postawienia krzyży zafundowanych na pamiątkę lokalnych wydarzeń lub z innych powodów zacierały się w ludzkiej pamięci. Wtedy zaczęto nazywać je cholerycznymi, choć nie miały żadnego związku z zarazą.
                                                    Taki krzyż stoi m.in. w Rozmierce na Pasterniku. W Osieku w miejscu grobu cholerycznego dziś stoją zabudowania. W Kamieniu Śląskim (który był wtedy w obrębie powiatu strzeleckiego) na przedłużeniu ulicy Klasztornej za wsią znajduje się cmentarz choleryczny założony w roku 1874.

                                                    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA
                                                  • berncik Historia książki 'Hrabia Damian' 07.09.12, 17:42
                                                    Historia książki 'Hrabia Damian' - bohaterem bestsellerowej śląskiej powieści historycznej jest ostatni potomek hrabiowskiego rodu Gaschinów. Książka ta, choć dziś mało znana, na początku XX wieku robiła furorę.

                                                    Damian Gaschin jako kilkuletni chłopiec ślubował matce, że przemierzy cały świat, aby odnaleźć zaginioną młodszą siostrę. Kiedy ją w końcu spotkał - nie rozpoznał i zakochał się z wzajemnością. Odkrywszy na jej szyi medalion z herbem rodowym wpadł w rozpacz i wyruszył na wojnę.
                                                    Okazało się jednak, że ukochana Anna nie była porwaną hrabianką, lecz została podmieniona przez podstępną zielarkę. Prawda wyszła jednak na jaw zbyt późno: dziewczyna udała się do klasztoru...
                                                    Melodramatyczne losy ostatniego potomka z rodu budowniczych zamku w Żyrowej cieszyły się wielkim uznaniem czytelników czasopisma „Katolik”. Powieść zwano „śląskim Ogniem i Mieczem”, gdyż w tle opisywała historię tych ziem.
                                                    Liczyła w sumie 967 stron, ale po raz pierwszy - w roku 1901 ukazała się w formie zeszytów wydawanych co tydzień. Nie była podpisana. Po latach biograficy przypisali jej autorstwo Adamowi Napieralskiemu - wydawcy „Katolika” i literatowi. W 2001 roku staraniem żyrowian - Helgi Bieniusy i Jerzego Szołtyska ukazał się reprint „Hrabiego Damiana” w pięknej twardej oprawie w liczbie 500 sztuk. Hrabia Damian Gaschin był jednak postacią fikcyjną...
                                                    - Niewątpliwie rozsławił on naszych Gaschinów i Żyrową wśród ludu, ale został zmyślony - mówi Jerzy Szołtysek, znawca żyrowskiej historii. - Sprawdzowym ostatnim męskim potomkiem rodu był Ferdynand zwany Szalonym, który zmarł 1859 roku - postać wyjatkowo barwna, której losy mogłyby z powodzeniem posłużyć jako fabuła równie ciekawej powieści.
                                                    Ferdynad Szalony zapracował na swój przydomek niekonwencjonalnymi zachowaniami i hulaszczym trybem życia.
                                                    Nie liczył się z konwenansami, poślubił w Wiedniu aktorkę, podczas uroczystej kolacji na żyrowskim zamku potrafił wjechać konno na salę i przeskoczyć na jego grzbiecie stół jak przeszkodę. Największą sławę przyniósł mu zaś wielki konkurs dla chłopów „na największego lenia”. Wpędził się w takie długi, że 1852 roku sprzedał dobra żyrowskie.
                                                    Ferdynand nie mógł być bohaterem śląskiej „Ogniem i Mieczem”. Prawdziwy potomek był awanturnikiem, a powieść wymagała bohatera tragicznego i heroicznego. Dlatego pojawia się fikcyjny Damian. Jego losy zostały ułożone tak (i wcześniej przypadki jego ojca), by czytelnicy mogli przeżywać razem z nim autentyczne wydarzenia historyczne bliskie Ślązakom i to opisane po polsku.
                                                    Taka była idea powieści - miała być konkurencyjna dla podobnych wydawnictw w języku niemieckim. Hrabia Damian, m.in. walczy w szeregach konfederacji barskiej, w bitwie pod Chocimiem, dostaje się do niewoli rosyjskiej, skąd oswobodza go biskup Krasiński. U boku Kazimierza Pułaskiego walczy z Moskalami o Jasną Górę i towarzyszy mu w ucieczce za granicę...
                                                    Niemniej ciekawe losy miał jego ojciec Protazy na przykład podczas ucieczki z lochów w zamku w Opolu.
                                                    - Co ciekawe Napieralski nie stworzył postaci Damiana sam - mówi Szołtysek. - Jego legenda jest wcześniejsza, pisali o nim i Karol Miarka (prozą), i ksiądz Norbert Bonczyk w poemacie „Góra Chełmska”. Napieralski przerobił i rozbudował tę historyjkę, dodając jej szczęśliwe zakończenie: Damian zakłada rodzinę. U Miarki i Bonczyka został on pustelnikiem na Górze Świętej Anny.
                                                    Był ponoć taki tajemniczy pustelnik, który przybrał imię Aleksy. Pustelnia, w której jakoby miał żyć znajduje się obok Kaplicy III Upadku kalwarii annogórskiej. Jak pisze ksiądz Bonczyk, miał on wyznać swoje dzieje na łożu śmierci gwardianowi klasztoru. Ale czy był to potomek Gaschinów? Drzewo genealogiczne grafów tego nie potwierdza.

                                                    Beata Szczerbaniewicz, nto
                                                    Źródło: Nowa Trybuna Opolska, wydanie z 21 stycznia 2011.
                                                  • berncik Historia Olszowej 10.09.12, 23:03
                                                    Historia Olszowej oraz Kościoła Matki Bożej Śnieżnej w Olszowej.Autor:
                                                    nixon21

                                                    Miejscowość Olszowa obok Strzelec Opolskich, założona została w XIII w. przez niemieckich osadników. Pierwsza wzmianka o wiosce pochodzi z 1302 roku. W regestach do historii śląskiej zapisano taką treść: „Rzym – Lateran, 16.02.1302: papież Bonifacy VIII zatwierdza opatowi klasztoru cystersów w Jemielnicy przywileje oraz dziesięcinę wsi Olsona ( jeszcze trzynaście innych wsi)”. Obowiązek uiszczania daniny na rzecz klasztoru w Jemielnicy trwał jeszcze bardzo długo bo aż do 1810 r. kiedy to zlikwidowano klasztor. Olszowa była własnością panów na Strzelcach lub Centawie, a przez pewien czas właściciel mieszkał w samej Olszowej.
                                                    Jak dociekają historycy nazwa miejscowości wywodzi się od olchy (po Śląsku olszy), które porastały okoliczne mokradła, co zresztą dowodzi tego, że w dawnych wiekach Olszowa była bardziej zasobna w wodę niż dziś. Starsi mieszkańcy mogą jeszcze pamiętać rozlewiska i stawy przy każdym gospodarstwie po lewej stronie drogi. Olszowa aż do końca XVIII wieku nazywa się Olsona, od roku 1800 – Olchowa, w 1936 zmieniono jej nazwę na Erlenbush O/S, nazwę Olszowa przywrócono w 1945 roku.
                                                    O tym co działo się w Olszowej w XIV i XV wieku dokumenty milczą, albo nie zachowały się żadne zapiski z tamtych czasów. Jedynie zapisy parafialne uchylają nieco faktów z tamtych czasów. Wiadomo, że od wieków Olszowa tworzyła parafię z Kluczami, pierwszym zanotowanym proboszczem był ksiądz Piotr. Zapis pochodzi z roku 1319, co świadczy o tym że parafia także istnieje prawie 700 lat.
                                                    W tamtych czasach, tak jak i obecnie ma to miejsce, biskupi wizytowali swoje parafie, stąd dostęp do informacji zawartych w protokołach sporządzanych przez wysłanników biskupa wrocławskiego. Dowiedzieć się z nich można, że kościół w Olszowej posiadał dzwon z napisem „Zdrowaś Łaski Pełna” i rok 1566. Świadczy to o tym, że w tym roku w Olszowej był już kościół.
                                                    W protokole z roku 1687 zapisano, że proboszczem był Jakub Franciszek Śliwka, że kościół w Olszowej jest zbudowany z drewna, ku czci Matki Boskiej Śnieżnej. Sufit cały z desek, pomalowany dach w dobrym stanie. W kościele nie było chrzcielnicy ani konfesjonału. Patronat nad kościołem sprawował pan majątku na Centawie, Franciszek Larisz. W Olszowej nie było szkoły, obowiązki nauczyciela pełnił pewien ogrodnik dzięki czemu zwolniony był od pańszczyzny.
                                                    Dziesięć lat wcześniej inny wizytator napisał, że kościół w Olszowej jest 13,5m długi i 9,75m szeroki, a patronat patronat nad nim sprawował pan na Centawie, który przechowywał księgi kościelni i notował wydatki. Związki Olszowej z Centową były bardzo mocne, a droga przez Warmątowice przez wiele lat nazywano była Centawiną.
                                                    Jak wynika z zapisów kościół w Olszowej poszerzono o 2 metry wzdłuż i wszerz. Fundatorem był pan Olszowej Ernst Nofe, który zmarł w 1743 roku. Następnie Olszowa należała do Karola de Raczek, który zmarł w 1763 roku i został pochowany obok kościoła. W 1818 patronat nad Olszową sprawował hrabia Leopold Gaszyna z wielkiej rodziny Gaszynów, budowniczych kalwarii i klasztoru na Górze Świętej Anny.
                                                    Leopold był panem Toszka i Strzelec. Po Gaszynie panem Olszowej został hrabia Andreas Renard, jeden z największych ludzi w historii ziemi strzeleckiej. Posiadacz olbrzymich dóbr na Śląsku i w Królestwie Polskim, budowniczy kopalni i hut, m.in. w Zawadzkiem. W Olszowej w 1825 założył znaną w całej Europie stadninę koni oraz hodowlę koni wyścigowych, do której sprowadzał konie z Anglii, z czasem tworząc rasę śląską. Za jego czasów w Olszowej i Kluczach zbudowano piece do wypalania wapna.
                                                    Hrabia Andreas Renard, człowiek na wskroś nowoczesny zmeliorował grunty majątku Olszowa, na 15 morgach założył winnice w której produkowano olszowskie wino. Przechowywano je w głębokich piwnicach w gajówce, która od tamtych czasów nazywa się Winnica. Renardowie rządzili Olszową do lat 80 XIX wieku. Pochowani zostali w mauzoleum w parku strzeleckim naprzeciw Kościoła Bożego Ciała. Po zniszczeniu mauzoleum ich szczątki spoczęły na strzeleckim cmentarzu. Jedna spadkobiercy Renardów rządzili Olszową aż do roku 1945.
                                                    Olszowa dzieliła burzliwe dzieje I wojny światowej. Chociaż fronty tej wojny nie przebiegały przez Śląsk, to wielu mieszkańców tej ziemi nigdy nie powróciła do domów. W czasie jej trwania zginęło 11 młodych mieszkańców Olszowej.
                                                    Ważną data dla historii wsi jest rok 1926. W tym roku doprowadzono do Olszowej prąd elektryczny a także zbudowano drogę kamienną, gdyż dotychczas było to droga polna.
                                                    Najbardziej dramatyczne chwile przeżyli mieszkańcy Olszowej w czasie II wojny światowej. Na różnych jej frontach poległo 16 mieszkańców wsi. Sama Olszowa największa grozę przeżyła w styczniu 1945 roku, kiedy to do wioski wkroczyła Armia Czerwona dokonując rabunku, gwałtów a także morderstw na mieszkańcach. Spalono wówczas wiele gospodarstw i szkołę ale na szczęście ocalał kościół.
                                                    Kilka tygodni po wkroczeniu Rosjan wszyscy mężczyźni, za wyjątkiem starców i dzieci, zostali wywiezieni do Rosji. Ci którzy wrócili chcąc okazać wdzięczność Bogu wybudowali kaplice. W 1948 odbudowano szkołę, w roku 1957 Olszowa jako jedna z pierwszych wsi w województwie wybudowała wodociąg. Na przełomie lat 50/60 powstała obok wsi jednostka wojskowa, która istniała do roku 1996.
                                                    W roku 1960 odbyły się w Olszowej uroczystości prymicyjne księdza Joachima Dembończyka. W 1998 roku upada stadnina koni, a w 2001 zostaje uruchomiona autostrada przebiegająca niedaleko Olszowej. Na początku 2007 roku zaczęto remontować kościół w Olszowej, odnowiono większość ścian oraz jego obejście. W prezbiterium naszego kościoła znajduje się późnogotycka rzeźba, o dobrze zachowanej pierwotnej polichromii, stojącej na półksiężycu Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
                                                    W barokowym ołtarzu głównym znajduje się współczesny obraz Matki Boskiej Śnieżnej adorowanej przez św. Grzegorza, św. Floriano oraz przez aniołów, w zwieńczeniu umieszczona jest rzeźba św. Michała Archanioła. Ambona klasycystyczna pochodzi z XIX wieku, a konfesjonał, dwie ławki lektorskie i ławy z XVIII wieku. Proboszczem w parafii Klucz jest ks. Józef Żyłka, który jest równocześnie duszpasterzem hodowców gołębi z terenów całego kraju.
                                                  • berncik Obóz dla internowanych w Strzelcach Opolskich 12.09.12, 20:45
                                                    Obóz dla internowanych w Strzelcach Opolskich - dzień przed wprowadzeniem stanu wojennego władze PRL-u nakazały wyludnić część Zakładu Karnego nr 2. Ludzie, którzy tu później trafili, byli traktowani jak skazani.

                                                    Obóz dla internowanych w Strzelcach Opolskich był jednym z większych tego typu miejsc, jakie utworzono w kraju. Władze komunistyczne zamknęły w nim ponad 400 osób, które sprzeciwiły się ówczesnemu systemowi.
                                                    Decyzja o utworzeniu obozu przyszła w sobotę 12 grudnia 1981 roku. Komendant Milicji Obywatelskiej w Katowicach wydał nakaz wyludnienia pawilonu nr 2, w strzeleckim więzieniu. Skazani, którzy odsiadywali tam wyroki zostali naprędce wywiezieni do innych zakładów karnych. Cele zajmowało tam wtedy ok. 300 przestępców.
                                                    Akcję zatrzymania ludzi, których Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, uznała za niebezpiecznych dla systemu rozpoczęto w sobotę ok. 23.00.
                                                    Byli wśród nich m.in. przywódcy i doradcy NSZZ Solidarność ze Śląska, związani z tą organizacją intelektualiści oraz studenci. Do ich domów zapukali w nocy milicjanci oraz ludzie w cywilu. Wyrwali ich ze snu i zapakowali do opancerzonych samochodów. Później przywieźli ich do Strzelec Opolskich.
                                                    Podobne obozy internowania, były w okolicy także w Raciborzu i Nysie.
                                                    - Pamiętam jak milicjanci przyprowadzili tych ludzi - wspomina jeden z funkcjonariuszy zakładu karnego, który woli zachować anonimowość. - Byli przerażeni, bo nie wiedzieli, co ich czeka. Zdecydowana większość z nich to byli zwyczajni ludzie, którzy nigdy nie siedzieli w więzieniu. Mieli rodziny i wiedli spokojne życie. Tymczasem wyprowadzono ich z domu, bez jakiejkolwiek informacji, na jaki czas zostali aresztowani.
                                                    Badacze historii twierdzą dziś, że akcja „Jodła” (taki kryptonim został przyjęty) oraz samo wprowadzenie stanu wojennego, były dokładnie zaplanowane. Mimo tego mundurowi, którzy organizowali zatrzymania, nie ustrzegli się błędów.
                                                    Po przyjeździe do Strzelec Opolskich pomylili więzienia i podjechali do zakładu karnego nr 1. Zaczęli tam nawet wyprowadzać z samochodów zatrzymanych. Ale szybko okazało się, że zaszła pomyłka.
                                                    W ZK nr 2 dostali podobne warunki do tych, w jakich trzymani byli wcześniej skazani. Było im jednak ciaśniej. W tamtych latach nie było norm, które określałyby np. ile metrów powinno przypadać na jednego więźnia. Do cel pakowano więc nawet po 4, 5 osób.
                                                    - W pierwszych dniach w pawilonie nr 2 panowała kompletna cisza - dodaje ówczesny funkcjonariusz, który pilnował internowanych. - Z przyczyn organizacyjnych siedzieli oni w cywilnych ubraniach. Dopiero później dostali więzienne pasiaki. W nakazach wystawionych przez milicję w Katowicach, można było przeczytać, że internowani nie mogą mieć ze sobą żadnego kontaktu. Postanowienia były dosyć restrykcyjne. Początkowo nie mogli oni nawet wychodzić na spacerniak.
                                                    Antoni Lenkiewicz, jeden z działaczy opozycji antykomunistycznej tak po latach wspominał czasy internowania. Przebywał m.in. w więzieniu we Wrocławiu i Strzelcach Opolskich oraz w obozie pracy w Bieszczadach.
                                                    - W Strzelcach Opolskich zostałem pobity, mieszkałem w bardzo zimnej celi, a ubrać można było się tylko w więzienne drelichy. W Bieszczadach warunki były lepsze niż w więzieniach, ale za to był bardzo utrudniony kontakt z rodziną, głównie z powodu dużej odległości.
                                                    W innych wspomnieniach internowani mówili o tym, że władza komunistyczna celowo dbała o utrzymanie w więzieniu atmosfery grozy i terroru. Chodziło o to, by złamać działaczy opozycji. Co jakiś czas pojawiały się informacje o planowanych wywozach za wschodnią granicę.
                                                    Pierwsze listy, które pozwolono wysłać internowanym do rodzin zaczynały się najczęściej od słów: „Jestem cały i zdrowy”, „Jestem w Polsce”. Wszystkie były uprzednio dokładnie sprawdzone przez cenzora.
                                                    Najgorsze dla internowanych były pierwsze tygodnie. Po tym czasie pozwolono kapłanom na odwiedzanie opozycjonistów. Duchowni wiedzieli, jak podtrzymać ich na duchu. Atmosfera zelżała, a z czasem z więziennych cel usłyszeć można było głośne i wspólne śpiewanie.
                                                    Obóz dla internowanych w Strzelcach Opolskich zlikwidowano pod koniec 1982 roku.

                                                    Radosław Dimitrow, nto
                                                  • berncik Wielcy mistrzowie Zakonu Krzyżackeigo pochodzący z 15.09.12, 20:09
                                                    Wielcy mistrzowie Zakonu Krzyżackeigo pochodzący z Nysy
                                                    Karol Habsburg, Franciszek Ludwik Neuburg, Fryderyk Heski to nie tylko arcyważni biskupi, kardynałowie, książęta związani z Nysą. To wielcy mistrzowie Zakonu...

                                                    Wszyscy trzej byli wielkimi mistrzami Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Czyli wedle Sienkiewicza - po prostu Krzyżakami - uśmiecha się Kazimierz Staszków, miłośnik historii i tropiciel wszelkich śladów dawnych nysan. - Przy czym to właśnie na naszych ziemiach byli wcześniej, zanim trafili na Pomorze...

                                                    Na dodatek Śląsk i Opolszczyzna nie mają co na nich narzekać - wcale nie byli tacy źli. A dowody ich obecności w Nysie można znaleźć niemalże na każdym kroku. Chociażby taki arcyksiążę Karol Habsburg, któremu Nysa zawdzięcza powołanie akademii, kolegium jezuickiego, obecnego Carolinum. - Natomiast książę Franciszek Ludwik Neuburg do tego stopnia umiłował sobie architekturę, zwłaszcza rzymską, że postanowił przeszczepić ja na nyski grunt. Stąd na przykład w Nysie fontanna Trytona, Kościół św. Piotra i Pawła z całym jego wnętrzem oraz cała masa innych zabytków. Dzięki niemu dziś możemy o naszym mieście mówić Śląski Rzym - opowiada Kazimierz Staszków.

                                                    Był jeszcze kardynał Fryderyk Heski, którego serce do dziś spoczywa w posadzce nyskiej bazyliki. Nie bez znaczenia był również wkład całego Zakonu w założenie i rozsławienie uzdrowiskowych pobliskich miejscowości w czeskiej Karlovej Studance i Jeseniku.
                                                    Natomiast w czasie najbardziej spektakularnego starcia Polaków z Krzyżakami - bitwy pod Grunwaldem, diecezją śląską i księstwem nyskim władał biskup Wacław II Legnicki. Jego sarkofag obejrzeć można w naszej bazylice, przy wejściu do zakrystii.

                                                    Wacław II miał być prawdopodobnie jednym z ostatnich biskupów śląskich, którzy sympatią darzyli królestwo polskie. Do tego stopnia był łaskaw, że za czasów jego tutaj panowania król Władysław Jagiełło pożyczał pieniądze od nyskich finansistów.

                                                    Wacław Legnicki to był w ogóle wyjątkowy książę -z nieznanych przyczyn w 1385 roku nie przyjął tytułu kardynała (byłby pierwszym kardynałem z polskiej prowincji kościelnej). Natomiast funkcję biskupa pełnił do 1417 roku. Niemało siły i trudu włożył w budowę dzisiejszej bazyliki. Dał się poznać jako operatywny i skuteczny administrator. Ostatnie lata żywota spędził w swoim ulubionym zamku w Otmuchowie, gdzie zmarł 30 grudnia 1419r. Ponoć na zapalenie płuc. - Pochowany został w tamtejszej kolegiacie św. Mikołaja. Kilkadziesiąt lat później kapitułę przeniesiono do Nysy i wraz z nią prochy biskupa ostatecznie trafiły do kościoła św. Jakuba - tłumaczy Kazimierz Staszków.

                                                    Klaudia Bochenek, nto
                                                  • berncik Germański dialekt na Śląsku 17.09.12, 20:58


                                                    Germański dialekt na Śląsku - germański dialekt, którego używano na Śląsku przed kilkoma wiekami, wciąż żyje.

                                                    Język niemiecki ma dziś wiele regionalnych odmian, w wyniku wielowiekowej asymilacji oraz powojennych wypędzeń niemieckie gwary ze Śląska i okolic zniknęły jednak prawie całkowicie. Prawie, albowiem w okolicach Bielska-Białej zachował się dialekt mający swoje źródła najprawdopodobniej jeszcze w XIII wieku.

                                                    - W Wilamowicach i Hałcnowie, które dziś są częściami Bielska-Białej mówi się językiem, który wytworzył się jeszcze zanim powstała dzisiejsza niemczyzna - wyjaśnia dr Tomasz Wicherkiewicz. Naukowiec z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza jest specjalistą od niemieckich wysp językowych. 26 listopada 2010 roku spotkał się w Opolu z członkami Związku Młodzieży Mniejszości Niemieckiej.

                                                    - Dzisiejsza Polska to był wówczas teren ekspansji Wallonów, Flamandów, którzy wędrowali po całej Europie aż po Azję - mówił Wicherkiewicz wyjaśniając, dlaczego w gwarze wilamowskiej (wymysiöeryś) tak wiele jest elementów przypominających dzisiejszy język niderlandzki.

                                                    Kiedy przodkowie wilamowian osiedlali się w zachodniej Galicji i Śląsku nie było czegoś takiego jak język holenderski, choć elementów wspólnych jest bardzo wiele. Zresztą nie tylko holenderskich: reliktem czasów, kiedy nie było wyraźnych granic między językami, w języku gwarze wilamowickiej do dziś są słowa, które przypominają niemiecki, jidisz, a także polski i czeski.

                                                    W Wilamowicach gwara przetrwała nie ulegając późniejszym wpływom niemieckiego i zachowując się w niezmienionej formie.

                                                    O swojej - nie tylko językowej - wyjątkowości przekonani są mieszkańcy wsi: nie bez powodów utrzymują, że są pochodzenia anglosaskiego, fryzyjskiego i flamandziego. Podobnego zdania są również mieszkańcy Hałcnowa, którzy używali równolegle również języka niemieckiego.
                                                    - Dwa lat temu spotkałem na miejscu dwie panie mówiące śląskim czy bielskim dialektem języka niemieckiego - wspomina naukowiec. - Wówczas na miejscu mówiły tak już tylko one. Ostatnio młodzi ludzie zaczynają wskrzeszać zapomniany prawie język. Dzięki nim wilamowski przetrwa.
                                                    Zdaniem Wicherkiewicza istnienie takiego skansenu językowego jest ostatnią szansą na opisanie i zachowanie gwary, jaką kiedyś najprawdopodobniej posługiwali się niemieckojęzyczni mieszkańcy Śląska i Małopolski.

                                                    Źródło: Nowa Trybuna Opolska,
                                                  • berncik Nasze pielgrzymowanie 18.09.12, 19:42
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/6783_5800.jpg
                                                    Kalwaria na Górze św. Anny tak wrosła w nasze życie religijne, że wydawać by się mogło, że istnieje od zawsze. Pomysłodawcą jej był budowniczy kościoła i klasztoru, hrabia Melchior Ferdynand de Gaschin. Pofałdowany krajobraz góry skojarzył mu się z miejscami świętymi w Jerozolimie. Wpadł na pomysł stworzenia tutaj "Nowego Jeruzalem".
                                                    Kiedy jego zamiary zostały w końcu zrealizowane, tak właśnie nazywano powszechnie Górę św. Anny. Inspiracją była też podobna kalwaria zbudowana przez kanclerza Królestwa Polskiego na Górze Żarek pod Krakowem. Hrabia nie ukończył swego dzieła z powodu podeszłego wieku. Zobowiązał do tego swoich dziedziców.
                                                    Biskup wrocławski, Franciszek Ludwik, zezwolił 28 stycznia 1700 r. na budowę trzech większych i trzydziestu mniejszych kaplic "dla wzbudzenia pobożności wiernych" z zastrzeżeniem jednak, że nie będą one naruszać praw proboszcza z Leśnicy ani opłat kościelnych. Prace ruszyły wiosną tego samego roku. Budowa odbywała się pod nadzorem Włocha, Dominika Sichno, który mieszkał w Opolu. Każda z kaplic otrzymała inną formę. Prace ukończono po dziewięciu latach.

                                                    Powstał wtedy problem - kto ma dokonywać posługi kapłańskiej tysiącom pielgrzymów, którzy zaczęli pojawiać się na Górze św. Anny. Zgodnie z pisemną aprobatą biskupa, cały teren kalwarii podlegać miał proboszczowi Leśnicy. Ten jednak kategorycznie odmówił, oświadczając, że przerasta to siły tak małej parafii. Stwierdził, że koszty utrzymania dodatkowych kapłanów powinien ze swych włości pokryć hrabia. Ten jednak wzbraniał się przed takim obciążaniem jego i jego dziedziców. Co zaskakujące - duszpasterskiej posługi odmawiali też franciszkanie, z którymi budowa kalwarii nie była konsultowana.
                                                    Hrabia Melchior Ferdynand de Gaschin zmarł 6 października 1719 roku, nie doczekawszy się rozwiązania tego problemu. Nowo wybudowane kaplice niszczały. Niektóre służyły pasterzom i ich stadom jako schronienie przed deszczem. Wędrujący w 1753 roku po dawnej kalwarii ojcowie z największym trudem potrafili wśród drzew i chaszczy odszukać ruiny poszczególnych stacji. Dopiero w 1756 roku franciszkanie, z inicjatywy potomka hrabiego, zobowiązali się do zarządzania kalwarią i prowadzenia nabożeństw.
                                                    Trudna odbudowa kapliczek i drogi pielgrzymkowej, finansowana przez hrabiego Antoniego de Gaschin, zakończyła się w 1764 roku. Pierwsza pielgrzymka odbyła się 14 września tegoż roku. Rok później kalwarię odwiedziło 21 000 wiernych. W następnym roku było ich już 34 000.
                                                    Pielgrzymka na Podwyższenie Krzyża
                                                    Tego samego roku odbyła się pierwsza pielgrzymka w święto Podwyższenia Krzyża. Wierni przybyli pieszo z Raciborza, Jemielnicy, Korfantowa, Krapkowic i Białej (Zülz).
                                                    Porządek pielgrzymki w święto Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Świętego wyglądał następująco. Procesja poprzedzana wielkim krzyżem udawała się do kościoła Świętego Krzyża, gdzie odprawiano uroczyste nieszpory. Wierni dzielili się na pielgrzymkę niemiecką i polską. Niemiecka jako pierwsza wysłuchiwała mszy św. i udawała się na procesje. W tym czasie w kościele odbywała się polska msza. Wiernych było tak wielu, że polska pielgrzymka zwykle dzieliła się na dwie procesje.
                                                    Grupy wędrujące po Nowej Jerozolimie miały trzymać się od siebie w takiej odległości, aby wierni nie przeszkadzali sobie nawzajem śpiewami. Wszyscy zbierali się na zakończeniu trasy, by potem wspólnie udać się do klasztornego kościoła po końcowe błogosławieństwo.
                                                    W kronikach annogórskich (informacje te zachowały się w odpisach) wspomina się, że pielgrzymka ze Strzelec w 1765 roku wyróżniała się pięknym śpiewem po łacinie, polsku i niemiecku. Kronika kościoła św. Wawrzyńca (też odpis) mówi, że 12 września 1848 roku, po niemalże czterdziestoletniej przerwie wyrusza na Górę św. Anny pielgrzymka ze Strzelec. Był to rok rewolucji, "zarazy głodowej" i tak wielkiego pijaństwa, że określano go mianem "epidemii alkoholowej", zwanej z niemieckiego "Branntweinpest". Ku wielkiemu zaskoczeniu proboszcza w pielgrzymce wzięło udział ok. 1000 wiernych, którzy w tym trudnym okresie szukali pomocy Bożej Opatrzności.
                                                    Do Strzelec pielgrzymka powróciła 15 września uroczyście witana przez władze miasta i proboszcza. Wtedy to z ust kapłana padło zapewnienie, że od tej pory on i parafianie będą co roku pielgrzymować na obchody Kalwaryjskie Podwyższenia Krzyża Świętego. Ślubowanie wypełniane jest do dnia dzisiejszego. W miniony weekend pielgrzymi ze Strzelec również byli na Górze św. Anny.
                                                    Jako dowód wypełnienia ślubów, w 1923 roku, wybito medal pamiątkowy z napisem: "14 września 1923 r. - 75 [rocznica] ślubowania procesji parafii ze Strzelec na Górę św. Anny w uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego (1849-1923)." W rzeczywistości była to 74 pielgrzymka ślubowana. Być może doliczono też pierwszą pielgrzymkę z 1848 roku.
                                                    Kiedy spogląda się na stare fotografie, dech zapiera widok tłumów, jakie pieszo udawały się do sanktuarium. Przez lata liczba pielgrzymów niestety spada. W latach 20. co roku na Górze św. Anny zjawiało się (według obliczeń klasztornych) około 350 tysięcy pątników. W latach 60. i 70. było to około 200 tysięcy osób rocznie, na przełomie tysiącleci - już tylko 75 tysięcy. To dane ze wszystkich uroczystości, jakie odbywają się na Górze św. Anny.
                                                    Tragiczne lata
                                                    Podczas Kulturkampfu władza tępiła pielgrzymki z całych sił. W niemieckie święto Podwyższenia Krzyża 7 września 1874 roku doszło do następującego zdarzenia:
                                                    "Gdy po sumie wielotysięczny tłum pobożnych pątników przygotowywał się do procesji, zjawił się w klasztorze kierownik urzędu obwodowego Zacharia ze Strzelec [...]. Ogłosił zakonnikom, że nie wolno odprawiać procesji, nie wolno nawet odbywać prywatnego nabożeństwa z udziałem więcej niż 4 osób, wreszcie że lud ma się rozejść do godziny 12 w południe".
                                                    Wierni rozeszli się spokojnie wśród płaczu. 16 żandarmów ze Strzelce, Koźla i Opola nie miało wiele do roboty. Jako uzasadnienie takiego rozporządzenia podano obawę przed rozprzestrzenianiem się cholery.
                                                    W trakcie polskiego święta Podwyższenia Krzyża, 13 września, wydarzenia przybrały już znacznie bardziej dramatyczny obrót. Władze postawiły kordon, który w Wysokiej odprawił ponad 9000 pątników. Wierni przybyli często z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Zjawili się nawet pielgrzymujący z terytorium zaboru rosyjskiego. Według relacji, tysiące mężczyzn ze łzami w oczach prosiło, by mogli chociaż odwiedzić kościół, lecz im na to nie pozwolono.
                                                    Pielgrzymi w ulewnym deszczu w szczerym polu czekali trzy dni na pozwolenie przejścia na Górę św. Anny. W końcu straciwszy nadzieję, powrócili do domów. Podczas głównego święta władzom udało się bez użycia siły nie dopuścić do sanktuarium 40 000 pątników. Tego samego roku żandarmi aresztowali brata zakonnego Dawida Kornka za zbieranie jałmużny. Odsiedział karę trzech dni więzienia w strzeleckim areszcie.
                                                    Dla mnichów prawdziwa tragedia przyszła rok później. Nakazem władz zamknięto szkołę klasztorną, do której uczęszczało 22 uczniów. 31 maja wyszła ustawa wykluczająca wszystkie klasztory (oprócz tych, które poświęcały się wyłącznie opiece nad chorymi) z terytorium monarchii pruskiej. Część zakonników opuściła kraj i na pokładzie parowca "Rotterdam" popłynęła do Stanów Zjednoczonych. Reszta pozostałych w klasztorze mnichów rozjeżdżała się stopniowo. Ostatnich czterech opuściło klasztor 27 sierpnia, przy osobistym zaangażowaniu starosty strzeleckiego. Złapał on najsilniejszego zakonnika za habit i po prostu wyprowadził siłą z przybytku. Mimo braku duszpasterzy, wierni nadal pielgrzymowali do Nowej Jerozolimy. Franciszkanie wrócili tutaj dopiero w 1887 roku.
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                    Źródła: Historia Góry św. Anny, o. Chryzogon Reisch, tłum. Maciej Mischke, red. o. Jozafat Roman Gohly OFM.
                                                    Edyta Bem, Pielgrzymowanie do sanktuarium... [skrypt].
                                                    Romuald Kubik
                                                  • berncik Tajemnica Zbiorowej Mogiły w Zębowicach 20.09.12, 17:44
                                                    Tajemnica Zbiorowej Mogiły w Zębowicach
                                                    Autor:
                                                    ZGS Zębowice

                                                    Tajemnica zbiorowej mogiły - na zębowickim cmentarzu znajduje się zbiorowa mogiła, w której spoczywają niemieccy żołnierze. W środkowej części grobu, na niskim cokole stoi krzyż z jasnego piaskowca z napisem „Zu Gott”. Po bokach rosną tuje w formie żywopłotu.
                                                    Powszechnie sądzi się, iż pochowano tutaj poległych w czasie potyczek z Rosjanami Niemców. Jednak prawda jest bardziej okrutna, znana tylko nielicznym mieszkańcom naszej gminy.

                                                    Antoni Miozga z Pruskowa i Jerzy Kowolik z Siedlisk tak wspominają tamte wydarzenia: „Po wkroczeniu wojsk rosyjskich w styczniu 1945 roku, część żołnierzy zatrzymała się w Zębowicach i w Pruskowie. Nazajutrz, w niedzielę do południa przebywała tam jeszcze grupa żołnierzy niemieckich. Dali zaskoczyć się Rosjanom i bez stawiania większego oporu się poddali. Podczas tej akcji miał zginąć jeden żołnierz radziecki. Rozbrojonych Niemców przesłuchiwano w gospodarstwie Kowolika (brata Jerzego). Zabrano im książeczki wojskowe i dokumenty osobiste, spalono je w piecu kuchennym. Następnie poprowadzono jeńców drogą na Olesno w kierunku Osiecka. Przy drodze między obydwoma wioskami znajdowała się łąka, która dochodziła do wysokiego lasu. Tam zatrzymano oddział. Rosjanie otoczyli cały teren. Kazano pojmanym uciekać przez łąkę w stronę lasu. Wtedy rozległy się strzały z broni maszynowej. W ten sposób strzałami w plecy zabito 31 pojmanych żołnierzy. Z zabitych zdarto mundury i buty. Nagie ciała rozrzucone po łące, przeleżały cały tydzień w śniegu. Dwóm Niemcom udało się uciec w głąb lasu, ich ciała znaleziono dopiero wiosną i pochowano później w tej samej mogile. Niektórzy mieszkańcy Suszenia (części obecnych Siedlisk) ukryci w domach obserwowali to zdarzenie, słyszeli serie strzałów. Dopiero za tydzień, w następną niedzielę zabrano zabitych. Do kilku gospodarzy w Pruskowie i Siedliskach (Józefa Pieprzycy, Antoniego Miozgi, Georga Gasia i Antoniego Kokota) przyszli Polacy z czerwonymi opaskami na ramieniu. Kazali im przygotować dwie furmanki, na które załadowano zamarznięte, nagie ciała zabitych i następnie przewieziono na cmentarz w Zębowicach. Polacy nadzorowali te czynności i zabrali wojskowe numery identyfikacyjne.

                                                    Wszystkich pochowano we wspólnej mogile w obecności księdza Malika z Wysokiej (w tym czasie zębowicka parafia była bez księdza, plebanię spalili Rosjanie)”.
                                                    Ta ponura zbrodnia do dnia dzisiejszego owiana jest tajemnicą, o której prawie nikt nie wspomina. Nazwiska zabitych są nieznane, nie wiadomo skąd pochodzili, wiadomo jedynie iż byli młodzi, może wcielono ich do Wehrmachtu krótko przed zakończeniem wojny.
                                                    Jedynie dziesiątki zniczy oraz modlitwy "wieczny odpoczynek..." świadczą, iż ktoś o nich pamięta. Natomiast dawną łąkę- miejsce egzekucji porasta kilkunastoletni młodnik.
                                                  • berncik Legenda o Gaschinie mocarzu 23.09.12, 18:40
                                                    Zomek we Zyrowej
                                                    https://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/qc/ga/yobe/6Klbc8JMbN513AIzMX.jpg
                                                    Legenda o Gaschinie mocarzu
                                                    pałac
                                                    żyrowa

                                                    Autor:
                                                    sese_96

                                                    Za panowania rodu Gaschinów w Żyrowej zrodziło się wiele legend, jedną z nich jest legenda ,,O Gaschinie mocarzu”.

                                                    Antoni Gaschin za życia był człowiekiem nieprzeciętnie silnym. A jego siła wzięła się stąd, że gdy był raczkującym dzieckiem i zmarła mu matka, to possał czasami mleko lwicy razem z lwiątkami, ponieważ w pałacu trzymano oswojoną lwicę, która akurat miała młode. Po czasie zorientowano się, że chłopiec posiada ogromną siłę. A gdy urósł umiał bez trudu łamać podkowy i ułożony w stos cynowe talerze. Umiał także z łatwością zatrzymać ciężki, załadowany po brzegi i rozpędzony wóz żniwny chwytając jedną ręką za jego koło. Potrafił też dwoma palcami łamać pieniądze. Opowiadano też, że gdy kiedyś zdenerwował się na jednego z grajków pałacowej orkiestry, złapał go za żakiet i jedną ręką trzymał za oknem na znacznej wysokości. Kiedyś zaś umyślił sobie, że kowal zakładający żelazną obręcz do koła karety Gaschiny przywłaszczył sobie z niej jakiś drobiazg. Hrabia wezwał do siebie kowala w tej sprawie lecz on kategorycznie zaprzeczył posądzeniu. Nie wiedział nawet, o jaką rzecz chodzi. Na to tylko czekał hrabia. Złapał żelazną obręcz i owinął ją nieszczęśnikowi wokół szyi. Potem kazał mu z tą obrożą przespacerować się po pałacu, by dworzanie mogli się z niego pośmiać. Wleczony przez cały dwór i zabudowania dla służby, słaniając się z wyczerpania, do domu puszczony został dopiero późnym wieczorem. Tutaj najbliżsi z największym trudem uwolnili go z obręczy, ratując mu życie.
                                                  • berncik Pałac w Żyrowej 25.09.12, 17:19
                                                    https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/yrowa-palac_27.jpg

                                                    Pałac w Żyrowej
                                                    Etykietowanie:

                                                    Miejsca
                                                    żyrowa
                                                    Autor:
                                                    mati1220
                                                    Współautorzy:
                                                    marcjaszg
                                                    online
                                                    Pierwotnie pałac był własnością księstwa opolskiego, po 1280 roku najpierw należał do dóbr kościelnych klasztoru w Jemielnicy, od 1447 roku stał się siedzibą rodziny von Zyrowskich.

                                                    W 1631 roku nowy właściciel dóbr żyrowskich hrabia Melchior Ferdinand von Gaschin rozpoczął budowę pałacu w Żyrowej na podwalinach strawionego przez pożar zamku rodziny Żyrowskich (1447-1629).
                                                    Pałac został wybudowany w latach 1631-1644. Później był wielokrotnie odnawiany i przebudowywany.
                                                    Pałac jest 4-skrzydłowy, z dziedzińcem wewnętrznym na prawie kwadratowym planie, we wschodniej części skrzydło wschodnie na planie litery L, z dziedzińcem gospodarczym.
                                                    Kolejnymi dziedzicami pałacu i dóbr żyrowkich po Melchiorze Ferdinandzie (1581-1665) - twórcy potęgi rodu, fundatora konwentu franciszkanów na Górze św. Anny, byli:
                                                    Georg Adam - budowniczy kalwarii na Górze św. Anny w latach 1700-1709;
                                                    Johann Josef - inicjator budowy murowanego klasztoru na Górze św. Anny;
                                                    Carl Ludwig - zakończył budowę murowanego klasztoru na Górze św. Anny;
                                                    Amand - kapitan cesarski, posiadacz dóbr również na Morawach;
                                                    Anton "Mocny" - odnowiciel kalwarii annogórskiej w latach 1756-1764;
                                                    Franz Adam - fundator renowacji kościoła i klasztoru na Górze św. Anny;
                                                    Leopold Amand - przegrał proces o sanktuarium z rządem podczas sekularyzacji w 1824 roku;
                                                    Ferdinand "Szalony" - ostatni męski potomek rodu von Gaschin (1827-1894)
                                                    W 1852 roku kupił Żyrową poseł Królestwa Prus Max Fryderyk von Hatzfeld-Schoenstein. Kolejnymi właścicielami byli: generał August von Nostitz, bracia Godecke, Eduard Guradze oraz Mary Knowlton (Amerykanka, która otrzymała Żyrową wraz z pałacem w wianie). Mary wyszła za mąż za Johanna Francken-Sierstorpffa i tak rodzina Francken-Sierstorpffów stała się kolejnym właścicielem tych włości. W tym czasie pałac odwiedzają znamienici goście spośród arystokracji niemieckiej w tym cesarz Wilhelm II.
                                                    Pałac był ośrodkiem rozrywkowym arystokracji śląskiej. W 1911 roku przebywał w Żyrowej cesarz Wilhelm II, który był kolegą ze studiów hrabiego Sierstorpffa. Na pamiątkę tego wydarzenia i polowania, które się wtedy odbyło, posadzono dąb, zwany Dębem cesarskim (rośnie nieopodal pałacu). Od południowo-zachodniej strony graniczy z kościołem. Otoczony murami i z wieżą wejściową.
                                                    W okresie II wojny światowej pałac nie poniósł żadnych zewnętrznych zniszczeń, natomiast wnętrza pałacu i jego wyposażenie zostały zdewastowane. Po wojnie mieściło się w nim sanatorium dla dzieci.
                                                    W pobliżu znajduje się okrągła, dwufunkcyjna kapliczka-studzionka, wybudowana na początku XIX wieku oraz park z unikalnymi okazami drzew oraz roślinami chronionymi. Jest także folwark, obecnie w prywatnych rękach, z hodowlą jeleni węgierskich, muflonów i danieli.

                                                    Źródło:
                                                    "Przewodnik po zabytkach Opolszczyzny" Wydawnictwo ADAN
                                                    www.kudyba.pl
                                                    Szołtysek J.,Perły zdzieszowickiego krajobrazu w mozaice zdarzeń.
                                                  • berncik Kościół p.w. św. Mikołaja w Żyrowej 28.09.12, 21:09
                                                    https://www.camperteam.pl/forum/files/thumbs/t_koci_w_mikoaja_yrowa_2_416.jpg
                                                    https://www.polskaniezwykla.pl/pictures/original/284184.jpg
                                                    ano: 7 stycznia 2009, 22:45
                                                    Autor:
                                                    mati1220
                                                    marcjaszg

                                                    Gotycko-barokowy pocysterski kościół p.w. św. Mikołaja pochodzi z 1300 roku. W jego bocznej kaplicy znajduje się grobowiec Johannesa von Francken-Sierstorpff i Mary von Francken-Sierstorpff oraz ich syna Edwina Victora.

                                                    W świątyni znajdują się:

                                                    obrazy: św. Floriana i św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus na ręku, z II połowy XVIII wieku, namalowane przez śląskiego malarza Franciszka Sebastiniego
                                                    malowidła herbów rodowych trzech kolejnych właścicieli Żyrowej: rodziny Żyrowskich (w latach 1447 – 1629), rodu von Gaschin (w latach 1631 – 1852) oraz rodziny von Francken-Sierstorpff (w latach 1889 – 1945).

                                                    Przed kościołem, po lewej stronie, na XVIII-wiecznym cokole z herbem Gaszynów stoi figura Chrystusa Króla, ufundowana w 2000 roku przez anonimowego mieszkańca Żyrowej, a za kościołem wśród tui przepiękny pomnik nagrobny Madonny z Dzieciątkiem z białego marmuru, wzniesiony w 1928 roku po śmierci niespełna trzyletniej hrabianki Elizabeth Christinae von Francken-Sierstorpff.
                                                    W sąsiedztwie kościoła można zobaczyć trzy pomniki przyrody: ponad 220-letni jawor i 270-letnią, ściętą, drobnolistną lipę „świadek”, przykrytą daszkiem oraz aleję cisa jagodowego.

                                                    Źródło:
                                                    "Przewodnik po zabytkach Opolszczyzny" Wydawnictwo ADAN
                                                    "Śląsk Opolski. Zabytki i przyroda" Wydawnictwo Oficyna Piastowska

                                                  • berncik Studzionka w Żyrowej 01.10.12, 18:20
                                                    www.wiadomosci24.pl/artykul/zyrowa_perla_opolszczyzny_120937-1-1-d-2-#galeria-miniatury
                                                    Studzionka w Żyrowej
                                                    Etykietowanie:

                                                    Historia
                                                    studzionka

                                                    Autor:
                                                    sese_96

                                                    online

                                                    Studzinka w Żyrowej - znajduje się niedaleko Dębu cesarza w Żyrowej, jest jedyną na Opolszczyźnie dwufunkcyjną kapliczko – studzionką. Została wzniesiona na początku XIX wieku. Pobierano z niej wodę do picia, a z niedalekiego stawu pobierano specjalną beczką wodę do gaszenia pożarów, widać ją na niższym zdjęciu na kozim rynku. Nazywa się on tak ponieważ prowadzono tamtędy kiedyś kozy.
                                                    Kapliczka ta została obudowana okrągłym murem z kamienia łamanego i nakryta daszkiem stożkowym z drewnianego gontu. Na frontowej ścianie znajduje się płaskorzeźba z wizerunkiem NMP z Dzieciątkiem, przyozdabiana bukszpanowym wieńcem na uroczystość Bożego Ciała.
                                                    Legenda głosi, że źródło ze studzienki ma połączenie ze źródłem wody pitnej na Jasnej Górze w Częstochowie.
                                                    https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/85/MFdeG.jpg
                                                    Melchior Ferdynand de Gaschin (niem. Melchior Ferdinand von Gaschin) - ur. w 1581 w Kietrzu, zm. 16 lipca 1665 w Polskiej Cerekwi) - starosta księstwa opolsko-raciborskiego, założyciel majoratu cerekwicko-żyrowskiego, fundator na rzecz Kościoła śląskiego (m.in. sprowadzenie Franciszkanów na Górę św. Anny oraz ufundowanie im klasztoru). Umocnił pozycję rodu Gaschinów. Zmarł bezpotomnie w roku 1665 i został pochowany w krypcie rodewej Gaschinów w Raciborzu (Kościół św. Jakuba).
                                                  • berncik Masakra ludzi Bartka 05.10.12, 21:43
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/6945_5910.jpg
                                                    Dwunastego lutego 1945 roku do rodzinnej miejscowości Bartka (właśc. Henryk Flame) - Czechowic-Dziedzic na Podbeskidziu - wkroczyli Sowieci. Dowódca partyzantów postanowił się ujawnić, lecz podziemne struktury oddziału Narodowych Sił Zbrojnych, którym dowodził, zostały zachowane. Sam Bartek, wbrew woli większości miejscowych komunistów, został komendantem miejscowej Milicji Obywatelskiej, co wkrótce wykorzystał do walki z nowym okupantem. W szeregi MO wprowadził swoich ludzi. Ich poczynania szybko zostały zauważone i partyzanci znów musieli skryć się w lasach.
                                                    KRÓL PODBESKIDZIA
                                                    Żołnierze należący do NSZ zastąpili członków Armii Krajowej, którzy nie działali na tym terenie zbyt długo i nie odnosili większych sukcesów. Podwładni Bartka stanowili w regionie największy niepodległościowy oddział, doskonale wyszkolony i wyposażony, a co ważniejsze - zdeterminowany do walki z komunistami.
                                                    Zgrupowanie NSZ liczyło około 300 partyzantów. Raporty UB, które są dość wiarygodne, wyszczególniają liczebność pododdziałów: oddział „Sztubaka” - 80 ludzi, „Konara” - 40, „Andrusa” - 30, „Zemsty” - 25, „Śmiałego” - 22, „Żmiji” - 20, „Żbika” - 15, „Małego” - 15, „Murzyna” - 12.
                                                    Najgłośniejszym ich wyczynem było zdobycie Wisły. Stało się to 3 maja 1946 roku. Partyzanci weszli do miasta, opanowali je bez jednego wystrzału, po czym przez dwie godziny spokojnie urządzili sobie defiladę główną ulicą. W tym czasie funkcjonariusze milicji zabarykadowali się w urzędzie i nie ośmielili się wyściubić poza niego nosa. Wydarzenie to rozeszło się głośnym echem po całym niepodległościowym środowisku. Było to też kopniakiem w twarz dla władzy ludowej, która nigdy tego upokorzenia nie zapomniała. Po defiladzie Henryk Flame zyskał przydomek „król Podbeskidzia”.
                                                    Z czasem nasilone akcje przeciwko partyzantce zmusiły żołnierzy do odwrotu. Oddział zaczął się kurczyć. Mimo że zadawali przeciwnikowi poważne straty, sami ponosili więcej ofiar. Wtedy pojawił się zbawiciel.
                                                    LAWINA
                                                    Nazywał się kpt. Lawina (właśc. Henryk Wendrowski). Został przysłany przez centralę NSZ w Monachium. Wraz z nim „Kossowski” vel „Korzeń”. Zdobyli zaufanie dowódcy partyzantów i zaproponowali Bartkowi udział w zebraniu w sztabie Obszaru Zachodniego NSZ w Gliwicach. Spotkanie to było od początku do końca ustawione przez UB. Tematem było przerzucenie żołnierzy na Zachód, do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Zarówno transport, etapy pośrednie, jak i miejsce docelowe miały być zorganizowane przez Narodowe Siły Zbrojne. Trasa przerzutu biegła przez Dolny Śląsk i Czechosłowację. Do Gliwic pojechał „Bartek” w towarzystwie „Lawiny”, swego zastępcy Jana Przewoźnika ps. „Ryś” oraz Anny Czorny ps. „Anuszka”.
                                                    Dowódca wolał wszystko sprawdzić. W pierwszym rzucie wysłał trzech zaufanych żołnierzy, którzy po dotarciu do Jeleniej Góry zameldowali, że wszystko jest w należytym porządku. Uspokojony Bartek zebrał następną grupę - około 200 ludzi, którzy od początku września etapami wyruszali w podróż.
                                                    Transport liczył po 2-3 samochody ciężarowe poprzedzane jednym samochodem osobowym. W nim i za kierownicami ciężarówek siedzieli ludzie Lawiny, którzy na punktach kontrolnych legitymować się mieli fałszywymi dokumentami UB.
                                                    Transporty wyjeżdżały nocą i słuch po partyzantach ginął. Nieliczni z ocalałych po prostu spóźnili się na transport albo zabłądzili w lesie, szukając ciężarówek.
                                                    LIKWIDACJA
                                                    Operacja zaplanowana w Urzędzie Bezpieczeństwa była diabolicznie dopracowana w najmniejszych szczegółach. Kierownictwo UB doszło do wniosku, że wydajniej jest zwabić partyzantów na upatrzone miejsce, niż ganiać się za nimi po lasach.
                                                    Ciężarówki trafiały w różne miejsca. Egzekucje odbywały się prawdopodobnie w okolicach Łambinowic i na terenie starego lotniska w Starym Grodkowie, gdzie również zamknięto żołnierzy w baraku i użyto ładunków wybuchowych. Transport do Hubertusa dotarł w nocy 25 września 1946 roku. Po godzinie 22 przez Barut przejechała kolumna ciężarówek, która znikła w lesie.
                                                    Przed świtem mieszkańców wsi obudził potężny huk, a kiedy wyszli zobaczyć, co się stało, nad lasem unosiła się łuna. Przez kolejne dni dostęp do lasu był zabroniony. Strzegli tego funkcjonariusze ubrani po cywilnemu. W tym czasie trwała akcja oczyszczania miejsca zbrodni. Mimo to długo mieszkańcy okolicznych wiosek znajdowali po lasach pozawieszane na gałęziach skrawki munduru z naszywką „Poland”, fragmenty listów i ludzkie szczątki. Kiedy jesienią opadły liście, na jednej z jabłonek znaleziono ludzką rękę.
                                                    Co wydarzyło się tamtej nocy na Hubertusie? Relacje pozwalają zrekonstruować przebieg wydarzeń.
                                                    Kolumna ciężarówek zatrzymała się opodal budynku na leśnej polanie. Był to kolejny etap pośredni podróży, przygotowany rzekomo przez centralę NSZ. Żołnierze mieli zapewniony nocleg i posiłek. Dostali też sporą ilość wódki. Alkohol został przedtem zaprawiony środkiem usypiającym przez lekarza UB z Katowic - Iwańskiego. Kiedy żołnierze zasnęli w stodole, jeden z UB-eków, Władysław Ossowski (nazwisko znane jest z relacji nawróconego funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa, Jana Zielińskiego) fińskim nożem zabił wartownika. Tutaj relacje się rozmijają. Według jednej wersji, do stodoły, gdzie wcześniej ukryto bańki z benzyną, wrzucono kilka granatów ręcznych. Według innej relacji wysadzono ją 5-6 minami przeciwczołgowymi. Druga wersja jest bardziej prawdopodobna, bo zgadza się z relacjami o potężnej eksplozji słyszanej we wsi.
                                                    Prawdopodobnie część żołnierzy Bartka przeżyło wybuch i została dobita przez UB-eków. Do akcji sprowadzono z Katowic 70 najbardziej zaufanych funkcjonariuszy. Pomagać im miało około 40 Rosjan. O ich udziale w akcji nie ma śladu w dokumentach, lecz mieli oni swoim doświadczeniem poradzić sobie z zatarciem śladów mordu, z czego wywiązali się wzorowo.
                                                    Stodoła, a raczej to co z niej zostało, została oblana benzyną i podpalona. Płomienie zniszczyły większość śladów, a to co pozostało prawdopodobnie wrzucono do jednego z miejscowych stawów.
                                                    BARTEK
                                                    Dowódca oddziału uniknął masakry. Nie wyruszył w pierwszych transportach na zachód. Od Andrzeja Bujaka, który twierdził, że jako jedyny uratował się z masakry na hubertowskiej polanie, Bartek dowiedział się o tragedii i zrekonstruował trasę transportu. Bartek zjawił się na Hubertusie w 1947 r., kilka miesięcy po masakrze. Wraz z miejscowym leśniczym, który również pochodził z Wisły, odwiedził miejsce zbrodni.
                                                    Zarówno Bartek jak i jego ludzie skorzystali z amnestii ogłoszonej przez władzę ludową w lutym 1947 roku. Dowódca partyzantów mógł żyć jak zwykły człowiek i nie był niepokojony przez funkcjonariuszy. Musiał za to stawić czoła gorszemu losowi. Każdego dnia napotykał rodziny zabitych towarzyszy i musiał odpowiadać na pytania, co się z nimi stało.
                                                    1 grudnia 1947 roku funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej, Rudolf Dadak, zastrzelił Bartka w gospodzie w Skoczowie. Stało się to, gdy milicjant był już po służbie. Oficjalnie była to jego samowola, lecz zabójca nigdy nie odpowiedział za swój czyn.
                                                    Główny wykonawca planu likwidacji ludzi Barka, Henryk Wendrowski vel kapitan Lawina twierdził po latach, że sądził, że akcja ma na celu tylko aresztowanie żołnierzy. W PRL-u Wendrowski zrobił błyskawiczną karierę. W latach 1968-73 pełnił funkcję ambasadora Polski w Kopenhadze. Zmarł w 1997 roku.
                                                    Szacuje się, że podczas masowych mordów na Opolszczyźnie i Dolnym Śląsku zginęło około 200 żołnierzy Bartka.

                                                    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA
                                                  • berncik Saga rodu Strachwitzów 12.10.12, 19:53
                                                    https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/kamien_slaski_-_zamek.jpg
                                                    https://www.kamienslaski.pl/cms/php/pobierz.php3?cms=cms_kamsl&id_zal=86&id_dok=25
                                                    Saga rodu Strachwitzów - w listopadzie 2002 r. w Kamieniu Śląskim został pochowany ostatni właściciel zamku i dóbr kamieńskich - Hyacinth Graf Strachwitz. Był synem „Panzergrafa”. Nosił imię ojca.
                                                    Pierwsze wzmianki, które znaleźć można o Strachwitzach dotyczą ich waleczności w bitwie z Tatarami pod Legnicą z 1241 roku.
                                                    Jedna z wersji mówi, że nazwa rodu jest pochodzenia morawskiego i odnosi się do dwóch słów „strachu nic”.
                                                    Nazwisko najprawdopodobniej nadał któryś z władców giermkowi, który według przekazów uratował swojego pana przed napaścią dwóch dużych dzików.
                                                    Król Fryderyk Wielki po zdobyciu Nysy w roku 1741, w czasie pierwszej wojny śląskiej, wyniósł natomiast ród do stanu hrabiów, za dostarczanie prowiantu dla armii pruskiej.
                                                    Ród Strachwitzów był mocno rozgałęziony na Dolnym i Górnym Śląsku. Na dzisiejszym Śląsku Opolskim posiadali majątki w powiecie strzeleckim, koło Olesna oraz Kluczborka. Byli właścicielami m.in. pałaców w Szymiszowie i Izbicku oraz zamku w Kamieniu Śląskim.
                                                    Na przestrzeni wieków wielu Strachwitzów było dobrze postawionymi urzędnikami, kapłanami lub zajmowało wysokie stanowiska w armii.
                                                    Urodzony w 1721 roku Johann Maurycy von Strachwitz, był biskupem pomocniczym i wikariuszem generalnym pruskiej diecezji wrocławskiej.
                                                    Urodzony w 1719 roku Ernst Joachim Graf Strachwitz, był natomiast proboszczem parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach.
                                                    Ówcześni mieszkańcy zapamiętali go jako pracowitego księdza, który dbał o kościelny dobytek. W kościele Bożego Ciała wybudował np. małą barokową wieżyczkę, wyremontował zakrystię, zakupił nowe organy, powiększył plebanię, zbudował stodołę, chlew i studnię.
                                                    Biskup, który odwiedził pewnego dnia proboszcza Ernsta Strachwitza tak opisał jego pracę: „...nawet podróżuje w czerni, prowadzi budujący styl życia, ma talent do kazań i cieszy się poważaniem wiernych, tak że o ile zdobędzie jeszcze więcej doświadczenia zasłuży sobie na awans”.
                                                    Po śmierci proboszcza zastąpił go Franz Georg Graf - również z rodu Strachwitzów.
                                                    Wiadomo, że nie miał łatwego początku, bo w 1754 roku, gdy dopiero objął tą funkcję w mieście wybuchł pożar. Ogień strawił część kościoła, ale księdzu Franzowi udało się odbudować świątynię.
                                                    Z hrabią Colonną, który władał miejscowymi ziemiami łączyły proboszcza bardzo dobre stosunki. Budziło to podziw wśród mieszkańców, bo wcześniej strzeleccy księża kłócili się z panami miasta niemal o wszystko.
                                                    Jednak to przyjacielskie życie zostało zakłócone pewnym wydarzeniem, które skończyło się tragiczne dla księdza i hrabiego Colonny. Z początkiem 1760 roku, gdy Strzelce znajdowały się jeszcze w rękach Austriaków ksiądz wyprawił na plebanii przyjacielskie spotkanie. Był na nim hrabia i austryiaccy oficerowie.
                                                    W pewnym momencie do miasta wkroczyli pruscy husarzy. Oficerowie słysząc strzały zorientowali się, co się stało. Początkowo, razem z hrabią chcieli uciekać przed wojskiem przez miasto. Ale na to było już za późno.
                                                    Proboszcz von Strachwitz zaprowadził ich skrótem do małej furtki w murach miejskich i tam ich wypuścił. W ten sposób oficerowie austriaccy i hrabia uniknęli wzięcia do niewoli.
                                                    Lojalność proboszcza wobec Austriaków bardzo nie spodobała się Królowi Pruskiemu. O zdradzieckim działaniu księdza dowiedział się od radcy podatkowego Egera w Brzegu (Brieg).
                                                    W pewien lutowy dzień 1760 roku proboszcz Franz Georg von Strachwitz i hrabia Colonna zostali aresztowani i pod obstawą pruskich żołnierzy doprowadzeni do twierdzy brzeskiej.
                                                    Proboszcz nie wytrzymał życia w zamknięciu. Zmarł 20 kwietnia 1760 roku w twierdzy brzeskiej, gdzie został później pochowany.
                                                    Hrabia w areszcie nie miał natomiast najgorzej. Na utrzymanie siebie i swojej świty płacił dziennie 8-12 kwartów (1 kwarta to nieco ponad 1 litr) dobrego wina węgierskiego. Został wypuszczony po 14 miesiącach. Ale nigdy nie zobaczył już swoich dóbr i zamku. Hrabia zmarł 6 maja 1761 roku. Pochowano go w kościele kapucynów.
                                                    W listopadzie 2002 r. w Kamieniu Śląskim został pochowany ostatni właściciel zamku i dóbr kamieńskich Hyacinth Graf Strachwitz (nosił takie same imię), był synem „Panzergrafa”.
                                                    Na nim skończyła się pewna część historii Kamienia Śląskiego. Został tłumnie pożegnany przez rodzinę i mieszkańców, a jego ciało zostało złożone, jak sam chciał w krypcie rodzinnej. W nagłówkach gazet pisano że „Graf wrócił do domu”.
                                                    Dziś Strachwitzowie żyją w Niemczech i w innych częściach świata.
                                                    Do 1945 r. byli właścicielami wielu majątków na Śląsku. Po wejściu wojsk sowieckich na Śląsk przedstawiciele tego rodu uciekli na Zachód pozostawiając swoje majątki. Posiadłości po nich, jak i innych rodów przejęło państwo. Niektórzy dziś przyjeżdżają w odwiedziny na Śląsk. Między innymi córka ostatniego właściciela wsi Izbicko - Margrit Gräfin Strachwitz. To właśnie dzięki niej możemy poznać wiele szczegółów z historii rodziny.
                                                    Radosław Dimitrow, nto
                                                    Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii.
                                                  • berncik Hyacinth ostatni z Rodu von Strachwitz 15.10.12, 20:22
                                                    Zomek Strachwicow we Izbicku Dzisiej.
                                                    https://www.kurys.pl/albums/userpics/IMG_5372.JPG
                                                    Zomek w Szymiszowie .Dzisiej dom Starcow.
                                                    https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/szymiszow_palac2.jpg
                                                    Najsłynniejszy z rodu Strachwitzów był Hyacinth von Strachwitz, urodzony 30 lipca 1893 roku.
                                                    Po skończeniu gimnazjum wstąpił do elitarnego poczdamskiego pułku Garde du Corpse, w którym zdobył stopień podporucznika. Niedługo po tym wyruszył na front I wojny światowej.
                                                    Zasłynął tym, że podczas patrolu w 1914 roku wraz ze swoimi kawalerzystami, zapędził się tak daleko, że zobaczył panoramę Paryża.
                                                    Jego patrol zyskał sławę, bo jako jedyny dokonał tak dalekiego wypadu na ziemię francuską. Bohaterowie ze Strachwitzem na czele trafili oczywiście do niewoli, a podczas sądu polowego skazano ich na karę śmierci. Później karę zamieniono na więzienie.
                                                    Wyczyn Strachwitza choć nie wpłynął na działania wojenne był ważny dla Niemiec ze względów propagandowych.
                                                    Ciężko chory Strachwitz po zakończeniu wojny powrócił do Kamienia Śląskiego.
                                                    Niedługo po tym jak wydobrzał wybuchło powstanie śląskie, w którym przyszło mu uczestniczyć. Stanął na czele jednego z wolnych korpusów, który walczył pod Górą św. Anny. Jego oddział był posądzany o dopuszczenie się nieuzasadnionych okrucieństw wojennych, dlatego powstańcy w odwecie spalili pałace w Izbicku i Szymiszowie oraz zakłady wapiennicze i dworzec kolejowy w Kamieniu Śląskim i Szymiszowie.
                                                    Ocalał jedynie zamek w Kamieniu Śląskim, który powstańcy zdążyli jednak splądrować. Ostatecznie nie zdecydowali się go podpalić, bo stamtąd pochodził św. Jacek, a miejsce święte trzeba było uszanować.
                                                    W rejonie kamieńskim wioski w czasie walk przechodziły z rąk do rąk - to na polską to na niemiecką stronę. Ostatecznie hrabia von Strachwitz odbił Kamionek i Kamień Śląski. W ostatnim ataku Niemcy użyli przeciw powstańcom pociski artyleryjskie z trującą substancją.
                                                    Po powrocie na zamek kamieński Hyacinth Grafa Strachwitz postanowił ukarać tych, którzy dopuścili się splądrowania zamku.
                                                    Mieszkańcy Kamienia Śląskiego jako sprawców wskazali mieszkańców z Kamionka. Hrabia udał się więc do wsi i na folwarku kazał zwołać wszystkie kobiety z okolicy. Zaczął wypytywać, gdzie są mężowie i synowie. Gdy Graf nie otrzymał odpowiedzi, kazał jednemu z oficerów wszystkie kobiety rozstrzelać. Dzięki Antoniemu Woźnicy, który służył u boku Strachwitza, ostatecznie nie doszło masakry.
                                                    Woźnica mocno i zdecydowanie się sprzeciwił i przekonał Grafa, żeby tego nie robił, gdyż nie ma żadnych wiarygodnych dowodów, że mieszkańcy byli złodziejami. To uratowało kobiety.
                                                    Do dzisiaj nie wiadomo, czy osoby wezwane na folwark kiedykolwiek ukradły coś z hrabiowskich posiadłości.
                                                    Po zakończeniu wojny zarządzał majątkiem w Kamieniu Śląskim aż do wybuchu II wojny światowej. W 1939 r. wstąpił do dywizji pancernej biorąc udział w kampanii przeciwko Polsce, Francji i Związkowi Radzieckiemu. Sławę zdobył jako „czołgowy jeździec” pod Stalingradem.
                                                    22 sierpnia 1942r., po szaleńczym rajdzie przed zachodem słońca na czele batalionu był pierwszym oficerem, który dotarł do brzegu Wołgi w okolicy Rynoka na północy Stalingradu. Do 1945r. walczył na froncie wschodnim, odnosząc ciężkie rany. Po wojnie osiadł w Niemczech w Bawarii.
                                                    „Panzergraf”, bo tak go nazywano, zmarł w roku 1968 w Grafem-Aschau w Bawarii. Jako generał brygady został pochowany z honorami wojskowymi.
                                                  • berncik Kamień Śląski Kościół św. Jacka 18.10.12, 19:39
                                                    https://www.polskaniezwykla.pl/pictures/original/269664.jpg
                                                    Święty tonących
                                                    Gdy spaceruje się po Wiecznym Mieście i dojdzie do Placu św. Piotra, nad kolumnadą okalającą plac można zauważyć małe postacie. Dopiero kiedy wejdzie się na górę, okazują się one gigantycznymi figurami przedstawiającymi 140 świętych kościoła katolickiego. Zostały umieszczone tutaj w I połowie XVII wieku. Wśród 140 świętych znalazł się tylko jeden Polak - Jacek Odrowąż, urodzony w Kamieniu Śląskim.
                                                    TAK ŻYŁ...
                                                    Zapisanie się w dziejach kościoła było dla Jacka niemal przeznaczone. Urodził się w szlacheckiej rodzinie Odrowążów, bardzo majętnej i z licznymi koneksjami w hierarchii kościelnej. Na chrzcie otrzymał imię Jan, co zapisywano jako Iazco, Iacco lub Jazecho. Z czasem utrwaliło się imię Jacek (w wersji łacińskiej Hyacinthus). Najznaczniejszym członkiem rodziny Odrowążów był Iwo, od 1218 roku biskup krakowski. Była to postać o szerokich horyzontach i wyedukowana na uniwersytetach w Bolonii i Paryżu. Młody Jacek pod jego skrzydłami rozpoczął naukę w szkole katedralnej w Krakowie (gdzie słuchał wykładów Wincentego Kadłubka), a następnie ukończył te same uniwersytety, co jego wuj.
                                                    Po objęciu biskupstwa Iwo Odrowąż wyruszył do Rzymu, zabierając ze sobą m.in. krewnych - Jacka i Czesława. Cel podróży był bardzo konkretny. Przyjacielem biskupa był kardynał Hugolion, który w 1227 roku wybrany został na głowę kościoła i przybrał imię Grzegorza IX. Do historii przeszedł jako postać bezkompromisowa, która nie lękała się nawet ekskomunikować cesarza Fryderyk II. Był też gorącym protektorem nowo powstałych zakonów - franciszkańskiego i dominikańskiego.
                                                    Młodzi ludzie wybrali się w daleką podróż, by wstąpić do dominikanów i sprowadzić ten zakon do Polski. Po krótkim nowicjacie przywdziali z rąk założyciela zakonu habity. Święty Dominik wkrótce zmarł, a polska grupa była ostatnią, jaką osobiście wprowadził w świat dominikanów. Jego następca - Jordan z Saksonii wysłał w następnym roku (1222) Jacka i Czesława do Polski, dając do pomocy kilku zakonnych braci.
                                                    W Krakowie otrzymali do dyspozycji od biskupa kościół parafialny pw. św Trójcy, a jednocześnie rozpoczęto budowę pierwszego na ziemiach polskich klasztoru dominikańskiego. Został erygowany 12 marca 1223 roku, lecz budowla spłonęła w 1225 roku. Jacek, zostawszy przeorem krakowskim, założył studium zakonne, z którego wychodzili dominikańscy misjonarze udający się w głąb Polski, a także do Czech, Moraw, na Śląsk, Pomorze, Mazowsze i na Ruś
                                                    Sam Jacek nie zagrzał zbyt długo miejsca w Krakowie. W 1228 roku ruszył w podróż misyjną na Ruś. Wędrując z kupieckimi karawanami, głosił Słowo Boże w Łuku i Żytomierzu. W końcu dotarł do stolicy Rusi - Kijowa, gdzie przy pobenedyktyńskim kościele Najświętszej Marii Panny powołał dominikański klasztor misyjny. Znajdował się w katolickiej kolonii kupieckiej.
                                                    W tym czasie Jacek Odrowąż wybrał się do Gdańska, gdzie w 1230 roku, za zgodą księcia Świętopełka, założył istniejący do dziś klasztor przy kościele św. Mikołaja. Zainicjował też klasztory w Kamieniu Pomorskim (1228), Chełmie, Elblągu, Toruniu, a także w Rydze, Dorpacie i Królewcu. W roku 1238 św. Jacek ufundował klasztor w Haliczu. W tym samym roku wybrał się do Gniezna, by promować misję krzyżacką w Prusach. Starania Jacka dały dobry rezultat, co później okazało się dla Rzeczypospolitej ogromnym problemem.
                                                    Misja w Kijowie trwała z powodzeniem do roku 1233, kiedy to naraził się księciu Włodzimierzowi. Dominikanie przenieśli się do Halicza, gdzie znaleźli poparcie księcia Daniela i założyli nowy klasztor. Nie dane im było jednak zaznać spokoju. Zderzyli się z historią, a dokładniej z falą tatarską, która zalała środkową Europę w latach 1240-41.
                                                    Legenda mówi, że gdy w 1240 roku Tatarzy atakowali Kijów, Jacek Odrowąż odprawiał mszę świętą. Uciekając z płonącego miasta, zabrał ze sobą monstrancję. Wtedy znajdująca się tam figura Matki Boskiej przemówiła do Jacka, prosząc, by oprócz Syna zabrał także Matkę, i obiecała, że kamienna rzeźba straci całkowicie swój ciężar. Figura stała się niewiarygodnie lekka i pozostała taka, aż dotarła z nim do Krakowa. Obecnie znajduje się w krakowskim kościele Św. Trójcy i nazwana jest Matką Boską Jackową.
                                                    Jacek Odrowąż zmarł w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny - 15 sierpnia 1257 roku. Pochowano go w kościele Św. Trójcy w Krakowie, a jego grób otoczono powszechną czcią, uznawszy go za miejsce cudowne. Marmurowy sarkofag ozdobiono złotem. Dawną celę zamieniono na kaplicę.
                                                    Już w 1427 roku papież Marcin V zezwolił na kult Jacka w prowincji polskiej. Dzięki staraniom późniejszych władców Polski (Stefana Batorego, Zygmunta III Wazy) papież Klemens VIII (1592-1605) zaliczył Jacka - w roku 1594 - w poczet świętych.
                                                    KULT W KAMIENIU
                                                    W 1701 roku, Maria Magdalena z rodu von Larisch, zbudowała, w pałacu w Kamieniu Śląskim, wybudowanym w miejscu dawnego zamku Odrowążów, kaplicę, poświęconą św. Jackowi. Pięć figur św. Jacka znajduje się w różnych miejscach w Kamieniu Śląskim (m.in. w kościele, zamkowej kaplicy i na klasztorze). Błogosławieni rodu Odrowążów - Bronisława i Czesław - także zostali uwiecznieni przez rzeźbiarzy w kamieńskiej świątyni.
                                                    ŻYJE W LEGENDACH
                                                    Ze świętym wiąże się wiele legend. Według jednej z nich, podczas głodu po najazdach tatarskich Jacek miał karmić ubogich pierogami własnego wyrobu. Dlatego przylgnął do niego przydomek „św. Jacek z pierogami”.
                                                    Kolejna opowieść głosi, że za życia Jacka w okolicy Krakowa spadł tak obfity grad, że zniszczył zboże przed żniwami. Lud prosił Jacka o wsparcie i modlitwę do Boga, a następnego ranka zboże na polach się podniosło. Od tego czasu na pamiątkę tego wydarzenia dominikanie święcą i rozdają kłosy pszenicy przy ołtarzu św. Jacka Odrowąża.

                                                    Jeszcze inna legenda opowiada o tym, jak to Jacek doszedł wraz z braćmi Godynem, Florianem oraz Benedyktem pod Wyszogród nad Wisłę, która na wiosnę wylała. Pomodlił się, rzucił swój płaszcz na wodę i po nim jak po moście dostał się na drugi brzeg. Z tego też powodu uważany jest za świętego czuwającego nad ludźmi zagrożonymi utonięciem.
                                                    Jego kult stał się powszechny w kościele - zwłaszcza w Polsce, Czechach i obu Amerykach. Wspomnienie liturgiczne obchodzone jest obecnie 17 sierpnia z uwagi na przypadające 15 sierpnia w kościele katolickim Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny.
                                                    Imieniem Św. Jacka nazwano kilka lat temu gimnazjum w Izbicku. Mottem placówki stały się słowa świętego: Robienie rzeczy niemożliwych jest możliwe, potrzebna jest jedynie wiara.
                                                    ROMUALD KUBIK, RYSZARD MORAWIEC
                                                  • berncik Wschodzące słońce 23.10.12, 18:43
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/7199_6135.jpg
                                                    Dom Rodzinny Josefa Noconia
                                                    https://www.suchelany.com/zdjecia/nocdomro.jpg
                                                    Kuznia Noconia:
                                                    https://gazetylokalne.pl/system/11/articles/000/001/898/photos/big.jpg?1299757413
                                                    Josef Nocon urodził się 18 lutego 1908 roku w rodzinie kowala na Suchych Łanach, jako jeden z sześciorga rodzeństwa. Jego rodzicami byli Amelia i Vincenty Nocon. Był to czas, gdy ziemia strzelecka należała do Cesarstwa Niemieckiego i wydaje się, że przyszły misjonarz do końca życia czuł się Niemcem.
                                                    Pierwsze nauki pobierał w miejscowej szkole podstawowej, w rodzinnej kuźni przyuczał się do zawodu kowala. Praca w metalu nie była jednak jego powołaniem. Szybko podjął decyzję o wstąpieniu do stanu duchownego. W 1923 roku, kiedy miał zaledwie 15 lat, zapukał do bram Zgromadzenia Ojców Werbistów w Nysie. Uczynił to wbrew woli ojca.
                                                    Josef Nocon przebywał w Domu Misyjnym, gdzie uczył się w gimnazjum i liceum. Naukę ułatwiało mu wielkie zamiłowanie do czytania książek. W 1931 roku wstąpił do nowicjatu Księży Werbistów w Domu Misyjnym św. Gabriela w Mödling koło Wiednia w Austrii. Seminarium rozpoczął w roku 1932, rok później złożył pierwsze śluby zakonne, a 19 sierpnia 1937 roku przyjął święcenia kapłańskie. Mszę prymicyjną odprawił w rodzinnej parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach Wielkich w 1938 roku.
                                                    PAŃSTWO ŚRODKA, PAŃSTWO WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA
                                                    Do Chin trafił jeszcze tego samego roku. Wraz z innymi księżmi katolickimi wyruszył do kraju, w którym rozpoczęła się właśnie krwawa wojna z Japonią. Podczas konfliktu, który trwał aż do zakończenia II wojny światowej, zginęło 20 milionów Chińczyków, z czego 17,5 miliona było cywilami. Mimo to Josef Nocon i inni księża wytrwali na swoich parafiach. Wypędziła ich dopiero rewolucja komunistyczna.
                                                    W Chinach o władzę walczyły dwie siły. Armia rządowa - Kuomintang i komuniści pod wodzą Mao Zedonga. Walki trwały już od roku 1927. Podczas wojny z Japonią obie siły włączyły się do walki z okupantem niezależnie, lecz kiedy tylko Japonia przegrała wojnę, Kuomintang i komuniści znów wzięli się za łby. Kuomintang, pod wodzą Czang Kaj-szeka, wojnę domową przegrała w 1950 roku. Spora część jego zwolenników przeniosła się na Tajwan. Chiny musieli opuścić też katoliccy księża, uznani za „agentów Watykanu”.
                                                    Do Japonii przedostali się częściowo przy pomocy fortelu. Podali się za lekarzy. Na pokładzie transportowca amerykańskiej armii USS General W. H. Gordon. Był to ostatni rejs, który z Chin ewakuował uchodźców do Japonii. Oprócz misjonarzy, w tym księdza Nocona, wypłynął nim także konsul USA w Szanghaju, ostatni dyplomata wolnego świata, opuszczający Chiny.
                                                    Przybycie do Japonii wiązało się przede wszystkim z nauką zupełnie nowego języka. Początkowo Josef Nocon przebywał w Tajimi i Gifu. W maju 1951 roku podjął pracę jako pomocnik kapłana w kościele biskupa katolickiego w Niigata. Pięć lat później został głównym kapłanem w mieście Shibata. Równocześnie prowadził przedszkole św. Marii i szkołę krawiectwa św. Marii. W latach 1960-1963 był przełożonym prowincjonalnym w Japońskiej Prowincji Księży Werbistów w Nagoya.
                                                    Od 1963 roku do końca życia pracował w Shibata. Tutaj, za jego wstawiennictwem, wybudowano kościół, który stoi do dziś. Oprócz pracy ewangelickiej uczył języka niemieckiego w kolegium i uniwersytecie Niigata. Ks. Josef Nocon bardzo wiele zrobił dla umocnienia przyjaźni i stosunków japońsko-niemieckich. W 1974 roku został mianowany doradcą spółki Japońsko-Niemieckiej Niigata.

                                                    Szczególną opieką otaczał dzieci, dla których wybudował przedszkole. W 1983 roku za wielkie zasługi, jakich dokonał na ziemi japońskiej, cesarz Hirohito odznaczył go orderem „Wschodzącego Słońca” (Kyokujitsu-shō). Jest to jedno z najważniejszych odznaczeń przyznawanych w Japonii. Wyższe to jedynie Order Chryzantemy i Order Kwiatu Paulowni.
                                                    Josef Nocon z powodu utraty zdrowia 3 listopada 1985 roku przeszedł na emeryturę. Mimo to, zawsze był dostępny i na jego pomoc każdy mógł liczyć.
                                                    Nie doczekał jednak 50. rocznicy wstąpienia w stan kapłański. 30 czerwca 1987 roku, w czasie wizyty u biskupa diecezji Niigata, dostał zawału serca, zmarł w szpitalu Misono. Miał 79 lat. Spoczął wśród miejscowych, których kochał i uczył przez ponad 30 lat. Wdzięczni mieszkańcy, za to co dla nich zrobił, wystawili mu pomnik. Po śmierci ojca Josefa Noconia jeden z jego uczniów - prof. dr n. med. Keniti Kozima napisał do rodziny, że „zmarły misjonarz był dla niego jak ojciec”.

                                                  • berncik Kowale w Wielkich Strzelcach 26.10.12, 21:44

                                                    Strona główna > Historia > Historia Małych Ojczyzn > Kowale w Wielkich Strzelcach
                                                    HISTORIA MAŁYCH OJCZYZN
                                                    Kowale w Wielkich Strzelcach
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik,
                                                    Kowalstwo było jednym z najstarszych i najbardziej poważanych zawodów wykonywanych przez człowieka. Bez metalowych narzędzi i broni niemożliwy byłby rozwój naszej cywilizacji. Przez wieki kowal był otoczony mgiełką tajemnicy. Człowiek, który z grudy ziemi potrafił stworzyć miecz lub podkowę, był w społeczeństwach pierwotnych niemal magiem. Wraz z rozwojem cywilizacji magiczna moc kowali przyblakła, lecz nadal były to niezwykle ważne w każdej społeczności osoby.
                                                    Kowale w Wielkich Strzelcach
                                                    Cech kowali
                                                    Powstał on w Strzelcach stosunkowo późno, bo dopiero w 1609 roku. Napisany został w języku polskim i czeskim. Cech kowali zrzeszał także zawody pokrewne – ślusarzy i rusznikarzy. Los dokumentu, na którym spisano prawo cechowe, wskazuje, że kowale może byli i dobrymi fachowcami, ale porządek to nie za bardzo lubili utrzymywać.

                                                    W 1675 roku w siedzibie cechu stolarzy odkryto zniszczony dokument. Był zaniedbany i wyblakły. Logicznie rzecz biorąc stolarze uznali, że to ich dokument cechowy. Przy bliższych oględzinach okazało się jednak, że jest to spis praw cechowych kowali. Wypłynęło to dopiero, kiedy rada miasta zażądała od stolarzy tego dokumentu, by zatwierdzić jego artykuły.
                                                    Pieczęć cechu miała w tarczy podkowę barkiem do góry, a poniżej skrzyżowany ze sobą pistolet skałkowy i klucz. Po bokach inicjały „I – S” – zapewne ówczesnego mistrza cechu. Na obwodzie znajdował się napis przedzielającymi gwiazdkami: SIGIL D SMID SLOSER STRL. Pieczęć pochodziła z końca XVI w. Wyryty wizerunek oraz napisy zostały wykonane bardzo nieudolnie, co może świadczyć o słabych umiejętnościach rytownika (D. Tomczyk, Pieczęcie górnośląskich cechów rzemieślniczych z XV-XVIII wieku i ich znaczenie historyczne).
                                                    Przyjęcie do cechu kowali nie było prostą sprawą. Status wyraźnie ograniczał ilość rzemieślników w mieście. Kowal musiał pochodzić z prawego łoża. Uczeń, aby być przyjętym, musiał wkupić się opłatą 1 talara i 24 groszy. Dodatkowo musiał dostarczyć do cechu dwa funty wosku i pół achtela piwa (około 70 litrów). Zwolnieni z opłat byli tylko krewni mistrza, co promowało przechodzenie fachu z pokolenia na pokolenie w tej samej rodzinie.
                                                    Czeladnik musiał uczęszczać w niedziele i święta na msze święte. Gdyby udowodniono mu nieobecność na mszy – musiał zapłacić karę w wysokości 2 białych groszy. Wstawać musiał o 3 rano i pracować do godziny 19-tej. Potem mógł pracować dla siebie, ale tylko do kolacji, po której miał zakaz trudzenia się. Pierwotne zapisy w statusie cechu kowali z biegiem lat ulegały poważnym zmianom.
                                                    W 1927 roku w Strzelcach Wielkich istniały dwie kuźnie. Znajdowały się przy dzisiejszej ulicy Marka Prawego. Pierwsza należała do Philippa Donatha, druga do Franza Grzeschitzy. Istniały także trzy warsztaty ślusarskie. Jeden z nich należał do Theodora Galgana przy ulicy Krakowskiej, drugi do Wilhelma Retta przy ulicy Powstańców Śląskich, a trzeci – do wdowy Nimsch przy ulicy Jordanowskiej (Gartenstrasse) (1927 Adresbuch / Einwohnerbuch, Kreis Gross Strehlitz O/S, str. 38)
                                                    W 1943 roku w mieście były trzy kuźnie. Na obecnej ulicy Marka Prawego kowalem był Georg Donath. W dzielnicy Suche Łany przy ulicy Kozielskiej znajdowały się dwie kuźnie – prowadzili je Johann Mrohs i Vinzent Notzon. W mieście znajdowały się też trzy warsztaty ślusarskie – Galgan Theodor (ul. Marka Prawego), Rett Wilhelm (ul. Powstańców Śląskich) i Schwitulla Franz (ul. Krakowska) (Einwohnerbuch für die Stadt und den Kreis Gross Strehlitz O/S, 1943, str. 51).
                                                    16 pokoleń
                                                    Przez wieki kowalstwem parała się w Strzelcach rodzina Mrohs. Tradycję kontynuowano w tej rodzinie przez 16 pokoleń. Pierwsza kuźnia Mrohsów powstała w Strzelcach w 1609 roku, a więc równocześnie z założeniem cechu kowali. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie oni są założycielami cechu. Nie jest powiedziane, że kowali wcześniej w mieście nie było, ale mogli działać bez uregulowań prawnych. W 1662 roku jako starszy cechowy wymieniony jest Johann Mrohs. Gdzie miał kuźnię, nie udało się ustalić. Być może pierwotnie kuźnia znajdowała się w obrębie murów miasta. Jednak w wyniku zagrożenia pożarowego i hałasu zastała założona blisko miasta na Suchych Łanach, gdzie od wielu pokoleń Mrohsowie trudnili się kowalstwem.
                                                    W mieście pracował też inny kowal. Paul Mrohs (zmarł 3 lutego 1928 roku w wieku 46 lat) nie posiadał swojego zakładu i nie był tu zameldowany. Jak podaje Księga zmarłych parafii św. Wawrzyńca – pochodził z innej miejscowości i tam został pochowany. Wynikałoby z tego, że nie był spokrewniony z Mrohsami strzeleckimi.
                                                    Johann Mrohs, potomek wielowiekowej rodziny kowali wraz z innymi mieszkańcami Strzelec został w 1945 roku internowany na wschód, gdzie zginął. Miał 55 lat. W 1948 roku powrócił z niewoli jego syn, Georg, który odziedziczył kuźnię. Podczas weryfikacji miejscowej ludności w 1945 roku zmieniono mu imię na Jerzy Mróz. Pracował w kuźni do roku 1980, kiedy to przekazał ją swemu synowi – Janowi – ostatniej osobie z rodu parającej się tym zawodem.
                                                    Jerzy Mróz pracował w kuźni do ostatnich dni życia. Zmarł w 1987 roku. Jego syn, Jan, zapadł na ciężką chorobę. Zamknął kuźnię w 1988 roku i przeprowadził się do Niemiec. Zmarł w Niedzielę Wielkanocną 2006 roku.
                                                    Po zamknięciu zakładu jego matka, urodzona w 1919 roku, Agdnes Mrohs, napisała w języku niemieckim wiersz opisujący 350-lecie kowalstwa w rodzinie. Nie jest to wybitne dzieło, ale ukazuje przywiązanie do rodzinnej tradycji i żal po zamknięciu kuźni.
                                                    Dziś w miejscu kuźni Mrohsów znajduje się zakład nie związany z kowalstwem.
                                                    Pozostali kowale
                                                    Druga kuźnia znajdowała koło kapliczki przy dzisiejszej ulicy Kozielskiej na Suchych Łanach. Założył ją mistrz kowalski Vincenty Nocon (urodzony 3 kwietnia 1882 roku w Słupsku koło Toszka) na początku XX w. Mistrz kowalski ożenił się 23 czerwca 1906 roku z zapoznaną na zamku sławięcickim służącą Amelią Titz. Po ślubie zamieszkali na Suchych Łanach w folwarku, gdzie dostał pracę w charakterze pomocnika kowala. Egzamin na mistrza kowalskiego zdał 4 maja 1908 roku pod nadzorem komisji egzaminacyjnej złożonej z przewodniczącego Wustmanna i członków Schotki, Mrohsa, Roberta Wloki i Philippa Donatha. Około 1909 roku obok stojącej kapliczki wybudował dom i kuźnię.
                                                    Vincenty Nocon nie miał szczęścia do następcy. Jego najstarszy syn Josef (ur. 1908 – zm. 1987 w Japonii) uczył się kowalstwa tylko przez rok i poszedł za głosem powołania do służby Bożej. Wstąpił do Zgromadzenia Ojców Werbistów. Drugi syn Georg (ur. 1909 – zm. w Niemczech) także nie został kowalem, lecz podjął zawodową służbę w wojsku. Po 1945 roku pozostał na stałe w Niemczech. W 1951 roku Vincenty przeszedł na emeryturę, ale nadal pomagał w kuźni. Zmarł 27 października 1957 roku w wieku 75 lat. Kuźnię ostatecznie przejął jeden z jego uczniów Franz (po weryfikacji zmieniono mu imię na Franciszek) Wieczorek, który ożenił się w 1951 roku z najmłodszą córką Vincentego Noconia – Margerethe (Małgorzata) Nocon urodzoną 27 grudnia 1922 roku.
                                                    Ostatni właściciel tej kuźni zmarł 7 lipca 1987 roku w wieku 71 lat. Od tego momentu kuźnia zaprzestała pracy i została zamknięta. Obecnie budynek służy do celów gospodarczych.
                                                    Świat się zmienił. Nie ma już setek koni wymagających podkucia. Noże i narzędzia (niestety przeważnie Made in China) kupuje się w sklepach. Kowale jednak przeżywają swój renesans. Coraz popularniejsze jest kowalskie rękodzielo.
                                                  • berncik Nad Rio Paraná 31.10.12, 17:13
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/7199_6136.jpg
                                                    Franz Cedzich przyszedł na świat 25 września 1911 roku w Dolnej. Jego rodzicami byli Stanislaw (8 maja 1875 - 12 lutego 1965) i Anna z d. Roźetz (pisana też Roźec, 5 października 1883 - 7 czerwca 1938). Ojciec był rolnikiem i murarzem. Franz był czwartym wśród dziewięciorga rodzeństwa. W domu rodzinnym mówiono po niemiecku i śląsku. Wszyscy członkowie rodziny byli gorliwymi katolikami.

                                                    Także młody Franz wyróżniał się żarliwą wiarą i zamiłowaniem do nauki. Ówczesny proboszcz parafii Dolna ks. Karl Böhm (1872-1940) przyjął go do grona ministrantów, a później przygotował do egzaminu w szkole średniej i wspierał finansowo. Pod jego okiem Franz pilnie uczył się niemieckiego, łaciny, matematyki, historii i innych przedmiotów. Podczas trudnych lat I wojny światowej, powstania śląskiego i plebiscytu mieszkał na plebanii.

                                                    Od dzieciństwa rodzice przygotowywali go do stanu duchownego. Już sam wybór imienia nie był przypadkowy. Nazwano go Franciszkiem na cześć św. Franciszka z Asyżu. Ojciec przyszłego biskupa wybrał się w 1924 roku do Domu Misyjnego św. Krzyża w Nysie z prośbą o przyjęcie syna do tamtejszego gimnazjum Księży Werbistów. Przyjęto go, gdy nie miał jeszcze 13 lat. Tam przebył dalszą drogę nauki, aż do egzaminu dojrzałości w 1931 roku.

                                                    Tego samego roku rozpoczął nowicjat Domu Misyjnego św. Gabriela w Mödling koło Wiednia oraz studia filozoficzno-teologiczne. Szkoła misyjna była słynna na całą Europę.

                                                    Młody Franz Cedzich nie tryskał zdrowiem, co omal nie przeszkodziło w jego misyjnych planach. Rada prowincjonalna dopuściła go jednak do ślubów pod warunkiem, że o siebie zadba. Święcenia kapłańskie otrzymał 19 sierpnia 1937 roku z rąk ks. kardynała Teodora Innitzera. Dla mieszkańców Dolnej było to wielkie święto, gdyż było to pierwszy kapłan wyświęcony z tej parafii. Wraz z nim święcenia przyjął przyszły misjonarz w Chinach i Japonii - ks. Josef Nocon. Wspólna nauka i wejście w stan kapłaństwa umocniła ich przyjaźń do końca życia. Mimo że powołanie rzuciło ich na przeciwległe strony globu, korespondowali ze sobą, kiedy tylko mogli.

                                                    Jeszcze przez rok Franz Cedzich kontynuował studia teologiczne. Mszę prymicyjną miał odprawić w rodzinnej wsi. Radość przyćmił jednak wypadek matki, która podczas przygotowań do święta nieszczęśliwie upadła i trafiła do strzeleckiego szpitala. Syn, przynaglony telegramem, przybył do łoża śmierci matki 31 maja 1938 roku, gdzie przebywał aż do jej ostatnich godzin. Zmarła 7 czerwca 1938 roku w wieku 54 lat. Młody ksiądz zamiast swej mszy prymicyjnej, 10 czerwca odprawił mszę pogrzebową matki. Do końca życia zdjęcie matki nosił w brewiarzu i stawiał na biurku.

                                                    Msza prymicyjna jednak się odbyła. Stało się to prawdopodobnie podczas chrztu, jaki dawał Heinrichowi Emilowi Szczerbinskiemu, mieszkańcowi Dolnej, 22 czerwca 1938 roku.

                                                    Podczas studiów w Wiedniu między Franzem Cedzichem a nowym proboszczem parafii w Dolnej, ks. Netterem, wyniknął spór. Ks. Netter był negatywnie nastawiony do rodziny Cedzichów. Powodem były pieniądze, które parafianie z Dolnej oddawali na studia młodego księdza. Sumy te nie dochodziły jednak do seminarium. W końcu sprawą zajął się ówczesny dziekan Karl Lange ze Strzelec, lecz niewiele wskórał.

                                                    Ks. Netter nie zjawił się na mszy prymicyjnej. Specjalnie z Biedrzychowic (Friedersdorf) przyjechał za to ks. Karl Böhm. Wygłosił kazanie po polsku i niemiecku. Zaraz po uroczystościach Franz Cedzich wrócił do Wiednia, a następnie wyjechał na misję.

                                                    AMÉRICA DEL SUR
                                                    „Monte Sarmiento” odpłynął z Hamburga 9 września 1938 roku. Kierował się do Ameryki Południowej, na pokładzie niósł młodego misjonarza, którego przeznaczono do pracy w Argentynie. W czasie podróży pisał listy do rodziny, które wysyłał z każdego portu. Wspominał m.in. że przez kołysanie statku notorycznie zacinał się w czasie golenia, co uświadamiało mu, że nie jest już w rodzinnym domu. Prawie każdego dnia, razem z innymi kapłanami, wczesnym rankiem odprawiał w sali balowej mszę świętą. Do Buenos Aires dopłynął 4 października.

                                                    Na miejscu udzielił chrztu 20 osobom. W czasie zbliżających się świąt Bożego Narodzenia gromadził się z innymi misjonarzami, by śpiewać po niemiecku kolędy. Argentyńczycy nie znali tradycji kolędowania, więc zwyczaj przyprowadzony z Europy był dla nich nowością. Ksiądz Cedzich odprawiał także msze w polskiej kaplicy, wokół której obracało się życie duchowe emigrantów.

                                                    Pierwsze miesiące poświęcone były szlifowaniu języka hiszpańskiego. W 1939 roku ks. Cedzicha wysłano do jego miejsca docelowego - regionu Encarnación w Paragwaju...

                                                    Ciag dalszy>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
                                                  • berncik Re: Nad Rio Paraná 31.10.12, 17:30
                                                    PAŃSTWO GROBÓW
                                                    Ksiądz Franz Cedzich został skierowany do pracy misyjnej w Paragwaju. Historia tego państwa jest równie fascynująca co nieprawdopodobna. Dawna kolonia hiszpańska, wicekrólestwo La Platy, wybiła się na niepodległość na wieść o zajęciu przez Napoleona Hiszpanii. Wkrótce z nowego organizmu odseparował się Paragwaj, co przypieczętowała bitwa nad rzeką Paraguarí. Kraj rządzony w sposób dyktatorski odizolował się od świata zewnętrznego. Przywódca, José Gaspar Rodríguez de Francia, nakazał całkowitą samowystarczalność. Zakazał importowania towarów, technologii a nawet korespondencji z resztą świata. Zakazał także wydawania prasy.


                                                    W 1865 roku wybuchła wojna paragwajska, zwana także wojną potrójnego sojuszu. Przeciwnikami były Brazylia, Argentyna i Urugwaj. Konflikt, który trwał 5 lat, był dla Paragwaju trudną do wyobrażenia katastrofą. Państwo straciło większość swojego terytorium. Tragiczniejsze były jednak straty w ludziach. W walkach zginęło około 90% dorosłych mężczyzn a populacja kraju zmniejszyła się o około 60% (dane te nie są ścisłe i różnią się w źródłach). W niektórych rejonach Paragwaju po wojnie na jednego mężczyznę przypadało ponad 20 kobiet (niekiedy wspomina się nawet o 38). Nietrudno sobie wyobrazić, co się wtedy działo.
                                                    Następne dziesięciolecia stały pod znakiem beznadziei, przewrotów wojskowych, konfliktów z sąsiadami. W latach 30. wygrana krwawa wojna z Boliwią włączyła w granice Paragwaju region Chaco. Konflikt nie przyniósł jednak spodziewanych korzyści, bo na przyłączonych terenach nie znaleziono, jak się spodziewano, ropy.
                                                    Rok 1940 był początkiem nowej dyktatury w Paragwaju. Prezydent Higinio Morínigo zawiesił konstytucję i zakazał działalności partii politycznych. Po krótkiej liberalizacji w 1947 roku doszło znów do przewrotu wojskowego, który wyłonił lidera - najmłodszego generała Ameryki Południowej, z pochodzenia Niemca - Alfredo Stroessnera. Okres jego rządów, który zakończył się dopiero w roku 1989, był odbierany za czasy względnego spokoju. Generał był w miarę tolerancyjny dla opozycji, lecz bezlitośnie zwalczał komunistów (czym zyskał sobie poparcie USA). Na porządku dziennym była jednak korupcja, porwania i morderstwa.

                                                    PIESZO OBOK KONIA
                                                    Ksiądz, przybywając tutaj konno z Argentyny w 1939 roku, natknął się na ogromne ubóstwo ludzi, którzy cechowali się jednak wielką religijnością. W regionie Encarnación, liczącym 30 tysięcy km2 i 40 tysięcy ludzi, posługę kapłańską pełniło tylko 3 księży. Franz Cedzich był czwartym. Jedynym środkiem transportu był koń. Gdy ksiądz z niego spadł, resztę trasy przeszedł pieszo obok czworonoga.

                                                    Od 1940 roku pracował na południowym wschodzie Encarnación w Carmen del Paraná. Mieszkała tu grupa polskich emigrantów, którymi się opiekował. Udzielał też wsparcia emigrantom niemieckim zamieszkałym w Hohenau. W 1946 roku został głównym proboszczem w Encarnación.
                                                    Praca nie polegała tylko na posłudze duchowej. Głównym problemem była nieprawdopodobna bieda ludności. Tłumaczył im, że poprawa losu zależy od ich własnego działania, a u władz państwowych wciąż zabiegał o reformy społeczne. Organizował ruch chłopski i robotniczy. Starał się, by kobiety znajdowały pracę. Rozbudowywał kościoły i parafie. Założył tygodnik parafialny „Orientación”, który później został gazetą diecezjalną. Sprowadził do pomocy 3 siostry zakonne. Przez te lata pieszo, konno lub rowerem, w zabójczym klimacie, przebył 40 tysięcy kilometrów bezdroży. Udzielił 5260 chrztów świętych, a 3650 dzieci przyjęło Pierwszą Komunię. Podczas całego życia przewędrował ponad 100 000 kilometrów.

                                                    BUDOWA KOŚCIOŁA I WOJNA
                                                    Osobną historią była budowa kościoła w Carmen del Paraná. Świątynię pw. Matki Boskiej Częstochowskiej budowano w latach II wojny światowej. Witraże miały być wykonane w Niemczech, lecz kolejowy skład z nimi został zbombardowany w Köln. W 1947 roku rozpoczęto budowę 35-metrowej wieży kościelnej. Świątynia służyła głownie ludności miejscowej, ale była też łącznikiem między dwiema grupami imigrantów - polską i niemiecką. W czasie, kiedy na wszystkich frontach świata te nacje stały po przeciwległych stronach okopów, w Carmen del Paraná uczęszczały do tej samej świątyni. W 1947 roku ksiądz pisał do rodziny, że udzielił ślubu polskiej parze - Piskorskiemu i Burdz.
                                                    Regularna korespondencja z rodziną przynosiła wieści o wojnie i biedzie, jaka po niej nastała. Ksiądz wspomagał ją jak mógł. Zamiast jednak posyłać paczki żywnościowe, wypełniał je cygarami i tabaką, które były towarem poszukiwanym i który łatwo wymienić można było na najpotrzebniejsze rzeczy. Zapomnieć o wojnie pozwalała praca na wyższej uczelni, gdzie nauczał literatury greckiej i łacińskiej. Jednak kolejne informacje z ojczyzny były coraz tragiczniejsze. Na wojnie zginęli bracia kapłana - Anton i Georg oraz jego liczna grupa przyjaciół i znajomych.
                                                    W ARGENTYNIE
                                                    W styczniu 1950 roku, w dowód uznania za dotychczasową pracę, generał księży werbistów mianował o. Cedzicha prowincjonalnym ekonomem południowej prowincji w Argentynie. Z nowych obowiązków wywiązywał się wzorowo, nigdy nie przerzucając ich na barki innych. Wystąpił też z inicjatywą założenia katolickiej agencji prasowej. Pomysł ten, często krytykowany, po latach okazał się wielce trafiony. Podjął się też prowadzenia niższego seminarium duchownego im. Josefa Freinademetza w Coronel Suárez w archidiecezji Bahia Blanca.

                                                    W końcu, w roku 1956, wybrano go głównym przełożonym południowej prowincji w Argentynie. Stanął przed ogromnym problemem braku kapłanów. W regionie służyło 82 ojców i 49 braci misyjnych, w nowicjacie były 22 osoby, zaś w seminarium studiowało 193 alumnów. Pod opieką mieli 200 000 wiernych. Dlatego też w 1958 roku Cedzich wybrał się do Rzymu. Przy okazji, mimo wielu trudności, udało mu się odwiedzić rodzinną wieś, Dolną, i Mazury. Z wyjazdu tego wrócił z dwoma misjonarzami z Bytomia, którzy wzmocnili kadrę duszpasterską w Argentynie.

                                                    Po zmianie władz prowincji werbistów w 1959 roku, wrócił na dawne stanowisko ekonoma. Czas ten wykorzystał na odbudowę i unowocześnienie drukarni misyjnej Guadalupe w Rafael Calzada. Pracował tutaj także jako duszpasterz i miał niesamowity dar zjednywania sobie ludzi. W liście wspominał, że w środę popielcową 1959 roku wyspowiadać się chciało u niego 1500 dzieci, z czego po całym dniu w konfesjonale udało mu się wyspowiadać jedynie 400, co było powodem do zmartwienia. W roku 1965 otrzymał z Dolnej tragiczną wieść o śmierci podeszłego w wieku ojca.

                                                    Najtrudniejszą, a jednocześnie ulubioną częścią pracy, była posługa w dorzeczu La Plata. Dwie rzeki, Rio Paraná i Rio Urugway, utworzyły tam rozległy, zalany obszar niemal niedostępny dla świata. 17 500 km2 bagnisk i rozlewisk zamieszkiwało 20 000 ludzi bez jednego kapłana. Dostać się tam można było jedynie łodzią. W 1964 roku ksiądz Cedzich wybudował tam pierwszą kaplicę i już niedługo do komunii przystąpiło w niej 347 dzieci i dorosłych.
                                                    TANGO Z DYKTATOREM
                                                    Drugiego lutego 1966 roku Franz Cedzich został mianowany przełożonym misji na cały okręg Alto Paraná - obszaru dziewiczej dżungli o powierzchni ponad 20 000 km2. Początkowo mieszkał w zwykłej chacie, ale przywódca kraju, Alfredo Stroessner, miał wobec tego regionu szeroko zakrojone plany. Rok wcześniej rozpoczął budowę jednej z największych elektrowni wodnych świata. Przez prowincję poprowadzono drogę i most łączące miasta Puerto Presidente Stroessner w Paragwaju i Foz do Iguacu w Brazylii. Prowincja przyciągała najemnych robotników i osadników.
                                                  • berncik Re: Nad Rio Paraná 31.10.12, 17:35
                                                    TANGO Z DYKTATOREM
                                                    Drugiego lutego 1966 roku Franz Cedzich został mianowany przełożonym misji na cały okręg Alto Paraná - obszaru dziewiczej dżungli o powierzchni ponad 20 000 km2. Początkowo mieszkał w zwykłej chacie, ale przywódca kraju, Alfredo Stroessner, miał wobec tego regionu szeroko zakrojone plany. Rok wcześniej rozpoczął budowę jednej z największych elektrowni wodnych świata. Przez prowincję poprowadzono drogę i most łączące miasta Puerto Presidente Stroessner w Paragwaju i Foz do Iguacu w Brazylii. Prowincja przyciągała najemnych robotników i osadników.

                                                    Praca duszpasterska wśród Indian nie była łatwa. Trzeba było wypracować sposób ewangelizacji, który uszanuje ich kulturę i system wartości. Cedzich przekonywał ich, że chrześcijaństwo to droga do odnalezienia godności i wolności.

                                                    Jeszcze przed przybyciem nowego prałata w Puerto Presidente Stroessner (dziś Ciudad del Este) rozpoczęto budowę nowej świątyni. Miała ona nowoczesną architekturę, a dwie ściany były naturalnymi skałami. Budowę przerywano i podjęto ostatecznie w 1968 roku. Zbiegło się to z innym, niezwykle ważnym wydarzeniem.

                                                    W roku tym, dekretem ojca świętego Pawła VI, ogromną prałaturę podzielono na dwie niezależne części, z których utworzono diecezje. W Encarnación biskupem został o. Johannes Bockwinkel, a w Alto Parana - ks. bp Francesco Cedzich. 6 maja poinformowano go, że nowe biskupstwo ma objąć już 11 maja, co było dla niego ogromnym zaskoczeniem. Święcenia przyjął z rąk nuncjusza papieskiego 23 czerwca 1968 roku w katedrze w Encarnación.

                                                    Na uroczystości obecny był prezydent Stroessner z małżonką, który ofiarował Cedzichowi pierścień biskupi. Napis na herbie brzmiał Para que tengan vida - „Aby mieli życie”.

                                                    Kiedy Cedzich przybywał do Alto Paraná w 1966 roku, na obszarze tym były tylko trzy parafie. Gdy wprowadzano go uroczyście 30 czerwca 1968 roku do biskupstwa, parafii było już osiem, z kościołami i farami, oraz trzy żeńskie domy zakonne. Nominacja ta wywołała radość w rodzinnych stronach. Bp Franciszek Jop, administrator apostolski, przesłał do ks. F. Holisza w Dolnej list, w którym pisał, że wydarzenie to było wielkim zaszczytem dla całego Śląska. Jeszcze tego samego roku, już jako biskup, Franz Cedzich odwiedził Dolną.

                                                    Kościół w Puerto Presidente Stroessner konsekrowano 3 lutego 1970 roku. Obecnych było tysiące wiernych, dwóch biskupów, 13 kapłanów oraz prezydenta republiki z ministrami. Uroczystość transmitowana była przez radio na cały kraj.

                                                    W lipcu 1971 roku biskup Cedzich udał się do Europy, gdzie szukał finansowego wsparcia dla swojej diecezji. Odwiedził też Dolną, gdzie wziął udział w odpuście Matki Boskiej Szkaplerznej. W drodze powrotnej udał się do Wiednia, tam poddał się szczegółowym badaniom lekarskim, stan jego zdrowia bowiem się pogarszał.

                                                    W Paragwaju, mimo coraz gorszego samopoczucia, odmawiał wizyty u lekarza. Dopiero w listopadzie 1971 roku zgodził się na badania. Stwierdzono u niego podwyższony poziom cukru i wysokie ciśnienie. 12 listopada doszło do wylewu krwi do mózgu. Przewieziono go do kliniki w Asunción, gdzie stwierdzono nowotwór mózgu. Zapadła decyzja o operacji wykonanej 22 grudnia. Biskup Franz Cedzich zmarł po niej, nie odzyskując przytomności, 22 grudnia 1971 roku (23 grudnia czasu polskiego). Do Dolnej wiadomość dotarła w Wigilię Bożego Narodzenia.

                                                    Pogrzeb odbył się 27 grudnia. Ciało biskupa spoczęło w krypcie kościoła, który sam wybudował. W uroczystościach brało udział kilka tysięcy wiernych, 7 biskupów i 40 kapłanów oraz prezydent z rządem. Nuncjusz apostolski powiedział o nim: Charakterystyczne dla niego były prośby bardzo proste, które na ostatnim zakręcie w swojej diecezji, w sercach kapłanów i wiernych pozostawił. Biskup Cedzich żyje w sercach wielu wiernych jako ojciec Francisco.

                                                    Krzyż i pierścień biskupi zostały przekazane rodzinie. Krzyż został umieszczony na tablicy pamiątkowej w kościele w Dolnej, po lewej stronie nawy głównej. Za sprzedany pierścień ufundowano kielich mszalny, który do dziś kapłani używają podczas liturgii.

                                                    Postać biskupa Cedzicha jest otoczona w Paragwaju powszechnym kultem. Traktuje się go niemal jak świętego. Wyrył się w pamięci nie tylko dobrocią, ale i swoimi słabostkami i zwyczajami. Uwielbiał pić miejscową mate, ubierał się skromnie, a łańcuch do biskupiego krzyża kupił na miejscowym targu. Jak powiedział: Chcę kupić to, co dają za 2,30 za metr. Przez ponad 30 lat zawsze chodził spać o godz. 21.15. Kiedy nadeszła ta godzina, mówił: Dzieci i biskupi do łóżka! Gdy pytano się, jak się czuje, odpowiadał im zawsze: ¡Gordo y feliz! - korpulentnie i szczęśliwie.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Izbicki miecz 06.11.12, 16:21
                                                    www.strzelecopolski.pl/files/images/rekonstrukcja.jpgWegmeno Boha Otcze Syna y Ducha Swateho Amen. Ja Mikulass z Bozÿ milosti knÿzie w Slezy Oppolske a Horniho Hlohowa, Ucžinil sem Porzizenÿ w mogi Magetnosti a meho dobra w Autery po Swatym Janu Krztitelj Bozim, kdy se psalo po Narozenÿ Syna Božiho 1497. Roku w Nyse w Wieži dwie hodinie przed Poledniem...

                                                    Takimi słowy rozpoczyna się testament księcia opolskiego Mikołaja II spisany w ostatnich chwilach jego życia. Mimo że do stracenia Piasta doszło w Nysie, to niezwykłe historyczne wydarzenie ma też związek z naszą ziemią.

                                                    KSIĄŻĘ I KAT
                                                    W czerwcu 1497 roku w Nysie odbył się zjazd książąt śląskich. Miał on na celu ustalenie sposobu, w jaki lokalni władcy mieli dokonać hołdu ówczesnemu królowi czeskiemu, Władysławowi Jagiellończykowi. Na spotkaniu omawiano też zagrożenie ze strony Turcji i potwierdzenie przywilejów dla księstw śląskich. W nyskim ratuszu zebrała się śmietanka towarzyska z biskupem wrocławskim Janem IV Rothem włącznie.

                                                    Kroniki dokładnie podają przebieg wypadków. Obrady rozpoczęły się 26 czerwca 1497 roku. Po czterech godzinach rozmów książę Henryk otrzymał dwa listy, które chciał przeczytać na osobności. Ogłoszono więc przerwę w obradach, a Henryk udał się do osobnej komnaty.

                                                    Podejrzliwy Mikołaj, po krótkiej rozmowie ze swoim zausznikiem, niejakim Neühaüserem, uznał, że owe listy muszą zawierać rozkaz jego uwięzienia. Ta próba uzasadnienia dalszych czynów księcia budzi jednak wątpliwości. Gdyby takie rozkazy zostały naprawdę wydane, doręczono by je raczej księciu Kazimierzowi Cieszyńskiemu lub biskupowi, którzy zjazd organizowali. Może więc Mikołaj II podejrzewał, że listy zawierały informacje kompromitujące go, które mogły stać się podstawą do aresztowania? Tego można dziś się jedynie domyślać.

                                                    Według kronik, Mikołaj II wydobył ukryty pod szatami sztylet i krzycząc „Zdrajcy!” zaatakował stojącego w pobliżu ówczesnego starostę generalnego na Śląsku Kazimierza Cieszyńskiego. Kolejną ofiarą stał się Jan IV Roth, którego książę zranił w brzuch. Biskupa przed śmiercią uratował Jan Bischofsheim, uniemożliwiając księciu zadanie kolejnego ciosu.

                                                    Mikołaj II znów rzucił się na swoją pierwszą ofiarę, która co sił uciekła z miejsca obrad. Dopadł ją przed jedną z sal znajdującą się na pierwszym piętrze ratusza. Pchnięcie sztyletem udaremnił mu starosta kłodzki, Jan Pannwitz, który wyrwał Mikołajowi broń z ręki. Nagle przy księciu pojawili się jego słudzy, którzy chcąc ocalić mu życie, pomogli w przedostaniu się do kościoła św. Jakuba, który znajdował się nieopodal ratusza. Książę liczył na prawo azylu, które nie pozwalało zatrzymać przestępcy chroniącego się w przybytku Bożym.

                                                    Wieści o próbie morderstwa w ratuszu szybko rozprzestrzeniły się po całej Nysie. Uzbrojeni w miecze i dzidy mieszczanie tłumnie wdarli się do kościoła, gdzie przed ołtarzem leżał książę Mikołaj. Prawo azylu zostało złamane, a pozwolić miał na to sam biskup wrocławski. Mieszczanie wyciągnęli księcia ze świątyni za pomocą sieci. Doprowadzono go do ratusza, gdzie Henryk Ziębicki pokazał mu otrzymane listy, które nie zawierały żadnych wzmianek o aresztowaniu Mikołaja.

                                                    Schwytanego uwięziono w nieistniejącej dziś wieży brackiej. Pozbawiono pożywienia, wody oraz okrycia wierzchniego, które zdarł z niego motłoch w kościele św. Jakuba. Wydano zgodę, by odwiedził go kapelan, na którego wyznaczono kanonika wrocławskiego Henryka Fulštejna.

                                                    Uczestnicy zjazdu postanowili, że Mikołaj odpowie przed sądem ławniczym w Nysie, który osądzi go za targnięcie się na królewskiego starostę i biskupa. Zapadł wyrok śmierci poprzez ścięcie mieczem kata miejskiego. Wyrok ów zapadł wbrew obowiązującemu w Nysie prawu sądowniczemu. Wielmożów nie przekonała ani propozycja okupu w wysokości stu tysięcy złotych węgierskich, ani argumenty, że księcia sądzić może jedynie trybunał królewski.

                                                    27 czerwca, w dniu egzekucji, przed ratuszem nyskim rozłożono czerwone płótno. Plac wypełnił tłum mieszkańców, a z okien ratusza całemu wydarzeniu przyglądali się uczestnicy zjazdu książąt. Mikołaj modlił się chwilę, a następnie na ziemi nakreślił znak krzyża. Podniósłszy się, zdjął podarowany mu poprzedniej nocy przez jednego ze szlachciców płaszcz, po czym uklęknął, próbując zebrać do jednej ręki włosy, tak by odsłonić kark. Drżąc jednak ze strachu, nie potrafił tego uczynić. Kat podał mu swoją czapkę i ukrył w niej włosy, po czym ściął książęcą głowę jednym sprawnym ruchem. Ciało spoczęło w kościele franciszkańskim w Opolu.

                                                    Współcześni mu kronikarze nie wspominają postaci Mikołaj II zbyt ciepło. Pisarz miejski Brzegu relację o ścięciu księcia zakończył stwierdzeniem: A wielu ludzi uważało, że doszło to do skutku za przyzwoleniem boskiego. Bowiem był on gwałcicielem dziewic [...] i do tego od kilku lat żyjącym bez spowiedzi. Jan Froben pisze: nie było grzechu, który byłby dla niego zbyt wielki do popełnienia. Powszechnie oskarżano go o okrucieństwo, rabunki i uciskanie poddanych.

                                                    Książę nie posiadał dzieci. Zastanawiający jest jednak zapis w testamencie. Wymienia tam i hojnie obdarowuje dwoje ludzi, których często historycy uważają za książęce sługi. Mikołaj II używa jednak zwrotu memu Franczowi i mojej Agnieszce, a zapisy im przekazane są ogromne. Może to świadczyć, że dochował się jednak potomstwa z nieprawego łoża i linia Piastów nie wymarła.

                                                    Po roku 1945 tragiczną postać Mikołaja upodobała sobie polska propaganda. Uczepiła się stwierdzenia kronikarzy, że książę nie znał języka niemieckiego, w którym odbywał się proces. Sam Mikołaj II przedstawiany był jako zwolennik przyłączenia Śląska do Polski. Faktem jest, że książęta śląscy posługiwali się wówczas głównie językiem niemieckim. Sam biskup Roth miał rozmawiać wyłącznie po niemiecku. Nieznajomość tego języka przez Mikołaja II wydaje się mało prawdopodobna. Matka Mikołaj II, Magdalena brzeska, wychowała się na dworze wyłącznie niemieckojęzycznym. Dopiero po przybyciu do Opola mogła uczyć się podstaw czeskiego czy polskiego. Trudno sobie więc wyobrazić, że młody książę nie znał języka matki i jej dworu. Musiał także znać urzędowy język czeski, skoro w nim właśnie spisał swój testament.

                                                    TRZY MIECZE
                                                    Katowski miecz, którym ścięto koronowaną głowę, podobno nigdy nie był już użyty. Zachowano go na pamiątkę, a sam miecz... rozmnożył się. Po wiekach aż trzy katowskie narzędzia zaczęto określać jako te, które zakończyły książęcy żywot.

                                                    Jeden z nich znajduje się w nyskim muzeum, gdzie do dziś pokazuje się go turystom. Miecz nie ma jednak wygrawerowanych narzędzi katowskich, co było nieodłącznym atrybutem. Jedynie w głowni widnieje coś, co można by uznać za rysunek koła, na którym łamano skazańców. Drugi z mieczy pierwotnie trzymany w zbrojowni w Brzegu trafił do Hohenzollernmuseum w Berlinie. Ostatnie z katowskich narzędzi, które miało służyć do ścięcia Mikołaja II, przez lata wisiało nad kominkiem w pałacu w Izbicku.

                                                    Miecz katowski był własnością rodziny Strachwitz, lecz nie wiadomo, w jaki sposób dostał się w ich posiadanie. Zainteresowana historią Maria Luisa Gräfin Strachwitz wysłała list do swego wuja, hrabiego Hansa Heinricha, w którym zapytuje: Czy wiesz może, jak Müller (młynarz z Kadłuba) zdobył ten miecz Piastów i kiedy przywiózł go do Izbicka? Niestety, nie znamy treści odpowiedzi, jaką uzyskała. Wiadomo jedynie, że w zamku izbickim miecz znajdował się od wieku XIX.

                                                    Pamiątka omal nie została zniszczona podczas powstań śląskich. Powstańcy ogołocili wtedy zamek, a potem, by zatrzeć ślady, wysadzili go w powietrze, używając dynamitu. Właściciele odnaleźli potem miecz wśród innych spalonych militariów niedaleko zniszczonej rezydencji. Odrestaurowany zawisł znów nad kominkiem obudowanego pałacu.

                                                    W styczniu 1945 roku rodzina Strachwitz uciekła przed nadciągającymi wojskami sowieckimi. Jako jedną z najcenniejszych pamiątek wzięła
                                                  • berncik Izbicki miecz 06.11.12, 16:26
                                                    ia
                                                    694 (45)

                                                    Wegmeno Boha Otcze Syna y Ducha Swateho Amen. Ja Mikulass z Bozÿ milosti knÿzie w Slezy Oppolske a Horniho Hlohowa, Ucžinil sem Porzizenÿ w mogi Magetnosti a meho dobra w Autery po Swatym Janu Krztitelj Bozim, kdy se psalo po Narozenÿ Syna Božiho 1497. Roku w Nyse w Wieži dwie hodinie przed Poledniem...

                                                    Takimi słowy rozpoczyna się testament księcia opolskiego Mikołaja II spisany w ostatnich chwilach jego życia. Mimo że do stracenia Piasta doszło w Nysie, to niezwykłe historyczne wydarzenie ma też związek z naszą ziemią.

                                                    KSIĄŻĘ I KAT
                                                    W czerwcu 1497 roku w Nysie odbył się zjazd książąt śląskich. Miał on na celu ustalenie sposobu, w jaki lokalni władcy mieli dokonać hołdu ówczesnemu królowi czeskiemu, Władysławowi Jagiellończykowi. Na spotkaniu omawiano też zagrożenie ze strony Turcji i potwierdzenie przywilejów dla księstw śląskich. W nyskim ratuszu zebrała się śmietanka towarzyska z biskupem wrocławskim Janem IV Rothem włącznie.

                                                    Kroniki dokładnie podają przebieg wypadków. Obrady rozpoczęły się 26 czerwca 1497 roku. Po czterech godzinach rozmów książę Henryk otrzymał dwa listy, które chciał przeczytać na osobności. Ogłoszono więc przerwę w obradach, a Henryk udał się do osobnej komnaty.

                                                    Podejrzliwy Mikołaj, po krótkiej rozmowie ze swoim zausznikiem, niejakim Neühaüserem, uznał, że owe listy muszą zawierać rozkaz jego uwięzienia. Ta próba uzasadnienia dalszych czynów księcia budzi jednak wątpliwości. Gdyby takie rozkazy zostały naprawdę wydane, doręczono by je raczej księciu Kazimierzowi Cieszyńskiemu lub biskupowi, którzy zjazd organizowali. Może więc Mikołaj II podejrzewał, że listy zawierały informacje kompromitujące go, które mogły stać się podstawą do aresztowania? Tego można dziś się jedynie domyślać.

                                                    Według kronik, Mikołaj II wydobył ukryty pod szatami sztylet i krzycząc „Zdrajcy!” zaatakował stojącego w pobliżu ówczesnego starostę generalnego na Śląsku Kazimierza Cieszyńskiego. Kolejną ofiarą stał się Jan IV Roth, którego książę zranił w brzuch. Biskupa przed śmiercią uratował Jan Bischofsheim, uniemożliwiając księciu zadanie kolejnego ciosu.

                                                    Mikołaj II znów rzucił się na swoją pierwszą ofiarę, która co sił uciekła z miejsca obrad. Dopadł ją przed jedną z sal znajdującą się na pierwszym piętrze ratusza. Pchnięcie sztyletem udaremnił mu starosta kłodzki, Jan Pannwitz, który wyrwał Mikołajowi broń z ręki. Nagle przy księciu pojawili się jego słudzy, którzy chcąc ocalić mu życie, pomogli w przedostaniu się do kościoła św. Jakuba, który znajdował się nieopodal ratusza. Książę liczył na prawo azylu, które nie pozwalało zatrzymać przestępcy chroniącego się w przybytku Bożym.

                                                    Wieści o próbie morderstwa w ratuszu szybko rozprzestrzeniły się po całej Nysie. Uzbrojeni w miecze i dzidy mieszczanie tłumnie wdarli się do kościoła, gdzie przed ołtarzem leżał książę Mikołaj. Prawo azylu zostało złamane, a pozwolić miał na to sam biskup wrocławski. Mieszczanie wyciągnęli księcia ze świątyni za pomocą sieci. Doprowadzono go do ratusza, gdzie Henryk Ziębicki pokazał mu otrzymane listy, które nie zawierały żadnych wzmianek o aresztowaniu Mikołaja.

                                                    Schwytanego uwięziono w nieistniejącej dziś wieży brackiej. Pozbawiono pożywienia, wody oraz okrycia wierzchniego, które zdarł z niego motłoch w kościele św. Jakuba. Wydano zgodę, by odwiedził go kapelan, na którego wyznaczono kanonika wrocławskiego Henryka Fulštejna.

                                                    Uczestnicy zjazdu postanowili, że Mikołaj odpowie przed sądem ławniczym w Nysie, który osądzi go za targnięcie się na królewskiego starostę i biskupa. Zapadł wyrok śmierci poprzez ścięcie mieczem kata miejskiego. Wyrok ów zapadł wbrew obowiązującemu w Nysie prawu sądowniczemu. Wielmożów nie przekonała ani propozycja okupu w wysokości stu tysięcy złotych węgierskich, ani argumenty, że księcia sądzić może jedynie trybunał królewski.

                                                    27 czerwca, w dniu egzekucji, przed ratuszem nyskim rozłożono czerwone płótno. Plac wypełnił tłum mieszkańców, a z okien ratusza całemu wydarzeniu przyglądali się uczestnicy zjazdu książąt. Mikołaj modlił się chwilę, a następnie na ziemi nakreślił znak krzyża. Podniósłszy się, zdjął podarowany mu poprzedniej nocy przez jednego ze szlachciców płaszcz, po czym uklęknął, próbując zebrać do jednej ręki włosy, tak by odsłonić kark. Drżąc jednak ze strachu, nie potrafił tego uczynić. Kat podał mu swoją czapkę i ukrył w niej włosy, po czym ściął książęcą głowę jednym sprawnym ruchem. Ciało spoczęło w kościele franciszkańskim w Opolu.

                                                    Współcześni mu kronikarze nie wspominają postaci Mikołaj II zbyt ciepło. Pisarz miejski Brzegu relację o ścięciu księcia zakończył stwierdzeniem: A wielu ludzi uważało, że doszło to do skutku za przyzwoleniem boskiego. Bowiem był on gwałcicielem dziewic [...] i do tego od kilku lat żyjącym bez spowiedzi. Jan Froben pisze: nie było grzechu, który byłby dla niego zbyt wielki do popełnienia. Powszechnie oskarżano go o okrucieństwo, rabunki i uciskanie poddanych.

                                                    Książę nie posiadał dzieci. Zastanawiający jest jednak zapis w testamencie. Wymienia tam i hojnie obdarowuje dwoje ludzi, których często historycy uważają za książęce sługi. Mikołaj II używa jednak zwrotu memu Franczowi i mojej Agnieszce, a zapisy im przekazane są ogromne. Może to świadczyć, że dochował się jednak potomstwa z nieprawego łoża i linia Piastów nie wymarła.

                                                    Po roku 1945 tragiczną postać Mikołaja upodobała sobie polska propaganda. Uczepiła się stwierdzenia kronikarzy, że książę nie znał języka niemieckiego, w którym odbywał się proces. Sam Mikołaj II przedstawiany był jako zwolennik przyłączenia Śląska do Polski. Faktem jest, że książęta śląscy posługiwali się wówczas głównie językiem niemieckim. Sam biskup Roth miał rozmawiać wyłącznie po niemiecku. Nieznajomość tego języka przez Mikołaja II wydaje się mało prawdopodobna. Matka Mikołaj II, Magdalena brzeska, wychowała się na dworze wyłącznie niemieckojęzycznym. Dopiero po przybyciu do Opola mogła uczyć się podstaw czeskiego czy polskiego. Trudno sobie więc wyobrazić, że młody książę nie znał języka matki i jej dworu. Musiał także znać urzędowy język czeski, skoro w nim właśnie spisał swój testament.

                                                    TRZY MIECZE
                                                    Katowski miecz, którym ścięto koronowaną głowę, podobno nigdy nie był już użyty. Zachowano go na pamiątkę, a sam miecz... rozmnożył się. Po wiekach aż trzy katowskie narzędzia zaczęto określać jako te, które zakończyły książęcy żywot.

                                                    Jeden z nich znajduje się w nyskim muzeum, gdzie do dziś pokazuje się go turystom. Miecz nie ma jednak wygrawerowanych narzędzi katowskich, co było nieodłącznym atrybutem. Jedynie w głowni widnieje coś, co można by uznać za rysunek koła, na którym łamano skazańców. Drugi z mieczy pierwotnie trzymany w zbrojowni w Brzegu trafił do Hohenzollernmuseum w Berlinie. Ostatnie z katowskich narzędzi, które miało służyć do ścięcia Mikołaja II, przez lata wisiało nad kominkiem w pałacu w Izbicku.

                                                    Miecz katowski był własnością rodziny Strachwitz, lecz nie wiadomo, w jaki sposób dostał się w ich posiadanie. Zainteresowana historią Maria Luisa Gräfin Strachwitz wysłała list do swego wuja, hrabiego Hansa Heinricha, w którym zapytuje: Czy wiesz może, jak Müller (młynarz z Kadłuba) zdobył ten miecz Piastów i kiedy przywiózł go do Izbicka? Niestety, nie znamy treści odpowiedzi, jaką uzyskała. Wiadomo jedynie, że w zamku izbickim miecz znajdował się od wieku XIX.

                                                    Pamiątka omal nie została zniszczona podczas powstań śląskich. Powstańcy ogołocili wtedy zamek, a potem, by zatrzeć ślady, wysadzili go w powietrze, używając dynamitu. Właściciele odnaleźli potem miecz wśród innych spalonych militariów niedaleko zniszczonej rezydencji. Odrestaurowany zawisł znów nad kominkiem obudowanego pałacu.

                                                    W styczniu 1945 roku rodzina Strachwitz uciekła przed nadciągającymi wojskami sowieckimi. Jako jedną z najcenniejszych pamiątek wzięła ze sobą piastowski miecz. Na przełomie kwietnia i maja 1945 roku przebywali w miejscowości Trossin obok Torgau, gdzie ukryli swój dobytek. Tam
                                                  • berncik Gęś świętego Marcina 16.11.12, 19:14
                                                    A było to tak: w 317 roku w Panonii, na terenie dzisiejszych Węgier, w żołnierskiej rodzinie na świat przyszedł Marcin. Wierny rodzinnej tradycji i on rozpoczął służbę w wieku lat 15. U bram miasta Amiens napotkał żebraka, który nie miał czym osłonić się przed chłodem. Odciął więc połowę swego płaszcza i odział go nim.
                                                    Kiedy zasnął, ukazał mu się Chrystus odziany właśnie w ten skrawek opończy. Marcin, wychowany w tradycji pogańskiej, nawrócił się na chrześcijaństwo, wystąpił z wojska i zaczął wieść życie pustelnicze.
                                                    Wkrótce zebrała się wokół niego grupa uczniów, a sława świętego męża rozchodziła daleko. Założył pierwszy w Galii klasztor w Ligugé. Kiedy jednak wierni postanowili uczynić z niego biskupa Tours, Marcin uciekł, nie chcąc brać na siebie tak wielkiego zaszczytu.
                                                    Zaszył się w odludnym miejscu w okolicach gęsiarni. Ptaki podniosły jednak taki harmider, że pościg w mig odnalazł świętego męża i zmusił do przyjęcia biskupiej mitry 4 lipca 371 roku.
                                                    Taką to piękną legendą uzasadniano jeden z najstarszych zwyczajów - podawanie pieczonej gęsi z okazji Dnia świętego Marcina (o innym świętomarcińskim zwyczaju, rogalu, napiszemy przy innej okazji).
                                                    Oskar Kolberg, etnolog i folklorysta, pisał w XIX wieku: Zamożna gospodyni w jesieni, w Dzień św. Marcina zabija gęś i piecze w piecu, a gospodarz obdzieliwszy swoją czeladkę cząstkami z tej gęsi, sam sobie zostawia piersi, ostrożnie mięso objada, oczyszcza kość piersiową, a jeżeli jest biała, rokuje zimę suchą i stałą; jeżeli jest sinawa i czerwona, zimę słotną; jeżeli pół biała od góry a pół czerwonawa od spodu, wtedy pierwsze pół zimy ma być suche, drugie pół zimy słotne; jeżeli w cętki tu i ówdzie nakrapiana, znaczyć to ma zimę burzliwą i śnieżną.
                                                    Pieczona gęś przez stulecia była symbolem wybornego posiłku i zamożności. Działo się tak dlatego, że wyhodować tucznego ptaka nie jest ani łatwo, ani tanio. Zajmowano się tym tylko w obejściach bogatszych gospodarzy i pańskich dworach. Gęś ciężko też utrzymać w zimie. Dlatego wielkie stada wybijano przed pierwszymi mrozami, pozostawiając tylko tyle ptaków, by populacja mogła się następnego roku odrodzić. Powodowało to, że w okolicach św. Marcina gęsiny było pod dostatkiem. Stąd stare porzekadła: "Na Świętego Marcina najlepsza gęsina" czy "Na Marcina gęś do komina".
                                                    Każdy region miał własny sposób na przyrządzenie pysznej potrawy z gęsi. Popularnymi były tzw. "półgęski" lub "pierśniki". Ptaka przygotowywano przez wędzenie obu gęsich piersi. Specyficznym daniem na Kaszubach jest "obona" lub "okrasa". Surowe mięso (często z kośćmi) siekało się tam w specjalnych skrzynkach drewnianych, przekładając solą. Dziś potrawę tę (już bez kości) podaje się jako miejscową odmianę tatara. Własną recepturę na gęsinę mieli Żydzi. Przygotowywali "gęsi pipek" - zapiekane w skórze z gęsiej szyi podroby i warzywa. Popularne było też przygotowywanie gęsiny z jabłkami.
                                                    Jak gęsi podkuwano
                                                    Mimo że część historyków wkłada te opowieści między bajki, dużo relacji wspomina o tzw. "podkuwaniu gęsi". Proceder ten rozkwitał zwłaszcza w Wielkopolsce, która po rozbiorach stała się terenem granicznym między Prusami a Królestwem Polskim. A gdzie jest granica, jest też przemyt.
                                                    Dla niektórych Wielkopolan kontrabanda stała się sposobem na życie. Do legend przeszły opowieści o graniu ze strażnikami w ciuciubabkę, przechytrzaniu ich, potyczkach, a nawet regularnych bitwach. Przez całe stulecie wiele miast przygranicznych utrzymywało się z przemytu.
                                                    Jednym z eksportowych hitów (legalnym czy też nie) były gęsi, za które za granicą można było dostać znacznie wyższą stawkę. Różnica była tak wielka, że traktowano gęsi nie jak ptaka hodowlanego, a raczej jak lokatę kapitału. Mięso tych ptaków było zbyt drogie, by trafiać na stoły prostych ludzi. Zdarzało się, że przemycano je zapieczone w chlebie.
                                                    Zdecydowaną większość ptaków za granicę dostarczano żywych. Trzeba było przepędzać je szmat drogi, bo przewożenie wozami było za drogie. Zmyślni poganiacze wymyślili więc sposób, by uodpornić delikatne ptasie łapki na czas podróży.
                                                    Według przekazów, na łące wykopywano płytki dół, do którego wlewano roztopioną smołę. Przepędzane przez niego gęsi wchodziły następnie do dołu z drobnym piaskiem. Potem jeszcze jeden dół ze smołą i kolejny - z drobnym żwirkiem. Niektóre opowieści mówią jeszcze o przepędzaniu po smole i ptasim puchu.
                                                    Inne relacje temu zaprzeczają. Termin "podkuwanie" wziąć się miał stąd, że za stadem gęsi jechała furmanka z poganiaczami. Jeżeli jakiś ptak okulał, czyli jak miejscowi mówili, "był podkuty", specjalnymi kijami wyłapywano go ze stada i ładowano na furmankę.
                                                    Jedno jest pewne. Z polskich gęsi od wieków za zachodnią granicą urządzano sobie marcińskie uczty i to nie zmieniło się do dziś.
                                                    Mięso "made in..."
                                                    Gęsina była dla władz PRL doskonałym towarem eksportowym, sprzedawanym za twarde dewizy. Aby sprostać oczekiwaniom zagranicznego klienta, mimo ogromnych hodowli, tylko niewielką jej część przeznaczano na rynek krajowy. I powstał problem - jak sprawić, by zanikła wielowiekowa tradycja spożywania gęsiny? Wystarczyło oficjalnie stwierdzić, że jest to mięso wyjątkowo tłuste i niezdrowe. Taką też wiedzę wtłaczano przez 40 lat, co nie pozostało bez efektu. Do dziś gęś traktowana jest z rezerwą, a przeciętny Polak zjada jej... 17 gramów rocznie.
                                                    Dziś dietetycy zgodnie twierdzą, że jest to tłuszcz bardzo dobrze przyswajalny i metabolizm człowieka radzi sobie z nim doskonale. Ma też cechę dla kucharza bezcenną - smakuje wybornie. Warto zachować sobie gęsi tłuszcz i używać go do pieczenia. Tak przygotowane potrawy przypalają się rzadko.
                                                    Niezmiennym zostało to, że hodowanymi u nas gęśmi zajada się połowa Europy. Polska jest największym producentem gęsiny na kontynencie. Do samych Niemiec eksportuje się jej 18-20 tys. ton rocznie, a najlepsze tamtejsze restauracje oferują jesienią "Polnische Gans". Tylko u nas to delikatesowe mięso traktowane jest wciąż podejrzliwie, a wielowiekowa tradycja przywracana jest z trudem przez takie organizacje jak "Slow Food".
                                                    Romuald Kubik
                                                  • berncik Ostatni strzeleccy Żydzi 21.11.12, 17:42
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/7583_6367.jpg
                                                    Doktor Sussman Koenig od 1925 roku mieszkał przy strzeleckim Rynku, w należącej do rodziny kamienicy pod nr. 25. Obecnie w miejscu tym stoi blok, postawiony już po wojnie, w którym znajduje się sklep 1001 drobiazgów. Doktor nie pochodził ze Śląska. Urodził się w 1888 r. w Fürst w głębi Niemiec. Ożenił się z urodzoną w Mikołowie Bertl Koenig z d. Wessler. (ur. 20 II 1905 r.). Małżeństwo dochowało się czwórki dzieci - Joachima (ur. 1926 r.), Hanny (1932 r.), Ruth (1933 r.) i Maxa (1935 r.).
                                                    Koenig prowadził prywatny gabinet lekarski. Znajdował się on w jego mieszkaniu. Mimo nasilenia się polityki antyżydowskiej w hitlerowskich Niemczech, rodzina nie decydowała się na opuszczenie miasta. Coraz gorsza sytuacja skłoniła ich jednak do wysłania w 1939 r. najstarszego syna daleko od Niemiec, do Izraela. Czas pokazał, jak trafna to była decyzja.
                                                    W 1940 r. rodzina Koenig była ostatnią żydowską rodziną mieszkającą w Strzelcach. Tego roku deportowano ich do Sosnowca. Już latem 1941 r. podjęto decyzję o tzw. "ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej" (die Endlösung der Judenfrage). Po wschodniej Europie zaczęły krążyć Einsatzgruppen, wydzielone jednostki wyznaczone do wyłapywanie i mordowania nie tylko Żydów, ale też Cyganów i polskiej inteligencji. Mimo że liczbę ich ofiar ocenia się na 2 miliony, dla władz niemieckich była to niewystarczająca wydajność. Poza tym akcje Einsatzgruppen miały zbyt wiele świadków.
                                                    Dlatego też na konferencji w Wannsee, 20 stycznia 1942 r., zdecydowano o wprowadzeniu efektywniejszych sposobów zabijania, które przetestowano wcześniej w czasie masowych eutanazji osób psychicznie i nieuleczalnie chorych. Eliminacja Żydow odbywała się odtąd w specjalnie do tego przeznaczonych obozach zagłady. Tego samego roku rodzina Koenig trafiła do obozu koncentracyjnego w Auschwitz-Birkenau. Wszyscy zostali w nim zamordowani między sierpniem a październikiem. Przeżył jedynie wysłany wcześniej do Izraela Joachim.
                                                    Koenigowie zostali uznani za zmarłych przez sąd w Strzelcach Opolskich dopiero w 1950 roku. Należąca do nich kamienica został zniszczona w styczniu 1945 roku. Ciekawostką jest postępowanie ówczesnych władz. Odnaleziono w Izraelu ocalałych potomków i... wysłano im nakaz posprzątania gruzów. Oczywiście ci nie zareagowali.
                                                    Wizyta w Strzelcach
                                                    70 lat po śmierci rodziny do Strzelec przyjechał potomek jedynego ocalałego jej członka. 16 lutego 2012 r. zjawili się tutaj przejazdem z Krakowa David Karavany (którego matka jest z domu Koenig) i jego znajomy (którego rodzina mieszkała przed wojną w Ostrołęce) Aharon Shachal. Poszukując śladów po przodkach, dwaj Izraelici najpierw udali się do strzeleckiego Ratusza, gdzie pytali o rodzinę Sussmana Koeniga, pokazując kopie dokumentów. Pytali, czy ktoś pamięta tę postać. Urzędnicy skierowali go do Waldemara Burcka (w którego pracowni zostało zrobione zamieszczone tu zdjęcie). W rozmowie uczestniczył Piotr Smykała, a tłumaczem (na angielski) był krakowski przewodnik, Jerzy Sajkowski. Spotkanie przewidziane na kwadrans przedłużyło się do 2,5 godziny.
                                                    Gościom pokazano pamiątki i wspomnienia po strzeleckich Żydach. Wypłynęło też wiele ciekawych informacji o dr. Koenigu. Była to postać bardzo uczynna. Lekarz przyjmował pacjentów bez względu na ich wyznanie czy majątek. Nie odmawiał pomocy najbiedniejszym, a zdarzało się, że leczył ich za darmo. Na każde wezwanie przyjeżdżał do chorych, którzy nie mogli zjawić się w jego gabinecie. Koenigowie byli bardzo szanowaną w mieście rodziną.
                                                    W czasach hitlerowskich władze przymusowo nadawały Żydom dodatkowe imiona, które natychmiast pozwalały na ich rozpoznanie. Mężczyznom dodawano imię Israel, a kobietom Sara. Według dokumentów z 23 lutego 1939 r. także wszystkim członkom rodziny Koenig nadano dodatkowe imiona.
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Złote czasy kolei 28.11.12, 17:36
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/7659_6441.jpg

                                                    Dziś, chcąc podróżować (jeżeli nie dysponujemy samochodem), możemy wybrać między pociągiem a autobusem. Pierwszy kojarzy się niestety głównie z opóźnieniami, niedogodnymi godzinami połączenia... Z dawnych linii kolejowych, oplatających ziemię strzelecką gęstą siecią, pozostało tylko ulotne wspomnienie. Z wielu nawet małych wiosek można było wybrać się w świat z miejscowej stacji kolejowej. Te czasy już minęły...
                                                    OGNISKO POD KOTŁEM
                                                    Wbrew temu, co znaleźć można w popularnych podręcznikach historii, początki kolei nie miały wcale miejsca w Wielkiej Brytanii, a we Francji i to jeszcze w XVIII wieku. W 1770 r. oficer Nicolas Joseph Cugnot skonstruował coś, co można by uznać za pradziadka pociągu. Jego trójkołowy pojazd, który w zamierzeniu miał pomagać przy transporcie artylerii, napędzany był kotłem parowym, ale nie posiadał paleniska. Ciężki wehikuł, obsługiwany aż przez 4 ludzi, poruszał się przez około kwadrans a potem... trzeba było rozpalać pod nim ognisko, by znów podgrzać kocioł z wodą i uzyskać wystarczającą ilość pary. Z projektu zrezygnowano, gdy ciężka w kierowaniu machina zdemolowała ceglany mur i uznano ją za zbyt niebezpieczną.
                                                    Pałeczkę kolejowego postępu przejęła Anglia, w której napędem wynalazczości był szybko rozwijający się przemysł. Richard Trevithick, konstruktor wydajnego i względnie lekkiego silnika parowego używanego do odwadniania kopalń, w 1804 roku umieścił go na kołach i stworzył pierwszą lokomotywę z prawdziwego zdarzenia. Niestety, kruche, żelazne szyny popękały pod ogromnym ciężarem pojazdu, a zmniejszanie jego wagi spowodowało, że lokomotywa zaczęła się ślizgać po torach. Projekt zarzucono, a kolejne lata przynosiły coraz dziwaczniejsze rozwiązania. Pojawiły się lokomotywy używające dodatkowej, zębatej szyny napędowej, a nawet pojazdy, które... odpychały się od torów za pomocą mechanicznych łap.

                                                    Dopiero konstrukcja „Puffing Billy” Williama Hedleya z 1813 r. i parowóz George`a Stephensona z 1814 roku zmieniła tę złą passę. Stephenson zwiększył wydajność maszyny parowej, rozłożył ciężar lokomotywy na 6 kół i zwiększył wytrzymałość szyn. Dopiero to pozwoliło na wielki sukces nowego środka transportu. 27 września 1825 r. dokonano pierwszego udanego przejazdu nową linią kolejową łączącą Darlington z portowym miastem Stockton nad rzeką Tees. Pociąg składający się z 16 wagonów (w tym 12 z węglem) i zabierający 22 pasażerów, przebył 16-kilometrową trasę w 65 minut. Niecałe 15 km/h było na owe czasy wstrząsającą prędkością. Od tego momentu posiadanie linii kolejowych stało się dla krajów jednym z najważniejszych wyznaczników nowoczesności.
                                                    Pierwsze plany kolei na naszych ziemiach sporządził dr Karsten, który zaprojektował trasę mającą połączyć Wrocław z uprzemysłowionym Górnym Śląskiem. Według tego projektu linia miała przebiegać przez Wielkie Strzelce i Zabrze, z pominięciem Opola, a pociąg poruszać się miał... po drewnianych szynach. Dopiero w dalszym etapie miały być one wymienione na stalowe. Plan upadł głównie z powodu jego ogromnych kosztów.

                                                    Także kolejny plan, dr Krause, połączenia Wrocławia z Tarnowskimi Górami nie zyskał przychylności pruskiego rządu. Według tego planu od Tarnowskich Gór wagony miały być ciągnięte przez konie.

                                                    Dopiero przyjęcie w 1838 roku ustawy regulującej nadzór państwa nad koleją pozwoliło na rozwój tego środka transportu. Rząd Prus gwarantował prywatnym inwestorom opłacalność zakupu akcji, a 1/7 z nich należały do państwa. Spowodowało to w krótkim czasie powstanie wielu kolejowych spółek akcyjnych.

                                                    W 1836 r. powstało Towarzystwo Kolei Górnośląskiej (Oberschlesische Eisenbahn Aktiengesellschaft). Wytyczona trasa biegła od Wrocławia, przez Opole do Koźla, Kędzierzyna, Świętochłowic i Mysłowic. Koszt przedsięwzięcia wynosił 2,4 miliona talarów. Ponieważ równocześnie budowano połączenie Koźle - Bohumin, zdecydowano się na położenie między Opolem a Koźlem podwójnego toru. Odcinek ten został oddany do użytku już w 1845 roku.
                                                  • berncik Re: Złote czasy kolei 28.11.12, 17:48
                                                    Dworzec PKP Strzelce Opolskie.
                                                    https://images.photo.bikestats.eu/zdjecie,600,203749,20110801,dworzec-kolejowy-w-strzelcach-opolskich.jpg
                                                    IDEA RENARDA
                                                    Szybki rozwój tego środka transportu na Śląsku budził w Strzelcach duże nadzieje na dołączenie do elitarnego klubu miejscowości z własnymi stacjami kolejowymi. Niestety, nadzieje okazały się płonne i miasto pozostało z boku wielkich inwestycji, co miało bardzo negatywny wpływ na rozwój regionu.

                                                    Zaradzić temu starała się najbardziej wpływowa osoba w okolicy - Andreas Maria Graf Renard. Właściciel wielu majątków ziemskich i zakładów przemysłowych. Z jego inicjatywy założono „Spółkę Akcyjną dla Budowy Kolei Żelaznej Zawadzkie-Strzelce”. Udało się jednak zrealizować jedynie część planów. W 1858 r. otwarto linię łączącą Zawadzkie, Opole i Tarnowskie Góry.

                                                    Andreas Renard do końca życia walczył o połączenie Strzelec z resztą świata. Nie doczekał jednak na zrealizowanie swoich planów. Zmarł w 1874 r. Cztery lata później, 1 października 1878 r., przejechał pierwszy pociąg na trasie Opole - Strzelce. W mieście nie było wtedy jeszcze stacji kolejowej, a połączenie było wyłącznie towarowe. 15 maja 1879 r. oddano jednotorowe połączenie Strzelce-Toszek-Pyskowice. Drugi tor dobudowano później.

                                                    Dopiero 15 maja 1880 r. Strzelce uzyskało pełne połączenie z Bytomiem i Górnym Śląskiem. Miało to ogromny wpływ na rozwój miasta. W krótkim czasie powstało wiele zakładów przemysłowych. Carl Edlinger w pobliżu dworca wybudował piece wapiennicze typu Rumforda, a bracia Prankel rozbudowali swoją fabrykę. Potem powstały zakłady: fabryka maszyn Schmigalla, fabryka papy Ehrlicha i fabryka cementu i wapienniki spółki Oberschlesiche Portland-Zement und Kalkwerke AG.

                                                    Pierwsza strzelecka stacja powstała w 1880 r. Przebudowywana była wielokrotnie, ostatni raz w latach 30. XX wieku i od tego czasu praktycznie się nie zmieniła, choć do dawnej świetności wiele jej brakuje. Brakuje także grafik, którymi pokrył budynek Ludwig Peter Kowalski. Urodzony w Chorzowie wybitny malarz i grafik.

                                                    15 listopada 1912 r. otwarto połączenie Strzelce-Fosowskie (przez Rozmierkę), 1 lipca 1934 r. otwarto połączenie Kłodnica-Leśnica, a 11 (lub 10) czerwca 1936 r. - połączenie Strzelce-Leśnica.

                                                    DRZEWA NA TORACH
                                                    Stacja w Rozmierce to przykład losów, jakie podzieliło wiele podobnych obiektów. Podczas uroczystości otwarcia 15 listopada 1912 r. obecni byli przedstawiciele władz miejskich i powiatowych, szkół, i innych organizacji oraz wielu mieszkańców. Oprócz stacji wybudowano budynki gospodarcze, rampę rozładunkową, a na użytek pracowników wyznaczono ziemię uprawną. Sama stacja była małym budynkiem z ładnym holem i kasą, poczekalnią i pokojem zawiadowcy. Pierwsze piętro zajmowały mieszkania pracowników. Przy peronie działał tzw. wodopój - czysta pitna woda dla spragnionych pasażerów.

                                                    W czasach realnego socjalizmu kolej odgrywała dużą rolę w gospodarce kraju. W latach 70., w czasie budowy cementowni „Strzelce Opolskie”, przebudowano tory i stworzono sporej wielkości węzeł kolejowy do przetaczania wagonów. Wybudowano dwie nastawnie w kierunku Fosowskiego i na teren cementowni. 11 lipca 1984 r. zakończono budowę trakcji elektrycznej i popularne parowe „ciuchcie” poszły w zapomnienie, ustępując lokomotywom elektrycznym.

                                                    Złota era kolei na naszych ziemiach zaczęła kończyć się wraz z przemianami ustrojowymi. PKP, które swego czasu miało najwięcej pracowników spośród wszystkich firm kolejowych w Europie, zupełnie nie potrafiły (i chyba nadal nie mogą) odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Stopniowo rezygnowano z nierentownych połączeń, by w końcu zupełnie zamykać dawniej bardzo intensywnie wykorzystywane linie. 23 czerwca 2000 r. zakończyła się historia linii Fosowskie-Rozmierka-Strzelce Opolskie. Zamknięto budynek dworca, a instalacje i tory stały się wdzięcznym obiektem zainteresowań złodziei. Dziś na dawno rozkradzionych torach rosną trawa i drzewa.

                                                    Podobny los spotkał inne linie kolejowe w naszym regionie. Dawniej rozbrzmiewające głosami podróżnych stacje, stanowią dziś obraz nędzy i rozpaczy. Dworce w Zimnej Wódce czy Zalesiu Śląskim są tego najlepszym przykładem. Także małe stacyjki, takie jak ta w Żędowicach, zostały doprowadzone do ruiny i w większości nadają się tylko do rozbiórki. Gminy, które były zainteresowane przejęciem obiektów, w czasie kiedy można było je jeszcze wykorzystać, odbijały się od urzędniczego betonu.

                                                    Żelazna kolej przeżywa dziś na świecie drugą młodość. Jest ekonomiczniejsza, czystsza i szybsza od samochodów. Wszędzie tylko nie u nas. Ciekawe, co powiedziałby na to Andreas Maria Graf Renard, który wkładał tyle energii i pieniędzy, by zapewnić nam połączenie ze światem?

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Pani dobrej śmierci 05.12.12, 17:24
                                                    https://www.liebesiegt.com/pictures/barbara1.jpg
                                                    O święta Barbaro, zlituj się nade mną,
                                                    Żebym się nie został pod tą ziemią ciemną.
                                                    Żona by płakała, dzieci by płakały,
                                                    Boby ojca swego więcej nie widziały.

                                                    Tak już przed wiekami śpiewali podczas uroczystości ku czci swej patronki górnicy na całym Śląsku. Od czasu uznania jej za świętą, Barbara była czczona przez chrześcijański świat jako chroniąca przed nagłą i niespodziewaną śmiercią. Pracujący w ekstremalnie niebezpiecznym fachu górnicy, którzy każdego dnia narażali swoje życie na niebezpieczeństwo, uznali ją z czasem za swoją patronkę.
                                                    BARBARA
                                                    Urodziła się w III wieku w bogatej rodzinie pogańskiej w mieście Heliopolis w Bitynii (Azja Mniejsza, dzisiejsza Turcja). Jej przybycie na świat było bardzo oczekiwane przez rodziców, a sama Barbara pozostała jedynaczką. Od dzieciństwa odznaczała się zdolnościami i urodą. Jej ojciec, Diuskuros, zadbał o edukację córki i wysłał do Nikomedii w Grecji, co miało uchronić ją przed kontaktami z zepsutą bogatą młodzieżą i coraz bardziej szerzącym się chrześcijaństwem.
                                                    Skutek był odwrotny od zamierzeń. W Grecji zetknęła się z wieloma prądami w nauce i filozofii. Największe wrażenie zrobił jednak na niej myśliciel, pisarz i filozof - Orygenes z Aleksandrii. Pod jego wpływem przyjęła chrzest i złożyła śluby czystości.
                                                    Diuskuros, ojciec dziewczyny, dowiedziawszy się o zmianie wiary, postanowił wybić jej to z głowy siłą. Według legendy, zamknął ją w wieży i głodem próbował zmusić do posłuszeństwa i zaaranżowanego małżeństwa. Kiedy wszystko zawiodło, powiódł ją przed rzymski trybunał i oskarżył o wyznawanie zakazanej religii.
                                                    Sędzia nakazał najpierw biczowanie, a kiedy okrutna kara nie przyniosła efektu, skazywał ją na coraz cięższe tortury z przypalaniem i obcięciem piersi włącznie. Legenda mówi, że kiedy tak okaleczoną i obdartą z odzienia Barbarę przepędzano ulicami, zjawił się anioł, który okrył dziewczynę białymi szatami. Gdy już zabrakło tortur, które mogłyby ją zmusić do odwrócenia się od chrześcijaństwa, sędzia skazał Barbarę na śmierć. Wyroku dokonał sam ojciec dziewczyny, ścinając jej głowę mieczem. I znów historię świętej wzbogacono o dodatkowy wątek. Według przekazów, gdy tylko ojciec dokonał wyroku na swej jedynej córce, raził go piorun Bożej pomsty. Stało się to w roku 305 lub w 306 w Nikozji (lub Heliopolis).
                                                    KULT GÓRNICZY I NIE TYLKO
                                                    Kult świętej rozwinął się już w IV wieku, kiedy cesarz Justynian sprowadził jej relikwie do Konstantynopola. Stąd zabrali je Wenecjanie w 1202 roku, by je z kolei przekazać miastu Torcello, gdzie znajdują się w kościele św. Jana Ewangelisty. W Polsce świętą spotykamy już w modlitewniku Gertrudy, córki Mieszka II z XI wieku. Pierwszy kościół ku jej czci wystawiono w 1262 r. w Bożygniewie koło Rudy Śląskiej. W II połowie XIII wieku spotykamy na Dolnym Śląsku co najmniej trzy kościoły pod jej wezwaniem. W 1747 r. zostało potwierdzone przez papieża istnienie w Tarnowskich Górach bractwa świętej Barbary. Jego członkami byli górnicy.
                                                    W kościele czci się św. Barbarę przede wszystkim jako chroniącą od nagłej śmierci, choć w niektórych tradycjach uznawana jest także za towarzyszkę św. Mikołaja i są kraje, w których to właśnie ona przynosi dzieciom prezenty. W tradycji katolickiej przedstawia się ją jako księżniczkę zamkniętą w wieży. Jej atrybutami są: palma męczeństwa, kielich, czasami wieża. Czasami ma także strusie lub pawie jajo, jeden lub dwa miecze, monstrancję i lwa u stóp. Jest patronką umierających, budowniczych, strażaków (obok św. Floriana), marynarzy, więźniów i oczywiście górników.
                                                    Święta Barbara daje im poczucie bezpieczeństwa nie tylko w czasie pracy, ale również podczas powrotnej drogi do domu. Do dziś trwa wiara, że z mieczem i wiatykiem przechadza się śląskimi ścieżkami, a kiedy przychodzi taka potrzeba, schodzi w głąb kopalń, by ostrzec przed niebezpieczeństwem. Kiedy dojdzie do tragedii, św. Barbara jest przy górniku, by zapewnić mu szczęśliwą śmierć i podać mu ostatnią komunię. W wielu kopalniach znajdują się ołtarze św. Barbary, na których zapalano świece i modlono się przed rozpoczęciem pracy.
                                                    W latach powojennych wielu mieszkańców ziemi strzeleckiej dojeżdżało do pracy w kopalniach. Zwyczaje górnicze przeniknęły na nasze tereny i są nadal kultywowane. Najlepszym przykładem są Dziewkowice, które co roku uroczyście obchodzą Barbórkę 4 grudnia.
                                                    Zwyczajowo dzień ten zaczyna się od mszy świętej. Po niej następuje uroczysty przemarsz przy dźwiękach orkiestry dętej. Nieodłączną częścią tradycji są też karczmy piwne, które odbywają się według ściśle określonych rytuałów.
                                                    Uczestnicy imprezy zasiadają wzdłuż stołów. Jeden należy do starszyzny (stare strzechy) a drugi do młodszych (młode strzechy). Stoły dzielą się na tzw. tablice (prawą i lewą), które współzawodniczą ze sobą na punkty. Nad ich przyznawaniem czuwa Wysokie Prezydium w sprawach piwnych i nie tylko piwnych, nigdy nieomylne. Karczma piwna rozpoczyna się odśpiewaniem górniczego hymnu, a potem śpiewa się tradycyjne piosenki i opowiada dowcipy. Zasłużeni zostają obdarowani górniczymi szpadami, a pechowcy, którym od ostatniej karczmy wydarzyło się coś śmiesznego - przedmiotami nawiązującymi do tych wydarzeń.
                                                    Ściśle przestrzegany jest obowiązek noszenia pełnego górniczego munduru. Wszelkie odstępstwa karane są przez Wysokie Prezydium zakuciem w dyby i rozkazem wypicia piwa z solą.
                                                    Na piwnych karczmach do górniczego cechu przyjmowani są też nowi adepci według wywodzącego się jeszcze ze średniowiecza zwyczaju. Po ślubowaniu muszą przeskoczyć przez skórę trzymaną przez dwóch seniorów, po czym Lisa major (mistrz lisów), zasłużony i zwykle emerytowany górnik uderza szpadą w ramię kandydata. Przypasanie skóry kończy przyjęcie do stanu górniczego.

                                                    ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA
                                                  • berncik Jaruzelski zamiast Teleranka 11.12.12, 17:30
                                                    Z Pawłem Kocieniewskim byłym I sekretarzem KZ Cementowni Strzelce, Zbigniewem Dadejem, w 81. roku szefem „Solidarności” w Agromecie i Henrykiem Rupaczem, członkiem zarządu „Solidarności” w cementowni rozmawia Mirosław Olszewski.
                                                    Jest trzynasty grudnia osiemdziesiątego pierwszego roku. Zamiast Teleranka, Jaruzelski. Co czujecie? Strach, wściekłość, zawód, ulgę?
                                                    Zbigniew Dadej: - Czułem strach. Nawet dziś ciężko mi to wspominać. Pamiętałem wspomnienia moich dziadków, rodziców pochodzących ze wschodniej Polski. Tej, gdzie zawsze wchodzili Rosjanie. W pierwszym odruchu pomyślałem: koszmar powraca...
                                                    Henryk Rupacz: - Ogarnęła mnie złość. Byłem tak samo zdezorientowany jak pewnie wszyscy. Bo co to niby jest ten stan wojenny? Ktoś nas napadł, czy jak?
                                                    Paweł Kocieniewski: - Byłem zaniepokojony. Ja też nie rozumiałem, co znaczy stan wojenny. Pobiegłem do firmy, do cementowni, by zobaczyć, czy z ludźmi wszystko w porządku. Byłem w końcu sekretarzem rządzącej partii.
                                                    - Która wzięła do niewoli społeczeństwo. Dziesięć milionów ludzi z Solidarności.
                                                    P.K. - Niewola... Atrakcyjnie to dzisiaj brzmi. Ale proszę pamiętać, że wtedy realna niewola polegała na tym, że w sklepach na półkach stał tylko ocet. Że państwo się rozpadało i nie było żadnej widocznej nadziei, że coś się zmieni na lepsze. Ci, którzy dziś krytycznie oceniają stan wojenny, nawet nie potrafią zrozumieć, że w sklepie może niczego nie być do kupienia. Że można było mieć kieszenie pełne bezwartościowych pieniędzy...
                                                    Z.D. - To było wasze państwo. Doprowadziliście do tego swoją polityką. Czułem złość, ale nie nienawiść. Byłem zły, że mimo tego że wszyscy przecież chcą dobrze, nie umiemy się ze sobą porozumieć. Nie umiemy działać wspólnie. W jednym kompromisowym kierunku. To taka forma złości, która wynika pewnie z poczucia bezradności.
                                                    - I jest stan wojenny. Już wiemy, że nikt nas nie napadł prócz własnej armii. I co wtedy? Poczucie upokorzenia?
                                                    P.K. - Najbardziej niezręcznie czułem się na początku sierpnia osiemdziesiątego pierwszego roku. Jako młodzieżowy członek partii wysłany zostałem do Rumunii na jakąś partyjną imprezę. Tam dowiedziałem się, że w kraju jest ruchawka. Denerwowałem się, że jestem daleko, czułem, że moje miejsce jest w firmie...
                                                    Z.D. - PZPR była w tym kraju wystarczająco długo, by dobrze wiedzieć, do czego prowadzą jej rządy. Ten już przysłowiowy ocet na półkach to nie wszystko. Tu ludzie byli zatrzymywani, więzieni, wyrzucani z pracy. Ile rodzin rozpadło się dlatego, żeście w imię tego całego socjalizmu stworzyli armię bezrobotnych i to z politycznych przyczyn?
                                                    P.K. - Tu, w Strzelcach, kogoś wyrzucono z pracy?
                                                    Z.D. - Niech pan napisze, że to właśnie pana Pawła chcieli wylać z partii za to, że nie miał w cementowni „osiągnięć” w postaci wyrzucania ludzi z roboty.
                                                    P.K. - Patrząc w warstwie czysto ekonomicznej - Solidarność domagała się rzeczy niespełnialnych. Polska była zadłużona, a tu kolejny postulat - wolne soboty. Dodatek drożyźniany... No przecież to było samobójstwo. Planowaliśmy reformy, próbowaliśmy je wprowadzić w życie...
                                                    - ...Ale ciągle brakowało papieru toaletowego...
                                                    P.K. - Dobrze. Na dziesięć lat polska gospodarka poszła do zamrażarki. Rzeczywiście, nie udały się te nasze plany.
                                                    - Za chwilę naszym wnukom będziemy opowiadać o stanie wojennym, a oni będą pytać: „O czym wy dziadkowie właściwie gadacie? O jakiejś zaprzeszłej historii, która nikogo nie interesuje w dobie McDonaldów?”
                                                    P.K. - Jeśli dziś rozmawiamy o stanie wojennym, to po to, by młodzież rozumiała, że istniały między nami podziały. Miały swoje przyczyny, były daty ważne, a władza robiła to, co robiła. I może po to, by dziś wyborcy jednak wybierali lepiej.
                                                    - Nic wielkiego w Strzelcach Opolskich w stanie wojennym się nie działo. Co powiecie swoim wnukom, gdy was zapytają o ten czas?
                                                    H.R. - Byłem w Solidarności - tej pierwszej - która mówiła „socjalizm tak - wypaczenia nie”.
                                                    P.K. - Że trzeba dbać o ludzi. Wszystko jedno, czy się jest w PZRR, czy w innej partii.
                                                    Zamach stanu
                                                    Stan wojenny w Polsce (1981-1983) był klasycznym zamachem stanu rozpoczętym 13 grudnia 1981 roku (niezgodnie z Konstytucją PRL) na terenie całej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej na mocy uchwały Rady Państwa z dnia 12 grudnia 1981 roku na polecenie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (pozakonstytucyjnego tymczasowego organu władzy), popartego przez Sejm PRL uchwałą z 25 stycznia 1982 roku. Został zawieszony 31 grudnia 1982 roku, a zniesiono go 22 lipca 1983 roku.
                                                    Oficjalnym powodem stanu wojennego była pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju, której przejawami były m.in. brak zaopatrzenia w sklepach (także żywności) i reglamentacja (od kwietnia do października 1981 ponownie objęto systemem tzw. kartek żywnościowych wiele istotnych towarów np. mięso, masło, tłuszcze, mąka, ryż, mleko dla niemowląt itd.) oraz zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego w kraju wobec zbliżającej się zimy. Rzeczywistymi powodami były obawy reżimu komunistycznego przed utratą władzy, związane z utratą kontroli nad niezależnym ruchem związkowym, w szczególności Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”, oraz walki różnych stronnictw w PZPR nie mogących dojść do porozumienia w kwestii formy i zakresu reform ustroju polityczno-gospodarczego PRL. Istotny był też gwałtowny spadek poparcia społecznego dla polityki komunistów, według badań OBOP już w czerwcu 1981 zaufanie do rządu deklarowało 24% respondentów, działania KC PZPR aprobowało jedynie 6% respondentów, a działania NSZZ „Solidarność” pozytywnie oceniało 62% Polaków.
                                                    Na podst. źródeł internetowych - mol

                                                    Albo zle sie poinformowali albo cyganiom,zywnosc w Polsce reglementowana byla od 1976r.
                                                    Drugi okres reglamentacji żywności trwał (w zmieniającej się formie) bardzo długo. 13 sierpnia 1976 roku o wprowadzeniu systemu zadecydował rząd premiera Piotra Jaroszewicza, zaś w roku 1981 drastycznie poszerzono listę produktów wydzielanych społeczeństwu. Poza cukrem i przetworami mięsnymi obywatel miał zagwarantowaną – przynajmniej teoretycznie – także określoną ilość masła, mąki, kaszy, mydła, proszku do prania, czekolady (która jednak najczęściej była wyrobem czekoladopodobnym), alkoholu, benzyny, papierosów, pieluch i wielu innych.
                                                  • berncik Sowieci w Strzelcach Opolskich. Zemsta na cywilach 13.12.12, 20:06
                                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20121208&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=121209629&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                                                    Radzieccy żołnierze, którzy wkroczyli do miasta w styczniu 1945 r., nie mieli żadnej litości dla miejscowych. Atakowali zwykłych ludzi, bo żołnierze Hitlera stąd uciekli.
                                                    Jak rozkradano Opolszczyznę po II wojnie światowej
                                                    artykuł premiumJak rozkradano Opolszczyznę po II wojnie światowej
                                                    Sowieci wkraczając do Strzelec byli już mocno zmęczeni przeciągającą się wojną. Goniąc wojska Hitlera przeszli setki kilometrów w silnym mrozie. Gdy doszli do granic III Rzeszy liczyli, że napotkają tutaj na opór i wreszcie będą mogli zemścić się za zło wyrządzone im na terenie ZSRR. Zamiast tego zastali w zasadzie puste ulice. Stoczyli tutaj raptem kilka starć, zabijając kilkudziesięciu żołnierzy z różnych formacji. Wojska Hitlera w większości uciekły stąd za Odrę, która była strategiczną linią obrony, a mieszkańcy pochowali się w swoich domach.
                                                    Pierwsza linia frontu, która wkroczyła do Strzelec w sobotę 20 stycznia przed północą, nie zniszczyła miasta - żołnierze po kilkudziesięciu godzinach opuścili okolicę idąc w kierunku Toszka. Spustoszenie i przemoc przyniosła za to druga linia frontu, która nastawiła się na rabowanie kosztowności. Relacje mieszkańców z tamtych czasów są przerażające - pokazują, że Sowieci byli w stanie mordować ludzi bez żadnego celu.
                                                    Gdy wojska wkroczyły na te ziemie Magdalena Glagla miała 12 lat. Mieszkała w Warmątowicach razem z dwoma braćmi w wieku 13 i 11 lat oraz 8-letnią siostrą. Gdy Sowieci weszli do wsi zaczęło się plądrowanie domów, gwałty i mordy na niewinnych ludziach.
                                                    "Na dworze było bardzo mroźno. Ojciec poszedł po drewno do domu gospodarczego. W tym samym czasie przyszli do nas Rosjanie i zabrali moją mamę na podwórko. Ja z moim rodzeństwem schowaliśmy się na górze. Po jakimś czasie usłyszeliśmy strzały i krzyk. Byliśmy tak wystraszeni, że schowaliśmy się pod łóżka. Nagle zrobiła się cisza. Pani Lipok zeszła na dół i zaczęła krzyczeć, a zarazem płakać. Słysząc to zeszliśmy wszyscy na dół, a na podwórku leżeli w śniegu zastrzeleni moi rodzice. W tym czasie, jako 12-letnie dziecko przeżyłam razem z moim rodzeństwem szok” - pisze we wspomnieniach Magdalena Glagla.
                                                    Po zabójstwie rodziców wojskowi zajęli dom. Sąsiadka kazała dzieciom uciekać w głąb wsi. Magdalena Glagla wspomina, że gdy opuszczali dom, najmłodsza siostra płacząc podeszłą do rodziców i prosiła, żeby wstali.
                                                    Następnego dnia Sowieci podpalili dom. Czwórkę rodzeństwa przygarnęły obce rodziny, a później ciotka. Dzieci mogły pochować matkę i ojca dopiero pod koniec marca, kiedy nastały cieplejsze dni. Wtedy też dowiedziały się, że Rosjanie zabili w styczniu znacznie więcej osób - w sąsiednim domu żołnierze zgwałcili i zamordowali matkę oraz dwie córki. W leśniczówcę zginęła natomiast matka z dwójką dzieci.
                                                    Podobne zbrodnie miały miejsce także w innych wsiach pod Strzelcami i w samym mieście. Do jednej z najokrutniejszych rzezi doszło w domu rodziny Gawlików w Rożniątowie. Sowieci wymordowali tam całą trzypokoleniową rodzinę, którą podejrzewali o ukrywanie niemieckiego żołnierza. Po wkroczeniu do domu nikogo jednak nie znaleźli, dlatego najpierw brutalnie "przesłuchali” domowników, a po tym dokonali egzekucji strzelając im w głowę i uderzając bagnetem. Zginęło łącznie siedem osób, w tym malutkie dzieci.
                                                    Mieszkańcy Rożniątowa odkryli tę zbrodnię dopiero kilka dni później. Weszli do domu Gawlików, bo zaniepokoiło ich to, że z komina domu nie widać dymu, a krowy stały w oborze niewydojone.
                                                    Jedno z większych starć z żołnierzami sowieckimi miało miejsce 25 stycznia 1945 r. W okolicy rynku ktoś ostrzelał radzieckich żołnierzy. Kilku z nich zginęło, a wśród zabitych miał być jeden z oficerów. To jeszcze bardziej rozwścieczyło Sowietów, którzy potem podpalili niemal całe miasto i z zimną krwią mordowali mieszkańców.
                                                    W artykule wykorzystano fragmenty wspomnień z publikacji "Strzelczan album rodzinny”. Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                                                  • berncik Tajemnice strzeleckich świątyń 26.12.12, 15:48
                                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20121225&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=121229821&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                                                    Zagadka tej ozdobnej czerwonej trumny z krypty kościoła w Centawie czeka na odkrywcę. W tej trumnie znajdowała się skrzynia zbita z desek, a w niej ciało, jak wynika z inskrypcji, Dorothy Barbary Larischowej. Skąd taki sposób pochówku? (fot. Radosław Dimitrow)

                                                    W podziemiach kościołów w Suchej i Szymiszowie leżą zmumifikowane ciała ludzi z odciętymi głowami, a w Centawie przez lata przechowywana była bogato zdobiona trumna należąca do szlachcianki. Mieszkańcy od lat zachodzą w głowę, jakie historie wiążą się z tymi ludźmi.
                                                    Niska temperatura i specyficzny mikroklimat, jaki panuje w podziemiach świątyni w Suchej pod Strzelcami Opolskimi, sprawił, że ciała złożone w podziemnej krypcie ponad 300 lat temu wyglądają dziś jak zmumifikowane. Do krypty prowadzi niewielki właz, za którym znajduje się ciasny korytarz porośnięty gęstą siecią pajęczyn. Cięgnie się on przez kilka metrów i kończy tuż przed prezbiterium.

                                                    Sama krypta to natomiast niewielkie pomieszczenie, w którym trumny ułożone są w jednym rzędzie. Część z nich z niewiadomych przyczyn jest otwarta. Spoczywają tam ciała ośmiu osób, o których niewiele wiadomo. Prawdopodobnie byli to szanowani i majętni ludzie zamieszkujący okolicę - duchowni i fundatorzy kościoła.

                                                    Choć niewiele o nich wiadomo, to wiele mówią przedmioty, z którymi zostali pochowali. W jednej z otwartych trumien spoczywa mężczyzna w habicie, który trzyma w ręce długie pióro. Za życia mógł on być miejscowym kronikarzem. Tuż obok znajduje się trumna, w której leżą razem kobieta i mężczyzna. Prawdopodobnie było to małżeństwo, które zmarło w jednym czasie, a ludzie zdecydowali, że po śmierci nie będą ich rozdzielać.

                                                    Najbardziej tajemniczą postacią jest jednak kobieta z odciętą głową, której szyja owinięta jest szalem. Zagadkę jej śmierci próbował rozwiązać Piotr Smykała, pasjonat historii i autor książek opisujących losy ziemi strzeleckiej. Niestety, podczas wertowania ksiąg parafialnych okazało się, że wszystkie dokumenty sprzed 1733 r. spłonęły w pożarze plebanii.

                                                    - Ogień pojawił się w parafii w Rozmierzy, do której niegdyś należała Sucha - tłumaczy Smykała. - To tam prowadzone były kroniki, w których odnotowywano informacje o narodzinach, pochówku i przyczynie śmierci. Płomienie strawiły wszystkie dokumenty z tamtego okresu. Na temat kobiety ze ściętą głową do dziś krąży jednak wśród mieszkańców opowieść przekazywana z pokolenia na pokolenie. Jedni traktują tę historię jak legendę, inni uważają, że może być w niej sporo prawdy.

                                                    Do tragicznych wydarzeń miało dojść trzy wieki temu, a sprawcą egzekucji był... narzeczony kobiety. Miłość połączyła miejscową pannę z rycerzem. Gdy w 1618 r. wybuchła wojna trzydziestoletnia musiał on wyjechać z tych stron, żeby walczyć. Wrócił po latach, a wtedy dowiedział się, że narzeczona go zdradziła. Rycerz nie mógł się z tym pogodzić i z zimną krwią zaplanował jej śmierć. Najpierw kazał kobiecie iść do kościoła się wyspowiadać, a gdy panna wychodziła ze świątyni - jednym pociągnięciem miecza ściął jej głowę. Po śmierci ukochanej rycerz zadbał, żeby jej ciało zostało złożone w zaszczytnym miejscu, czyli w samym kościele.
                                                    - Dziś krypta jest zamknięta dla ludzi postronnych - mówi ks. Norbert Nocoń, proboszcz parafii.
                                                    Głów było więcej
                                                    To niejedyna tajemnicza śmierć, która wiąże się z Suchą. W 1959 r. ludzie pracujący przy przebudowie miejscowego kościoła odkryli w ścianie przy prezbiterium zamurowaną głowę. Pracownicy, którzy natrafili na znalezisko, byli w szoku - długo zastanawiali się, do kogo mogła ona należeć. Być może odpowiedź można odnaleźć w krypcie świątyni w
                                                    Szymiszowie, która została wybudowana w 1607 r. W jednej z podziemnych krypt leży tam samo ciało. Informację o nim spisała arystokratyczna rodzina Strachwitzów, która była właścicielem miejscowego pałacu i ufundowała kościół.

                                                    Wśród rodzinnych dokumentów zachował się maszynopis, w którym czytamy o bezgłowym mężczyźnie o grubych kościach. Przypuszczalnie stracił on życie przez ścięcie mieczem lub toporem. Świadczą o tym rysy widoczne na kręgach szyjnych. W tej samej krypcie spoczywają ciała także innych osób, które zmarły w latach 1620-1811.
                                                    Nie warto rabować krypt

                                                    W kościele w Szymiszowie znajduje się jeszcze jedna krypta - tylko z dwiema trumnami.

                                                    - Jako pierwsza spoczęła w niej 21-letnia Agatha von Strachwitz, która zmarła w 1936 r. po nieudanej operacji ślepej kiszki - dodaje Piotr Smykała. - Śmierć córki okazała się ogromnym ciosem dla jej ojca Alfreda, który w tym czasie również chorował. Jego organizm nie wytrzymał obciążenia - zmarł kilkanaście dni później i został pochowany tuż obok Agathy.

                                                    Zmarli nie odpoczywali jednak w spokoju. Podczas II wojny światowej wracający z frontu sowiecki żołnierz wszedł do krypty i ją obrabował. Wojskowy szukał w podziemiach przede wszystkim kosztowności - biżuterii, złotych zębów itp. Starsi mieszkańcy przez wiele lat opowiadali, że ta kradzież nie wyszła mu na dobre. Podczas szukania kosztowności żołdak się skaleczył, a do rany dostały się bakterie z rozkładających się ciał. Infekcja okazała się na tyle groźna, że żołnierz zachorował i zmarł. Nie wiadomo natomiast, co stało się z kosztownościami, które zabrał. Wieść gminna głosi, że Rosjanin zakopał je pod drzewem niedaleko kościoła, ale "skarbu” nigdy nie odnaleziono.
                                                    Faktem jest natomiast, że latem 1969 r. do Szymiszowa przyjechał inny, około 45-letni, mężczyzna, który mówił łamaną polszczyzną z mocnym rosyjskim akcentem. Chciał widzieć kryptę, a potem przeczesywał teren wokół parafii i pobliski las. Jego pobyt opisał zmarły już Jan Piętka - mieszkaniec Szymiszowa, który był ogrodnikiem w domu Strachwitzów oraz udzielał się jako kościelny i dzwonnik.
                                                    Tajemnicza trumna
                                                    Czerwona trumna, która przez lata spoczywała w krypcie kościoła w Centawie, to natomiast jeden z najbardziej zagadkowych przedmiotów z tych stron. Pochodzi ona z XVII wieku, czyli okresu, w którym pogrzeby w bogato zdobionych trumnach były popularne w rodzinach szlacheckich.
                                                    - Oczywiście na taki pochówek mogli sobie pozwolić tylko majętni ludzie - zauważa Roman Sękowski, opolski historyk i regionalista. - Była to miedziana trumna ozdobna, w której znajdowała się skrzynia zbita z desek. Ciało znajdowało się w tej drugiej.
                                                    Inskrypcje umieszczone obok ornamentów wskazują, że w trumnie spoczęła "Wysoko rodzona Pani R. Dorotha Barbara Larischowa”. Była to żona Franciszka Larischa, miejscowego właściciela ziemskiego.

                                                    - Wygląd tej trumny znacznie odbiega jednak od tych, które używane były na Ślasku w tamtych czasach - dodaje Sękowski. - Prawdopodobnie rodzina zamówiła ją gdzieś daleko stąd, bo autor wykonał ją niezgodnie ze zwyczajami przyjętymi na Śląsku.

                                                    Na tych ziemiach w owych czasach żona nie przyjmowała nazwiska męża - zachowywała panieńskie. Nie miała też prawa posługiwać się jego herbami i tytułami, natomiast te zostały umieszczone na trumnie. Także ornamenty znacznie odbiegają od tych używanych na Śląsku.

                                                    Trumna do 1967 r. spoczywała w kościele w Centawie. Ówczesny proboszcz przekazał ją jednak do Opola, a stamtąd trafiła do Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu.
                                                  • berncik Pomnik:Na Górze św. Anny 02.01.13, 18:28
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/x2.jpg
                                                    Świątynia śmierci.
                                                    Gotyckie kościoły z XV wieku w Wysokiej i Dolnej zbudowano z kamiennych bloków wydartych ziemi w masywie chełmskim. Na Górze św. Anny wydobycie tego surowca rozpoczęło się jednak znacznie później. Mapa z 1749 r. pokazuje, że nie istniały tutaj jeszcze wyrobiska, a do budowy klasztoru franciszkańskiego na szczycie wzniesienia w latach 1733-1749 użyto kamienia wydobywanego w odległym o 2,5 kilometra Kadłubcu.

                                                    Wapień był ważnym surowcem, wykorzystywanym w wielu dziedzinach życia. Oprócz produkcji wapna, używano go przede wszystkim w budownictwie (gwałtowny wzrost zapotrzebowania na ten materiał miał miejsce na przełomie XVIII i XIX w.), ale także przy garbowaniu skór, jako produkt do produkcji karbidu używanego w lampach górniczych, rafinacji soku buraczanego w cukrowniach, a nawet jako wybielacz w przemyśle papierniczym.

                                                    W XIX w. na słabo dotąd zaludnionej Górze św. Anny zaczęło osiedlać się coraz więcej mieszkańców. Potrzebowali oni trwałego i względnie taniego materiału budowlanego. Ponieważ cegielni było tutaj jak na lekarstwo i cegły były towarem drogim, domy budowano głównie z miejscowego wapienia. Okres wydobycia „białego złota” był względnie krótki. Już w latach 80. XIX w. wyrobiska były nieczynne (dopiero w okresie III Rzeszy nastąpiła ich krótka reaktywacja a materiał przeznaczano na cele wojenne). Ten czas pozwolił jednak na znaczną zmianę krajobrazu góry.

                                                    Najstarszym miejscem wydobycia była dolina Krowioka. Znajduje się między dzisiejszym parkingiem obok autostrady, przebiega przez dzisiejszy amfiteatr i biegnie w kierunku Zdzieszowic. W 1882 r. tworzyła ona nieprzerwaną skalną ścianę o długości 1 kilometra. Drugim miejscem wydobycia był kamieniołom usytuowany blisko szczytu, w którym wydobywano nefelinit. Wyrobisko to przekształcono później w tak dobrze znaną uczestnikom pielgrzymek grotę lurdzką (ukończoną w 1914 r.).

                                                    MIEJSCE THINGÓW
                                                    Inny los miał spotkać wyrobisko Krowioka. Przez pół wieku opuszczone miejsce zasypywały hałdy śmieci i zarastało zielsko. W 1933 r. nowe władze Niemiec postanowiły zrobić z niego użytek. Na terenie całej Rzeszy zaplanowano budowę około 400 (źródła różnie podają liczbę zaplanowanych budowli) amfiteatrów nawiązujących do germańskich tradycji. Ostatecznie wybudowano ich od 20 do 70. Amfiteatr annogórski był jednym z największych. Podobny, choć znacznie mniejszy obiekt miał powstać też na wyspie Bolko w Opolu.

                                                    Amfiteatry służyły za tzw. Thingplätze (lub Thingstätte), czyli miejsca, w których odbywał się Thing. Wśród ludów germańskich było to w przeszłości miejsce zgromadzenia mężczyzn całego plemienia, podczas którego rozsądzano spory i ustalano prawa (w Skandynawii zwyczaj ten przetrwał aż do XX w.). Przedwiekowe zwyczaje przywrócono w III Rzeszy, a ich inicjatorem był mistrz propagandy - Joseph Goebbels. Thingi z lokalnych zgromadzeń przekształciły się w wielotysięczne zgromadzenia polityczne. Thingplatze były też celem wycieczek młodzieżowych. Amfiteatry takie okazały się skuteczniejsze niż lokale, w których do tej pory odbywały się partyjne wiece. Nie spełniły jednak pokładanych w nich nadziei.

                                                    Funkcjonowanie Thingstätte opierało się na mglistych założeniach. Odbywały się tam przedstawienia poświęcone nowemu narodowo-socjalistycznemu kultowi. Składały się z oratoriów, pantomimy, procesji i tańca. Goebbels wyznaczał specjalnych państwowych poetów reżyserujących całe przedstawienia z marszami z pochodniami i święceniem sztandarów. Ich poziom okazał się jednak tak amatorski, że nawet twórcy wkrótce stracili serce do ich tworzenia. Ruch Thingstätte zaczął zanikać po roku 35, ostatecznie zaprzestano takich szopek w 1937 r. Propaganda niemiecka skupiła się na znacznie skuteczniejszych mediach - radiu i kinie.

                                                    Na Górze św. Anny prace rozpoczęły się już w roku 1934. Trzy lata później oddano pobliskie schronisko młodzieżowe dla przybywających tutaj tłumnie młodych nazistów. Mieściło ono 172 łóżka, a jego otwarcia dokonał 17 października 1937 r. przywódca Hitlerjugend - Baldur von Schirach. Po wojnie funkcjonowało ono jako schronisko „Amfiteatron”.

                                                    Architektami obu budowli byli Franz Böhmer i Georg Petrich, którzy wyspecjalizowali się w tego typu obiektach. Usunięto hałdy, a mniej stromą, zachodnią stronę wyrobiska przebudowano w łagodny stok. Na nim ustawiono półokrągłe sektory dla widzów. Dolny z miejscami siedzącymi (dla 7000 widzów), górny ze stojącymi (20000). W sumie na obszarze całej budowli można było jednocześnie zmieścić 50000 osób. Nad sceną, leżącą pod pionową, 30-metrową ścianą skalną, wybudowano okrągłą trybunę honorową dla gości i chóru.

                                                    Dla trwałości obiektu ważne były odwadniające go prace inżynierskie. Pod amfiteatrem wybudowano sieć korytarzy, z których najdłuższy liczy 200 m. Dziś gnieżdżą się w nich nietoperze. Annogórski Thingplatze oddano do użytku w 1936 r.

                                                    Wybór Góry św. Anny nie był oczywiście przypadkowy. Amfiteatr miał przypominać o zwycięskiej dla Niemców bitwie z maja 1921 r., z okresu III powstania śląskiego. Stworzenie tak monumentalnej budowli, do której zjeżdżali się partyjni działacze, miało też w zamyśle zapewne umacniać „niemieckość” tych terenów, co podkreślało imponujące mauzoleum wybudowane na szczycie urwiska. Było też przeciwwagą dla sanktuarium na Górze św. Anny, które odwiedzało tysiące pątników.
                                                    WOJOWNIK W MROKU
                                                    Rotundę wybudowano w latach 1937-38. Był to jednocześnie pomnik i mauzoleum Niemców poległych podczas III powstania śląskiego. Do jego zaprojektowania wybrano czołowego architekta sztuki wojskowej, Roberta Tischlera. W jego zamyśle był to cmentarz wojskowy i pomnik chwały skupiony wokół centralnej budowli - Totenburga (zamku poległych). Trend budowania takich przybytków nie ograniczał się tylko do okresu III Rzeszy. Ten sam architekt, który zaprojektował Totenburg na Górze św. Anny, stworzył w 1955 r. podobną, choć o wiele bardziej imponującą budowlę na cmentarzu żołnierzy niemieckich w El-Alamain.
                                                    Zgodnie z założeniami rotunda annogórska była z zewnątrz obiektem surowym, niemal pozbawionym zdobień i nawiązującym do budowli militarnych. Zbudowano ją z wapienia sprowadzonego z Gogolina. Zewnętrzny widok był jednak zwodniczy. Dopiero kiedy weszło się do wnętrza rotundy, można było docenić jej ogrom. Poziom podłogi był znacznie niższy (ok. 3 m) niż gruntu, więc osobę, wchodzącą tu po raz pierwszy, zaskakiwał jej rozmiar. Tylko około połowa mauzoleum znajdowała się ponad poziomem gruntu.
                                                    Wnętrze oświetlone było jedynie przez szczeliny w ścianie, przypominające otwory strzelnicze. Wąskie wejście, zamykane brązowymi drzwiami, znajdowało się od wschodu. Prowadziło do korytarza wokół budowli, do schodów znajdujących się od zachodu, dopiero z nich schodziło się do wykutej w skale Totenhalle. Była to okrągła sala zmarłych o średnicy 10 m.
                                                    W jedenastu niszach umieszczonych dookoła sali znajdowały się sarkofagi z prochami poległych. Filary oddzielające sarkofagi wykonano z ciemnoczerwonego granitu sprowadzonego z Lipska. Wnętrze ozdobione było posągami i mozaikami z kamieni przywożonych z całych Niemiec. Najbardziej przykuwał uwagę imponujący, 14-tonowy posąg umierającego germańskiego wojownika usytuowany w samym centrum budowli. Wyłaniał się on z mroku rozjaśniony tylko nikłymi promieniami światła ze świetlików. Według danych z epoki wykuto go w zielonkawym porfirze - magmowej skale (w rzeczywistości był to podobny w wyglądzie lamprofir sprowadzony z Bawarii). Jego twórcą był Josef Adolf Schmoll gen. Eisenwerth z Monachium. Wraz z pomocnikami wykuwał go na miejscu, równocześnie z budową mauzoleum, gdyż po ukończeniu budowy niemożliwym byłoby już jego umieszczenie wewnątrz. Całość tworzyła religijno-mistyczny nastrój, na którym zależało twórcom budowli.

                                                    WSPÓŁCZESNY POMNIK
                                                  • berncik Re: Pomnik:Na Górze św. Anny 02.01.13, 18:29
                                                    WSPÓŁCZESNY POMNIK
                                                    Po przejęciu tych terenów przez władze polskie oczywistym było, że po tak imponującym i jednoznacznie germańskim pomniku nie może pozostać żaden ślad. Sprawę rozwiązano szybko i konkretnie - za pomocą materiałów wybuchowych. Budowlę ogołocono wcześniej z ozdób, a szczątki poległych Niemców pochowano po cichu na cmentarzu annogórskim. Trumny przewieziono w kierunku Katowic i ślad po nich zaginął. Rozbiórki cenniejszych elementów pomnika dokonali Ślązacy przebywający w obozie pracy w Błotnicy. Jak to określano - poprzez pracę mieli odkupić swoje wojenne winy.

                                                    Wysadzenie pomnika w powietrze nie rozwiązywało jednak sprawy do końca. Pozostawał imponujący amfiteatr, który zawsze przypominał o potędze, która go stworzyła. Postanowiono wykorzystać go więc na użytek nowej ideologii. Zaplanowano budowę nowego pomnika - tym razem Powstańców Śląskich.

                                                    Pierwotny plan zakładał, że wykorzysta się do tego pionową ścianę amfiteatru. Wyznaczony do tego zadania Xawery Dunikowski planował wyrównać trzy trzydziestometrowe płaszczyzny i wyrzeźbić w nich gigantyczne postacie słowiańskich łuczników z napiętymi łukami i kariatydy (podpory w kształcie postaci). Na szczycie stromizny miał stanąć pomnik bardzo podobny do wcześniejszej rotundy, lecz z wieżą na środku. Byłby on bardziej oddalony od krawędzi od swego poprzednika. Projekt jednak zarzucono jako zbyt kosztowny.

                                                    Ostatecznie wybrano mniej ambitne rozwiązanie, które przetrwało do dziś. W miejscu dawnego pomnika powstała nowa budowla wybudowana w latach 1946-55. Jest ona położona niżej od poprzedniej, gdyż podczas burzenia i przebudowy poziom gruntu obniżył się o około metr. Pomnik utworzono z czterech pylonów (zbudowanych z karkonoskiego granitu) połączonych u góry. Ozdobiono je socrealistycznymi rzeźbami Ślązaków i elementami zwierzęcymi wykutymi w granicie. Ściany pylonów zapełniono rysunkami z historii Śląska, wykonanymi w ołowiu.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK

                                                    Źródła: Robert Niedźwiecki, Skalny amfiteatr na Górze św. Anny, 2012
                                                    Kamienne skarby Ziemi Annogórskiej, Przewodnik Geologiczny
                                                    Janusz L. Dobosz, Wrocławska architektura spod znaku swastyki..., Wrocław 1999
                                                  • 1fatum Re: Pomnik:Na Górze św. Anny 02.01.13, 19:03
                                                    Jak to zwykle bywa z polską myślą techniczną, rozpada się, a niekonserwowane pierwotne elementy trwają do dziś.
                                                    Jedyne co powojennym dzierżawcom tych ziem dobrze wychodzi, to wszelkie prace dewastacyjne i wyburzeniowe. Z budową już nie bardzo im wychodzi.
                                                    Byłem. Widziałem.
                                                  • 1fatum Re: Pomnik:Na Górze św. Anny 02.01.13, 19:30
                                                    1fatum napisał:

                                                    > Jak to zwykle bywa z polską myślą techniczną, rozpada się, a niekonserwowane pi
                                                    > erwotne elementy trwają do dziś.
                                                    > Jedyne co powojennym dzierżawcom tych ziem dobrze wychodzi, to wszelkie prace d
                                                    > ewastacyjne i wyburzeniowe. Z budową już nie bardzo im wychodzi.
                                                    > Byłem. Widziałem.

                                                    https://fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ah/hb/pn9u/raZt34g8Uh5uKgI1sB.jpg
                                                  • berncik Re: Pomnik:Na Górze św. Anny 03.01.13, 11:55
                                                    Piszom tam ze Hitler Jugend na pomniku robila marsze i ze ten drewniany hotel byl dla modych Hitlerowcow .Po wojnie sie nic nie zmienilo.Zmienily sie tylko mundury. I marsze z wielkom pompom organizowali harcerze a ten Budynek Hitlerowski Nazywal sie Harcowka,a nie zaden Amfiteatron.
                                                  • 1fatum Re: Pomnik:Na Górze św. Anny 03.01.13, 13:04
                                                    Dziś nie ma harcerzy, którzy przestali maszerować, a resztki konstrukcji wygląda jak po spaleniu.

                                                    Skoro tak bardzo nienawidzą hitlerowców, to czemu nie zburzyli dróg wybudowanych przez hitlerowców? Czemu korzystają z pozostałej infrastruktury?

                                                    Rozumiem mieć awersję do tamtego systemu i ludzi, ale czemu odpowiedzialność ponoszą niczemu niewinne budowle?

                                                    Chyba jest coś w tym prawdy, że pochodzą do Vandalów.
                                                  • berncik Osady, które zmiotła wojna 09.01.13, 20:08
                                                    https://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/qc/ga/yobe/FmySqTwp1UPTVyrRzB.jpg
                                                    Zaginione wioski powiatu strzeleckiego
                                                    Przez trzy dziesięciolecia na znacznych obszarach Europy szalała wojna, która zmiotła niezliczoną liczbę ludzkich istnień i osad. Niektóre z krajów Rzeszy utraciły 50% mieszkańców. Zginęło około 8 milionów ludzi, głównie cywilów. Podobnie jak w wypadku wojen husyckich, tutaj także wszystko zaczęło się w sąsiednich Czechach, gdzie 23 maja 1618 roku w nietypowy sposób wykorzystano jedno z okien zamku na Hradczanach.

                                                    Zarzewiem wojny był narastający konflikt między państwami rządzonymi przez władców katolickich a coraz liczniejszymi monarchami, którzy zdecydowali się przyjąć nauki Marcina Lutra. Kościół katolicki starał się wszystkimi siłami powstrzymać protestantyzm, wspierając władzę cesarską. Rosnąca potęga katolickich Habsburgów nie w smak była reszcie monarchów.

                                                    W 1608 r. powstała Unia Protestancka (lub Ewangelicka) mająca reprezentować niemieckie państewka protestanckie w sejmie Rzeszy. Rok później powstała w opozycji Liga Katolicka. Niemcy były zbiorem małych ksiąstewek, hrabstw, biskupstw i miast. Każde rządziło się własnymi prawami. Były zróżnicowane pod względem religijnym i etnicznym. Protestantyzm przeważał w Czechach, Saksonii, na Śląsku i w księstwach północnych. Bawaria, Austria i liczne południowe księstwa były katolickie. We wszystkich dochodziło do prześladowania chrześcijan odmiennego wyznania.

                                                    W 1609 r. cesarz potwierdził całkowitą wolność religijną w Czechach, gdzie większość stanowili protestanci. Nowy władca, cesarz Maciej Habsburg, koronowany w 1611 r., nie dotrzymał jednak danego przez poprzednika słowa. Rozzłoszczeni protestanccy parlamentarzyści czescy wdali się 23 maja 1618 r. w gwałtowną kłótnię z wysłannikami cesarza. Kiedy emocje sięgnęły zenitu, po prostu wyrzucili ich z okna.

                                                    Dwóch cesarskich wysłanników, Jarosława Borzitę z Martinic i Wilhelma Slavatę, uratowała kupa gnoju, która od dłuższego czasu rosła pod zamkowym murem. Powstała z odpadków, jakie uczestnicy uczt wyrzucali przez okna. Wysłannikom nic się nie stało, co katolicy uznali za cud. Tzw. defenestracja praska (łac. de fenestra - „przez okno”) była iskrą, którą uznaje się za bezpośredni początek wojny trzydziestoletniej. W jej wyniku śmierć poniosło także wielu mieszkańców naszej ziemi. Na zawsze zniknęły z mapy liczne osady i miasta.

                                                    BRZEZOWICE (BRZESOVITZE)
                                                    Wieś położona poza miastem w pobliżu Adamowic. Osada, która występuje w najstarszych znanych w źródłach pisanych z pierwszej połowy XIII w., obok Adamowic i lasu Osiek. Wymienia je dyplom wystawiony na zamku w Strzelcach 14 października 1325 r., w którym czytamy Albert Młodszy, książę opolski i pan na Strzelcach, transumuje (potwierdza) przedstawiony mu przez jego wiernych baronów, braci Wojsława (Woyslaw), Franka (Franco), Zbiluta (Zbeluth) i Piotra von Kokor, dokument Władysława cieszyńskiego i opolskiego z 30 marca 1235 r., w którym książę podarował Adamowi von Kokorz za jego wierną służbę wsie Adae villa (Adamowice), Brzesovitze (Brzezowice) i las Osiek, leżące w okręgu opolskim (Districtu Opoliensi) z wieloma wolnościami.

                                                    Dziś z całą pewnością możemy stwierdzić, wbrew poglądom przedstawianym w przedwojennej niemieckiej literaturze, że dokument, na który powołuje się książę Albert, jest falsyfikatem. Książę Władysław opolski nie mógł być wystawcą dyplomu, gdyż w momencie darowizny Adamowic był niespełna 10-letnim dzieckiem, a zatem nie osiągnął jeszcze tak zwanych lat sprawnych, które uprawniałyby go do samodzielnych decyzji politycznych. Ponadto książęta górnośląscy w wystawianych przez siebie dokumentach, jak pokazuje przykład Alberta strzeleckiego, obok partykularnych tytułów (np. pan na Strzelcach, pan Raciborza, itd.) w pierwszej kolejności określali się jako książęta opolscy (duces Opolie, Herzog von Oppeln).

                                                    Warto jeszcze wspomnieć, że księstwo cieszyńskie wyodrębniło się z dzielnicy opolskiej dopiero po śmierci Władysława opolskiego, która nastąpiła w 1281 lub 1282 r., a pierwszym władcą tego państewka został najstarszy syn zmarłego księcia - Mieszko.

                                                    Obdarowana osoba, czyli rycerz Adam von Kokorz, jest postacią autentyczną i pojawia się kilkakrotnie wśród świadków dyplomów wystawianych w latach 1294-1297 przez Bolesława (Bolka) I opolskiego, który odziedziczył dzielnicę opolską po śmierci swojego ojca, Władysława. Kokorzowie to stary górnośląski ród szlachecki herbu Kur, którego siedzibą rodową był Kamieniec koło Gliwic. Jego pierwszym poświadczonym w źródłach przedstawicielem jest właśnie Adam, właściciel Adamowic pod Strzelcami. Z racji posiadanych majątków jego potomkowie pojawiali się nader często wśród świadków dokumentów wystawianych przez książąt opolskich, strzeleckich i niemodlińskich w XIV i XV w.

                                                    W nieznanym bliżej czasie Adamowice i Brzezowice odpadły z majątku Kokorzów. Na początku XV w. właścicielem obydwu osad był Mikołaj (Nikolaus) Sittke, kustosz kapituły w Głogówku. W dniu 25 marca 1408 r. książę Bernard niemodliński i strzelecki wystawił na zamku w Strzelcach dokument, z którego wynika, że przed majestatem książęcym zjawił się Mikołaj Sittke i potwierdził sprzedaż należących do niego wsi: Adamowice i Brzezowice, leżących przed miastem, na rzecz Mikołaja Weichonis a po jego śmierci wszystkim kolejnym proboszczom w Strzelcach za kwotę 108 grzywien praskich groszy. Transakcja, na prośbę proboszcza Mikołaja, została ostatecznie zatwierdzona przez biskupa wrocławskiego Konrada IV Starszego (1380/90-1447, biskup 1417-1447) dyplomem wystawionym 20 maja 1435 r.

                                                    Majątek nabyty przez ówczesnego proboszcza strzeleckiego składał się z folwarku Adamowice oraz wsi o tej samej nazwie, zamieszkiwanej przez ośmiu mieszkańców i liczącej 16 łanów pola, a także osady Brzezowice. Leżała ona w pobliżu Adamowic przed bramami miasta Strzelce i najprawdopodobniej uległa zniszczeniu w czasie wojny trzydziestoletniej (1618-1648).




                                                  • berncik Re: Osady, które zmiotła wojna 09.01.13, 20:10
                                                    GORZOWY (GORZOW)
                                                    Według różnych relacji była to wioska lub małe miasteczko. Gorzowy istniały w odległości 0,5 km na północ od dzisiejszych Poznowic. Obecnie teren ten zarasta las. Podczas wojny trzydziestoletniej część mieszkańców została zabita przez wojska szwedzkie, a reszta w popłochu uciekła i nigdy nie powróciła do zrujnowanych zabudowań.

                                                    Miejscowość była wymieniana w dokumentach XVI-wiecznych. Aż do zniszczenia Gorzowy wieś Poznowice była osobną parafią. Po ich wyludnieniu kościół parafialny w Poznowicach stracił status parafii i został włączony do parafii Kamień Śląski. Od tej pory w kościele poznowickim odprawiano msze święte jedynie raz na kwartał oraz w święto patrona parafii i w święta tytularne. Nową parafię w Poznowicach utworzono dopiero w 1982 r. z miejscowościami Poznowice, Siedlec i Sprzęcice.

                                                    Pomimo zniszczenia wsi w późniejszych dokumentach nadal wymieniano Gorzow dla oznaczenia miejsca. Na przykład 21 lipca 1732 r. Franz Graf Tenczin kupił od hrabiny Lagnosco z d. von Waldstein teren Gorzowy. Także poznowiczanie na teren byłej wioski mówią Gorzow lub Gorzowy. Pół wieku temu można było jeszcze zobaczyć resztki murów zabudowań oraz zdziczałe drzewa owocowe i liściaste.

                                                    Według przekazów ustnych z miejscowości Gorzowy udało się uciec przed wojskami szwedzkimi rodzinie Sobota, która osiedliła się w Poznowicach. Do dziś istnieje stara kapliczka z kryptą grobową w podziemiach ufundowaną przez tę rodzinę. Są w niej pochowani członkowie rodziny Sobota. Obecna kapliczka została przebudowana w drugiej połowie XIX w.

                                                    GRZYBOWICE (GRZYBOWIC)
                                                    Zaginiona wioska była położona między Suchą a Szymiszowem. Zniknęła prawdopodobnie po zniszczeniu w czasie wojny trzydziestoletniej. Ludność została zabita lub uciekła przed Szwedami i już nigdy nie odbudowała osady. Wieś była wymieniana w XVI-wiecznych dokumentach.

                                                    CZOLAKOWICE (CZOLAKOWIC)
                                                    Zaginiona wieś koło Dolnej. Zniszczona została prawdopodobnie w czasie wojny trzydziestoletniej. Część mieszkańców zginęła, a reszta nie powróciła do swoich domów. Czolakowice, aż do zniknięcia z powierzchni ziemi, zawsze były wymieniane w dokumentach razem z dobrami rycerskimi Dolna.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK

                                                    Częściowo wykorzystano materiały zgromadzone przez Marka Królikowskiego.
                                                  • berncik Cementownia Rozmierka 16.01.13, 12:22
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/c2.jpg
                                                    To nie pomyłka w nazwie. Kiedy zapadła decyzja o wybudowaniu nowego zakładu, umiejscowiono go w pobliżu Rozmierki. Tak też zapewne by się nazywała cementowania, gdyby władze pobliskich Strzelec Opolskich w porę nie zorientowały się, że wymyka im się z rąk kura składająca złote jajka. W trakcie budowy przeprowadzono więc korektę granic i przesunięto je tak, by objęły nowy zakład. Dzięki temu ogromne podatki trafiły do miasta, a nie do o wiele mniejszej Rozmierki.
                                                    Budowa rozpoczęła się 1 kwietnia 1973 roku i trwała 40 miesięcy. Koszt inwestycji sięgał 2 miliardów ówczesnych złotych. W ciągu tych 1297 dni zbudowano jeden z największych zakładów na Opolszczyźnie. Waga wszystkich konstrukcji po ukończeniu budowy sięgnęła 20 tysięcy ton. Maszyny ważyły łącznie 28 266 ton. Piece obrotowe miały po 180 metrów długości i 5,5 metra średnicy. Po uruchomieniu, strzelecka cementownia produkowała więcej materiału końcowego, niż wszystkie inne dotychczas istniejące cementownie wchodzące w skład Opolskiego Kombinatu Cementowo-Wapienniczego razem wzięte.
                                                    Decyzja o powstaniu nowej cementowni w okolicach Strzelec była logiczna. Istnieją tutaj ogromne złoża wapienia - podstawowego materiału do wyrobu cementu. Gierkowski zryw do budowy „Drugiej Polski” zakładał powstanie wielu nowych zakładów z gigantyczną hutą Katowice na czele. Aby je zbudować, należało wylać równie gigantyczne ilości betonu, który należało gdzieś wyprodukować. Strzelce znajdowały się dość blisko, a w niedalekim Krasiejowie wydobywano glinę potrzebną do produkcji cementu metodą „na mokro”. Pierwotnie planowano dowozić ją ciężarówkami, lecz w końcu inżynierowie zdecydowali się na położenie rurociągu, którym rozwodniona glina dostarczana była do zakładu.
                                                    Historia budowy cementowni nie jest szczególnie dobrze opisana. Pozostało niewiele materiałów, między nimi - album z zastrzeżeniem „do użytku wewnętrznego” i fotografie. Pozostaje jednak wiele wspomnień związanych z tym okresem. Przy budowie cementowni potrzeba było tysięcy rąk do pracy. Nie można ich było znaleźć na miejscu, więc sprowadzano robotników z całej Polski. W tym ludzi z jej centralnej i wschodniej części, dla których takie udziwnienia jak wanna, centralne ogrzewanie czy piec gazowy były nieznanymi luksusami. Ich zderzenie z nowoczesnością wciąż dostarczało materiałów do anegdot.
                                                    Niejaki pan R. (nazwisko niech nie zostanie ujawnione) przyjechał do Strzelec do pracy przy budowie zakładu. Otrzymał mieszkanie w nowo wybudowanych blokach na osiedlu Przyjaźni Polsko- Radzieckiej. Po jakimś czasie wybrał się do spółdzielni mieszkaniowej z dużymi zastrzeżeniami co do funkcjonalności nowego lokum.
                                                    - Piec ma za wąski komin - oświadczył urzędnikowi. - Co w nim zapalę, to dym wychodzi na mieszkanie.
                                                    Zaskoczony pan z administracji zaczął dopytywać się, jak to możliwe. A jak zrozumiał, zbielał z przerażenia.
                                                    - Normalnie - tłumaczył pan R. - Jak to w piecu. Otwarłem klapę, nasypałem węgla i podpaliłem. A dym w całym mieszkaniu.
                                                    Okazało się, że rozpalił ogień w piekarniku pieca gazowego. Do mieszkania przyjechała zaraz ekipa monterów i strażaków, żeby sprawdzić, czy pół bloku nie wyleciało w powietrze. Jakimś cudem przewody z gazem przetrwały wysoką temperaturę i nic się nikomu nie stało, ale legenda rozniosła się po kraju. Nawet w Katowicach czy w Bytomiu opowiadano sobie tą historię jako anegdotkę.
                                                    Po Strzelcach krążyły opowieści o przyjezdnych, którzy trzymali w mieszkaniu kozę albo magazynowali węgiel w wannie. Jeden z nowo przybyłych robotników przez długi czas stał nad skrajem drogi, po czym ostrożnie zaczął badać asfalt stopą. Myślał, że to czarna rzeka. Kiedy w końcu przekonano go, że to droga, zapytał się:
                                                    - Ale wy to zwijacie na noc?
                                                    Ponieważ brakowało miejsc noclegowych, robotników dokwaterowywano do prywatnych domów w okolicznych miejscowościach. Częściowo odbywało się to pod przymusem. Po pracy (i podczas niej) oddawali się ulubionej rozrywce wszystkich budowniczych socjalistycznych - piciu. Szybko więc butelka wódki stała się w okolicy najlepszym środkiem płatniczym. Można było za nią załatwić wszystko, a zwłaszcza paliwo.
                                                    Ilość benzyny, jaką zużyto przy transportowaniu materiałów, można by pewnie obdzielić trzy takie budowy. Zaprzyjaźniony kierowca podjeżdżał w umówione miejsce i spuszczał ze zbiornika tyle paliwa, ile się dało. Jeżeli okazywało się, że ma go za dużo - resztę po prostu wylewał do lasu lub przydrożnego rowu. Praktyka ta była tak nagminna, że niektórzy gospodarze wystarali się o 100 lub 200-litrowe beczki, które wkopywali za domem i tworzyli zapasy na gorsze czasy.
                                                    Równie łatwo można było zdobyć wszystko, co tylko używano podczas budowy. Za bezcen robotnicy wywozili beton czy pręty zbrojeniowe. Wszystko to zamieniali na wódkę, piwo czy jedzenie. Czas ten okoliczni mieszkańcy wspominają bardzo miło, bo za grosze można było wybudować dom. Nikt też nie przejmował się odpowiedzialnością, bo jej po prostu nie było.
                                                    Mimo rozmachu, podczas wznoszenia cementowni co chwila dawały się we znaki uroki gospodarki socjalistycznej - braki w zaopatrzeniu czy prymitywny sprzęt. Część prac, szczególnie w pierwszych etapach budowy, trzeba było wykonać ręcznie. W zimie, kiedy zamarznięty grunt nie pozwalał na używanie koparek, ziemię rozkruszano za pomocą materiału wybuchowego - metanitu. Kominy wznoszono nowoczesną metodą ślizgową. Używano do tego szybkowiążącego betonu. Kiedy stężał ta tyle, by unieść dalszą konstrukcję, przesuwano wyżej deskowanie i zalewano kolejną warstwę.
                                                    Zarobki przy budowie cementowni były znacznie wyższe od średnich w kraju. Zjeżdżali więc robotnicy ze wszystkich stron. Dodatkowym magnesem były obiecane mieszkania. Nie zniechęcał fakt, że najczęściej na miejscu zastawali dopiero plany lub fundamenty bloków, w których mieli zamieszkać. Niemniej wielu z pracujących przy budowie osiedliło się w Strzelcach z rodzinami na stałe. Wielu też znalazło tu swoją drugą połowę.
                                                    Inwestycja sprowadziła też wiele firm, które wykonywały prace podczas wznoszenia zakładu. W sumie takich zewnętrznych wykonawców było aż 26. Część z nich pozostała po uruchomieniu cementowni i wykonywała zlecone prace do samego końca istnienia zakładu.
                                                    Uruchomienie cementowni szybko dało się we znaki mieszkańcom. Mało wydajne filtry przepuszczały do atmosfery pyły, które osiadały w całej okolicy. Bardzo szybko normalnym widokiem była warstwa cementu, która grubo przykrywała pola, domy, samochody. Ludzie wspominają, że były dni, podczas których w okolicy nie można było odnaleźć klucza do domu, który położyło się na parapecie. Wystarczyła godzina i skrywała go gruba warstwa pyłu. Gdy na otwarcie zakładu zjechać miały władze państwowe, kilka dni wcześniej wstrzymano produkcję, by okolica nie wyglądała jak Pompeje po wybuchy Wezuwiusza. Produkcję uruchomiono tuż przed oficjalną wizytą.
                                                    Budowniczowie śpieszyli się, by oddać zakład we właściwym momencie. I tak - drugi piec obrotowy udało się uruchomić tuż przed XXV Zjazdem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Rozpalenie pierwszego pieca nastąpiło dwa dni przed VII Zjazdem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pierwszy transport strzeleckiego cementu pojechał na budowę Huty Katowice.
                                                    Przez ponad trzy dziesięciolecia cementownia dawała zatrudnienie setkom mieszkańców. Nie wytrzymała jednak wolnego rynku i w 2004 zakończyła działalność, ustępując miejsca nowocześniejszym zakładom.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Krwawy styczeń 31.01.13, 17:50
                                                    W niniejszym opracowaniu chcemy przybliżyć Państwu przebieg wydarzeń z początków roku 1945 w rejonie Izbicka. Wkraczająca Armia Czerwona traktowała te tereny jako niemieckie i często bez żadnych ograniczeń dokonywała zabójstw, grabieży i gwałtów.
                                                    IZBICKO
                                                    Erna Gräfin Strachwitz zarządzała z dziećmi majątkiem do stycznia 1945 r. Rodzina ewakuowała się 21 stycznia. O 3. nad ranem opuścili rodzinny pałac. Zabrali tylko najpotrzebniejsze rzeczy i rodzinne pamiątki. Rodzina Strachwitz, kilka rodzin z majątku i z wioski - w sumie 60 osób udało się w kierunku Krapkowic na 13 furmankach zaprzęgniętych w 28 koni. Noc była bardzo mroźna, cicha, a drogi puste i śliskie.

                                                    Do Izbicka krasnoarmijcy wkroczyli dopiero w godzinach przedpołudniowych, we wtorek 23 stycznia, mimo że w Strzelcach byli już dwa dni wcześniej. Do wsi wjechały czołgi, a od strony szosy weszła kilkunastoosobowa grupa żołnierzy z oficerami. Powoli przeszli do środka miejscowości, gdzie napotkali grupkę mieszkańców wraz z ks. prob. Josefem Czabonem. Próbowali porozmawiać, a potem kazali wszystkim pozamykać się w domach i wywiesić białe flagi.

                                                    Po południu do Izbicka dotarła druga fala żołnierzy, którzy nie zachowywali się już tak spokojnie. Zaczęły się grabieże i mordy. Często po ograbieniu domu podpalali całe gospodarstwo. Taki los spotkał gospodarstwo Alfonsa Klimka. Spalono gospodarstwo, karczmę, stodołę i stajnię. W tym miejscu stoi obecnie restauracja Del Villagio. Spłonął także dom lekarza Josefa Kulozika i jego żony Ilse z d. Gundrum (obecnie w tym miejscu stoi pawilon Anatol). Spalono też pobliskie gospodarstwo i dom emerytowanego żandarma Ernsta Vettera i nowy dom Mathei, na którym od strony drogi był napis „Heimatglück”. Tego losu nie uniknęły też dom emerytowanego nauczyciela Gregora Schikowsky (nazwisko wymieniane czasem Switka), budynek starej poczty i piętrowy - nowego urzędu pocztowego. Spłonął też dom Gawlika (obecnie sklep i biura GS), a w lutym spalono dom mieszkalny Niemanna.

                                                    Nie skończyło się na pożarach. 65-letni rolnik o nazwisku Niemann został zabity przez żołnierzy. Zginął również robotnik Theodor Kubon. 60-letnia gospodyni Martha Zydek zginęła, broniąc młode dziewczęta przed żołnierzami. W bestialski sposób Sowieci zabili trzech młodych mężczyzn w gospodarstwie Gawlika. Zarąbano ich siekierą. Zginęli także wszyscy ranni żołnierze niemieccy, których odkryli Sowieci.

                                                    Część żołnierzy niemieckich otrzymała rozkaz, by utworzyć punkt obrony w Nakle. Znajdował się w okolicy szkoły. Doszło do starcia z piechotą i czołgami. Wszyscy niemieccy żołnierze zginęli. Wśród nich był mieszkaniec Izbicka - Kleeman. Jeszcze przed Nakłem zginął nieznany z nazwiska żołnierz niemiecki, którego ciało spoczęło na miejscowym cmentarzu.
                                                    W lutym kazano wyprowadzić się wszystkim mieszkańcom posesji od stawu do szosy. Pozwolono wrócić im dopiero po dwóch tygodniach, kiedy domy były już ograbione i zniszczone.
                                                    WYWÓZKI
                                                    Rozpoczęły się już w lutym 1945 roku. Mieszkańców internowano do prac i wywożono w nieznanych kierunkach. W zależności od wieku i stanu zdrowia kierowano ich do różnych robót. Najpierw mieszkańców przesłuchiwano w komendanturze radzieckiej, mieszczącej się w Izbicku, potem więziono w piwnicy w jednym z domów i w końcu wywożono do Strzelec i dalej. Ci, którzy trafiali na Wschód, z reguły już nie wracali.
                                                    Jednemu z mieszkańców Izbicka udało się uciec z takiego transportu. Dwie ciężarówki z załadowanymi ludźmi stały przed farską stodołą. Pilnowali ich żołnierze sowieccy. W tym czasie w kościele trwała msza św. W pewnym momencie do świątyni bocznym wejściem wbiegł człowiek, skręcił na prawy, boczny chór i schował się na ambonie. Za nim wbiegli rozwścieczeni strażnicy. Proboszcz musiał przerwać mszę, wszyscy musieli opuścić kościół. Nie udało się jednak odnaleźć uciekiniera, który w wielkim strachu ukrywał się na ambonie do następnego dnia. Kobiety, które przyszły na poranną mszę, przyniosły mu ubrania i uciekinier opuścił kościół w przebraniu staruszki. Ucieczka uratowała go jednak na krótko, był to starszy mężczyzna, którego dramatyczne przeżycia doprowadziły do rychłej śmierci.
                                                    Wiemy na pewno, że wśród internowanych znaleźli się między innymi:
                                                    Franz Moj (urodzony 4 września 1897 r. Przebywał w Panewnikach.)
                                                    Karl Mnich
                                                    Gerhard Wolf
                                                    Franz Otula
                                                    Andreas Bogschiss
                                                    Josef Kotzur
                                                    LIGOTA CZAMBOROWA
                                                    Tutaj również dochodziło do grabieży i podpaleń. Spłonęła między innymi stróżówka przy lesie, w której mieszkał Hedwig Skora. Do obozu w Łabędach (obecnie dzielnica Gliwic) 24 lutego 1945 r. internowano wielu mieszkańców wsi. Między innymi byli to:
                                                    Alfred Piontek (ur. 9 lipca 1928 r.)
                                                    Hyacinth Bieniek (ur. 14 sierpnia 1900 r.)
                                                    Johann Malcherczyk (ur. 14 października 1919 r.)
                                                    Vincent Denisch (ur. 15 lipca 1897 r.)
                                                    Josef Kloska (ur. 19 września 1911 r.)
                                                    Josef Kunert (ur. 28 stycznia 1911 r.)
                                                    Alfons Kowolik (ur. 16 marca 1914 r.)
                                                    Franz Przybyliusz (ur. 28 listopada 1914 r.)
                                                    (brak imienia) Swidlinski/Schwitliski (ur. 4 września 1907 r.)
                                                    Georg Springer.
                                                    Już wkrótce opowiemy o tragicznych losach mieszkańców innych miejscowości gminy.
                                                    Źródła:
                                                    „Wiadomości Izbickie”, red. ks. Józef Kampka, wydane przez parafię św. Jana Chrzciciela i Gminę w Izbicku w latach 1993-2000.
                                                    Ralla K., Wspomnienia do ocalenia, Otmice 2010-2012.
                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Czasy świetności powiatu 12.02.13, 16:07
                                                    Gdybyśmy przespacerowali się po Strzelcach i okolicach ze 300 lat temu, ujrzelibyśmy typowo rolniczą okolicę. Żadnych zakładów przemysłowych. Polne drogi i tylko gdzieniegdzie lokalna kuźnia stanowiąca jedyny przejaw nowoczesnej myśli technicznej. Takie kuźnie znajdowały się w Boryczy, Kadłubie czy nad brzegiem rzeki Jemielnica w Osieku, a także nad Małą Panwią. Dopiero w XVIII wieku rozpoczyna się era szybkiego rozwoju przemysłu na naszych ziemiach.

                                                    Motorem były bogate złoża rudy żelaza nad Małą Panwią. Huty powstały między innymi w dzisiejszym Kolonowskiem, Fosowskiem, Żędowicach i Zawadzkiem. Surowiec to nie wszystko. Żeby stworzyć zakład przemysłowy, trzeba było jeszcze fachowców, którzy ściągali na nasze ziemie ze wszystkich stron, podnosząc poziom wiedzy technicznej. Jednymi z najbardziej znanych byli Johann Heinrich Voss (1751-1826), Franz von Harassowski (1726-1806) i Franz von Zawadzky (1791-1849).

                                                    Wybitną postacią był Andreas Maria Graf Renard (ur. 12.01.1795 w Tropau, Opawa - zm. 21.11.1874 Groβ Strehlitz, Strzelce Opolskie). Jako właściciel dóbr ziemskich rozwijał zakłady przemysłowe i zakładał nowe. Był także właścicielem hut i kopalń na Górnym Śląsku, a w jego zakładach powstawało 50% ówczesnej produkcji blachy w tym regionie.

                                                    Rozwój zakładów ściągnął nie tylko wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Zaczęli przeprowadzać się także robotnicy wraz z żonami, co szybko spowodowało znaczny wzrost liczby ludności. Powstawały nowe miejscowości i osiedla. Najlepszym przykładem jest Zawadzkie, które powstało praktycznie od podstaw. Rozwój huty nastąpił po doprowadzeniu linii kolejowej w 1856 r. Dwanaście lat później firmę przekształcono w spółkę aukcyjną. Zakład zatrudniał dużą liczbę pracowników. W czasach wielkiego kryzysu (1929-1933) zmniejszono zatrudnienie z 1300 do 540 osób. Także zakończenie II wojny spowodowało duże straty. Rozgrabiony przez sowietów zakład wkrótce odżył i zatrudniał w 1945 r. jedynie 106 robotników. Cztery lata później było ich już 1668. Produkcja w 1946 r. wynosiła zaledwie 543 tony stali. W trzy lata później 44064 ton.

                                                    Rozwój zakładu przekładał się bezpośrednio na wielkość miasta. Wybudowano bloki mieszkalne z 1247 izbami i hotel robotniczy dla 300 pracowników. Rozwój dotyczył każdego aspektu życia. Powstała spółdzielnia mieszkaniowa, wyremontowano szpital, zbudowano dworzec autobusowy. Huta i inne zakłady potrzebowały wykwalifikowanych pracowników. Powstało więc technikum hutnicze i szkoła zawodowa przy hucie. Wybudowano dom kultury, basen i boisko. Powstał park hutniczy, a dla pracowników przeznaczono ogródki działkowe. Sprawnie funkcjonujący zakład pracy wpłynął na wszystkie dziedziny życia.

                                                    Nie tylko przemysł wpływał na rozwój regionu. W drugiej połowie XVIII wieku w Strzelcach ulokowano garnizon wojskowy. Żołnierze i oficerowie osiedlali się w mieście z całymi rodzinami. Wpłynęło to na rozwój lokalnego rzemiosła. Piekarze, krawcy, szewcy i dziesiątki innych drobnych wytwórców znaleźli stałych odbiorców dla swoich wyrobów, co wpłynęło na wzbogacenie się całej społeczności.

                                                    Kolejnym kołem zamachowym rozwoju ziemi strzeleckiej był przemysł wapienniczy i cementowy, który gwałtownie rozwinął się w II połowie XIX wieku. Zakłady powstały w Szymiszowie, Strzelcach, Kamieniu Śląskim, a także w Górażdżach i Gogolinie.

                                                    Szymiszów wiele zawdzięczał Otto Heuerowi (1877-1960), dyrektorowi generalnemu zakładów cementowo-wapienniczych. Była to postać tak zasłużona, że gdy w 1936 r. hitlerowskie władze zmieniały nazwy śląskich miejscowości na nowe, jak najdalsze od słowiańskich korzeni, wybrano właśnie jego nazwisko. Szymiszów przez 9 lat nazywał się Heuerstein.

                                                    Miejscowość dzięki przemysłowi wapienniczemu rozwinęła się tak bardzo, że w 1939 r. powstał projekt budowy własnego ratusza. Miał być wybudowany przy skrzyżowaniu dzisiejszej ul. Wolności i Waloszka. Budowę przerwała wojna, ale nawet pobliską knajpę nazwano już optymistycznie „Ratuszowa”.

                                                    Same Strzelce intensywny rozwój także rozpoczęły od budowy linii kolejowej. Od 1880 r. szybko zaczęły wyrastać nowe zakłady i to różnych branż. W 1882 r. powstały zakłady wapiennicze „Gebrüder Edlinger”, korzystające z miejscowego surowca. Od 1890 r. pracowały trzy piece wapienne Rumforda. Trzy piece powstały też w Szymiszowie i Kamieniu Śląskim. Zakłady te rozwijały się pomyślnie aż do wybuchu wojny w 1939 r., a wraz z nimi miasto. Powstały nowe osiedla robotnicze, a ciężki przemysł przekładał się na ożywienie całej lokalnej gospodarki. Korzystali z tego szczególnie miejscowi rzemieślnicy.

                                                    W Strzelcach powstała cementowania umiejscowiona przy obecnej ulicy Matejki. Działała aż do roku 1942.

                                                    Wkroczenie Armii Czerwonej na te tereny wiązało się ze niszczeniem i rabunkiem na wielką skalę. Przemysł trzeba było odbudowywać niemal od zera, ale o dziwo - udawało się to całkiem dobrze.

                                                    Już w 1945 r. uruchomiono w Strzelcach kamieniołom i piec kręgowy. Rok później doszło 3 kolejnych pieców, a w roku 1953 - ostatnie 4 piece. Z roku na rok rosło wydobycie i przetwórstwo kamienia wapiennego. Wraz z rozwojem modernizowano zakłady i linie technologiczne. W latach 60. XX w. Śląskie Zakłady Przemysłu Wapienniczego w Strzelcach Opolskich produkowały wapno w bryłach, wapno palone mielone, wapno nawozowe, kamień do sprzedaży oraz wapno hydratyzowane. Rosło także zatrudnienie i samo miasto.

                                                    Z inicjatywy zakładu wybudowano do 1967 r. aż 1827 izb mieszkalnych, w których mieszkało około 2900 pracowników z rodzinami. Zakład prowadził własny dom kultury z salą widowiskową na 400 osób i wieloma kołami zainteresowań. Dla dzieci i rodzin prowadzono świetlice i dwa przedszkola. Działały orkiestra dęta i klub sportowy „Budowlani”. Dbano też o turystykę i rekreację. Organizowane były wycieczki z wykorzystaniem własnych autokarów, a przedsiębiorstwo posiadało własny dom wczasowo-kolonijny na 60 osób w Borowicach i ośrodek campingowy w Turawie.

                                                    Ogromne znaczenie dla miasta miało powstanie w drugiej połowie XIX wieku fabryki maszyn rolniczych i odlewnia braci Prankel. Po udzieleniu im kredytu przez Andreasa Grafa Renarda w wysokości 3000 talarów firma rozkwitła. „Gebrüder Prankel Gross Strehlitz” zatrudniała coraz więcej robotników. Po 1880 r., po dokupieniu 4 mórg ziemi, wybudowali tartak parowy. W pobliskim Szymiszowie wybudowali wapienniki i niewielką cementownię. Powstało tu osiedle robotnicze nazwane „Prankel”.

                                                    Ważne jest, że mimo oddalenia od dużych ośrodków przemysłowych, bracia Prankel dotrzymywali kroku nowoczesnym trendom. Wprowadzali do swych zakładów najnowsze wynalazki. Po 1945 r. zakład został znacjonalizowany. Tu także radzieccy przyjaciele zaopiekowali się wyposażeniem, a przedsiębiorstwo trzeba było tworzyć od podstaw. Stworzono fabrykę maszyn rolniczych „Agromet-Pionier”, która na długie lata stała się jednym z najważniejszych pracodawców w regionie.

                                                    Zakład ten rozbudowano w latach 50. o 5 hal produkcyjnych. Wybudowano biurowiec z portiernią i budynek socjalny. Do fabryki sprowadzono nowoczesne maszyny. W latach 1959-1967 wybudowano 3 nowe hale produkcyjne, bazę transportową, 2 hale dla zaplecza technicznego z biurowcami, bocznicę kolejową oraz nową rozdzielnię energetyczną.

                                                    W latach 1952-1967 zakład wybudował w mieście 21 budynków z 999 izbami mieszkalnymi. W pewnym okresie było to aż 61% całego budownictwa mieszkaniowego w Strzelcach. Posiadał przedszkole, ambulatorium, własny chór przyzakładowy i orkiestrę dętą wyspecjalizowaną w muzyce rozrywkowej i ludowej. Działały tu zespoły muzyczne i młodzieżowy zespół teatralny. Fabryka posiadała własny klub sportowy z pięcioma sekcjami, które osiągały znaczące wyniki na arenie krajowej i zagranicznej. Jej własnością były też domy wypoczynkowe w Zakopanem i Świnoujściu. Dla dzieci pracowników organizowano kolonie i wczasy letnie w różnych zakątkach kraju.

                                                    LICZBY :Dalej----------------
                                                  • berncik Re: Czasy świetności powiatu 12.02.13, 16:07
                                                    LICZBY
                                                    W 1939 r. powiat wielkostrzelecki zamieszkiwały 94 062 osoby. W Strzelcach Wielkich mieszkały 11 523 osoby, w Leśnicy 3 121 osób, a Ujeździe 2 196 osób. Powiat był podzielony administracyjnie na 78 gmin jednostkowych. Pod względem mieszkańców zajmował 3. miejsce w dzisiejszym województwie opolskim, po powiecie opolskim i niemodlińskim.

                                                    Jednym z najważniejszych problemów było bezrobocie, które z czasem malało. W 1925 r. było 4 731 bezrobotnych, a w 1933 r. (w momencie dojścia Adolfa Hitlera do władzy) 6 983 osób, by w 1938 r. spaść do 2 449 osób.

                                                    Początek 1945 r. był dla ziemi strzeleckiej katastrofą. Tysiące ludzi uciekło przed nadciągającym frontem, zostało zamordowanych lub wywiezionych na wschód. Duża część rodowitych mieszkańców wolała później opuścić swe domy i emigrować. Sowieci rozgrabili i zniszczyli to, na co pracowały całe pokolenia robotników, rzemieślników i przedsiębiorców. Mimo to ziemia strzelecka wielkim wysiłkiem odżywała.

                                                    W 1945 r. powiat został podzielony na 12 gmin zbiorowych (Błotnica, Gogolin II, Góra św. Anny, Jemielnica, Izbicko, Kielcza, Otmęt, Rozmierka, Staniszcze Wielkie, Szymiszów, Zdzieszowice, Zimna Wódka). W skład gmin zbiorowych wchodziło od 3 do 7 gromad wiejskich. Inne miejscowości weszły w skład jako 2 gminy jednostkowe (Gogolin I i Zawadzkie) i 3 miasta (Strzelce, Leśnica i Ujazd).

                                                    W lutym 1946 r. w powiecie mieszkało 75 tys. osób. Było to mniej o 19 119 osób niż w roku 1939. W Strzelcach w tym czasie było 8 429 osób, Leśnicy 2 986 osób, a w Ujeździe 2 122 osoby razem z mieszkańcami Starego Ujazdu i Niezdrowic.

                                                    Zmiany administracyjne z 1955 r. osłabiły powiat strzelecki. Zmniejszył się on o kilka gromad: Gogolin, Jasiona, Kamień Śląski, Krępna, Malnia i Zdzieszowice. W 1956 r. z powiatu wyłączono Krupski Młyn na rzecz powiatu tarnogórskiego. Z powiatu zniknęło wiele fabryk i zakładów pracy - fabryka obuwia Otmęt, zakłady wapiennicze w Gogolinie, Górażdżach i Kamieniu Śląskim, zakłady koksownicze w Zdzieszowicach oraz zakłady chemiczne w Krupskim Młynie.

                                                    W 1957 r. Strzelce Opolskie miały 10 894 mieszkańców, w Ujeździe mieszkało 3 191 osób, a w Leśnicy 2 545 osób. Pod koniec 1965 r. w powiecie mieszkało 72 100 osób. Liczba mieszkańców rosła, gdy budowano nowe zakłady i malała wraz z emigracją i zamykaniem fabryk. Obrazują to liczby.

                                                    W 1961 r. liczba mieszkańców Strzelec Opolskich wynosiła 12 111 osób, w 1965 r. - 13 358, w 1970 r.
                                                    - 14 768, w 2003 r. - 21 032, w 2008 r.
                                                    - spadła do 19 539, w 2009 r. - 19 657 i w 2011 r. wynosiła 18 754. Trzeba pamiętać, że dane z ostatnich lat nie odzwierciedlają wiernie rzeczywistości. Mnóstwo mieszkających i pracujących na stałe za granicą osób wciąż jest tutaj zameldowanych, tworząc armię mieszkańców-duchów.
                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Krwawy styczeń cd. 22.02.13, 22:15
                                                    OTMICE
                                                    Na początku lat 30. zaczęto w Niemczech wdrażać szeroko zakrojone plany rozbudowy infrastruktury wojskowej. W związku z tym rodzina Strachwitz musiała oddać państwu spory teren pod budowę lotniska. Wykorzystano je później do startu maszyn, które jako jedne z pierwszych zaatakowały teren Polski. Lotnisko działało nieprzerwanie do czasu wkroczenia Armii Czerwonej.

                                                    W sobotę, 20 stycznia 1945 roku, uczniowie pożegnali nauczyciela miejscowej szkoły. Ewakuacja lotniska trwała od kilku dni. Wywożono cały sprzęt strategiczny. Ostatnia grupa obsługi wyjechała w niedzielę w godzinach przedpołudniowych. Nie mieli szczęścia. Nie zabił ich nadchodzący front, ale awaria samolotu, który runął i stanął w płomieniach. Nikt z pasażerów samolotu się nie uratował. Zamieszanie było tak wielkie, że pozostawiono ciała własnemu losowi. Mieszkańcy pochowali je dopiero na rozkaz sowietów po przejściu frontu.

                                                    Zanim to nastąpiło, w niedzielne popołudnie mieszkańcy Otmic otrzymali rozkaz ukrycia się w piwnicach. O godzinie 1300 usłyszeli detonacje ładunków podłożonych na lotnisku. Krzysztof Ralla wspomina, że były tak silne, że obawiali się uszkodzenia samych domów. Między eksplozjami ojciec wraz z braćmi wychodzili, by sprawdzić, czy nic się z domem nie stało. Ludzie z piwnic wyszli dopiero po zmroku.

                                                    Widok był przerażający. Nad lotniskiem unosiła się łuna oświetlająca okolicę i wszędzie snuły się dymy. Po naradzie mieszkańcy miejscowości weszli do sali wiejskiej, gdzie niemiecka armia urządziła magazyn. W opuszczonym budynku znaleźli wiele przydatnych rzeczy - między innymi naftę, świece, pościel i koce. Potem poszli na lotnisko.

                                                    Nie wszystkie budynki zostały zniszczone. Niektóre baraki ocalały. Zniszczenia uniknął też magazyn żywności. Mieszkańcy zaopatrywali się na przyszłość, jak mogli, a dzieciarnię bardziej interesowały inne znaleziska - scyzoryki, latarki, karty do gry... Niektórzy wykorzystali okazję, by wyżyć się na portretach Hitlera i Göringa.

                                                    Okazało się, że to nie koniec planowych zniszczeń. Około południa przyjechali w umundurowaniu zimowym (ubrani na biało) żołnierze niemieccy i znów zaczęli wysadzanie. Mieszkańcy uciekli i już nie wrócili na lotnisko.

                                                    Pierwsze czołgi sowieckie zjawiły się w Otmicach 23 stycznia 1945 r. około godziny 1000. Co ciekawsze dzieci jakoś wywinęły się spod opieki starszych i pobiegły je zobaczyć. Ujrzały siedzących na nich skulonych z zimna żołnierzy z pepeszami gotowymi do strzału. W pewnej chwili jeden z nich podniósł broń i zaczął celować do dzieci, co skutecznie wyleczyło je ze wścibskości. Przerażone pouciekały do domów.

                                                    Czołgi wjechały do wsi. W pobliżu lotniska przebywał syn ze swoim ojcem niepełnosprawnym od urodzenia. Rodzina mieszkała na poddaszu domu, w którym mieściła się karczma, sklep i sala biesiadna. Czołg zatrzymał się przed synem i jego ojcem i jeden z żołnierzy zaczął się o coś wypytywać. Kiedy nie mogli się dogadać, przystawił ojcu karabin do głowy i pociągnął za spust. Działo się to na oczach syna, który uciekł do Rallów i powiedział co się stało. Zabity osierocił dziewięcioro dzieci. Potem jego zwłoki przewieziono na saniach i złożono do stodoły.

                                                    Wdowa jak najszybciej wzięła to co najpotrzebniejsze i wyprowadziła się z dziećmi do matki. Nazajutrz dom, w którym mieszkali, już się palił. Oprócz tego spłonął też dworzec kolejowy Kamień Śląski i dwa domy przy stacji. We wsi sowieci spalili szkołę.

                                                    Rosjanie postanowili w Otmicach odpocząć. Potrzebowali wszystkiego - noclegu i jedzenia. I to brali. Wchodzili po kilkunastu do domów i zajmowali pokoje właścicieli. W domu Rallów część położyła się w łóżkach, reszta na podłodze. Spali tak do południa i ugotowali coś ze znalezionych zapasów. Jeden z sowietów nie miał nawet swojej menażki, więc przełożył swoją porcję do baranki, którą ściągnął z głowy. Wywołało to powszechną wesołość. Gospodyni, widząc to, dała mu talerz i łyżkę, a ten podziękował.

                                                    Kilka dni później pod dom Rallów podjechał oficer w asyście kilku żołnierzy. Pytał o „chadziaja”. Ponieważ nikt nie znał tego słowa, długo nie mogli się dogadać. W końcu młynarz domyślił się, że chodzi o właściciela i na wszystkich padł blady strach. Jeżeli sowieci uznają ich za kapitalistów, mogą od razu rozstrzelać. Gestami więc pokazali, że chadziaje to nie oni. Chadziaj ma wielgachny brzuch i pali cygaro, a oni są tylko prostymi robotnikami. Skończyło się na tym, że oficer kazał im zmielić zboże na mąkę, z którego w piekarni mają wypiec chleb dla żołnierzy.

                                                    Piekarnię obstawiono wartownikami a mieszkańcy zajęli się pracą. Kiedy skończyły się zapasy, żołnierze przywozili zboże z gospodarstw zza Odry opuszczonych przez właścicieli. Chleb trafiał tylko do żołnierzy. Miejscowi musieli godzinami czekać w kolejkach, by dostać choć kawałek. Taka sytuacja trwała do sierpnia.

                                                    W połowie lutego mieszkańcy, głównie matki z dziećmi i starcy, zostali skierowani do oczyszczania lotniska. Mieli przygotować je do potrzeb lotnictwa rosyjskiego.

                                                    W Otmicach ukrywali się uchodźcy. Dwie osoby z Mikołowa jakiś czas kryły się w Tarnowie Opolskim w stodole u Knosali. Po przejściu frontu przyszły do Otmic. Ludzie dali im ubrania. Ludzie ci mogli przetrzymać następne dni, po czym ruszyli znów do Mikołowa. Miało to niespodziewane konsekwencje. W 1946 roku władze polskie chciały wysiedlić z Otmic kilka rodzin niemieckich. Uratowani mikołowiczanie dowiedzieli się o tym i jakimś, sobie tylko znanym sposobem, zapobiegli ich wysiedleniu.

                                                    Mieszkańcy Otmic internowani przez żołnierzy radzieckich:
                                                    • Emanuel Mo[a]ndelka ur. w 1907 r. Przebywał w Świdnicy
                                                    • Franz Niedworok ur. w 1904 r. Przebywał w Świdnicy
                                                    • August Ralla przebywał w Dzierżoniowie, a potem Strzelcach Wielkich, wrócił do Otmic.
                                                    • Filip Mandelka

                                                    W obozie pracy w Łabędach przebywali między innymi:
                                                    • Tomas Konieczny ur. 18 września 1900 r.
                                                    • Konrad Pacula ur. 8 listopada 1903 r.
                                                    • Theodor Rygol ur. 27 marca 1903 r.
                                                    • Vincent Gatner ur. 17 lipca 1908 r.
                                                  • berncik Re: Krwawy styczeń cd. 22.02.13, 22:16
                                                    SUCHODANIEC
                                                    Zanim przejdziemy do wydarzeń ze stycznia 1945, odrobina odleglejszej historii. Majątek należał do rodziny von Strachwitzów.

                                                    Podczas III powstania śląskiego w Izbicku powstańcy zniszczyli pałac, chlewnię, stodołę, dwa piece do wypalania wapna i kominy. Żeby je odbudować Strachwitzowie zadłużyli się jeszcze bardziej i rat nie mogli już spłacać z zysków z gospodarstwa. Postanowili więc je sprzedać, a nowym właścicielem okazało się Górnośląskie Towarzystwo Ziemskie, które zdecydowało się na wydzielenie i budowę od podstaw 16 gospodarstw rodzinnych.

                                                    W 1933 r. łąki przekształcono w pola uprawne, a rok później wybudowano nowe domy i nowoczesne zabudowania gospodarcze wzdłuż dzisiejszej ul. Kadetów Lwowskich. Miały doprowadzoną wodę i energię elektryczną. Gospodarstwa miały od 10 do 20 ha powierzchni. Dodatkowo zaadaptowano budynki majątku dla 11 gospodarstw jednorodzinnych.

                                                    Wprowadziło się tutaj 19 rodzin z Westfalii i 8 rodzin śląskich. Nowi rolnicy wprowadzali własne sposoby uprawy i stali się wzorem dla okolicznych mieszkańców. Używano w nich m.in. ciężkich koni pociągowych i elektrycznych młocarń.

                                                    Na dwa dni przed przyjściem frontu właściciele tych gospodarstw spakowali się i na furmankach opuścili swoje domy. Nigdy tu już nie wrócili. Pozostawili żywy inwentarz, który niekarmiony i niedojony powoli zdychał. W czasie tragicznego stycznia 1945 r. niektórzy mieszkańcy Otmic i Henrykowa starali się dokarmiać wygłodniałe zwierzęta. Przeszkadzał w tym brak prądu i wody.

                                                    Podczas jednej z takich wypraw mieszkanka Otmic znalazła w oborze niemieckiego żołnierza, działo się to już w kilka dni po wkroczeniu sowietów. Żołnierz był przemarznięty i skrajnie wyczerpany. Z narażeniem życia przewiozła go pod słomą na wozie w kobiecym przebraniu i ukryła we własnym domu. Żołnierz niedługo potem zmarł. Przed śmiercią powiedział, że pracował przy obsłudze lotniska. Nazywał się Theodor Bochenek i starał się przedostać do swojej rodziny w Zabrzu. Został pochowany na małym cmentarzu w Otmicach-Henrykowie.

                                                    HENRYKÓW
                                                    Jak pokazuje ta historia - wśród samych mieszkańców znajdowały się różne typy. Jeden z nich po wkroczeniu Armii Czerwonej oświadczył wszem i wobec, że teraz on tutaj jest królem i jeżeli kogoś wskaże, to sowieci go zabiorą. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

                                                    Zadenuncjował kilku ludzi i 13 lutego „zaproszono” ich na przesłuchanie. Było to trzech mężczyzn i kobieta. Niedługo potem zaciągnięto ich na skraj lasu i rozstrzelano. Nie wiadomo, jaki był powód. Mieszkańcy Henrykowa ciała odnaleźli po tygodniu. Córka zabitych rodziców przewiozła zwłoki do wsi. Z prostych desek zbito trumny i pochowano ich na miejscowym cmentarzu. Oprócz nich i opisywanego wcześniej żołnierza pochowano tu także nieznanego żołnierza z Bawarii oraz radziecką sanitariuszkę.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                    -

                                                    -
                                                    In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
                                                    In Deutschland Knechtschaft und Elend !
                                                    Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
                                                    Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
                                                  • szwager_z_laband Re: Krwawy styczeń cd. 23.02.13, 07:52
                                                    te Strachwitze to i we Glywicach byli a teroski sam mocie jednego w Hameryce:

                                                    christophwagnermusic.blogspot.de/2012/10/labelportrait-arhoolie-roots-music.html

                                                    ps

                                                    to tysz od i o Strachwitz

                                                    Sei mir gegrüßt am Straßenrand,
                                                    Mein alter Markenstein!
                                                    Ich fahre in mein Vaterland,
                                                    Mein Vaterland hinein.
                                                    Du Land, in dem ich strebt' und stritt,
                                                    Wie bist du grün und schön!
                                                    Du Luft, in der ich lebt' und litt,
                                                    Wie duftig ist dein Wehn!

                                                    Du Strom, auf dem mein Segel schwoll,
                                                    Wie leuchtet deine Flut!
                                                    Du Wald, in dem mein Horn erscholl,
                                                    Wie klingt dein Rauschen gut!

                                                    Du aber bist noch, herziger Schatz,
                                                    Wie immer schön und süß,
                                                    Und alles steht noch am alten Platz,
                                                    Da, wo ich's stehen ließ.



                                                    www.strachwitz.net/
                                                  • berncik Odkrywa prawdę o śmierci ojca 19.03.13, 20:37
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/8749_7273.jpg
                                                    Dan Watson ma 69 lat. Jest Amerykaninem. Mieszka w Easton, w stanie Maryland. Nosi imię po swoim ojcu, który zginął na 3 miesiące przed jego urodzeniem.

                                                    - Z Europy sprowadziliśmy jego prochy i pochowaliśmy w rodzinnym grobie w Knoxville - mówi.

                                                    Ojciec Dana Watsona w czasie II wojny światowej służył jako pilot, stracił życie w czasie jednego z lotów.

                                                    - O jego śmierci wiedziałem bardzo niewiele, kilka lat temu zacząłem szukać informacji - opowiada.

                                                    Jak Dan Watson trafił na ślady przeszłości dotyczące jego rodzica?

                                                    Przed dwoma tygodniami otrzymałam e-mail od Elenory Dugosh Goodley, mieszkającej w Teksasie, Amerykanki ze śląskimi korzeniami (jej pradziadek pochodził w Rozmierzy). Pisała, że skontaktował się z nią człowiek z Meryland, który na stronie internetowej poświęconej strzelecko-teksańskiej współpracy natrafił na informację, że w czasie wojny Strzelce Opolskie nazywały się Gross Strehlitz.

                                                    - Wiem, że właśnie nad tym miastem został zestrzelony samolot mojego ojca - pisał Dan Watson junior do Elenory Dugosh Goodley. - Tylko czy Gross Strehlitz to faktycznie obecne Strzelce Opolskie?

                                                    Elenora Dugosh Goodley skontaktowała Dana Watsona z Piotrem Smykałą. Korespondencja pomiędzy panami odbywała się za moim pośrednictwem, ponieważ Dan Watson nie posługuje się językiem polskim, a Piotr Smykała - angielskim. Ze strzępków informacji przesłanych przez Amerykanina i wiadomości, które ma w swoim archiwum Piotr Smykała, wyłoniła się ciekawa historia...

                                                    Z Ameryki do Europy
                                                    Daniel Columbus Watson urodził się 17 lipca 1921 w Knoxwille, w amerykańskim stanie Tennessee. Rodzina i przyjaciele nazywali go DC lub po prostu Dan. Gdy miał 20 lat, wstąpił do wojska. Okazało się, że ten zdolny młody człowiek jest świetnym materiałem na pilota. Szybko ukończył kurs i zasiadł za sterami bombowca.

                                                    Służył w 15. powietrznej armii amerykańskiej (463 grupa, 772 eskadra bombowa). W grudniu 1943 grupa Dana Watsona została przeniesiona na lotnisko wojskowe Lakeland na Florydzie, gdzie przeszła intensywne szkolenie przygotowujące do działań w Europie. Stamtąd trafił do Morrison Fiels w West Palm Beach na Florydzie, skąd przez przez południowy Atlantyk został przerzucony do Afryki, a potem do Włoch.

                                                    Loty nad Śląsk
                                                    Od lipca 1944 r. lotnictwo amerykańskie zapuszczało się na teren Śląska, żeby niszczyć przede wszystkim zakłady przemysłowe. Samoloty startowały z włoskich lotnisk Foggia i Amendola. Bombardowane były zakłady w Zdzieszowicach (Deschowitz), Blachowni (Blechhammer North) i zakłady Azotowe Kędzierzyn (Blechhammer South) oraz w Oświęcimiu (Auschwitz). Niektóre maszyny, wracając na lotnisko, przelatywały nad terenem obecnego powiatu strzeleckiego. W rejonie należącego do Niemiec miasta, noszącego wówczas nazwę Gross Strehlitz, latem 1944 roku baterie przeciwlotnicze trafiły 3 amerykańskie bombowce. Jeden z nich to ciężki samolot bombowy dalekiego zasięgu B-17 „Latająca forteca” o numerze 44-8106. Pilotował go Daniel Watson.

                                                    Feralny 13 września
                                                    13 września obudzono nas o 4:00 nad ranem. Zjedliśmy śniadanie, sprawdzono listę obecności, następnie przyniosłem z kantyny gorącej wody, aby się ogolić. Podczas golenia dokonałem wpisu w moim pamiętniku. Potem wszyscy spotkaliśmy się w samolocie. Pilot poinformował nas o naszym celu (Blechhammer - Blachownia Śląska, Niemcy), potem, przed startem, każdy miał minutę na cichą modlitwę - to fragment wspomnień Johna Hollera, członka załogi samolotu Dana.

                                                    W powietrze wzbiło się ich dziewięciu. Daniel Watson - pilot, Harold Hammond - drugi pilot, Robert Stapleton - bombardier, Ray Crabtree - górny strzelec i jednocześnie inżynier pokładowy, Sam Frank - radiooperator, John Holler - strzelec boczny, R. Bivens - strzelec boczny, Royal Smith - dolny strzelec oraz Kenneth Ayres - strzelec ogonowy.

                                                    Zbliżaliśmy się do I.P. (punkt rozpoczynający właściwy nalot - przyp. red.). Wydaje się głupie, ale wtedy wiedziałem lub przeczuwałem, że dokonamy tego (tj. zbombardujemy cel i wrócimy do jednostki - przyp. red.). Tuż po minięciu I.P. modliłem się, najżarliwiej jak umiałem, żebyśmy tylko wyszli stamtąd żywi. Wtedy już wiedziałem, że zostaniemy trafieni. Otrzymaliśmy bezpośrednie trafienie w prawy zewnętrzny silnik. Natychmiast stanął w płomieniach. Ciśnienie płynów hydraulicznych było tak niskie, że silnik nie mógłby zostać „ustawiony w chorągiewkę” i lewy zewnętrzny silnik został wyłączony. Bivens (drugi boczny strzelec) krzyczał: „Ogień na prawym skrzydle”. Stapleton (bombardier) zawołał: „Wynośmy się stąd do cholery!”. Watson (pilot) powiedział do Hammonda (drugi pilot): „Wytrzymaj!”. Zdawało się, że ogień przygasał. Bivens i Frank (radiooperator) starali się otworzyć drzwi, kiedy Royal Smith, zawołał „Holler, ciężko oberwałem, pomóż mi wydostać się z tej kuli”. Ruszyłem w kierunku „kuli” (tj. stanowiska Smitha - red.), ale zostałem rzucony na podłogę. Starałem się poruszyć, ale nie mogłem. Zdałem sobie sprawę, że samolot wpadł w korkociąg. Pomyślałem, że to już koniec. Nagle samolot eksplodował. Kiedy odzyskałem przytomność, spadałem swobodnie, razem z małymi fragmentami samolotu wszędzie wokół mnie. Pociągnąłem za rączkę spadochronu i poczułem szarpnięcie życia. Naliczyłem sześć otwartych spadochronów, łącznie z moim własnym. Bivens i ja wylądowaliśmy jakieś 50 jardów od siebie, w pobliżu miasta.
                                                  • berncik Re: Odkrywa prawdę o śmierci ojca 19.03.13, 20:38
                                                    Wrak na Adamowicach
                                                    Samolot dostał bezpośrednie trafienie w prawe skrzydło i eksplodował. Sześciu członków załogi zdołało wyskoczyć. Zginęło trzech - pilot Dan Watson, bombardier Robert Stapleton oraz dolny strzelec Royal Smith.

                                                    Maszyna na skutek eksplozji rozpadła się na dwie części. Prawe skrzydło uderzyło w gospodę Gammona na Adamowicach, kadłub spadł na łąkę pomiędzy zabudowaniami a murem szpitalnym. Był to teren należący do parafii pw. św. Wawrzyńca.

                                                    Co było dalej wyjaśnia list
                                                    W 1948 roku ks. prof. Ignacy Jany napisał po angielsku list do ojca Roberta Stapletona, jednego z zabitych lotników. Przywołał w nim relację swojego brata, wówczas pracującego w strzeleckiej parafii: Po zestrzeleniu samolotu przy użyciu bomby trzy ciała zostały znalezione. Jedno było całkowicie zmasakrowane, porozrywane na wiele części najprawdopodobniej wskutek eksplozji. Dwa inne były bez spadochronów i również były uszkodzone na skutek uderzenia w ziemię. Dokumenty i inne rzeczy należące do lotników zostały zabrane przez niemiecką komendę wojskową i pomimo tego, że prosiliśmy o nie, nie zostały nam przekazane. Nigdy nie byliśmy w stanie zidentyfikować nazwisk zmarłych pilotów ani zarejestrować ich w księgach parafialnych. (...) Zostali pochowani na cmentarzu katolickim na koszt miasta, które zakupiło trumny. Brat, który był wtenczas kapelanem wojskowym, asystował przy pogrzebie, przewodniczył nabożeństwu i celebrował mszę święta za spokój dusz tych 3 pilotów. Grabarz Wieczorek dbał o groby aż do października 1947. Poza tym były one zawsze ozdobione kwiatami układanymi przez nieznaną osobę.

                                                    Polska - Belgia - USA
                                                    Trzeciego października 1947 roku w Strzelcach Opolskich zjawiło się dwóch przedstawicieli amerykańskiej misji wojskowej. Po przedstawieniu pisma z Nadzwyczajnego Komitetu Walki z Epidemiami udali się na strzelecki cmentarz, gdzie dokonali ekshumacja lotników. Uczestniczył w niej grabarz Wieczorek. Ciała zostały zdezynfekowane i włożone do trumien. Okryto je amerykańskimi flagami i przewieziono do Katowic, następnie do Warszawy, gdzie zostały umieszczone w podziemiach kościoła św. Krzyża.

                                                    Okres między październikiem 1947 r. a majem 1948 r. przeznaczono na potwierdzenie tożsamości ekshumowanych. W maju 1948 r. szczątki trzech lotników przewieziono do Liège w Belgii i pochowano na amerykańskim cmentarzu wojskowym. Rok później, na życzenie rodziny Daniela Watsona, zostały przetransportowane do USA. Tam został on pochowany w rodzinnym grobowcu w Knoxville.

                                                    - Wielki pogrzeb ojca w 1949 r. to jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Miałem wtedy 5 lat - mówi Dan Watson junior.

                                                    Po wojnie jeden z towarzyszy feralnego lotu spotkał się z rodziną Stapletona w Newport. Powiedział im, że mógł on przeżyć katastrofę B-17, gdyby nie próbował ratować swojego przyjaciela Daniela Watsona, pilota samolotu. Stapleton był drużbą na jego ślubie. Próbował oswobodzić Watsona z fotela pilota, ale zabrakło mu czasu...

                                                    Jestem szczęśliwy
                                                    - Nie sądziłem, że po 70 latach od śmierci ojca będę w stanie dowiedzieć się tyle na ten temat - mówi Dan Watson. - Dziękuję za informacje i dziękuję mieszkańcom Strzelec, że tak pięknie zajęli się ciałem zastrzelonego amerykańskiego lotnika. To pokazuje, jak wspaniałymi ludźmi jesteście.

                                                    Agnieszka Pospiszyl, Piotr Smykała

                                                    Źródła: Informacje uzyskane od Macieja Cząstki, Edwarda Haducha i Dana Watsona oraz z forum www.odkrywca.pl.
                                                  • szwager_z_laband Re: Odkrywa prawdę o śmierci ojca 20.03.13, 12:44
                                                    www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20121225/HISTORIALOKALNA/121229821
                                                  • berncik Re: Odkrywa prawdę o śmierci ojca 20.03.13, 16:17
                                                    szwager_z_laband napisał:

                                                    > www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20121225/HISTORIALOKALNA/121229821

                                                    Szwager jo to juz dou we czerwcu tamtego roku ,NTO dauo to dopiyro w Grudniu ino Oni to dali pod innom nazwom
                                                    M
                                                    forum.gazeta.pl/forum/w,34281,132331154,136936764,Tajemnica_centawskiej_trumny.html
                                                  • szwager_z_laband Re: Odkrywa prawdę o śmierci ojca 20.03.13, 17:19
                                                    tak mi sie ccos zdowauo "znom abo niy" )

                                                  • berncik Re: Odkrywa prawdę o śmierci ojca 10.04.13, 19:23
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/9192_7571.jpg

                                                    O istnieniu tego pomnika przeszłości wiemy właściwie tylko dzięki zachowanej pocztówce. Tkwił on w Strzelcach Opolskich przy głównej drodze prowadzącej w kierunku Opola, oddalony nieco od dawnego kościoła ewangelickiego. Kamień milowy zrósł się z pejzażem miasta i znikł po roku 1945.
                                                    Idea kamieni milowych pochodzi z czasów cesarstwa rzymskiego. Postawione co milę rzymską (1478,5 metra), wzdłuż świetnie zaprojektowanych dróg, odliczały odległość od początku drogi. Przeważnie początki dróg stanowiły stolice prowincji. W samej Italii - Rzym. Na Forum Romanum, sercu stolicy cesarstwa, Oktawian August ustawił milliarium aureum, kamień milowy w formie kolumny obitej złotą blachą i ze złotą kulą na szczycie. Był to centralny punkt wszystkich dróg rzymskich. Ten sposób oznaczania odległości przejęły powstałe później państwa.
                                                    Bardzo niewiele śladów pozostało po kamieniach milowych na Śląsku. Zachowały się tylko pojedyncze egzemplarze - głównie na Dolnym Śląsku.
                                                    Kamienie milowe ustawiane były w równych odległościach. Jednostką miary była mila pruska, licząca 7532 metry. Początkowo kamienie milowe miały formę sześcianu lub obelisku wyrzeźbionego z piaskowca. Dopiero później, ze względu na niską trwałość, dotychczasowych materiałów zaczęto używać granitu. W XIX wieku kształt kamieni milowych został zunifikowany. Rozporządzeniem ministra skarbu Rorhera z 1835 roku nowe kamienie milowe wykuwane były w kształcie walca zwieńczonego stożkiem. Były wysokie na 175 cm, z czego 62 cm wkopywano w ziemię. U podstawy miały 100 cm średnicy i 13 cm u zwieńczenia. Kamień ważył około 1,5 tony.
                                                    Kamienie milowe straciły na znaczeniu wraz z przyjęciem przez Prusy systemu metrycznego, w latach 1872-73.
                                                    Strzelecki kamień milowy powstał zapewne już po włączeniu Śląska do Prus, a przed wprowadzeniem kamieni granitowych, czyli między rokiem 1740 a 1835. Świadczą o tym widoczne na pocztówce duże zniszczenia, które sugerują wykonanie go z mało odpornego na warunki atmosferyczne piaskowca.
                                                    Informacje o strzeleckim kamieniu były bardzo skąpe. Tak pisał o nim Eduard Werner w Gross Strehlitzer Heimat Kalender 1940:
                                                    Kamień milowy w Strzelcach Opolskich, ul. Opolska, przy końcu miasta Reichsstraße 5, jest w swej formie osobliwy. Zagadkowe jest w nim wycięcie. Czy był on kiedyś miejscem spoczynku dla znużonego wędrowca, czy też był zrobiony dla wygody jeźdźca przy dosiadaniu, jak w wypadku rzymskich kamieni milowych? Czy był postawiony w czasie, kiedy już powszechnie używano strzemię? Tak oto te kamienie milowe jako świadkowie najstarszej przeszłości podsuwają nam pytania, które czekają jeszcze na uzasadnioną odpowiedź.
                                                    Kamień zniknął po II wojnie światowej, zapewne w czasie przebudowy ulicy Opolskiej. Brakuje jakiejkolwiek informacji o losach historycznego głazu. Być może posłużył do zasypania którejś z wielu dziur pozostałych po zniszczeniu miasta w styczniu 1945 roku. Może jednak jakimś cudem zachował się i czeka na przywrócenie na swoje historyczne miejsce?

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Strzelecki rynek zmieniał się z biegiem lat 17.04.13, 19:14
                                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130213&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130209572&Ref=AR&border=0&MaxW=580
                                                    Przed II wojną światową na rynku w Strzelcach Opolskich działały restauracje, cukiernie, sklepy i hotele. W okresie powojennym władze PRL-u urządziły w centrum dworzec autobusowy.
                                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130213&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130209572&Ref=V2&border=0&MaxW=580
                                                    W miejscu dzisiejszego pomnika "Piety Śląskiej” stała pierzeja wschodnia (na zdjęciu po lewej). W czasie wojny doszczętnie spłonęła, a później budynki wyburzono.
                                                    W miejscu dzisiejszego pomnika "Piety Śląskiej” stała pierzeja wschodnia (na zdjęciu po lewej). W czasie wojny doszczętnie spłonęła, a później budynki wyburzono.

                                                    Układ kamienic w strzeleckim rynku znacznie różnił się od tego, który znamy dziś. W latach międzywojennych budynki szczelnie otaczały ratusz z czterech stron świata. W miejscu dzisiejszego pomnika "Piety Śląskiej” stała pierzeja wschodnia. W ciągu kamienic znajdował się sklep z artykułami dziecięcymi, sklep z ceramiką i wyrobami stalowymi, dwa sklepy odzieżowe, hotel "Pod czarnym orłem” oraz atelier mistrza fotografii Emila Nehra. Znajdowało się tutaj także Muzeum Regionalne, otwarte pod koniec 1927 r. na skutek zabiegań miejscowego nauczyciela Ernsta Mücke, który później był jego kustoszem. Przed wejściem do środka zwiedzających witał napis "Heimat Museum”.

                                                    Wychodzącym z ratusza mieszkańcom ukazywała się z kolei pierzeja zachodnia, w której funkcjonowały dwa sklepy odzieżowe, cukiernia, hotel "Schönwald” (od lat 20-tych była tam siedziba urzędu skarbowego) oraz sklep meblowy Alfreda Reudelsdorffa. Działał tu także gabinet lekarski doktora Sussmana Königa, który mimo późniejszych prześladowań ze strony III Rzeszy do samego końca zamieszkiwał Strzelce. Był bardzo skromną osobą, a mieszkańcy cenili go za to, że biednych leczył za darmo. Mimo to doktor zginął wraz z całą rodziną w obozie koncentracyjnym w Auschwitz-Birkenau.

                                                    W pierzei południowej, która sąsiadowała najbliżej z zamkiem (wzdłuż dzisiejszej drogi krajowej), mieściła się cukiernia Josefa Schnalke słynąca w okolicy z dobrych wypieków, sklep odzieżowy "Berliner Modebazar”, warsztat krawiecki, sklep mięsny i restauracja. Na północnej stronie działała apteka, warsztat kapelusznika Josepha Höflicha oraz księgarnia Artura Wilperta, który wraz z żoną Marią zajmował się wydawaniem książek, folderów i pocztówek.
                                                    Duża ilość sklepów sprawiała, że rynek tętnił życiem. Mieszkańcy nie tylko załatwiali tu swoje sprawy, ale także się spotykali. Co ciekawe, w odróżnieniu od dzisiejszych czasów, działał tutaj zaledwie jeden bank. Była to kasa oszczędnościowa, która mieściła się przy ulicy zamkowej, gdzie dziś działa "Bank Zachodni”. W całym mieście były ponadto jeszcze dwie takie placówki.
                                                    Po odbudowaniu rynku po wojnie miejscowe uliczki zamieniono niespodziewanie w... dworzec PKS-u.

                                                    Po odbudowaniu rynku po wojnie miejscowe uliczki zamieniono niespodziewanie w... dworzec PKS-u.

                                                    Rynek przetrwał w takim kształcie do stycznia 1945 r. Wtedy, na skutek zemsty radzieckich żołnierzy na miejscowej ludności został podpalony. Z kamienic pozostały tylko gruzy, które zaraz po wojnie trzeba było rozebrać, bo zagrażały przechodniom.

                                                    - Cegieł i kamienia nie wykorzystano jednak do odbudowy rynku - mówi Piotr Smykała, znawca lokalnej historii. - Został on wywieziony z miasta i posłużył do odbudowy Warszawy. Władze PRL-u wyszły bowiem z założenia, że niemieckie miasteczka (takie jak Strzelce) muszą poczekać na odbudowę.

                                                    W związku z tym życie w rynku po wojnie zamarło. Stojący po środku ratusz otaczał potężny i pusty plac, który pozostał po uprzątnięciu gruzów. Widok tak przerażał miejscowych, że po wojnie słali oni pisma do władz w Warszawie z prośbą o przyspieszenie odbudowy rynku. Prace ruszyły dopiero 15 lat po zakończeniu działań wojennych.

                                                    - Trzeba było odbudować wszystko od podstaw - wspomina Ginter Kostrzewa, w latach 2003-2009 wiceburmistrz Strzelec Opolskich, który pracował w mieście jako młody inżynier. - Problem w tym, że brakowało podstawowych narzędzi. Materiał woziło się furmankami, a pracownicy nosili cegły na własnych plecach.

                                                    Mieszkańcy Strzelec Opolskich i ówczesna władza nie miała większego wpływu na to, jak będzie wyglądał rynek. Z biura projektowego w Warszawie przyszedł gotowy projekt i trzeba było go realizować.

                                                    Po odbudowaniu rynku miejscowe uliczki zamieniono niespodziewanie w... dworzec PKS-u. Powstał tutaj autobusowy węzeł komunikacyjny. Przewoźnik sprzedawał wtedy 1,5 tys. samych biletów miesięcznych, więc ruch w centrum, był spory. Później zdecydowano o przeniesieniu dworca przy ul. Powstańców Śląskich, gdzie mieści się do dziś.

                                                    Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                                                  • berncik Utracone starostwo 18.04.13, 18:15
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/9255_7610.jpg
                                                    Podróżni wjeżdżający do Strzelec od strony Toszka zwracali uwagę na okazałą siedzibę starostwa. Piękny budynek przez lata był sercem administracyjnym regionu i jednym z najważniejszych punktów odniesienia miasta.

                                                    Powstał w końcówce XIX wielu. Zaprojektowano go w stylu eklektycznym, z użyciem form nawiązujących do manieryzmu niderlandzkiego. Posiadał dwie kondygnacje z dwuspadowym dachem, w którym funkcjonowało poddasze użytkowe. W części podpiwniczonej istniały sutereny.

                                                    Starostwo było perełką architektoniczną miasta. Ceglane elewacje ozdobiono tynkowanymi detalami. Trzy ryzality (występ z lica w elewacji budynku prowadzony od fundamentów po dach) - dwa większe po bokach i mniejszy centralny - zwieńczone były szczytami. Okna otoczone były tynkowanymi opaskami i odcinkami gzymsów. Budynek posiadał dwa wejścia przy bocznych ryzalitach od strony ul. Krakowskiej.

                                                    Od końca XIX wieku urzędowali tu kolejni starostowie (landraci) strzeleccy. Pierwszym z nich był Wiktor von Alten, którzy zarządzał powiatem w latach 1883-1917. Po nim nastali kolejni. Alfred Grospietsch (1917-1926), Clemens Weber (1926-1933), Friedrich Kurt von Alten (1933-1934). Ten ostatni został odwołany ze stanowiska przez władze hitlerowskie i zastąpiony przez dra Waltera Klausa, który zarządzał powiatem w latach 1934-1940. Jego następcy zmieniali się bardzo szybko. Kolno byli to: dr Gerhard Behrendt (1940-1941), dr Heinz Theodor Schmidt (1941-1942) i dr Werner Martinius (1940-1942). Ostatnim starostą korzystającym z budynku był dr Walter Schwarz (1943-1945).

                                                    Siedziba starostwa zaledwie przez siedem dekad zadziwiała swoim pięknem. W styczniu 1945 roku budynek doszczętnie spłonął, podpalony przez wojska sowieckie. Nikt nie podjął się już jego odbudowania. W latach 60. na fundamentach dawnej siedziby starostwa postawiono budynek kina Pionier. On także nie miał szczęścia. Kino przestało tu funkcjonować w latach 90. XX wieku. W miejscu tym znajduje się dziś duży sklep ze sprzętem elektronicznym.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Koło Baruta odkopano dowody komunistycznej zbrodni 19.04.13, 21:59
                                                    www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130417/POWIAT10/130419441
                                                    Ekipa IPN znalazła zapalniki do min przeciwczołgowych, którymi zabito partyzantów z oddziału "Bartka".
                                                  • berncik Szlakiem cysterskich karczm 08.05.13, 20:32
                                                    www.strzelecopolski.pl/files/images/9578_7871.jpg
                                                    Cystersi nie musieli starać się o nowe siedziby dla swoich zakonów. Władcy i szlachta sami ubiegali się o to, by mnisi osiedlili się właśnie na ich ziemiach. Ofiarowywali im dobra i przywileje. Powód tej dobroczynności był bardzo prosty - tam gdzie pojawiali się cystersi natychmiast rozkwitała cała okolica. Zakonnicy przynosili ze sobą najnowsze osiągnięcia w dziedzinie upraw roślin i hodowli. Zakładali stawy rybne. Cysterskie opactwa oferowały pomoc medyczną na najwyższym ówcześnie poziomie. W krótkim czasie klasztory stawały się mecenasami kultury i sztuki.

                                                    Te sukcesy ekonomiczne paradoksalnie wynikały z reguły klasztoru, która zakładała ubóstwo i życie z owoców własnej pracy. Założony w 1098 roku we Francji przez św. Roberta z Molesmes zakon, początkowo skupiał grupą zakonników, dla których reguła benedyktyńska nie była dość surowa.W miejscowości Cîteaux (łac. Cistercium) wybudowali na mokradłach własny klasztor, w którym obowiązywała surowa asceza. Odrzucili wszystkie korzyści płynące z feudalnych nadań. Żyli tylko z tego, co sami zebrali i wyhodowali.

                                                    Zgromadzenie szybko zdobywało nowych członków. W niecałe 40 lat powstało 70 nowych opactw. Pod koniec XIII stulecia w całej Europie było ich już 2000. Zasadą było, że zakon filialny pozostawał w ścisłych kontaktach z zakonem macierzystym. Opat zakonu macierzystego mianował, a przynajmniej zatwierdzał opata zakonu filialnego. Ten zaś musiał przynajmniej raz w roku odwiedzić klasztor macierzysty. Sprzyjało to nie tylko utrzymaniu surowych zasad zakonnych, ale także szybkiemu rozprzestrzenianiu się nowych idei i technologii po całym kontynencie.

                                                    Przykładowo klasztor w Cîteaux był macierzą dla klasztoru w Morimondzie , a ten - klasztoru w Jędrzejowie. Jego filią był klasztor w Rudach Raciborskich, a ten zaś „matką” opactwa w Jemielnicy. W ten sposób nowe myśli i technologie w rok potrafiły dotrzeć z Francji do podopolskiej wsi.

                                                    Reguła cysterska z czasem została złagodzona. Dobra nadawane przez możnych były tak rozległe, że niemożliwym stało się utrzymanie zasady, by żyć tylko z owoców własnej pracy. Zakonnicy pobierali więc dziesięciny od chłopów pracujących na klasztornych włościach. Wydajne sposoby upraw i hodowli szybko przynosiły bogactwo całej okolicy.

                                                    Zakon nie stał tylko rolą. Wśród nadań znajdowały się także przywileje prowadzenia własnych karczm i młynów, co przynosiło duże dochody. Takie przybytki były między innymi w Strzelcach.

                                                    Średniowieczne Strzelce otoczone (lichymi niestety) murami zawierały się w obrębie obecnego Rynku. Gdzie dziś jest skrzyżowanie ulic Krakowskiej i Wałowej (choć znacznie bliżej Rynku) była brama krakowska. Zaraz za nią znajdowało się niewielkie targowisko, na którym można było nabyć płody rolne na miejskie stoły. Ubita droga prowadziła przez pola i mokradła do skrzyżowania z drogą prowadzącą na Lubliniec i Jemielnicę. Wędrowiec napotykał na rozdrożu małą kapliczkę, która przetrwała aż do lat 30-tych XX wieku. Nieco dalej w kierunku Krakowa zatrzymać się mógł w cysterskiej karczmie zwaną „Dom Prałata”, która oferowała jadło i wyborne piwo zakonne. Kiedy w roku 1810 w państwie pruskim skasowano zakon cysterski, zapewne przeszła w inne ręce.

                                                    Z czasem miasto zaczęło wylewać się poza pierwotny obrys murów i obrastać dawne szlaki. Stojąca samotnie karczma stała się jednym z licznych budynków przy ulicy Krakowskiej. W latach 60-tych XX wieku wybudowano tu restaurację „Krakus”. Inwestorem była ówczesna Powszechna Spółdzielnia Spożywców w Strzelcach Opolskich. Po pożarze w 1981 roku szybko ją odbudowano i służy mieszkańcom do dziś.

                                                    Wędrowiec, który kilkaset lat temu zdecydowałby się na skręcenie na skrzyżowaniu w kierunku Lublińca, natknąłby się po lewej stronie drogi na gotycki kościół św. Krzyża i cmentarz (dziś w tym miejscu stoi szkoła podstawowa nr 1). Znajdowało się tu serce niewielkiej osady, dawnych Strzelec Polskich (Strelitz Polonico). Po przeciwnej stronie drogi nasz wędrowiec mógł zatrzymać się w karczmie cysterskiej i odpocząć przy kuflu zakonnego piwa (szedł już w końcu cały kwadrans, więc mu się należało).

                                                    Całość wybudowano w XVII wieku. Nieistniejące już budynki miały grube na 1,5 metra mury i sklepienia kolebkowe. Karczma, obok której najprawdopodobniej istniał browar, przetrwała kasację klasztoru. Budynek został przebudowany w latach 1910-1912. Jeszcze przed 1914 rokiem handlowano tu alkoholem. Funkcjonowała też wozownia i skład lodu na potrzeby browaru. Była też kręgielnia.

                                                    Wiadomo, że przed rokiem 1925 posiadłość zakupił, wraz z wytwórnia wody sodowej i domem mieszkalnym, Fritz (Fryderyk) Pieschkalla (1900-1941) z Opola. W tym samym roku zaciągnął on pod hipotekę pożyczkę w banku na przebudowę obiektu. Po śmierci właściciela karczmę prowadziła wdowa - Maria Pieschkalla (1900 - 1967). Po wojnie obiekt wykorzystywano na cele handlowe. Istnieje do dnia dzisiejszego, ostatnio mieścił się w nim sklep.

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Re: Szlakiem cysterskich karczm 08.05.13, 20:39
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/9578_7871.jpg
                                                    Znowu muszę się zgłosić z
                                                    Christoph Sottor (niezweryfikowany), 7 maj, 2013 - 12:23

                                                    Znowu muszę się zgłosić z uwagami do artykułu.Już przy artykule dotyczącym zaginionych wiosek podawałem tą informację.
                                                    Strzelce Polskie (to jest że była to wieś w której obowiązywało prawo polskie) nie zaginęły i istnieją do dzisiaj tylko pod zmienioną nazwą.Te "Strzelce Polskie" nie leżały też tam gdzie zostały umiejscowione w tym tu artykule tj obok kościoła św.Krzyża.
                                                    Strzelce Polskie to nic innego jak obecne Suche Łany.O tym że nazwę wsi Suche Łany (znanej od XIII wieku) gdzieś w XIV wieku zmieniono na Polskie Łany podaje m.in. Stanisław Smoleń w książce „Strzelce Opolskie znane i nieznane” ->suchelany.com/historia.html
                                                    Przed wojną wzmiankował obydwie nazwy Walter Krause w artykule "Zur Volkstums- und Herkunftsfrage der oberschlesischen Bauern des Mittelalters"(O narodowości i pochodzeniu górnośląskich chłopów w średniowieczu),w: ZVGSchlesien Jg.71, 1937, S. 131-183 ->lh3.googleusercontent.com/-kA9Lqu_1hPE/UYjXW4ZDXQI/AAAAAAAAKJ8/VEzYxxCszdc/s512/Walter%2520Krause%2520-%2520Strzelce.jpg
                                                    Zapewne informacje o podstrzeleckich wioskach( w tym Suche Łany) można znaleźć także w tekach barona Friedricha von Schirnding które pan Smykała dzięki informacji ode mnie miał już okazję przeglądać.Rękopisy Schirndinga to materiał źródłowy do tej pory kompletnie nieznany tym którzy zajmowali się historią powiatu strzeleckiego po wojnie.Parę miesięcy temu udało mi się ustalić gdzie znajdują się te rękopisy.W Bibliotece UWr ten zbiór (38 tomów,5800 stron) nie został nawet skatalogowany.z biblioteki otrzymałem pełny wykaz tomów z ilością stron.
                                                    (baron Friedrich von Schirnding,ur.1812, w latach 1855-71 był sędzią sądu garnizonu strzeleckiego i zbierał informacje dt.historii miejscowości powiatu strzeleckiego i szlachty.Robił wypisy z ksiąg parafialnych,sądowych,gruntowych.Kopiował napisy z nagrobków i dzwonów kościelnych.W 1871 roku po rozwiązaniu garnizonu strzeleckiego przeniesiony został do Raciborza gdzie kontynuował pracę do śmierci w 1881.Zebrane materiały przekazał ks.Augustinowi Weltzel z Tworkowa(śląski historyk).A po śmierci ks.Weltzla teki Schirndinga zostały przekazane do biblioteki miejskiej we Wrocławiu.Po wojnie zbiory biblioteki przejęła biblioteka uniwersytecka we Wrocławiu.Ze zbioru rękopisów Schirndinga zachowało się 38 tomów,ok 5800 stron.Kilkanaście tomów zaginęło.)
                                                  • szwager_z_laband Re: Szlakiem cysterskich karczm 09.05.13, 07:27
                                                    a niyznosz cufelig Jakis geszichty z okolic Kamiynia i Strzelcow o peruach/uezkach sw. Jacka (mom na mysli cos podobnego do tyj z okolic Bytomia)


                                                    bo wiym ze i tam take legyndy bouy kedys opowiadane
                                                  • szwager_z_laband ps 09.05.13, 07:28
                                                    books.google.de/books?id=njTrZYbXKpYC&pg=PA974&lpg=PA974&dq=sage+aus+gro%C3%9F+strehlitz&source=bl&ots=oZUWtw6-kV&sig=7nWO-9Ht0xr1Al3cb1bPZbx9gO8&hl=de&sa=X&ei=4TKLUYWSD6Wn4gS-0YGwDQ&ved=0CGMQ6AEwCTgU#v=onepage&q=sage%20aus%20gro%C3%9F%20strehlitz&f=false
                                                  • szwager_z_laband Re: ps/ps 09.05.13, 07:44
                                                    Die Sage erzählt, daß sich dem Heiligen einst beim Gebet die Schnur seines
                                                    Rosenkranzes gelöst hat und die Perlen desselben in das Geröll gefallen sind
                                                    und nich mehr vollständig zusammengelesen werden konnten. Da soll der
                                                    Missionar die Worte gesprochen haben: „Wachset hier, bis einst die Quelle
                                                    versieget“. Kurze Zeit darauf verließ St. Hyazinth unsere Gegend, reiste nach
                                                    Krakau zurück und unternahm von dort eine mehrjährige Missionsreise bis nach
                                                    dem Inneren Asiens, von der er erst im Jahre 1257 zurückkehrte und bald
                                                    darauf am 15 August desselben Jahres gestorben ist.

                                                    Die versteinerten Perlen, die früher zahlreich um das alte Kirchlein herum
                                                    gefunden worden sind, (Encriniten, Versteinerung von Teilen der Seeligen)
                                                    führt der Volksmund auf den hl. Hyazinth zurück, und sie wurden allgemein nur
                                                    St. Hyazinth-Perlen genannt.

                                                    Die St. Hyazinth-Perlen wurden von den Kindern gern gesucht und auf Schnüre
                                                    gereiht. Im Beuthener Museum ist ein Rosenkranz aus St. Hyazinth-Perlen zu
                                                    sehen. Es mag hier auch erwähnt werden, dass bei dem Jubiläums-Ablaß im Jahre
                                                    1900 dem damals regierenden Papst Leo XIII. von dem Stellenbesitzer Peter
                                                    Spyra aus Roßberg, Kaminerstraße 1, ein in Gold gefasster Rosenkranz aus den
                                                    St. Hyazinth-Perlen überreicht worden ist. Die kostbare Rosenkranz ist von
                                                    dem Uhrmacher Hahulski gefertigt worden.“

                                                    „Eine ander Sage berichtet, dass der Heilige einmal bei einer Predigt von den
                                                    Elstern oder Schalastern gestört worden ist. Voll Unwillen verbannte er sie
                                                    aus der Gegend von Beuthen, und diese Vögel meiden fortan den Ort bis zum
                                                    heutigen Tag.“

                                                    „Die dritte erbauliche. Legendenhafte Sage, dass der hl. Hyazinth bei dem
                                                    Priestermorde in Beuthen OS. mit den Roßberger Bürgern zum Schutze der armen
                                                    Priester eingegriffen hätte, lässt sich geschichtlich nicht aufrecht
                                                    erhalten, weil diese Greueltat im Jahre 1363 geschehen ist, während St.
                                                    Hyazinth bereits 1257 gestorben ist.

                                                    Deshalb können auch die Prophezeiungen, die ihm über den Niedergang der Stadt
                                                    und des Bergbaues in den Mund gelegt werden, ebenfalls nur als fromme Sage
                                                    gelten.“
                                                  • berncik Re: ps/ps 09.05.13, 22:12
                                                    Niy szwager .Nie znom specjalnie tych opowiadan czytou zech tysz cos we internecie.
                                                  • berncik Słodki przedmiot pożądania 17.05.13, 13:24
                                                    https://darz-bor.info/pliki/id/96/bartnik.jpg

                                                    Odkąd tylko ludzie rozsmakowali się w miodzie stał się on nadzwyczaj poszukiwanym daniem na stołach. Pożądanym i luksusowym, bo aby zdobyć porcję miodu należało się nieźle nagimnastykować. Wpierw błąkając się po lasach ludzie zorientowali się, że niektóre stare drzewa pszczoły wybierają na swoje siedziby. Zaczęto więc wybierać im miód, często z narażeniem życia. Pszczoły nie oddawały swojego skarbu bez walki. Ponieważ dziuple, w których gromadziły miód znajdowały się 6 metrów nad ziemią i wyżej, pokąsanie dla niejednego zakończyło się przykrym w skutkach twardym lądowaniem.

                                                    Z czasem wytworzyła się grupa bartników, którzy nie tylko już podbierali słodki owoc pracy owadów, ale zaczęli je hodować. Wybierali do tego celu drzewa stare i wysokie, wykonywano w nich otwory odpowiedniej wielkości - na 3 stopy wysokie, 6 cali szeroki i 10 cali głęboki. Otwór, znajdujący się 20 stóp nad ziemią, zakrywali deską z wejściami dla owadów. By dostać się do barci używano sznura konopnego zwanego „leziwa” lub też drewnianej drabiny. Barcie znakowano, by wiadomym było do kogo należą.

                                                    Zajęcie było niebezpieczne ze względu na największego wroga bartników - niedźwiedzia. W wiekach średnich żyło ich w naszej okolicy całkiem sporo i niejednemu zbieraczowi miodu zdarzyło się wrócić do domu po takim spotkaniu w kilku kawałkach. Walczono misiami na wiele sposobów. Zawieszano przy dziuplach pułapki „samobitnie” - solidne drewniane kloce zwisające na linach tuż przy dziupli. Niedźwiedź kiedy wspinał się po drzewie odpychał je od siebie instynktownie a te waliły w intruza strącając go na ziemię. Starano się też zwalczać nieuczciwą, włochatą konkurencję ostrząc paliki i wbijając je wokół drzewa.

                                                    Zajęcie bartnika było szanowane i otoczone opieką. Za kradzież miodu lub zniszczenie barci groziły kary bardzo surowe, ze śmiercią włącznie. Bartnicy posiadali liczne przywileje i własne prawo bartne.

                                                    Miód przez wieki był jedynym znanym źródłem słodyczy. Służył też do tworzeni ulubionego przez Słowian napitku - miodu płynnego. Bez wosku nie można było wyprodukować ściec, którymi oświetlało się świątynie i możniejsze domy. W wosku odbijało się też pieczęcie na korespondencji.

                                                    Trud włożony w zdobycie miodu i wosku przekładał się na jego cenę. Używano ich jako dobrego środka płatniczego. Staniszcze Wielkie do XVIII wieku dziesięcinę biskupstwu płaciło w miodzie. Strzelce Polskie (Strelitz Polonicum) także płaciło podatki biskupowi wrocławskiemu w miodzie i wosku.

                                                    Najwięcej barci znajdowało się w dorzeczu Małej Panwi, gdzie licznie rosły wiekowe dęby. Wiele zmieniło się 27 lipca 1777 roku. Tego dnia przeszedł straszliwy orkan, waląc kilkusetletnie drzewa jak zapałki. Wiele pszczelich siedlisk uległo zniszczeniu i zbiory miodu nigdy nie wróciły już do poziomu sprzed dnia katastrofy.

                                                    W 1802 roku w powiecie strzeleckim było 1182 barci. W okolicach Strzelec Wielkich było ich 26. W Staniszczach Wielkich - 287. Na zamek strzelecki trafiało co roku 500 kg miodu przedniej jakości, a Philipp Graf Collona sprzedawał nadmiar zbiorów z dużym zyskiem. Za tonę miodu płacono wówczas 38-40 talarów.

                                                    Prastare zajęcie zmieniło swój charakter w wieku XIX. Właściciele lasów większe zyski czerpali z wyrębu drewna niż z miodu, czy wosku. Zakazywano bartnikom wstępu w ostępy i wykonywania nowych barci. Ci więc, aby nadal hodować pszczoły musieli poradzić sobie inaczej. Zaczęli zakładać pszczele kolonie w starych, martwych już pniach, które wcześniej przytaczano, wydrążano i ustawiano blisko domostw. Tak powstały pierwsze ule, które często rzeźbiono i ozdabiano, tworząc z nich prawdziwe dzieła sztuki. Później wprowadzono kolejną modyfikację. Zamiast drążyć ciężkie pnie drzew zaczęto budować pszczele siedziby z desek, tworząc znane nam dzisiaj ule.

                                                    Pszczelarstwo było by zapewne długo jeszcze sztuką, w której polegano by głównie na wyczuciu i tradycji, gdyby nie ksiądz Jan Dzierżoń, z Łowkowic w powiecie kluczborskim. Do pszczelarstwa podszedł od strony naukowej. Po wielu latach obserwacji zauważył, że z jaj zapłodnionych wylegają się tylko samice owadów. Z niezapłodnionych zaś wyłącznie samce. Było to odkryciem na owe czasy rewolucyjnym. Dzierżoń stal się przez to odkrywcą partenogenezy (dzieworództwa).

                                                    Teza ta, którą uparcie podtrzymywał, stała się dla niego źródłem poważnych problemów. Kościół uznał ją za bluźnierczą i w końcu obłożył księdza ekskomuniką. Nie bez znaczenia była też postawa kapłana wobec ogłoszonego 18 lipca 1870 roku dogmatu o nieomylności papieża. Dzierżoń nie krył wobec niej krytyki i opublikował swoje przemyślenia na łamach „Schlesische Zeitung”.

                                                    Jan Dzierżoń zapisał się w historii pszczelarstwa wprowadzając do niego naukowe metody. Skonstruował pierwszy udany ul szafkowy, który dał początek współczesnym ulom ramowym. Określił odległości w jakich powinny znajdować się od siebie poszczególne plastry by rezultaty hodowli były jak najlepsze (od ¼ do ⅜ cala). Wydał 26 książek i około 800 artykułów. Sam posiadał 400 uli.

                                                    Żródła: Heimat Kalender 1937 Gross Strehlitz; Gerard Mańczyk, Jest takie miejsce na Ziemi...

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Kolos nad miastem 21.05.13, 21:49
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/9758_8037.jpg
                                                    Siedemnastego października 1929 roku majestatyczna sylwetka przesłoniła niebo nad Strzelcami. Tego dnia odbył się jedyny znany przelot nad naszym miastem sterowca „Graf Zeppelin”. Celem podróży podniebnego giganta była propaganda.

                                                    Historia sterowców rozpoczyna się 2 lipca 1900 roku, kiedy to w powietrze wzniósł się pierwszy wehikuł tego typu zaprojektowany przez Ferdinanda Adolfa Augusta Heinricha Grafa von Zeppelin (1838-1917). LZ 1 (Luftschiff Zeppelin) miał 128 metrów długości, 11,7 metra średnicy i mieścił 11300 m3 gazu. Lot trwał zaledwie 18 minut i przerywany był awariami silnika. Był to jednak ogromny sukces nowej idei budowania statków powietrznych.

                                                    Nie był to pierwszy powietrzny wehikuł, którym można było sterować. Pierwsze balony miały tylko dwa kierunki, o których mógł decydować człowiek - góra i dół. Poza tym o trasie poruszania się decydował wiatr. Już w 1852 roku powstał pierwszy balon z dołączonym silnikiem parowym, którym można było jako tako sterować. Daleko było mu jednak do doskonałości, a głównym problemem była wiotkość konstrukcji. Zeppelin w 1895 roku opatentował swój pomysł zbudowania pojazdu powietrznego na bazie lekkiej ramy aluminiowej nadającej całości sztywność i trwałość.

                                                    Zeppelin miał kształt cygara. Wydłużony kształt pozwalał na lepsze radzenie sobie z przeciwnym wiatrem, rozwinięcie większej prędkości i przewidywalność aerodynamiczną. Pokryty był tkaniną bawełnianą impregnowaną cellonem (tworzywo sztuczne otrzymywane z octanu celulozy). Gazem nośnym był wodór, który wypełniał 16 miękkich zbiorników umieszczonych wewnątrz szkieletu. Napęd stanowiły 4 śmigła napędzane spalinowymi silnikami Daimler. Stery aerodynamiczne otrzymały dopiero następne konstrukcje Zeppelina.

                                                    Wkrótce dla sterowców nadeszły lata prosperity, a podczas wojny wykorzystywano je do najróżniejszych celów, np. jako platform obserwacyjnych do bombardowania wrogich miast. Doszło wtedy do pierwszych bombardowań Londynu. W latach 1900-1918 w zakładach Zeppelina wyprodukowano łącznie 114 sterowców, z których tylko 7 nie było używanych przez wojsko. Ta siódemka cywilnych sterowców przewiozła podczas 1600 lotów ponad 34 tysiące pasażerów.

                                                    Po wojnie, w myśl Traktatu Wersalskiego, zakłady produkujące sterowce zostały zniszczone. Podobny los spotkał same podniebne krążowniki oprócz dwunastu, które przekazane zostały zwycięskim aliantom. Ograniczenia traktatu poluzowano w 1926 roku i w okresie międzywojennym w Niemczech zbudowano 6 sterowców cywilnych o kolejnych numerach LZ 120, 121, 126, 127, 129, 130. Najsłynniejszym był oczywiście Hindenburg (LZ 129), którego katastrofa w maju 1937 roku na lotnisku Lakehurst na długo zakończyła erę przewozów pasażerskich za pomocą sterowców.

                                                    Graf Zeppelin (LZ 127) zbudowano w 1928 roku. Miał długość 236,5 metra, średnicę 30,5 metra i pojemność 105 tysięcy m3. Przewoził 60 osób (z czego 40 stanowiła załoga). Osiągał maksymalną prędkość 128 km/h. Rok po wyprodukowaniu nastąpił jego historyczny przelot, który na długo zapadł w pamięci mieszkańców. Dla niemieckiej ludności Śląska był to widomy znak powrotu potęgi kraju, którego w powszechnym przekonaniu poniżył Traktat Wersalski.

                                                    Nie zachowały się opisy przelotu sterowca nad Strzelcami i okolicznymi miejscowościami. W książce „Strzelczan Album Rodzinny” ukazało się jedyne zachowane zdjęcie sterowca nad naszym miastem. Posiłkować się trzeba innym opisem tego lotu z Nowej Wsi Królewskiej. W katolickim miesięczniku „Katholisches Pfarrgemeindeblatt fuer Koeniglich Neudorf” wydawanym przez proboszcza Ogana czytamy:

                                                    Dnia 17.10.1929 roku mieliśmy niecodzienną radość oglądania sterowca „Graf Zeppelin” przelatującego nad naszą miejscowością. To był niesamowity widok, kiedy tak majestatycznie przepływał z Kluczborka przez Opole. Sterowiec pojawił się najpierw nad naszą miejscowością, by później wykonać rundę honorową nad Opolem. Następnie znów wrócił nad Nową Wieś Królewską przelatując między szkołą a kościołem i skierował się na Strzelce Wielkie. Przelatującego Zeppelina sfotografował z dachu szkoły ówczesny jej dyrektor. Dzieci tej szkoły były zgromadzone na placu kościelnym i podziwiały ogromną sylwetkę sterowca. Dzwony pozdrawiały załogę, a ludzie zgromadzeni wiwatowali na jej cześć flagami i chusteczkami. Goście i załoga Zeppelina pozdrawiali zgromadzonych ludzi. Mieszkańcy wsi dokładnie rozpoznali sylwetki pasażerów, bo tak nisko Zeppelin przelatywał nad kościołem. Odwiedziny Zeppelina były wydarzeniem dla nas wszystkich. Choć po latach sterowce stały się codziennymi środkami lokomocji, dziwiono się jak niegdyś na widok kolei żelaznej i samochodów.

                                                    Graf Zeppelin nad Śląskiem latał jeszcze w latach 1930 i 1931. Odbywał też regularne loty transatlantyckie. W ciągu 9 lat eksploatacji odbył 590 lotów, przebywając niemal 1 700 000 kilometrów, przewożąc 13 tysięcy pasażerów. W tym samym roku, w którym pojawił się nad Strzelcami, dokonał niezwykłego wyczynu. W ciągu 20 dni obleciał całą kulę ziemską. Zakończył służbę w 1937 roku jako pomnik - świadectwo potęgi sterowców.
                                                    Źródła: Sterowce niemieckie 1900-1939, Mariusz Wojciechowski
                                                    Romuald Kubik, Piotr Smykała
                                                    PS Informacja o tym, że nie zachowało się żadne świadectwo przelotu Graf Zeppelin nad Strzelcami nie jest do końca prawdziwa. Do czasu remontu wieży ratuszowej w 2007 r. znajdowała się na niej ocynkowana blacha z informacją upamiętniającą to wydarzenie. Widziało ją wiele osób, po czym... blacha zniknęła. Prawdopodobnie została wyrzucona lub znajduje się teraz w czyichś prywatnych rękach. Nikt nie pomyślał o tym, aby ją zachować. Tak znikają nasze historyczne świadectwa. Mamy nadzieję, że odnajdzie się ona i trafi do tworzącego się muzeum.
                                                  • 1fatum Re: Kolos nad miastem 21.05.13, 22:10
                                                    Kto oglądał film "Der Sieg des Glaubens" ( Leni Riefenstahl), ten widział ten sterowiec. Naprawdę piękna maszyna.
                                                  • berncik Śmierć Wielkiej Armii 11.06.13, 11:11
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/9911_8159.jpg
                                                    Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Rosjanie z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce...

                                                    Tymi słowami Napoleon Bonaparte uzasadniał atak na Rosję w 1812 r. Rzeczywiste powody były znacznie bardziej przyziemne. Car Aleksander I wyłamał się z kontynentalnej blokady Anglii, głównego wroga Francji. Blokada była jednym z najważniejszych narzędzi, mających rzucić na kolana wyspiarski kraj. Napoleon nie mógł więc pozwolić na to, by w szczelnym kordonie powstała wyrwa. Postanowił podbić Rosję.

                                                    Aby tego dokonać, zebrał wielką armię w liczbie 600 tysięcy żołnierzy (m.in. 300 tys. Francuzów, Włochów i Belgów, 180 tys. Niemców, 90 tys. Polaków). Niezwyciężony cesarz, który setki razy rozkładał na łopatki silniejszych przeciwników, wszedł w Rosję jak nóż w masło i ze zdziwieniem stwierdził, że nie za bardzo ma z kim walczyć. Rosjanie po kilku potyczkach, podjeli taktykę wycofywania się i wciągania przeciwnika w głąb bezkresnego terytorium, pozostawiając za sobą spaloną ziemię. Francuzi coraz bardziej oddalali się od baz zaopatrzenia.

                                                    Żołnierz maszeruje brzuchem. Jeżeli nie ma co jeść, nie będzie dobrze walczył. Nawet zwycięska dla Napoleona bitwa pod Borodino, w której wzięło udział 250 tysięcy żołnierzy a 80 tysięcy poległo, nie rozstrzygnęła wojny. Zajęcie Moskwy w niczym nie polepszyło sytuacji Wielkiej Armii. Rosjanie po prostu podpalili miasto, pozostawiając Francuzów na pastwę ich największego wroga - „dziadka mroza”. Wymarznięta, głodna, zdziesiątkowana przez choroby Wielka Armia rozpoczęła odwrót a do ziem polskich dotrzeć udało się co dziesiątemu żołnierzowi. Część z oddziałów przeszła w styczniu 1813 r. przez nasze ziemie i rozlokowała się, by tu lizać rany. Dla wielu był to ostatni przystanek w życiu.

                                                    Według zapisków, w lazaretach w Jemielnicy przebywało 900 żołnierzy, w Błotnicy - 400. Wśród żołnierzy wybuchła epidemia tyfusu, która zbierała krwawe żniwo. Jedno ze źródeł podaje, że z 1300 chorych epidemię przeżyło tylko 45. Nie wiadomo, czy liczba ta jest prawdziwa, bo zapiski mówią o około 470 ciałach złożonych na cmentarzu na Zawodziu w Jemielnicy. W tym miejscu chowano wcześniej ofiary epidemii, więc naturalnym było jego wykorzystanie i tym razem.

                                                    Tyfus zdziesiątkował też mieszkańców Jemielnicy. Wiadomo, że w 1813 r. zmarło 21 dorosłych i 8 dzieci. Rok później choroba zabrała jeszcze 27 dorosłych. Mimo niechęci, jaką Francuzi budzili wśród miejscowej ludności, okoliczni lekarze ofiarnie oddawali się pomocy. Zapłacili za to wysoką cenę.

                                                    Dr Clement, lekarz powiatowy w Strzelcach, podjął się prowadzenia obu lazaretów. Z wielkim zaangażowaniem o rannych troszczyli się także lekarz miejski Friedler i jego uczeń Vincent Kowallek z Leśnicy. Dla Friedlera zakończyło się to tragicznie, gdyż zmarł na tyfus, którym zaraził się podczas pełnienia obowiązków. Podobny los spotkał innych opiekunów rannych. Na tyfus zmarli mieszkańcy Leśnicy: Franz Bolik, Franz Marek, Johann Grabisch, Johann Wyskowsky i Anton Korzyna. Wszyscy trafili do masowej mogiły na Zawodziu.

                                                    Podczas plebiscytu w 1921 r. stacjonujący w Wielkich Strzelcach żołnierze francuscy odwiedzili cmentarz i postawili pomnik upamiętniający ofiary zarazy i odwrotu Wielkiej Armii. Na niewielkiej steli umieścili napisy:
                                                    Aux soldats de la Grande Armee morts en 1812-1813
                                                    (Żołnierzom Wielkiej Armii zmarłym 1812-1813)
                                                    LA 46 Division de Chasseurs Alpins 1921
                                                    (46. Dywizja Strzelców Alpejskich)
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik

                                                    In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
                                                    In Deutschland Knechtschaft und Elend !
                                                    Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
                                                    Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
                                                  • szwager_z_laband Re: Śmierć Wielkiej Armii 12.06.13, 07:44
                                                    www.strzelecopolski.pl/wojna-z-napoleonem
                                                  • berncik Powstanie - agitacja i ofiary 18.06.13, 17:53

                                                    Plebiscyt z 20 marca 1921 roku miał zdecydować, do jakiego państwa przynależeć będą bogate ziemie śląskie. Sytuacja była skomplikowana. Śląsk od ponad półtora wieku należał do Prus, a potem Cesarstwa Niemieckiego. Praktycznie cała administracja, szkolnictwo, inteligencja i wyższe warstwy społeczne były zgermanizowane lub przyjechały tutaj z głębi Niemiec. Z kolei na wsi nadal mówiono po śląsku. Ostoją polskości był też w dużej mierze Kościół. Było oczywiste, że jakakolwiek decyzja o przynależności Śląska spowoduje wewnętrzne walki.

                                                    Zwolennikom przyłączenia Śląska do odrodzonej Polski sytuacji nie ułatwiała też wyraźna niechęć Anglii i Włoch, mocarstw mających wielki wpływ w Europie na ostateczny kształt przyszłej granicy.

                                                    Agitacja
                                                    Mieszkańcy Śląska nie byli biernymi uczestnikami wydarzeń. W miastach i wioskach oddolnie zawiązywano organizacje i prowadzono akcje propagandowe mające skłonić do głosowania za którąś z opcji. Czasem przybierały one dziwaczne formy.

                                                    W Suchodańcu zawiązała się lokalna grupa „Verband Heimattreuer Oberschlesien” (Związek Wiernych Ojczyźnie Górnoślązaków). Podczas zabawy 22 sierpnia 1920 r. organizacja ta otwarła stoisko, na którym sprzedawała po bardzo niskich cenach atrakcyjne towary. Przysporzyło jej to wielu sympatyków. W Rozmierce 8 maja 1920 r. w karczmie Aleksandra Hartwiga zorganizowano zabawę taneczną, podczas której właściciel otwarcie agitował na rzecz Niemiec. Później otrzymał za to gratyfikację w wysokości 3000 marek.
                                                    Agitacja po stronie polskiej opierała się w dużej mierze na Kościele Katolickim i wierze. Aktywnym działaczem był proboszcz w Rozmierzy, Josef Dwucet, który namawiał do głosowania za Polską przy każdej możliwej okazji. Czynił to, mimo wyraźnego zakazu władz diecezji. Agitację prowadził nie tylko z ambony. Wykorzystywał do tego celu nawet konfesjonał, używając niezbyt eleganckich argumentów. Groził mianowicie brakiem rozgrzeszenia wiernym, którzy głosowaliby za przyłączeniem Śląska do Niemiec. W Grodzisku bardzo aktywna w agitowaniu za Polską była rodzina Gomoła, która była za to szykanowana w czasach hitlerowskich.
                                                    To tylko przykłady ogólnego fermentu, jaki coraz bardziej podgrzewał atmosferę w każdym śląskim miasteczku, wsi, a nawet rodzinie. Bracia, rodzice i dzieci, kuzyni często stawali po przeciwnych stronach barykady. Powstawały liczne organizacje paramilitarne, które przygotowywały się na wypadek niekorzystnego dla ich stron wyników plebiscytu. Wkrótce okazało się, że nie zabrakło im zajęcia.

                                                    Przed plebiscytem doszło do incydentu, który mógł zakończyć się tragicznie dla papieskiego komisarza plebiscytowego - Johannesa Baptysty Ogno-Serra. Podczas jego przejazdu z Opola do Strzelec samochód, w którym podróżował, omal nie nadział się na stalowy drut przeciągnięty w poprzek drogi. Do tragedii nie doszło tylko dzięki spostrzegawczości i refleksowi szofera. Nikt nie przyznał się do zamachu, a obie strony oskarżały się o niego nawzajem.
                                                    Wynik plebiscytu w powiecie strzeleckim pokazał, że większość tutejszych mieszkańców chciała przyłączenia Śląska do Polski. Głosowało za tym 50,7% ludności, czyli 45 412 osób. Mimo to, Śląsk miał pozostać w granicach Niemiec, bo łączne wyniki z całego regionu były korzystniejsze dla Niemiec. W nocy z 2 na 3 maja wybuchło III powstanie śląskie.
                                                    Ofiary
                                                    Raczej nie ma już wątpliwości, że trzecie powstanie było świetnie przygotowaną akcją zaplanowaną w polskim sztabie wojskowym. Wielu ochotników przyjechało z centralnej i wschodniej Polski. Nie zmienia to faktu, że główną siłę po obu stronach stanowili miejscowi. Oni też głównie byli ofiarami walk.

                                                    Ziemia strzelecka była podczas powstania miejscem szczególnym, ponieważ to tutaj znajduje się najdalszy punkt, jaki zajęli polscy powstańcy. Na długi czas linia frontu zatrzymała się w Rozmierce, Grodzisku, Rozmierzy, Suchej, Suchodańcu i Izbicku. Wioski zajęli między 7 a 9 maja powstańcy z batalionu porucznika Karola Brandysa. Ich przeciwnikiem były oddziały Freikorpsu dowodzone przez pułkownika Wilhelma Schustera, które na przełomie maja i czerwca odbiły większość granicznych miejscowości.
                                                    Walki pociągnęły wiele ofiar, spośród których tylko część spoczęła w mogiłach pod swoimi nazwiskami.
                                                    Podczas kilku ataków niemieckich oddziałów na Rozmierz, Grodzisko i Rozmierkę zginęli:
                                                    Michael Schlappa, 21 lat, poległ 7 czerwca 1921 r.
                                                    Valentin Schulz, 21 lat, poległ 8 czerwca 1921 r.
                                                    Theodor Goczol, 19 lat, ranny 4 czerwca, przetransportowany do szpitali w Zawadzkiem, Lublińcu i Częstochowie, gdzie zmarł 6 czerwca. Pochowano go tam, gdzie sobie tego życzył - obok Jasnogórskiej Pani na cmentarzu św. Rocha.

                                                    Wszyscy pochodzili z Rozmierki. Dwaj pierwsi pochowani zostali na cmentarzu w Rozmierzy.

                                                    Z Jemielnicy polegli (lista niekompletna wg księgi zmarłych):
                                                    Melchior Kubica, 21 lat. Ranny pod Grodziskiem, zmarł 24 maja 1921 r. w Strzelcach Wielkich. Został pochowany w Jemielnicy.
                                                    Emanuel Warzecha ze Szczepanka, 21 lat. Poległ 7 czerwca 1921 r. pod Grodziskiem.
                                                    Richard Smiatek z Jemielnicy, 31 lat. Właściciel młyna. Był synem młynarza Emanuela Smiatek i Pauliny z d. Mendla. Poległ 7 czerwca 1921 r. pod Grodziskiem.
                                                    Duża część poległych nigdy nie została zidentyfikowana. W Rozmierzy znajduje się zbiorowa mogiła mieszkańców Rozmierki i nieznanych powstańców, którzy zginęli pod Górą św. Anny i w pobliżu Grodziska. Zmarli w szpitalu polowym w Rozmierce, który znajdował się w stodole u Bienka, za dzisiejszą karczmą „Pod Kasztanami”.
                                                    W walce ginęli miejscowi zaangażowani po obu stronach konfliktu. Na cmentarzu parafialnym w Grodzisku znajduje się mogiła Franza Smolarza z Suchodańca, który zginął walcząc po stronie niemieckiej. Urodził się 1 kwietnia 1902 r. Zmarł 1 czerwca 1921 r. W chwili śmierci miał 20 lat. Na tym samym cmentarzu pochowano jeszcze trzy osoby, które walczyły i zginęły za przyłączenie Śląska do Niemiec. Nie znamy ani ich nazwisk, ani miejsca pochówku. Być może spoczęli w sąsiedztwie mogiły Franza Smolarza.
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Re: Powstanie - agitacja i ofiary 18.06.13, 20:37
                                                    Poleku zaczynajom pisac ze to nie bou zryw Polskich Slonzakow .tylko przez Polski rzond organizowano masowa agitacja i zastraszanie ludzi . A o polskim wojsku w powstaniach tysz zaczynajom niesmiauo pisac.
                                                  • berncik Trzy dekady po papieskiej wizycie 25.06.13, 22:59
                                                    https://zawszewiosna.blox.pl/resource/jan_pawel_II.jpg
                                                    --Druga wizyta papieża Jana Pawła II w kraju miała odbyć się już w 1982 roku. Datę wybrano nieprzypadkowo, bo obchodzono wtedy 600-lecie obecności na Jasnej Górze cudownego obrazu Matki Boskiej. Jesienią 1981 roku episkopat podjął stosowne przygotowania. Omawiano to podczas posiedzenia Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu 23 listopada, lecz nie podjęto żadnej wiążącej decyzji. Władze grały na zwłokę, bo w planach miały już wprowadzenie stanu wojennego 3 tygodnie później.
                                                    Rozmowy o wizycie papieskiej wznowiono dopiero po 10 miesiącach, pod koniec 1982 roku. Ostatecznie porozumienie osiągnięto 9 marca 1983 roku, ale warunkiem postawionym przez władze był absolutny spokój społeczny w kraju. Komuniści odrzucili symboliczny, sierpniowy termin pielgrzymki. Nie zgodzili się także na wizyty w Gdańsku i Szczecinie. Postawili także jeszcze jeden warunek. Z ust Ojca Świętego nie mogło paść słowo „Solidarność”.
                                                    I nie padło. Władze nie mogły jednak zamknąć ust milionom ludzi, którzy spotkali się z papieżem podczas 8-dniowego pobytu w Polsce. Gdzie tylko pojawiał się Jan Paweł II, pojawiał się również las transparentów z napisem „Solidarność”, a tłum skandował nazwę zdelegalizowanego związku. Pielgrzymka przebiegała pod hasłem „Pokój Tobie, Polsko, Ojczyzno moja”, co w zestawieniu ze stanem wojennym (w czerwcu był jeszcze „zawieszony” - zniesiono go dopiero 22 lipca 1983 r.) miało szczególny wydźwięk.
                                                    Pobyt w Polsce był bardzo intensywny. Papież odwiedził 9 miast. Szóstego dnia, 21 czerwca 1983 roku, zawitał na Górę św. Anny. Tej wizyty w ogóle nie miało być. Pierwotny plan zakładał, że papież przeleci tylko nad Górą św. Anny śmigłowcem w drodze z Wrocławia do Krakowa. O to, aby było inaczej wystarał się osobiście biskup Alfons Nossol. Najpierw przekonał do swego pomysłu kardynała Józefa Glempa, który pożyczył mu pieniądze na samolot i następnego dnia opolski biskup jadł już kolację z papieżem. Tam przekonał Ojca Świętego, że Ślązacy bardzo boleśnie odczują pominięcie ich podczas papieskiej wizyty. Ostateczna decyzja o odwiedzeniu Góry św. Anny zapadła nazajutrz.
                                                    Początkowo planowano wykorzystać do tego celu amfiteatr mieszczący 30 tysięcy ludzi. Okazał się on jednak za mały. Dla spodziewanych tłumów pielgrzymów przeznaczono podklasztorne błonia. Przygotowaniami kierował ks. Stefan Baldy, proboszcz opolskiej katedry. Pracowało przy nich 500 osób, które wyznaczały sektory i budowały drewniany ołtarz przypominający kształtem kalwaryjskie kapliczki. Problemem było niedojrzałe jeszcze zboże rosnące na błoniach. Rolnicy zgodzili się je ściąć, a z zakonnikami zawarli umowę, że dostaną w zamian tyle zboża, ile zwykle z tych pól zbierają. Na zorganizowanej później zbiórce zboża zebrano go trzy razy więcej niż było potrzeba.
                                                    Aby godnie przyjąć wielkiego gościa, cała Opolszczyzna przygotowywała się miesiącami. Takich porządków nie widziano tutaj nigdy. Grabiono liście, wycinano krzaki, prostowano i pokrywano asfaltem drogi. Każdy dom i ogrodzenie były udekorowane. Szczególnego wysiłku wymagało przygotowanie mieszanego chóru, który liczył 1700 osób. Orkiestra liczyła 2000 muzyków. Całość koordynował o. Teofil.
                                                    Na nieszporach zjawiło się około milion osób. Wiernych było tak wielu, że w ostatnim momencie trzeba było przygotować dwa dodatkowe sektory. Jan Paweł II przybył na miejsce helikopterem, witany przez biskupa Alfonsa Nossola. O 1700 papież odprawił nieszpory maryjne, podczas których ukoronował obraz Matki Boskiej Opolskiej. Wybuch entuzjazmu papież skwitował słowami: - Od dziecka chodziłem na nieszpory, a także jako kapłan odprawiałem i śpiewałem nieszpory, ale pierwszy raz mi się zdarzyło, by w nieszpory śpiewano „sto lat”. To jakaś nowa liturgia.
                                                    Podczas homilii papież złożył hołd chrześcijańskiej tradycji Ślaska Opolskiego. W kazaniu wspominał dzieje Śląska, nawoływał do pojednania. Oddał też cześć powstańcom śląskim. Wizyta zakończyła się o godzinę później niż planowano. Ojciec Święty wsiadł do helikoptera o 19.30 i jeszcze trzykrotnie okrążył błonia z wiernymi.

                                                    Po papieskiej wizycie pozostało wspomnienie największego zgromadzenia religijnego w dziejach Góry św. Anny i pozostawiona na pamiątkę główna część ołtarza. Trzy dekady po pielgrzymce stoi jako świadectwo wielkiego wydarzenia. Niestety nie wszyscy potrafią to uszanować. Kiedy byłem tam ostatnio, napotkałem ślady wandalizmu - wyrwane metalowe schody. Zniknęła też kopia figurki św. Anny Samotrzeciej, stojąca na ołtarzu.
                                                    Romuald Kubik

                                                    Źródła: Góra Świętej Anny. Sanktuarium Diecezji Opolskiej, Opole 1987.

                                                    In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
                                                    In Deutschland Knechtschaft und Elend !
                                                    Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
                                                    Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
                                                  • berncik Pius X: święty papież- Slonzok ? 02.07.13, 15:40
                                                    https://wolnapolska.pl/images/pius_10.jpg
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/rom_2969.jpg
                                                    Strzelec Opolski gościł na konferencji naukowej poświęconej Piusowi X

                                                    Czy śląskie pochodzenie papieża Piusa X - Giovanni Sarto - to prawda czy mit? Czy są archiwalia, które mogłyby potwierdzić, że jego ojciec urodził się w Jemielnicy albo Boguszycach - jak udowadniają niektórzy lokalni historycy, opierając się na ludowych przekazach?

                                                    Te kwestie starali się rozstrzygnąć specjaliści na konferencji zatytułowanej Genealogia Pragnień. Pius X w pamięci ludności Górnego Śląska, którą zorganizowało w miniony piątek Archiwum Państwowe w Opolu.
                                                    Dyrektor tej instytucji, Mirosław Lenart, rozpoczął konferencję referatem o kontrowersyjnym biskupie krakowskim Janie Puzynie. To dzięki ingerencji tegoż biskupa nie liczący się jako papabile, biskup Mantui, Giuseppe Sarto - został papieżem. To pierwszy polski trop w badaniu piusowego rodowodu.
                                                    Archiwiści Rafał Górny, Bernadeta Grubierz i Aneta Malik skonfrontowali obiegowe opinie o rzekomo pierwszym papieżu Polaku z materiałami źródłowymi, przechowywanymi w archiwach i bibliotekach śląskich. O uwarunkowaniach kulturowych Śląska oraz ich wpływie na tożsamość kulturową oraz o percepcji nauk Papieża Eucharystii mówili profesorowie Uniwersytetu Opolskiego, księża Helmut Sobeczko i Erwin Mateja. Ważnymi i oczekiwanymi głosami w dyskusji były referaty wybitnych znawców pontyfikatu Piusa X i genealogii włoskiej rodziny Sarto, profesorów Gianpaolo Romanato i Roberto Scagno z Uniwersytetu w Padwie oraz Quirino Bortolato z Muzeum św. Piusa w Wenecji.
                                                    Cieszymy się niezmiernie, że w tak szacownym gronie znaleźli się również redaktorzy „Strzelca Opolskiego”: Beata Kowalczyk, Romuald Kubik i Piotr Smykała. Przypomnijmy, że pisali oni o korzeniach Piusa X - ich teksty publikowane były na naszych łamach.
                                                    Goście konferencji z niepokojem wyczekiwali na naukowe potwierdzenie sensacji: Pius X ma faktycznie śląskie korzenie! Niestety, takie stwierdzenie nie padło. Żaden z referentów nie dotarł bowiem do bezspornych dowodów, nikt nie widział choćby skrawka dokumentu, który by to w stu procentach potwierdził - pomimo wertowania tysiąca archiwaliów: metryk, ksiąg parafialnych, spisów emigracyjnych, starych gazet, etc. Włoski badacz dziejów Sarto, profesor Bortolato, przedstawił za to silne argumenty za tym, że Pius X - tak jak mówi jego oficjalna biografia - jest Włochem.
                                                    W nauce ważny jest konkret i argumenty dowodzące lub obalające tezę. Ważne są także pytania, które wytyczają cele naukowych dociekań. Takie pytania na pewno postawili na konferencji dziennikarze Strzelca - być może dzięki nam w naukowcach rozgorzeje impuls do kolejnych dociekań. Badając współczesne echa związków Piusa z Górnym Śląskiem, dotarliśmy na przykład do Rudolfa Zmarzłego, badacza dziejów Folwarku i okolic. Twierdzi on, że w XVI wieku do Prószkowa pod Opolem sprowadziła się rodzina Sartor (później Sarto, po polsku Krawiec). Przyjechała z Riese - a to przecież miejsce narodzin papieża Piusa X! Sartorowie znaleźli się tu za sprawą Jana Prószkowskiego. Sprowadził on z Włoch artystów do renowacji okolicznych kościołów i pałacu w Rogowie Opolskim. Razem z nimi przybyli również rzemieślnicy (w tym Sartorowie), a część z nich tu osiadła na stałe.
                                                    Może więc należałoby odwrócić wcześniejszą tezę: To nie śląski Krawiec wyemigrował do Włoch i przetłumaczył tam swoje nazwisko na Sarto. Tylko Sarto wyemigrował z Italii i osiedlił się na Śląsku, a potem któryś z jego potomków powrócił do ojczyzny...
                                                    Włoch czy Ślązak ? Czy musimy to rozstrzygnąć? Nawet jeśli śląskie pochodzenie to tylko urokliwa bajka - to jednak bajka potrzebna. Wzmacniająca nasze poczucie dumy i tożsamości.
                                                    - Nie poddawajmy się tak łatwo - powiedział w kuluarach, z lekkim uśmiechem, ale też z wiarą ksiądz infułat Helmut Sobeczko. - Walczmy o nasz regionalizm!
                                                    bea
                                                  • berncik Patriota Alojzy Szulc umarł w biedzie 07.07.13, 18:59
                                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130706&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130709662&Ref=AR&border=0&MaxW=580
                                                    Autor: Radosław Dimitrow
                                                    Za organizowanie pochodów 3-majowych w Niemczech gestapo skazało Alojzego Szulca z Osieka na śmierć. Cudem ocalał, ale w Polsce Ludowej mało kto doceniał jego przywiązanie do ojczyzny.
                                                    Pochód odbył się 3 maja 1920 roku. Alojz Szulc o mało nie trafił za to do obozu koncentracyjnego.
                                                    Gdy jesienią 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, 31-letni Alojzy Szulc przekonał swoich sąsiadów, że trzeba to głośno uczcić. Problem w tym, że Osiek, w którym mieszkali, leżał wtedy po niemieckiej stronie Śląska, gdzie polska mniejszość nie miała łatwego życia. Za wywieszanie biało-czerwonych flag groziły szykany - od wybicia szyb w domach do napaści i pobić.
                                                    Mimo tego, ludzie nie bali się wyjść na ulice. 3 maja 1920 Alojzy Szulc zebrał miejscową orkiestrę i w towarzystwie sąsiadów przeszedł przez wieś, głośno śpiewając patriotyczne pieśni. On sam niósł biało-czerwony sztandar z orłem i napisem "Tobie Polsko”, którego był fundatorem.
                                                    Akcja odbiła się wtedy szerokim echem w okolicy, bo mało kto po niemieckiej stronie zdecydował się na organizację takich uroczystości. W Osieku to się udało, bo Szulc miał wszystko dokładnie zaplanowane. Swoją propolską działalność prowadził przy pomocy... chóru śpiewaczego, który koncertował w okolicy. Pod osłoną zainteresowań muzycznych prowadził nie tylko agitację, ale też werbował ludzi do Polskiej Organizacji Wojskowej. Była to organizacja, która powstała kilka lat wcześniej z inicjatywy Józefa Piłsudskiego i miała strzec granic Polski. Zamysł jej działania był taki, by oddziały tworzyli zwykli mieszkańcy, którzy zbieraliby się w razie zagrożenia. W tym celu Szulc urządził we własnym domu magazyn broni.
                                                    Gdy wybuchło drugie i trzecie powstanie śląskie, było oczywiste, że patriota z Osieka będzie walczył po polskiej stronie. Ponieważ jego wieś, po podziale ziem pozostała w granicy Niemiec Szulc musiał się ukrywać przez kilka lat, ale w 1929 r. wrócił do Osieka.
                                                    Szulc mógł żyć względnie spokojnie w swojej wsi do 1939 roku (udzielał się m.in. w Związku Polaków w Niemczech). Gdy wybuchła wojna zainteresowało się nim jednak gestapo, które chciało zesłać go do obozu koncentracyjnego, gdzie czekała go śmierć. Jan Pakosz, mieszkaniec Osieka, tak relacjonował tamte wydarzenia po wojnie:
                                                    "W roku 1944 w miesiącu marcu nadeszło urzędowe pismo do byłego byrgemajstra Lasończyka Józefa do wsi Osieka pow. Strzelce od gestapo z Opola z wezwaniem zabrania obywatela Szulca do obozu koncentracyjnego, gdyż uważany był za Polaka i szkodził trzeciej rzeszy niemieckiej. Jako były zastępca byłego byrgermajstra tej samej wsi, po porozumieniu się z Lasończykiem uzgodniliśmy temu przeszkodzić (...). Przed otrzymaniem tajnego pisma z gestapo przybył tajny kurier przeprowadzić wywiad o Szulcu. Oświadczyliśmy i podpisaliśmy protokół pod odpowiedzialnością karną, że Szulc już nie żyje.”
                                                    W ten sposób Szulc uniknął śmierci, ale podczas całej wojny musiał się ukrywać. Po wojnie i przesunięciu granicy Polski Szulc był sołtysem. Musiał jednak zrezygnować z funkcji powodu choroby. Szybko okazało się także, że nie o taki kraj walczył. Schorowany Szulc nie mógł pracować, a władz Polski Ludowej niespecjalnie interesował jego los.
                                                    Józef Lasończyk, który działał po wojnie w miejscowym związku kombatantów, alarmował do władz, że Szulc żyje w fatalnych warunkach:
                                                    "Ma 3 ha użytków rolnych (...) z tego wynajmuje 2 ha a 1 ha uprawia dla siebie. Za wyjątkiem kilku kur i małego psa, nie ma żadnego inwentarza. (...). Mieszkanie Szulca wymaga kapitalnego remontu. Jedna strona chałupy grozi zawaleniem. Opału na zimę nie posiada i nie ma go za co kupić. Szulc należy do tej grupy ludzi, którzy całe swe życie pracują dla dobra swej ojczyzny bezinteresowanie”.
                                                    Alojzy Szulc, z racji złego stanu zdrowia, starał się po wojnie o rentę. Sąd odmówił mu jednak jej przyznania, uznając, że jej nie dostanie, bo ma za mało przepracowanych lat. Paradoksalnie Alojzy Szulc umarł w 1970 r. w biedzie w ojczyźnie, o którą tyle lat walczył.
                                                    Wykorzystano archiwalne dokumenty zgromadzone w Muzeum Czynu Powstańczego na Górze św. Anny. Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii.
                                                  • 1fatum Re: Patriota Alojzy Szulc umarł w biedzie 07.07.13, 19:42
                                                    Tak jest w Polsce. Przecież rtm. Pilecki (ten od dobrowolnego pójścia do Auschwitz) po wojnie został stracony przez Polaków. Zanim do tego doszło 8 maja 1947 został aresztowany. W areszcie był torturowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, m.in przez jednego z najokrutniejszych śledczych Eugeniusza Chimczaka[8]. W trakcie ostatniego, jak się później okazało, widzenia z żoną, wyznał jej w tym kontekście: Oświęcim to była igraszka.[

                                                    Trudno spamiętać jak wielu Polaków znanych i cenionych odchodziło w biedzie. Nie rozumiem tej mentalności, bo ludzie oddawali dla kraju wszystko co mieli najcenniejsze, a w ostatnich dniach życia zdychali niczym przysłowiowy pies pod płotem. Tak się działo nie tylko za komuny. Jednak władzy nie można obciążać całą winą, bo na równi obciąża ona współrodaków, bo to od nich najwięcej zależy, czy władze będą wspierać tych, którzy na to zasługują.
                                                  • berncik Cysterskie dziedzictwo na Opolszczyźnie 09.07.13, 18:02
                                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130709&Category=TURYSTYKA&ArtNo=130709653&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                                                    Panorama Góry św. Anny.

                                                    Dwa dni można spędzić na Opolszczyźnie podążając Szlakiem Cystersów. Podróżowanie nie ogranicza się tylko do zwiedzania klasztorów, ale może być także swoistą wyprawą w przeszłość. Góra św. Anny cieszy się dużym zainteresowaniem zagranicznych turystow.
                                                    Wycieczka Szlakiem Cystersów może dostarczyć refleksji nad duchowym życiem blisko natury, bardzo odległym od zagonionego życia, z którym mamy do czynienia dzisiaj. Dwudniowe obcowanie z cysterskim dziedzictwem na Opolszczyźnie pozwala pogłębić wiedzę o europejskich korzeniach. - To jedynie część szlaku cysterskiego, który ciągnie się od Dolnego Śląska po Małopolskę - powiedziała Urszula Kiraga z Opolskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej.

                                                    Wycieczkę można zacząć od najważniejszego sanktuarium na Śląsku - Góra św. Anny. Drewniana figurka-relikwiarz św. Anny Samotrzeciej należy do najstarszych rzeźb drewnianych na Śląsku - pochodzi z XV w. Św. Anna w lewej ręce trzyma córkę - Marię, a na prawej wnuka - Jezusa Chrystusa. Góra św. Anny jest na tyle ciekawym miejscem, że z powodzeniem można tam spędzić cały dzień.
                                                    Oprócz Bazyliki św. Anny Samotrzeciej jest tam również Pomnik i Muzeum Czynu Powstańczego poświęcone powstańcom śląskim, a także kamienny amfiteatr. Muzeum mieści się w budynku starej szkoły, gdzie podczas III Powstania Śląskiego mieścił się sztab powstańczy.
                                                    Spragnieni mocnych wrażeń i lubiący aktywny wypoczynek mogą skorzystać z toru saneczkowego położonego na zboczach wulkanu jakim jest góra. Wszystko to w otoczeniu Parku Krajobrazowego Góra św. Anny.
                                                    - Góra św. Anny cieszy się dużym zainteresowaniem turystów. W badaniach, które przeprowadziliśmy zajęła trzecie miejsce. Co ciekawe jest na pierwszym miejscu wśród turystów zagranicznych - powiedziała Urszula Kiraga.

                                                    Następnego dnia można się przenieść do Jemielnicy, gdzie mieści się dawne opactwo cystersów, ufundowane przez księcia opolskiego Bolka I, dla cystersów sprowadzonych po 1280 r. z Rud. Opactwo złożone jest z kościoła, klasztoru i budynków gospodarczych z ogrodami. Obecny barokowy kształt nadano mu w pierwszej połowie XVIII w. Wystrój wnętrza kościoła jest późnobarokowy, m.in. z obrazami Willmanna z końca XVII w. i rokokowy z XVIII w. - Jemielnica jest znanym miejscem. Choć w informacji turystycznej podróżni stosunkowo rzadko o nią pytają, to przyjeżdża tam wiele wycieczek autokarowych - powiedziała Urszula Kiraga.

                                                    Zabytkowe romańsko–gotyckie opactwo cystersów jest też w Rudach skąd cystersi przybyli do Jemielnicy. Rudy leżą dzisiaj na terenie powiatu raciborskiego. Dokładna data założenia tamtejszego klasztoru nie jest znana. Pierwszy dokument jaki odnaleziono pochodzi z 1258 r. Wiadomo tylko, że w roli fundatora klasztoru wystąpił książę Władysław Opolski. Współcześnie opactwo jest własnością diecezji gliwickiej i funkcjonuje jako Pocysterski Zespół Klasztorno-Pałacowy. Łączy w sobie Sanktuarium Matki Boskiej Pokornej oraz Ośrodek Formacyjno-Edukacyjny Diecezji Gliwickiej.

                                                    Zespół klasztorny Cystersów wpisano do rejestru zabytków prowadzonego przez Narodowy Instytut Dziedzictwa. W rejestrze obejmującym zespół klasztorny cystersów znajdują się: kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP z XIII w., klasztor, później pałac z XIII w. oraz park z połowy XVII w.
                                                  • berncik Leśniccy Żydzi 30.07.13, 20:00
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/10597_8862.jpg
                                                    Leśnicki cmentarz żydowski jest jedną z najlepiej zachowanych podobnych nekropolii w okolicy. Przetrwał, mimo że społeczność, której służył, nigdy nie należała tu do licznych.
                                                    Żydzi w Leśnicy pojawili się prawdopodobnie bardzo późno. Wszelkie zachowane źródła pisane nie wspominają o żydowskich mieszkańcach aż do roku 1787. W roku tym w „Tabelach generalnych” zapisano, że wśród 646 mieszkańców Leśnicy znajduje się też 12 Żydów tworzących prawdopodobnie 2 rodziny. Było to 2 mężczyzn, 2 kobiety, 1 chłopiec, 6 dziewczynek i 1osoba służby (płci nie podano). Liczba ta nie zwiększała się znacząco przez następne lata. Najwięcej Żydów (88) mieszkało w mieście w 1846 roku. Zawsze stanowili jednak tylko niewielki odsetek ludności.
                                                    Zajmowali się głównie handlem, wyszynkiem i ubojem zwierząt. Odnotowano też takie zawody jak szklarz czy piwowar. Najmniej poważanym zajęciem był jednak... nauczyciel. Niewielka liczba dzieci nie pozwalała na otwarcie regularnej szkoły. Uczyły się więc w domu, co bardzo obniżało ich poziom wykształcenia. Gmina starała się, by prowadzić zajęcia przynajmniej z języka hebrajskiego i religii. Zatrudniała w tym celu nauczycieli, których opłacano bardzo marnie. By związać koniec z końcem, pedagog zawsze musiał mieć dodatkowe zajęcie. Nauczyciel Issak Breitenfeld był jednocześnie rzezakiem zajmującym się ubojem rytualnym. Talmudysta Löbel Grünfeld - rzezakiem i kantorem (śpiewakiem pełniącym ważną funkcję podczas nabożeństw).
                                                    Syn tego ostatniego, Abraham, wystarał się w Wydziale Specjalnym Rejencji Opolskiej o pozwolenie na nauczanie hebrajskiego na poziomie elementarnym. Zostało mu ono udzielone pod warunkiem jednak, że nie będzie nauczał żadnych innych przedmiotów i żydowskie dzieci będą chodzić do miejscowej szkoły chrześcijańskiej. W dokumentach żaden z nauczających nie był określany jako nauczyciel, lecz innym wykonywanym zawodem, co wskazuje, że kariera pedagoga nie cieszyła się dużym poważaniem.
                                                    Chlubnym wyjątkiem był urodzony w Leśnicy Simon (Teodor) Aufrecht, światowej sławy znawca sanskrytu. Pisaliśmy o nim w artykule „Wielki uczony z maleńkiej Leśnicy” (SO nr 677).
                                                    Nie ma informacji, do jakiej gminy należeli pierwsi Żydzi leśniccy. Na mocy prawa z 23 VII 1847 r. założono w Leśnicy gminę synagogalną, lecz wybory do jej zarządu odbyły się dopiero w roku 1853. Nie przetrwała też długo. Nie istniała już w roku 1860. W całym powiecie funkcjonowały wówczas jedynie dwie gminy - w Wielkich Strzelcach i Ujeździe.
                                                    Początkowo na nabożeństwa wynajmowano izbę, gdzie później mieścił się sąd. W 1888 r. odbywały się w domu Steinitzów (obecnie plac Narutowicza 26). Kiedy społeczność żydowska zmalała poniżej 10 osób, wyprawiano się do synagogi w Strzelcach lub Gogolinie. W Leśnicy synagoga nigdy nie powstała. Nie posiadano też rabina, a nabożeństwa prowadził kantor, który był też rzezakiem.
                                                    Jak to się stało, że tak mała społeczność dorobiła się jednak własnego cmentarza? Winna była cholera, która w 1831 roku zabiła w Leśnicy 23 osoby i powróciła tu w roku 1837. Żydów przewożono na cmentarz strzelecki (patrz artykuł „Umarłe cmentarze” - SO nr 642), lecz podczas drugiej fali zarazy strzelecka gmina żydowska uzyskała w landraturze zakaz przewożenia tu zmarłych. Początkowo nie był on ściśle przestrzegany i zmarłego można było przewieźć do Strzelec pod warunkiem, że trumna była dokładnie zasmołowana i kondukt nie przejeżdżał przez żadne ludzkie osiedla. 18 września jednak zasady jego przestrzegania zaostrzono i za bezprawny pochówek groziła kara 10 talarów.
                                                    W tej sytuacji leśniccy Żydzi uzyskali w kilka dni pozwolenie barona von Richtohofen na założenie cmentarza na polach Wolnego Wójtostwa Leśnicy, a pierwszym pochowanym tam był zmarły 20 IX 1837 roku rzezak Isaak Breitenfeld.
                                                    W latach 30. XX wieku dokonano spisu nagrobków. Nie wiadomo, dlaczego opisano tylko 44 z wszystkich 80 znajdujących się na cmentarzu. W spisie są dane personalne i niekiedy dłuższe wyciągi z nagrobnych stel.
                                                    Ostatni pochówek odbył się tutaj 3 stycznia 1920 roku. Podczas wojny cmentarz przeszedł pod władanie Gestapo, lecz uniknął zniszczeń. Większych szkód doznał dopiero po wojnie. W 1980 roku władze miejscowe ogrodziły i uporządkowały teren cmentarza. Nekropolia oczyszczana jest też regularnie przez więźniów z zakładu karnego nr 2 w Strzelcach.
                                                    Romuald Kubik, Piotr Smykała
                                                    Źródła: Osiem wieków ziemi leśnickiej, Uniwersytet Wrocławski, 2002.
                                                    In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
                                                    In Deutschland Knechtschaft und Elend !
                                                    Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
                                                    Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
                                                  • berncik Jak wypędzono zakonników 04.09.13, 09:44
                                                    30 października 1810 roku „Fryderyk Wilhelm, z łaski Bożej Król Pruski” wydał prawo, które radykalnie odmieniło ustalony od wieków porządek rzeczy. Edykt o włączeniu wszelkich dóbr duchownych do monarchii kasował w całym państwie pruskim (a w tym w prowincji śląskiej) klasztory i majątek kościelny. Dla zakonników z Góry św. Anny nastały ciężkie czasy.

                                                    Kasacja z 1810 roku nie była czymś zaskakującym. Była to kontynuacja umniejszania roli Kościoła. Proces ten w niemal całej Europie trwał od nastania epoki oświecenia. Dla filozofów epoki oznaczało to wyzwalanie społeczeństwa i kultury spod dominacji Kościoła. Jak pokazały późniejsze doświadczenia – społeczeństwo wyzwalano często wbrew jego woli.
                                                    Apogeum walki z Kościołem miało miejsce podczas Rewolucji Francuskiej, której przywódcy narzucali ludowi nową ideologię bez względu na ofiary. Mało znanym rozdziałem tamtych wydarzeń jest powstanie w Wandei, podczas którego siły rewolucyjne zmasakrowały i niemal wybiły ludność całej prowincji, która stanęła w obronie religii.
                                                    W państwach niemieckich pierwsze prawa sekularyzacyjne wyszły w roku 1803. Naczelny urząd administracji prowincji Świętego Cesarstwa Rzymskiego zarządził wtedy przymusową kasatę większości klasztorów oraz upaństwowienie ich majątków. Uzasadniano to koniecznością uzyskania środków na wypłatę odszkodowań książętom, których majątki po lewej stronie Renu zagarnął Napoleon. Prawo to zostało wykorzystane przez elity do znacznego wzbogacenia się kosztem Kościoła.
                                                    W państwie pruskim, faworyzującym protestantyzm, zawsze starano się umniejszyć rolę Kościoła katolickiego. Klasztory obłożone były dużymi podatkami i ograniczeniami w korzystaniu z dóbr z własnej działalności gospodarczej. Klęska w wojnie z Francją w 1807 i pokój w Tylży, na mocy którego Prusy musiały płacić Napoleonowi duże kontrybucje, dały pretekst do przykręcenia śruby. Wydano edykt, który praktycznie likwidował klasztory i majątki kościelne, a uzasadniano to chęcią odciążenia mieszkańców od dodatkowych podatków. Państwo przejęło ogromny majątek około 68 klasztorów, a sami zakonnicy zmuszeni zostali do złożenia habitów i pozbawieni dotychczasowych przywilejów.
                                                    Wśród ludności zapanowało rozgoryczenie tak wielkie, że aż biskup wrocławski musiał napominać wiernych o obowiązku podporządkowania się władzom świeckim.
                                                    7 grudnia 1810 roku na Górę św. Anny przybył z Koźla sędzia miejski Cubale w towarzystwie komornika Kowallika z Leśnicy. Oświadczył przerażonym zakonnikom, że zakon został zlikwidowany, jego dobra mają zostać zinwentaryzowane, a sami ojcowie wypędzeni.
                                                    Zanotowano, że w kasie zakonnej było 216 reńskich talarów, 2 srebrne grosze i 6 fenigów. Wśród cennych przedmiotów odnotowano też srebrną sukienkę dla cudownego obrazu (powstałą niedługo wcześniej), która ważyła 6 funtów i 12 łutów. Jej wartość wyceniono na 80 reńskich talarów. Było tez 6 koron srebrnych, z których 3 przechowywał właściciel dóbr. Cały majątek klasztoru wyceniono na 1179 talarów, 18 groszy i 6 fenigów. Po zapłaceniu zaległych rachunków z majątku tego pozostało ponad 1000 talarów.
                                                    Prawo zapewniało wypędzonym zakonnikom wypłacanie pensji. Ustalenie jej wysokości spotkało się jednak z wielkimi trudnościami. Zakon żebraczy nie miał stałych dochodów i polegał tylko na dobroczynności wiernych. Sporządzono przy okazji ciekawy spis, który ukazuje, skąd pochodzili poszczególni zakonnicy.
                                                    Ojciec gwardian Ireneusz Schulz, urodzony na Warmii (Ermlande), lat 56, w zakonie lat 35;
                                                    Ojciec wikary Euzebiusz Chróścicki, z Kazimierza w Księstwie Warszawskim, lat 42, w zakonie 22;
                                                    Ojciec Wacław Przemyski, kaznodzieja świąteczny, urodzony w Pilicy w Polsce, lat 47, z tego w zakonie 30;
                                                    Ojciec Erazm Piekarski, kaznodzieja niedzielny, z Koroswenk (Kurozwęk) koło Sandomierza, lat 42, w zakonie 24;
                                                    Ojciec Cyprian Laskowski z Biecza w Galicji, lat 79, w zakonie 50;
                                                    Ojciec Florian Kosiarski z Solca, w Polsce, lat 59, w zakonie 38;
                                                    Ojciec Sylweriusz Gomulski, niemiecki kaznodzieja, urodzony w Polsce, lat 46, w zakonie 6;
                                                    Ojciec Tyburcjusz Chajdasiewicz z Pilicy w Polsce, lat 37, w zakonie 21;
                                                    Brat Restytut Karpielowicz z Litwy, lat 68, w zakonie 38;
                                                    Brat Alkantara Klein, lat 50, w zakonie 27;
                                                    Bracia Stanisław Grzybowski i Onufry Płocki.
                                                    Oprócz wymienionych „było jeszcze w klasztorze wiele osób świeckich: syndyk Springer, który otrzymywał pensję, kucharz i kilku kuchcików”.
                                                    Losy zakonników potoczyły się różnie. Gwardianowi Schultzowi przyznano 15 talarów miesięcznej pensji, lecz zrzekł się jej na rzecz 80 talarów odprawy. Zanim ją otrzymał, wyjechał do Warszawy, a potem „do Rosji”. W 1812 roku słał z Krakowa pełne skarg na swój los listy, prosząc komisję sekularyzacyjną o zapomogę, a potem o wypłacenie odprawy.
                                                    Także inni zakonnicy udali się do Polski. Zrobili tak oo. Cyprian i Florian. Zamierzał tak też postąpić o. wikary Euzebiusz, lecz na wieść, że w Warszawie także zlikwidowano klasztor, pozostał na Górze św. Anny. W 1812 roku pisał do komisji sekularyzacyjnej, że na miejscu pozostali jeszcze tylko dwaj zakonnicy i niemal wszystkie prace przy kalwarii musi wykonywać sam. Zwrócił się w związku z tym z prośbą o podwyższanie pensji. Przeniósł się potem do Leśnicy.
                                                    Część zakonników znalazła bezpieczną przystań u właścicieli ziemskich lub przy parafiach. Większość żyła z głodowych pensji lub odpraw, które nie starczały na długo. Często zwracali się więc z prośbami o podwyższenie tych sum.
                                                    Sekularyzacja dotknęła nie tylko zakonników, lecz i pustelników. Na oficjalne zlecenie rządu proboszcz Malorny 15 lutego 1811 roku wystawił następujące świadectwo:
                                                    Pod Górą Św. Anny koło Leśnicy od 50 lat mieszka pewna polska pani, Petronela von Korzeniowska, urodzona w okolicy Wołynia [Wolon] na Ukrainie, która z powołania do stanu duchownego opuściła rodziców przed 50 laty i przybyła na Górę Św. Anny. Teraz ma 70 lat. Nie miała na to pozwolenia pana włości, ale ówczesny starosta okręgu Strzelec Wielkich von Frackstein wiedział o jej zamiarach i we wszystkim udzielał jej swego poparcia. Nie miała żadnych zasobów. Utrzymywała się z jałmużny dobroczyńców, a szczególnie franciszkanie dostarczali jej jedzenia tak często, jak potrzebowała. We wcześniejszych latach korzystała z wielu dobrodziejstw zmarłej pani hrabiny Neuhaus i Gaschin. Najwięcej jednak zarabiała kobiecymi pracami ręcznymi, do których podobno była bardzo zdolna. [...] W ostatnim czasie wymieniona osoba nie może się już trudnić niczym innym, jak tylko modlitwą; ponieważ jest już tak wątłych sił, że nie może nawet iść do kościoła, musi więc żyć z opatrzności Boga, a teraz wskutek zniesienia klasztoru na Górze św. Anny znalazła się w nadzwyczaj trudnych warunkach.
                                                    W księdze zmarłych parafii Leśnica zapisano potem: 1811, 16 lipca na Górze Św. Anny została pogrzebana panna hrabianka Petronela Korzeniowska, eremitka, zmarła 14 tegoż.

                                                    Romuald Kubik, Piotr Smykała
                                                    Źródła: Historia Góry św. Anny, opracowanie, Wrocław 2006.
                                                  • berncik Długi powrót zakonników 06.09.13, 20:18
                                                    Jak dowodzą tego niezliczone przykłady z historii ludzkości – co innego kogoś złupić, a co innego na tym zyskać. Tak też się stało z sekularyzowanym klasztorem annogórskim. Władze pruskie, które liczyły na szybkie wzbogacenie skarbca, srodze się w tym wypadku zawiodły. Pojawiły się też dla administracji państwowej nowe kłopoty, bo ludność całego Śląska nie zamierzała zaprzestać pielgrzymowania do świętego miejsca.

                                                    Mieszkańcy Góry św. Anny prosili o kontynuowanie pielgrzymek, bo niemal wszystkie rodziny w okolicy utrzymywały się z wykonywania i sprzedaży przedmiotów kultu i „gdyby się to skończyło, zostaliby oni bez chleba, a ponad 500 rodzin stałoby się żebrakami”. W owych czasach do bazyliki rocznie pielgrzymowało sto tysięcy osób, a podczas głównych świąt zjawiało się nawet po dwadzieścia tysięcy wiernych dziennie. Trzeba pamiętać, że liczby te odnoszą się do czasów, kiedy mieszkańców Śląska było wielokrotnie mniej niż dzisiaj.

                                                    Prawne batalie
                                                    Komisja Sekularyzacyjna, by utrzymać pielgrzymkowy charakter miejsca, musiała znaleźć kapłanów, którzy zastąpiliby wypędzonych franciszkanów. Sprowadzonych księży musiałby ktoś jednak opłacić. Komisja postanowiła zrzucić ten ciężar na dobroczyńcę świętego miejsca – hrabiego Leopolda de Gaschin. Miał on „w przyszłości i bez żadnej pomocy państwa troszczyć się o utrzymanie budowli kościelnych oraz o opłacanie świeckich duchownych i przejąć koszty pensjonowania lub zaspokojenia potrzeb obecnych duchownych klasztornych”.

                                                    Hrabia, któremu los świątyni był bliski sercu, początkowo zgodził się, lecz dalsze pertraktacje utknęły w martwym punkcie. Nie liczył się bowiem z tym, że całe utrzymanie świątyni spocznie na jego barkach. Kosztowało go to połowę dochodów z majątku w Żyrowej. Ponadto polityka fiskalna państwa pozbawiała go rocznych dochodów w wysokości 1400 talarów.

                                                    Na wszelkie sposoby Prusy starały się wykorzystać poklasztorne budynki. Powstał projekt zakwaterowania tam żołnierzy i utworzenia obserwatorium. W piwnicach poszukiwano ziemi z zawartością saletry, którą można by sprzedać, starano się znaleźć kupca na ogród i meble. W pewnym momencie znajdował się tutaj nawet rosyjski magazyn prochu. Pomysł, by umieścić tu zakład dla ubogich, też w końcu upadł, ze względu na stan budowli.

                                                    Jednocześnie rozpoczęła się batalia sądowa, w której właściciel ziem dowodził praw do swego majątku. Procesy oparły się o wyższe instancje aż w końcu rząd zaproponował niekorzystną dla hrabiego ugodę, w której miałby zapłacić wycenioną przez inspektora sumę za budynki, wyremontować je i utrzymywać świeckich księży. Na tę i następną, o wiele korzystniejszą propozycję, hrabia się nie zgodził. Znów nastąpiły długie procesy z pismami do władcy włącznie.

                                                    Ostatecznie hrabiemu nie udało się odzyskać własności przodków, a nadmierne obciążenia podatkowe doprowadziły bogaty niegdyś ród do finansowej katastrofy.

                                                    Ruina
                                                    Budynki klasztorne niszczały, a kulturalny majątek topniał z roku na rok. W 1826 roku bibliotekę klasztorną przekazano gimnazjum w Opolu (w 1898 roku dzieła teologiczne z tego zbioru trafiły do Biblioteki Diecezjalnej we Wrocławiu). Przy okazji przenoszenia książek wiele cennych dzieł zaginęło bezpowrotnie. W następnym roku starosta strzelecki pisał: „obecnie [klasztor] tylko częściowo nadaje się do wykorzystania do innego celu, ponieważ odbywają się jeszcze zwykłe nabożeństwa. [...] Ponieważ pielgrzymowanie wydaje się niezgodne z duchem czasu, prostemu ludowi daje tylko okazję do lenistwa i obrazy czci czystego bóstwa, chciwości, sobkostwa i zepsu­cia obyczajów, proponuję więc, żeby ten masywny, bardzo dobry i trwały budynek zamienić na obiekt państwowy i zrobić z niego zakład karny albo szpital”.

                                                    Przez cały ten czas ruch pielgrzymkowy powoli zamierał. Nabożeństwa odbywały się głównie dzięki oddaniu okolicznych duchownych, którzy starali się podtrzymać tradycję i zapanować nad tłumami pozbawionymi pasterzy. Dochodziło do wielu nieprawidłowości i nadużyć. Zdarzały się też incydenty, takie jak ten z udziałem oficerów z Koźla. Pewnego dnia sprowadzili sobie do klasztoru muzykantów i urządzili w opuszczonych budynkach tańce.

                                                    W 1824 r. dziekan Thalherr z Gliwic pisze z oburzeniem: „Zdumiałem się, gdy na Górze Św. Anny [...] spotkałem przy stacjach zwykłego chłopa, który miał biegłość w kazaniu o cierpieniu Chrystusa i deklamowaniu po polsku z drukowanych egzort Męcińskiego, których nauczył się na pamięć”. Oburzenie nie dotyczyło tego, że kazanie odbywało się po polsku, lecz z faktu, że prosty chłop zastępuje kapłana. Zdarzało się także, że przybywający „gdzieś z Polski” kapłani, służący pątnikom, w miejscowych księżach budzili spore wątpliwości. Słuchali spowiedzi wiernych w drewutniach lub stodołach, pobierając za to jałmużnę. Co do niektórych wątpiono w ogóle, czy byli kapłanami.

                                                    Mimo wszystkich tych przeciwności, na Górę św. Anny pielgrzymowało ok. 40 tysięcy pątników rocznie.
                                                  • berncik Re: Długi powrót zakonników 06.09.13, 20:19
                                                    Biskup i klasztor
                                                    Sytuacja na lepsze zmieniła się w 1832 roku. Biskup wrocławski, Emmanuel von Schimonski, który od lat starał się o poprawę kondycji sanktuarium, otrzymał urzędowe pismo z Opola. Informowano w nim o kiepskiej kondycji klasztoru oraz zapytywano, „co i z jakim skutkiem zostało w tej sprawie załatwione przez księcia biskupa?” Był to sygnał, że rząd pruski zamierza zezwolić biskupstwu na działania w tej sprawie. Dla urzędników było to wyjście z patowej sytuacji. Zwrócić majątku hrabiemu nie chcieli, ale i łożyć na kapłanów i utrzymanie walących się budynków także nie zamierzali. Biskup von Schimonski z radością wykorzystał daną mu szansę.

                                                    Największym wyzwaniem były pilne i poważne remonty, jakie należało przeprowadzić. Dwie dekady zaniedbań spowodowały duże spustoszenia. Sporządzone już wcześniej na zlecenie rządu sprawozdanie mówiło, że na najpilniejsze naprawy potrzebowano 2019 talarów. Gontowy dach kościoła przegnił tak, że wnętrze było zalane przez wodę i zagrzybiałe. Mury wokół Rajskiego Placu zawaliły się. Większość z 18 konfesjonałów zupełnie przegniła, browar przyklasztorny zawalił się w 1827 roku. Rzecz jasna fiskus, za sprawą którego budynek niszczał od lat, nie zamierzał dokładać do jego naprawy.

                                                    Remonty odbywały się etapami przez długie lata. Fundusze pochodziły przede wszystkim z ofiar pielgrzymów, a były z tym z początku wielkie problemy. W latach 1831-34 więcej wydawano na remonty niż zbierano na tacę. Dopiero od roku 1835 odnotowuje się nadwyżki datków nad kosztami reperacji.

                                                    W roku 1832 pomalowano wnętrze kościoła, w którym przez długi czas nie wykonywano żadnego gruntownego czyszczenia (57 talarów). W 1842 roku wybrukowano na nowo Rajski Plac, odnowiono dach nad krużgankiem, a mur otynkowano. W 1829 wysoka woda zniszczyła kapliczkę Cedron. Dopiero po dwóch latach, po wielu upomnieniach, hrabia de Gaschin wyremontował ją za pieniądze ze specjalnej zbiórki. Niestety, także wiele innych kaplic było podniszczonych, a popadający w coraz większe długi hrabia nie wywiązywał się ze swych powinności.

                                                    Odradzanie się świętego miejsca nie mogło odbyć się bez jego gospodarzy – kalwaryjskich kaznodziejów. Było ich wielu i nie sposób wymienić wszystkich. 9 lipca 1829 r. zajął to miejsce dotychczasowy wikary Johann Janotta z Jakubowic. Za jego czasów wyremontowano wielkie wejściowe schody na Rajski Plac. Kapłan został jednak usunięty „z powodu jego bardzo niestosownego, nieobyczajnego, najbardziej niegodnego duchownego, sposobu życia i jego skłonności do pijaństwa”.

                                                    W czerwcu 1841 r. kaznodzieją został Filip Kitta, który władał doskonale oboma językami, miał głos silny, a odporność fizyczna pozwalała na wykonywanie obowiązków mimo wielu przeciwności. Za jego czasów wykonano renowację głównego ołtarza, ołtarze św. Anny i Matki Bożej (190 talarów) oraz ambonę i malowidła. Odszedł z powodu konfliktu z proboszczem leśnickim.

                                                    W 1847 r. kaznodzieją kalwaryjskim został Jakub Nitzko, za czasów którego dokonano wielu remontów – m.in. muru Rajskiego Placu, organów i zegara, który od czasów sekularyzacji stał nieczynny. Najważniejszą dla pielgrzymów naprawą było pogłębienie klasztornej studni. Woda była zawsze na górze towarem deficytowym. Miejscowi sami mieli jej mało, a pielgrzymom sprzedawano ją za pieniądze. Pogłębienie studni klasztornej pozwoliło na wydawanie pątnikom wody za darmo.

                                                    Apostoł wstrzemięźliwości
                                                    W 1844 roku na Górę św. Anny przybył słynny apostoł trzeźwości o. Stefan Brzozowski. Urodzony w 1805 roku w Zwoleniu w wieku 16 lat wstąpił do franciszkanów, gdzie wyróżniał się wielką znajomością teologii i filozofii. W czasach walki cara z kościołem unickim popadł w konflikt z władzami po tym, jak nie dopuścił do ołtarza kapłanów chcących używać reformowanych mszałów. Uciekł z rosyjskiego zaboru, unikając w ten sposób wywózki na Sybir.

                                                    Na Górze św. Anny urządzono mu za zgodą biskupa i urzędu jedną celę. Od tej pory wkładał wielką energię, by przekonywać w kazaniach lud śląski do wstrzemięźliwości od alkoholu, który w tamtych czasach czynił ogromne spustoszenia. W wielu miejscowościach ojciec zakładał bractwa trzeźwości. Przez wiernych i kapłanów odbierany był z najwyższą czcią i uznaniem. W 1846 roku dołączył do niego dawny towarzysz – o. Michał Dąbrowski.

                                                    Żyli w klasztorze w wielkim ubóstwie. Obaj nie mieli w swoich izbach stołu, a na spółkę używali jednego krzesła. Nie uchroniło ich to jednak od zawiści. Proboszcz Krebs oskarżył o. Stefana o niemoralne prowadzenie, a trzy kobiety miały pod przysięgą świadczyć o jego rozwiązłości. Biskupie śledztwo szybko obaliło te oskarżenia, a sam Krebs musiał oddalić ze swego otoczenia wiele żeńskiej służby o wątpliwej reputacji.

                                                    Mimo ogromnego poważania, jakie o. Brzozowski posiadał wśród wiernych, a może właśnie dlatego dosięgły go dalsze oskarżenia. Zakończyło się to decyzją biskupa o opuszczeniu Góry św. Anny przez franciszkanina 12 listopada 1851 roku. Dla ludu śląskiego jego krótki pobyt na świętej górze miał niemal zbawienny wpływ, gdyż w tym czasie, pod wpływem jego kazań setki tysięcy wiernych przysięgły wstrzemięźliwość od alkoholu. Tylko w święto Krzyża Świętego w 1844 r. przyjął do Towarzystwa Trzeźwości 2000 osób.

                                                    Ostateczny powrót franciszkanów na Górę św. Anny stał się możliwy dopiero w roku 1859, niemal pół wieku po sekularyzacji. Gdyby nie starania hrabiego Leopolda de Gaschin, dziesiątek kapłanów starających się utrzymać sanktuarium i setek tysięcy wiernych podtrzymujących tradycję pielgrzymowania, klasztor zapewne podzieliłby los innych, w których po sekularyzacji na zawsze zamarło życie zakonne.

                                                    Romuald Kubik, Piotr Smykała

                                                    Źródła: Historia Góry św. Anny, opracowanie, Wrocław 2006.
                                                  • berncik Ziemia strzelecka. Jak małe wsie stały się miastem 09.09.13, 11:28
                                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130503&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130509909&Ref=AR&border=0&MaxW=580
                                                    Tak wyglądała wieś Adamowice na początku XX wieku. Żyli tu biedni ludzie pracujący w większości w folwarkach.
                                                    Lata 20.
                                                    W 1926 roku, po długich negocjacjach, Adamowice zostały włączone do Strzelec. W 1931 roku to samo stało się z miejscowościami Suche Łany i Mokre Łany. Zyskali na tym ludzie i miasto, które przeżyło wtedy rozkwit.
                                                    ubiegłego stulecia były dla Strzelec okresem gwałtownych przemian. Dużą rolę odegrał w nich ówczesny burmistrz Felix Gollasch, który objął władzę w mieście w 1925 roku i postawił sobie za cel wzmocnienie miasta i podniesienie jego prestiżu na Śląsku. Gollasch pochodził z Zabrza, a studia ukończył we Wrocławiu. Już w pierwszych dniach rządów zapowiedział radykalne zmiany w pracy urzędników - w ratuszu zatrudnionych było wtedy wielu emerytów, którzy dorabiali na państwowych posadach. Gollasch zwolnił ich lekką ręką, a na ich miejsce wprowadził młodych ludzi z ambicjami i nowymi pomysłami. Zatrudnił też kilku fachowców, którzy mieli myśleć nad strategią rozwoju miasta.
                                                    Jedną z pierwszych, ważniejszych decyzji było powiększenie terytorium Strzelec przez włączenie do miasta trzech wsi, które w tamtych czasach bezpośrednio sąsiadowały z miejską zabudową: Adamowice, Suche Łany i Mokre Łany. Ta pierwsza miejscowość była własnością parafii św. Wawrzyńca. Pozostałe dwie należały natomiast, do hrabiów, którzy zamieszkiwali miejscowy zamek. Żyli tam biedni ludzie, którzy pracowali w większości w folwarkach na rzecz ziemskich właścicieli. Felix Gollasch uznał, że utrzymywanie stanu rodem z feudalizmu jest tylko dodatkowym hamulcem dla miasta. Dlatego włączył wsie do Strzelec, które od tego momentu zaczęły bezpośrednio mu podlegać. Decyzję podjął pod presją i w atmosferze krytyki, bo właścicielom ziemskim, bardzo się ona nie podobała. Dzięki zamianom miasto powiększyło się o kilkuset mieszkańców, którzy dostali ziemię na własność i od tej pory gospodarzyli na swoim. Z tego tytułu do kasy ratusza popłynęły podatki.
                                                    Włączenie wsi do Strzelec dawało burmistrzowi jeszcze jedną możliwość - otwierało nowe tereny pod budownictwo, co dodatkowo umożliwiło powiększenie miasta. Duży nacisk w tych latach kładziono na szkolnictwo. Powstała nowa dwuletnia szkoła handlowa z małą maturą oraz nowa szkoła gospodarstwa domowego dla dziewcząt prowadzona przez siostry zakonne. Wybudowano też nową halę miejską obok kąpieliska. W 1926 r. władze miasta otworzyły nowe boisko miejskie (obecnie ul. Strzelców Bytomskich) oraz strzelnicę sportową. W planach był nawet tor do jazdy konnej.
                                                    Dzięki pomocy władz miasta i sponsorów udało się otworzyć w rynku miejskie muzeum, a przed ratuszem ustawiono pomnik myśliwego z psem, który dziś jest symbolem Strzelec. W latach 1929-1931 wybudowano nowy szpital (obecnie ul. Opolska), a stara lecznica przy dzisiejszej ulicy strażackiej zamieniła się w dom spokojnej starości.
                                                    W mieście wybudowano jeszcze w tamtych czasach budynek sądu, urzędu skarbowego (obecnie starostwo powiatowe) oraz linię kolejową między Strzelcami a Koźlem. Powstały wiadukty nad liniami kolejowymi w kierunku Opola i Zawadzkiego. Uruchomiono też linię autobusową pomiędzy Ujazdem a Gogolinem.
                                                    Planowano też utworzenie garnizonu. Jeszcze przed 1870 rokiem wojskowi stacjonowali w mieście, co było dodatkowym motorem napędowym dla miejscowego handlu.
                                                    W latach 30. ubiegłego stulecia władze miasta przeznaczyły na ten cel sporą ilość terenów przy dzisiejszej ulicy Sosnowej. Wybudowano tam koszary wojskowe wraz z placem ćwiczeń (obecnie w tym miejscu stoi gimnazjum) oraz mieszkania. Do ukończenia inwestycji zabrakło niewiele. Budowa została przerwana po napaści Niemiec na Polskę w 1939 roku. Sam Feliks Gollasch został w tym czasie powołany do służby wojskowej jako dowódca kompanii, ale nie chciał pełnić takiej funkcji. Pozostał na stanowisku burmistrza, ale niedługo potem został odwołany. Jego obowiązki przyjął burmistrz komisaryczny dr Josef Platen. Wojsko upomniało się o Gollascha ponownie w grudniu 1944 r. Po zakończeniu wojny były burmistrz osiedlił się wraz z żoną i dwiema córkami w Hagen w Westfaliii. Tam pracował w państwowej administracji, a w 1956 r. wygrał wybory na burmistrza Hagen.
                                                    Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                                                  • herbjelita Re: Cystersi 09.09.13, 19:15
                                                    Tu o innych cystersach:
                                                    blogi.dziennikzachodni.pl/dziwnytenswiat/2013/09/04/alcobaca-jak-krzeszow-czy-lubiaz-tez-znana-jest-dzieki-cystersom/
                                                  • berncik Re: Cystersi 09.09.13, 19:24
                                                    Dzieki Ci herb.Co ciekawe we Alckobace w Portugali i w tym kosciele ze bou ,te grobowce i tyn kosciou dobrze pamiyntom.,on bou potynzniejszy anizeli we Ksionrzu.
                                                  • berncik Zameczek znów będzie dumą Polskiej Cerekwi 09.09.13, 20:54
                                                    Tak mo wyglondac po remoncie.
                                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20100812&Category=POWIAT03&ArtNo=638313004&Ref=AR&border=0&MaxW=580
                                                    Tal wyglondo dzisiej.
                                                    https://ocdn.eu/images/pulscms/N2M7MDQsMCw0MCwzZTgsMjMyOzA2LDMyMCwxYzI_/3e99a828bdd4c7e68570603b19991eb5.jpg
                                                    Roboty ruszyły pełną parą. Wybudowano już przyłącza, które doprowadzą do budynku wodę i prąd. Obecnie robotnicy zabezpieczają stare ściany i stropy, które zostaną wzmocnione. Na miejscu znaleziono niedawno niewypał, ale wstrzymało to inwestycję jedynie na chwilę. - Prace mają potrwać do listopada - informuje Ireneusz Smal z Urzędu Gminy w Polskiej Cerekwi.

                                                    W pierwszym etapie inwestycji wyremontowany ma zostać parter zabytkowego obiektu. Pozostałe trzy kondygnacje będą oddane w stanie surowym zamkniętym. Wstawione zostaną również okna i drzwi. Obecnie prowadzone prace będą kosztować 7,2 miliona złotych, z czego większość pochodzi z Unii Europejskiej.

                                                    - Po zakończeniu pierwszego etapu prac będziemy się starali o kolejne fundusze - dodaje Ireneusz Smal.

                                                    Na dole ma się mieścić sala koncertowa. W tym miejscu już wcześniej odbywały się imprezy muzyczne. Znajdzie się tu także izba pamięci o dawnych właścicielach zamku, który stoi niedaleko drogi krajowej nr 45 z Opola do Raciborza. Powstanie tu również herbaciarnia i sala kominkowa, a także czytelnia wraz z biblioteką. Z kolei na górze ma się w przyszłości znajdować hotel.

                                                    To kolejna wielka inwestycja, jaką prowadzą obecnie władze Polskiej Cerekwi. Praktycznie ukończony jest już ośrodek jeździecki w pobliskim Zakrzowie. Niedawno wizytowała go minister sportuJoanna Mucha. Tutaj prace kosztowały 20 milionów złotych. Wielofunkcyjny obiekt powstał na terenie dawnego zrujnowanego Państwowego Gospodarstwa Rolniczego.
                                                  • berncik Jedno miejsce, trzy pomniki 11.09.13, 20:24
                                                    To bou piyrwszy pomnik Niemiecki za poleguych w piyrwszyj wojnie sw. i powstaniach.
                                                    https://dolny-slask.org.pl/foto/3740/3740255.jpg

                                                    Tyn drugi pomnik zbudowali Poloki na tym samym cokole a na wiyrczu zamontowali Nieymieckygo orua chyba go kajs porwali.
                                                    https://fotoforum.gazeta.pl/photo/2/qc/ga/yobe/mW7jbLJzSF2EGjsxMX.jpg

                                                    I za pora lot musieli skisz tego orua zrobic nowy pomnik i zrobiyli taki.
                                                    https://www.mapofpoland.pl/zdjecia-00852/Pomnik-S-%C5%BBeromskiego-Strzelce-Opolskie.jpg

                                                    Obecny pomnik stojący na placu Stefana Żeromskiego w Strzelcach Opolskich nie jest pierwszym obeliskiem w tym miejscu. Przed nim były jeszcze dwa inne.
                                                    Pomnik Poległych Żołnierzy Niemieckich
                                                    Pierwszy monument odsłonięto we wrześniu lub październiku 1924 r. Poświęcony był pamięci poległych mieszkańców miasta podczas I wojny światowej oraz poległym w powstaniu śląskim w 1921 r. (na tych terenach zwanym wtedy wojną domową). Upamiętniał oczywiście tylko niemieckie ofiary konfliktu.
                                                    Umieszczono na nim żeliwne tablice z ponad 200 nazwiskami i napisem: „Zur Ehre und zum Andenken der für die Heimat 1914-1918 und 1921 Gefallenen”. Pomnik powstał z inicjatywy burmistrza Paula Gudruma, a odsłonięcia dokonał nauczyciel dr Piedzko, który wygłosił też okolicznościową mowę.
                                                    Był to jeden z pierwszych tego typu pomników ustawionych na terenie ówczesnych wschodnich Niemiec i powiatu Wielkostrzeleckiego. Jego odsłonięcie zostało też zrelacjonowane w popularnym czasopiśmie ilustrowanym „Oberschlesien im Bild” (nr 35 z 1924 r.).
                                                    Pomnik o Wolność i Demokrację
                                                    Zmieniła się władza, zmieniły się pomniki, lecz miejsce pozostało. Tym razem pomnik poświęcony był poległym bohaterom o wolność i demokrację 1919-1945. Z dawnej, okazałej budowli pozostawiono tylko fundament i postawiono na nim mniejszy pomnik z orłem na szczycie. Problem polegał na tym, że ptak ten za bardzo przypominał orła niemieckiego, a pomnik w gruncie rzeczy był podobny bryłą do swego poprzednika.
                                                    Władze dość szybko zdecydowały się na jego usunięcie, a zamiast tego - w innym miejscu, na rynku, postawiły monument ku czci przyjaźni polsko-radzieckiej. Usadowiono go w miejscu, gdzie przed wojną stał cały kwartał kamienic doszczętnie zniszczonych przez żołnierzy radzieckich w 1945 roku. Dziś znajduje się tutaj Pieta Śląska - pomnik poświęcony Ofiarom Wojen i Przemocy, ufundowany przez Karola Cebulę.

                                                    Pomnik Stefana Żeromskiego
                                                    Powstał na początku lat 60. Postawiono go na cześć Stefana Żeromskiego, wielkiego pisarza zwanego „sumieniem polskiej literatury”. Popiersie literata ustawiono na tle stylizowanych książek. Odsłonięcie odbyło się prawdopodobnie w 100-lecie urodzin artysty – 14 X 1964 r. Na jego cześć nazwano też cały plac, który nosi to miano do dzisiaj. Starsi ludzie używają czasem starszej nazwy „Plac Wolności” związanej z pierwszym powojennym pomnikiem.

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
    • herbjelita Re: Ciekawo historyjka: 12.09.13, 19:11
      Powstanie tkaczy śląskich.
      Chełmsko - Gerhard Hauptmann.

      blogi.dziennikzachodni.pl/dziwnytenswiat/2013/09/11/chelmsko-slaskie-gdyby-nie-domy-tkaczy/#m
      • berncik Odważny ksiądz z Jemielnicy 17.09.13, 17:42
        https://www.strzelecopolski.pl/files/images/11110_9343.jpg
        Dominik Pyka urodził się 4 grudnia 1903 r. w Gąsiorowicach. Jego matką była Maria z d. Swierzy. Ojciec, Nikodem, opuścił ich dość wcześnie. Zginął w 1914 r. w wypadku w fabryce materiałów wybuchowych w Krupskim Młynie. Po pewnym czasie rodzina przeprowadziła się do Jemielnicy, gdzie urodził się jego brat i bohater naszego następnego artykułu – Hieronim.
        Dominik musiał wykazywać się pociągiem do nauki, skoro ówczesny proboszcz jemielnicki zaproponował posłanie go do seminarium św. Krzyża w Nysie i pokrycie części kosztów nauki. Chłopiec skończył seminarium w 1924 r. i wstąpił do zakonu werbistów (w skrócie SVD od łacińskiego Societas Verbi Divini). Po studiach teologicznych w St. Gabriel w Mödling koło Wiednia przyjął święcenia kapłańskie w 1931 r.

        Związał się z Polską. Początkowo pracował w Grudziądzu, a po pewnym czasie odesłano go na studia do Poznania na kierunek matematyczno-filozoficzny. Gdy poprosił władze kościelne o pozwolenie opuszczenia zakonu, został skierowany do diecezji katowickiej. Od 1938 r. wykładał katechezę w żeńskim Liceum Raciborskim w Tarnowskich Górach (dziwna nazwa szkoły wywodzi się stąd, że władze niemieckie nie zgodziły się na otwarcie takiej szkoły w Raciborzu). Angażował się w życie społeczne. Był członkiem Związku Zachodniego i działaczem Związku Polaków w Niemczech.

        Wojna
        Znany ze swej patriotycznej działalności ksiądz musiał uciekać z Tarnowskich Gór tuż po wybuchu II wojny. 2 września wyjechał, ale został złapany przez Niemców nad rzeką Brynica obok Świerklańca i zawrócony. Miał dużo szczęścia, bo nie został aresztowany. W czasie okupacji nadal prowadził działalność patriotyczną. Prowadził tajne nauczanie, a podczas Wielkanocy w 1940 r. wygłosił płomienne kazanie o zmartwychwstaniu Polski. Aby zataić swoją działalność, uczył też prywatnie dzieci z niemieckich rodzin. Wkrótce jednak uciekł z Tarnowskich Gór.

        Do końca wojny przebywał w parafii w Miotku k. Lublińca, gdzie pomagał rodzinom osób wywiezionych na roboty lub do obozów. Po wojnie wraz ze swoją gospodynią, Emilią Grzechotkówną, zorganizował we wsi polską szkołę. Wkrótce kuratorium sprowadziło go do Tarnowskich Gór, gdzie wykładał katechezę, lecz szybko wystarał się o pozwolenie nauczania na terenie Opolszczyzny. Od października 1945 ksiądz Dominik Pyka został dziekanem dekanatu i proboszczem parafii w Głuchołazach. W 1948 r. został przypisany do Administracji Apostolskiej Śląska Opolskiego.

        Władza ludowa
        Bardzo szybko okazało się, że Polska, która nastała po 1945 r., znacznie różni się od wymarzonego państwa. Nowe władze rozpoczęły szybko bezpardonową walkę z kościołem. We wrześniu 1945 r. wymówiły umowę konkordatową z Watykanem. Pretekstem do dalszych prześladowań był list papieża Piusa XII do biskupów niemieckich, w którym poruszył kwestię milionów wysiedlonych Niemców. Propaganda państwowa stale donosiła o „knowaniach Watykanu, imperialistów amerykańskich i niemieckich odwetowców”.
        Władze Głuchołaz, początkowo przychylne kapłanowi, szybko zaczęły go zwalczać. Ksiądz Pyka nie pozostawał bierny na wydarzenia. 9 maja 1948 r. wygłosił odważne kazanie:
        Z przykrością stwierdzić muszę, że ci zweryfikowani, którzy przez długie lata czekali na przyjście Polski, są dziś odsunięci od wpływów i poszli w odstawkę, natomiast na tych terenach rej wodzi niemiecki komunista. Poruszył też sprawę papieskiego listu: Jest tu taki powiat, który ma tylko 12 tys. mieszkańców, a Ojciec Święty widząc tych Niemców tak ściśniętych i głodnych, cierpi nad tym. I pomyślcie, że przecież trzeba z tymi biednymi Niemcami coś zrobić. Wtedy ktoś z tłumu rzucił: Wybudować im Oświęcim.
        Po tym kazaniu władze natychmiast rozpoczęły procedurę odwołania proboszcza, co nie okazało się łatwe. Cieszył się dużym poparciem wśród wiernych. Żył ubogo, jedynie z jałmużny. Nie wyznaczał opłat za posługi kościelne i wszystkich traktował tak samo.
        Władza ludowa zaczęła go oskarżać o wrogość wobec polskiego państwa i konfliktowanie ludzi. Pojawiło się pomówienie o pobicie ucznia, który nie nauczył się pieśni kościelnej (był to syn sekretarza Miejskiego Komitetu PPR). Przeciw proboszczowi wystąpiło też harcerstwo. Doczepiono się nawet do tego, że na stacjach drogi krzyżowej jedynie zakrył, a nie zlikwidował niemieckie napisy. Działacze komunistyczni dążyli do pozbawienia księdza polskiego obywatelstwa i wysiedlenia go do Niemiec.

        2 czerwca 1948 r. odwołano go z funkcji proboszcza i zastąpiono księdzem z Warszawy. Ksiądz Pyka pozostał jednak w Głuchołazach i starał bronić swego dobrego imienia przed oskarżeniami. Próbował doprowadzić do rozprawy sądowej, podczas której mógłby przedstawić dowody niewinności, lecz władze mu to uniemożliwiły. Parafianie pisali pisma w jego obronie. Na niewiele jednak to się zdało. Decyzją biskupa Bolesława Kominka (pod naciskiem Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego Śląskiego w Katowicach) przeniesiono go we wrześniu 1948 r. do Koźla.
        Do 1958 r. był proboszczem w parafii św. Zygmunta. Potem zmuszono go do przejścia na emeryturę. Pozostał na parafii jako rezydent.
        Ks. Dominik Pyka zmarł 12 czerwca 1985 r. Pochowano go w skromnej mogile na miejscowym cmentarzu.
        Piotr Smykała, Romuald Kubik
        Źródła: Cofałka J., Bracia Pykowie, Kalendarz Strzelecki 2001
        • 1fatum Re: Odważny ksiądz z Jemielnicy 17.09.13, 18:19
          berncik napisał:

          > https://www.strzelecopolski.pl/files/images/11110_9343.jpg

          ******************************************

          Tak samo jak wielu innych, urodził się w niewłaściwym czasie i miejscu.

          Takim stwierdzeniem można byłoby temat zamknąć. Jednak okres wojny i powojenny wykazują znaczne różnice w traktowaniu ludzi. Mogłoby się wydawać, że wojenne prawo powinno być bardziej srogie.
          • berncik Hieronim Pyka - syn tej ziemi 24.09.13, 18:08
            https://www.strzelecopolski.pl/files/images/11196_9427.jpg
            Hieronim Pyka urodził się w Jemielnicy 19 września 1905 roku. Jego bratem był, opisywany w przednim numerze Strzelca, ksiądz Dominik Pyka. Podobnie jak on otrzymał pomoc finansową od jemielnickiego proboszcza, by podjąć naukę w seminarium św. Krzyża w Nysie. Po jego ukończeniu nie poszedł jednak taką samą drogą jak brat i podjął decyzję o kontynuowaniu nauki w szkołach świeckich.
            Chciał uczyć się w polskim gimnazjum w Bytomiu, lecz ze względu na brak środków zamieszkał u wujka w Królewskiej Hucie i tam chodził do szkoły. W rodzinnym domu w Jemielnicy pojawiał się podczas wakacji i zawsze przywoził polską prasę, książki i wieści zza pobliskiej granicy. W 1927 r. przyjęto go w poczet studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Uczelnia ta zwalniała wówczas mieszkańców niemieckiej części Śląska z płacenia czesnego. Nawet przy takim ułatwieniu, studiujący germanistykę Hieronim musiał początkowo sypiać na dworcu kolejowym lub plantach. Jego los poprawił się, kiedy zaczął udzielać korepetycji.
            Studia w Krakowie ukończył w 1932 r. i wystąpił o przyznanie obywatelstwa polskiego. Zaproponowano mu pracę w cenionym XI Państwowym Gimnazjum im. J. i A. Śniadeckich we Lwowie, gdzie wykładał język niemiecki. Uczył też dodatkowo w męskim liceum realistycznym o profilu matematycznym oraz w Żółkwi, Kamionce Strumiłowej i Kołomyi, gdzie wykładał grekę i łacinę. Poznał tu Marię, też nauczycielkę, córkę geodety z Krakowa, z którą wziął ślub. W 1935 r. urodził im się syn Jacek, a w 1939 – Andrzej.
            Hieronim był polskim patriotą w każdym calu. Kiedy polskie wojska zajęły Zaolzie, wyjechał na Śląsk Cieszyński do Bohumina uczyć polskie dzieci. Zrobił to mimo sprzeciwu żony, która przeczuwając nadchodzącą burzę, przeprowadziła się do siostry do Lipska koło Radomia.
            Po wybuchu wojny Hieronim rowerem przedostał się z powrotem do Lwowa. Tylko po to, by po 17 września uciekać w drugą stronę, udało mu się dobrnąć do reszty rodziny. W tym czasie w Solcu nad Wisłą władze niemieckie pozwoliły na otwarcie w klasztorze polskiej szkoły. Hieronim Pyka przeniósł się tam z całą rodziną, by dalej nauczać. W 1940 r. urodziło mu się kolejne dziecko, tym razem córka.
            Niemcy szybko zorientowali się, kim jest Hieronim, ale od kłopotów ratowało go wykształcenie. Znał kilka języków i władze okupacyjne zatrudniały go jako tłumacza. Dało mu to dostęp do różnych dokumentów, które przekazywał polskiemu podziemiu. Brał też udział w tajnym nauczaniu. Narażał przy tym życie swoje i rodziny.
            Język niemiecki znał lepiej niż niejeden Niemiec, co udowodnił podczas jednego ze spotkań. Niemiecki oficer chciał popisać się znajomością poezji Goethego. Zaczął deklamować wiersz, ale zakończenia nijak nie potrafił sobie przypomnieć. Hieronim Pyka dokończył za niego.
            Pod koniec wojny Niemcy podejrzewali go już mocno o pracę konspiracyjną. Zimą na przełomie lat 1944/45 musiał uciekać i ostatnie tygodnie wojny mieszkał, mimo mrozów, w stodole.
            Po wojnie zdecydował się z rodziną przeprowadzić w okolice Strzelec. Otrzymali dokumenty i w bydlęcym wagonie jechali przez tydzień, by wysiąść na bocznicy kolejowej w Strzelcach. Otrzymali mieszkanie na ul. Blokowej. Wraz z prof. Turkówną i innymi nauczycielami Hieronim Pyka zorganizował w mieście pracę gimnazjum. Otrzymał nawet propozycję objęcia stanowiska burmistrza miasta, lecz nic z tego nie wyszło. Źle się czuł w nowej rzeczywistości, a władzom też nie podobały się jego poglądy. Starał się trzymać jak najdalej od polityki, a uczniom oświadczył, że jeżeli wstąpią do jakiejś organizacji politycznej lub partyjnej, to nie będą mieli z nim o czym rozmawiać.
            Był bardzo cenionym pedagogiem. Otrzymał propozycję pracy na uniwersytecie we Wrocławiu. Nie przyjął jej, mimo namów żony. Wrocław był miastem, gdzie przesiedliło się wielu mieszkańców Lwowa, więc Maria mogłaby się poczuć tam niemal jak w domu. Jakiś czas potem zdarzyła się okazja objęcia katedry języków obcych powstającej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu. Przegrał jednak z kandydatem, który bardziej pasował władzom ze względów ideologicznych.
            Skupił się na nauczaniu języków. Ponieważ na język niemiecki nie było po wojnie dużego zapotrzebowania – uczył greki, łaciny, języka francuskiego i angielskiego, które znał doskonale. Znał też języki hiszpański i włoski. Kiedy wszedł wymóg nauczania w szkołach języka rosyjskiego, zaczął na targu kupować kilogramy rosyjskich książek i słowników. Wkrótce opanował i ten język.
            W 1951 roku odszedł ze szkoły. Nie zgadzał się z krzewieniem laickości i socjalistycznej moralności. Wraz z nim odchodzi też spora liczba nauczycieli.
            Przeniósł się do Gogolina, gdzie istniało zapotrzebowanie na wykwalifikowaną kadrę. Tamtejsze liceum było wtedy w czołówce wojewódzkiej. Duży odsetek uczniów dostawał się na studia - co cieszyło władze, i do seminarium duchownego - co cieszyło już mniej. Sytuacja bywała napięta. Pewnego dnia na lekcje łaciny przybyła inspekcja złożona z dyrektora szkoły i przedstawiciela władzy ludowej. Był to typowy przedstawiciel elit w owych czasach. Z zawodu szewc, z wykształcenia – analfabeta. Hieronim Pyka zwrócił się do dyrektora: „Ja pana bardzo szanuję niech pan siada”, a do drugiego: „Pan niech zechce opuścić klasę i zamknie drzwi z drugiej strony”. Nic dziwnego, że nigdy nie awansował na żadne stanowisko, przez lata był wzywany do kuratorium na rozmowy. Kilka razy wezwano go też na kilkudniowe przesłuchania do Urzędu Bezpieczeństwa. Bardzo to przeżywał, zwłaszcza, że ktoś z otoczenia ewidentnie na niego donosił.
            Od 1953 do 1962 roku, po politycznej odwilży, uczył w strzeleckim liceum, lecz nie zaprzestał wykładać w Gogolinie, gdzie dojeżdżał. Zarabiał przy tym minimalnie.
            W 1966 roku przypadła tysięczna rocznica chrztu Polski. Z tej okazji złożył ślubowanie Matce Boskiej Królowej Polski i Matce Kościoła. Przyrzekał: „Dla Twojej czci i na przebłaganie Twego Syna brać udział we wszystkich roratach w tym roku o ile zdrowie dopisze, odmawiać codziennie jedną część różańca przez całe życie, odwiedzać co najmniej raz w roku Ciebie Matko na Jasnej Górze. Łaskami stąd płynącymi Ty zechciej dysponować według Twego uznania. Twój Hieronim. Gogolin 10 listopada 1965 roku”.Przeszedł na emeryturę w 1970 roku. Mimo to jeszcze przez rok nauczał łaciny w gogolińskim gimnazjum. Dojeżdżał tam już z Opola, gdzie otrzymał mieszkanie spółdzielcze. Do końca życia czytał ogromne ilości książek, co dawało mu dużo radości.
            Zmarł 30 marca 1985 r., pół roku po swojej żonie. Przed śmiercią nakazał dzieciom, by na jego grobie nie kładli płyty. „Mogą na nim chwasty rosnąć, ale musi być ziemia, nasza ziemia”. Został pochowany na cmentarzu komunalnym w Opolu-Półwsi, a skromny grób do dziś odwiedzają jego wychowankowie i przyjaciele.
            Piotr Smykała, Romuald Kubik
            Źródło: Cofałka J., Bracia Pykowie, Kalendarz Strzelecki 2001.
            • 1fatum Re: Hieronim Pyka - syn tej ziemi 24.09.13, 21:09
              Niezależnie od narodowości, wielkość człowiek mierzona jest jego skromnością, pracowitością i poświęceniu swoim ideałom.
              Szkoda, że tak mało mamy takich ludzi, bo za ich przykładem wielu ich uczniów byłoby godnych mistrza.
              • berncik Szkoła rolnicza 13.10.13, 18:42
                https://www.strzelecopolski.pl/files/images/11336_9583.jpg
                O szkole rolniczej w Strzelcach Opolskich mieszczącej się w obecnym budynku restauracji Rezydent wiadomo niewiele. Z broszury z przełomu lat 1927/28 wiemy, że posiadała ona sale wykładowe i salę kinową. Była więc bardzo nowoczesna. Uczniowie mogli korzystać z poletek doświadczalnych znajdujących się obok kompleksu. Szkoła podlegała kuratorium, na którego czele stał starosta strzelecki, a w skład którego wchodził hrabia von Strachwitz.

                Szkoły gospodarstwa wiejskiego i doradztwa rolniczego miały na celu doszkalanie gospodarzy. Były one doskonale zorganizowane. Szkolenia odbywały się cyklicznie, przeważnie w okresie zimowym, kiedy rolnicy mieli więcej czasu.

                Na przykładzie ulotki podobnej szkoły, funkcjonującej w Dobrodzieniu, możemy zrekonstruować sobie działalność strzeleckiego ośrodka. Pismo to zawierało bardzo rzeczowe informacje o liczbie mieszkańców, areale rolnym, strukturze gospodarstw i uprawach. W informatorze umieszczona była też mapka powiatu z charakterystyką gleby i klimatu.

                Informatory dostarczały wiedzy historycznej (np. o dziejach powstania spółek wodnych), a także zawierały pouczające teksty o tym, dlaczego rolnik powinien ciągle się szkolić, jakie ma obowiązki wobec rodziny, społeczności, a nawet Boga.

                W broszurze zamieszczono plany zajęć, obejmujących różnorodne tematy. Oprócz szkoleń stricte rolniczych można było dowiedzieć się o infekcjach występujących wśród bydła, ubezpieczeniu gospodarstwa czy opłacalności produkcji. Wykłady obejmowały także wykaz instytucji pośredniczących w sprzedaży płodów rolnych, przegląd najnowszych maszyn rolniczych, a nawet wycieczki do Heimatsmuzeów. Zajęcia prowadzone były przez fachowców z izb rolniczych, a także specjalistów z poszczególnych dziedzin – na przykład księży zajmujących się pszczelarstwem.

                Piotr Smykała,
                Romuald Kubik
                • berncik Ksiądz w turbanie 16.10.13, 20:25
                  https://www.strzelecopolski.pl/files/images/11365_9594.jpg
                  Przyszedł na świat w Wilkowicach (Groß Wilkowitz) opodal Toszka 15 lutego 1905 r., jako szóste z siedmiorga dzieci. Jego ojciec był kierownikiem miejscowej szkoły. Ernst Schlappa (używał też pisowni nazwiska Szlapa lub Szlappa, a imienia Ernest) po otrzymaniu świadectwa dojrzałości w 1925 r. złożył podanie o przyjęcie do Zgromadzenia Słowa Bożego, czyli Księży Werbistów (w skrócie SVD od Societas Verbi Divini). Pisał w nim „Zamierzam poświęcić się rozszerzaniu Ewangelii w krajach misyjnych”.
                  1 września został przyjęty do nowicjatu w seminarium misyjnym St. Gabriel w Austrii, gdzie przez 2 lata studiował filozofię a przez 4 – teologię. Na kapłana wyświęcony został 5 maja 1932 r. Prymicje odbyły się w rodzinnej miejscowości, a msza prymicyjna w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Zbrosławicach. Przez krótki czas pracował w duszpasterstwie krajowym w Wiedniu i Nysie, a następnie na miejsce pełnienia posługi wyznaczono mu Indore w centralnych Indiach.
                  Przybył tam 5 grudnia 1932 r. wraz z innymi pionierami, ojcami: Kanskim, Waldem i Westermannen. Pierwszą jego placówką było miasto Panchkui. Później pracował również w Bhagor i Unnai. W 1937 r. założył Centrum dla kształcenia katechistów w Sirpur, w dystrykcie Khamdwa. W 1947 r. wybrany został delegatem do Kapituły Generalnej w Rzymie. Wyjazd ten miał na długo wpłynąć na jego życie.
                  Po spełnieniu obowiązków w kapitule zapragnął odwiedzić swoje rodzinne strony. Kiedy je opuszczał, było to terytorium niemieckie. Teraz przyjeżdżał do Polski rządzonej przez komunistów. Ci skutecznie postanowili utrudnić mu życie i nie pozwalali księdzu na wyjazd z kraju. Krótka wizyta przerodziła się w 10-letni przymusowy pobyt w Polsce.
                  Mieszkał w domach werbistów. W tym czasie nosił swój najbardziej rozpoznawalny atrybut – długą brodę. Zgolił ją w Pieniężnie za namową przełożonych. Ojciec Ernst bywał też na ziemi strzeleckiej u swoich krewnych, między innymi w Dolnej u Mojsów czy Barteczków. Kilkakrotnie uczestniczył u nich w weselach i innych uroczystościach.
                  Usilne prośby o pozwolenie na powrót do Indii zostały uwzględnione przez władze dopiero w 1957 r.
                  Na miejscu mianowano go Prokuratorem Misyjnym w Bandra. Od 1959 do 1961 roku był proboszczem w Ratlam, a w latach 1961-1964 znowu w Bandra. W 1964 r. przejął parafię w Panchkui, a w 1969 r. znowu trafił do Ratlam jako proboszcz.
                  W 1973 r. zrezygnował z pracy duszpasterskiej. Poświęcił się całkowicie opiece nad osobami trędowatymi w założonym przez siebie przytułku „Ish-prem Basti”. Znajdował się on tuż za miastem Ratlam. Pracę nad budową domków dla trędowatych rozpoczął już w 1972 r. W dziele tym pomagały mu zarówno władze miejscowe jak i państwowe. Jedna w popularniejszych gazet napisała: „ojciec Schlappa, człowiek z białą brodą, poruszony litością nad biednymi trędowatymi, których nikt nie chce zobaczyć, dokonał chwalebnego czynu - fundację kolonii Bożej miłości (Ish-prem Basti)”. Był to pierwszy taki ośrodek w tym mieście.
                  W ośrodku tym pracował 13 lat. 11 marca 1986 r. został przyjęty do Domu Opieki, gdzie rozpoznano u niego chorobę nerek, pęcherza i prostaty. Przeszedł 2 operacje, po których poczuł się lepiej. Wrócił do „Ish-prem Basti”, lecz szybko jego stan zdrowia się pogorszył. Wrócił do szpitala od razu na oddział intensywnej terapii. Nerki przestały pracować i ksiądz musiał zostać poddany dializie. Odszedł 31 października 1986 r.
                  Podopieczny z ośrodka dla trędowatych wspominał: „Traktował nas jak swoje dzieci. Może nie dostaniemy już drugiej osoby jak o. Schlappa, która by nas tak kochała i nam pomagała”.
                  Jego zwłoki pozostawiono na jeden dzień w St. Arnold Seva Sadan, skąd zabrano je 1 listopada, w dzień Wszystkich Świętych do Palda, gdzie odprawiono obrzędy pogrzebowe. Wzięli w niej udział biskupi z Indore i Khandawa, siostry i bracia zakonni, księża i mieszkańcy Ratlam.
                  O tym, z jakimi borykał się problemami podczas misyjnej pracy, najlepiej świadczą listy, jakie regularnie wysyłał do Polski.
                  Panchkui, 21 III 1967
                  Moi Drodzy
                  Paczki, które nadchodzą z Polski, są wielką niespodzianką. Przyszło też kilka z Pieniężna. Serdecznie dziękuję Wam za to.
                  Jak widzicie nie jestem już w Bombaju, ale tu gdzie pracowałem 33 lata temu przed moim wyjazdem do Polski i to w dżungli. Sprawdziło się przysłowie, które jeszcze pamiętam z domu. „Jak ksiądz mieszka w lesie, to też każdy mu coś niesie”. W naszej okolicy szczerze mówiąc głód nie jest straszny, ludzie przynajmniej z głodu nie umierają. Ale biedy jest dużo i bardzo ciężko coś odpowiedniego znaleźć do zjedzenia. I dlatego z wielką radością przyjęliśmy wszystko.
                  Wszystkim odpisałem, ale może się zdarzyć, że jedna lub druga paczka zaginęła, bo w Bombaju celnicy robią czasem trudności, albo też może któryś z nich się zakochał w jakiejś paczce i po prostu wziął ją sobie. Jeśli był ubogi, to niech mu służy. Otrzymał ją wprost od Pana Boga. Może Was jednak ktoś czasem pytać, dlaczego nie otrzymał potwierdzenia odbioru, proszę zatem mu to w ten sposób wyjaśnić.
                  W liście z Ratlam z 21 marca 1969 r. pisze:
                  Co do mnie, to ze względu na to, że jestem już dość stary (64 lata) nie jestem już na placówce tzw. „misjonarskiej”. Ratlam jest miasteczkiem i najwięcej katolików to kolejarze. Są tu i biedacy. Jak mogę tak im pomagam pieniędzmi. Cieszę się też bardzo, gdy otrzymam paczkę i mogę biednym pomóc, jednakże paczki nie są tu tak potrzebne jak w miejscach pracy o. Bony. Ucieszę się bardzo, gdy oni tam więcej otrzymają.
                  Co do wieści o zamordowaniu jakiegoś ojca Ernesta, to nic nie słyszałem. Ja jeszcze żyję jak widzicie i jestem zdrów i wesół. Wam też życzę zdrowia i radości.
                  Ratlam, 26 V 1969 r.
                  Dziś otrzymałem list. Leciał dosyć długo - 12 dni - i to pocztą lotniczą!
                  Dużo mówi się o świętych krowach. Są to bardzo małe krowy, dla których nie ma dosyć pożywienia, bo trawa na polach szybko się pali. Mówi się o świętych krowach, bo krowy są matkami wołów, a woły są bardzo potrzebne do pracy w polu. Koni do pracy nie ma.
                  Proszę nie przysyłać odzieży, gdyż przy odbiorze takiej paczki musimy opłacać cło. Również proszę nie przysyłać cukru, kaszy, mąki, cukierków - bo to tutaj można otrzymać.
                  Gdyby ktoś z was chciał mi zrobić osobiście przyjemność, niech przyśle mi suchą, twardą kiełbasę, bez tłuszczu. Nic nie zaszkodzi, choćby ją trzeba było rąbać siekierą.
                  Piotr Smykała, Romuald Kubik
                  Autorzy dziękują za pomoc Wiktorowi Barteczko z Dolnej i o. dr. Alfonsowi Labudda SVD z Pieniężna.
                  • berncik Bitwa narodów 22.10.13, 19:58
                    https://www.l-iz.de/servlets/images/7122171_2/binary_content_files/store/7122171v2.jpg
                    Dokładnie 200 lat temu odbyła się bitwa pod Lipskiem, która okazała się największą porażką Napoleona Bonapartego. Ustępowała jej nawet najsłynniejsza przegrana cesarza Francuzów – bitwa pod Waterloo. Pod Lipskiem ginęli także nasi krajanie
                    Po katastrofalnej kampanii rosyjskiej Napoleon starał się utrzymać swoje poprzednie zdobycze w Niemczech. Mimo osłabienia armii francuskiej po odwrocie spod Moskwy, początkowo szale zwycięstwa przechylały się na jej stronę. W dwóch bitwach – pod Lützen (2 maja) i pod Budziszynem (20-21 maja) pokonała siły prusko-rosyjskie. Doprowadziło to nawet do krótkiego zawieszenia broni. Generałowie koalicji antynapoleońskiej podjęli nową taktykę. Zaczęli unikać starcia z wojskami dowodzonymi przez Bonapartego, a atakowali jego marszałków. Efektem były zwycięskie dla koalicji bitwy pod Großgörschen, Kulm, nad Kaczawą (Katzbach) i pod Dennewitz. Nieunikniona stała się bitwa między głównymi siłami obu stron.
                    Napoleon wycofał się na zachód i przekroczywszy Łabę rozlokował swoje siły wokół Lipska. Siły były bardzo nierówne. Francuzi dysponowali wojskiem w liczbie 170 tysięcy żołnierzy (w tym dużo Polaków) i 700 dział. Przeciwnicy – 360 tysięcy żołnierzy i 1500 dział. Nie był to dobry znak dla cesarza, który stwierdził kiedyś „Bóg jest po stronie tego, kto ma więcej armat”.
                    Bitwa trwała od 16 do 19 października 1813 roku. Pierwszego dnia 78 tysięcy żołnierzy sprzymierzonych zaatakowało od południa, a 54 tysięcy od północy. Podczas zaciętego starcia Francuzi stracili około 20 tysięcy żołnierzy. Straty przeciwnika były dwukrotnie większe. Krwawe żniwo zbierały armaty, które posyłały pociski w zwarte masy ludzi.
                    Tego dnia książę Józef Poniatowski, jako jedyny w historii cudzoziemiec, został mianowany marszałkiem Francji. Można uznać to za powód do dumy, lecz współcześni odbierali ten zaszczyt z mieszanymi uczuciami. Nominacja ta spotkała się w polskim korpusie wręcz z oburzeniem, gdyż uważano to za działanie, które ma tylko przynieść przychylność wśród „ostatnich z wiernych”. Polskie oddziały wykazywały się podczas bitwy wybitną odwagą. Sam książę Poniatowski przyjął zaszczyt z odpowiednią wdzięcznością, lecz obojętnie. Do końca życia podpisywał się „Generał - wódz naczelny korpusu VIII”.
                    Niedziela, 17 października, upłynęła w miarę spokojnie. Obie strony oporządzały broń i mundury. Armie czekały na posiłki, a starcia ograniczyły się do potyczek.
                    18 października koalicja przypuściła silny atak ze wszystkich stron. Tego dnia polski korpus odznaczył się podczas zaciekłych walk o wioski Dolitz i Probstheyda, które przechodziły kilkakrotnie z rąk do rąk. Inaczej odznaczyła się dywizja saska, należąca do korpusu Reyniera, a także dwa pułki wirtemberskie. Po prostu przeszli na stronę wroga. Jak tylko znaleźli się wśród Prusaków – zaczęli ostrzeliwać wojska napoleońskie.
                    Po 9 godzinach bitwy straty francuskie były tak wielkie, że oddziały zmuszone zostały do wycofania się w stronę Lipska. Tylko nadzwyczajne męstwo napoleońskich żołnierzy zapobiegło przełamaniu frontu.
                    Dla francuskiego wodza stało się oczywiste, że klęska jest nieunikniona. W nocy z 18 na 19 października rozkazał wycofanie się wojsk za rzekę Elsterę. Napoleon, po pożegnaniu się z władcą saskim, Fryderykiem Augustem (jako wierny sojusznik Francuzów był on wyraźnie zakłopotany zdradą saskich oddziałów), przekroczył rzekę na moście w Lindenau. Dokonał tego dosłownie w ostatnim momencie. Saperzy francuscy, przekonani, że piechota pruska już atakuje, za wcześnie wysadzili przeprawę w powietrze. Po drugiej stronie rzeki pozostało 15 tysięcy żołnierzy i 150 armat. Bezsilni Francuzi obserwowali, jak piechota pruska masakruje ich towarzyszy, często jeszcze 16-letnich rekrutów.
                    Książę Józef Poniatowski organizował wraz z marszałkiem Étienne Macdonaldem ostatnie próby obrony, podczas której został 4-krotnie ranny. Udało mu się przebyć bagnistą rzekę Pleisse, chociaż utonął pod nim koń. Kiedy, również konno, próbował przepłynąć rzekę Elsterę, został postrzelony i utonął. Trafiony został najprawdopodobniej kulą francuskiego żołnierza, który wziął go za wroga. Marszałkiem Francji książę Józef Poniatowski był niecałe 3 dni.
                    Straty obu stron były ogromne. Wojska napoleońskie straciły 55 tysięcy żołnierzy (w tym 9 tysięcy Polaków). 15 tysięcy Sasów zmieniło front. Utracono 250 dział, 900 pojazdów i 130 tysięcy karabinów. Zginął jeden marszałek, 15 generałów i 14 majorów i pułkowników. Koalicjanci antynapoleońscy stracili 70 tysięcy żołnierzy.
                    W bitwie pod Lipskiem ginęli także mieszkańcy ziemi strzeleckiej. Walczyli w armii pruskiej. Byli to:
                    • chirurg Herzog Karl z Siedlca – 10 Rezerwowy Pułk Piechoty
                    • szeregowy Kodulla Gregor z Błotnicy – Pułk Cesarza Franza
                    • szeregowy Ponischowsky Johann z Wysokiej – 11 Rezerwowy Pułk Piechoty.
                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                    • berncik Re: Bitwa narodów 22.10.13, 20:08
                      https://www.archiv.sachsen.de/img/Voelkerschlachtdenkmal_Entwurf_1863.jpg

                      Entwurf für ein monumentales Völkerschlacht-Denkmal, 1863
                      (©Sächsisches Staatsarchiv)

                      Vom 18. September 2013 bis 28. März 2014 zeigt das Staatsarchiv Leipzig seine Ausstellung »Die Völkerschlacht bei Leipzig. Ereignis und Erinnerung«.
                      • berncik Strażacy ze Strzelec Opolskich gaszą pożary już 15 26.10.13, 20:28
                        https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20131013&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=131019844&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                        Tak wyglądały mundury strażackie na ziemi strzeleckiej w 1923 r. Na zdjęciu widać strażaków ze wsi Suche Łany. (fot. Reprodukcja: R. Dimitrow)
                        Miejscowa straż to najstarsza jednostka pożarnicza w powiecie i czwarta w województwie opolskim po jednostce w Głubczycach (założonej w 1854 roku), Głogówku (1860 r.) i Opolu (1862 r.
                        Strzelecka straż jest także najdłużej działającą organizacją w powiecie. Powstała w 1863 roku. Na przestrzeni lat należały do niej setki osób, a strzeleccy strażacy stali się także inspiracją dla mieszkańców sąsiednich miejscowości, by utworzyć u siebie podobne jednostki.
                        Strzelecka straż powstała w czasach królestwa pruskiego. Co ciekawe, przez te 150 lat zasady przeciwpożarowe właściwie się nie zmieniły. Zmieniły się natomiast zadania strażaków - kiedyś wyjeżdżali oni tylko i wyłącznie do pożarów. Dziś wzywani są m.in. do wypadków drogowych, poszukiwań zaginionych, usuwania skutków huraganów, a nawet do kota, któremu trzeba pomóc zejść z drzewa.
                        Żeby zrozumieć jak bardzo 150 lat temu potrzebna była straż, trzeba się cofnąć jeszcze o kolejne 100 lat. W XVIII w. pożary na Śląsku były prawdziwą plagą - często zdarzało się, że ogień w jednym miejscu szybko rozprzestrzeniał się na sąsiednie budynki. W Strzelcach 24 listopada 1754 roku pożar w mieście zniszczył ratusz wraz z wieżą i częściowo kościół św. Wawrzyńca. W maju 1811 roku w groźnym pożarze spaliło się pół wsi Suche Łany. W lipcu 1826 roku spłonął częściowo ratusz oraz 51 domów i 30 stodół. Natomiast w czerwcu 1827 r. pożar strawił północną stronę rynku z 11 domami oraz 9 domów koło ratusza oraz doszczętnie ratusz.

                        Do pożarów najczęściej dochodziło w kominach, które w XVIII wieku były budowane z… desek i gliny. Dopiero w 1764 roku władze pruskie nakazały budowę kominów z niewypalonej cegły przy użyciu piasku i słomy. Przepisy bardzo dokładnie określały zarówno wielkość cegieł, jak i samego komina. Wciąż dochodziło jednak do pożarów z powodu ognia, który używany był w domu np. do rozświetlania pokojów.
                        9 grudnia 1822 r. w gazecie urzędowej Amtsblatt der Königliche Regierungs zu Oppeln władze opublikowały zarządzenie, w którym zobowiązały wszystkich mieszkańców do gaszenia ognia. Opublikowano je w gwarze śląskiej i po niemiecku, żeby wszyscy zrozumieli. Przede wszystkim nakazywały one ludziom alarmowania sąsiadów, w razie pojawienia się zagrożenia.
                        Dopiero w 1863 r. z inicjatywy komisarza ekonomii o nazwisku von Renowitzki powstało "Stowarzyszenie Bractwa Ogniowego” w Strzelcach Wielkich. Skupiało ono 20 strażaków-ochotników, wśród których byli m.in. murarz, szewc, ślusarz, sklepikarz, kowal i restaurator. Paragraf 6 statutu mówił o mundurach. Każdy strażak był zobowiązany we własnym zakresie załatwić sobie czarną bluzę ze skórzanym pasem i czarną skórzaną czapkę z oznaką strażacką.
                        Szybko okazało się jednak, że czapki nie chronią podczas pożarów przed urazem głowy. W związku z tym mundurowi zdecydowali się kupić hełmy artyleryjskie. Miejscowy rymarz doszył do nich skórzane osłony, żeby chroniły szyję i barki. Pierwsza remiza znajdowała się przy dzisiejszej ulicy Ludowej.

                        Następnie mundurowi przenieśli się do drewnianego budynku z wieżą, który stał w rynku. Wieża służyła do obserwacji okolicy i ogłaszania alarmów.
                        W 1868 roku władze miasta zdecydowały doposażyć jednostkę w nowy sprzęt - radni chcieli, żeby gasiła pożary nie tylko w mieści, ale także w sąsiednich wsiach.
                        Po 10 latach funkcjonowania strażacy mieli na wyposażeniu: wóz z wężem strażackim, dwa wozy transportowe, sikawkę konną (woda była pompowana ręcznie) i 100 wiader.
                        W tym czasie przymierzali się do zakupu sztandaru, ale ostatecznie zebrane pieniądze przeznaczyli na kupno worka tunelowego do ratowania ludzi.
                        Sztandar ostatecznie udało się kupić w 1883 roku na dwudziestą rocznicę istnienia bractwa ogniowego. W tym czasie na ziemi strzeleckiej zaczęły powstawać także inne bractwa ogniowe w: Kielczy i Żędowicach (1883 r.), Lichyni (1885 r.), Zalesiu Śląskim (1886 r.).
                        Od momentu powstania straży w Strzelcach wybuchały już tylko niegroźne pożary (poza II wojną światową, gdy miasto zostało celowo podpalone przez wojska radzieckie) - strażacy dobrze radzili sobie z ich gaszeniem.

                        Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii.
                        • berncik Więzienie w Strzelcach Opolskich. Tu gnili zbrodni 28.10.13, 20:09
                          https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130730&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130729637&Ref=AR&border=0&MaxW=580
                          Paul Otto Geibel, niemiecki kat powstania warszawskiego, który kazał rozstrzelać 991 osób, miał przez całe życie oglądać kraty w więzieniu w Strzelcach Opolskich. Ale w 1956 r. sąd w Opolu niespodziewanie go wypuścił. Wyroki do końca odsiedzieli za to Ludwik Kalkstein i "Krwawy Franek”.
                          Geibel był prawdopodobnie jedną z najczarniejszych postaci, jaka kiedykolwiek trafiła do Zakładu Karnego nr 1 w Strzelcach Opolskich. Funkcjonariusz III Rzeszy swoją karierę w strukturach SS rozpoczął w 1931 roku, gdy wstąpił do NSDAP.

                          Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy zaczął gorliwie wypełniać powierzone mu obowiązki. W rezultacie bardzo szybko awansował na generała SS i policji (SS-und Polizeiführer), obejmując jednostkę w okupowanej Warszawie.

                          "Policja wszelkich rodzajów (...) osiągnęła pod jego dowództwem wybitne rezultaty. Charakter jego jest zrównoważony i na wskroś mocny” - wychwalał go Wilhelm Koppe, sekretarz stanu do spraw bezpieczeństwa III Rzeszy, uzasadniając konieczność awansu.
                          Jesteś tu: Strona główna Historia lokalna Artykuł
                          Więzienie w Strzelcach Opolskich. Tu gnili zbrodniarze

                          A
                          A
                          A

                          Dodano: 30 lipca 2013, 0:20 Autor: Radosław Dimitrow

                          konkurs podziel się tym newsem - wygraj tablet i wycieczkę!
                          Paul Otto Geibel, niemiecki kat powstania warszawskiego, który kazał rozstrzelać 991 osób, miał przez całe życie oglądać kraty w więzieniu w Strzelcach Opolskich. Ale w 1956 r. sąd w Opolu niespodziewanie go wypuścił. Wyroki do końca odsiedzieli za to Ludwik Kalkstein i "Krwawy Franek”.
                          Więzienie w Strzelcach Opolskich. Tu gnili zbrodniarze

                          (fot. Archiwum)
                          Przeczytaj więcej

                          Amfiteatr na Górze św Anny miał służyć wielkiej propagandzie

                          Amfiteatr na Górze św Anny miał służyć wielkiej propagandzie
                          Dowódcę powstańców pojmali podstępem

                          Dowódcę powstańców pojmali podstępem
                          Wojna zahamowała proces łączenia miasta

                          Wojna zahamowała proces łączenia miasta

                          Artykuły premium

                          Ojcowie polskiego bluesa: Bogdan Loebl - poeta (z prawej) - i Tadeusz Nalepa - kompozytor, lider zespołu Breakout.

                          artykuł premiumMoje Kresy. Słynni kałuszanie
                          Speszony chłopczyk na pytania rzecznika Rewińskiego odpowiada cichutko. Matka, pani Anna, uważa, że nie było innego wyjścia.

                          artykuł premiumWszystko dla dobra dziecka

                          Geibel był prawdopodobnie jedną z najczarniejszych postaci, jaka kiedykolwiek trafiła do Zakładu Karnego nr 1 w Strzelcach Opolskich. Funkcjonariusz III Rzeszy swoją karierę w strukturach SS rozpoczął w 1931 roku, gdy wstąpił do NSDAP.

                          Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy zaczął gorliwie wypełniać powierzone mu obowiązki. W rezultacie bardzo szybko awansował na generała SS i policji (SS-und Polizeiführer), obejmując jednostkę w okupowanej Warszawie.

                          "Policja wszelkich rodzajów (...) osiągnęła pod jego dowództwem wybitne rezultaty. Charakter jego jest zrównoważony i na wskroś mocny” - wychwalał go Wilhelm Koppe, sekretarz stanu do spraw bezpieczeństwa III Rzeszy, uzasadniając konieczność awansu.

                          czytaj dalej
                          reklama
                          Twarde metody Geibela

                          Geibel przyjechał do Warszawy w marcu 1944 r. Wybrano go na stanowisko dowódcy SS-manów nieprzypadkowo. Przełożeni doskonale znali jego "twarde metody” i chcieli, żeby kontynuował pracę Franza Kutschery, który w ciągu zaledwie pół roku wymordował w Warszawie ponad tysiąc osób.

                          Dla Kutschery był to sposób na zaprowadzenie porządku w okupowanym mieście - masowo organizował na ulicach łapanki i przeprowadzał publiczne egzekucje. Żołnierze AK, żeby powstrzymać falę zbrodni, ostatecznie zastrzelili go przed siedzibą niemieckiej policji.

                          Paul Otto Geibel okazał się "godnym” następcą. Gdy 1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie warszawskie, kazał swoim ludziom strzelać do każdego - także do cywili.

                          Zbigniew Bujnowicz, jeden z wielu świadków nazistowskich zbrodni, który został przesłuchany po wojnie, tak opowiadał o brutalnych metodach pracy ludzi podległych Geibelowi:

                          "W Warszawie na drodze prowadzącej na Okęcie z samochodu wysiadł SS-man i wezwał leżącego w rowie staruszka, by szedł na dworzec kolejowy, gdyż tu mu nie wolno pozostać. Staruszek częściowo po polsku, częściowo po niemiecku tłumaczył, że jest zmęczony i gdy nieco odpocznie, to pójdzie. W odpowiedzi SS-man strzelił z pistoletu w głowę staruszka, po czym wziął kanister z benzyną, oblał poruszającego się jeszcze i podpalił.”

                          W ciągu 10 miesięcy na ulicach Warszawy dokonano 991 publicznych egzekucji na Polakach, a funkcjonariusze podlegający Geibelowi rozstrzelali od 5 do 10 tys. osób. Heinrich Himmler pisał wtedy do niego: "Niech pan zniszczy dziesiątki tysięcy”.

                          Geibel wymyślił także skuteczny sposób na odpieranie ataków żołnierzy AK. Przed ciężkimi wozami, które poruszały się ulicami miasta, prowadził pojmane wcześniej kobiety, tak, żeby żywe tarcze chroniły SS-manów.

                          Po upadku powstania Geibel zaangażował się w wysiedlanie ludności i ostateczne wyburzenie Warszawy. Za "zasługi” został awansowany na generała majora policji i przeniesiony do jednostki w Pradze.
                          • berncik Re: Więzienie w Strzelcach Opolskich. Tu gnili zb 28.10.13, 20:14
                            Zbrodniarz: jestem niewinny

                            W 1945 roku, gdy Niemcy przegrali wojnę, Geibel stanął przed sądem w Czechosłowacji. Ten skazał go na 5 lat więzienia, ale tylko za zbrodnie dokonane na Czechach. Po skończeniu odsiadki przewieziono go do Warszawy, gdzie znów stanął przed sądem, tym razem za zbrodnie w Polsce. Geibel do samego końca nie przyznawał się do winy.
                            - O tym, że od 4 marca do 22 maja 1944 r. rozstrzelano 991 osób, nie wiedziałem i dopiero teraz dowiaduję się o tym od sędziego - przekonywał na sali rozpraw.
                            Niemiecki zbrodniarz wyjaśniał przy tym, że nigdy nie kazał do nikogo strzelać, a okres walk powstańczych opisywał w taki sposób, jakoby to Polacy byli agresywni i atakowali Niemców będących na służbie.
                            - Z uwagi na niezdolność moich sił do ataku przyjąłem taktykę obrony - odpierał zarzuty dotyczące tłumienia powstania warszawskiego.
                            W 1954 r. po długim procesie sąd w Warszawie skazał go na karę dożywotniego więzienia. Miejsce odsiadki wyznaczono mu w Zakładzie Karnym nr 1 w Strzelcach Opolskich, które słynęło z ciężkich warunków.
                            W więzieniu Geibel był skruszonym więźniem o k
                            amiennej twarzy, która rzadko zdradzała jakiekolwiek emocje. Współwięźniowie nazywali go "katem powstania”, przez co nikt nie chciał przebywać w jego towarzystwie. Kilka razy został nawet pobity. Z archiwalnych dokumentów wynika, że służba więzienna musiała mu z tego powodu wydzielić osobną, jednoosobową, celę.
                            Geibel wychodzi na wolność
                            Nie wiadomo, dlaczego po zaledwie dwóch latach od rozpoczęcia odsiadki wydział karny Sądu Wojewódzkiego w Opolu postanowił... zwolnić Geibela z więzienia. Sędziowie podjęli taką decyzję "z uwagi na nienaganne zachowanie się skazanego w czasie odbywania kary”.
                            Stwierdzili też, że w nowych realiach, czyli po wyjściu na wolność, Geibel nie popełni już żadnego przestępstwa. Zbrodniarz nie cieszył się jednak długo wolnością. O kuriozalnej decyzji szybko zrobiło się głośno, a na sąd w Opolu spłynęła fala krytyki. Wyżsi oficerowie Wojska Polskiego interweniowali, żeby zmienić postanowienie i osadzić Geibela z powrotem w celi.
                            Tymczasem niemiecki zbrodniarz, będąc na wolności, pojechał do Warszawy, żeby odebrać paszport i wyjechać do Niemiec. Gdy próbował opuścić Polskę, został ponownie zatrzymany i ponownie osadzony w więzieniu. W ten sposób nazistowski funkcjonariusz wrócił do Strzelec Opolskich.
                            Andrzej Kucharz, wieloletni dyrektor Zakładu Karnego nr 1, który badał sprawę pobytu zbrodniarzy w strzeleckiej jednostce, mówi, że Geibel miał tylko jedno widzenie.
                            - Wiosną 1966 roku odwiedziła go trzyosobowa rodzina - mówi Kucharz. - Była wśród nich jego córka.
                            W tym czasie Geibel prosił o darowanie kary. Spodziewał się amnestii, bo był to czas, w którym biskupi polscy wystąpili do biskupów niemieckich z orędziem "przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Ale zamiast wolności, Geibel został przeniesiony do jeszcze cięższego więzienia w Warszawie na Mokotowie.
                            Andrzej Kucharz przypuszcza, że tamtejsi funkcjonariusze poddali go sugestiom, że już nigdy nie będzie wolny.
                            - Prawdopodobnie wmawiali mu, że nawet jeżeli wypuszczą go w Polsce, to czeka go jeszcze odsiadka w innych krajach bloku socjalistycznego - tłumaczy Kucharz. - Dlatego też i tak będzie oglądał kraty do samej śmierci.
                            Wtedy Geibel się załamał i powiesił.
                            "Hanka” i "Krwawy Franek”
                            Ale Geibel nie był jedynym zbrodniarzem, który trafił do Strzelec Opolskich. Innym czarnym charakterem był Ludwik Kalkstein. Ten konspiracyjny żołnierz działał od 1940 r. w strukturach wywiadu Armii Krajowej.
                            Nosił pseudonim "Hanka” i walczył z Niemcami.
                            W 1942 roku został jednak zatrzymany, a gdy jego działalność wyszła na jaw, hitlerowcy aresztowali także jego rodziców. Wtedy Kalkstein zdecydował się współpracować z gestapo. Został wypuszczony na wolność jako tajny agent nr 97.
                            Miał za zadanie przekazywać poufne informacje o działalności AK i robił to niezwykle skutecznie. Szacuje się dziś, że na skutek jego "pracy” gestapo aresztowało około 500 osób. Wśród nich byli wysocy rangą dowódcy AK, w tym najważniejszy z nich - generał Stefan "Grot” Rowecki.
                            Kalkstein został zdemaskowany jako zdrajca w 1943 roku. Władze AK zaocznie wydały na niego wyrok śmierci, ale nigdy nie udało się go złapać. Po wojnie Kalkstein zmienił nazwisko i ukrył się w Szczecinie, gdzie pracował jako dziennikarz w lokalnej gazecie. Rozpoznano go dopiero w 1953 roku. Wtedy usłyszał wyrok dożywocia (później zmieniony na 12 lat więzienia) i trafił do więzienia w Strzelcach Opolskich.
                            Przez całe życie twierdził, że winę za śmierć Stefana Roweckiego ponosi jego szwagier, który doniósł o nim gestapo.
                            "Utrzymuje się (...) jeszcze plotka, że to Kalkstein winien jest aresztowania "Grota”, tego zaś rodzaju winy społeczność więzienna traktuje ze szczególną niechęcią” - pisał sam o sobie w więziennej gazetce.
                            - To była szara eminencja wśród skazanych - dodaje Andrzej Kucharz. - Odsiedział wyrok do końca, a za kratami zajmował się m.in. redagowaniem więziennej gazetki. Został zwolniony w 1965 roku na mocy amnestii wojennych.
                            Po wyjściu na wolność Kalkstein przeprowadził się pod Warszawę, a później zamieszkał w okolicy Jarocina. W latach 80. wyjechał za granicę, zmieniając przy tym imię i nazwisko na Edward Ciesielski. Mieszkał m.in. we Francji i Niemczech. Wiadomo, że w latach 80. w Monachium prowadził bibliotekę Polskiej Misji Katolickiej.
                            Niezwykle okrutnym skazanym był natomiast "Krwawy Franek” z Oświęcimia. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało: Karasiewicz. Wiadomo o nim tyle, że jako 17-latek trafił do obozu KL Auschwitz. Tam robił wszystko, żeby “ustawić się” kosztem innych. Donosił na współwięźniów, a nawet pomagał nazistom w uśmiercaniu ludzi.
                            Najpierw został skazany na karę śmierci, którą potem zamieniono mu na 25 lat więzienia. Choć przetrwał obozowe warunki, to w strzeleckim więzieniu nie miał łatwo, bo więźniowie nienawidzili go za jego przeszłość.
                            • berncik Jak skazani szykowali ucieczkę ze strzeleckiego wi 30.10.13, 20:18
                              https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130820&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130819748&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                              Jedna z największych ucieczek była zorganizowana w czasie przygotowań do "spartakiady”- dużych zawodów, w których brali udział więźniowie ze strzeleckich jednostek.

                              1964 rok. Więźniowie wykopali spory tunel, wykorzystując fakt,że jednostka żyła akurat zawodami sportowymi. Strażnicy w ostatnim momencie odkryli podkop.
                              Przeczytaj więcej

                              Działo się to latem 1964 r. Najlepiej wysportowani więźniowie ze strzeleckich więzień szykowali się do udziału w "Spartakiadzie” - dorocznych mistrzostwa organizowanych na terenie Ośrodka Pracy Więźniów przy ul. Matejki.
                              Była to szósta taka impreza z rzędu, a skazani startowali m.in. w biegach na różne dystanse, skoku w dal, trójskoku, pchnięciu kulą, siatkówce i tenisie stołowym. Poziom zawodów był dosyć wysoki, więc więźniowie z Zakładu Karnego nr 1 od dłuższego czasu przygotowywali się do udziału - ćwiczyli na spacerniaku, a przed samymi zawodami mieli większą swobodę w przemieszczaniu się po jednostce.
                              Zamieszanie przed zawodami wykorzystała grupa skazanych, którzy mieli na koncie słynny skok na bank w Wołowie, do którego doszło w 1962 roku - pięcioosobowa grupa, która kierował Henryk J. okradła skarbiec należący do Narodowego Banku Polskiego na kwotę 12 mln złotych, co w powojennych czasach było gigantyczną sumą.
                              Wpadli, bo żony sprawców próbowały płacić pięćsetkami za zakupy w sklepach w Kluczborku, Opolu, Gliwicach i Ostrowie Wielkopolskim, tymczasem numery seryjne skradzionych banknotów były znane.
                              W Strzelcach Opolskich podczas odbywania kary sprawcy napadu pracowali w przywięziennej fabryce. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, to próbowali stąd uciec kopiąc tunel.
                              - Na terenie fabryki butów dostali się oni do szybu windy towarowej - tłumaczy Andrzej Kucharz, wieloletni dyrektor Zakładu Karnego nr 1, który badał losy skazanych odbywających kary w Strzelcach Opolskich. - Zaczęli tam drążyć wąski tunel prowadzący w kierunku murów jednostki. Ponieważ na terenie fabryki pracowały maszyny, nikt nie słyszał stukania. Więźniowie wykorzystali ponadto fakt, że do szybu można było się dostać przez piwnicę, która była zalana.
                              Teoretycznie pomieszczenia te powinny być regularnie kontrolowane przez funkcjonariuszy, ale ci niechętnie tam wchodzili. Sami więźniowie zrobili natomiast przy szybie specjalne szalunki, by wchodząc do szybu nie moczyli ubrań i butów, co mogło ich zdekonspirować.
                              reklama
                              Zdaniem Andrzeja Kucharza w ciągu ponad 120-letniej historii więzienia, była to jedna z poważniejszych prób ucieczki.
                              - Podkop był na bardzo zaawansowanym etapie i sięgał muru ochronnego - tłumaczy Kucharz. - Więźniów dzieliły od ucieczki raptem 2-3 dni kopania. Jeden z funkcjonariuszy zwrócił jednak uwagę na niedoszłych uciekinierów, że ich ubrania są nieustannie brudne z gliny. Strażnicy próbując rozwikłać tę zagadkę postanowili, że wejdą do zalanej piwnicy. Pożyczyli od zapalonego wędkarza wysokie gumowce i wtedy wszystko wyszło na jaw.
                              Ówcześni kierownicy jednostki byli wściekli na więźniów. Zdecydowano, że więcej "Spartakiad” w jednostce nie będzie i tymczasowo odwołano dla skazanych wszystkie dodatkowe zajęcia. Sami uciekinierzy byli ukarani osobno - dostali zakazy widzeń z rodziną i mogli zapomnieć o wyjściu na przepustkę.
                              To jednak nie jedyna próba ucieczki. W 1974 r. Andrzej R., odsiadujący wyrok 25-lat więzienia za zabójstwo, wraz z kilkoma grypsującymi więźniami planował przedostać się na dach fabryki butów, a stamtąd przerzucić linę z kotwicą na drugą stronę. Więźniowie przygotowali sprzęt z materiałów dostępnych na miejscu. Mocna lina została spleciona z lamówek wykorzystywanych do produkcji butów.
                              - W tym przypadku sprawa wyszła na jaw, bo funkcjonariusze znaleźli cały osprzęt - dodaje Kucharza. - Szybko ustalili, że za wszystkim stał Andrzej R. Ostatecznie skazany odsiedział karę niemal do samego końca. Wyszedł na wolność dopiero w latach 80. po czym wyjechał do Niemiec.
                              Tadeusz O., który za zabójstwo czterech osób został skazany na karę śmierci, także próbował uciec. Było to w czasie, gdy zamieniono mu wyrok na 25 lat więzienia. Skazany schował się w stercie odpadów, które wyjeżdżały z zakładu karnego. Przezorny funkcjonariusz sprawdził jednak, czy nie ukrył się w nich żaden z więźniów i wtedy niespodziewanie znalazł Tadeusza O.
                              Niestety raporty sprawie prób ucieczek z tamtych lat dziś już nie istnieją. Z biegiem lat zostały po prostu zniszczone lub zabrała je powódź w 1997 roku, która zalała archiwum we Wrocławiu.
                              Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykała, znawcą lokalnej historii.
                              Czytaj więcej o:

                              więzienie Strzelce Opolskie
                              • berncik Tajemnice podziemnych korytarzy na Ziemi Strzeleck 31.10.13, 19:20
                                https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130713&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130719860&Ref=AR&border=0&MaxW=580

                                Autor: Radosław Dimitrow
                                Na wydrążone pod ziemią przejścia można natrafić zarówno w gęsto zaludnionym mieście, jak i w środku lasu. Niektóre pełniły funkcję schronów przeciwlotniczych, ale przeznaczenie części do dziś jest nieznane.
                                Jedno z podziemnych przejść na Ziemi Strzeleckiej.
                                Najbardziej tajemnicze, podziemne budowle znajdują się bez wątpienia pod Górą św. Anny. Można na nie natrafić w gęstym lesie od strony Zdzieszowic - ok. 2 km od zabudowań miasta. Do tuneli prowadzi niepozorna, leśna ścieżka, która wije się między drzewami.

                                Wejścia do dwóch podziemnych przejść oraz same korytarze wyłożone są cegłą. Okoliczni mieszkańcy, którzy znają to miejsce, zwą tunele "Hamburgami”. Nazwa pochodzi od napisu "Hamburg”, który umieszczony jest nad wejściem do podziemi. Data, która widnieje tuż obok - 10 V 1944 - wskazuje, że budowle powstały w okresie II wojny światowej, a budowniczymi byli Niemcy. Nie wiadomo jednak, jakie było ich dokładne przeznaczenie. Być może służyły jako schrony przeciwlotnicze dla pracowników zakładów w Zdzieszowicach, gdzie podczas wojny produkowana była benzyna syntetyczna. Jeżeli tak, to zastanawiający jest fakt, dlaczego powstały w tak znacznej odległości. Inna hipoteza mówi, że był to podziemny magazyn jakichś cennych materiałów. Oba tunele mają po ok. 50 metrów i taki sam podziemny przebieg. Po przejściu ok. połowy drogi skręcają delikatnie w lewo.

                                Gdy w styczniu 1945 r. do okolicy zbliżał się front radziecki, Niemcy opuścili podziemia i uciekli za Odrę. Regułą w takich przypadkach było wysadzanie tego typu budowli. W przypadku "Hamburgów” zostały one jedynie zasypane przez nawiezienie ziemi. O tym, że nie użyto materiałów wybuchowych świadczy fakt, że konstrukcja tuneli jest nienaruszona.

                                Z relacji starszych mieszkańców wynika, że podziemne przejścia były skomunikowane ze Zdzieszowicami kolejką wąskotorową, a w samych tunelach działała niegdyś nawet stacja telegraficzna. Dziś nie ma jednak po nich śladu. Co ciekawe, tajemnice tuneli pod Górą św. Anny ktoś próbował już wyjaśnić, drążąc w zasypanym odcinku. Ale po przekopaniu kilku metrów prace zostały porzucone. Dziś tunele z racji specyficznego mikroklimatu są siedliskiem nietoperzy.

                                Inne podziemne przejścia, które powstały w okresie II wojny światowej, znajdują się niemal w samym centrum Strzelec Opolskich pod placem Żeromskiego. Liczą ok. 60 metrów, a wejścia zwieńczone są pomarańczowymi piramidami, które dobudowano w latach 90. To typowe szczeliny lotnicze, w których mieszkańcy mieli się chronić podczas nalotu. Takie podziemia znajdują się także w innych miastach. W samych Strzelcach Opolskich podobne szczeliny umiejscowione są tuż obok szpitala oraz przy skrzyżowaniu ulic Kościuszki z powstańców Śląskich (te drugie są znacznie mniejsze). Dziś miejsca te nie mają praktycznie żadnego znaczenia obronnego, dlatego nie są konserwowane - w szczelinach pod Placem Żeromskiego regularnie zbiera się natomiast woda.

                                Podziemne przejścia znajdowały się niegdyś także pod ruinami strzeleckiego zamku. Służyły one jako kryjówka lub miejsce ucieczki hrabiego, na wypadek gdyby jego posiadłość została opanowana przez nieprzyjaciela. Dokładny ich przebieg nie jest jednak znany, bo nie zostały one umieszczone na żadnej mapie, a dziś są zasypane. Podobne podziemia łączyły niegdyś także Rezydencję Strachwitzów w Szymiszowie z pobliskim kościołem. Oba budynki dzieli odległość ok. 150 metrów. Dziś są one jednak zasypane.

                                Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii.
                                • berncik Ród Hohenlohe ze Sławięcic 03.11.13, 22:32
                                  https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130818&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130819714&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                                  Tak wyglądał sławięcicki pałac w XIX wieku.
                                  Członkami tego rodu byli wielcy mistrzowie krzyżaccy, dowódcy pruskiej armii, przemysłowcy. W ich rodowej siedzibie w Sławięcicach bywali na przyjęciach cesarz Wilhelm II i car Mikołaj II.
                                  Sławięcice wciąż żyją w naszych sercach - mówi dziś książę Kraft zu Hohenlohe, dziedzic arystokratycznej rodziny, który żyje w Niemczech, ale utrzymuje kontakty z Opolszczyzną.

                                  Wieczorem 13 października 1806 roku stojący na czele francuskiej armii Napoleon Bonaparte wjechał do niemieckiego miasta Jena. Zanosiło się na wielką bitwę, która miała zdecydować o losach Europy. Francuski wódz wszedł na jedno ze wzgórz i rozejrzał się po okolicy. W oddali dostrzegł potężną armię księcia Fryderyka Ludwika Hohenlohe, która właśnie sposobiła się do walki. - Pokonam cię, a wtedy Europa będzie moja - powiedział Napoleon, po czym poszedł do kwatery, aby wypocząć przed ciężką bitwą.

                                  Fryderyk Ludwik urodził się w dzisiejszym Hohenlohekreis w Badenii-Wirtembergii. W 1768 roku wstąpił do pruskiej armii. Walczył z rewolucyjną Francją, a dzięki skutecznej obronie Frankfurtu nad Menem w 1795 r. został pierwszym honorowym obywatelem tego miasta. Ożenił się z hrabianką Amalią von Hoym. Dzięki temu mariażowi przejął na Śląsku majątki, w tym także te wokół Sławięcic. To dzisiejsze peryferyjne osiedle Kędzierzyna-Koźla, przez wiele lat było samodzielnym miastem i siedzibą bardzo bogatego rodu. Po śmierci ojca w roku 1796 odziedziczył po nim księstwo Ingelfingen. Fryderyk Ludwik był świetnym biznesmenem i bardzo szybko rozwijał przemysł na Śląsku. Prowadził liczne inwestycje przemysłowe, dał się też poznać jako zdolny strateg.

                                  Fryderyk kontra Napoleon
                                  Na przedpolach Jeny pod jego dowództwem znalazło się około 40 tys. żołnierzy, przeciwko którym Bonaparte wystawił 56-tysięczną armię. Rankiem całą okolicę spowiła jednak gęsta mgła, wskutek czego dowódcy nie wiedzieli, jakie dokładnie siły zgromadził przeciwnik.

                                  - Weź swoich 26 tysięcy ludzi i zajdź ich od tyłu - rozkazał Napoleon swojemu marszałkowi Luisowi Davoutowi. Ten ruszył w kierunku małej wioski Auerstadt. Tam natknął się na ponaddwukrotnie większe siły króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III. Marszałek nie miał wyjścia i musiał stanąć do walki. Pod Auerstadt i pod Jeną wybuchły więc dwie krwawe bitwy. Z twarzami sczerniałymi od dymu prochowego, w zakrwawionych mundurach żołnierze walczyli o życie i przyszłość całej Europy. Podczas gdy Bonaparte i marszałek Davout wznosili się na szczyty strategicznego kunsztu, książę Hohenlohe nie najlepiej sobie radził. Sztywne linie piechoty pruskiej, posuwające się "schodami” ku liniom francuskim stanowiły idealny cel dla rozproszonych tyralier napoleońskich. Pod Jeną zginęło bądź zostało rannych 26 tys. żołnierzy księcia Hohenlohe. Napoleon stracił pięć razy mniej ludzi. Podobnie było pod Auerstadt, gdzie zdolny marszałek pokonał dwa ray większe siły wroga. Napoleon, gdy dowiedział się, że Davout wykazał się jeszcze większym kunsztem niż on sam, pogratulował zdolnemu dowódcy. Z zazdrości o sławę ogłosił jednak, że bitwa pod Auerstadt była w rzeczywistości tylko częścią bitwy pod Jeną. I to sobie - jak miał to w zwyczaju - przypisał zwycięstwo.
                                  Załamany porażką Hohenlohe złożył dymisję, którą przyjął król Prus Fryderyk Wilhelm III. Efektem przegranej księcia ze Sławięcic było powstanie Księstwa Warszawskiego. Hohenlohe pozostał od końca życia na Śląsku. Umarł w 1818 roku, pochowano go na cmentarzu w Sławięcicach, gdzie do dziś jest jego grób.

                                  - W mojej rodzinie pamięta się tego przodka. I choć tę bitwę przegrał sromotnie, to wiele innych wygrał - mówił książę Kraft zu Hohenlohe, kiedy we wrześniu zeszłego roku odbierał honorowe obywatelstwo Kędzierzyna-Koźla.

                                  Łazienkę miał wyłożoną hebanem------------czytaj dalej

                                  • berncik Re: Ród Hohenlohe ze Sławięcic 03.11.13, 22:37

                                    Łazienkę miał wyłożoną hebanem

                                    Kraft zu Hohenlohe-Oehringen przyszedł na świat 11 stycznia 1933 roku w rodzinie znanych niemieckich przemysłowców. Zamieszkał w willi Frankenberg w Sławięcicach. Hohenlohe cieszyli się wielkim uznaniem wśród okolicznych mieszkańców, szczególnie, że wielu z nich dawali pracę. Dziadek Krafta mieszkał we wspaniałym sławięcickim pałacu, do którego na początku XIX wieku przyjeżdżał cesarz pruski Wilhelm II, by polować w pobliskich lasach. - Pamiętam przepiękną łazienkę, całą wyłożoną drewnem hebanowym sprowadzonym specjalnie z Afryki - wspominał książę Kraft, gdy w 2006 roku po raz pierwszy powrócił do Sławięcic. Rodzina Hohenlohe wyjechała stąd jeszcze w czasie drugiej wojny światowej. 9-letni Kraft opuścił willę Frankenberg już w 1942 roku, najpierw wywieziono go na Węgry, a potem trafił do Niemiec. Po wojnie arystokratyczny ród ponownie zajął się biznesem, gromadząc spory majątek. Książę Kraft poślubił Katerinę von Siemens, spadkobierczynię założycieli wielkiego koncernu elektronicznego. Na cześć rodziny Hohenlohe ich nazwiskiem nazwano nawet jeden z niemieckich powiatów.

                                    - W trudnych czasach organizował pomoc materialną w postaci dostaw leków, żywności i środków sanitarnych dla szpitali położonych na terenie Kędzierzyna-Koźla - podkreśla prezydent Kędzierzyna-Koźla Tomasz Wantuła. - Potem był jednym z inicjatorów zawarcia umowy partnerstwa pomiędzy powiatami kędzierzyńsko-kozielskim i Hohenlohe.

                                    Naziści u księcia

                                    Członkami rodu Hohenlohe byli m.in. wielki mistrz krzyżacki Gottfried, biskup wrocławski Joseph, premier Prus Adolf i kanclerz cesarstwa niemieckiego Chlodwig. Tak się złożyło, że ważne dla dziejów Europy wydarzenia często łączyły się z tą rodziną. To właśnie w ich sławęcickim pałacu odbyła się narada przed "operacją Himmler”. W 1939 roku wódz Trzeciej Rzeszy Adolf Hitler nie chciał dopuścić do wojny na dwa fronty. Planując atak na Polskę liczył, że Francja i Wielka Brytania nie wykonają zobowiązań sojuszniczych. Musiał jednak dać powód do nieudzielenia pomocy naszemu krajowi, którą chciał przedstawić w roli najeźdźcy. Temu właśnie miała służyć "operacja Himmler”. Zakładała ona przeprowadzenie aktów dywersyjnych na granicy polsko-niemieckiej, które miały usprawiedliwiać interwencję zbrojną. Najważniejszym z nich miał być sfingowany atak na radiostację niemiecką w Gliwicach. Wytypowane do tych zadań specjalne komando złożone z kilkudziesięciu esesmanów i członków policji politycznej przyjechało w nocy 21 sierpnia do Sławięcic.
                                    Żołnierzy i policjantów zakwaterowano w pałacu rodziny Hohenlohe. Oficerowie zamieszkali w komnatach księcia Maxa, a szeregowi żołnierze w gospodzie. W sławięcickim pałacu trwały narady, które miały mieć wpływ na przyszłe losy nie tylko Polski, ale i całej Europy. Rodzina Hohenlohe sprzedała też ziemię nazistom, na której powstało kilkadziesiąt obozów jenieckich, w tym filia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Obozowy kompleks, w którym więziono kilkadziesiąt tysięcy ludzi i w którym wielu z nich zmarło, urządzono tuż obok willi Frankenberg i rodzinnego pałacu Hohenlohe. Książę Waldemar Hohenlohe został komendantem jednego z obozów. Krótką historię o nim napisał Michael Borrie w książce "Pomimo niewoli”. Ojciec Michaela, Nowozelandczyk John Borrie, był jednym z więźniów. 22 maja 1943 r. komendant przeprowadzał inspekcję, której świadkiem był Borrie. Hohenlohe zauważył, że strażnicy zapomnieli przeszukać jednego jeńca wracającego do obozu po pracy. Więźniowi akurat coś wystawało spod kurtki.

                                    - Co tam schowałeś? - krzyknął książę Hohenlohe.
                                    Przerażony jeniec wyjął zza pazuchy książkę. Przyznał się, że kupił ją od niemieckiego cywila. Taki handel był zakazany i surowo karany. - Muszę ci to skonfiskować - zapowiedział Hohenlohe. - Ale domyślam się, że skoro kupiłeś książkę, ryzykując tak wiele, to przypuszczam, że uwielbiasz książki. I pewnie gdy wyjdziesz w poniedziałek do pracy, to znów kupisz coś do czytania - książę uśmiechnął się do jeńca. Więzień kiwnął głową. - W takim razie zachowaj ją sobie - odrzekł komendant.

                                    W czerwcu 1943 księcia Waldemara wysłano na front włoski. Zostawił list jeńcom. "Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie ten dzień i będziecie mogli wrócić do swoich domów. Spojrzycie wtedy wstecz na czas, który musieliście tu spędzić, z odczuciem, że byliście uczciwie traktowani” - napisał.

                                    Honorowy obywatel Kędzierzyna-Koźla książę Kraft mieszka dziś w posiadłości Neuenstein w Badenii-Wirtembergii. To ogromny zamek z ponad 100 komnatami. Książę pomaga synowi w prowadzeniu rodzinnych interesów. Do jego rodziny należy fabryka części elektronicznych, pięciogwiazdkowe hotele, 5 tysięcy hektarów lasu, winnice oraz prywatna winiarnia, która rocznie produkuje kilkaset tysięcy butelek wina.
                                    • berncik Pieczęcie wiejskie cz. I 05.11.13, 18:54


                                      Pieczęcie wiejskie pojawiły się na przełomie XVII i XVIII wieku. Część wsi ustanowiła swoje pieczęcie dopiero w XIX wieku. Nie były to symbole samych wiosek, lecz gmin. Aby zrozumieć różnicę, trzeba uzmysłowić sobie fakt, że podział administracyjny wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż obecnie.

                                      Król pruski, Fryderyk II Wielki, po zajęciu Śląska w 1742 roku, zreformował jego strukturę administracyjną. W dużej mierze zniesiono dawny porządek feudalny i przyznano prawo do wybierania samorządów. Stworzono podział administracyjny, w którym niemal każda z wiosek stanowiła samodzielną gminę. Ponieważ niektóre z miejscowości były małe – zdarzały się nawet gminy, których ludność liczyła zaledwie kilkadziesiąt osób. Nie zmieniało to faktu, że stanowiły one najmniejszą część administracji rządowej i musiały spełniać wszystkie wymogi im stawiane. Jednym z nich było posiadanie własnej pieczęci, którymi dokumenty oznaczali burmistrz (Bürgermeister) i/lub naczelnik gminy (Gemeindevorsteher), czyli najwyższe władze w gminie.

                                      Pieczęcie najczęściej przedstawiały patrona wioski lub inny powiązany z nią znak rozpoznawczy. Mógł nim być kościół, krzyż, kaplica czy zamek. Pieczęcie nie rządziły się prawami heraldyki. Najczęściej znaki rozpoznawcze zawierały sceny z życia wsi (np. rybaków łowiących ryby czy rolników podczas prac), narzędzia rolnicze (np. kosy, pługi), zwierzęta, sceny nawiązujące do miejscowej historii lub legend, elementy herbu właściciela ziemskiego lub dawnego właściciela wioski, elementy nawiązujące do nazwy wsi, a także do lokalnego środowiska (np. charakterystyczne rośliny). Z powodów oczywistych napisy na pieczęciach były wykonywane w języku niemieckim. Z rzadka zdarzały się łacińskie.

                                      Znane są daty powstania niektórych pieczęci. Spórok (Carmerau), Grodzisko (Grodisko) i Jemielnica (Himmelwitz) stworzyły swoje w 1850 r. Łaziska (Lazisk) i Otmęt (Ottmuth) w 1820 r. Zimna Wódka (Kaltwasser), Krasowa (Krassowa), Halensko, Gąsiorowice (Gonschiorowitz), Rozwadza (Roswadze), Sieroniowice (Schironowitz von Renard, były też drugie - Schironowitz von Posadowsky) w 1776 r. Sprzęcice (Sprentschütz) posiadały dwa wzory pieczęci. Pierwszy - z 1776 r. - rolnik z kosą na ramieniu, a drugi z 1850 r. - trzy drewniane altanki.

                                      Opisy niektórych pieczęci:

                                      Szymiszów
                                      W drugiej połowie XVIII wieku powstała pieczęć sołectwa (gminy) Szymiszów. Sołtys używał jej do potwierdzania dokumentów, pism, rachunków oraz wydanych decyzji. Była to pieczęć odciskowa. Sygnowano nią dokumenty z użyciem laku oraz bez niego.

                                      W tarczy były przedstawione grabie, za którymi krzyżowały się z lewej strony cep, z prawej kosa. Na obwodzie był napis: SCHIMISCHOW Gem: Sieg (Gmina Szymiszów, pieczęć lakowa). Na dole pieczęci widniał napis: GR. STRELITZ CREIS, (Powiat Strzelce Wielkie). Napis Strzelce widniał bez litery „H”.

                                      Pieczęci tej sołtys używał do 1936 r. Nie są znane jej dalsze losy. Prawdopodobnie zaginęła lub ją zniszczono.

                                      Jemielnica
                                      Pieczęć powstała już w drugiej połowie XVIII w. Jednak znany odcisk pochodzi dopiero z 1850 r. U góry pieczęci jest napis w języku niemieckim: GEMEINDE HIMMELWITZ (Gmina/Sołectwo Jemielnica). Na dole pieczęci, pod tarczą herbu, jest napis w języku niemieckim: KREIS GR: STREHLITZ. W środku pieczęci znajduje się tarcza, a w niej po lewej stronie - trzy kłosy zboża, po prawej - gałązka winorośli, w środku - kielich z hostią.

                                      Krośnica
                                      Pieczęć powstała pod koniec XVIII w. Na obwodzie w górnej części znajdował się napis: GEMEINDE KROSCHNITZ (gmina Krośnica). W dolnej części napis: KREIS GR: STREHLITZ. Pośrodku umieszczony był wizerunek kapliczki z kamienia, z wejściem i dwoma oknami oraz wieżyczką, na której powiewa flaga (nie było krzyża). Ta pieczęć była używana przez sołtysa do 1936 r.



                                      Borycz
                                      Pieczęć powstała pod koniec XVIII w. lub w pierwszej połowie XIX w. Na obwodzie w górnej części widnieje napis: GEMEINDE BORITSCH (gmina Borycz). W dolnej części napis: KREIS GR: STREHLITZ. W tarczy pieczęci był wizerunek kosy skierowanej w lewo, wbitej pionowo w ziemię. Ta pieczęć była używana przez sołtysa do 1933 r.

                                      Piotr Smykała, Romuald Kubik

                                      Źródło: Wilpert O., Kutzner P., Die Wappen der Oberschlesischen Landesgemeinden, IV Kreis Gross Strehlitz, Oppeln 1909.
                                      • berncik Pieczęcie wiejskie cz. II 06.11.13, 18:45


                                        Przez dwa stulecia wzory pieczęci gminnych w zasadzie się nie zmieniały. Podlegały tylko czasem niewielkim modyfikacjom. Dopiero po roku 1933, kiedy niemieckie władze narzucały zmiany nazw miejscowości – wraz z nimi zmieniały się też tradycyjne pieczęcie.

                                        Tradycja pieczętowania dokumentów zanikła po II wojnie światowej. Nowe władze patrzyły na lokalną historię jako na zagrożenie nowego porządku. Samorządowa heraldyka została podporządkowana oficjalnej propagandzie, a tradycyjne symbole zanikły. Często umykały też z pamięci samych mieszkańców wiosek. Większość pieczęci zaginęło. Wiele znamy tylko z odcisków na dokumentach lub z samych opisów.

                                        Wraz z zakończeniem się epoki „jedynie słusznego systemu”, nastąpił powrót do tradycji. Wioski przywracały dawne symbole, modyfikując je i unowocześniając. Przykładem może być herb Rozmierki, utworzony na podstawie dawnej pieczęci. Jest dziś rozpoznawalnym symbolem wsi.

                                        Oto opis niektórych pieczęci wiejskich:

                                        Piotrówka
                                        Pieczęć została utworzona w XIX w. po założenia wioski. Dokładnej daty nie znamy. Na pewno nawiązuje do założyciela wioski pastora Petera Schikory. U góry pieczęci jest napis w języku niemieckim: GEMEINDE PETERSGRÆTZ (gmina/sołectwo Piotrówka). Na dole, pod tarczą herbu, jest napis w języku niemieckim: KREIS GR: STREHLITZ (powiat wielkostrzelecki). W środku pieczęci znajduje się tzw. tarcza, a w niej świerk, na którego wierzchołku siedzi ptak – sikorka.

                                        Pieczęć była używana prawdopodobnie do 1945 r. Tłok pieczęci z tamtego okresu zapewne został zniszczony lub zaginął. Znany jest jedynie wizerunek odbicia pieczęci.

                                        Rozmierz
                                        Pieczęć sołectwa Rozmierz powstała w drugiej połowie XIX wieku. Na jej obwodzie znajdował się napis: GEMEIDE ROSMIERS (gmina/sołectwo Rozmierz). U dołu widniały słowa: KREIS GR. STREHLITZ. W środku pieczęci po prawej stronie był wizerunek chłopa trzymającego w ręce roślinę, a po lewej - kościoła, stojącego na wzgórzu. Po raz ostatni pieczęć używana była w roku 1936. Nie są znane jej dalsze losy.

                                        Rozmierka
                                        Nowy herb nawiązuje swoją symboliką do starego z XVIII wieku. W tarczy po lewej stronie są umieszczone na złotym polu trzy kwiaty lnu. Rolnicy z tej wsi kiedyś siali len na polach. Po prawej stronie w tarczy na błękitnym polu jest umieszczony gołąb w locie – mieszkańcy od wielu pokoleń hodowali i do dziś hodują gołębie. W heraldyce gołąb symbolizuje ludzką przyjaźń, płodność, prostotę i niewinność. U góry w tarczy na czerwonym polu jest umieszczona korona hrabiowska – nawiązuje do byłych właścicieli wsi i folwarków. Rozmierka należała do różnych rodów hrabiowskich, takich jak Tenczin i Strachwitz. Nad tarczą, w ramce, jest umieszczony napis – Rozmierka.

                                        Barwy w tarczy herbowej to kolor złoty, błękitny i czerwony. W heraldyce kolor złoty symbolizuje szlachetność, waleczność, sprawiedliwość, bogactwo. Kolor błękitny - wierność, świętość, czystość, zaufanie. Kolor czerwony - odwagę, męstwo, waleczność.

                                        Dolna
                                        Pierwsza znana pieczęć sołecka pochodzi z drugiej połowy XIX wieku. W środku pieczęci znajdował się kościół, a po lewej i prawej stronie krzyż pasyjny. Na obwodzie był napis GEMEINE DOLLNA (gmina Dolna), a na dole - KREIS GR. STREHLITZ. Sołtys używał pieczęci do zatwierdzania decyzji oraz opieczętowywania pism do 1936 r. Wtedy nazwa wsi się zmieniła i w związku z tym wymieniono pieczęć na nową. Obie pieczęcie zniszczono albo zaginęły.

                                        Grodzisko
                                        Pieczęć sołectwa Grodzisko powstała w połowie XIX wieku. Pochodziła z 1850 roku. Na obwodzie pieczęci znajdował się napis: GEMEINDE GRODISKO (gmina Grodzisko), u dołu widniał napis KREIS GR. STREHLITZ. W środku mieścił się krzyż patriarchalny - symbol władzy natury duchowej. Po raz ostatni pieczęć używana była około roku 1935. Nie są znane dalsze jej losy. Prawdopodobnie została zniszczona lub po prostu zaginęła.
                                        Piotr Smykała,Romuald Kubik
                                        Źródło: Wilpert O., Kutzner P., Die Wappen der Oberschlesischen Landesgemeinden, IV Kreis Gross Strehlitz, Oppeln 1909
                                        • berncik Dowódcę powstańców pojmali podstępem 11.11.13, 20:36
                                          https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130729&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130729653&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                                          ak wyglądali powstańcy walczący w powiecie strzeleckim - to zdjęcie wykonano w Zawadzkiem. (fot. Kpia: DIM, ze zbiorów P. SMykały)

                                          Ziemia Strzelecka. Powstańcy śląscy opanowali bez większych przeszkód Ujazd, Zawadzkie i Kolonowskie. Wkrótce po tym mieli zdobyć Strzelce, ale ich dowódca ze związku taktycznego dał się nabrać Włochom
                                          Działo się to 5 maja 1921 roku, czyli krótko po wybuchu III powstania śląskiego. W tym czasie w Strzelcach stacjonowali żołnierze francuscy, włoscy i angielscy, którzy jako rozjemcy mieli pilnować, by pomiędzy Polakami a Niemcami nie dochodziło do starć.
                                          Francuzi sprzyjali w tym czasie Polakom, bo uważali, że po I wojnie światowej to właśnie im powinna przypaść znaczna część przemysłowego Śląska. Włosi i Anglicy byli natomiast odmiennego zdania i popierali Niemców, uważając, że Polacy mają prawo jedynie do skrawka ziemi w powiatach pszczyńskim i rybnickim.
                                          W czasie gdy trwało polityczne przeciąganie liny o to, jak podzielić ziemie, zwaśnione strony rozpoczęły walki. Polscy powstańcy po zdobyciu Ujazdu, Zawadzkiego i
                                          Kolonowskiego stłoczyli swoich żołnierzy w Warmątowicach. Miejscowym związkiem taktycznym dowodził wtedy kpt. Krzysztof Konwerski (pseudonim Harden), który szykował się do przeprowadzenia ataku na Strzelce.
                                          5 maja o godz. 14 do powstańczego sztabu w Warmątowicach niespodziewanie przyszli dwaj włoscy oficerowie, zapraszając w imieniu swojego dowódcy, generała Satteli, do miasta na pertraktacje. Garnizonem w Strzelcach rządzili wtedy Włosi, którzy mieli tam swój oddział, aczkolwiek składał się on także z jednego oddziału angielskiego i dwóch baterii francuskich.
                                          Jan Faska, zastępca w sztabie powstańców, po latach tak wspominał ten epizod: - Po krótkiej rozmowie Konwerski, nie pytając nikogo o zdanie w tak delikatnej sprawie, (...) postanowił uczynić zadość prośbie włoskich oficerów. Był niezmiernie przejęty oczekującą go misją parlamentarną - relacjonował Jan Faska w "Pamiętnikach powstańców” - książce wydanej z okazji 20-lecia wybuchu walk. - Na odjezdne zakląłem, życząc mu, aby go powieszono. Pojechał bez zgody swoich kolegów.
                                          Nie minęła godzina od wyjazdu dowódcy powstańców, a włoscy oficerowie stawili się w sztabie w Warmątowicach drugi raz. Tym razem generał Sattela domagał się w piśmie, by powstańcy wycofali wszystkie swoje wojska poza Błotnicę. Okazało się, że Włosi nie prowadzili z kpt. Konwerskim żadnych pertraktacji, a po prostu podstępnie go aresztowali.
                                          Włoscy żołnierze zagrozili przy tym, że jeżeli powstańcy nie spełnią żądań, to ich dowódca będzie powieszony.

                                          czytaj dalej
                                          reklama
                                          W sztabie w Warmątowicach zorganizowano więc naradę. Powstańcy zdecydowali, że nie mogą się ugiąć. Oznajmili to generałowi w krótkim liście, który przekazali włoskim wysłannikom. Po jego przeczytaniu generał Sattela musiał być wściekły, bo po kolejnych 40 minutach przysłał ponownie włoskich oficerów do Warmątowic, którzy twardo domagali się natychmiastowego odwrotu Polaków i złożenia broni. Mimo tego generał niczego nie wskórał.
                                          Po zatrzymaniu Konwerskiego, dowództwo w podgrupie objął Teodor Kulik (pseudonim "Bogdan”). Niedługo po tym nastąpiło starcie pomiędzy powstańcami a żołnierzami Satteli. Artyleria francuska, która szła u ich boku, nie atakowała jednak przeciwnika - celowo strzelała niecelnie. Natomiast Anglicy w ogóle nie przystąpili do walk, bo uznali, że nie mają w tym żadnego interesu.
                                          Powstańcom udało się wtedy przedrzeć do Strzelec, ale nie pozostali tutaj długo. W czerwcu do miasta wkroczyły bowiem dodatkowe wojska francuskie, a później angielskie, tworząc strefę buforową pomiędzy Polakami a Niemcami.
                                          Kpt. Krzysztof Konwerski ostatecznie nie został stracony przez Włochów. Po uzyskaniu wolności wyjechał do Poznania w swoje rodzinne strony. Zmarł na emigracji w Londynie w 1959 r.
                                          W walkach powstańczych, które toczyły się w Strzelcach i na obrzeżach, zginęli natomiast mieszkańcy miasta: Jerzy Gierlic, Franciszek Grabiec, Karol Korol, Alojzy Pawlicki i Cyprian Szostke.
                                          Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii, oraz Muzeum Czynu Powstańczego na Górze św. Anny.
                                          Wykorzystano materiały z książki "Pamiętniki Powstańców Śląskich, tom II”; artykuł Marka Masnyka "Powiat strzelecki w okresie powstań śląskich i plebiscytu” z publikacji "Strzelczan Album Rodzinny” oraz informacje Encyklopedii Powstań Śląskich.
                                          • berncik Historia kozielskiego portu 18.11.13, 21:13
                                            https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/126198-port.jpg
                                            Historia kozielskiego portu - na początku XX wieku należał do największych portów w Niemczech, wyprzedzały go tylko Duisburg nad Renem i Essen nad Ruhrą. Dziś niewiele z niego pozostało.

                                            Koźle-Port przez wiele dziesiątków lat było centrum biznesowym miasta. Na Odrze rozwijał się transport wodny, przy sprzyjającym stanie wód, barki odrzańskie pływały z Koźla nawet do czeskiego Bohumina, transportując drewno, węgiel, zborze i cukier. Zbudowany w latach 1788 -1812 Kanał Kłodnicki, i połączył Odrę z górnośląskim zagłębiem przemysłowym oraz przyczynił się do zagospodarowania i znacznego rozwoju północno - zachodniej części wsi Kłodnica. Miał też duży wpływ na poprawę stanu zaopatrzenia w surowce i obniżenie kosztów produkcji w sławięcickich manufakturach hutniczych.

                                            Na początku ostatniej dekady XIX wieku rozpoczęto we wsi Kłodnica budowę pierwszego basenu portowego. W międzyczasie nad brzegiem Odry powstały fabryki celulozy Feldmuhle. Dzięki takiemu usytuowaniu Odra zyskała szansę na szybki rozwój. Jej właściciel, niemiecki Żyd Leo Gottstein, w pierwszym etapie zainwestował w fabrykę 167 tys. marek. Dzięki temu już w pierwszych latach po rozpoczęciu produkcji zanotował znaczący zysk, a pracę w papierni znalazło 331 osób. Wraz z budową fabryki powstało osiedle robotnicze przy Zemanstrasse oraz Hafenstrasse (obecnie ulice Szymanowskiego i Portowa) Już w 1910 roku kozielska papiernia dysponowała 122 mieszkaniami dla robotników, kadry technicznej i urzędników.

                                            Dobra koniunktura i rosnące zapotrzebowanie rynku na papier zmobilizowały właściciela do dalszej rozbudowy zakłady i całej infrastruktury. Otrzymał on nowoczesne i proekologiczne urządzenia produkcyjne. Fabryka miała własny wodociąg i elektrociepłownię, która zaopatrywała w energię elektryczną fabrykę, Koźle-Port oraz Kłodnicę.

                                            Właściciel dbając o pracowników fabryki i mieszkańców Koźla, wybudował 50-metrowy kryty basen pływacki, oraz kilka boisk piłkarskich. Fabrykę przed ogniem zabezpieczała 80 osobowa straż pożarna, która w związku z bliskością Odry wyposażona była również w sprzęt do ratownictwa wodnego.
                                            W najlepszym okresie swojego istnienia, papiernia dawała zatrudnienie blisko 2 tys. osób, głównie z powiatu kozielskiego. Dla pracowników mieszkających na lewym brzegu Odry uruchomiona została obok fabryki specjalna bezpłatna przeprawa promowa.

                                            W Koźlu-Porcie w pierwszych latach XX wieku rozpoczęło działalność wiele instytucji nastawionych na obsługę pracowników papierni oraz osób zatrudnionych w porcie rzecznym. A ruch był tam spory. W 1902 roku odprawiono w kozielskim porcie 13 123 baki, a załadunek towarów przekroczył 1,33 mln ton.

                                            Duże potrzeby przeładunkowe i transportowe wymusiły na władzach rozbudowę portu o kolejne baseny. W 1905 roku oddany został do użytku 600 metrowy basen, który obok przeładunku węgla, przystosowany był do załadunku drobnicy i towarów sypkich. Po trzech latach ruszyły także przeładunki w trzecim największym 700-metrowym basenie, który m.in. przystosowany był do załadunku zboża. Zainstalowano tam także żurawie wysięgnikowe o udźwigu 5 i 10 ton.

                                            W Kożlu-Porcie myślano nie tylko o biznesie. Dbano także o szkolenie nowych kadr dla rozwijającej się żeglugi odrzańskiej . W 1911 roku rozpoczęła działalność Żeglarska Szkoła Zawodowa (Schifferfachschile). Młodzież zdobywała w niej potrzebne kwalifikacje do pracy na odrzańskich barkach, oraz licencje pilota i sternika.

                                            Myślano również o potrzebach socjalnych, zdrowotnych i sferze duchowej pracowników i mieszkańców dzielnicy. Siostry zakonne z Nysy uruchomiły w Koźlu-Porcie internat dla dziewcząt pracujących w fabryce papieru. Po godzinach pracy uczono je zasad prowadzenia domu i gospodarstwa domowego. Zakonnice powadziły też ambulatorium przyzakładowe i ochronkę dla dzieci pracowników.

                                            W związku z tym, że spora część wodniaków i pracowników portowych była ewangelikami, w 1909 roku utworzona została w Koźlu-Porcie Misja Wewnętrzna Kościoła Ewangelickiego. A że w tamtym rejonie nie było żadnych obiektów sakralnych, niedzielne nabożeństwa odprawiane były w jednej z sal gospody rodziny Filuschów, znajdującej się przy obecnej ul. Pocztowej. Natomiast nabożeństwa dla katolików do czasu wkroczenia Armii Czerwonej celebrował w kaplicy sióstr Elżbietanek salezjanin - ojciec Antoni Tunk.

                                            Na przełomie XIX i XX wieku w pobliżu portu wybudowanych zostało kilka hoteli. Najokazalszym był Hafen Hotel (Hotel Portowy) z dużą salą restauracyjną i piwiarnią. Wielkością i wystrojem dorównywały mu znajdujący się na tej samej ulicy „Eckerts Hotel und Gaststatte” Georga Eckerta oraz pobliska „Germania” Józefa Schmolki. Prosperowało też 4 oddzielne restauracje i 5 gospód.

                                            Pod względem mocy przeładunkowej kozielski port rzeczny w 1913 roku należał do największych w Niemczech. Wyprzedały go tylko Duisburg nad Renem oraz Essen położony nad Ruhrą i kanałem Ren-Herne. Były okresy, że w ciągu doby w kozielskim porcie przyjmowano do rozładunku oraz ekspediowano w dół Odry nawet 40 barek.

                                            Gdy jesienią kończył się sezon żeglugowy i Odra zamierała, w basenach portowych i przy nabrzeżach cumowało blisko 400 barek, które poddawane były okresowym przeglądom i remontom w pobliskiej stoczni.
                                            Czytaj dalej<<<<<<<<<<>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>



                                            • berncik Re: Historia kozielskiego portu 18.11.13, 21:15
                                              Gdy jesienią kończył się sezon żeglugowy i Odra zamierała, w basenach portowych i przy nabrzeżach cumowało blisko 400 barek, które poddawane były okresowym przeglądom i remontom w pobliskiej stoczni.

                                              Z drugiej wojny światowej fabryka papieru i kozielski port wyszły bez większych zniszczeń. Po wyzwoleniu, czynnych było 6 wywrotnic wagonowych i trzy żurawie portowe. Natomiast w bardzo opłakanym stanie znajdował się tabor pływający. Na 761 barek i 54 holowników zatopionych na całym odcinku żeglownym Odry, tylko w okolicach Koźla pod wodą znalazło się 131 barek o łącznym tonażu 52 tys. ton oraz 6 holowników i 4 pogłębiarki czerpakowe.

                                              Już na początku 1946 roku zatrudnienie i przy rekonstrukcji taboru pływającego oraz samym porcie znalazło 327 osób W tym samym czasie rozpoczęła się częściowa rozbiórka oraz demontaż urządzeń portowych i wyposażenia fabryki papieru. W ramach reparacji wojennych Rosjanie wywieźli na Wschód m.in. kilka żurawi portowych, oraz maszyny z papierni.

                                              Po usunięciu z koryta Odry resztek mostów zniszczonych w czasie wojny i po wyremontowaniu śluz i jazów, już 19 sierpnia 1945 roku ruszyła żegluga. Z kozielskiego portu wypłynęły do Wrocławia trzy barki z ładunkiem węgla. Holował je „Bolesław Chrobry” pod dowództwem kapitana Mariana Głaza.
                                              11 maja 1946 roku powołano do życia przedsiębiorstwo „Żegluga na Odrze”, w którym pracowało prawie pół tysiąca osób. W tym samym czasie ruszyła regularne rejsy. Z Koźla do Szczecina wyruszyły trzy barki wyładowane węglem. W drodze powrotnej na Śląsk przypłynęła ruda żelaza importowana z szwedzkiej Kiruny. Przewozy na Odrze zwiększały się z roku na rok, od 100 tys. ton w roku 1947 do 1,5 mln w roku 1952. Pełna reanimacja i rozbudowa portu przybrała na sile w czasie realizacji 3-letniego Planu Odbudowy Gospodarczej Kraju.

                                              Osiedle Koźle-Port zaczęło tętnić życiem. Powstawały nowe sklepy i warsztaty usługowe. Jedno z nabrzeży portowych wydzierżawiła czechosłowacka firma spedycyjna. W dużej stylowej wilii w pobliżu boiska sportowego (niedaleko ul. Portowej) otwarto Dom Żeglarza z kinem i licznymi sekcjami zainteresowań. Działał tam również znany w kraju zespół pieśni i tańca „Żeglugi na Odrze’.

                                              W dawnych obiektach produkcyjnych papierni rozpoczęła produkcję Kozielska Fabryka Maszyn „Kofama”. Blisko 80 proc. produkowanych tam urządzeń eksportowanych było do niemal wszystkich krajów demokracji ludowej a także Iraku oraz Turcji. Przyszłą kadrę pracowniczą przez blisko 30 lat kształciła przyzakładowa szkoła zawodowa.

                                              Pod koniec lat 80-tych ubiegłem wieku doszło w Polsce do transformacji ustrojowej i gospodarczej, w wyniku czego zaczęły podupadać okoliczne zakłady pracy. „Kofama” straciła dużą część zamówień eksportowych, transport rzeczny wyparła kolej i transport samochodowy. Całe rodziny utraciły źródła utrzymania. Dziś osiedle jest bardzo zaniedbane, a po zmroku niewielu mieszkańców z innej części miasta ma odwagę tam zaglądać.

                                              Bogusław Rogowski
                                              • berncik Strzelecki sąd 07.01.14, 21:18
                                                https://www.strzelecopolski.pl/files/images/img_5113-002.jpg
                                                Lokacja Strzelec miała miejsce już w drugiej połowie XIII w. - prawdopodobnie na prawie średzkim. Było ono najpopularniejsze na Śląsku i dostosowane do małych miejscowości. Stanowiło „polską” odmianę prawa magdeburskiego. Miasta takie miały ograniczoną autonomię sądowniczą i nieco inne uregulowania prawne (np. przewidywały możliwość dziedziczenia majątku przez kobiety). Niestety nie zachował się ani akt lokacji, ani inne najwcześniejsze dokumenty związane z naszym miastem.
                                                W pierwszej połowie XIV w. w mieście rządził wójt. Funkcja ta w średniowieczu oznaczała urzędnika książęcego miasta lokowanego na prawie niemieckim. Słowo wójt pochodzi z języka niemieckiego – Vogt, po łacinie – Advocatus.
                                                Zachował się tylko jeden dokument wystawiony przez wójta strzeleckiego, pochodzący z roku 1324. Czytamy w nim, że: Heyman, wójt Strzelec wraz z ławnikami przysięgłymi: Henrykiem z Toszka, Konradem z Płużnicy, Tomaszem i Hermanem rzeźnikiem, czynią tutejszym mieszczanom znanym, że Henryk, syn strzeleckiego mieszczanina Rudgera, kanonik opolski i proboszcz Izbicka swój folwark, leżący w Henrykowie (Villa Henrici) przy mieście Strzelce, który odkupił wcześniej za własne pieniądze od swojego rodzeństwa przekazuje w spadku swojemu bratu Chrystianowi, proboszczowi Zimnej Wódki.
                                                Wójt sprawował najwyższą władzę pod nieobecność księcia. Posiadał też pewną władzę sądową, choć znacznie ograniczoną. Rozstrzygał spory w sprawach niegardłowych – jak oszustwa handlowe, rozboje, lżejsze uszkodzenia ciała. Przestępstwa, za które groziła kara śmierci, leżały już w kompetencji księcia.
                                                Procesy sądowe wójt prowadził z pomocą ławy miejskiej składającej się z 4 do 7 osób. Zadanie ławy ograniczało się do formułowania zarzutów i przedstawienia sprawy. Wyrok i wymiar kary należał już tylko do wójta. Posiadał on też z tego tytułu wymierne korzyści 1/3 sum pochodzących z kar trafiało do jego kieszeni. Reszta trafiał do pana miasta. Wyroki zapadały na posiedzeniach zwyczajnych, odbywających się raz w tygodniu - bądź nadzwyczajnych, zwoływanych w razie konieczności. Sam też nie stał ponad prawem, choć osądzić go mógł jedynie sąd ławniczy lub sąd składający się z 7 sołtysów, obradujący pod przewodnictwem księcia lub jego pełnomocnika.
                                                Z czasem zmieniała się funkcja wójta. Stanowisko to stało się przedmiotem handlu. Kupić można było zarówno majątek jak i prawa sądownicze, co doprowadzało do zatargów obywateli miasta z wójtem. Z czasem doprowadziło to do wyodrębnienia z obywateli miasta burmistrza i rajców miejskich, którzy reprezentowali interesy mieszkańców.
                                                Przez wieki posiedzenia sądu odbywały się w strzeleckim ratuszu. Budynek pełnił też funkcję więzienia. Loch, w którym przetrzymywano przestępców, znajdował się w najniższej części ratuszowej wieży. Sytuacja ta trwała aż do lat 30. XX wieku. Wtedy to krajobraz miasta wzbogacił się o budynek sądu, jaki znamy dzisiaj.
                                                O szczegółach jego budowy możemy dowiedzieć się z artykułu, który zamieścił w 1942 roku w „Groß Strehlitzer Heimat-Kalender” główny budowniczy - Heinrichs. Tekst jest typowo jak na owe czasy górnolotny, zachwycający się niemiecką kulturą i czołobitny wobec wodza III Rzeszy. Dostarcza jednak ciekawych informacji. Przytaczamy jego fragmenty w wolnym tłumaczeniu:
                                                Od dziesiątków lat pomieszczenia sądu usytuowane były w strzeleckim ratuszu. Rozwiązanie to było przez lata niewątpliwe właściwe, lecz z biegiem czasu zadania sądu rosły i zaczął mu doskwierać brak pomieszczeń. Dalsze funkcjonowanie w starym miejscu stało się niemożliwe.
                                                Idea wybudowania nowego budynku sądu nie znajdowała niestety poparcia ministerstwa. Stworzono wiele jego projektów, lecz żaden nie doszedł do skutku. Dopiero objęcie władzy przez Führera, któremu Niemcy zawdzięczają rozkwit budownictwa, umożliwiło realizację tego przedsięwzięcia.
                                                Na plac budowy wybrano dobrze zlokalizowaną ziemię należącą do państwa, leżącą przy głównej trasie Opole-Gliwice. Front budynku został cofnięty w stosunku do linii zabudowy, co pozwoliło na zagospodarowanie terenu przed nim i polepszyło wygląd budowli.
                                                Hol budynku został wyposażony w kunsztowne wykończenia i stiukowe kasetony. Podłogę ułożono z płyt marmurowych pochodzących z terenu Śląska. Na jednej ze ścian umieszczono nazwiska mieszkańców Strzelec, którzy zginęli w walce w latach 1914-1918. Naprzeciw postawiono na marmurowym cokole popiersie Führera.
                                                Klatkę schodową wymalował, według własnej koncepcji, malarz Strachl. W suficie umieszczono kolorowe kasetony ze znakami zawodowymi niemieckiego rzemiosła. W centralnej części sufitu umieszczono herb Wielkich Strzelec. Oświetlenie w pomieszczeniach służbowych jest proste w odróżnieniu od głównego holu i klatki schodowej, które rozświetla kryształowy żyrandol.
                                                Wszystkie pomieszczenia wyposażone są w centralne ogrzewanie i bieżącą wodę. Posiadają je także mieszkania służbowe, które mają oddzielne wejście. Całość jest podpiwniczona i wyposażona w pomieszczenia gospodarcze. Za budynkiem znajdują się ogródki pracowników sądu. Do podwórka wjeżdża się przez bardzo ciekawą i robiącą wrażenie bramę wjazdową.
                                                Wszystkie prace wykonane zostały przez miejscowych robotników. Budowę udało się ukończyć mimo wojny i związanymi z nią trudnościami.
                                                Władzom niemieckim sąd długo nie posłużył. W 1945 roku przejęty został przez nową administrację i wykorzystywany jest do dziś zgodnie ze swoim przeznaczeniem. O jego historii świadczy skuty nad głównym wejściem napis w języku niemieckim Amtsgericht.

                                                Piotr Smykała, Romuald Kubik
    • chrisraf A jak myslicie skad sie wziela nazwa Hajduki? 08.01.14, 20:26
      Jak myslicie???

      Glückauf!
      • berncik Re: A jak myslicie skad sie wziela nazwa Hajduki? 08.01.14, 20:50
        chrisraf napisał:

        > Jak myslicie???
        >
        > Glückauf!
        Dobrze by bouo jak bys ta chistoria Chorzowa sam wstwiou Chrisraf ? Bo nie wia eli to ftos wiy
        • chrisraf Re: Berncik 09.01.14, 12:32
          Dobra, postarom siy cosik naszkryflac... (mom urlop)

          Glückauf!
          • berncik Żydzi na sztandarach 14.01.14, 20:56

            Styczeń 1945 w Błotnicy i Warmątowicach cz.I
            Czas przed nadejściem frontu obfitował w Błotnicy w niezwykłe wydarzenia. Pewnej styczniowej nocy mieszkańców obudził ujadanie psów i hałas, jaki robiła spora grupa ludzi. Kiedy minęła noc mieszkańcy znaleźli na terenie wsi wychudzonych ludzi w pasiakach. Większość z nich była martwa, lecz dwoje nadal dawało znaki życia. Byli to Żydzi pędzeni główną szosą Reichstrasse z niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.
            Nieszczęśników przeniesiono do domów Skoppów w Błotnicy. Budynek częściowo zajmował urząd gminy. Posiadał pomieszczenie wypełnione pamiątkami – portretami, sztandarami a nawet bronią z I wojny światowej. Na tych sztandarach przyniesiono ocalałych Żydów. Nie wiadomo czy przeżyli i co stało się z nimi później.
            Rodzina Skoppa zdawała sobie sprawę, że po wejściu Rosjan ich dom zostanie spalony a oni zabici. Nie mogło być inaczej, skoro znajdowało się w nim tak dużo niemieckich pamiątek. Uciekli przed nadejściem frontu. Sowieci rzeczywiście spalili cały dom. Zachował się jedynie zabytkowy zegar, po który w ostatnim momencie rzucił się do płonącego budynku jeden z mieszkańców.
            W tym czasie miało miejsce jeszcze jedno niezwykłe zdarzenie. Styczniowej nocy jeden z mieszkańców Błotnicy spotkał zabłąkanego angielskiego lotnika. Zabrał go do domu, gdzie nakarmił odział i ogrzał. Próbowali się porozumieć łamaną angielszczyzną. Lotnik starał się dowiedzieć gdzie aktualnie przebiega linia frontu. Posługując się szkolnym atlasem gospodarza pokazał żołnierzowi gdzie się teraz znajduje i doradził mu marsz w kierunku Koźla. Nie wiadomo nic o dalszych losach angielskiego lotnika.
            22 stycznia koło Błotnicy doszło tu do potyczki między niewielkim oddziałem niemieckim, a Sowietami (przy lesie na pagórku w kierunku Płużnicy). Niemcy zniszczyli jeden z czołgów, a dwa uszkodzili. W potyczce z liczniejszym przeciwnikiem poległo około 40 hitlerowców. Zostali później pochowani w lesie.
            Do Błotnicy żołnierze Armii Czerwonej wkroczyli 22 stycznia. Dwa dni później niż do Wielkich Strzelec. Wynikało to z przyjętej taktyki oskrzydlającej Górny Śląsk. Gliwice zdobyto dopiero 24 stycznia, 26 – Zabrze a 28 stycznia – Bytom i Katowice.
            Zniszczenia we wsi dokonali głównie żołnierze następnych rzutów. W drugiej połowie stycznia spalono kilka domów. Było to opisywany już dom Skoppów, piekarnia Josefa Kampczyka dzierżawiona od Paula Cibury, dom nauczyciela Emila Niewalda oraz dom i karczma z sklepem Dominika Zajontza.
            Trzy dni po wkroczeniu, 25 stycznia, sowieccy żołnierze rozstrzelali komendanta straży – Dominika Zajontza. Wtedy nazywał się Hagen. Nazwisko zmieniły mu władze hitlerowskie. Został zabity, bo znaleźli w jego domu mundur strażaka i jego zdjęcie w mundurze. Do 1952 r. był pochowany w Błotnicy. Zastrzelony został także Henryk Ociepa. W czasie wojny pracował w majątku jako robotnik przymusowy. Był synem Jana i Stefanii z d. Karaś, ur.29 stycznia 1924 r. w Słowiku, parafia Raków (dość nieczytelny zapis), obecnie sanktuarium św. Józefa w Częstochowie. Został rozstrzelany przez Rosjan 25 stycznia 1945 r. w majątku w Błotnicy Strzeleckiej. Pochowany 6 lutego tegoż roku na cmentarzu parafialnym w Centawie. W księdze umieszczono dodatkowy zapis: Wpisano na podstawie zeznań matki Stefanii Ociepa. Centawa dnia 1 listopada 1962 r. Wpis jak widać został dokonany w dniu Wszystkich Świętych, kiedy była na mogile swojego syna.
            My ubili popa
            Ks. Emil Kutz urodził się 31 grudnia 1893 roku w Rudzie Śląskiej. Był synem Petera i Mathildy z d. Jaskolla [Jaskollska?]. Święcenia kapłańskie przyjął 20 czerwca 1920 r. We Wrocławiu.W latach 1920 – 1924 pracował jako wikary w Stralsund (obecnie Land Meklemburg Vorpommern, północno–wschodnie Niemcy).
            W latach 1924 – 1928 był wikarym w Pyskowicach oraz przez rok w parafii Wszystkich Świętych w Gliwicach. W 1929 r. Został przeniesiony jako proboszcz do Kotulina.
            Od 24 listopada 1929 r, po odejściu ks. Edwarda Sobka, ks. Emil Kutz był administratorem parafii Rozmierz. Pracował tam do 4 czerwca 1930 r. Parafię Grodzisko ks. Emil Kutz objął 27 kwietnia 1931 r. Jako administrator parafii pracował do 30 kwietnia 1933 r. W latach 1933 – 1945 był proboszczem w parafii Płużnica Wielka. Był lubianym i szanowanym kapłanem.
            W poniedziałek 22 stycznia 1945 r. do Płużnicy Wielkiej weszły pierwsze radzieckie oddziały od strony Wielkich Strzelec. Po nich przybyły tyłowe oddziały Armii Czerwonej. Siały strach, dokonywały grabieży i torturowały miejscową ludność. Żołnierze byli bardzo brutalni.
            Do wioski przybył także patrol NKWD, który poszedł na plebanię, gdzie mieszkał proboszcz Emil Kutz oraz jego gospodyni Gertruda Korakim, wdowa po żołnierzu rosyjskim z I wojny światowej. Właśnie ją żołnierze NKWD zapytali – „gdzie wasz pop”. Gospodyni powiedziała, że w swoim pokoju. Weszli tam i bez żadnego powodu zastrzelili księdza. Do gospodyni wrócili z takimi słowami – „idź zobacz - twojego popa, my ubili go jak psa”. Stało się to 1 lutego 1945 r. Po paru dniach ks. Emil Kutz został pochowany na cmentarzu parafialnym w Płużnicy Wielkiej.
            Na krótko przed wkroczeniem sowietów ksiądz Kutz uratował jednego z obozowych więźniów. Zbiegł on z transportu śmierci więźniów pędzonych z Jaworzna do Blachowni. Był to Francuz, Theodor Hennequin, który zbiegł z kolumny więźniów w okolicach Kotulina.
            Pierwszą noc przeleżał w stogu siana. Pamiętać trzeba, że temperatura tej zimy dochodziła do 30 stopni poniżej zera a zaspy śniegu sięgały 1,5 metra. Potem dotarł do folwarku Poręba opodal wioski, gdzie pomocy udzieliła mu jedna rodzina. Ruszył dalej aż zobaczył wieżę kościoła w Płużnicy Wielkiej i poszedł w jego kierunku.
            Ksiądz Emil Kutz udzielił mu pomocy. Dał mu jedzenie i ubranie. Po kilku dniach, jeszcze przed wkroczeniem sowietów Francuz odszedł w nieznanym kierunku.
            Znacznie później okazało się, że jakimś cudem Theodor Hennequin przeżył wojnę i dotarł do ojczyzny. Takiego szczęścia nie miał jego brat, Karl Hennequin, który zginął w marszu śmierci.
            Od 1994 r. syn Theodora - Noel Hennequin co roku latem przyjeżdża do Płużnicy Wielkiej na pielgrzymkę. W kościele jest odprawiana dziękczynna msza św. W 1995 r. rodzina Hennequin za udzieloną pomoc i uratowanie Theodora Hennequin od niechybnej śmierci ufundowała tablicę, która zawisła na ścianie kościoła. Jest na niej napis w języku francuskim – „Un Grand Merci au Père Emil Kutz – Famille Hennequin 6.08.95”.
            Co roku grupa Francuzów odwiedza Kędzierzyn - Koźle w ramach partnerskiej umowy z miastem Hericourt w regionie Franche Comte, którą organizuje właśnie Noel Hennequin.

            Piotr Smykała,Romuald Kubik
            • berncik Styczeń 1945 w Warmątowicach cz. II 22.01.14, 19:36
              https://www.strzelecopolski.pl/files/images/12521_10596.jpg
              Wspomnienia Pawła Twardonia (1931-2012), który w styczniu 1945 roku mieszkał wraz z rodziną w Warmątowicach. Rozmowę z nim przeprowadził 12 maja 2007 roku Piotr Smykała.

              W niedzielę nad ranem, 21 stycznia 1945 r., sześć kilometrów przed Strzelcami od strony Toszka, dróżnik kolejowy Nowak zatrzymał ostatni pociąg z Górnego Śląska w stronę Opola. Pociąg stał w Warmątowicach za domem, gdzie Paweł Twardoń mieszkał. Wszyscy byli tym zaskoczeni, ponieważ komunikaty radiowe informowały, że front jest pod Częstochową, a tu nagle mieszkańcy, żołnierze przebywający na urlopach i frontowi do zachowania porządku dowiadują się że, żołnierze radzieccy są już w mieście powiatowym od około godziny 2300 w sobotę 20 stycznia 1945 r.

              Ogłoszono alarm dla wszystkich (żołnierzy i cywili), zbiórkę i wymarsz w kierunku Balcarzowic i dalej do Odry. Paweł Twardoń widział też przy szosie bytomskiej więźniów w pasiakach. Mówiono później, że są z obozu z Oświęcimia.
              W niedzielę po południu w Warmątowicach pojawił się po raz pierwszy sowiecki zwiad z dwoma samochodami. Jednak żołnierze szybko zawrócili i udali się w kierunku Strzelec.
              W poniedziałek około 5 rano od strony Jemielnicy i Centawy weszło do wsi dość dużo wojska (piechota i kawaleria), które przeszło duktami leśnymi. Około 7 rano, tego samego dnia, od strony Strzelec przybyły pierwsze czołgi z piechotą.
              Żołnierze zostali rozdzieleni – część udała się szosą bytomską w stronę Gliwic, część pozostała w Warmątowicach i stanęła na skraju lasu koło leśniczówki. Pojazdy wojskowe zostały zamaskowane gałęziami. Wtedy zaczęły się plądrowania domostw, zabieranie żywności i zapasów, zwierząt, gwałty na kobietach, strzelanina oraz podpalenia. Łupem ognia padła szkoła, dom Baumgartów, restauracja Grunda, drewniana stodoła przy leśniczówce.
              W domu Twardoniów splądrowano izby i całe gospodarstwo. Krewna Pawła Twardonia nie zdążyła się ukryć. Została zgwałcona na oczach całej rodziny przez żołnierzy sowieckich. Była wtedy w siódmym miesiącu ciąży. Wieczorem zaczęła rodzić. Poród przeszedł pomyślnie, choć odbywał się przy gromnicy – nie było światła elektrycznego. W porodzie pomagała Maria Baumgarten, bo domownicy nie byli w stanie się tym zająć. Następnego dnia przed południem Maria Baumgarten przeszła zobaczyć jak się czują matka i dziecko. Między pół do pierwszej a drugą po południu Paweł Twardoń poszedł do Baumgartnerów. Za płotem zobaczył straszny widok, Maria i Paul Baumgartenowie leżeli zastrzeleni na śniegu. Zobaczył także panią Lippok z czwórką dzieci i dziećmi Baumgartnerów, którzy zbiegali z pierwszego piętra. Wszyscy ukryli się we wsi.
              W Warmątowicach doszło do innych zabójstw dokonanych przez żołnierzy sowieckich. Zastrzelona została m.in. służąca w restauracji Grunda. Pewnego dnia do domu Twardoniów wszedł Rosjanin i powiedział, że u sąsiada trzeba się zająć krową, bo zdechnie. Rodzina powiedziała, że tam są trzy kobiety – Rosjanin stwierdził, że... są „ubite”. W tej sytuacji mama Pawła Twardonia kazała mu iść do domu sąsiada. Na podwórzu koło psiej budy Paweł znalazł obnażoną, zgwałconą i zabitą jedną kobietę, przy której leżał zabity pies. W izbie zobaczył kolejną kobietę oraz ich matkę, leżącą w komorze na stercie buraków. Obie nie żyły. Paweł zabrał krowę do domu. Matka jednak kazała odprowadzić ją do innego rolnika, by się nią zajął.
              W niedzielę już tydzień po wejściu Rosjan do domu Twardoniów przyszło z płaczem dwoje dzieci: Hubert i Krimhilda. Matka Pawła zaprowadziła je do innej rodziny, by się nimi zaopiekowała. Jako że ziemia była zmarznięta, nie dało się od razu pogrzebać ciał zamordowanych. Dopiero przy pierwszej odwilży przygotowano karawan zaprzęgnięty w dwa woły, którym jechano od domu do domu i zbierano ciała zabitych i zmarłych. Czasem trzeba było ich szukać. Tak było przy leśniczówce, gdzie dopiero pod stertą gałęzi odkryto zabite dwie kobiety babcię i mamę Huberta i Krimhildy.
              Pomordowani przez Rosjan zostali pochowani na cmentarzu parafialnym w jednej mogile w Centawie. W grobie także są pochowane trzy nieznane osoby. Być może to żołnierze niemieccy, którzy zostali wzięci do niewoli i rozstrzelani przy szczycie jednego z domów w Warmątowicach. Mogli to być też zmarli w czasie przemarszu przez wioskę więźniowie.
              W pobliżu Centawy został w lesie rozstrzelany jeden żołnierz niemiecki. Przy wiadukcie kolejowym na Mokrych Łanach, przy szosie na Toszek, rozstrzelano trzech żołnierzy niemieckich. Było to już w lutym 1945 r. Przedtem ukrywali się w stodole na „oborze”, miejscowi dawali im jedzenie i nikomu o tym nie mówili. Jak wspomina Paweł Twardoń, byli ubrani w pałatki, na których były barwy maskujące.
              Jednak żołnierze niemieccy zdecydowali się przebić za Odrę. Ludzie odradzali im tego. Jak wiadomo, Rosjanie nie brali jeńców... Złapali Niemców pod Strzelcami. Musieli oni wykopać sobie dół, następnie zostali rozstrzelani. Po czasie zapewne ich zwłoki przeniesiono w inne miejsce.
              Piotr Smykała, Romuald Kubik
              • berncik Zapomniane cmentarze na Ziemi Strzeleckiej 03.02.14, 17:16
                https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20131108&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=131109552&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                Tak wyglądał cmentarz, na którym chowani byli więźniowie strzeleckiego zakładu karnego nr 1.
                Jeszcze 100 lat temu groby zmarłych rozsiane były po różnych częściach miasta. Miejsce pochówku zależało natomiast od wyznawanej religii i tego, kim była osoba za życia.
                Największy dziś cmentarz parafialny, który znajduje się tuż obok zabytkowego kościoła św. Barbary, usytuowany był niegdyś poza murami miasta. Pierwotnie, bo jeszcze w XIV wieku miejsce to przeznaczone było do grzebania mieszkańców okolicznych wsi wyznania katolickiego.
                Mieszczanie chowani byli na cmentarzu, który znajdował się przy kościele św. Wawrzyńca, a dziś już nie istnieje. Nekropolia ulokowana była tuż obok baszty-dzwonnicy. Dla pochówku zamknięty został w 1945 roku, a nagrobki rozebrano.
                Część płyt nagrobnych znanych i zasłużonych mieszkańców ziemi strzeleckiej umieszczono na pamiątkę w murach samego kościoła. Dzięki temu wiemy, że spoczywali tam m.in. Franz von Zawadzki (1791-1849) - generalny dyrektor i pełnomocnika hrabiego Andreasa Renarda, od którego nazwiska wzięła się nazwa miasta Zawadzkie; ks. Johannes Madey (1801-1856), który od 11 listopada 1840 r. był proboszczem w strzeleckiej parafii, a zapamiętany został jako zagorzały przeciwnik alkoholu, walczący z plagą pijaństwa w mieście oraz Johann Reichel (1804-1868) - przewodniczący rady miasta w Strzelcach, który spisał lokalną historię na podstawie starych dokumentów i pism znajdujących się w zamku i kościele.
                Przed 1874 roku okoliczni mieszkańcy chowani byli na jeszcze jednym cmentarzu katolickim, który znajdował się tuż obok dzisiejszej szkoły podstawowej nr 1 (ceglasty budynek przy ul. Marka Prawego). Stał przy nim niewielki kościół św. Krzyża. Jego historia sięga czasów, w których powstawało miasto. Wtedy w tej okolicy znajdowały się domy, które były częścią wsi Strzelce Polskie. Gdy pod koniec XVII w wybuchła w mieście zaraza w krótkim czasie pochowano tutaj aż 115 ludzi. Cmentarz się rozszerzał, ale wierni przez lata nie łożyli pieniędzy na jego utrzymanie. Doprowadziło to do sytuacji, że w połowie XIX wieku miejsce to było tak zaniedbane, że ludzie nie chcieli już tutaj chować swoich bliskich. W równie złym stanie był kościół św. Krzyża.
                W 1874 r. władze miasta nakazały rozebrać świątynię, a w 1898 r. wybudowano w tym miejscu szkołę. Co ciekawe w 1945 r. na terenie placu szkolnego Rosjanie pochowali swoich żołnierzy, którzy zmarli w lazarecie znajdującym się w budynku szkoły. W czasie prac porządkowych w latach 70. robotnicy wykopali ludzkie kości oraz przedmioty pochodzące z czasów wojny: guziki, klamry i wojskowe odznaczenia.
                Miejsca tego nie należy mylić z cmentarzem ewangelickim, którego pozostałości można oglądać przy ulicy Marka Prawego. Do dzisiejszych czasów przetrwało tam jedynie kilka nagrobków. Wśród ważniejszych osobistości, które tutaj spoczęły jest m.in. Johann Heinrich Bruns, który w latach 1736-1792 był w mieście lekarzem. Pomógł wielu mieszkańcom w czasie choroby. Był przez ludzi ceniony na tyle, że po jego śmierci ustawili oni pamiątkowy nagrobek, na jego cześć. Ufundował go hrabia Phillipp Colonna. Na tym cmentarzu pochowani zostali także rodzice niemieckiego poety Gustawa Freytaga, którzy zmarli w 1858 (ojciec) i 1855 r. (matka).
                Ale to nie wszystkie cmentarze, które istniały w mieście. Jeden z nich znajdował się niegdyś przy ulicy Powstańców Śląskich na terenie boiska "budowlanych”. Była to nekropolia należąca do miejscowego zakładu karnego nr 1, a chowano tutaj więźniów, którzy nie przeżyli surowych warunków, jakie tutaj panowały. Dyrektor więzienia miał mówić skazanym, że w przypadku śmierci i tak nie uwolnią się od tego miejsca, a ich ciało na zawsze spocznie w więzieniu. Pokazywał im przy tym mały cmentarz, który był na terenie zakładu.
                Ostatecznie po 1945 r. cmentarz został zlikwidowany, a władze miasta zdecydowały o utworzeniu w tym miejscu boiska sportowego.
                W Strzelcach znajdował się jeszcze cmentarz żydowski, który umiejscowiony był obok zakładów braci Prankel w pobliżu dzisiejszego Banku Spółdzielczego, na terenie gdzie znajduje się dziś parking i kawałek zieleni.
                Cmentarz powstał prawdopodobnie w pierwszej połowie XIX w. i istniał do lat 40. XX wieku. Znajdował się tam dom bractwa pogrzebowego ,,Chewra Kadisza”, a chowano w tym miejscu Żydów żyjących w mieście i okolicznych wsiach. Wiadomo, że w 1831 r. i 1837 pochowano tutaj zmarłych na cholerę z Leśnicy. W 2009 roku przypadkowo odnalezione zostały dwie macewy żydowskie. Według zachowanych płyt nagrobnych należały one do zmarlych: Ischaka Steinitza (ur. 1876 r.) i Salo Rosenbauma (ur. 1853) r. W czerwcu 1943 r. teren cmentarza żydowskiego został przejęty przez Gestapo. Prawdopodobnie już wtedy rozpoczęła się jego likwidacja, a nagrobki z cennego kamienia były sprzedawane. Po II wojnie światowej gmina żydowska zniknęła z miasta, a nikomu niepotrzebny cmentarz został rozebrany. Władze miejskie nakazały go zlikwidować w latach 60. ubiegłego stulecia.

                Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii.
                • berncik Ciemne interesy strzeleckich karczmarzy 07.02.14, 20:51
                  https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20131019&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=131019396&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                  Tak wyglądały niegdyś karczmy w powiecie strzeleckim. Ta stała w Jemielnicy jeszcze w latach 20. ubiegłego stulecia.
                  Dla zwiększenia zysków właściciele lokali świadomie rozpijali okolicznych mieszkańców i działali na niekorzyść wsi. Właściciele ziemscy nie protestowali, bo mieli z tego tytułu zyski.
                  Przeczytaj więcej
                  Jedna z najdziwniejszych karczm działała w XIX wieku w Piotrówce. W czasie, gdy we wsi nie było jeszcze kościoła, miejscowy karczmarz urządzał w swoim lokalu spotkania, podczas których... czytał fragmenty Pisma Świętego. Karczmarz modlił się przy tym i wygłaszał różne kazania niczym pastor. Po odprawionych modlitwach zmieniał szaty i... jak gdyby nigdy nic, stawał za barem, żeby nalewać gościom alkoholowe trunki, licząc przy tym zyski.

                  W nietypowych spotkaniach ludzie nie widzieli niczego złego - byli wręcz przekonani, że robią dobrze. Modlitwy w karczmie im odpowiadały, bo formalnie wierni z Piotrówki należeli wtedy do protestanckiej parafii tzw. Braci Czeskich w Grodźcu pod Ozimkiem. Żeby dostać się tam na mszę trzeba było pokonać bryczką ok. 20 kilometrów, co na ówczesnych bezdrożach było dosyć uciążliwe. Co prawda, do Piotrówki od czasu do czasu przyjeżdżali pastorzy, żeby w jednym z domów odprawiać msze lub udzielić chrztu, ale robili to zaledwie kilka razy do roku.

                  Modlitwy w karczmie trwały wiele lat. Sprzeciwili im się prawdopodobnie dopiero duchowni, którzy przybyli do Piotrówki pod koniec XIX wieku, do nowo wybudowanego kościoła. Jego poświęcenie nastąpiło dokładnie 21 grudnia 1892 r.

                  Ale w Piotrówce był jeszcze jeden karczmarz, który zarabiał w mało moralny sposób. Na nazwisko miał Rybař i poza własną gospodą miał we wsi jeszcze zakład pogrzebowy. Ludzie, którzy musieli zorganizować pogrzeb w rodzinie kupowali u Rybařa usługę wiązaną - po pochówku musieli zorganizować stypę u niego w lokalu, a karczmarz zarabiał na sprzedaży alkoholu. Stanowczo sprzeciwił się temu pastor Max Muller, który przybył do Piotrówki na początku XX wieku.

                  Zyski karczmarzy musiały być w owych czasach spore - byli to na wsiach zamożni ludzie, podobnie jak np. kowale, młynarze, rzeźnicy. By ich interes nie stracił na znaczeniu, często zabiegali o względy miejscowych włodarzy. Tak było choćby w przypadku właściciela gospody Adolfa Adamtza z Grodziska, który organizował zabawy, wesela, a na co dzień goście mogli zagrać u niego w bilard.

                  Pewnego dnia dowiedział się, że władze chcą wybudować nową drogę łączącą jego wieś z sąsiednim Kadłubem. Miała ona omijać Grodzisko, biegnąc od Dołków, przez pola w kierunku dzisiejszego cmentarza parafialnego. To oznaczało, że przejezdni nie zatrzymywaliby się więcej w gospodzie u Adamtza. W związku z tym karczmarz postanowił ponegocjować z włodarzami. Jego starania okazały się na tyle skuteczne, że planowana droga nigdy nie powstała.

                  Czy miejscowi właściciele ziemscy wiedzieli o niemoralnych interesach karczmarzy? Prawdopodobnie tak, ale zupełnie nie zaprzątali sobie tym głowy. To dlatego, że z takich lokali czerpali ogromne zyski i to nie tylko w formie podatku. Dla przykładu Christek Gomolla, właściciel gospody z Rozmierzy, ok. 1807 roku został zobowiązany przez hrabiego do płacenia gigantycznego podatku, który przekazywany był na spłatę wojennych kontrybucji. Na dodatek zobowiązał go do kupowania w ciągu roku co najmniej 21 beczek piwa oraz 21 wiader gorzałki, które wytwarzane były w hrabiowskiej warzelni w sąsiedniej Rozmierce. W tym akurat przypadku obciążenia były tak duże, że karczmarz z trudem wiązał koniec z końcem.

                  Wiejskie karczmy często stawały się przyczyną rodzinnych tragedii i doprowadziły do alkoholizmu wiele osób. W latach 40. XIX w z plagą pijaństwa na Śląsku oraz powiecie strzeleckim postanowił walczyć kościół. Duchowni zakładali bractwa wstrzemięźliwości i zachęcali ludzi do trzeźwego życia. W Strzelcach działał w tym kierunku proboszcz Johannesa Madeya. Natomiast w Jemielnicy w walkę z alkoholizmem zaangażował się wikariusz Benedykt Suchana, który odnosił nawet spore sukcesy. Sytuacja we wsi zmieniła się, gdy w 1901 roku proboszczem parafii został ks. Josef Grund. Z jednej strony zachęcał on wiernych, by nie sięgali po alkohol. Z drugiej strony ksiądz kupił w sąsiednich Warmątowicach... karczmę dla swoich bliskich, bo chciał zapewnić im źródło utrzymania. Ks. Josef Grund został odwołany z prowadzenia parafii pod koniec 1921 roku. Opuścił wtedy Jemielnicę i przeniósł się do Polski, gdzie dalej propagował trzeźwość.

                  Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                  • berncik Chłopi na ziemi strzeleckiej. Pracowali na siebie, 11.02.14, 20:19
                    Chłopi na ziemi strzeleckiej. Pracowali na siebie, pana i duchownych
                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130929&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130929399&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                    Drewniane chaty kryte słomą to domena wsi na Śląsku. Część takich domów przetrwała do XX wieku i była zamieszkiwana przez ludzi.
                    Ziemia strzelecka. Właściciele ziemscy wymyślali przeróżne formy podatków. "Płacidłem” były m.in. świnie, jajka, kury, gęsi, itp. Kto nie miał niczego - musiał odpracować w polu pańszczyznę.
                    Rodzaj podatku zależał przede wszystkim od tego, do kogo należały ziemie. Ponieważ nie było przepisów, które regulowałyby te kwestie, każdy z właścicieli wymyślał swoje opłaty.

                    W Jemielnicy przeważały tereny, którymi władał klasztor cystersów. Zakonnicy dostali je jeszcze w XIII w. od ówczesnego księcia opolskiego Bolka I oraz jego syna Alberta strzeleckiego, a obejmowały one lasy, pastwiska, łąki i pola. Cystersi nie uprawiali ziemi własnymi rękami - angażowali do tego miejscowych chłopów. Ci najbiedniejsi pracowali w folwarku, który był potężnym gospodarstwem działającym w pobliżu klasztoru. Wiadomo, że w 1631 r. na folwark składały się spichlerze, stodoły, stajnie, obory, owczarnia i pomieszczenia dla czeladników. Pracy było tam sporo, o czym świadczy choćby spis inwentarza z 1723 roku, z którego wynika, że hodowano tam 375 owiec, 60 baranów, 14 krów i 2 świnie, a chłopi mieli do obrobienia potężne obszary pól z ziemią niskiej klasy. Obsługę folwarku stanowili m.in.: rządca, owczarze, stróż od koni, woźnica, stajenny, pastuch, trzech parobków, trzy dziewki i trzech chłopców.

                    Pracowało tam także szesnastu zagrodników oraz jedenastu chłopów odpowiedzialnych za młócenie zbóż. Za swoją pracę dostawali oni zapłatę w formie pieniędzy (choć były to głodowe stawki) lub zapłatę w formie natury np. jedzenie, płótna na odzież i buty. Podatkiem była w tym przypadku pańszczyzna, czyli darmowa praca w wyznaczonym czasie np. jeden dzień w trakcie sianokosów i sześć dni w trakcie żniw.

                    Bardziej zamożni chłopi mogli dzierżawić ziemię bezpośrednio od zakonników. Płacili za to czynsz w postaci 6 lub 16
                    groszy w zależności od wielkości i klasy ziemi. Jeżeli podatek przewyższał ich możliwości finansowe, płacili go w naturze oddając część zebranych plonów - zazwyczaj było to 12 korców zbóż (pojemnik o pojemności ok. 50 litrów). Czynsz był oddawany dla klasztoru w ustalonych zwyczajowo terminach: na św. Michała (29 września) i na św. Marcina (11 listopada) oraz czasami jeszcze na św. Jerzego (23 kwietnia). Poza świadczeniami podstawowymi duchowni życzyli sobie także dodatkowych składek - zwanych honorami - w czasie Bożego Narodzenia, Wielkanocy i Zielonych Świątków. Najbogatsi gospodarze musieli ponadto oddać od 1 do 3 kur, 15 do 30 jajek, 1 lub 2 sery.

                    Nie wszyscy klepali jednak biedę w feudalnej rzeczywistości. W znacznie lepszej pozycji byli chłopi , którzy dziedziczyli ziemię na własność oraz rzemieślnicy jak np. młynarze lub kowale. Dobrze ustawiony był także sołtys. Pierwszym znanym z imienia sołtysem Jemielnicy był Piotr, który stał na czele wsi, był przedstawicielem klasztoru oraz pełnił funkcję wiejskiego policjanta. Odpowiadał on za pobieranie dla klasztoru czynszów, za co brał prowizję w wysokości 1/6. Sołtysowi podlegał ponadto sąd sołecki, który zajmował się rozpatrywaniem drobnych sporów. Ponadto sołtys zwoływał zebrania wiejskie, w trakcie których omawiano bieżące sprawy i podejmowano różne decyzje. Sołtysi nie musieli odprawiać pańszczyzny. Mieli za to wiele przywilejów. Dla przykładu sołtys Wawrzyniec Pandli z Jemielnicy otrzymał 6 stycznia 1648 roku dokument, w którym duchowni pozwolili mu zbudować młyn o jednym kole i pobierać drewno na opał z lasu klasztornego. W zamian musiał płacić duchownym czynsz od posiadanych krów i dostarczać raz do roku do klasztoru daninę w postaci dwóch tłustych kur oraz 15 jaj.
                    • berncik Re: Chłopi na ziemi strzeleckiej. Pracowali na si 11.02.14, 20:21

                      https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20130929&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=130929399&Ref=V2&border=0&MaxW=580Podatek płacony był klasztorowi na św. Michała (29 września), na św. Marcina (11 listopada) oraz czasem na św. Jerzego (23 kwietnia).
                      Ale nie tylko na wsi ludzie płacili podatki. Przykładowo w XVI wieku w Strzelcach rzeźnicy byli zobowiązani dostarczać władcy każdego roku cztery kamienie łoju. Na jego żądanie musieli przywozić na zamek także wołowinę. Władca, co prawda, płacił za nią 1 srebrny grosz, ale mógł wziąć tyle mięsa, ile chciał. Rzeźnicy byli też zobowiązani dostarczać na święta wielkanocne dwa ubite cielęta oraz serca z krogulców i jastrzębi. Musieli być też do dyspozycji, gdy władca chciał urządzić na zamku świniobicie. W zamian dostawali jednak 4 kwarty piwa i chleb za ubicie każdej świni. W formie rekompensaty mogli także polować w miejscowych lasach.

                      Dodatkowym podatkiem byli obciążani mieszkańcy Strzelec, którzy decydowali się wytwarzać i sprzedawać alkohol. Można to było robić zupełnie legalnie: warzyć piwo oraz wytwarzać wino i gorzałkę pod warunkiem uzyskania pozwolenia. W 1581 roku podatek od takiej działalności wynosił 1 talar i 12 groszy, co dla mieszczan musiało być "znośną” sumą, ponieważ opłacała go większość domostw.

                      Choć mieszczanie nie musieli odprawiać pańszczyzny, to czasami dotykały ich całkiem absurdalne opłaty. Dla przykładu szewc, który wstępował do cechu musiał... do roku czasu znaleźć sobie żonę. Jeżeli nie wywiązał się z "obowiązku”, to płacił karę w postaci jednego kamienia wosku i jednej beczki piwa. Zdarzało się także, że mieszczanie byli zaciągani do darmowego pilnowania miejskiej bramy. Choć nie wiązało się to z fizycznym wysiłkiem, to był to uciążliwy obowiązek.

                      Życie chłopów na ziemi strzeleckiej zaczęło się zmieniać po 1810 roku. Od tego czasu w państwie pruskim rozpoczęto bowiem stopniowe znoszenie pańszczyzny. W przypadku Jemielnicy w 1810 roku król pruski zdecydował ponadto o likwidacji klasztoru cystersów i przejęciu całego majątku.

                      Zakonnicy zostali stąd wypędzeni, a w klasztorze powstał lazaret dla rannych i chorych żołnierzy francuskich uczestniczących w wyprawie Napoleona na Rosję i w bitwie nad Kaczawą. Ziemię przekazano wtedy na własność chłopom, którzy w 1817 roku zostali zwolnieni oficjalnie z pańszczyzny.

                      Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                      • berncik Ferdinand von Richthofen. Wybitny geograf urodzony 14.02.14, 18:29
                        Ferdinand von Richthofen. Wybitny geograf urodzony w Pokoju
                        Ferdinand von Richthofen był jednym z najsłynniejszych niemieckich geografów, znakomitym znawcą cesarstwa chińskiego. Wprowadził do nauki m.in. pojęcie jedwabnego szlaku.
                        https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20131017&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=131019549&Ref=AR&border=0&MaxW=580
                        Sympatyczny i skromny Ferdinand von Richthofen nie dożył starości. Mieszkańcy Pokoju już za jego życia uważali go za najwybitniejszą postać urodzoną w tej miejscowości. 7 czerwca 2012 odsłonięto ku jego czci pamiątkowy postument



                        Urodził się 5 maja 1833 r. w Pokoju, więc w tym roku minęła 180. rocznica jego urodzin. Dawni i obecni mieszkańcy Pokoju, niegdyś wspaniałej rezydencji królów i książąt wirttemberskich, spokrewnionych z carycą Marią Fiedorowną uważają, że Ferdinand von Richthofen jest największym synem Pokoju.

                        Gwoli prawdy historycznej dodać trzeba, że urodził się w tej miejscowości raczej przypadkowo. Richthofenowie posiadali bowiem dobra na Dolnym Śląsku, ich siedzibą była Snowidza w powiecie jaworskim.

                        Odziedziczył ją Karl Richthofen, ojciec przyszłego uczonego, który zakochał się Ferdinande von Kulisch, której przodek był majorem w regimencie huzarów księcia Eugena von Württemberg, i w 1788 roku otrzymał szlachectwo.

                        Ferdinande von Kulisch była dwórką wirttemberskich księżnych - najpierw Mathilde, a po jej śmierci - Helene. Mówiono, że po śmierci pierwszej żony książę darzył piękną dwórkę wielkimi względami, podobno miał wobec niej poważne zamiary, jednakże zwyciężyła racja stanu i ożenił się z kobietą ze swojej warstwy.

                        Ferdinande niebawem wyszła za mąż za Ferdinanda Karla von Richthofena, który nabył od książąt wirttemberskich majątek w Eckersdorf (obecnie Biestrzykowice), oddalony od Pokoju o ok. 13 km. Ferdinande, będąc w ciąży, udała się do Pokoju, gdzie jej matka Johanna Henrietta z domu von Koschitzky była damą dworu. Ferdinande miała więc zapewnioną bardzo dobrą opiekę nadwornych lekarzy.

                        Dodajmy, że z sześciorga dzieci Richthofenów jedynie przyszły uczony urodził się w książęcej miejscowości, w domu, który przetrwał do 1945 r. przy obecnej ul. Namysłowskiej. Chrzest odbył się 23 maja w ewangelickim kościele Zofii i był wyjątkowy.

                        Jak o tym informował zapis w księdze chrztów (spłonęła w 1945 r.) noworodek miał aż jedenaścioro chrzestnych, wśród których była Jej Królewska Wysokość księżna Helene von Württemberg z domu księżna Hohenlohe-Langenburg, Jej Wysokość księżniczka Marie von Württemberg, Jej Ekscelencja generałowa Eudoksja von Molostwoff z domu Gowaliczin i inni znakomici arystokraci. Ponieważ ojciec Ferdinanda przeszedł na katolicyzm, przyszły uczony został wychowany w wierze katolickiej.

                        W 1844 roku, ku rozczarowaniu całej rodziny, Karl von Richthofen sprzedał Snowidzę i na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu kupił dom i dwa majątki. Wtedy zarówno dzieci jak i rodzice o mało nie stracili życia: woda na wyspie była zatruta i Rochthofenowie groźnie zachorowali na tyfus.

                        Ferdinand początkowo pobierał nauki u prywatnych nauczycieli, a potem uczęszczał do katolickiego gimnazjum w stolicy Dolnego Śląska. Od 1850 r. studiował na Uniwersytecie Wrocławskim geologię, chemię, fizykę i mineralogię. Studia kontynuował w Berlinie. Ukończył je doktoratem w 1856 r. i podjął pracę w Państwowym Zakładzie Geologicznym w Wiedniu, równocześnie prowadząc zajęcia na tamtejszym uniwersytecie. Prowadził także badania geologiczne w południowym Tyrolu i w Siedmiogrodzie. To wtedy odkrył, że Dolomity są skamieniałymi rafami koralowymi.

                        Będąc geografem i geologiem, odbywał liczne wyprawy naukowe. 12 lat wędrował przez Azję i Amerykę. Jako członek jednego z pruskich towarzystw handlowych w latach 1860-1862 zwiedził Cejlon (Sri Lanka), Japonię, Formozę (dziś Tajwan), Filipiny, Syjam, Indonezję i Jawę. Na Jawie spenetrował obszary, których dotąd nikt nie znał. Interesowały go szczególnie skały wulkaniczne. Odbył podróż z Bangkoku do Zatoki Bengalskiej. Następnie udał się do Kalifornii i Sierra Nevada, tu w latach 1862-1868 prowadził badania geologiczne.

                        W 1868 r. wrócił do Azji i poświęcił się badaniom Chin. Przebywał tam do 1872 r. Poznał dogłębnie 13 z 18 prowincji tego kraju. W październiku 1871 r. wyruszył z Pekinu w ostatnią podróż, wiodącą wzdłuż rzeki Fen He do Czengdu. Chciał dotrzeć do Kantonu, ale za Czengdu ekspedycję napadnięto i obrabowano, więc Richthofen przerwał wyprawę i przez Kotlinę Syczuańską wzdłuż rzeki Jangcy dotarł do Szanghaju. Głównym celem wyprawy było zlokalizowanie chińskich złóż węgla. W jego wyprawach do Chin uczestniczyli również misjonarze.

                        Po powrocie do Niemiec w Richthofen został prezesem Towarzystwa Geograficznego (Gesellschaft für Erdkunde zu Berlin), profesorem geografii w Bonn, następnie profesorem na Uniwersytecie w Lipsku, a od 1886 r. w Berlinie. W 1889 r. został członkiem Królewskiej Pruskiej Akademii Nauk. W latach 1903-1904 był rektorem Uniwersytetu Berlińskiego.

                        Był jednym z pierwszych niemieckich podróżników, który rozumiał, jak dla własnej pracy naukowej wykorzystać rozpoczynającą się ekspansję kolonialną. Jego najważniejsze prace dotyczą budo-wy geologicznej i geografii Chin.

                        Są to: wydana w latach 1877-1912 7-tomowa monografia Chin pt. “China. Ergebnisse eigener Reisen und darauf gegründeter Studien” (Chiny. Wyniki podróży i oparte na nich studia) wraz z atlasem; “Führer für Forschungsreisende” (Przewodnik dla badaczy, 1886), “Geomorphologische Studien aus Ostasien” (Studia geomorfologiczne Azji Wschodniej, 1901-1903). Również “Führer für Forschungsreisende” (Przewodnik dla badaczy-podróżników) zawiera mnóstwo wiadomości na tematy geomorfologiczne, dzięki czemu Ferdinand von Richthofen zyskał tytuł “ojca geomorfologii”.

                        To on wprowadził do nauki termin abrazja morska. Ważnym osiągnięciem Richthofena jest też postawienie tezy o pochodzeniu skał: twierdził, że skała powstaje w wyniku wietrzenia w klimacie tropikalnym.

                        Przed powołaniem na profesora zwyczajnego uniwersytetu w Bonn, ożenił się z Irmgardą von Richthofen, swoją daleką kuzynką. Małżeństwo pozostało bezdzietne. Mimo to był człowiekiem bardzo rodzinnym, z wielkim ciepłem odnosił się do dzieci swojego rodzeństwa. Ze wzruszającą czułością traktował swoją owdowiałą matkę, będąc jej podporą. Gdy ze względu na wiek trudno było jej poruszać się, z największą troskliwością pomagał jej chodzić.

                        Zapamiętano go jako człowieka o bardzo dobrym charakterze. Podobno nigdy nie wypowiedział o innych negatywnego zdania. Będąc uznawanym uczonym, autorytetem w zakresie geografii i geologii, był człowiekiem skromnym, jak gdyby nie uświadamiał sobie swojej wielkości. Gdy mu na to zwrócono uwagę, zapytał zdziwiony: a cóż ja takiego dokonałem? Był bardzo pracowity. Pracował do późnych godzin nocnych, zasypiał zazwyczaj po północy, a o ósmej rano wypijał już kawę i palił cygaro.

                        Następnie pracował do południa. Wtedy przerywał pracę i szedł do instytutu na zajęcia ze studentami.

                        Nie stronił od towarzystwa. Chętnie przyjmował w domu nie tylko krewnych i przyjaciół, ale także studentów. Po kolacji zapraszał gości do gabinetu, którego ściany po sufit wypełniały półki z książkami, a w środku stał pulpit (pisał przy nim na stojąco).

                        Z wyraźnym zadowoleniem pokazywał swoje interesujące zbiory przywiezione z wypraw do Azji. Nie dbał o zaszczyty. Odznaczenia, ordery, wyróżnienia nie miały dla niego znaczenia. Był roztargniony. Zdarzyło mu się, że zapomniał, iż cesarz zaprosił go na śniadanie. Gdy sobie o tym przypomniał, było już za późno…

                        Studenci go uwielbiali. Traktował ich po ojcowsku, z troską. Zawsze służył radą i cieszył się każdym sukcesem swoich wychowanków. Wykształcił wielu wybitnych uczonych, m. in. Svena Hedina, Ericha von Drigalskiego, Georga Wegenera, Ernsta Tiessena, Artura Bersona, Wilhelma Sieversa.

                        Był człowiekiem wysokiego wzrostu, miał niebieskie oczy i symp
                        • berncik Cztery stulecia pielgrzymowania 23.03.14, 18:37
                          https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20131222&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=131229961&Ref=AR&border=0&MaxW=666

                          Wierni, którzy chcieli wspólnie modlić się na Górze św. Anny w czasach nieprzychylnych kościołowi, musieli zdobyć na to pozwolenie. Złożenie wniosku wiązało się z opłatami.
                          Pierwsze informacje o pielgrzymkach, w których uczestniczyli mieszkańcy Strzelec i okolicznych wsi, sięgają XVII wieku. Wtedy wierni modlili się przede wszystkim na Jasnej Górze.
                          Wiadomo, że pielgrzymki w tamte strony zapoczątkowali jemielniccy cystersi, którzy w 1660 roku przywieźli stamtąd polski ewangeliarz. Piesze wyprawy organizowano w grupach 50-200 osobowych.

                          Marsz po ówczesnych bezdrożach musiał być znacznie bardziej wyczerpujący niż w dzisiejszych czasach (powrót także był na piechotę, a pielgrzymowanie samochodami i autobusami zaczęło się dopiero w okresie międzywojennym).
                          Zdarzało się, że ludzie przeceniali swoje możliwości, co kończyło się tragicznie. W księdze parafialnej z Jemielnicy w 1758 roku zakonnik odnotował pogrzeb Marianny Zagrodowej. Napisał: "powróciwszy z Jasnej Góry, zmarła nagle w nocy”. 20 lipca 1766 r. w wieku 45 zmarła Hedwig Wojaczkowa z Gąsiorowic, która także wcześniej była na pielgrzymce na Górze św. Anny.
                          Parafianie z Jemielnicy po raz pierwszy wyruszyli na Górę św. Anny na obchody kalwaryjskie 14 września 1764 r. W następnym roku wierni wybrali się już na dwie uroczystości: Zesłanie Ducha Świętego i Podwyższenie Krzyża.
                          Ponieważ trasy jak na Górę św. Anny nie traktowane były jako specjalny wyczyn, do tego sanktuarium wyruszały nawet kobiety w zaawansowanej ciąży. W 1776 roku proboszcz z Wysokiej ochrzcił dziecko, które urodziło się podczas jednej z takich pielgrzymek. Syn Franciszki i Matheusa Mendli z Jemielnicy dostał na imię Johann.
                          Od listopada 1810 r. pielgrzymowanie w państwie pruskim zostało zahamowane z powodu niechęci władz do duchownych i dążenia do usunięcia religii z życia ludzi. W związku z tym cystersi i franciszkanie musieli opuścić swoje zakony. Mimo tego wierni nadal pielgrzymowali na Górę św. Anny, choć już bez duchownych. Franciszkanie wrócili na Górę św. Anny dopiero w 1859 r. Ale zaledwie 16 lat później znów musieli ją opuścić, po tym jak Otto von Bismarck rozpoczął walkę z kościołem.
                          W czasie I wojny światowej i powstań śląskich ruch pielgrzymkowy nie zamarł, a wręcz się wzmocnił. Dopiero w lipcu 1939 r. zakazano głoszenia kazań w języku polskim, a w 1940 r. pielgrzymki zostały zakazane przez hitlerowskie władze.
                          W czerwcu 1941 r. franciszkanie zostali wygnani z Góry św. Anny, co było częścią przygotowań do zmiany charakteru tego miejsca. Plany NSDAP zakładały m.in. przemianowanie nazwy miejscowości na "Góra Przodków” (z Annaberg na Ahnenberg), by wytworzyć kult o żołnierzach niemieckich poległych we wcześniejszych wojnach. Ostatecznie nie doszło to jednak do skutku. W czasie II wojny światowej ludzie nadal przychodzili się tutaj modlić, lecz nie w grupach zorganizowanych, a w pojedynkę.
                          Po zakończeniu wojny, w czasach PRL-u, władza bardzo utrudniała pielgrzymowanie. Żeby wybrać się w grupie na Górę św. Anny, potrzebne było specjalne zezwolenie. Władza często odmawiała jego wydania tłumacząc, że procesje zagrażają bezpieczeństwu i porządkowi publicznemu. Co ciekawe, pobierano przy tym opłatę stemplową, która w latach 50-tych wynosiła 12 złotych.
                          Mimo tego w pielgrzymkach uczestniczyło nawet 500 osób. W 1954 r. i 1962 r. władze nie zgodziły się na organizację pielgrzymki. Wierni wyruszyli więc na Górę św. Anny w pojedynkę, a w kolejnych latach śpiewali "prowokacyjne” pieśni - gdy przechodzili w Strzelcach Opolskich przez ul. Marka Prawego, obok komitetu PZPR śpiewali "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud”, co miało być prztyczkiem pod adresem komunistów, natomiast na górce między Jemielnicą a Szczepankiem śpiewali natomiast po niemiecku "Oberschlesien ist mein liebes Heimatland”, co było surowo zabronione.
                          Najważniejszą pielgrzymką dla miejscowych parafian była ta z 21 czerwca 1983 r. Wtedy na Górze św. Anny parafianie uczestniczyli w nieszporach z udziałem papieża Jana Pawła II.

                          Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                          Wykorzystano fragmenty pracy magisterskiej autorstwa Józefa Jałowego pod kierunkiem ks. Rudolfa Pierskały.
                          • heli34 Re:Kaj dioboł ni może tam Ślonzoka pośle. 23.03.14, 19:31

                            Wiedzieliście,że Emin Pasza lekarz,podróżnik,polityk w służbie imperium tyreckiego i inkszych mocarstw zaintereswanych Kontynentem Afrykańskim. Biolog i geograf,badacz afrykańskej fauny i flory
                            boł z pochodzynio Ślonzokym.
                            pl.wikipedia.org/wiki/Mehmed_Emin_Pasza
                            • berncik Jak gestapo zaszczuło hrabinę Muriel White 27.03.14, 11:18
                              https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20131124&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=131129764&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                              Tak wyglądały pałacowe komnaty w Dobrej przed wojną. W 1945 roku pałac został zniszczony. (fot. Reprod. DIM, ze zbiorów P. Smykały)
                              Jak gestapo zaszczuło hrabinę Muriel White
                              Był 15 marca 1943 roku, kiedy hrabina Muriel White zdecydowała się wyskoczyć z okna w pałacu w Dobrej, by popełnić samobójstwo. Nie wytrzymała presji wywieranej przez niemiecką tajną policję.
                              Ta historia wydarzyła się w czasie II wojny światowej i połączyła losy trzech osób. Wszystko zaczęło się jednak nieco wcześniej. 29 kwietnia 1909 roku hrabia Hermann Seherr-Thoss poślubił w Paryżu Muriel White - córkę amerykańskiego dyplomaty, którego rodzina przebywała w tym czasie we Francji. Szczęśliwa para wyjechała w rodzinne strony hrabiego i zamieszkała początkowo w Rozkochowie.

                              Po tym jak hrabia odziedziczył posiadłość w Dobrej, małżonkowie przeprowadzili się do tamtejszego pałacu. Niedługo po tym urodziła im się trójka dzieci: córka i dwoje synów. Okoliczni mieszkańcy zapamiętali hrabinę Muriel jako osobę wrażliwą na ludzką biedę. Hrabia Hermann wpisał się natomiast do historii Rozkochowa jako założyciel tamtejszej straży pożarnej. Dbał o swój majątek i sporo uwagi poświęcał pielęgnacji pałacu w Dobrej.

                              W 1914 roku do pałacu przybyła Balbina, 14-letnia dziewczyna z Rozkochowa, która szukała pracy, żeby zarobić na utrzymanie siebie i wspomóc rodzinę. Początkowo skierowano ją do pracy w polu i stodole. Ale gdy pewnego dnia zauważyła ją starsza pani Toss (matka Hermanna), stwierdziła, że tak ładna dziewczyna nie powinna ciężko pracować fizycznie, i skierowała ją do pałacowej kuchni. Młoda Balbina (zwana w pałacu także Albiną) była lubianą osobą. Rodzina von Toss traktowała ją z szacunkiem, a ona sama starała się wypełniać obowiązki najlepiej jak mogła. Z czasem awansowała na szefową kuchni.

                              Sielskie życie hrabiowskiej rodziny zakłóciła zbliżająca się II wojna światowa. W hrabiowskich kręgach sporo dyskutowało się o polityce, a rodzina von Toss, pamiętając okrucieństwa I wojny światowej, przeczuwała, że kolejny konflikt nie przyniesie niczego dobrego. W 1937 r. Muriel i Hermann zdecydowali, że dla bezpieczeństwa wyślą dzieci do rodziny w USA. W tym czasie trójka potomstwa była już pełnoletnia, więc w razie wybuchu wojny synowie byliby wysłani na front.

                              Wybuch wojny światowej zbliżył do siebie hrabinę Muriel z Balbiną, które się zaprzyjaźniły - ta druga wyszła w międzyczasie za mąż za Karola Jenka, który był stajennym, i z którym miała trójkę dzieci. Hrabina wielokrotnie opowiadała Balbinie, że czuje się zaszczuta przez gestapo, które w czasie wojny bardzo często nachodziło ją w pałacu. Funkcjonariusze tajnej policji domagali się, by sprowadziła z powrotem do III Rzeszy swoje dzieci. Hrabina twierdziła, że jest śledzona, a po ogrodzie kręcą się obcy ludzie - z tego powodu większość czasu spędzała w pałacowych komnatach. Najbardziej bała się, że zostanie wywieziona do obozu koncentracyjnego.

                              15 marca 1943 roku załamała Muriel White weszła na drugie piętro pałacu i wyskoczyła z okna znajdującego się przy wieżyczce popełniając samobójstwo. Pracownicy pałacu przyznali po latach, że hrabina zdecydowała się na taki desperacki krok w momencie, gdy zauważyła samochód gestapo przed głównym wejściem.

                              W czasie pogrzebu służba rzewnie opłakiwała śmierć hrabiny. W dniu pochówku droga z pałacu do kościoła we wsi zostałą wyłożona czerwonymi dywanami. Hrabina spoczęła w rodzinnej krypcie. W styczniu 1945 roku hrabia Hermann - wdowiec po Muriel - zdecydował, że trzeba uciekać przed sowieckim frontem, który lada dzień miał przedostać się na drugi brzeg Odry.

                              Co ciekawe, hrabia podjechał wtedy bryczką pod dom Balbiny i zaproponował, żeby zabrała trójkę dzieci i uciekła razem z nim do Austrii (w tym czasie jej mąż był na froncie). Balbina nie zgodziła się jednak, bo poza swoimi dziećmi miała jeszcze pod opieką trójkę innych, a wszyscy nie zmieściliby się w bryczce. Wiadomo, że hrabia złożył podobną propozycję innej kobiecie we wsi, która ją przyjęła. Później została ona nową żoną hrabiego. Balbina przeżyła wojnę o do śmierci mieszkała w rodzinnej wsi.

                              Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                              Wykorzystano fragmenty z publikacji "Dobra przez VII wieków” autorstwa Erwina Filipczyka i ks. Norberta Zawilaka.
                              • berncik Ciemne interesy strzeleckich karczmarzy 04.04.14, 20:49
                                https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20131019&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=131019396&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                                Tak wyglądały niegdyś karczmy w powiecie strzeleckim. Ta stała w Jemielnicy jeszcze w latach 20. ubiegłego stulecia.
                                Dla zwiększenia zysków właściciele lokali świadomie rozpijali okolicznych mieszkańców i działali na niekorzyść wsi. Właściciele ziemscy nie protestowali, bo mieli z tego tytułu zyski.

                                Jedna z najdziwniejszych karczm działała w XIX wieku w Piotrówce. W czasie, gdy we wsi nie było jeszcze kościoła, miejscowy karczmarz urządzał w swoim lokalu spotkania, podczas których... czytał fragmenty Pisma Świętego. Karczmarz modlił się przy tym i wygłaszał różne kazania niczym pastor. Po odprawionych modlitwach zmieniał szaty i... jak gdyby nigdy nic, stawał za barem, żeby nalewać gościom alkoholowe trunki, licząc przy tym zyski.

                                W nietypowych spotkaniach ludzie nie widzieli niczego złego - byli wręcz przekonani, że robią dobrze. Modlitwy w karczmie im odpowiadały, bo formalnie wierni z Piotrówki należeli wtedy do protestanckiej parafii tzw. Braci Czeskich w Grodźcu pod Ozimkiem. Żeby dostać się tam na mszę trzeba było pokonać bryczką ok. 20 kilometrów, co na ówczesnych bezdrożach było dosyć uciążliwe. Co prawda, do Piotrówki od czasu do czasu przyjeżdżali pastorzy, żeby w jednym z domów odprawiać msze lub udzielić chrztu, ale robili to zaledwie kilka razy do roku.

                                Modlitwy w karczmie trwały wiele lat. Sprzeciwili im się prawdopodobnie dopiero duchowni, którzy przybyli do Piotrówki pod koniec XIX wieku, do nowo wybudowanego kościoła. Jego poświęcenie nastąpiło dokładnie 21 grudnia 1892 r.

                                Ale w Piotrówce był jeszcze jeden karczmarz, który zarabiał w mało moralny sposób. Na nazwisko miał Rybař i poza własną gospodą miał we wsi jeszcze zakład pogrzebowy. Ludzie, którzy musieli zorganizować pogrzeb w rodzinie kupowali u Rybařa usługę wiązaną - po pochówku musieli zorganizować stypę u niego w lokalu, a karczmarz zarabiał na sprzedaży alkoholu. Stanowczo sprzeciwił się temu pastor Max Muller, który przybył do Piotrówki na początku XX wieku.

                                Zyski karczmarzy musiały być w owych czasach spore - byli to na wsiach zamożni ludzie, podobnie jak np. kowale, młynarze, rzeźnicy. By ich interes nie stracił na znaczeniu, często zabiegali o względy miejscowych włodarzy. Tak było choćby w przypadku właściciela gospody Adolfa Adamtza z Grodziska, który organizował zabawy, wesela, a na co dzień goście mogli zagrać u niego w bilard.

                                Pewnego dnia dowiedział się, że władze chcą wybudować nową drogę łączącą jego wieś z sąsiednim Kadłubem. Miała ona omijać Grodzisko, biegnąc od Dołków, przez pola w kierunku dzisiejszego cmentarza parafialnego. To oznaczało, że przejezdni nie zatrzymywaliby się więcej w gospodzie u Adamtza. W związku z tym karczmarz postanowił ponegocjować z włodarzami. Jego starania okazały się na tyle skuteczne, że planowana droga nigdy nie powstała.

                                Czy miejscowi właściciele ziemscy wiedzieli o niemoralnych interesach karczmarzy? Prawdopodobnie tak, ale zupełnie nie zaprzątali sobie tym głowy. To dlatego, że z takich lokali czerpali ogromne zyski i to nie tylko w formie podatku. Dla przykładu Christek Gomolla, właściciel gospody z Rozmierzy, ok. 1807 roku został zobowiązany przez hrabiego do płacenia gigantycznego podatku, który przekazywany był na spłatę wojennych kontrybucji. Na dodatek zobowiązał go do kupowania w ciągu roku co najmniej 21 beczek piwa oraz 21 wiader gorzałki, które wytwarzane były w hrabiowskiej warzelni w sąsiedniej Rozmierce. W tym akurat przypadku obciążenia były tak duże, że karczmarz z trudem wiązał koniec z końcem.

                                Wiejskie karczmy często stawały się przyczyną rodzinnych tragedii i doprowadziły do alkoholizmu wiele osób. W latach 40. XIX w z plagą pijaństwa na Śląsku oraz powiecie strzeleckim postanowił walczyć kościół. Duchowni zakładali bractwa wstrzemięźliwości i zachęcali ludzi do trzeźwego życia. W Strzelcach działał w tym kierunku proboszcz Johannesa Madeya. Natomiast w Jemielnicy w walkę z alkoholizmem zaangażował się wikariusz Benedykt Suchana, który odnosił nawet spore sukcesy. Sytuacja we wsi zmieniła się, gdy w 1901 roku proboszczem parafii został ks. Josef Grund. Z jednej strony zachęcał on wiernych, by nie sięgali po alkohol. Z drugiej strony ksiądz kupił w sąsiednich Warmątowicach... karczmę dla swoich bliskich, bo chciał zapewnić im źródło utrzymania. Ks. Josef Grund został odwołany z prowadzenia parafii pod koniec 1921 roku. Opuścił wtedy Jemielnicę i przeniósł się do Polski, gdzie dalej propagował trzeźwość.

                                Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
                                • berncik Klątwa i złota kaczka 08.04.14, 17:16
                                  https://www.strzelecopolski.pl/files/images/13547_11414.jpg
                                  Przejeżdżając przez Toszek, nie sposób ominąć tajemniczych murów piętrzących się nad miastem. Ruiny zamku pobudzają wyobraźnię i kierują myśli ku dawnym czasom jego świetności. Z kronik jasno wynika, że najpierw był zamek, a wokół niego powstało miasto...

                                  Pierwsza spisana informacja o toszeckim zamku pojawiła się w 1222 roku. Wspomina ona o kasztelanie Jakubie, rezydującym w tutejszej kasztelanii. Z pewnością warownia istniała tu na długo wcześniej – co najmniej od XII wieku. W bulli papieża Innocentego z 1201 r. wymieniony został kościół św. Piotra. Pierwsza, drewniana jeszcze twierdza powstała być może za panowania Bolesława Krzywoustego. Historia zamku może być jednak jeszcze starsza, gdyż niektórzy wskazują jako jego założyciela słowiańskie plemię Opolan (VIII- IX w.). W każdym razie pewne jest, że najpierw powstała tutaj warownia, a dopiero później wokół niej wyrosło miasto.
                                  W okresie rozbicia dzielnicowego władzę nad warownią obejmowali kolejni książęta z linii opolskiej, bytomsko-kozielskiej, cieszyńskiej i oświęcimskiej. Mieszkała tu też Judyta, żona Mieszka II Otyłego. Książę toszecki Bolesław w roku 1315 został arcybiskupem Ostrzyhomia (miasto nad Dunajem) i prymasem Węgier. Zapewne w karierze pomogła mu jego siostra, małżonka króla Węgier.
                                  Zamek był wielokrotnie przebudowywany. Za księcia Przemysława (XV w.) odbudowano go po zniszczeniach z czasu najazdów husyckich i ustanowiono tu stałą siedzibę książęcą. Przez długi czas przechodził z rak do rąk. W 1557 roku Habsburgowie, którzy jako lennicy królów czeskich przejęli dobra po bezpotomnej śmierci Jana II Dobrego, przekazali zamek w zastaw Fryderykowi von Redernowi. Po pożarze w 1570 roku ród odbudował go w stylu renesansowym, dobudowując przy okazji pomieszczenia do budynku bramnego.
                                  W 1638 roku siostra zmarłego rok wcześniej Jerzego II Rederna wydała swoją córkę za wpływowego magnata Kaspra Colonnę, rozpoczynając w ten sposób nowy rozdział w historii zamku. Colonnowie gruntownie przebudowali go w latach 1650-66, co upamiętnia inskrypcja widoczna obok bramy „Caspar Comes Colonna 1666”. Z budowli typowo obronnej zamek przekształcił się w jedną z najwspanialszych rezydencji magnackich na Górnym Śląsku.
                                  Posiadłość znów przechodziła z rąk do rąk. W 1707 roku zamek nabył Dietrich von Peterswald, w 1718 roku - hrabia Franciszek Karol Kotuliński, w 1759 - ród Posadowskich. W 1791 roku odkupił go baron Adolf von Eichendorff, ojciec wielkiego śląskiego poety. Joseph von Eichendorff spędził tutaj najmłodsze lata, które wspominał w późniejszych poematach:
                                  Pamiętasz tam, na wzgórzu, zamek ów?
                                  Łkał nocą róg, jak gdyby wołał ciebie,
                                  I sarna szła na łów,
                                  I szumiał las i srebrniał sierp na niebie -
                                  Tak cicho... Abyś mógł usłyszeć siebie
                                  I boleść swych dziecięcych snów.
                                  W 1797 roku toszecki zamek nabył Franciszek Adam Gaschin. To właśnie za jego rządów wybuchł wielki pożar, który niemal doszczętnie strawił posiadłość. Działo się to w 1811 roku. Do dziś krążą na ten temat legendy...
                                  Żeby zachować chronologię, musimy cofnąć się o kilkaset lat. Według podania, władca zamku zakochał się w córce strażnika. Chciał ją nawet poślubić, lecz ojciec dziewczyny stanowczo się temu sprzeciwił. Rozsierdzony władca kazał obić strażnika i wyrzucić ze swoich włości, a dziewczynę zamknął w zamkowej wieży. Kobieta z żalu i tęsknoty zmarła w samotnej komnacie, ale nie opuściła zamku. Ponoć można ją spotkać do dziś, przechadzającą się o północy po dziedzińcu, ubraną w białe szaty. Po latach, wypędzony ojciec powrócił, a dowiedziawszy się o losie swej ukochanej córki, rzucił klątwę na zamek.
                                  Klątwa wypełniła się w 1811 roku. Pożar ogarnął wszystkie pomieszczeni mieszkalne. Gizela Gaschin, żona właściciela, ratując się z płomieni, zdołała uchwycić tylko specyficzny klejnot. Była to złota kaczka, która w srebrnym koszyku wysiadywała jedenaście złotych jajek. Miały być one dodatkowo zdobione szlachetnymi kamieniami. Hrabina uciekała przez podziemia, lecz otoczona płomieniami i dymem pogubiła się w mrocznych zakamarkach i bezskutecznie szukała wyjścia z lochów. W końcu wycieńczoną i wpół żywą odnalazł ją mąż. Zanim skonała w jego ramionach, zdołała wyszeptać tylko „kaczka, koszyk, nisza...” Zrozumiano, że przed śmiercią ukryła gdzieś klejnot. Mimo wielu lat poszukiwań, nie udało się go jednak odnaleźć.
                                  O tym, że nie jest to tylko piękna legenda, świadczy zapis w akcie sprzedaży toszeckiego zamku (a raczej jego ruin) w 1840 roku Abrahamowi Guradze. Hrabia Leopold von Gaschin zaznaczył w nim, że rodzinny klejnot, złota kaczka, nadal pozostaje własnością Gaschinów i jeżeli zostanie odnaleziony, ma wrócić do prawowitych właścicieli. Być może bezcenny ptak do dziś czeka na szczęśliwego znalazcę.
                                  W rękach rodu Guradze ruiny zamku pozostawały do II wojny światowej. W latach 1957-63 budowla została częściowo odbudowana. Dziś mieści się tu Centrum Kultury „Zamek w Toszku”.

                                  Romuald Kubik
                                  Materiał powstał przy współpracy z Piotrem Smykałą.
                                  Źródła: Jan F. Lewandowski, Historia Zamku w Toszku.
                                  Johannes Chrząszcz, Historia Miast Pyskowice i Toszek.
                                  • berncik Skąd się wzięły nazwy krapkowickich wsi? 22.04.14, 14:50
                                    https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20131102&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=131109984&Ref=AR&border=0&MaxW=666
                                    Dobra rozpoznawalna jest ze względu na pałac, który niegdyś zdobił okolicę. Sama wieś zawdzięcza swoją nazwę prawdopodobnie dobrym, urodzajnym glebom. (fot. Kopia DIM ze zbiorów P. Smykały)
                                    Nazwa Moszna pochodzi od worka, a w sensie topograficznym - wgłębienia, w którym leży. W Dobrej były dobre ziemie, a w Smolarni ludzie pozyskiwali smołę.
                                    Im bardziej unikalna nazwa, tym większe zainteresowanie wzbudza wśród przyjezdnych. Moszna zawdzięcza swoją nazwę najprawdopodobniej workowi. Mieszkańcy zwali tak okolicę ze względu na obniżenie terenu, w którym znajduje się wieś. W sensie topograficznym worek, czyli moszna, oznaczał więc wgłębienie.
                                    Pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z XIV wieku. Wspomina ona o Piotrze z Moszny, któremu król przekazał jedno z sołectw na własność. Co ciekawe od nazwy wsi wzięło się także nazwisko Moszyńskich z herbu Nałęcz, którzy w XVI odziedziczyli tamtejszy majątek. Była to niezamożna rodzina szlachecka. Wiadomo, że założycielem hrabiowskiej linii był Jan Kanty Moszyński. W 1730 r. poślubił on w Dreźnie Fryderykę Cosel, córkę polskiego króla Augusta II Mocnego.
                                    Dobra swoją nazwę zawdzięcza najprawdopodobniej żyznym, urodzajnym glebom. Najstarsza wzmianka o miejscowości pochodzi z 1302 roku. Na przestrzeni lat wieś nazywana była różnie: Dobra, Dobrin, Dobron, Dobraw, ale rdzeń nazwy się nie zmienił. W dokumencie z 1571 roku wieś nazywana jest nawet Dubrawą, ale w późniejszych latach mieszkańcy znów wracają do Dobrej, którą używają zamiennie z Dobrau. Przyglądając się ziemiom w Dobrej trzeba jednak przyznać, że de facto nie wiele różnią się od gleb w sąsiednich wsiach - są one zaliczane do klasy IV i V. Być może nazwa nawiązuje zatem do tego, że ludzie uznali, że po prostu tutaj będzie im się dobrze żyć.
                                    Z kolei nazwa Smolarnia pochodzi od zakładu pozyskiwania smoły, któremu wieś zawdzięcza rozwój w XVII w. Dowodem powstania osady w tym miejscu jest dokument z 1663 roku, według którego Benedykt Serwotka z Przechodu dostał przywilej zbudowania w lesie zakładu pozyskiwania smoły. Wcześniej w tym miejscu znajdowały się zabudowania należące prawdopodobnie do robotników leśnych. Wraz z rozwojem zakładu, właściciel ziem wybudował miejscowym pracownikom chaty - w większości byli to mieszkańcy sąsiednich Dziedzic. Mieli oni prawo także do wypasu bydła na pobliskich łąkach, które były własnością hrabiego. W późniejszym okresie hrabia użyczył nawet swoje pola pod uprawy, ale w zamian zażyczył sobie, by w dniu św. Marcina (29 września) ludzie płacili mu podatek.
                                    Część wsi swoje nazwy wzięło od imion. Dla przykładu Łowkowice, które pojawiają się w pierwszych źródłach pisanych w 1218 roku, nazywają się tak na cześć imienia Łowek. Natomiast Wawrzynowice wzięły swoją nazwę od imienia Wawrzyn. Być może nazywali się tak właściciele ziemscy, którzy przez pewien czas władali tymi terenami.
                                    Pisarzowice bez wątpienia zwane są natomiast w ten sposób za sprawą urzędnika, który sprawował funkcję pisarza i niegdyś zamieszkiwał w tej wsi. Po raz pierwszy ta nazwa wzmiankowana jest w 1285 roku jako Villa Scriptoris, co oznacza właśnie wieś pisarza.
                                    Z kolei Strzeleczki zwane są w ten sposób od strzelców - książęcych łowców, którzy polowali w tym miejscu na zwierzynę. Co ciekawe Strzeleczki były niegdyś miastem (prawa miejskie zostały nadane w 1327 roku), a sama miejscowość dobrze się rozwijała. Działała tutaj jedna z najstarszych szkół, którą założono w 1375 roku. Mimo tego w 1750 roku Strzeleczki utraciły prawa miejskie.

                                    Nazwy wsi pozostawały niezmienne na przestrzeni wieków. W latach 30. ubiegłego stulecia, po dojściu Adolfa Hitlera do władzy, Niemcy narzucili własne nazwy, które znacznie różniły się od historycznych. Dla przykładu Dobrą przekształcono na Burgwasser, a Racławiczki na Rosstal. Po zakończeniu II wojny światowej nazwy wsi odzyskały pierwotne brzmienie.

                                    Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii. W artykule wykorzystano materiały udostępnione przez gminę Strzeleczki oraz artykuł ze strony smolarnia.org
                                    • berncik Strzelecka szlachta szczyciła się herbami 08.05.14, 20:47
                                      Głowa dzika, z paszczy którego leci krew; srebrna strzała, strusie pióra i gęś. Takie symbole umieszczały rody szlacheckie na ziemi strzeleckiej, żeby wyróżnić się na tle innych.
                                      https://www.nto.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Site=NO&Date=20140128&Category=HISTORIALOKALNA&ArtNo=140129621&Ref=AR&border=0&MaxW=580
                                      Tradycja malowania symboli, które byłyby znakiem rozpoznawczym dla danego rodu, wzięła się jeszcze z czasów średniowiecza, gdy rycerze stawali naprzeciwko siebie, by toczyć bitwy. Walka w ciężkich zbrojach i hełmach, które przykrywały niemal całą twarz z jednej strony stanowiła dobre zabezpieczenie przed ciosami przeciwnika.
                                      Z drugiej jednak sprawiała, że rycerze na polu walki po prostu nie mogli się rozpoznać - zbroje były do siebie bardzo podobne, w związku z czym zdarzały się przypadki, że swój atakował swego, w ramach jednego oddziału. Żeby zapobiec takim pomyłkom, powszechne stało się stosowanie chorągwi oraz malowanie herbów na hełmach i tarczach. Symbole te musiały być proste i zrozumiałe. Jednocześnie starano się, żeby umieszczać na nich różne ornamenty, bo herb miał być dumą całego rodu.
                                      Jednym z ciekawszych herbów, którym posługiwali się tutejsi właściciele ziemscy należał do rodziny Strachwitzów. Swoją siedzibę mieli oni w pałacu w Szymiszowie. Ale zanim dotarli w te strony, żyli w Strachowicach koło Wrocławia.
                                      Dziś w miejscu majątku ich przodków znajduje się port lotniczy. Z kart historii wiemy, że w bitwie z Tatarami pod Legnicą w 1241r. z rodziny Strachwitzów poległo aż czternastu rycerzy. Potomkowie jedynego mężczyzny, który przeżył w tym rodzie zapoczątkowali kolejne pokolenia. Pierwotnie w herbie Strachwitzów widniały lilie, ale z czasem dołożono do niego dwie głowy dzików (odyńców), które miały duże kły.
                                      Zwierzęta były przedstawiane jako wyjątkowo groźne - z krwią ściekającą z pyska. Skąd akurat taka symbolika? Wzięła się ona najprawdopodobniej z historii, która przekazywana była w rodzinie z pokolenia na pokolenie, a dotyczyła okresu, w którym jeden ze Strachwitzów służył na dworze jako giermek. Pewnego dnia podczas polowania jego władcę zaatakowały dwa odyńce. Giermek dzielnie uratował pana, a w nagrodę miał dostać tytuł szlachecki. Herb z podobizną dwóch dzików do dziś widnieje na sufitach pałacu w Szymiszowie, w którym dziś mieści się Dom Pomocy Społecznej.
                                      Herb rodu Kalinowskich, którzy na tych terenach zamieszkiwali Kalinowice, przedstawia z kolei białą lub srebrną strzałę skierowaną grotem ku górze. Widnieją na nim także sześcioramienne gwiazdy, a w hełmie herbu umieszczono strusie pióra oraz jeszcze jedną strzałę skierowaną w lewą stronę. Można się dziś domyślać, że strzały miały symbolizować w średniowieczu waleczność. Faktem jest natomiast, że Andrzej Kalinowski - jeden z najstarszych znanych przedstawicieli - walczył w bitwie pod Obertynem w 1531 r., gdzie wojska polskie stoczyły batalię z armią mołdawską.
                                      Kalinowski walczył po stronie polskiej, bo część przedstawicieli tego górnośląskiego rodu przeprowadziła się z czasem do Polski.
                                      Z kolei ród Kiczka (Kyczka, Kitschke), który w XV w. miał swoją posiadłość w Dolej, prezentował w swoim herbie łańcuch rozdarty na trzy części. Wiąże się z nim historia przekazywana w rodzinie od pokoleń, a opowiada o nieznanym z imienia Kiczce, który miał czterech synów. Najstarszy z nich odziedziczył cały jego majątek, a trzem młodszym ojciec kazał iść w świat.
                                      By mieli za co przetrwać pierwsze dni, matka miała dać im na drogę fragmenty złotego łańcucha, który podzieliła na trzy części. Faktem jest, że w XV w. ród podzielił się na kilka rodowych linii, które przyjęły inne nazwiska. Dzisiaj trudno określić jak byli spokrewnieni, a o pochodzenie osób o nazwisku Kiczka do dziś spierają sie polscy i niemieccy heraldycy.
                                      W herbach można też spotkać symbole, których pochodzenie do dziś jest nieznane. Dla przykładu ród Kochtitzkich, który związany jest z Siedlcem i Płużnicą umieścił w nim gęś, która później została zamieniona na czaplę lub żurawia trzymającego w dziobie rybę. Z kolei rodzina Tenczin, do której w XVIII w. należały m.in. Sucha, Borycz, Grodzisko, Kadłub, Krośnica, Osiek, Rozmierka i Rozmierz miała w swoim herbie topór.
                                      Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii. Wykorzystano fragmenty książki Romana Sękowskiego, "Herbarz Szlachty Śląskiej.”
                                      In Polen erwartet Euch Freicheit und Wohlstand
                                      In Deutschland Knechtschaft und Elend !
                                      Beuthen, im März 1921 Wojciech Korfanty
                                      Jeszcze dzisiej czekom na tyn Polski Wohlstand
                                      • socer-schlesier Re: Strzelecka szlachta szczyciła się herbami 18.02.15, 08:37
                                        Czytajomc sam te wszystke nasze fajne "geszichty" powidzcie mi co te Poloki co na nasz Slonsk po wojnie psziszli mieli z niym wspolnygo skoro ich se nazywo repatriantami?Pszeca oni niy wracali do swojygo kraju ojczystygo.
                                        ----------------

                                        www.dziennikzachodni.pl/artykul/3754253,naduzywana-tragedia-gornoslaska-kontrowersyjna-wystawa-w-sejmie-slaskim,1,id,t,sa.html
Inne wątki na temat:
Pełna wersja