Dodaj do ulubionych

Ciekawo historyjka:

12.01.12, 22:44
Historia ciekawo nie o Glywicach ale o Slonsku.
Wojna o Śląsk i zaginiony skarb
su, 13 grudzień, 2011 - 11:03

Historia
648 (50)

W 1740 r. Fryderyk II, król pruski, zapragnął zdobyć bogatą prowincję należącą do sąsiedniej Austrii. Była to jedna z jego pierwszych decyzji po wstąpieniu na tron. Wykorzystał okres wewnętrznych sporów i 16 grudnia wkroczył na Śląsk. Zajął go błyskawicznie - w okresie 2 miesięcy. Panująca w Austrii Maria Teresa zajęta była wojną o sukcesję i zmuszona została do zawarcia pokoju we Wrocławiu w 1742 r.

Cesarstwo Austriackie wkrótce zapragnęło jednak odzyskać utracone podczas poprzedniej wojny ziemie. Na teren Górnego Śląska wyruszyły oddziały węgierskie, które miały przy współudziale miejscowej ludności zająć najważniejsze miasta.

Powstanie
Mało znany incydent z czasów II wojny śląskiej nazywany jest "insurekcją węgierską". Nie było to jednak powstanie, jakie znamy z kart najnowszej historii. Była to raczej akcja miejscowej ludności, która aktywnie wspierała wojska austriackie. Cieszący się przez wieki dużą autonomią Ślązacy dostali się nagle pod twarde panowanie Prus, które szybko znienawidzili. Wszelkimi sposobami wspierali więc Austriaków, dostarczając im zaopatrzenia, pomagając ich szpiegom i otwierając bramy miast.

Nazwa wzięła się od rzuconych tutaj oddziałów węgierskich i wynikła prawdopodobnie z niechęci określenia insurekcji "śląską" czy wręcz "polską".

Duże garnizony pruskie zajmowały takie miasta jak Opole, Racibórz i Koźle. Zagrażało im ogromne niebezpieczeństwo odcięcia przez Węgrów połączeń komunikacyjnych między tymi ośrodkami, odizolowania i w konsekwencji i przejęcia inicjatywy przez oddziały wroga. Hans von Winterfeld, jeden z najsłynniejszych pruskich generałów, dowodził garnizonem raciborskim. By zneutralizować niebezpieczeństwo ze strony Węgrów, opuścił miasto i wyruszył w stronę Koźla, żeby zorientować się w pozycjach przeciwnika i jego zamiarach. Decyzja ta nie okazała się najszczęśliwsza.

Oddziały węgierskie podlegające armii austriackiej błyskawicznie zajęły m.in. Gliwice, Koźle i Strzelce Wielkie. Z późniejszych raportów wynikało, że była to dobrze zorganizowana akcja, przy której współpracowali sami mieszkańcy, niechętni pruskiemu okupantowi. Duży udział w tym sukcesie mieli austriaccy szpiedzy, aktywnie działający na Górnym Śląsku.

Węgierska obrona
W nocy z 10 na 11 kwietnia 1745 r. oddziały von Winterfelda zgromadzone pod Koźlem przekroczyły Odrę i skierowały się w kierunku Ujazdu. Ich plan zakładał wysłanie jednego batalionu w kierunku Strzelec, by odzyskać miasto. Przeszkodziła jednak pogoda i zalane drogi uniemożliwiające marsz w tym kierunku.

Jednocześnie z Opola wyruszyły 3 szwadrony huzarów i jeden batalion grenadierów dowodzonych przez majora von Herzberga. Ich celem również były Strzelce. Podstawowym warunkiem powodzenia pruskiej akcji było utrzymanie komunikacji i skoordynowanie ataku.

Pruska husaria dowodzona przez hrabiego Hyacintha von Malachowski maszerowała w tym czasie na Ujazd i w Sławięcicach natknęła się na wrogi oddział zwiadowczy, który pokonała. Węgrzy dowiedzieli się jednak o nadciągających oddziałach pruskich i czym prędzej opuścili Ujazd. Udało im się wycofać, choć przy sporych stratach. W niewolę pruską dostało się 111 żołnierzy i 3 węgierskich oficerów.

Pod Strzelcami sytuacja miała się jednak inaczej. Okopało się tutaj silne ugrupowanie węgierskie dysponujące armatami. Nie zamierzało się wycofywać i stawiło czoła nadciągającym z Opola oddziałom majora von Herzberg. Zanim doszło do starcia oddział maszerujący z Opola musiał przebić się przez Węgrów pod Nakłem. Zaatakowani Prusacy uformowali prostokąt i cały czas się ostrzeliwując, maszerowali w kierunku Strzelec. Zewnętrzną warstwę ruchomej fortyfikacji stanowili grenadierzy, zaś wewnątrz poruszało się 300 chronionych huzarów.

Do bitwy pod Strzelcami doszło 11 kwietnia, kiedy oddziały von Herzberga dotarły niemal do samego miasta. Węgrzy zaatakowali tutaj ze zdwojoną siłą, a z drugiej strony na Prusaków spadł grad pocisków armatnich. Zapewne skończyłoby się to dla nich całkowitą klęską, gdyby nie huzarzy Małachowskiego.

Odgłos kanonady dotarł do nich mimo znacznej odległości od bitwy. Szybkie, konne oddziały skierowały się w tym kierunku i 1,5 kilometra na północny-zachód od Strzelec natknęli się na bitwę już niemal przegraną przez Prusaków. Szybki atak huzarów Małachowskiego załamał węgierską obronę, a szarża huzarów z Opola na prawe skrzydło rozcięła oddziały obrońców na dwoje. Zostali pokonani.

Część Węgrów próbowało wycofać się do miasta, co było fatalną decyzją. Natrafili na otaczające Strzelce leśne bagniska, które pochłonęły ponad 100 żołnierzy. To niemal tylu, ile zginęło w samej potyczce - 120 zabitych. Do niewoli dostało się ponadto 250 Węgrów i dwóch wyższych oficerów.

Po stronie pruskiej również ofiary były liczne. Ranny został m.in. pułkownik Hyacinth von Malachowski. Dowódca huzarów. Jego rany okazały się tak poważne, że zmarł kilka dni później - 17 kwietnia. Został odpowiednio uhonorowany. W Berlinie do 1945 r. na jednej z kolumn znajdowała się złota inskrypcja: "Gross Strehlitz 1745 Oberst Hyacinth von Malachowski Husaren Regiment Malachowski".

Zakopane złoto
Mała grupka pokonanych żołnierzy próbowała ukryć się w lasach. Większość szybko wyłapano, lecz dwóch szeregowców i jeden oficer pozostali nieuchwytni, mimo trwających 2 dni poszukiwań. Potem znaleziono w okolicach szymiszowskiego zamku zwłoki oficera i jednego żołnierza. Nie wiadomo, czy zginęli od ran, czy zostali zabici przez towarzysza broni, który miał do tego wyraźny powód. Cała grupa zbiegła bowiem z kasą pułku, zawierającą zaległy żołd. Suma musiała być spora. Kasa mogła zawierać złoto i srebro. Być może, dzięki temu majątkowi, Węgrowi udało się uciec, lecz pewne odkrycie każe sądzić co innego.

W 1906 r. podczas przebudowy szymiszowskiego kościoła jeden z robotników znalazł na wieży lipową deskę. Wyryto na niej szkic terenu - prawdopodobnie okolic zamku. Znajdowały się na niej niezrozumiałe napisy. Jak się później okazało, były one w języku węgierskim i oznaczały "skarb-pieniądze". Obok strzałki wskazującej na drzewo, narysowano sylwetkę zwierzęcia, prawdopodobnie lisa. Kasa wojska mogła być więc zakopana w lisiej norze. Obok data - 11 IV 1745. Sama deska nie zachowała się do naszych czasów, lecz szkic przerysował i zachował jeden z mieszkańców miejscowości.

Czy węgierski skarb nadal spoczywa zakopany gdzieś w Szymiszowie? To raczej wątpliwe. Od opisywanych wypadków minęło ponad 250 lat. Na terenie wsi przybyło domów i najprawdopodobniej przy budowie któregoś z nich odkryto niespodziewany prezent z przeszłości. Przy takim znalezisku raczej nikt by się nim nie pochwalił, tylko odpowiednio go wykorzystał.

Szkic, jaki mamy do dyspozycji, jest bardzo niedokładny. Nie zamieścimy go jednak ze względu na dobro mieszkańców. Nie chcielibyśmy usłyszeć, że ktoś rozkopuje nocą ogródki i lasy w poszukiwaniu skarbu. Jeżeli skarb zostanie kiedyś odkryty, powinien trafić do lokalnego muzeum, które miejmy nadzieję w końcu powstanie.

Piotr Smykała, Romuald Kubik

W pracy nad artykułem w dużej mierze opieraliśmy się na prywatnej publikacji "Zapomniany Szymiszów" autorstwa Norberta Wacławczyka.

363 odsłony

Obserwuj wątek
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 13.01.12, 20:27
          O warzyniu Piwa downi.

          Miasto piwa cz. I
          su, 11 styczeń, 2011 - 10:50

          Historia
          600 (2)

          Piwo – napój złoty i pienisty. Od zamierzchłych czasów piła go gawiedź i pili go możni. Piwem stała też strzelecka ziemia, gdzie tradycja warzenia trwała nieprzerwanie przez wieki

          Nie był to tylko napój wprawiający w dobry nastrój. Przez stulecia piwo uważane było za zdrowy zamiennik wody. Przodkowie nasi mieli mizerną wiedzę o podstawowych zasadach higieny. Pitna woda pochodziła często z zanieczyszczonych studni i nie zawsze była przegotowywana. Piwo było więc w miarę zdrowym zamiennikiem.

          Zanim powstały browary piwowarstwem zajmowano się po prostu w domach. Dom, w którym warzono złocisty napój, wyposażony musiał być w kotły warzelne, kadzie zacierne, lejki do piwa, kosze na chmiel, beczki, wiadra itp. Początkowo piwo wyrabiano jedynie z jęczmienia przyprawionego chmielem. Z czasem do produkcji używać poczęto takoż pszenicy.

          Pierwotnie przywilej warzenia piwa należał do wójtów, lecz jak grzyby po deszczu wyrastały w miastach warzelnie. Każdy z piwowarów posiadał własną recepturę i napój wyrabiano z rożnych surowców. Gatunków piwa było więc mnóstwo. Na Śląsku najbardziej ceniono piwa świdnickie i wrocławskie.

          Pierwotnie do produkcji piwa nie używano chmielu. Zastępowały go zioła, które jednak niewystarczająco konserwowały napój. Musiano pić go więc zaraz po wyprodukowaniu. Wprowadzenie chmielu spowodowało, że piwo nie tylko zyskało na smaku, lecz można było przechowywać je znacznie dłużej.

          W Strzelcach uprawę chmielu znano od wieku XIV. Z tamtego okresu musiał też pochodzić nadany miastu przywilej warzenia piwa. Dokładnej daty powstania cechu piwowarów niestety nie znamy. Z czasem, z cechu piwowarów wytworzyły się nowe zawody – piwowarów, szynkarzy i słodowników. Wynikło to z oddzielenia przywileju warzenia piwa od przywileju jego sprzedaży. Do produkcji złotego napoju używać można było tylko krystalicznie czystej wody, więc znacznie wzrosło na nią zapotrzebowanie.

          Z PIWEM W HERBIE
          Jak ważne dla Strzelec i okolic było ważenie piwa, świadczy pierwszy herb miasta. Obok połowy orła widniały na nim gałązka chmielowa z szyszką, która jest podstawowym półproduktem przy produkcji piwa. Herb taki używano z całą pewnością w roku 1362. Być może w użyciu był znacznie wcześniej.

          Przez lata jedna ze strzeleckich ulic nazywała się Chmielowa, gdzie znajdowała się ta ulica, nie udało się ustalić. Duży obszar Suchych Łanów pokrywały uprawy chmielu. Tę część nazywano „Ogrodem chmielowym”.

          Sytuacja zmieniła się około roku 1600. Produkcja miejscowego piwa przestała się opłacać. Zapewne przez zbyt dużą konkurencją i warzenia lepszego piwa na Śląsku. To spowodowało, że uprawa chmielu zastąpiona została winoroślą, którą umieszczono w miejskim herbie. Właśnie w 1600 roku gałązkę chmielową z szyszką zastąpiono tam gałązką z dwoma liśćmi i kiścią winogron, co przetrwało do naszych czasów, lecz już trochę zmienione. Pierwotny herb Strzelec nadal służy jako godło powiatu strzeleckiego.

          MIASTO PIWIARNI…
          Urbarz z 1534 roku podaje, że 82 domy miały prawa do warzenia piwa i wyszynku. To bardzo wiele, jeżeli weźmie się pod uwagę, że Strzelce liczyło wtedy około 600 mieszkańców. Przywilej jednak nie był dla wszystkich jednakowy. Niektórzy warzyć piwo mogli jedynie 8 razy do roku. Były też domy, gdzie można było to robić 6 lub 4 razu w roku. Każdy dom warzył i sprzedawał piwo w ustalonej kolejności. Za wystawioną beczkę przed domem każdy musiał zapłacić właścicielowi miasta 3 halerze.

          Sporą część rynku zajmowały piwa importowane. Urbarz podaje, że w 1581 roku jeden dom miejski miał prawo sprzedaży wyłącznie piwa świdnickiego. Do miasta sprowadzane też były piwa z Ołomuńca. Większość jednak złocistego napoju pochodziło z miejscowej produkcji, która była ściśle kontrolowana. Chmiel i zboża pochodziły z pól folwarcznych, a do ich odmierzania wykorzystywano wagę miejską. Dom, w którym gotowy produkt został wysprzedany, na znak musiał wystawić tzw. kartkę piwną.

          Ustalone od wieków reguły zmienił hrabia Colonna. W XVIII wieku sprowadził do miasta Żydów, którzy nie byli poddani restrykcyjnym prawom. Zajmowali się głównie rzemiosłem i warzeniem piwa. W 1749 roku Żyd Salomon najął dom od hrabiego Karla Samuela Colonna. Uzgodniony czynsz był dostosowany do wartości domu i zysków z handlu piwem i gorzałką. Spowodowało to protesty mieszkańców i umowę wkrótce anulowano. Do miasta napływało jednak coraz więcej Żydów, którzy powoli przejmowali rynek.

          W 1751 roku hrabia wykupił przy północnej pierzei rynku trzy domy i założył tam wyszynk piwa i wódki. Znów doszło do protestów mieszczan, z których jednak niewiele wynikło. Colonna był wyraźnie nastawiony na pomnażanie swojego majątku bez uwagi na dobro mieszkańców.

          W 1787 roku w mieście był już tylko jeden piwowar i aż jedenastu gorzelników. Działo się tak mimo że prawo do warzenia piwa nadal posiadało 91 domów w obrębie murów miejskich. Jak widać, piwowarstwo praktycznie zamarło, a mieszkańcy przerzucili się na produkcję mocniejszego alkoholu. Piwowarstwo domowe powoli chyliło się ku upadkowi również dlatego, że w mieście były już dwa wielkie browary.

          W Strzelcach oprócz piwowarów, gorzelników wykształcił się też zawód winiarza. Na początku XIX wieku w mieście było już czterech winiarzy i siedmiu gorzelników.

          …I GORZAŁKI
          Przywileje określały też, kto i kiedy mógł wytwarzać wódkę. Uprzywilejowany dom do produkcji gorzałki musiał przestrzegać przepisów. Każdy dom musiał wyrabiać i sprzedawać gorzałkę zgodnie w ustalonej kolejce. Wytwarzaniem produktu zajmowała się przeważnie kobieta, która stała przy piecu i długą drewnianą łyżką mieszała w kadzi masę, żeby się nie przypaliła. Za jeden scheffel (ok. 55 litrów zboża) palenia dom płacił miastu 3 srebrne grosze podatku.

          W XVIII wieku dom w ciągu pół roku palił 868 scheffli żyta. W tym czasie obyczaj zapłaty za uczynione usługi w formie piwa i gorzałki był ogólnie praktykowany. Mieszkańcy większość czasu chodzili więc przynajmniej lekko podchmieleni. Na przykład śpiewacy w kościele pw. Św. Krzyża, którzy śpiewali w dwóch ostatnich dniach Wielkiego Tygodnia, otrzymywali 6 groszy na zakup beczułki piwa.

          BROWARY
          Już w pierwszej połowie XVII wieku na Śląsku zaczęły powstawać browary najpierw folwarczne, potem miejskie i prywatne. W pierwszej połowie XIX wieku bardzo się zmieniła technologia warzenia piwa. Powstały pierwsze browary przemysłowe w Strzelcach. Zostały opracowane do tego celu receptury produkcji dla piwa bawarskiego, angielskich porterów, a nieco później dla słynnych pilznerów. Po tych zmianach piwa wymagały budowy chłodzonych leżakowni.

          W połowie XIX wieku piwo było artykułem pierwszej potrzeby. Pili je niemal codziennie zamożni i ubodzy. Nawet kobiety nie gardziły tym trunkiem. Podawano je do każdego posiłku. Piwo było kilkanaście razy tańsze od wódki i było już wtedy uznawane za napój o właściwościach zdrowotnych.

          Wtedy to tradycja piwowarstwa powoli się w Strzelcach odradzała. Pierwszy browar powstał w 1816 roku z inicjatywy Steinitza, który korzystał z doświadczenia browarów zachodnioeuropejskich. Był to okres wysokiej koniunktury na piwo. W 1845 roku do Andreasa Grafa Renarda należał browar i gorzelnia w Księżym Lesie. W mieście w tym czasie także istniał browar i gorzelnia. Około 1859 roku na terenie ówczesnego powiatu strzeleckiego (Kreis Gross Strehlitz) funkcjonowały 22 gorzelnie oraz 12 browarów. W 1861 roku w mieście, według Feliksa Triesta (publikacja wydana w 1864 roku), były trzy browary i jedna palarnia – gorzelnia. Niestety autor nie podał, do kogo należały i gdzie się znajdowały.
          Piotr Smykała
          Romuald Kubik

          1484 odsłony

          • berncik Re: Ciekawo historyjka: 14.01.12, 18:29
            view counter
            Miasto piwa cz. II
            su, 18 styczeń, 2011 - 10:20

            Historia
            601 (3)

            Historia lokalna
            Tradycja warzenia piwa zakończyła się w Strzelcach w 1945 roku. W mieście, w którym przez wieki nie zaprzątano sobie głowy pytaniem „czy napić się piwa?”, a raczej „jakiego dzisiaj?”, dobry złocisty napój stał się towarem luksusowym. Umarła też kultura picia. To, co nabyć można było w sklepach, mocno odstawało od ideału.

            Wiele lat po wojnie utworzono w mieście rozlewnię piwa. Znajdowała się na ulicy Krakowskiej, za restauracją „Krakus”. Przywożone z browarów z Głubczyc, Zabrza, Namysłowa i Tychów piwo rozlewano do firmowych butelek. Rozlewnia przestała istnieć w latach 90-tych XX wieku.

            A kiedyś było tak pięknie…

            BROWAR STEINITZ 1816-1926
            Początki browaru Steinitz sięgają roku 1816. Początkowo był umiejscowiony poza murami miasta. Nie wiadomo jednak, gdzie dokładnie. Dzisiejszy imponujący budynek browaru na mapie z 1883 roku nie jest zaznaczony. Znany wszystkim obiekt powstał bowiem w latach 1898-1900. Dziś stoi przy ul. Kościuszki, lecz kiedy go budowano, była to tylko polna droga.

            W latach 1816-1874 browar nosił nazwę Dampfbrauerei J. Steinitz, czyli browar parowy J. Steinitz. „Parowy”, ponieważ do produkcji używano napędzającą urządzenia maszynę parową. No owe czasy musiał to być nowoczesny zakład.

            W latach 1874-1910 browar nazywał się Brauerei und Malzfabrik J. Steinitz, Inh. Moritz Steinitz, czyli browar i fabryka słodu J. Steinitz, właścicielem był Moritz Steinitz, natomiast funkcję mistrza piwowarskiego pełnił Max Willnow. Do dziś zachowały się butelki z browaru parowego, na których często były umieszczone napisy. Z przodu butelki widniał zwykle napis: Dampfbrauerei J. Steinitz Gross Strehlitz. Z tyłu: Unverkauflich vor Missbrauch wird gewarnt.

            Z informacji z 15 listopada 1895 roku zamieszczonej w „Allgemeine Brauer und Hopfen Zeitung” dowiadujemy się, że browar Steinitza spłonął niemal doszczętnie. Niestety, po odbudowie, w 1898 roku, w browarze wybuchł kolejny potężny pożar, który uszkodził mury budynku. Właściciel znowu go odbudował w latach 1898-1900.

            Powstał wtedy budynek o jednolitej szacie architektonicznej, w którym mieściła się słodownia, suszarnia, warzelnia i kotłownia. Najwyższym elementem był ceglany komin, dziś już nie istniejący. W dawnej stajni powstała beczkownia.

            Proces technologiczny wytwarzania piwa w browarze odbywał się następująco: w słodowni klepiskowej ziarno jęczmienia poddawane było tzw. słodowaniu. Ziarno było rozłożone na cementowych posadzkach w dwóch dolnych kondygnacjach na masywnych stropach typu Kleina, wzmocnionymi stalowymi podciągami podpartymi rzędem żeliwnych słupów. Tutaj ziarno było poddawane procesom moczenia i kiełkowania.

            Skiełkowane ziarno było przemieszczane na wyższe, drewniane kondygnacje w celu dalszego kiełkowania, skąd zostało przemieszczone do suszarni. Proces suszenia odbywał się w układzie pionowym na poszczególnych poziomach suszarni. Na górnych siatkach mokry jeszcze słód przewracano w celu oddzielenia już wysuszonych kiełków. Następnie przez sita suche kiełki dostawały się do komory nagrzewania, w której były wloty nagrzanego powietrza z kominków nawiewnych z pieca suszarni. Po tej operacji kiełki były wyładowane z komory nagrzewczej i podawane procesowi oczyszczania i wybijania.

            Słód następnie składowano w silosach i po odleżakowaniu był to podstawowy produkt do warzenia brzeczki. Leżakownia była wyposażona w zbiorniki z drewna i aluminium. Pomieszczenie warzelni znajdowało się w środkowej najwyższej części browaru, gdzie mieściły się kotły warzelne (obecnie jest to główne wejście do Browaru Centrum).

            W innych pomieszczeniach browaru znajdowały się inne urządzenia ciągu technologicznego. Były tam kadzie zaciernie, filtracyjne i fermentacyjne. Browar wyposażony był w kotły warzelne z bezpośrednim paleniskiem na 10 cetnarów zasypu, a dodatkowo – w maszynę do produkcji lodu na 40 000 kalorii oraz kocioł parowy. Słodownia klepiskowa produkowała rocznie około 1000 cetnarów słodu, który w całości wykorzystywano.

            W browarze produkowano rocznie około 6 000-7 000 hektolitrów piwa lagrowego, czyli tak zwanego leżaka. W 1899 roku w browarze zainstalowano elektryczność i część napędu browaru przestawiono na elektryczne silniki. Browar posiadał także chłodziarkę firmy Linde i kotły warzelne nadal podgrzewane parą. Piwo było dostępne w najbliższej okolicy. Niestety, do dnia dzisiejszego nie zachowały się żadne elementy ciągu technologicznego i wyposażenia tego obiektu.

            Browar Steinitz wytwarzał różne gatunki piwa. Były to między innymi: Pilsner Steinitz (Steinitz Pilzner), piwa jasne leżakowe (Krisstal Legerbier), piwa ciemne (Kronen Bräu, dunkel) oraz karmelowe (Caramel–Bier). Wytwarzano także wodę sodową i owocowe lemoniady. Obok browaru od wschodniej strony przy dzisiejszej ulicy Jordanowskiej był wyszynk Browaru Miejskiego i Ogród Ludowy. Właścicielem był M. Potempa.

            W latach 1910-1926 Browar Miejski Strzelce Wielkie nazywał się Stadtbrauerei Gross Strehlitz GmbH, vorm. J. Steinitz. W 1910 roku powstała spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. W 1914 roku spółka była pod przewodnictwem R. Scholza i mistrza piwowarskiego Antona Hoffmanna.

            Po 1926 roku browar prawdopodobnie zaprzestał produkcji słodu i piwa z powodu śmierci J. Steinitza. Być może produkcję wznowiono w późniejszych latach. W 1945 roku w czasie niszczenia miasta przez wojsko sowieckie budynek browaru szczęśliwie ocalał, lecz nigdy już nie pełnił swojej pierwotnej funkcji. Pomieszczenia słodowni i inne przekształcono w magazyny zbożowe, a część południową zaadoptowano na biura Państwowych Zakładów Zbożowych. Przebudowa wymagała wielu lat. Ukończona została w 1956 roku.

            Budynek od 1970 roku pozostawał pod zarządem PHS „Społem”, a od 1983 był już jego własnością. Przez wiele lat gmach nie był podawany gruntownemu remontowi. Odbywały się tylko remonty doraźnie lub adaptacja pomieszczeń – między innymi na dolnej kondygnacji powstał sklep.

            Komin i kilka budynków stojących obok browaru w następnych latach zostało wyburzonych. W latach 90-tych XX wieku obiekt należał do osoby prywatnej. Na dolnej kondygnacji funkcjonował sklep przemysłowo-spożywczy. Po pewnym czasie inwestor wycofał się z interesu.

            25 lutego 2002 roku o godzinie 15.40 w byłym browarze Steinitza wybuchł pożar. Strawił dwie z czterech kondygnacji budynku. Zanosiło się, że były browar powoli będzie niszczał, lecz w końcu przejął go prywatny inwestor – Ireneusz Goliszewski. Budynek został gruntownie przebudowany i zmodernizowany w wewnątrz, zachowując styl sprzed ponad 100 lat. Na zewnątrz nie wprowadzono niemal żadnych zmian. Na parterze początkowo funkcjonował sklep spożywczy. Teraz jest tam sala bankietowa. Na pierwszym piętrze browaru znajduje się restauracja, na drugim kręgielnia, bilard i bar. Najwyższe piętro zajęte jest przez saunę, solarium, salę zabaw dla dzieci i salę gimnastyczną oraz pokoje gościnne.

            Były budynek browaru ze słodownią stanowi dziś ciekawe dziedzictwo techniczne i architektoniczne miasta. Jest interesującym przykładem architektury regionalnej, w której wykorzystywano głownie kamień wapienny.
            To je tyn Browar o kerym sam piszom.
            https://strzelce-opolskie.mapofpoland.pl/zdjecia-36403/Centrum-BROWAR-Strzelce-Opolskie.jpg
            Dzisiej fajnie zrobiony hotel.

              • berncik Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 11:10
                szwager_z_laband napisał:

                > kedys my sam o tym spominali ze tam i wino uprawiali

                Tak we 60 latach to jeszcze na Strzeleckich polach uprawiali Chmiel po Winie nie bouo jusz sladu.Spytom se ino Szwagrowki czy Ona cos pamiento.? Kaj te wino bouo?
                • berncik Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 17:47
                  Miasto piwa cz. III
                  su, 25 styczeń, 2011 - 11:35

                  Historia
                  602 (4)

                  Historia lokalna
                  BROWAR DIETRICH OK. 1840-1945
                  Powstał prawdopodobnie w połowie XIX wieku, około roku 1840. Znajdował się przy ulicy Krakowskiej 46 (Krakaustrasse, w XIX wieku było to Przedmieście Krakowskie) w pobliżu dzisiejszego Placu Targowego. Do browaru należało kilka budynków będących dziś własnością różnych osób.

                  Nie wiadomo, kto założył browar. Miał wielu właścicieli. W latach 1880-1888 był nim Ernst Fleischner. Potem Benno Werner, który zmarł 28 marca 1896 roku w wieku 45 lat. Po uporządkowaniu spadku browar został przejęty przez Eduarda Dietricha, który był właścicielem do 1936 roku. W tym roku browar został przekształcony w spółkę komandytową. Współwłaścicielami byli syn poprzedniego właściciela dr Eduard Dittrich/Dietrich, mistrz piwowarstwa Franz Wahner ze Strzelec i Eduard Fiolka z Bytomia, który miał swoje własne butelki na piwo z nazwiskiem. Kapitał spółki wynosił 30 tys. marek. Browar nadal stał przy ulicy Krakowskiej 46 (Krakaustrasse, która w tym czasie nazywała się Adolf Hitler Strasse). Na początku XX wieku w browarze Diettricha warzono tylko piwa górnej fermentacji. Browar produkował także piwo leżakowe.

                  Przy browarze funkcjonował wyszynk, którego w roku 1943 właścicielem był E. Manderla. Istniał tam ogród piwny, sala, salon towarzyski oraz pokój gościnny.

                  W browarze i słodowni pracowało przeważnie 18 osób. Piwo było sprzedawane w najbliższej okolicy. Do rozwożenia produktu firma używała jedną swoją ciężarówkę i dwa wozy konne. Browar wyposażony był w kotły warzelne z bezpośrednim paleniskiem zasypu i maszynę do produkcji lodu oraz kocioł parowy. Pracował do tragicznego stycznia 1945 roku, kiedy to na ziemię strzelecką weszła Armia Czerwona. Właściciele uciekli przed frontem, pozostawiając cały majątek. Po przejęciu zabudowań browaru przez nowe władze, w budynkach powstały przedsiębiorstwa państwowe.

                  BROWAR PISCHKALLA 1865-1910
                  Jest mało znany. Nie wiadomo, kto i kiedy go założył. Według uzyskanych informacji, browar znajdował się przy ulicy Wałowej (Wallstrasse), naprzeciw synagogi. Założyli go Żydzi ze Strzelec w połowie XIX wieku. Opodal wybudowali synagogę.

                  W 1865 roku właścicielem browaru był A. Grüsner. Następnie przejęła go rodzina Pischkalla. Najpierw w 1898 roku O. Pischkalla, potem w 1904 roku Franz Pischkalla, a następnie od 1907 roku F. Pischkalla, wdowa po Franzu Pischkalla. W latach 1907-1910 właścicielem był Hugo Kantorowicz, który zmarł w 1910 roku.

                  Wiemy, że browar warzył na początku XX wieku tylko piwa górnej fermentacji. Być może po śmierci ostatniego właściciela został zamknięty i zlikwidowany, jednak budynek przetrwał do lat 60-tych XX wieku. Rodzina byłych właścicieli browaru mieszkała tu do lat 30-tych XX wieku. Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy, właściciel z rodziną zdecydował, z powodu prześladowań ze strony władz, wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Majątek za uzyskanie zgody na wyjazd został darowany ówczesnemu gospodarstwu ogrodniczemu przy ulicy Opolskiej (Oppelnstrasse) – obecna Zieleń Miejska.

                  Budynki browaru były wykorzystane do różnych celów. W 1945 roku obiekt został uszkodzony. Po 1945 roku w budynkach browaru działały pralnia i magazyn. Dzisiaj w tym miejscu znajduje się bank spółdzielczy, wybudowany od podstaw pod koniec XX wieku.

                  BROWAR ZUR KRONE 1865-1885
                  Nie wiemy, kiedy powstał i gdzie znajdował się. Jest to następny mniej znany strzelecki browar. Być może stał przy dzisiejszej ulicy Strzelców Bytomskich, w miejscu gdzie był Dom Strzelecki (Schützenhaus). Innym miejscem, gdzie mógł stać browar, jest ulica Krakowska (Krakaustrasse). Jeszcze na przełomie XIX-XX wieku pomiędzy ulicami Rychla i Krakowską stał duży komin. Może to świadczyć, że istniał tu browar. Na starej widokówce widać, że stał tu duży budynek, a za nim komin. Obecnie jest to okolica banku ING i spółdzielni strzeleckiej „Piast”.

                  Browar nosił bardzo piękną nazwę Pod Koroną (Zur Krone). W 1858 roku była to karczma prowadzona przez Antona Kuntze. Potem, w 1865 roku, powstał browar, którego właścicielem był tenże Anton Kuntze. Po jego śmierci browar prowadziła wdowa A. Kuntze, która zmarła w roku 1885. Najprawdopodobniej browar nie wznowił już produkcji i przestał istnieć.

                  Wiemy na pewno, że browar posiadał dużą salę, w której odbywały się słynne koncerty. Na przykład 6 stycznia 1882 roku odbył się Wielki Wojskowy Koncert, który został wykonany przez Pionier – Capelle z Nysy (Neisse). Inny koncert miał miejsce 26 grudnia 1882 roku. W tej samej sali, w której zagrała Bytomska Kapela Miejska (Beuthener Stadt Kapelle).

                  PIOTR SMYKAŁA
                  ROMUALD KUBIK

                  Serdeczne podziękowania dla Andreasa Urbanek za pomoc w tłumaczeniu starych dokumentów niemieckich
                  • szwager_z_laband Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 17:58
                    a wiysz ze Glywice suynouy z uprawy chmielu i we Laband do dzisiej znom miejsca kaj chmiel juz ale dziko rosnie(we Laband tysz bou uprawiany!)

                    no a o piwie we Glywicach to my juz sam i tam 100 razy godali/jak je wazyli, sprawdzali = "proba galot" itd, usw ...

                    :)
                    • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 15.01.12, 19:40
                      szwager_z_laband napisał:

                      > a wiysz ze Glywice suynouy z uprawy chmielu i we Laband do dzisiej znom miejsca
                      > kaj chmiel juz ale dziko rosnie(we Laband tysz bou uprawiany!)
                      >
                      > no a o piwie we Glywicach to my juz sam i tam 100 razy godali/jak je wazyli, sp
                      > rawdzali = "proba galot" itd, usw ...
                      >
                      -------------------------------------------------------------------------------------------
                      I o wojnie piwnej miyndzy Schoenwaldym a Glywicami kiero sie ciongła bez 200 lot. Były w nij ofiary a nie udało ji sie zakończyć kolejnym cysarzom,arcybiskupom i przeorom rudzkigo klosztoru ani nakazami ani groźbami.
                      Spor zakończyli dziepro Preissy jak opanowali Ślonsk ale i oni potrzebowali na to 30 lot
                      a wyrok w tej sprawie był iście Salamonowy.
                      Nie zabroniyli Glywicom warzynio piwa na wywoz ale zakozali wyszynk cudzego piwa w karczmach Schoenwaldu.

                      www.vogel-soya.de/SchoenwaldG6.html
                        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 16.01.12, 22:14
                          O Husytach na Slonsku tysz se jakos mauo slyszalo?
                          view counter
                          Husycka nawała
                          su, 16 sierpień, 2011 - 09:35

                          Historia
                          631 (33)

                          Opisywane przed tygodniem Strzelce Polskie nie są jedyną miejscowością, jaka zniknęła w naszym regionie. Podczas historycznych zawieruch podobny los spotkał wiele innych wsi. Większość z nich została zniszczona podczas wojen husyckich lub podczas wojny trzydziestoletniej. Bardzo upraszczając sprawę, można powiedzieć, że wszystkiemu winni są Czesi.

                          Wiarą i cepem
                          W latach 1427-28 husycka nawała przewaliła się przez Śląsk. Wszystko zaczęło się od syna chłopa, urodzonego w 1371 r. Jana Husa, który po ukończeniu studiów teologicznych i humanistycznych został dziekanem, a potem rektorem Uniwersytetu Karola w Pradze. Kościół w Czechach zdominowany był przez Niemców, co dla Husa, propagatora języka czeskiego, było solą w oku. W swych płomiennych kazaniach zaszczepił ideę narodowego kościoła i bronienia narodowych interesów.

                          Kolejnym zarzewiem konfliktu było wprowadzenie przez kościół katolicki haniebnego procederu kupczenia odpustami. Religijny interes polegał na tym, że grzechy można było zmyć nie pokutą, a ściśle określoną wpłatą na rzecz Rzymu. Grzechy miały określone stawki, a co bardziej majętni potrafili nie tylko zapłacić za występki, które już popełnili, ale też zafundować sobie odpuszczenie win na przyszłość.

                          Sprzeciw Husa spowodował, że został on podstępnie zwabiony na sobór w Konstancji, gdzie spalono go na stosie. Jego zwolennicy, którzy przekonali się, że pokojowymi środkami nic nie zdziałają, zorganizowali się w armię, która szybko pokazała, na co ją stać.

                          Wojska husyckie tworzyli nieobyci w wojnie chłopi i mieszczanie. Używali oni prostych narzędzi, które znali najlepiej - wideł i cepów, wzmocnionych tylko tak, by były bardziej skuteczne. Na tym polegała ich niezwykłość. Ich przeciwnicy walczyli tak jak tradycja rycerska nakazywała - zakuci w pancerze. Szybko okazało się, że byli bez szans.

                          Husyci odnosili zwycięstwo za zwycięstwem. Rozgromili pięć krucjat, jakie przeciwko nim zorganizowano. Wkroczyli na ziemię śląską, a w pewnym momencie zapuścili się nawet pod Berlin. Brali też udział w wonie polsko-krzyżackiej na Pomorzu. Dla miejscowej ludności Husyci oznaczali śmierć i zniszczenie. W pierwszej kolejności palili kościoły i zabijali członków kleru, lecz mordowali też ludność cywilną. Wiele osad przez dziesiątki lat podnosiło się ze zniszczeń. Wiele zostało opuszczonych na zawsze.

                          Henryków (Villa Henrici, Heinrichsdorf)
                          Wioska, o której wiemy z pewnością, że została zgładzona przez Husytów, to Henryków. Była ona położona na terenie dzisiejszej Nowej Wsi, której nazwa określa fakt założenia osady na miejscu zniszczonej.

                          Pierwsze wzmianki o Henrykowie pochodzą z 1324 r. Według starego opisu, był on położony "tuż przed miastem". Z dokumentu z tego roku wynika, że proboszcz Heinrich z Izbicka podarował swojemu bratu, Christianowi z Zimnej Wódki, folwark Henryków pod Strzelcami (in villa Henrici).

                          Rok później Henryk z Ujazdu, kanonik opolski, podarował "dla odkupienia swojej duszy" należące do niego dobra (allodium) w Henrykowie przy mieście Strzelce, obejmujące 2 wolne łany pola wraz z przyległym ogrodem i łąką. Majątek ten był przeznaczony na pokrycie kosztów utrzymania altarzysty przy ołtarzu św. Mikołaja w kościele św. Krzyża w Opolu.

                          Po raz ostatni Henryków wzmiankowany jest pod koniec XIV wieku. W dniu 12 listopada 1399 r., w domu strzeleckiego mieszczanina Jakuba Czenkera, władający wówczas miastem książę Bernard niemodliński wystawił dokument, w którym potwierdził sprzedaż 1 grzywny rocznego czynszu z jednego łanu pola w Henrykowie (Heinrichsdorf), położonego przed miastem, przez mieszczanina Jakuba Pause na rzecz Mikołaja, opata klasztoru cysterskiego w Jemielnicy, za kwotę 10 grzywien. Forma spisanego dokumentu pozwala wysunąć przypuszczenie, że chodziło raczej o pożyczkę, której opat udzielił Jakubowi w wysokości 10 grzywien na 10%.

                          Wieś została prawdopodobnie zniszczona w czasie wojen husyckich. Kilkaset lat później na dawnych gruntach Henrykowa założona została Nowa Wieś, dziś w granicach administracyjnych Strzelec.

                          Wieś Teodora (Villa Theodorici, Dittersdorf)
                          Wieś była położona przy dzisiejszej drodze do Rożniątowa. Istniała już w 1340 r.

                          Została wymieniona w dokumencie księcia strzeleckiego Alberta, w którym powiększył dla wsi pola orne. Książę potwierdził wówczas sprzedaż 5 małych łanów pola przez Fryderyka Strzałę na rzecz Jana, proboszcza miejskiego kościoła św. Wawrzyńca za kwotę 25 grzywien. Na prośbę Jana, Albert strzelecki dodał do tego majątku "na odpuszczenie swoich grzechów" jeszcze sąsiednie tereny, rozciągające się aż do granicy wsi Teodoryków (villa Theodorici).

                          Niewykluczone, iż ówczesnym właścicielem tej osady był obecny przy wystawieniu dokumentu Teodor (Theodor) Kokorz, którego rodzina posiadała wówczas również Adamowice, Brzezowice i las Osiek. Wieś została najprawdopodobniej zniszczona w czasie wojen husyckich, gdyż źródła więcej jej nie odnotowują.

                          Romuald Kubik, Piotr Smykała
                          Częściowo wykorzystano materiały zgromadzone przez Marka Królikowskiego.

                          602 odsłony

                          • seppel Re: Ciekawo historyjka: 16.01.12, 23:27
                            Das Buch
                            "Die Deutschen im Osten Europas: Eroberer, Siedler, Vertriebene"

                            tam nawet niyzle je naschkryflane co i jak ;) Na ja, niy ze wszyjstkim sie zgodzom
                            und te muode Historiker trocha mje nerwujom aber warto jom przecytac

    • berncik Re: Ciekawo historyjka: 17.01.12, 20:44

      Rewolucja w wierze

      Historia
      486 (42)

      Ewangelicy na Ziemi Strzeleckiej (cz. I)
      Juliusz II (1443-1513) był wyjątkowym papieżem. Wstąpił do zakonu franciszkanów jeszcze jako dziecko i rychło zaczął piąć się po drabinie kościelnej hierarchii. Z pewnością dopomógł mu w tym jego stryj, Francesco della Rovere, który był generałem zakonu, a z czasem wybrany został na papieża Sykstusa IV.
      Wśród współczesnych przyszły papież Juliusz II uważany był za osobę pobożną, choć dziś trudno w to uwierzyć. W chwili wyboru na następcę św. Piotra miał już 3 córki. W dobie renesansu nie była to jednak sytuacja wyjątkowa. W historii zapisałby się być może pozytywnie – popierał bowiem swoim mecenatem wielu artystów, w tym Michała Anioła i Rafaela Santi. Jednak jego dążenie do zapisania się w pamięci potomnych jako wielki twórca, doprowadziło w końcu do dziejowych zmian w Kościele.
      Juliusz II postanowił zburzyć ponad tysiącletnią bazylikę wybudowaną na grobie świętego Piotra i stworzyć własną. W jej wnętrzu miał znajdować się jego wspaniały grobowiec przyćmiewający wszystko, co do tej pory zobaczyć można było w kościołach Rzymu. Mimo sprzedaży niezliczonych dzieł sztuki, które wierni przez wieki pozostawiali w najważniejszej świątyni chrześcijaństwa, na budowę nowej bazyliki wciąż brakowało funduszy. Papież rozpoczął więc proceder sprzedaży odpustów.
      Współcześni opisują, jak do miast całej Europy wjeżdżali sprzedawcy odpustów w wozach oklejonych proporcami i plakatami. Odtąd można było wykupić sobie odkupienie za odpowiednią sumę pieniędzy, a każdy grzech miał swoją pozycję w cenniku. Pośród sprzedawców odpustów wyróżniał się kaznodzieja odpustowy dominikanin Tetzel, który w szczególnie jarmarczny sposób sprzedawał listy odpustowe. Głosił, że czerwony krzyż odpustowy z herbem papieża więcej znaczy niż krzyż Golgoty, że pokuta i żal za grzechy są niepotrzebne tym, którzy kupili listy odpustowe: „Skoro pieniądz w szkatule zadzwoni, duszę z czyśćca do nieba wygoni”. Odpusty były tylko czubkiem góry lodowej. W Europie istniały miasta, w których co dziesiąty mieszkaniec był duchownym. Większość z nich żyła jedynie z opłat za odprawiane msze, a ich wiedza o wierze katolickiej i zasady moralne były tragiczne. Zarówno możni jak i pospólstwo na całym kontynencie odczuwali coraz pilniejszą potrzebę zmian.
      Legenda mówi, że 31 października 1517 roku na drzwiach kościoła zamkowego w Wittenberdze Marcin Luter, mnich augustianin, przybił płachtę ze spisanymi 95 tezami naprawy kościoła. Historycy powątpiewają, że to zdarzenie miało w ogóle miejsce, lecz przesłane do arcybiskupa Moguncji i biskupa Brandenburgi przemyślenia mnicha były zapałką wrzuconą do beczki z prochem. Dzięki wynalazkowi druku w 2 tygodnie tezy Lutra przeczytać można było w całych Niemczech, po miesiącu znała je cała Europa, a w niespełna rok spotkać się z nimi można było nawet w Jerozolimie. Rozpoczęła się reformacja.
      Nie ma świadectw mówiących, że Ziemia Strzelecka została opanowana przez pierwszą falę reformacji. Jest jednak pewne, że nowa wiara znalazła tu równie wielu wyznawców jak w dużej części Europy. Wiadomo, że kościół parafialny pod wezwaniem św. Wawrzyńca należał do Ewangelików. Przed rokiem 1554 w dokumentach miejskich nie występuje funkcja pastora ewangelickiego, lecz gorącymi zwolennikami reformacji w kościele byli ówcześni właściciele dóbr strzeleckich – rodzina von Radern. Z zachowanych informacji wynika, że w 1571 roku ówczesny proboszcz Kozyrazek otrzymał pół łanu pola na własne utrzymanie. Na podstawie pisma z 1575 r. wnioskować można, że ksiądz Kozyrazek, burmistrz i rada miasta oraz większość mieszczan byli ewangelikami. W piśmie tym znajdowała się także informacja że, na życzenie „naszego pastora” Thomasa Kozyrazka wybrano na wikarego Valentina Gorischa, który od pięciu lat prowadzi szkołę, i prośba o jego zatwierdzenie. Wynika z tego że, szkoła ewangelicka istniała już w 1570 r.
      W 1593 r. w mieście było dwóch luterańskich duchownych. 28 grudnia 1598 r. zmarł Georg von Redern, ewangelicki właściciel dóbr strzeleckich. Strzeleccy protestanci stracili wielki autorytet. Został pochowany w ozdobnej trumnie z jego podobizną, na której było 17 herbów oraz cytaty z Biblii z napisami złoconymi. Georg von Redern spoczął w podziemiach kaplicy, którą zbudował dla siebie w kościele pw. św. Wawrzyńca. Trumna została ufundowana przez żonę Margaretę von Tschammer-Osten. W sporządzonym testamencie Redern zapisał znaczne sumy na cele kościelne, za co żądał praw patronackich dla swoich potomków. Po nim dobra strzeleckie otrzymał jako zastaw jego syn Georg von Redern (junior), który w 1615 r. stał się właścicielem dóbr kupując od cesarza dobra za 80 tyś. talarów jako wolny majątek dziedziczny. Cesarz zostawił sobie prawo patronatu i wszelkie duchowne zwierzchnictwo nad wszelkimi kościołami, szpitalami i fundacjami kościelnymi. Ponieważ Redern był protestantem, patronat stanowił swoisty cesarski akt opieki na wiarą katolicką. W 1637 r. dobra przeszły na siostrę Rederna, baronową von Kolowrat, a 1650 r. na jego wnuka - Gustawa von Colonna.
      W 1611 r. protestanckim księdzem był Johann Rubus (lub Rufus) ze Strzelec (Gross Strehlitz), który został potem przeniesiony do Bytomia (Beuthen). W 1612 r. znany jest inny ksiądz ewangelicki Andreas Aloysius. Nie wiadomo, jak długo pracował w Strzelcach i czym się zajmował.
      Piotr Smykała
      • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 17.01.12, 21:37
        Wciepna sam swoje 3 grosze bo my w inkszym poście godali o ostrej linii jako dzielyła
        ludzi miyszkjoncych po dwoch brzegach jakeś rzyczki a nikiej i przikopy.
        Otoż te rzyczki byly przi podziałach dóbr ksionzyncych bardzo ważne bo stanowiyły widoczne linie orientacyjne do wyznaczanio granić.A zmiana tych granic nastympowała z nie wyobrażalnom dlo nas dzisiej czynstościom.
        Ale po tym trocha przidługim wstympie,do rzeczy.

        W czasie wojen husyckich Ślonsk zostoł tak splondrowany a miasta spolone. Nauka
        Lutra ni miała tu dostympu bo doświadczynia husytyzmu z przed stu lot były skutecznym straszakym przeciw nowej herezji.

        Jednak z jednym wyjontkym.
        W ostatnij fazie wojen husyckich,kiedy obfitość łupow była już tak wielko,że kusiyła i samych ksionżont ślonskich,do społki z Husytami przistompioł ksionże opolski Bolko V.
        Na wojnach husyckich tak sie zbogacioł,że już po zakonczyniu wojen i ustompiyniu Husytow
        zaczon wykupywać prziległe a żyzne tereny somsiadujonce z jego ksienstwem.
        Było zaśz tym zwionzane wytyczanie nowych granic czynsto znaczone na tych przikopach.
        Som BolkoV pozostoł heretykym aż do swojej śmierci. Wierni wierze "Braci Czeskich" byli tez i jego potomkowie kierzi w nastympnych pokoleniach zas powitali nowe idee religijne Lutra.
        A,że przez cały tyn okres dziejowy obowionzywała zasada "cujus regio ejus religio"
        co sie po dzisiejszymu tłumaczy czyja władza tego i religia,toż i w całym powiynkszonym juz ksiynstwie oposkim luteranizm znejd podatniejszy grunt niż w ksiynstwach i ksiynstewkach ościennych.
        Wroz z religiom luteranskom prziszła tez i biblia Lutra a ta była przeca piyrszom wydanom w takim nakładzie ksionżkom pisanom w całości po niemieckiu.
        Tym też sie tłumaczy to,że te prawie niedostrzegalne na piyrszy rzut oka granice terenowe
        stały sie też granicami jynzykowymi.A protestantyzm luterański był też nosicielem nimieckej mowy.
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 17.01.12, 22:17
          Fajnie Braciku ze te geszichty tak trafnie uzupelniosz.Jo se to tysz pierwej nie umiou nijak wytumaczyc jak moja Matka miastowo dzioucha (ze Glywic) pod koniec 30tych lot,ze mojem prziszlym Vatrym zajechala do rodzinnyj wsi pod sw.Annom a tam na drodze goniyli se bajtle i wrzeszczeli po Slonsku.Tak se tymu dziwioua ze nom o tym po latach osprawiaua,co w Glywicach ani Zobrzu zodyn juz po Slonsku nie godou.Starziki mozno ja?To je podobnie jak teraz
          ino na opak .Te mode Slonzoki ( moje Neffen np). Mowiom po Gorolsku ale godajom ze som Slonzokoma i se gorszom jak ich przezywom Gorolami. w zartach klar.
      • berncik Re: Ciekawo historyjka: 18.01.12, 17:47
        Rzym kontratakuje
        Historia
        487 (43)

        Ewangelicy na Ziemi Strzeleckiej (cz. II)
        Kościół katolicki długo nie mógł zdobyć się na zdecydowaną odpowiedź w stosunku do reformacji. Cesarz Karol V już w 1524 roku – 7 lat po wystąpieniu Lutra – chciał zwołania soboru, który zmierzyłby się z nowym ruchem religijnym. Kolejni papieże woleli jednak chować głowę w piasek i udawać, że tak naprawdę nic się nie wydarzyło. Impas przerwał dopiero papież Paweł III, zwołując w 1537 roku sobór w Mantui. Długo jednak dostojnicy kościelni czekali na sobór. Zwołany ponownie w 1542 roku, opóźniany był działaniami cesarza Karola V, który toczył zażarte walki z Francją. Francja sprzymierzyła się z Turkami, a cesarz, z braku poparcia papieskiego, z protestantami. Obiecał im, że po zwycięstwie zwoła synod porządkujący sprawy chrześcijańskie w Niemczech, co groziło ostatecznym rozpadem kościoła. Papież przynaglony tymi wypadkami i faktem, że reformacja szerzyła się już nawet w północnych Włoszech, doprowadził w końcu do zwołania jednego z najważniejszych w dziejach kościoła synodów. Rozpoczął się on 13 grudnia 1544 roku w Trydencie i trwał do roku 1563. W czasie jego trwania na piotrowym tronie zasiadało 5 papieży.
        Sobór na zawsze zmienił obraz Kościoła. Od tej pory przyszli duchowni mieli uczyć się w seminariach duchownych, a biskupi zostali zobowiązani do wizytowania podległych im parafii. Wprowadzony został katechizm obowiązujący w Kościele Katolickim aż do roku 1990. Zdefiniowano sakramenty małżeństwa i kapłaństwa, a także pojęcie czyśćca. Jednocześnie sobór przyniósł tak kontrowersyjne ustalenia, jak równouprawnienie niepisanej tradycji z Pismem Świętym czy reorganizację Sacrum Officium czyli Inkwizycji. Stworzono też indeks ksiąg zakazanych. Od tego momentu Kościół Katolicki rozpoczął ofensywę odzyskiwania terytorium tak łatwo zajętego przez błyskawicznie szerzącą się reformację.
        Na Śląsku okres kontrreformacji rozpoczął się pod koniec roku 1628, podczas wojny 30-letniej. Ludności katolickiej głoszono kazania misyjne, odbierano zagarnięte wcześniej świątynie katolickie, wprowadzono kapłanów katolickich z równoczesnym zakwaterowaniem dragonów lichtensteinskich, którzy skutecznie nawracali ludzi siłą.
        20 stycznia 1629 roku Świdnicę, drugie co do wielkości miasto Dolnego Śląska, najechała kompania dragonów Lichtensteina. Pod przymusem skatolicyzowano kościoły. Gminie ewangelickiej nie pozostawiono ani jednego z 14 kościołów parafialnych. Prawie przez rok dragoni uciskali ewangelicką ludność Świdnicy, zanim 4 stycznia 1630 roku opuścili miasto.
        3 kwietnia 1629 roku w Strzelcach pojawił się cesarski misjonarz Wolfgang Cygnäus, który wprowadził do świątyni katolickiego księdza. Odbyło się to zgodnie z ustaloną w 1555 roku w Augsburgu zasadą „Czyja władza, tego religia”. Ludność okolic Strzelec, będącą pod władaniem protestantów, musiała przejść na starą wiarę katolicką. W czasie wojny trzydziestoletniej (1618–1648) strzeleccy ewangelicy haniebnie się zachowali. W 1627 r. do miasta wkroczyły wojska protestanckie oddziału Mansfelda. Protestanci strzeleccy poprowadzili odziały wojska do Jemielnicy (Imielnitz), gdzie szukano kosztowności. Zniszczono i splądrowano co się dało, spichlerze zbożowe, stawy rybne, bibliotekę i klasztor. Nawet dobrano się do trumien zmarłych, m.in. trumny śląskiego kompozytora i poety - opata klasztoru Johannesa Nuciusa. Znalezionych kosztowności było jak na lekarstwo, a szkody były znaczne. Na skutek późniejszej skargi opata Martina Versiusa z Jemielnicy, rabusie zostali ukarani grzywną 1500 guldenów. Mieli też stracić swoje przywileje, jednak skończyło się na ufundowaniu dzwonu dla jemielnickiego klasztoru.
        W 1629 roku liczba katolików w mieście była dość mała, gdyż jeszcze w 1654 roku do wiary katolickiej przyznawała się tylko ¼ mieszkańców. Mimo tego, w 1629 r. ewangelicy utracili kościół, który przeszedł z powrotem do społeczności katolickiej. Z biegiem lat w mieście ludności wyzwania ewangelickiego było coraz mniej. Pod koniec XVII w. z powodu braku pastora, ewangelicki burmistrz, będący jednocześnie cesarskim poborcą podatkowym (pobierał podatek celny i piwny), wygłaszał kazania strzeleckim ewangelikom.
        Do końca XVII w. rada miasta była protestancka. Według protokołu wizytacyjnego z 1720 r., liczba osób wyznania ewangelickiego zmalała do 27 mieszkańców. Po pierwszej wojnie śląskiej (1740/41) wraz z przybyciem urzędników z zewnątrz i zorganizowaniem garnizonu pruskiego w mieście, liczba ewangelików automatycznie wzrosła. Mimo to w 1758 r. w mieście były tylko trzy rodziny ewangelickie. Pod koniec XVIII wieku ewangelicy otrzymali w ratuszu salę do nabożeństw. Od 1812 r. za zgodą proboszcza katolickiego ludność wyznania ewangelickiego nabożeństwa odprawiała w kościele pw. św. Barbary. Liczba ewangelików wzrosła dopiero w pierwszej połowie XIX w. W 1830 r. wyniosła 147 osób. Prawie sto lat później, w 1927 r. w mieście było 654 osób wyznania ewangelickiego. Według spisu ludności z 1933 r. w mieście mieszkały już 793 osoby wyznania ewangelickiego, które stanowiły 7,2% społeczeństwa strzeleckiego.
        Jak podaje spis kościoła ewangelickiego z 1924 r., ochrzczonych w mieście było 10 osób, bierzmowanych 15, udzielono 8 ślubów, pochowano 22 osoby, ugoszczono na wieczornej kolacji 481 gości. Ludność wyznania ewangelickiego była w porównaniu z innymi mieszkańcami dość zamożna. Na krótko przed nadejściem frontu wojennego, w styczniu 1945 r. prawie wszyscy ewangelicy opuścili miasto. Jak się później okazało - na zawsze. Po ich świetności pozostał jedynie kościół przy ulicy Opolskiej i zaniedbany cmentarz przy ulicy Marka Prawego.
        Piotr Smykała
        Romuald Kubik

        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 19.01.12, 18:28
          Świadectwa przeszłości – kościół i szkoła

          Historia
          488 (44)

          Ewangelicy na Ziemi Strzeleckiej (cz. III)
          Kościół ewangelicki został wybudowany dopiero w pierwszej połowie XIX wieku. W 1822 roku stanowisko burmistrza objął Anders, który poparł plan budowy kościoła i w 1823 roku zorganizował na niego zbiórkę. Plac pod budowę podarował Andreas Maria Graf Renard. Prace budowlane rozpoczęto w 1825 roku.

          Budowa postępowała szybko. Kościół został oddany do użytku społeczności ewangelickiej dnia 29 października 1826 roku. Plany budowy świątyni wykonał Ernst Samuel Friedel z wykorzystaniem uwag i propozycji Christophera Worbsa. Kościół został pierwotnie zbudowany bez wieży, którą dobudowano przed rokiem 1888. Świątynia nie posiada określonego stylu. Jest murowana z cegły, kamienia i otynkowana. Okna zamknięte półkoliste. Chór został wykonany z drewna i wsparty na czterech słupach. Dach kościoła jest siodłowy i pierwotnie był nakryty dachówką. Kościół został wybudowany na terenie, na którym przebiegał wał ziemny pomiędzy rowami wodnymi. Teren ten był mocno zachwaszczony i bagnisty, w momencie wybudowania świątyni znacząco poprawił w tym miejscu wizerunek miasta. Przy okazji budowy wyprostowano drogę i wyburzono kilka starych domów. Plebania i budynki gospodarcze powstały w 1840r. W drugiej połowie XIX wieku pastorem kościoła był Güthner. Nie wiadomo, jak długo pracował w mieście.
          Po wybudowaniu wieży kościelnej w 1888r. zamontowano na niej dwa dzwony odlane w „Towarzystwie Bochum” ufundowane przez Auguste Hoffmann. Na większym dzwonie znajduje się napis – „Chwała na wysokości Bogu”, na mniejszym napis – „Pokój na ziemi”.
          I wojna światowa nie ominęła świątyni. W czasie wojny piszczałki z organów zostały zabrane na potrzeby wojska. Nowe zostały zakupione po zakończeniu konfliktu. W latach 1914 – 1918 na froncie zginęło 30 osób wyznania ewangelickiego. Ich nazwiska były upamiętnione na tablicy znajdującej się w kościele ewangelickim. Tablica pamiątkowa ufundowana została po wojnie przez gminę ewangelicką za sumę 22,500 marek. Zapewnie była tam do 1945r. Co się z nią stało - nie wiadomo.
          Od 1925r. pastorem w Strzelcach (Gross Strehlitz) był Kurt Rudel. Urodził się 9 kwietnia 1888r. w Doberschau powiat Goldberg-Haynau (Złotoryja-Chojnów). Jego ojciec był nauczycielem w Wrocławiu i Bonn. 16 października 1916r. ożenił się i miał troje dzieci. Jak długo pracował w parafii ewangelickiej w Strzelcach (Gross Strehlitz) nie wiadomo. Do 1945 roku kościół był użytkowany przez ewangelików. Przed wkroczeniem frontu wojennego ostatni ewangelicy opuścili miasto.
          Po wojnie kościół przez pewien czas był użytkowany przez katolików. Tutaj odprawiano msze święte i nabożeństwa oraz udzielano Sakramentów Świętych. Po pewnym czasie kościół zamknięto i zaczął niszczeć. Dopiero w 1982 roku został przekazany społeczności katolickiej dzięki staraniom proboszcza ks. prałata Jerzego Stellmana. Dnia 2 kwietnia 1982 roku odbyły się rozmowy w Kurii Diecezjalnej w Opolu między przedstawicielami Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego i Kościoła Rzymskokatolickiego na temat przekazania go pod opiekę katolików. Strony ustaliły cenę kupna – sprzedaży kościoła wraz z wyposażeniem i działką na sześć milionów ówczesnych złotych. Dnia 7 lipca 1982r. kościół stał się własnością parafii św. Wawrzyńca.
          W latach 1982 – 1985 dokonano generalnego remontu kościoła. Wymieniona została cała więźba dachowa. Dach i wieżę pokryto blachą miedzianą. Od nowa wykonano sufit, który został także ocieplony. Posadzka kościoła została wyłożona marmurem i częściowo granitem. Zniszczone całkowicie witraże zostały zrekonstruowane przez Norberta Siekierkę. W prezbiterium znajduje się witraż „Zmartwychwstanie Chrystusa”, z lewej strony znajduje się witraż „Boże Narodzenie”, drugi z prawej strony „Zesłanie Ducha Świętego” oraz cztery witraże ozdobne. Wstawiono wszystkie nowe drzwi. W wejściu do nawy głównej została wstawiona ozdobna kuta metalowa krata. Ołtarz główny i ambonę wykonano z marmuru. Tabernakulum wykonał Alfons Schnura ze Strzelec Opolskich, przystosowane do wiecznej adoracji Najświętszego Sakramentu. Metaloplastyk A. Schnura wykonał także napis w języku łacińskim umieszczonym nad wejściem głównym – „Vinite Adoremus”. Kościół otrzymał nowe ławki, cztery żyrandole i kinkiety a zakrystia nowe meble. Cała instalacja elektryczna została wymieniona na nową. Dzwony otrzymały napęd elektryczny. W kościele umieszczono dwie odrestaurowane figury – Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Boskiej Fatimskiej. Otoczenie na zewnątrz kościoła zostało uporządkowane.
          Dnia 6 czerwca 1985 roku w godzinach popołudniowych parafia strzelecka przeżyła wzniosłe chwile konsekracji poewangelickiego kościoła przy ulicy Opolskiej. Konsekracji dokonał ks. bp. ordynariusz opolski Alfons Nossol, przy tłumach wiernych i księży z całego dekanatu. Administratorem obecnego kościoła pw. Bożego Ciała jest parafia pw. św. Wawrzyńca. Od tego czasu świątynia jest otwarta każdego dnia i dla wiernych pragnących pomodlić się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem.
          SZKOŁA EWANGELICKA
          Szkoła w mieście istniała już w 1379r., jest wymieniona w dokumencie z tego roku dotyczącym założenia kolegiaty św. Bartłomieja w Głogówku (Oberglogau). Była to na pewno szkoła parafialna wyznania katolickiego prowadzona przez proboszcza strzeleckiego. Pierwsza informacja o szkole ewangelickiej w Strzelcach (Gross Strehlitz) pochodzi z 1570r. Nauczycielem i kierownikiem tej szkoły był wikary Valentin Gorisch, który został później także pastorem. W tej szkole uczniem Adama Malesiusa był przez trzy lata Lorenz Stomachi ze Strzelec, który pobierał naukę od 1598r. W 1600r. został wyświęcony w Wittemberdze na diakona, później pracował w Lepnitz.
          W 1679r. szkoła była już w rękach katolików.
          W szkole wykładał rektor Johann Korda ucząc czytania, pisania i gramatyki. Był zatrudniony także jako kantor i organista, za co otrzymywał 18 talarów rocznie oraz dwa ubrania, jedno na św. Marcina, drugie na św. Mikołaja. Jak widać, w tym czasie nauczyciele raz byli katoliccy raz ewangeliccy. Czasem młodzież chodziła do szkoły ewangelickiej a czasami do katolickiej i to w tym samym budynku. W 1695r. szkoła była na utrzymaniu ewangelickiego małżeństwa Bitschin. Istniała jeszcze w 1720r.
          Szkoła ewangelicka prawdopodobnie w pierwszej połowie XVIII wieku zaprzestała działalności. Jak wiemy, dopiero kiedy poświęcono nowy wybudowany kościół ewangelicki w 1826r., utworzono na nowo szkołę ewangelicką. Na początku pracował w niej jeden nauczyciel z nauczycielem pomocniczym. Dopiero od 1867r. w szkole nauczało dwóch nauczycieli. Od 1898r. dzieci ewangelickie chodziły do nowej wybudowanej szkoły na miejscu wyburzonego kościoła św. Krzyża. Sale lekcyjne znajdowały się na parterze. W roku szkolnym 1930/31r. w szkole nauczało dwóch nauczycieli. Do szkoły uczęszczało 76 uczniów wyznania ewangelickiego i trzech uczniów żydowskich. Wiele młodzieży chodziło oprócz do szkoły ewangelickiej także do szkoły miejskiej, gimnazjum i szkoły katolickiej - wyznanie nie przeszkadzało w nauce. Szkołę zamknięto wraz nadejściem frontu w styczniu 1945r.
          Piotr Smykała
          Romuald Kubik
    • rico-chorzow Re: Ciekawo historyjka: 17.01.12, 21:15
      berncik napisał:

      > Historia ciekawo nie o Glywicach ale o Slonsku.
      > Wojna o Śląsk i zaginiony skarb

      Kejś bjyli siy uo Slonsk,Fridrich wygrou,besto som niykere Slonsoki Prusokami,jednak Fridrich dou nom kartofle,kartofle to je jedzynie,co nom Slonsokom Polska dała?,sami niy mieli co zerzrić.
            • berncik Re: Ciekawo historyjka: 20.01.12, 19:24
              Obóz pracy w Błotnicy Strzeleckiej

              Historia
              592 (45)

              Czy w domu mówiono po niemiecku? Czy członkowie rodziny uczestniczyli w zjazdach lub zebraniach NSDAP? Czy agitowali na rzecz władz niemieckich? To były główne kryteria wpisywania osób na listy do wysiedlenia, które tworzono niedługo po przejściu frontu. W 1945 zajęli się tym ówcześni, już polscy, sołtysi. Niekiedy listy tworzone były przez osoby wcześniej upokorzone przez władze niemieckie lub swoich niemieckich sąsiadów. Listy wędrowały do służby bezpieczeństwa i milicji.

              Masowe wysiedlenia zaczęły się latem 1945 roku, choć w niektórych wioskach pierwsze wywózki odbywały się wcześniej - już w połowie lutego 1945 roku. Dokonywały ich wtedy władze sowieckie. Przesłuchania odbywały się w kilku miejscach Strzelec. Nie obyło się bez tortur i głodzenia więźniów. Piwnice pewnej kamienicy stojącej w strzeleckim rynku były określone przez świadków jako katownia. Wielu przesłuchiwanych zmarło. Nieliczni szczęśliwcy wrócili do domów, a większość wywieziono na wschód.

              Jak przebiegały takie akcje? Znamy opis na przykładzie Rozmierzy. Do wsi około 4 rano wjechały samochody z milicjantami ubranymi po cywilnemu. Na lewej ręce mieli założone biało-czerwone opaski. Obstawiano całe gospodarstwo. Dopiero potem jeden z funkcjonariuszy walił w drzwi. Jeżeli mieszkańcy próbowali uciekać oknem, zostali szybko wyłapani i ładowani na pakę ciężarówki. Z wyznaczonego domu brano wszystkich – mężczyzn, kobiety i dzieci. Sprawna akcja trwała często kilka minut i mieszkańcy byli wywożeni w nieznanym dla nich kierunku. Ich domy przekazywano polskim repatriantom.

              OBOZY
              Było ich wiele i różnych rozmiarów. Najczęściej obozy przejęto po władzach niemieckich i tam, gdzie wcześniej trzymani byli Żydzi bądź jeńcy wojenni, trafiali teraz mieszkańcy wyznaczeni do wysiedlenia. Jednym z największych obozów wysiedleńczych był ten zlokalizowany w Błotnicy Strzeleckiej.

              Wysiedlenia dawały nowej władzy tanią siłę roboczą i domy dla ludzi ze wschodu. Darmowi robotnicy wykorzystywani byli do usuwania zniszczeń wojennych i demontażu fabryk. Rosjanie rozbierali skomplikowane urządzenia, które później wędrowały na odkrytych wagonach tysiące kilometrów, by trafić w ręce ludzi, którzy nie mieli pojęcia jak je poskładać z powrotem. Dzięki tej polityce najnowocześniejsze w świecie zakłady pracy zamieniały się na wschodzie w góry złomu.

              Wysiedleni byli skutecznie oddzieleni od reszty mieszkańców. Dawało to możliwość ich bardzo szczegółowej obserwacji i wyłapywania członków NSDAP, SA i SS. Do obozów trafiali ludzie przeznaczeni do późniejszego wysiedlenia do Niemiec.

              Obóz w Błotnicy Strzeleckiej znajdował się w miejscu dzisiejszego zakładu wytwarzania pasz. Składał się z kilku drewnianych baraków, które pierwotnie były mieszkaniami emerytów kolejowych, a potem przymusowych robotników z Ukrainy. Robotnicy po przejściu frontu zmienili właścicieli i pracowali odtąd pod lufami żołnierzy sowieckich. Wiadomo na przykład, że część Ukraińców po przejściu frontu przebywało na folwarku Szymonia w Rozmierce, gdzie pod eskortą żołnierzy sowieckich pracowali w polu i oborze. Traktowani byli jak zdrajcy. Z relacji wiadomo z całą pewnością, że dużą liczbę Ukraińców sowieci rozstrzelali w pobliskich lasach. Znany jest też przypadek, kiedy to sowiecki sołdat skopał w Rozmierce ciężarną ukraińską dziewczynę, bo „nosi w łonie Germańca”. Dziewczyna poroniła.

              Błotnicki obóz był jednym z większych. Na terenie ziemi strzeleckiej były też małe obozy, w których przetrzymywano po kilkanaście osób. Znajdowały się one między innymi w Strzelcach Wielkich, Mokry Łanach, Suchych Łanach, Ligocie Dolnej, Zalesiu. Ich „pensjonariuszy” wywieziono głównie na wschód.

              Do obozu pracy w Błotnicy Strzeleckiej zostały doprowadzone osoby ze Strzelec Wielkich, Piotrówki (72 rodziny), Jemielnicy, Rozwadzy, Rozmierzy, Rozmierki, Izbicka (40 rodzin), Suchodańca (68 rodzin) oraz z Opola. Spis osób osadzonych znajduje się w Archiwum Państwowym w Opolu.

              Obóz zamieszkiwali przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Spali na drewnianej podłodze – jeden obok drugiego. Toaleta znajdowała się w jednym baraku. Myli się tam oraz korzystali z ubikacji - dwóch belek na środku baraku nad ściekiem – rowem w podłodze. W innym baraku była kuchnia. Więźniowie w mieszczącym się tam kotle mogli gotować posiłki. Tylko, że nie było z czego - nie dostawali prowiantu. Do kotła trafiało więc to, co kobiety znajdowały na okolicznych polach. Przeważnie były to buraki, z których przygotowywano lurowatą zupę. Warunki sanitarne szybko dały się we znaki. Więźniowie obozów zaczęli zapadać na dur brzuszny i tyfus.

              W obozie funkcjonowała kolejka wąskotorowa. Głodne dzieci bawiły się nią i jeździły całymi dniami czekając, aż rodzice wrócą z przymusowych prac. Krewni osadzonych codziennie wystawali pod bramami obozu czekając na wieści o swoich bliskich. Przynosili ze sobą paczki, które były dokładnie przeszukiwane. Normą było, że strażnicy wyjmowali z nich dla siebie wartościowe przedmioty, np. ubrania, mydło. Często paczki w ogóle nie trafiały do adresatów. Rodziny, świadome, co robią strażnicy, często próbowały przerzucać żywność przez 4-metrowy płot obozu. Czasem się to udawało i wielu osadzonym ratowało życie.

              OŁOWIANE TRUMIENKI
              Osadzeni w obozach wykorzystywani byli nie tylko do pracy w folwarkach. Młodzi mężczyźni pracowali przy rozbiórce niemieckiego pomnika na Górze św. Anny. Zostali skierowani do tej pracy „ze względów moralnych”. Przy niszczeniu monumentu przez 3 tygodnie pracowało 80 osób.

              Imponujący pomnik, wybudowany za czasów hitlerowskich, krył szczątki niemieckich żołnierzy poległych podczas walk z polskimi powstańcami. Była to niska rotunda, która z zewnątrz wydawał się dość niewielka. Dopiero wchodząc do jej wnętrza można było docenić ogrom budowli. Znajdowała się tam Totenhalle – sala zmarłych, w której w ołowianych trumienkach spoczywały szczątki. Na środku hali osadzona była rzeźba umierającego germańskiego wojownika.

              Wysłani z obozu najpierw wysypali szczątki z ołowianych trumien, które złożono w zbiorowej mogile na cmentarzu parafialnym na Górze św. Anny. Metalowe trumny wywieziono w nieznanym kierunku. Więźniom kazano później skuwać mozaikę w środku mauzoleum. Kiedy w budowli nie pozostało już nic do zdemontowania, sprawą zajęli się saperzy. Po założeniu ładunków pomnik wysadzono, a huk eksplozji słychać było w oddalonych miejscowościach.

              OBOZOWE ŻYCIE
              Racja żywnościowa więźniów wynosiła 200 g chleba na śniadanie. Po pracy dostawali czasem zupę, a czasem maślankę z ziemniakami. Z przekazów ustnych wiadomo, że w obozie z pewnością zmarła jedna osoba. Był to starszy mężczyzna, były niemiecki żołnierz. Jego personaliów ani miejsca pochówku nie znamy. Osoby, które zachorowały lub były w złym stanie zdrowia - zwalniano. Wiele zmarło już w domu z powodu chorób, którymi zarazili się w obozie. Część chorych nie miała gdzie wrócić. Ich domy zostały przekazane repatriantom. Często umierali w strzeleckim szpitalu lub – przygarnięci – w domach przyjaciół.

              Brakuje dokumentów potwierdzających torturowanie więźniów. Z ustnych przekazów wiadomo jednak, że przynajmniej jedna kobieta była przetrzymywana w karcerze na mokrej podłodze przez trzy dni. Komendantem obozu był Józek Kubicki (lub Kubacki). Znane są też imiona niektórych strażników – Antek, Staszek i Józek. Ci byli najokrutniejsi. Komendant miał narzeczoną z Jemielnicy, która często przyjeżdżała do Błotnicy Strzeleckiej. Jeździli motorem dookoła obozu.

              Komendant osobiście rewidował kobiety odwiedzające obóz. Rekwirował żywność a kobiety trafiały na noc do bunkra.

              GLIWICE
              Część Ślązaków umieszczono w obozie pracy w Gliwicach-Łabędach. Tam nadzorcami byli Rosjanie. Dowiedział się o tym starosta strzelecki, Zygmunt Nowak. Pewnego dnia wyruszył do Łabęd konwój samochodów, w którym wzięli udział także funkcjonariusze MO i UB. Zygmunt
              • berncik Re: Ciekawo historyjka: 20.01.12, 19:26
                To jest dalszo czesc z Obozu.
                GLIWICE
                Część Ślązaków umieszczono w obozie pracy w Gliwicach-Łabędach. Tam nadzorcami byli Rosjanie. Dowiedział się o tym starosta strzelecki, Zygmunt Nowak. Pewnego dnia wyruszył do Łabęd konwój samochodów, w którym wzięli udział także funkcjonariusze MO i UB. Zygmunt Nowak zabrał ze sobą najlepszą walutę – morze wódki.

                Po dłuższym „przekonywaniu” strażników dobito targu. Z obozu udało mu się wydobyć 643 osoby, które pieszo, pod eskortą milicji przeszły do obozu w Błotnicy. Był początek sierpnia 1945 roku.

                Wiele osób było wygłodzonych i schorowanych. Wiadomo, że Paul Kachel (1927-1949) z Jędryń zmarł później na gruźlicę, której nabawił się w obozie. Starosta kazał wydać przybyłym pożywną grochówkę z kartoflami i chleb z kawą.

                8 i 9 sierpnia w Błotnicy odbyły się przesłuchania prowadzone przez komisję weryfikacyjną. Miały one zadecydować o zwolnieniu osadzonych. Odbywały się pod kierownictwem kpt. Barana (kierownika miejscowego urzędu bezpieczeństwa), por. Piechucha i ob. Laska. W tych dniach przesłuchano łącznie 220 uwięzionych. Zweryfikowano 214 osób, które zostały zwolnione z obozu. Każdej wydano odpowiednie zaświadczenie i zobowiązano, by po przybyciu do miejsca zamieszkania, w ciągu 24 godzin, zgłosiła się do miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa, ewentualnie do najbliższego posterunku Milicji Obywatelskiej.

                Sześć osób przesłuchiwanych w obozie pracy w Błotnicy Strzeleckiej, zadeklarowało się, że są Niemcami. Pięcioro z nich należało do partii nazistowskiej, a jedna brała udział w walkach powstańczych po stronie niemieckiej. Cała szóstka pozostała w obozie.

                Obóz pracy zlikwidowano w październiku 1945 r. W tym czasie przebywało tu jeszcze 476 więźniów. Część (112) zdecydowała się na dobrowolny wyjazd do Niemiec, a 364 osóby zostały przydzielone do pracy na folwarkach. Po krótkim czasie, po uzyskaniu pozytywnej weryfikacji, zostały zwolnione do miejsc zamieszkania. Część baraków przystosowano na mieszkania, inne rozebrano na opał, bo zbliżała się zima.

                Zwolnieni z obozu pieszo wędrowali do swoich gospodarstw, które były zajęte przez repatriantów. Dochodziło do kłótni, ale często przez jakiś czas razem mieszkali w zgodzie. Zdarzały się przypadki, że repatrianci opuszczali posesję prawowitych właścicieli i wyjeżdżali. W innych przypadkach przyjeżdżała powiatowa komisja i dochodziło do uzgodnienia, kto ma być gospodarzem. Wszystko zależało od dobrej woli każdej ze stron. Wielu wracających zastawało już tylko doszczętnie ograbione gospodarstwa.
                PIOTR SMYKAŁA
                ROMUALD KUBIK

                Zmarli po wyjściu z obozu:
                Maria Gaschin (ur. 30 listopada 1908 r.) z Rozmierzy. Zmarła po opuszczeniu obozu pracy 12 października 1945 r. mając 36 lat. Z obozu została przywieziona na wózku do domu już nieprzytomna z wysoką gorączką. Potem została przewieziona do szpitala, gdzie zmarła.
                Josef Niestroj z Rozmierzy zmarł w szpitalu strzeleckim 26 września 1945 r.
                Frieda Schulz z Rozmierzy zmarła w czasie transportu do Niemiec 20 października 1945 r. w Berlinie.
                Franz Spur z Rozwadzy zmarł po uwolnieniu z obozu w wieku 61 lat.
                Zdarzały się przypadki ucieczek z obozu. Uciekł między innymi Wilhelm Gaschin (ur. 1936 r.) z Rozmierzy. Po latach, w 1957 r. udało mu się wyjechać do Niemiec do ojca Paula Gaschina (1904-1973). Z obozu uciekli także młodzi chłopcy z Rozwadzy: Oskar Giemza (lat 12), Franz Kura (lat 14).
                Z Rozmierzy umieszczono w obozie w Błotnicy między innymi:
                Augustyna i Jadwigę Skrzypczyk oraz dzieci Annę, Helenę, Jerzego, Franciszka, Jadwigę i Augustyna
                rodzinę Polaczek
                Paulinę i Emanuela Mrohs oraz ich dzieci Emmę, Alfreda (ur. 1930 r.), Antoniego i Johanna
                Paulinę Ploch
                Anastazję i Wilhelma Metzner oraz ich dzieci Jana, Gintra i Engelberta
                rodzinę Josefę i Josefa Niestroj – zmarł
                Marię Gaschin – zmarła
                Friedę Rieckhoff
                Friedę Schulz – zmarła
                Annę Gawlik.

                Dzięki Helmutowi Polewce z Rozwadzy wiemy, kto był w obozie pracy w Błotnicy Strzeleckiej.
                Z Rozwadzy (pow. krapkowicki) w obozie znaleźli się między innymi:
                Gertrud Beer (lat 46)
                Anna (lat 49) i Klara (lat 18) Domin
                Pelagia (lat 45) i Phillipp (lat 69) Dyballa
                Franciska Gach (lat 42)
                Emilia (lat 53), Maria (lat 24) i Oskar (lat 12) Giemza
                Marta (lat 42), Paul (lat 52) i Urszula (lat 17) Golombek
                Edmund (lat 52) i Anna (lat 29) Greschista
                Johann (lat 48), Klara (lat 40), Hedwig (lat 19) i Rudolf (lat 11) Jonza
                Elisabeth (lat 44), Christine (lat 13), Siegfried (lat 11) i Luise (lat 9) Klein
                Maria Klencz (lat 55)
                Cäcilie (lat 45), Gerda (lat 13) i Irmgard (lat 11) Klöppel
                Agnes (lat 44), Franz (lat 14), Erich (lat 12), Josef (lat 10), Reinhold (lat 8) i Heinrich (lat 6) Kura
                Klara (lat 49), Hubert (lat 17), Anna (lat 15) i Elisabeth (lat 9) Macha
                Eufemia (lat 38) i Alfred (lat 17) Morawietz
                Katharina (lat 49) i Luzie (lat 16) Ocipinski
                Anna (lat 39), Erich (lat 16) i Walter (lat 10) Schulwitz
                Konstantin (lat 57), Franciska (lat 45), Elfriede (lat 23), Regina (lat 21) i Luzie (lat 13) Stach
                Franz (lat 61), Berta (lat 55), Klara (lat 25), Urszula (lat 19), Bernhard (lat 17) i Elisabeth (lat 22) Spur
                Alfons Wilkens (lat 21)
                Maria Wolny (lat 48)
                Renata (lat 8) i Rita (lat 4) Zipper.

                Z Rozmierki do obozu trafili między innymi:
                Hedwig Markieton. Została osadzona 28 sierpnia 1945 r. Zwolniona z obozu została 12 października 1945 r. po weryfikacji. Jej posiadłość po przybyciu do Rozmierki była zajęta przez nowych gospodarzy.
                Henryk Skoberla. Gospodarstwo po zwolnieniu także zajęte przez repatriantów.
                Franciska Polaczek. Gospodarstwo po zwolnieniu zajęte przez repatriantów.
                Z Szymiszowa w obozie znalazła się między innymi:
                Hedwig Gospodarek. Została wysiedlona 14 czerwca 1945 r. Jej mąż w 1937 r. został zmuszony do wstąpienia do NSDAP pod groźbą utraty pracy. Potem został przez żołnierzy sowieckich internowany na wschód. Hedwig Gospodarek po zwolnieniu z obozu powróciła do Szymiszowa, a gospodarstwo było już przejęte przez repatriantów.

                Z Suchodańca w obozie przebywali między innymi:
                Elisabeth (ur. 1932 r.) i Josef (ur. 1929 r.) Koziol. Zostali wysiedleni 25 sierpnia 1945 r. razem z matką, a potem dostał się tam ich ojciec, który dopiero opuścił obóz koncentracyjny Mauthausen. Uznano to za pomyłkę i zostali wszyscy zwolnieni po weryfikacji 8 września 1945 r.
                Elisabeth Skowronek razem z siedmiorgiem dzieci dostała się do obozu 27 sierpnia 1945 r. Po trzech tygodniach wszyscy zostali zwolnieni. Ich posiadłość zajęli repatrianci.
                Albert Krawczyk osadzony 25 sierpnia 1945 r. Został zwolniony po 4 tygodniach.
                Anna Drzymotowa wysiedlona 25 sierpnia 1945 r.
                Adolf Utykała wysiedlony 27 sierpnia 1945 r.
                Barbara Krawczyk wysiedlona 28 sierpnia 1945 r.
                Johann Kuczera
                Hyacinth Hurek
                Katharina Piechaczek
                Johann Hermansa.


                • berncik Re: Ciekawo historyjka: 23.01.12, 18:56
                  Obóz w Błotnicy – ciąg dalszy

                  Historia
                  594 (47)

                  Po naszej publikacji o obozie w Błotnicy Strzeleckiej zgłosiło się wiele osób, które pamiętają tamte wydarzenia. Obóz ten działał tuż po wojnie. Przetrzymywano w nim osoby, które nowej władzy wydawały się podejrzane narodowościowo.

                  SZYMISZÓW
                  Piąta rano, 14 czerwca 1945 roku. Do Szymiszowa wjeżdża kolumna wozów z funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. Ich celem jest wysiedlenie kilkunastu rodzin, które znajdują się na przygotowanej wcześniej liście.

                  Rankiem wszystkich tych mieszkańców wyprowadzono z domu i pod eskortą doprowadzono do kamiennego krzyża obok karczmy w centrum wsi. Tu czekały już ciężarówki, na które zostali zapakowani. Wysiedlonymi byli głównie starsi mężczyźni i kobiety z dziećmi. Podczas akcji słyszało się wyzwiska – germańcy, szwaby, itp.

                  Aresztowanych przywieziono do Strzelec, gdzie przy zrujnowanym rynku swoją siedzibę miał Urząd Bezpieczeństwa. Jednym z nielicznych ocalałych domów był dawny sklep Filipa Kiersteina (dziś w tym miejscu, na rogu Wojska Polskiego i Rynku znajduje się sklep jubilerski). Budynek posiadał ważną zaletę dla nowych zastosowań – głęboką piwnicę z grubymi murami.

                  Miejsce to nazywano katownią strzelecką. Więźniowie byli tu bici i katowani. Niepotwierdzone relacje mówią o trupach. Jeden z mieszkańców Rozmierki tak wspomina: Moja matka dostała się przez karabin schowany na strychu, a mąż walczył na wschodzie, gdzie poległ. Była tu przetrzymywana i przesłuchiwana około 3 tygodnie. Ale także musiała sprzątać po wybrykach katów strzeleckich. Ze ścian zmywała krew a nawet resztki kości.

                  Ubecki areszt był zbyt mały, by pomieścić wszystkich przywiezionych. Zostali więc przewiezieni do więzienia przy ulicy Gogolińskiej. Tu do jednej celi pakowano nawet 15 osób.

                  ŻYCIE WIĘZIENNE
                  Dorośli musieli pracować. Sprzątali korytarze, cele i plac więzienny. Dzieci, nie rozumiejąc sytuacji, bawiły się całymi dniami. Posiłki częściowo przynosili strażnicy, lecz w większości więźniowie musieli radzić sobie sami. Kobiety gotowały zielska zerwane na więziennym placu. Przeważnie był to rumianek. Według relacji osadzonych – strażnicy specjalnie załatwiali swoje potrzeby na krzaki. Często też kpili: Patrz – piją i jedzą te ziółka, a i tak te szwaby jakoś nie zdychają.

                  Wywiezieni z Szymiszowa siedzieli tutaj przez 2 tygodnie. Potem pieszo, pod eskortą odprowadzono ich do obozu w Błotnicy Strzeleckiej. Sytuacja osadzonych się nie poprawiła, a strażnicy naśmiewali się nawet z mówiących po śląsku, że szwab zostanie szwabem. Po pewnym czasie małe dzieci otrzymały przydział mleka. Mleko dostała też jedna, wyjątkowo wychudzona 12-letnia dziewczynka. Strażnicy obawiali się, że umrze.

                  Świadkowie pamiętają, że z Szymiszowa zmarły tu 2 osoby. Jedną z nich była babcia o nazwisku Ploch, wysiedlona z rodziną Greipel. Nie znamy jej imienia. Strażnicy nie ulokowali jej w szpitalu mimo próśb współwięźniów. Strażnik o imieniu Józef powiedział nawet: Ta cholera niech tu zdechnie. W obozie zmarła także żona Ernsta Morawitzkiego (imię nieznane), kierownika szkoły w Szymiszowie.

                  KADŁUBIEC
                  Po tej wywózce do swych krewnych w Kadłubcu przyszła jedna z mieszkanek Szymiszowa. Opowiedziała o wszystkim, lecz nie dano jej wiary. Następnego dnia, 15 czerwca, także kilka rodzin z Kadłubca zostało zapakowanych na ciężarówki i wywiezionych do Błotnicy.

                  Wcześniej Annie Matheja z d. Panek udało się uciec z siedmiorgiem dzieci (Therese, Otylie, Josef, Anna, Richard, Anton i Ruth). Ukryli się w pobliskim kamieniołomie, gdzie przesiedzieli 4 dni. Głód zmusił Annę do poszukania czegoś do jedzenia w swoim domu, lecz tam spotkała już osiedlonych repatriantów. Nowi gospodarze pobili Annę.

                  Udało się jej przeżyć dzięki pomocy sąsiadów. Koszmarne warunki sprawiły jednak, że najmłodsza, urodzona w listopadzie 1944 roku Ruth zmarła. Rodzinie udało się odzyskać gospodarstwo dopiero po dłuższym czasie.

                  PIOTR SMYKAŁA
                  ROMUALD KUBIK

                  Z Szymiszowa w obozie pracy byli osadzeni między innymi:
                  Franz Ploch (1877-1960), rolnik i urzędnik – zajmował się badaniem mięsa i wydawaniem pozwolenia na jego obrót.

                  Johann Lyssek z rodziną, rolnik, osadzony z dziećmi (Therese, Josef i Heinrich).

                  Anna Habasch (1900-1970), mąż był na froncie, dzieci pracowały na folwarku, kiedy doszło do wysiedlenia. Anna Habasch została sama osadzona w obozie pracy, a dzieci pod jej nieobecność wychowywała ciotka.

                  Martha Rakoczy (1912-2005), osadzona z dziećmi: Elisabeth (ur. 1932r.), Maria (ur. 1935r.) i Urszula (ur. 1941r.).

                  Valentine Labus (1914-2001), osadzona z dziećmi: Wilfrieda (ur. 1939r.), Joachim (ur. 1943r.) i Ilsa (ur. 19 stycznia 1945r.).

                  Sofie Piontek, posiadała gospodarstwo rolne, wdowa z dwójką dzieci.

                  Franz Gospodarek (1900-1993), strażnik więzienny, rolnik, żona Magdalena, dzieci: Ewald, Willi, Heinrich (1936-1997) i Erna.

                  Hedwig Gospodarek (1900-1989) z dziećmi (Steffi, Hilda, Maria, Georg i Norbert).

                  Hedwig Greipel (ur. 1912r.), posiadała gospodarstwa rolne, osadzona razem z dziećmi (Helmer, Reinhold i Krysta) oraz babcią z rodziny Ploch (brak imienia), która zmarła w obozie. Pani Ploch był siostrą Franza Plocha, który także był w obozie.

                  Josef Woitalla, gospodarz rolny, osadzony z żoną Franciską i dziećmi (Alojz, Maria, Luci, Josef, Johann, Michael).

                  Ernst Morawitzki, kierownik szkoły i organista w Szymiszowie, osadzony z żoną, która zmarła w obozie i córką Ruth. Po weryfikacji Ernst Morawitzki z córką Ruth wyjechał do Niemiec.

                  Maria Simon, posiadała gospodarstwo rolne, wysiedlona z dziećmi (Josef, Johann, Hildegarda).

                  Anna Kampa, wdowa, starsza pani.

                  Emilie Paul (1903-2000), mąż Georg był na froncie, potem w lagrze. Wcześniej był nauczycielem w Szymiszowie. W obozie Emilie Paul znalazła się z dziećmi: Ursula (ur. 1936r.) i Inga (ur. 1937r.). Wrócili do domu, jednak po kilku dniach rodzina Paul została wydalona i musiała wyjechać na zachód.

                  Josef Bock, starszy człowiek z małego gospodarstwa rolnego. Osadzony z żoną i córkami (Magdalena i Adelheid). W czasach międzywojennych agitował za Polską. Dzieci woził do szkoły prywatnej polskiej w Jędryniach.

                  Rodzina Kmitta, leśniczy na dobrach hrabiowskich u Strachwitzów oraz 3 jego córki: Edeltrauda, Ermgarda oraz o nieznanym imieniu, która została wywieziona na daleki wschód, gdzie zginęła.

                  Franciska Wieczorek, jej trzech synów poległo na froncie (Paul, Josef i Franz). W 1945r. została wysiedlona do obozu pracy.

                  Rodzina Blyszcz: Konrad Blyszcz (1917-1982) walczył na froncie wojennym, gdzie stracił nogę i był w domu jako niezdolny do służby wojskowej, żona Elisabeth (1920-2001) oraz córka Therese (ur. 1944r.), wszyscy byli w obozie pracy.

                  Rodzina Kowol, matka z 3 córkami – osadzeni w obozie pracy, ojciec był urzędnikiem na kolei.

                  Z Kadłubca w obozie byli osadzeni między innymi:

                  Franciska Matheja z d. Nowak (pochodziła z Głogówka), mąż Juliusz pod koniec wojny został powołany na front wojenny i nigdy nie wrócił. Franciska została osadzona z siedmiorgiem dzieci (Maria, Stefania, Felix, Gotfryd, Walburga, Hubert i najmłodsza córka – imię nieznane, która po opuszczeniu obozu zmarła na tyfus).

                  Rodzina Schuba.

                  Rodzina Blyszcz.

                  Rodzina Gatner.
                  • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 23.01.12, 19:25
                    Berncik, mie by ciekawiyła Twoja opinia na jakej podstawie zawiyrali tych ludzi.
                    Zadowom se to pytanie od długszego czasu i nie znejduja racjonalnej odpowiedzi.
                    Sledzioł ech ta sprawa w poru miejscowościach kole Rud Wielkich.Majom tam dokładnie prowadzone kroniki poległych we wojnach,zamordowanych przez Rusow zaroz po wkroczyniu
                    i zmarłych abo zamynczonych w tych lagrach.
                    Przipuszczom,że te Rusy ani nieskorzi Polocy ni mieli jakegoś opracowanego schematu ani
                    dostatecznej wiedzy o ludziach,kierych majom zawrzyć.
                    Mom tu też tako mało luka we wspomniyniach osobistych z wojny,bo mie do 1947 roku sam nie było.
                    Jak my przijechali to sytuacja była już "uregulowano",jak idzie w tych sprawach użyć takigo słowa ale idzie o to,że już ludzi nie zawiyrali bez podowania choby pretekstu.
                    Siedmiu abo ośmiu moich kolegow ze szkoły zawarli za jejich gupota. Sondziyli ich z podejrzynio o przinależność do Wehrwolfu.
                    Ostatecznie te oskarzynie upadło ale i tak dostali po 6- 7 lot za próba obalynio ustroju.
                    Szczegóły to już oddzielno a pouczajonco historia.
                    • berncik Re: Ciekawo historyjka: 23.01.12, 22:21
                      Bracie Jakuba:Nie wia czi byda Ci to umiou ku Twojemu zadowoleniu odpedziec.Bo czamu tych ludzi zawierali we Lagrach ,?to mosz wiency prziczyn.
                      Nojwazniejszo boua ze, Poloki potrzebowali miejsce dlo repartriantow zza Buga.A potym to juz kozdy pretekst bou dobry.Od mojej Schwiegermutry Matka ze bechindertom Cerom tysz we Blotnicy zawarli bo Gorolowi se gospodarka podobala. Za interwencjom soutysa w komandanturze we Strzelcach jom wypuscieli po pou roku.Jak prziszla nazot do Poremby to Gorole juz tam siedzieli i za jakis czas kozali im se wyniesc.(Zebrali ze sobom wszystko co nie bouo jejich)Inaczi zas UB suchauo pod oknoma na wieczor czi ludzie suchajom Niemiecky Radio
                      Rano prziszla policja zebrali cauo rodzina do katowni na przesuchanie i juz ich nie bouo.
                      Kablowanie napewno tysz bouo bo ludzie som jake som.Zdrugej strony bouo duzo solidarität
                      miendzy miejscowymi ludzmi .Moj Schwiegervatter bou we wiadomej Parti dos aktiv, ale przez to nie musiou byc zly.Dos duzo ludziom pomogou i bez wojna jak Rusy wlezli to mieli poune gospodarstwo ludzi co se boli.Po Latach przijechou i dugo we gorolowicach nie wytrzimou
                      Jak szou do ratusza to se zawsze pytou.Jak dugo wy warszawske zlodzieje chcecie nos jeszcze okrodacRoz Go zawolali pedzieli Opa jedz se do Rajchu.Gospodarka przepisou Synowi a som pojecho bo se nie umiou mit der Polnischen wirtschaft pogodzic.to juz bouy koniec 60 lot.Im wieksze gospodarstwo tym wieksze bouy represje,bo to byli te przislowiowe kulaki.Zawierali do lagrow ludzi co nie umieli obowionskowe odstawy spelnic .Najpierw im zebrali bydlo konie i maszyny ,a potym ich zawierali.We Strzelcach zagniezdzioua se nojwiekszo chouota ze Sosnowca .Wszystke prezesy przetsiembiorstw ,dyrektory firm,sekretarze partyjni,to byli nieuki i zlodzieje zza Brynicy.Jo wiem o czym godom .Bo jo przez przipadek dostou se roz do tego grona .Bo jedyn jem pedziou ze jo je godny zaufania,
                      i Oni se przescigali w opowiadaniu o starych czasach jak po wojnie tych ludzi se starali po prostu ujebac.Za nic. Wymieniali nazwiska ludzi ze wsiow kerych znou.Jo ino przitakiwou ,a oni ty jestes mlody sluchaj i uczsie.Ta przeklynto banda zachowywala sie jak zaborca,a dzisiej nie jest inczi ino zakamuflowano.
                      • 1fatum Re: Ciekawo historyjka: 23.01.12, 23:35
                        Znam z opowiadania mieszkańca śląska opolskiego o tamtych czasach.
                        Oprócz powodów wcześniej podanych najwięcej aresztowań i prześladowania było w wyniku denuncjacji sąsiadów-Polaków. Okazało się, że repatrianci byli bardziej ludzcy od miejscowych.

                        Podobnie było z donosami w Warszawie w czasie wojny. GESTAPO nie dawało rady "przerobić" donosów. Podobnie i w tym powojennym przypadku nowa władza bez donosicieli byłaby ślepa i głucha.

                        Jak zawsze aktualny jest zwrot: "Uprzejmie donoszę, aczkolwiek z wrodzonym wstrętem, albowiem mam to we krwi, że ...... (dalej mamy treść donosu)".

                        Mniej inteligentni i niepiśmienni szli osobiści do władz donosząc na sąsiadów.
                        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 24.01.12, 19:43
                          Krew na śniegu

                          Historia
                          653 (4)

                          W dniu, w którym ukazał się ten numer Strzelca, mija 67. rocznica śmierci proboszcza Karla Langego. Zginął z rąk sowieckich żołnierzy i nawet po śmierci uratował wiele mieszkańców Strzelec przed strasznym losem.

                          Z MIESZANEJ RODZINY
                          Karl Lange urodził się 21 lutego 1870 r. w Wolanach (wówczas Ober Schwedeldorf) w powiecie kłodzkim. Jego ojciec, Otto, pochodził z Westfalii i był najmłodszym potomkiem właścicieli stalowni. Pełnił funkcję agronoma. Matka, Anna, była córką właścicieli karczmy i gospodarstwa rolnego. Małżeństwo to dochowało się 10. dzieci, z których dwoje, Karl i Ernst, zostali katolickimi duchownymi. Nie było to takie oczywiste, ponieważ tylko matka była katoliczką. Otto Lange był ewangelikiem.

                          Z czasem rodzina przeniosła się do Roszkowa (Roschkau) koło Raciborza, gdzie Otto otrzymał posadę starszego inspektora na dobrach ziemskich księcia Lichnowskiego. Umarł w Rokitnicy (dziś dzielnica Zabrza) na plebanii swojego syna Ernsta. Pierwotnie pochowano go w Gogolinie, a po śmierci małżonki Anny, w 1938 r. przeniesiono jego szczątki do wspólnego grobu na cmentarzu miejskim w Opolu.

                          KAPŁAN UBOGICH
                          Powołanie Karl Lange poczuł po zdanej w Opolu maturze. Studia teologiczne odbył w latach 1890-1895. W tym czasie aktywnie uczestniczył w wielu organizacjach - m.in. w katolickiej korporacji studenckiej Winfridia. Na kapłana wyświęcił go 25 czerwca 1895 r. kardynał Georg Kopp. Jako wikary pracował w parafiach Mochów-Pauliny (Mochau) w latach 1895-1898, w Głogówku (Ober Glogau), by w 1902 r. przenieść się do Gogolina.

                          Dał się poznać jako niezwykle zaangażowany i powszechnie lubiany duszpasterz, który koncentrował się szczególnie na wychowaniu młodzieży. Jego charakterystyczną cechą było to, że troszczył się o dwujęzyczność nauki, przy czym większy nacisk kładł na naukę języka polskiego. Był też całkowitym abstynentem. Od 1897 r. nie pił alkoholu i nie używał tytoniu.

                          W Gogolinie zajął się wybudowanym w latach 1899-1901 nowym kościołem pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. W 1903 r. został on podniesiony do rangi parafii. W 1904 r. powstał cmentarz parafialny, w 1908 wybudowano plebanię z salką katechetyczną.

                          Ksiądz Lange patronował licznym organizacjom katolickim. Założył bibliotekę z polskimi i niemieckimi książkami. Angażował się w pomoc finansową i żywieniową dla najuboższych parafian. Z jego inicjatywy kościół otrzymał dzwony i nowy główny ołtarz, a obok szpitala powstała szkoła gospodarstwa domowego dla dziewcząt i panien.

                          W WIELKICH STRZELCACH
                          Po śmierci ks. dziekana Maksymiliana Ganczarskiego w 1925 r. K. Lange został w marcu 1926 r. powołany do parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach. Zatroszczył się o doposażenie kościoła. Pod jego przewodnictwem powstały dwa nowe ołtarze boczne (w prawej stronie transeptu), wykonano instalację grzewczą i zamontowano dodatkowe piszczałki organowe. Cały kościół został też wymalowany. Poza tym, utworzono świetlicę i czytelnię dla młodzieży oraz wybudowano pomieszczenia katechetyczne.

                          W 1927 r. ks. Lange założył Katolickie Biuro Ludowe, którego celem było niesienie pomocy potrzebującym w całym powiecie strzeleckim. Czynnie wspierał budowę osiedli robotniczych w Strzelcach Wielkich i Zawadzkiem. Zorganizował w parafii i dekanacie stację „Caritas”. W czasie wojny odprawiał msze święte w kościele św. Barbary dla robotników przymusowych pracujących dla Trzeciej Rzeszy. Był opiekunem katolickich grup młodzieżowych, z którymi jeździł na wycieczki.

                          W styczniu 1945 r. klęska niemieckiego wojska była już oczywista. Front zbliżał się do miasta w przerażającym tempie i mieszkańcy uciekali na wszelkie sposoby. Do wyjazdu namawiano też proboszcza, który kategorycznie odmówił. - Rosjanie to też ludzie - odpowiedział i pozostał.

                          20 stycznia w sobotę sowieckie samoloty ostrzelały na stacji kolejowej pociąg z uciekinierami. Wielu zginęło. Ksiądz Lange przybył na dworzec, by udzielić im ostatniej posługi i pocieszać żyjących. Następnego ranka po ulicach Strzelec niósł się już chrzęst gąsienic czołgów Czerwonej Armii.

                          Początkowo ekscesów nie było, ale wkrótce zaczęły się morderstwa, grabieże i gwałty. Żołnierze polowali na kobiety niezależnie od tego, jak były urodziwe i w jakim były wieku. Proboszcz wielokrotnie stawał w obronie mieszkańców. Część z nich, w większości kobiet, znalazła schronienie w krypcie pod prezbiterium strzeleckiego kościoła.

                          Jednego razu czerwonoarmista wywlekał urodziwą dziewczynę, która uczepiła się księdza, błagając go o ratunek. Nie wiadomo dokładnie, co się wydarzyło potem, lecz niektórzy świadkowie twierdzą, że żołnierz ją zostawił, grożąc przy tym proboszczowi - Jesteś zgubiony. Dziewczyna została potem złapana po raz drugi i zamordowana w tym samym dniu co proboszcz. Jej zwłoki zostały znalezione na Adamowicach za mostem kolejowym. Zmasakrowane ciało rozpoznano tylko dzięki szczątkom sukienki i długim warkoczom. Pochowano ją dopiero 22 marca 1945 r. Była to Ursüla Hawlitzschka urodzona 1 kwietnia 1929 r.

                          TAJEMNICA ŚMIERCI
                          24 stycznia na farę wkroczyła grupka sowieckich żołnierzy i zażądała zegarków. To było tak nagminnym zachowaniem, że nikogo nie zdziwiło. Sowieci budzili jednak przerażenie tym większe, że wszystkie zegarki były dawno już zrabowane. Takich odwiedzin strzelecka fara miała już wcześniej kilka. Kiedy nie dostali, czego chcieli, kazali proboszczowi i wikaremu iść z nimi. Na zewnątrz wikary przypomniał sobie, że ma jeszcze budzik i powiedział, że po niego pójdzie. Na odchodne ksiądz Lange miał za nim zawołać, żeby przyniósł mu kożuch, bo było mu bardzo zimno.

                          Po jakimś czasie żołnierze odeszli. Najdziwniejsze jest to, że wikary nie wrócił na dwór i dopiero następnego dnia znaleziono ciało proboszcza. Być może po prostu bał się wrócić i pomyślał, że proboszcz został zabrany na przesłuchanie. Nie wiadomo nawet, kim był ów wikary. W tym czasie w parafii przebywali kapłani: ks. wikary Alojzy Jany (1903-1967), emeryt ks. radca Viktor Hruby (1864-1947) i prawdopodobnie ks. wikary Paul Krafczyk.

                          Historia odnalezienia ciała Karla Lange ma kilka wersji. Jedna z nich mówi, że 25 stycznia znaleziono jego ciało przebite bagnetem na kościelnym placu. Inna opowieść głosi, że został on zamordowany w samym kościele, a jego zwinięte w agonii ciało wskazywało, że umierał w cierpieniu. Być może pchnięty w brzuch.

                          Były ministrant, Werner Otzko, opisał swoje wspomnienia w książce. Rankiem 25 stycznia udawał się na mszę św. odprawianą o godzinie 700. Przeszedł przez ogród klasztorny i na prawo od zakrystii zobaczył ciemną plamę. Podszedł bliżej i znalazł martwego ks. Lange w miejscu, gdzie dziś w pobliżu znajduje się jego grób.

                          Po śmierci proboszcza Sowieci rabowali, palili i mordowali na terenie miasta. Dnia 26 stycznia zabudowa miejska płonęła.

                          Ciało proboszcza spoczęło na marach przed ołtarzem, obok zrzuconego przez sołdatów tabernakulum. Ubrane przez siostry zakonne w szaty kapłańskie spoczywało tam kilka dni. W tym czasie wielokrotnie żołnierze wchodzili do kościoła, aby poszperać i widząc zwłoki księdza po cichu się z niego wycofywali. To uratowało wielu mieszkańców miasta, ukrywających się w krypcie pod prezbiterium.

                          Zwłoki księdza pochowano bez trumny 31 stycznia w miejscu, gdzie miał zginąć. Potem dokonano ponownego pochówku, już w trumnie, i wystawiono mu pomnik.

                          W setną rocznicę urodzin księdza, 21 lutego 1970 r. odprawiono uroczystość, w której brała także udział delegacja z Gogolina, której przewodniczył ks. Stanisław Schulz. Z tej okazji w gogolińskim kościele zawieszono pamiątkową tablicę. W 1990 r. jedna z ulic została nazwana imieniem ks. Karla Lange.

                          Od 2000 r. przeprowadzany jest jego proces beatyfikacyjny jako męczennika i ofiarę wojny.

                          PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
      • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 25.01.12, 19:54
        Rzeź w Rożniątowie i Szymiszowie

        Historia
        603 (5)

        Historia lokalna
        Nadejście frontu w 1945 roku nie było katastrofą jedynie dla Strzelec. Mieszkańcy okolicznych wiosek również ponieśli ogromne straty. Po 20 stycznia, kiedy to do miasta wkroczyły wojska radzieckie, część żołnierzy niemieckich starała się ukryć w okolicznych osadach. Rychło zaczęła się akcja ich wyłapywania

        W tym czasie w Szymiszowie na przepustce przebywał Georg Kampa. Udał się do Strzelec by sprawdzić co się dzieje w mieście. Został zauważony i zastrzelony przez sowiecki patrol.

        W Szymiszowie, za kościołem w polu, stoi dom, w którym mieszkała Maria Grünberg. Została zamordowana 1 lutego. Brutalnie zabita została również Ursula Bartelt. Nie są znane dokładnie okoliczności jej śmierci.

        Do Rożniątowa sowieci wkroczyli 22 lub 23 stycznia. Dokładne daty wydarzeń są dziś trudne do ustalenia. Opodal rożniątowskiego wzgórza stoi samotny dom, w którym mieszkała rodzina Cibów. Dokonano tam egzekucji kilkunastu żołnierzy niemieckich. Pani Ciba sprzedała go później, bo nie była w stanie żyć w tym miejscu. Nie mogła zapomnieć widoku zwłok na swoim podwórzu.

        Egzekucji niemieckich żołnierzy dokonano również w piwnicy domu w koloni w Rożniątowie. Miała ich wskazać jedna z mieszkanek. Prawdopodobnie doszło do potyczek, bo zwłoki żołnierzy z obu armii leżały we wsi do połowy lutego. W sumie 36 ciał. Najgorsze były jednak zbrodnie dokonywane na ludności cywilnej.

        MŁYN HERZLA
        Według jednej z wersji to Wiktor Herzel strzelał najpierw do sowieckich żołnierzy. Dziać się to miało 29 stycznia. Najprawdopodobniej jednak to któryś z mieszkańców doniósł o przeszłości ojca rodziny. Przez pewien czas Wiktor Herzel (1881 – 1953) był zawodowym żołnierzem w armii pruskiej. Walczył podczas I wojny światowej, a jego syn, Herbert, służył w armii hitlerowskiej. Zginął niedługo po tych wydarzeniach - w marcu 1945 roku pod Niemodlinem.

        Sowieccy żołnierze weszli na teren gospodarstwa Herzelów i wyrzucili mieszkańców na zewnątrz. Ich płacz i krzyki usłyszał Silvester Adamik (1878 - 1945), sąsiad. Pobiegł zobaczyć co się dzieje i został zastrzelony. Pochowano go dopiero w sierpniu 1945 roku w Strzelcach. Być może jego ciało leżało do tego czasu niepogrzebane, lub złożono go tymczasowo w innym miejscu.

        Podczas zamieszania Wiktor Herzel został ranny. Udało mu się jednak uciec z domu przez małe okienko. Pomógł mu w tym podeszły w latach Johann Grzeschik (1881 – 1945), który sam został wyciągnięty na podwórze i postawiony ze wszystkimi na placu. Starał się przekonywać żołnierzy o niewinności mieszkańców. Bezskutecznie.

        Zakończyłoby się to pewnie masakrą, gdyby nie rosyjski oficer, który nadjechał w ostatniej chwili. Zaczął krzyczeć na żołnierzy. Kiedy nie dawało to skutku, po prostu wyciągnął pistolet i jednego z nich zastrzelił. Potem kazał żołnierzom się wynosić i mieszkańcom młyna dać spokój.

        Nie był jednak koniec tragedii. Johann Grzeschik wracał do domu z konewką mleka. Nigdy do niego nie dotarł. W połowie drogi dopadli go żołnierze, zaczęli kopać i bić kolbami. Opierał się przed wejściem do domu, by sowieci nie udali się za nim. Został zabity we własnym ogrodzie, najprawdopodobniej z zemsty przez kolegów zastrzelonego żołnierza. Udało mu się uratować resztę rodziny, chociaż jego wnuki wychowywały się bez dziadka i rodziców. Ich matka, Marianna Grzeschik zd. Koprek (ur. 1905), zmarła jeszcze w 1942 roku a ojciec, Josef, zaginął na froncie pod koniec wojny.

        Członkowie rodziny Herzel powtarzali potem, że przeżyli dzięki Johannowi Grzeschik.

        DOM RODZINY GAWLIK
        Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Wiele dni po wkroczeniu wojsk mieszkańcy Rożniątowa zorientowali się, że z komina domu Gawlików nie wydobywa się dym. Okna były zasłonięte a w oborze ryczały niewydojone krowy. W końcu sąsiedzi postanowili sprawdzić, co się stało i odkryli ciała.

        Są dwa scenariusze tego co się stało. Jedna z wersji mówi, że w domu przebywał niemiecki żołnierz na przepustce. Był członkiem rodziny. Kiedy do wsi wkroczyli sowieci, miał brawurowo uciec w cywilnym ubraniu w kierunku rożniątowskiego wzgórza. Żołnierze go nie dogonili. Nieszczęśliwie jednak z kieszeni wypadły mu dokumenty wojskowe, które zostały znalezione przez Rosjan. To ich rozwścieczyło i wrócili do domu Gawlików.

        Inna wersja mówi, że ktoś ze wsi doniósł, że w gospodarstwie Gawlików ukrywają się niemieccy żołnierze. Sowieci obstawili dom i go przeszukali. Kiedy nie znaleźli nikogo brutalnie wymordowali całą, trzypokoleniową rodzinę.

        Możemy tylko zrekonstruować wydarzenia. Domownicy zostali prawdopodobnie brutalnie przesłuchani. 62–letni Hyazinth Gawlik próbował uciekać, ale został trafiony kulą w głowę. Jego żonę najpierw sowieci przypalali na kuchennym piecu a potem zastrzelili. Córkom – Emmie (lat 19) i Marii (lat 23) rozpruto bagnetami brzuchy.

        Adolf Gawlik (30 lat) został zastrzelony na oczach żony Marii i ich dzieci. Potem zabili także ją. Kula, która ją przeszyła, zabiła także 4–letniego syna Ernsta. Najmłodsze dziecko, rocznego Alfreda, jeden z żołnierzy przebił bagnetem.

        W połowie lutego 1945 roku zostali pochowani na starym boisku przy dzisiejszej ulicy Brzozowej.

        ZBIOROWA MOGIŁA
        W Rożniątowie zginęli także:

        • Paul Pieschzan (lat 35) zginął, broniąc żonę przed żołnierzami

        • Bernhard Gattner (lat 35). W czasie wojny w jego gospodarstwie pracowali robotnicy przymusowi z Ukrainy. Kiedy do wsi weszli żołnierze Armii Czerwonej, Ukraińcy mieli się skarżyć na złe warunki i traktowanie. Bernhard Gattner został zastrzelony na podwórzu przez sowieckich żołnierzy

        • Franz Simon (lat 44). Nie udało się ustalić, w jakich okolicznościach zginął

        We wspólnym grobie na starym boisku spoczęli wszyscy. Obok siebie leżeli żołnierze niemieccy, sowieccy i ich ofiary. Poległych żołnierzy ekshumowano 3 lata później. Żołnierzy Armii Czerwonej przewieziono na cmentarz wojenny w Koźlu. Niemieccy też powędrowali do Koźla, lecz zamiast osobnych kwater trafili do wspólnego dołu.

        Mieszkańcy Rożniątowa dłużej czekali na powtórny pochówek. Przez lata na starym boisku pojawiały się znicze. Dopiero w 1958 roku wydobyto ich ze wspólnej mogiły. Na rozkaz władz zostali ekshumowani i przewiezieni na cmentarz w Opolu, gdzie znów trafili do wspólnego grobu. Przez lata rodziny musiały wyjeżdżać do Opola by zapalić znicze na grobie swych krewnych.

        Dziś już niemal nikt nie odwiedza wspólnej mogiły mieszkańców Rożniątowa w Opolu. Większość krewnych dawno zmarło, a żyjący nie znają ich historii. Wspólna mogiła została rozplanowana, a na jej miejscu powstały nowe kwatery.

        PIOTR SMYKAŁ

        RED. ROMUALD KUBIK

        Powyższy artykuł powstał na podstawie wspomnień świadków i księgi zmarłych parafii św. Wawrzyńca w Strzelcach Opolskich.
        • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 26.01.12, 17:03
          Hodowla koni w Strzelcach Opolskich

          Historia
          591 (44)

          Strzelce słynęły w całej Europie ze swych koni. Zawdzięczają to pasji Andreasa Grafa Renard (1795-1874), który w 1825 roku założył stajnię w Olszowej. Hodowano tu ogiery pełnej krwi angielskiej oraz konie pociągowe. Najcenniejsze okazy hrabia Renard trzymał blisko siebie, w przypałacowej masztelarni, w której mieściło się 50 koni.

          Stadninę od 1861 roku prowadził syn hrabiego, Johannes Graf Renard (1829-1874). Konie z jego hodowli wygrywały największe wyścigi kontynentu. Odniosły między innymi zwycięstwa w wyścigach w Newmarket, Cambridge i Berlinie. 15 grudnia 1867 roku założono Deutschland Union-Klub, który miał na celu popieranie hodowli koni i promowanie wyścigów. Johannes Graf Renard został pierwszym prezydentem tej organizacji. W 1873 roku Graf Renard był pierwszym niemieckim zwycięzcą międzynarodowego biegu w Baden-Baden, który wygrał jego koń o imieniu Hochstapler.

          Kontynuatorem hodowli koni był Mortimer Graf Tschirschky-Renard, który został spadkobiercą Renardów po 1874 roku. Do końca II wojny światowej co roku odbywał się w Berlinie klasyczny bieg koni Hoppegarten nazywany Renard-Rennen (Bieg Renarda). Do 1945 roku konie były chlubą właścicieli dóbr strzeleckich. W setną rocznicę istnienia Union-Clubu (1967) urządzono w Baden-Baden tradycyjny dzień wyścigów konnych, w którym uwzględniono także Renard-Rennen.

          Po II wojnie światowej w mieście znów zaczęto hodować konie. W 1945 roku powstał Polski Związek Hodowców Koni, a jego zadaniem było odtworzenie tradycyjnych ras. Mimo wojny, w kraju pozostało dość dużo zwierząt z rodów ogierów oldenburskich, które stały się podstawą hodowli.

          Przez około 50 lat Strzelce Opolskie było znane z hodowli koni wyścigowych i zaprzęgowych. W 1950 roku w mieście powstał pierwszy ośrodek hodowli koni rasy śląskiej, przeznaczonych do celów rolniczych. Były to zwierzęta średniego wzrostu, dobrze ożebrowane, o posuwistym kłusie i dobrym stępie oraz dobrze wykorzystujące paszę.

          Od lat 60-tych XX wieku prężnie działał Ludowy Klub Jeździecki. Dyrektorem Stadniny Koni był wówczas Mirosław Wolek – były ułan, znawca koni i kolekcjoner militariów. Znany był z tego, że w czasie pracy po okolicy jeździł nie samochodem, lecz zawsze konno. Do czasu likwidacji klubu jeździeckiego prezesami byli: Rudolf Bomba, Stanisław Olszewski, Kazimierz Czajka, Marian Strumiński. Instruktorzy jazdy konnej to: Jan Czyż, Maria Szymańska, Wojciech Dąbrowski.

          W Ludowym Klubie Jeździeckim startowało wielu zawodników, którzy zdobywali nagrody w zawodach regionalnych i ogólnopolskich. Do najbardziej utalentowanych i znanych zawodników zaliczali się: Izabela Olszewska, Beata Sumera, Danuta Drożdż, Piotr Woźnica, Henryk Krok, Robert Urbański, Józef Witek, Arnold Karol, Stanisław Hutnik, Szczęsny Szymański, Andrzej Saganek, Jan Prus, Jerzy Grabelus, Leszek Manowski, Paweł Bomba i bracia Lipkowie.

          W latach 70-tych XX wieku koń śląski stracił na popularności ze względu na mechanizację rolnictwa. Utrzymanie tej rasy stało się nieopłacalne. W stadninie rozpoczęto chów koni do zaprzęgów, a także ogierów pełnej krwi i ogierów małopolskich. Pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku w Stadninie Koni w Strzelcach Opolskich było 70 klaczy oraz kary ogier Glockner, Centimo i siwy Eidam oraz ogier Lakmus.

          Trzeciego kwietnia 1996 roku wskutek trudności finansowych, decyzją Urzędu Wojewódzkiego w Opolu, Ludowy Klub Jeździecki w Strzelcach Opolskich został wykreślony z rejestrów klubów i rozwiązany.

          Z początkiem lat 90-tych Stadnina Koni w Strzelcach Opolskich popadła w trudności finansowe. Mimo tego nadal próbowała istnieć na wolnym rynku. Jednak po kilku latach, 31 stycznia 1998 roku, została podjęta decyzja o jej zamknięciu. Od 30 kwietnia 1998 roku rozpoczęła się likwidacja Stadniny Koni przez ustanowionego likwidatora. W wyniku tego konie przeniesiono do Książa, a majątek wyprzedano.

          W różnym okresie istnienia w stadninie pracowało od 200 do 600 osób. Znajdowały one zajęcie nie tylko w Strzelcach Opolskich, a także w gospodarstwach w Księżym Lesie, Kalinowie, Kalinowicach, Warmątowicach, Olszowej, Szymiszowie i Rozmierce.

          Dzisiaj w okolicy jest tylko kilku pasjonatów, którzy hodują konie dla rekreacji.
          PIOTR SMYKAŁA
          Romuald Kubik
          • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 27.01.12, 16:53
            Poczta w Strzelcach Wielkich

            Historia
            590 (43)

            Pierwsza regularna poczta rozpoczęła działalność w Strzelcach Wielkich w czasach austriackich. Placówka działała jednak inaczej niż dzisiaj. Przesyłki wysyłane były jedynie przez najbogatszych mieszkańców grodu, gdyż tylko oni mogli sobie na nie pozwolić. Punkt pocztowy znajdował się najprawdopodobniej w ratuszu. Oprócz tego, miasto lub właściciel zamku posiadali własnych kurierów.

            W 1697 roku w mieście istniała tzw. poczta przejściowa. W 1713 roku funkcjonowała już poczta stała. Przesyłki wysyłane były konno w dwóch kierunkach – do Wrocławia i Tarnowskich Gór. Dopiero stamtąd wędrowały dalej. Po pierwszej wojnie śląskiej, w 1742 roku, nastąpiła kontrola wszystkich placówek pocztowych na terenie Śląska. Do Strzelec przybył komisarz pocztowy Hänel, który wystawił placówce w mieście bardzo złą opinię. Nie znamy niestety szczegółów jego raportu.

            Ze względu na strategiczne położenie miasta wkrótce pocztę w Strzelcach otwarto na nowych zasadach. W połowie XVIII wieku na Górnym Śląsku istniały cztery urzędy pocztowe: Prudnik (Neustadt), Opole (Oppeln), Racibórz (Ratibor) i Tarnowskie Góry (Tarnau). Stacja pocztowa w Strzelcach Wielkich podlegała urzędowi pocztowemu w Opolu.

            Od 1744 roku w mieście funkcjonowała poczta osobowo-towarowa. Wtedy to został otwarty Pocztowy Punkt Przekazu, który w 1829 roku zmienił nazwę na Administrację Pocztową. W listopadzie 1850 roku poczta otrzymała nazwę „Gross Strehlitz nur. 1457”. Od 1845 roku poczta strzelecka zyskała stałe połączenie z otwartą wówczas stacją kolejową w Gogolinie, co usprawniło wysyłanie i odbieranie korespondencji. Od roku 1852 poczta miała połączenie osobowe z Żędowicami, Kolonowskiem (Colonowskie), później Zawadzkiem. Okresowo istniało także połączenie z Ujazdem (Ujest).

            Od lipca 1850 roku poczta nosiła nazwę Ekspedycja Pocztowa II klasy. 1 stycznia 1876 roku urząd ten podniesiono do rangi Urzędu Pocztowego I klasy.

            Z informacji zachowanych z 1825 roku dowiadujemy się wiele o pocztowych dyliżansach. Pasażer za jedną milę (7,5324 km) płacił 6 groszy i mógł w cenie biletu zabrać ze sobą 50-60 funtów bagażu (jeden funt to 405 gramów). Dyliżanse jedną milę przejeżdżały przeważnie w ciągu półtorej godziny, a w okresie zimowym w dwie godziny. Poczta konna była nieznacznie szybsza. Milę pokonywała w półtorej godziny – maksymalnie godzinę i czterdzieści minut.

            Z Wrocławia do Tarnowskich Gór odległość wynosiła 22,5 mili. Pasażer musiał za podróż pomiędzy tymi dwoma miastami zapłacić 5 talarów i 15 groszy. Nie miał zbyt wielkiego wyboru, bo dyliżans był wówczas jedynym publicznym środkiem transportu.

            Poczta konna ze Strzelec odjeżdżała we wtorki i piątki o godzinie 9.00. Natomiast przyjeżdżała do południa w niedzielę i środy. Dyliżanse pocztowe z pasażerami wyjeżdżały z miasta we wtorki i piątki w samo południe. Przyjeżdżały do miasta rankiem w środy i soboty.

            W XIX wieku nie wszystkie listy były wysyłane pocztą. Przesyłki ówczesnego właściciela zamku strzeleckiego, Andreasa Grafa Renarda (1795-1874), doręczali często specjalni kurierzy. Ten sposób był szybszy i pewniejszy. Najczęściej były to przesyłki wysokiej rangi i kluczowe dla działalności hrabiego. Poza tym, w ten sposób mógł je wysyłać w miejsca, gdzie poczmistrze nie docierali.

            Uzyskanie w 1880 roku połączenia kolejowego z innymi miastami usprawniło pracę poczty, lecz nadal utrzymano konie i dyliżanse. Później używano także samochodów pocztowych. Jeszcze w XIX wieku powstały ekspedycje lub agencje pocztowe w innych miejscowościach ziemi strzeleckiej. Na przykład: w styczniu 1864 roku utworzono ekspedycję w Kalinowicach, która w styczniu 1876 roku awansowała do rangi agencji pocztowej. W 1879 roku powstała agencja pocztowa w Błotnicy Strzeleckiej, w kwietniu 1887 roku – w Szymiszowie, a w czerwcu 1894 roku – w Rozmierce.

            W ówczesnym powiecie strzeleckim istniała jedna poczta I klasy w Strzelcach Wielkich (Gross Strehlitz). Siedem urzędów pocztowych III klasy w Zdzieszowicach (Deschowitz), Gogolinie (Gogolin), Krupskim Młynie (Kruppamühle), Leśnicy (Leschnitz), Ujeździe (Ujest), Fosowskiem (Vossowska) i Zawadzkiem (Zawadzki).

            W powiecie istniało także aż szesnaście agencji pocztowych: Błotnica Strzelecka (Blottnitz), Kolonowska (Collonnowska), Kamień Śląski (Gross Stein), Kamień Śląski – stacja (Gross Stein – Bahnhof), Jemielnica (Himmelwitz), Kalinowice (Kalinowitz), Kielcza (Keltsch), Myślina (Mischline), Obrowiec (Oberwitz), Rozmierka (Rosmierka), Zalesie (Salesche), Góra św. Anny (Sanct Annaberg), Żędowice (Sandowitz), Szymiszów (Schimischow), Izbicko (Stubendorf) i Żyrowa (Zyrowa).

            Znany dziś budynek Urzędu Pocztowego w Strzelcach wybudowano dopiero w 1894 roku przy ulicy Lublinieckiej (Lublinietzstrasse), obecnie ulica Marka Prawego. Pocztę wybudowano ze środków miejskich i dotacji państwa niemieckiego. Do 1945 roku w budynku znajdowała się poczta niemiecka, potem po przejęciu ziemi strzeleckiej przez władze polskie uruchomiono tutaj Pocztę Polską.

            PIOTR SMYKAŁA

            Romuald Kubik
            • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 28.01.12, 20:10
              view counter
              Barbórka

              Historia
              588 (41)

              Kościół świętej Barbary jest nieodłącznym elementem krajobrazu Strzelec Opolskich. Istniał zapewne już w XV wieku. Pierwsze wzmiankowanie pochodzi z 1505 roku. Z dokumentu z tego okresu wynika, że mieszkaniec Strzelec Jacob Kelka sprzedał Wazkowi Kobtia swój folwark leżący przed miastem. Patronka kościoła, święta Barbara, była w średniowieczu bardzo popularna i wiele świątyń przybierało jej imię. Wydaje się to zrozumiałe ze względu na burzliwe czasy. Święta Barbara była orędowniczką dobrej śmierci.
              Wielokrotnie w swej historii świątynia była odnawiana. Wynikało to z tego, że kościół od początku był zbudowany z drewna nie najlepszej jakości. Pierwsza wzmianka o takim remoncie pochodzi z 1550 roku.
              Barbórka nie była zawsze kościołem cmentarnym. W 1680 roku wybuchła w mieście zaraza. Ludzie nie wiedzieli wtedy, skąd przychodzi śmierć ani jak jej przeciwdziałać. Zdawali sobie jednak sprawę, że kontakt z innymi może skończyć się zarażeniem. Unikali więc jak mogli swoich sąsiadów. W 1680 roku w kościele świętej Barbary wikary Ulitzka udzielił ślubu gospodarzowi Adamowi Donat i jego żonie Hedwig. Uroczystość ta odbyła się za miastem zapewne właśnie ze względu na panującą zarazę. Po ustąpieniu moru kościół znów został poddany renowacji ze względu na zły stan obiektu.
              Dobroczyńcą kościoła był Georg Bassa (Baschin) zmarły w 1679 roku. Od lat był opiekunem kościoła i jego dobroczyńcą. Był jednym z zamożniejszych mieszkańców miasta. Po jego odejściu wdowa, Anna Bassa, zwróciła się do biskupa, by zgodnie z wolą męża odnowić przybytek. Z rodzinnego majątku wyznaczyła też fundusz w wysokości 100 talarów śląskich na utrzymanie kościoła. 10 maja 1683 roku otrzymała administracyjne pozwolenie na renowację od wrocławskiego biskupa pomocniczego Franza Karla Neandera.
              Już po roku kościół został pokryty dachem gontowym. Budową kierował były burmistrz Strzelec w latach 1668-1677/8 protestant Florentinus Waiser (Weiser). Prace zostały wykonane przez mistrza ciesielskiego Johannesa Brixi. Kościół został zbudowany z drewna bez użycia jednego gwoździa. Na belce poprzecznej kościoła do dziś można odczytać już mało widoczny napis budowniczych kościoła: 1690, Florentinus Waiser, Fridericus Waiser, Johannes Brixi.
              Według protokołu powizytacyjnego z 1687 roku o kościele św. Barbary zapisano:
              [...] Kościół św. Barbary dziewicy i męczennicy; ten jest położony na drugim skraju miasta w kierunku na Opole, nowo z drzewa w 1683 roku zbudowany przez niejaką mieszczankę Strzelec Annę Baschin (Bassa). Ona z polecenia swojego pierwszego męża zmarłego, który w testamencie ostatniej woli swoje, kościół ten kazał pobożnie zbudować, uczyniła z jego oszczędności. Wewnątrz trzy ołtarze z podstawami wymurowanymi. Główny ołtarz jest nowy, kosztowny, artystyczny, w górnej części złocony, świętej Barbarze poświęcony z daru wyżej wspomnianego księdza Balthasari Stanislaidis wykonany. Pozostałe dwa ołtarze nie są artystyczne. Zakrystia mała, drewniana po stronie ewangelii, jedno zadaszenie nad główną bramą, posadzka tylko w tylnej części kamienna, reszta wyłożona z desek, ambona półokrągła po stronie ewangelii. Ławek dotąd nie ma. Cmentarz na razie ogrodzony jest skromnie. Przy płocie na terenie tego kościoła stoją trzy skarbony. W dwóch daje się po 4 groszy kościelnym a z trzeciej większej 12 groszy, w sumie 20 groszy. Ten cały czynsz przekazywana jest radzie strzeleckiej. Rozporządziłem, by ks. dziekan razem z Florentino Weiser, który powyżej wspomnianą Annę Baschin (Bassa), wdowę pojął za żonę i ten kościół budował i o niego się troszczył, ten czynsz prawnie otrzymali i dla kościoła przeznaczyli. Wspomniany pan Florentino niech otrzymuje ofiary, jałmużny i inne przychody tego kościoła bez zawiadomienia archiprezbitera. Powinien jednak wiedzieć, że wszystkie dochody i przychody otrzymane z zewnątrz ma wiernie zapisywać i być gotowym zdać sprawozdanie z tego, gdy kościół w całości wewnętrznie będzie ukończony. Ks. Archiprezbiter niech się postara odzyskać klucze kościoła, gdyby wspomniany pan Florentino ich nie chciał wydać, lecz chciał je u siebie zatrzymać, bo przecież klucze bezzwłocznie raczej u proboszcza powinno być trzymane, aniżeli u człowieka świeckiego i to jeszcze nie katolika. Także wypada, by wspomniany opiekun i zarządca kościoła pan Florentino o jakichkolwiek przychodach i rozchodach powiadamiał ks. Archiprezbitera, za jego wiedzą i radą troszczył się kościół i o wszystko, co dotyczy kościoła się dopytywał. Przeciwnie w tych sprawach często pan Florentino zawinął wobec ks. Archiprezbitera, skoro w święto św. Barbary zostały pomniejszone nabożeństwa a w skutkach ofiary i jałmużny na kościół się pomniejszyły, także dlatego ks. Archiprezbiter z ambony w swoim kościele ogłosił, że w przyszłości tam nie będzie nabożeństwa w uroczystość św. Barbary, co zamierza uczynić nie jak z innego powodu, jak dlatego, że nie ma kluczy kościoła. Zamierzałem do tego, by pomiędzy dwoma spierającymi się zawarto dobrą umowę, lecz pan Florentino zaproszono do parafii nie chciał przybyć w czasie wizytacji. Ten kościół ma jeden kielich, nowy pozłocony z pateną i jeden ornat czerwony z darów ks. Balthasari Stanislaidisa [...]. (źródło: Jungnitz J., Visitationsberichte der Diozese Breslau, erster Teil. Breslau 1904. Tłumaczenie z języka łacińskiego na polski dokonała dr Beata Gaj)
              W 1720 roku kościołowi, z braku dokumentów, groziło to, że nie miał być konsekrowany. W 1727 roku proboszcz Ernst Joachim von Strachwitz ufundował małą barokową wieżyczkę z baniastym hełmem na dachu kościoła. W XVIII wieku nabożeństwa w kościele odbywały się tylko w dzień patronki świątyni. W połowie XVIII wieku wzmógł się kult św. Barbary i w 1754 roku w niedzielę po św. Wawrzyńcu proboszcz von Strachwitz założył Bractwo Świętej Barbary w obecności licznie zgromadzonego duchowieństwa i wiernych. Papież Benedykt XIV zatwierdził bractwo i nadał jego członkom przywilej odpustu zupełnego, jeżeli w dzień święta tytularnego, po godnej spowiedzi i komunii świętej, zwiedzą kościół, kaplicę lub ołtarz patronki. W 1754 roku do Bractwa św. Barbary należało 367 wiernych. Byli zapisani w specjalnej księdze, dobrze oprawionej, przechowywanej w czerwonym aksamitnej szkatule.
              Do Bractwa należało liczne duchowieństwo i okoliczna szlachta. Rektorem Bractwa św. Barbary był Norbert Graf Colonna - właściciel dóbr strzeleckich, ks. prałat Franz Georg Graf Strachwitz, proboszcz strzelecki, był promotorem, a Johann von Ziemitzky z Opola był asystentem. Członkami Bractwa byli między innymi franciszkanie z Góry św. Anny, Sidonie Gräfin Colonna, Wenzel i Sophie von Schneckenhaus, Anna von Prussincka, Katharina von Fragstein, starosta Karl von Raczek z Olszowy, Anna von Colonna, Katharina von Holly, Anna Gräfin Henckel zd. Colonna oraz dobroczyńca radny strzelecki Thomas Langer.
              Procesje Bractwa św. Barbary odbywały się przy muzyce i śpiewie w Dzień św. Barbary. Uroczystość była zawsze obchodzona tylko w ten dzień. Jednak w 1786 roku odbyły się dodatkowe uroczystości. 8 kwietnia tego roku odbyła się uroczysta procesja z powodu trzęsienia ziemi oraz w trzecie święto Zielonych Świątek. Od czasu do czasu procesje Bractwa św. Barbary odbywały się w dniach pokuty bez ustalonej daty.
              Po utworzeniu katolickiego gimnazjum, za zezwoleniem nauczyciel religii, w kościele były odprawiane przejściowo nabożeństwa szkolne. W 1838 roku zamknięto dla pochówku katolików dwa cmentarze - przy kościele św. Wawrzyńca i św. Krzyża. Cmentarz koło kościoła św. Barbary poszerzono według planów inspektora budowlanego Krügera.
              Po 1945 roku kościół przechodził kilka remontów. W 1968 roku ks. proboszcz kościoła św. Wawrzyńca, Faustyn Zbaniuszek, zlecił ekspertyzę i prace ratujące zabytek. Prace remontowe zostały zakończone w 1970 roku za ks. Stefana Baldego. W 1980 roku kościół otrzymał staraniem ks. Jerzego Stellmana, tabernakulum i pozwolenie na przechowywanie Naj
              • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 28.01.12, 20:40
                To jest dokonczenie;
                Po 1945 roku kościół przechodził kilka remontów. W 1968 roku ks. proboszcz kościoła św. Wawrzyńca, Faustyn Zbaniuszek, zlecił ekspertyzę i prace ratujące zabytek. Prace remontowe zostały zakończone w 1970 roku za ks. Stefana Baldego. W 1980 roku kościół otrzymał staraniem ks. Jerzego Stellmana, tabernakulum i pozwolenie na przechowywanie Najświętszego Sakramentu. Pod koniec 1997 roku ks. Wolfgang Jośko zlecił generalny remont pod nadzorem konserwatora zabytków, który trwał z przerwami prawie dziesięć lat do 2007 roku.
                Piotr Smykała
                Romuald Kubik

                https://www.gwarek.com.pl/uploads/articles/2329/big/2146.jpg?rand=285407624

                • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 29.01.12, 17:17
                  Kowale w Wielkich Strzelcach
                  Historia
                  584 (37)

                  Kowalstwo było jednym z najstarszych i najbardziej poważanych zawodów wykonywanych przez człowieka. Bez metalowych narzędzi i broni niemożliwy byłby rozwój naszej cywilizacji. Przez wieki kowal był otoczony mgiełką tajemnicy. Człowiek, który z grudy ziemi potrafił stworzyć miecz lub podkowę, był w społeczeństwach pierwotnych niemal magiem. Wraz z rozwojem cywilizacji magiczna moc kowali przyblakła, lecz nadal były to niezwykle ważne w każdej społeczności osoby.
                  CECH KOWALI
                  Powstał on w Strzelcach stosunkowo późno, bo dopiero w 1609 roku. Napisany został w języku polskim i czeskim. Cech kowali zrzeszał także zawody pokrewne – ślusarzy i rusznikarzy. Los dokumentu, na którym spisano prawo cechowe, wskazuje, że kowale może byli i dobrymi fachowcami, ale porządek to nie za bardzo lubili utrzymywać.
                  W 1675 roku w siedzibie cechu stolarzy odkryto zniszczony dokument. Był zaniedbany i wyblakły. Logicznie rzecz biorąc stolarze uznali, że to ich dokument cechowy. Przy bliższych oględzinach okazało się jednak, że jest to spis praw cechowych kowali. Wypłynęło to dopiero, kiedy rada miasta zażądała od stolarzy tego dokumentu, by zatwierdzić jego artykuły.
                  Pieczęć cechu miała w tarczy podkowę barkiem do góry, a poniżej skrzyżowany ze sobą pistolet skałkowy i klucz. Po bokach inicjały „I – S” – zapewne ówczesnego mistrza cechu. Na obwodzie znajdował się napis przedzielającymi gwiazdkami: SIGIL D SMID SLOSER STRL. Pieczęć pochodziła z końca XVI w. Wyryty wizerunek oraz napisy zostały wykonane bardzo nieudolnie, co może świadczyć o słabych umiejętnościach rytownika (D. Tomczyk, Pieczęcie górnośląskich cechów rzemieślniczych z XV-XVIII wieku i ich znaczenie historyczne).
                  Przyjęcie do cechu kowali nie było prostą sprawą. Status wyraźnie ograniczał ilość rzemieślników w mieście. Kowal musiał pochodzić z prawego łoża. Uczeń, aby być przyjętym, musiał wkupić się opłatą 1 talara i 24 groszy. Dodatkowo musiał dostarczyć do cechu dwa funty wosku i pół achtela piwa. Zwolnieni z opłat byli tylko krewni mistrza, co promowało przechodzenie fachu z pokolenia na pokolenie w tej samej rodzinie.
                  Czeladnik musiał uczęszczać w niedziele i święta na msze święte. Gdyby udowodniono mu nieobecność na mszy – musiał zapłacić karę w wysokości 2 białych groszy. Wstawać musiał o 3 rano i pracować do godziny 19-tej. Potem mógł pracować dla siebie, ale tylko do kolacji, po której miał zakaz trudzenia się. Pierwotne zapisy w statusie cechu kowali z biegiem lat ulegały poważnym zmianom.
                  W 1927 roku w Strzelcach Wielkich istniały dwie kuźnie. Znajdowały się przy dzisiejszej ulicy Marka Prawego. Pierwsza należała do Philippa Donatha, druga do Franza Grzeschitzy. Istniały także trzy warsztaty ślusarskie. Jeden z nich należał do Theodora Galgana przy ulicy Krakowskiej, drugi do Wilhelma Retta przy ulicy Powstańców Śląskich, a trzeci – do wdowy Nimsch przy ulicy Jordanowskiej (Gartenstrasse) (1927 Adresbuch / Einwohnerbuch, Kreis Gross Strehlitz O/S, str. 38).
                  W 1943 roku w mieście były trzy kuźnie. Na obecnej ulicy Marka Prawego kowalem był Georg Donath. W dzielnicy Suche Łany przy ulicy Kozielskiej znajdowały się dwie kuźnie – prowadzili je Johann Mrohs i Vinzent Notzon. W mieście znajdowały się też trzy warsztaty ślusarskie – Galgan Theodor (ul. Marka Prawego), Rett Wilhelm (ul. Powstańców Śląskich) i Schwitulla Franz (ul. Krakowska) (Einwohnerbuch für die Stadt und den Kreis Gross Strehlitz O/S, 1943, str. 51).
                  16 POKOLEŃ
                  Przez wieki kowalstwem parała się w Strzelcach rodzina Mrohs. Tradycję kontynuowano w tej rodzinie przez 16 pokoleń. Pierwsza kuźnia Mrohsów powstała w Strzelcach w 1609 roku, a więc równocześnie z założeniem cechu kowali. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie oni są założycielami cechu. Nie jest powiedziane, że kowali wcześniej w mieście nie było, ale mogli działać bez uregulowań prawnych. W 1662 roku jako starszy cechowy wymieniony jest Johann Mrohs. Gdzie miał kuźnię, nie udało się ustalić. Być może pierwotnie kuźnia znajdowała się w obrębie murów miasta. Jednak w wyniku zagrożenia pożarowego i hałasu zastała założona blisko miasta na Suchych Łanach, gdzie od wielu pokoleń Mrohsowie trudnili się kowalstwem.
                  W mieście pracował też inny kowal. Paul Mrohs (zmarł 3 lutego 1928 roku w wieku 46 lat) nie posiadał swojego zakładu i nie był tu zameldowany. Jak podaje Księga zmarłych parafii św. Wawrzyńca – pochodził z innej miejscowości i tam został pochowany. Wynikałoby z tego, że nie był spokrewniony z Mrohsami strzeleckimi.
                  Johann Mrohs, potomek wielowiekowej rodziny kowali wraz z innymi mieszkańcami Strzelec został w 1945 roku internowany na wschód, gdzie zginął. Miał 55 lat. W 1948 roku powrócił z niewoli jego syn, Georg, który odziedziczył kuźnię. Podczas weryfikacji miejscowej ludności w 1945 roku zmieniono mu imię na Jerzy Mróz. Pracował w kuźni do roku 1980, kiedy to przekazał ją swemu synowi – Janowi – ostatniej osobie z rodu parającej się tym zawodem.

                  Jerzy Mróz pracował w kuźni do ostatnich dni życia. Zmarł w 1987 roku. Jego syn, Jan, zapadł na ciężką chorobę. Zamknął kuźnię w 1988 roku i przeprowadził się do Niemiec. Zmarł w Niedzielę Wielkanocną 2006 roku.
                  Po zamknięciu zakładu jego matka, urodzona w 1919 roku, Agdnes Mrohs, napisała w języku niemieckim wiersz opisujący 350-lecie kowalstwa w rodzinie. Nie jest to wybitne dzieło, ale ukazuje przywiązanie do rodzinnej tradycji i żal po zamknięciu kuźni. Wiersz zaczyna się słowami:
                  Zum Andenken an die alte Schmiede, den Schmied und die Pferde
                  Unsere alte, stille, traurige Schmiede
                  Steht da, als wenn sie ware sehr müde.
                  Sie weint in sich hinein,
                  Wie traurige muß der alten Schmiede sein
                  W wolnym tłumaczeniu znaczy to:
                  Na pamiątkę o starej kuźni, kowalu i koniach
                  Nasza stara, cicha, smutna kuźnia
                  Stoi, jakby była bardzo zmęczona.
                  Płacze w sobie
                  Jak smutno jest tej starej kuźni.
                  Dziś w miejscu kuźni Mrohsów znajduje się zakład nie związany z kowalstwem.
                  POZOSTALI KOWALE
                  Druga kuźnia znajdowała koło kapliczki przy dzisiejszej ulicy Kozielskiej na Suchych Łanach. Założył ją mistrz kowalski Vincenty Nocon (urodzony 3 kwietnia 1882 roku w Słupsku koło Toszka) na początku XX w. Mistrz kowalski ożenił się 23 czerwca 1906 roku z zapoznaną na zamku sławięcickim służącą Amelią Titz. Po ślubie zamieszkali na Suchych Łanach w folwarku, gdzie dostał pracę w charakterze pomocnika kowala. Egzamin na mistrza kowalskiego zdał 4 maja 1908 roku pod nadzorem komisji egzaminacyjnej złożonej z przewodniczącego Wustmanna i członków Schotki, Mrohsa, Roberta Wloki i Philippa Donatha. Około 1909 roku obok stojącej kapliczki wybudował dom i kuźnię.
                  Vincenty Nocon nie miał szczęścia do następcy. Jego najstarszy syn Josef (ur. 1908 – zm. 1987 w Japonii) uczył się kowalstwa tylko przez rok i poszedł za głosem powołania do służby Bożej. Wstąpił do Zgromadzenia Ojców Werbistów. Drugi syn Georg (ur. 1909 – zm. w Niemczech) także nie został kowalem, lecz podjął zawodową służbę w wojsku. Po 1945 roku pozostał na stałe w Niemczech. W 1951 roku Vincenty przeszedł na emeryturę, ale nadal pomagał w kuźni. Zmarł 27 października 1957 roku w wieku 75 lat. Kuźnię ostatecznie przejął jeden z jego uczniów Franz (po weryfikacji zmieniono mu imię na Franciszek) Wieczorek, który ożenił się w 1951 roku z najmłodszą córką Vincentego Noconia – Margerethe (Małgorzata) Nocon urodzoną 27 grudnia 1922 roku.
                  Ostatni właściciel tej kuźni zmarł 7 lipca 1987 roku w wieku 71 lat. Od tego momentu kuźnia zaprzestała pracy i została zamknięta. Obecnie budynek służy do celów gospodarczych.
                  Świat się zmienił. Nie ma już setek koni wymagających podkucia. Noże i narzędzia (niestety przeważnie Made in China) kupuje się w sklepach. Kowale jednak przeżywają swój renesans. Coraz popularniejsze jest kowalskie rękodzieło, z którego można dziś przyzwoicie wyżyć. Niestety, wielowiekowa tradycja kowalska zanikła w Strzelca
                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 31.01.12, 22:04
                    Wojna zaczęła się w Ligocie

                    Historia
                    531 (35)

                    Pierwszego września 1939 roku rozpoczęła się II wojna światowa. Dobrze znane są relacje opisujące początek wojny po stronie polskiej. Zupełnie inną perspektywę na wypadki tamtych dni mieli jednak mieszkańcy Strzelec i okolicznych miejscowości. Trzeba pamiętać, że ze względu na swoje położenie na samej granicy Rzeszy, ziemia strzelecka służyła za punkt wypadowy niemieckich armii.

                    Koncentracja wojsk rozpoczęła się pod koniec sierpnia 1939 roku. Mężczyźni w wieku poborowym objęci zostali mobilizacją. Na Śląsku znajdowała się jedna z głównych grup uderzeniowych Wermachtu. Grupa Armii „Süd” dowodzona była przez generała płk. Gerda von Rundstedta (1875-1953), a w jej skład wchodziły armie 8, 10 i 14.

                    Wśród mieszkańców Strzelec, zwłaszcza tych pamiętających I wojnę światową, wzrastało zaniepokojenie. Napięcie polityczne rosło od dawna, lecz ludność do końca miała nadzieję, że wojna nie wybuchnie. Strzelczanie pamiętali, że w poprzedniej wojnie zginęło ponad 200 obywateli miasta – o mieszkańcach okolicznych wiosek nie wspominając. Nikt jednak, nawet największy pesymista, nie przypuszczał, ile ofiar pochłonie nowa wojna.

                    Piekło zaczęło się 1 września o godzinie 4.02. Z lotniska w Ligocie Dolnej (ówczesna nazwa - Nieder Ellguth), wystartowała eskadra Jagdgruppe „Gentzen”. O 4.35 zjawiła się nad miastem Wieluń, leżącym 100 km od Łodzi. O 4.40 spadły pierwsze bomby. Ostrzał Westerplatte z pancernika „Schleswig-Holstein” nastąpił dopiero 5 minut później. Najpierw zbombardowany został wieluński szpital - mimo widocznego z daleka znaku czerwonego krzyża. Zginęły 32 osoby, w tym 26 chorych. Dzięki ofiarności personelu uratowano wielu chorych. Pielęgniarki w przyszpitalnym parku odebrały podczas nalotów dwa porody. Miasto było bombardowane z iście niemiecką precyzją i systematycznością. Samoloty wracały jeszcze o godzinie 6.00 i 9.00. Nalot zakończył się o godzinie 14.00. Miasto zostało zrównane z ziemią. Zniszczono 75% zabudowy. Zginęło 1200 mieszkańców.

                    Ludność Strzelec obudził ryk lecących na wschód samolotów. W radiu na okrągło nadawane były komunikaty o rozpoczęciu wojny. Przez wiele dni obowiązywało zaciemnienie, gdyż obawiano się odwetu polskiego lotnictwa. Wkrótce do strzeleckiego szpitala zaczęli napływać pierwsi ranni na froncie. Byli tu leczeni zarówno żołnierze niemieccy jak i polscy jeńcy. Trzech z nich zmarło jeszcze na początku września. Byli to Jan Bendkowski (zmarł 4 IX 1939r.), Mieczysław Kukuła (7 IX) i Antoni Lacziński (10 IX). Wielu jeńców zmarło w następnych miesiącach. (Temat ten szerzej omówiliśmy w materiale dotyczącym strzeleckiego pomnika lotników.)

                    Pierwszym mieszkańcem Gross Strehlitz, który poległ na wojnie, był Kurt Mainka (ur. 1919 r.). Zginął 2 września pod Gostyniem. Dziś jego grób znajduje się na niemieckim cmentarzu wojennym w Siemianowicach. 3 września w szpitalu zmarło z odniesionych ran dwóch niemieckich żołnierzy – Johann Thalhammer (ur. 1913 r. w Westerskirchen) i Franz Schwarz (ur. 1913 r. w Ringsee). Oboje są pochowani na cmentarzu św. Barbary w Strzelcach Opolskich, mogiły – 502 i 503.

                    Propaganda hitlerowska działała pełną parą. 11 września 1939 r. w Strzelcach na Placu Żeromskiego (wtedy Hindenburgplatz) odbyła się ku czci poległych żołnierzy niemieckich duża manifestacja zorganizowana przez miejscową komórkę NSDAP. W czasie przemówienia powiatowego lidera partii Scholza nad placem przeleciał samolot wojskowy z flagą hitlerowską.

                    PIOTR SMYKAŁA

                    Romuald Kubik
                    • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 01.02.12, 22:34
                      Strzelce - styczeń 1945
                      Historia
                      499 (3)

                      Jakiś czas temu w Strzelcach Opolskich na jednej z wystaw można było zobaczyć fotografie miasta sprzed wojny. Rynek wyglądał wtedy zupełnie inaczej i wszystkie kamieniczki wokół centrum miały niepowtarzalny średniowieczny charakter. Dzisiejszy wygląd Strzelec zawdzięczamy niedbałej o historię odbudowie miasta po wojennych zniszczeniach. Te zniszczenia nie były jednak spowodowane walkami, lecz prawdopodobnie jedną awanturą, jaka wybuchła pewnej styczniowej nocy 1945 roku. Opisywaliśmy już na łamach Strzelca Opolskiego jak najprawdopodobniej przebiegało wkroczenie wojsk radzieckich do miasta. Dziś wracamy do tego tematu z dwóch powodów. Po pierwsze - niniejsze wydanie tygodnika znajdzie się w kioskach dokładnie w 64. rocznicę opisywanych tutaj wydarzeń. Po drugie - udało się znaleźć nowe świadectwa o tamtych chwilach i być może rozwiązać zagadkę, która przez lata obrosła w legendę – dlaczego spalono nasze miasto? Aby jednak sobie na to odpowiedzieć, musimy cofnąć się do późnego wieczoru 20 stycznia 1945 roku.

                      Przeczucie końca
                      Pod koniec roku 1944 wśród mieszkańców Strzelec narastał niepokój z powodu zbliżającego się frontu wschodniego. Zachowania były podzielone. Część osób wyjeżdżała z miasta a część pozostawała w nadziei, że ofensywa Armii Czerwonej zostanie zatrzymana. Niepewności sprzyjał fakt, że wieści z frontu dochodziły z opóźnieniem, a to, co podawały oficjalne komunikaty, było w dużej mierze niewiarygodne. Wyjazdy rozpoczęły się mniej więcej w połowie stycznia, lecz każdego dnia liczba opuszczających miasto wzrastała. Wyjechali między innymi urzędnicy miasta, sklepikarze, handlarze i rzemieślnicy. W domach jednak zostały osoby starsze, schorowane i takie, które nie miały gdzie się udać.
                      Wkroczenie wojsk radzieckich było zupełnie niespodziewane. Stało się to w sobotę 20 stycznia o godzinie 23.00. Wojsko weszło do miasta właściwie nie napotykając żadnego oporu. Pojazdy pancerne wjechały do centrum miasta i rozlokowały się na rynku i okolicznych uliczkach. Niedzielnego ranka mieszkańcy zastali miasto wypełnione wojskiem.
                      Naoczne relacje świadków kłócą się z tym, co do tej pory było wiadomo o tamtych dniach. Według nich, mimo że żołnierzy było prawdopodobnie więcej niż mieszkańców, zachowywali się oni bardzo kulturalnie, a nawet przyjaźnie. Wiadomo, że piekarz Max Mehlich musiał upiec chleb dla głodnych żołnierzy, a ci mu w tym pomagali. Zwracali przy tym uwagę domownikom, którzy nosili na wierzchu biżuterię, żeby pochowali ją przed nadciągającą drugą falą armii. Ostrzegali, że można nawet z tego powodu zginąć. Świadkowie tamtych chwil twierdzili, że tych pierwszych żołnierzy można było polubić. Potem przyszli jednak następni.
                      Front przesunął się w kierunku Toszka i po kilkudziesięciu godzinach nadeszła druga fala żołnierzy. Ci byli brutalni. Plądrowali domy. Czasem je palili. Mordowani byli zwykli mieszkańcy. Wiadomo między innymi, że na Adamowicach zginęli Thomas Janiel, masarz Puzik i kobieta o nazwisku Kaleta. Jej mąż został ranny, uciekł i słuch po nim zaginął.

                      Ofiary
                      Pierwsi zabici padli jeszcze przy wkraczaniu Armii Czerwonej do miasta. Młodzi chłopcy z organizacji Arbeitdienst pod dowództwem starszego mężczyzny pełnili służbę na wiadukcie kolejowym na trasie do Zawadzkiego. Poddali się bez walki. Zostali rozstrzelani i pochowani w pobliskim ogródku.
                      W czasie radzieckiej ofensywy na Strzelce zginęło w okolicach miasta kilkudziesięciu żołnierzy i członków różnych formacji mundurowych. Dokładnej liczby nie znamy. Nie znamy ich imion i nazwisk. Ci, którzy się poddali, zostawali zaraz rozstrzeliwani. Po opanowaniu miasta przez następne kilka tygodni dochodziło do starć między radzieckimi i niemieckimi żołnierzami.
                      Do krótkotrwałej walki doszło koło młyna Thiela (ulica Młyńska). Wynikiem starcia było kilkudziesięciu zabitych i rannych. Na placu obok młyna leżały przez wiele tygodni zwłoki ofiar.
                      W okolicy tzw. Siedmiu Domów (dzisiaj ulica Wilkowskiego) na zachodzie miasta w ręce żołnierzy sowieckich dostał się niemiecki żołnierz około 50-letni Hyacinth Glinka, pochodzący z Grodziska (Grodisko). Na tej ulicy mieszkała jego kuzynka i w chwili wkroczenia wojsk sowieckich (20 stycznia 1945 r.) właśnie u niej przebywał. Kiedy żołnierze znaleźli jego mundur – zabrali Hyacintha Glinkę i rozstrzelali w pobliskim lesie.
                      Wiadomo, że w okolicach Strzelec zginął także inny żołnierz pochodzący z Grodziska – Karl Switulla. Jego miejsce pochówku jest nieznane.
                      30 stycznia 1945 r. zamordowani zostali Marta i Emanuel Biskup. Prowadzili sklep w swojej kamienicy i tam zginęli. Małżeństwo Luci i Pius Gabor zostało wywleczone ze swojego domu i pod miastem rozstrzelane w jednej z remiz. Stało się to po 25 stycznia 1945 r. Luci i Pius Gabor byli właścicielami sklepu obuwniczego oraz producentami obuwia marki Salamander.
                      Najsłynniejszym morderstwem tamtych dni było zabójstwo ks. proboszcza Karla Lange. Stało się to późnym wieczorem 24 stycznia 1945 r. Prawdopodobnie po tym brutalnym morderstwie dzień później doszło do strzelaniny w centrum miasta. Nie wiadomo, kto zaczął, ale w strzelaninie zginęło kilku żołnierzy radzieckich. Wśród poległych miał być oficer sowiecki i prawdopodobnie to było przyczyną spalenia miasta.
                      Wiadomo na pewno, że centrum miasta płonęło 26 stycznia 1945 r. Tego dnia wiele osób straciło życie z rąk sowietów. Poległego oficera radzieckiego przeniesiono do pierwszego domu po lewej stronie na dzisiejszej ulicy Wilkowskiego. Tutaj w jednym z pokoi zwłoki zostały umyte i przygotowane do pochówku. Żołnierze przenieśli je w otwartej trumnie na rynek, gdzie pochowali przed samym pomnikiem strzelca. Później, w maju 1945 r. władze polskie ustawiły pamiątkową tablicę. Około 1947 r. szczątki oficera wraz innymi poległymi żołnierzami Armii Czerwonej zostało przeniesione na cmentarz w Koźlu.
                      Na dzisiejszej ulicy Strzelców Bytomskim także doszło do walk. Wydarzenie miało miejsce w późniejszym okresie bez udziału żołnierzy niemieckich. Wśród czerwonoarmistów doszło do nieporozumienia o alkohol i dlatego zginęło kilku żołnierzy i cywilów. Ofiary zostały później pochowane na końcu ulicy w lesie. Wśród zabitych był Josef Klosak – mistrz gorzelnictwa z Rozmierki.

                      Krajobraz zniszczeń
                      Zabici leżeli wszędzie. Trzeba pamiętać, że była to wyjątkowo sroga zima i nie było jak pochować zabitych – nawet jeżeli ktoś chciał się tego podjąć. Trupy mogły być też specjalnie pozostawione, by przestrzegały innych przed oporem. Po walkach z 25 stycznia 1945 r. wiele zabitych osób leżało na ulicach i placach przez kilka tygodni aż do pierwszej odwilży. Według uzyskanych informacji, miało być kilkudziesięciu zabitych. Zwłoki zgromadzono przede wszystkim na Wielkim Folwarku przy dzisiejszej ulicy Marka Prawego. Co się stało ze zwłokami - nie wiadomo. Nie wiemy, czy zostały pogrzebane lub spalone.
                      W połowie lutego 1945 r. z rozkazu komendanta miasta wielu mężczyzn, a nawet kobiety zostały internowane do budowy okopów, rozbiórki zakładów i pomocy w różnych pracach na terenie miasta i powiatu. Większość internowanych wywieziono później do Związku Radzieckiego, skąd wrócili nieliczni. Ilu mieszkańców wywieziono, ilu zmarło, zostało zabitych, a ilu powróciło z ze wschodu – nie wiadomo.

                      Legendy i Fakty
                      Publikacje, jakie ukazywały się po wojnie, a traktowały o tamtych dniach, opierały się na dwóch filarach – propagandzie i domysłach. Trudno było wytłumaczyć, dlaczego „sojusznicze” wojska spaliły piękne średniowieczne miasteczko. Trzeba pamiętać, że centrum Strzelec było wypalone jeszcze w latach 60–tych, kiedy wzięto się ostatecznie za likwidację wojennych szkód. Aby znaleźć uzasadnienie tych zniszczeń, stwarzano opowieści – legendy. Kiedy jedna legenda pojawiała się wydana drukiem w gazecie lub książce, wkrótce znajdował się inny autor cytujący ją i traktujący jako pewnik. W ten sposób powstało mnóstwo historii związanych z wkroczeniem wojsk
                      • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 01.02.12, 23:03

                        Legendy i Fakty
                        Publikacje, jakie ukazywały się po wojnie, a traktowały o tamtych dniach, opierały się na dwóch filarach – propagandzie i domysłach. Trudno było wytłumaczyć, dlaczego „sojusznicze” wojska spaliły piękne średniowieczne miasteczko. Trzeba pamiętać, że centrum Strzelec było wypalone jeszcze w latach 60–tych, kiedy wzięto się ostatecznie za likwidację wojennych szkód. Aby znaleźć uzasadnienie tych zniszczeń, stwarzano opowieści – legendy. Kiedy jedna legenda pojawiała się wydana drukiem w gazecie lub książce, wkrótce znajdował się inny autor cytujący ją i traktujący jako pewnik. W ten sposób powstało mnóstwo historii związanych z wkroczeniem wojsk sowieckich, które z prawdą miały niewiele wspólnego.
                        Jedną z takich żelaznych legend jest śmierć niemieckiego generała Johannes’a Block’a. Był on dowódcą 56 Korpusu Pancernego IX Armii Polowej i miał zginąć właśnie w Gross Strehlitz. Po wielu latach poszukiwań Piotrowi Smykale udało się ustalić, że dokończył on swego żołnierskiego żywota pod Baranowem Sandomierskim nad Wisłą 26 stycznia 1945 r. Resztki jego korpusu uciekły na zachód, więc nie mogły mieć nic wspólnego z wydarzeniami w Strzelcach. Przez długie lata podtrzymywano jednak tę legendę, gdyż gloryfikowała dokonania Armii Czerwonej w Strzelcach.
                        Wiele publikacji podaje, że miasto zniszczone zostało podczas walk. Miasto rzeczywiście zostało zniszczone i to w 80%, lecz długo po przejściu frontu.
                        Jedną ze strzeleckich legend był desant niemieckich spadochroniarzy, jaki miał być zrzucony w okolicach Strzelec. Miało ich być od 150 do 300 i wszyscy mieli zginąć jeszcze w powietrzu, zastrzeleni przez żołnierzy Armii Czerwonej. Pogłoski mówią, że spadochroniarze zostali pochowani w Rożniątowie. Tymczasem, nie ma tam śladu takiego pochówku.
                        Wiadomo, że podczas walk zginęło w Rożniątowie około 30 żołnierzy niemieckich i sowieckich. W rejonie Strzelec miało zginąć łącznie około 130 żołnierzy niemieckich i tylko część z nich straciło życie z bronią w ręku. Większość stanowili maruderzy i zagubieni, którzy zostali rozstrzelani zaraz po poddaniu się czerwonoarmistom.
                        Piotr Smykała
                        Romuald Kubik
                        Jeżeli posiadają Państwo ciekawe informacje na temat historii regionu
                        - prosimy o kontakt z autoramiStrzelce - styczeń 1945

                        Pare fotkow
                        wroclaw.hydral.com.pl/foto/244/244424.jpg
                        wroclaw.hydral.com.pl/foto/242/242816.jpg
                        wroclaw.hydral.com.pl/foto/242/242733.jpg
                        wroclaw.hydral.com.pl/foto/69/69133.jpg
                        img.odkrywca.pl/forum_pics/picsforum22/strzelce_opolskie.jpg
                            • kubiss Niezwyciezona Armia Czerwona 05.02.12, 19:57
                              To ich ojcowie pokonali waszych przodkow na wszystkich liniach wschodniego frontu .
                              ________________________________________________________________

                              www.youtube.com/watch?feature=endscreen&NR=1&v=SBUe-v7yBao
                              ________________________________________________________________
                              • berncik Re: Niezwyciezona Armia Czerwona 05.02.12, 20:08
                                kubiss napisał:

                                > To ich ojcowie pokonali waszych przodkow na wszystkich liniach wschodniego fron
                                > tu .
                                > ________________________________________________________________
                                >
                                > www.youtube.com/watch?feature=endscreen&NR=1&v=SBUe-v7yBao
                                > ________________________________________________________________
                                >
                                >
                                Kubisku oni se smioli z Gorolstwa takego jak ty, nie slyszoues jak godali nie nie nieeeee
                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 05.02.12, 22:11
                                    bratjakuba napisał:

                                    > kubiss napisał:
                                    >
                                    > > Dajta mi za tego linka jakas staro mopa .
                                    >
                                    > =================================
                                    >
                                    > www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg
                                    > www.mapywig.org/m/ALLIED/THE%20WORLD_1_25M_AMS_1944.jpg

                                    Kubiss i jego mopp Poleruj ta Bracikowo mapa az bydzie se swiecic jak twoja glaca kubisku boroczku.
                                    https://i.istockimg.com/file_thumbview_approve/9787948/2/stock-illustration-9787948-cartoon-cleaner-with-a-mop.jpg
                                    • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 07.02.12, 20:31
                                      https://www.strzelecopolski.pl/files/images/3846_3280.jpg
                                      Herby i symbole
                                      su, 31 styczeń, 2012 - 10:37

                                      Historia
                                      654 (5)

                                      Trzeciego czerwca 1907 roku progi świątyni w Strzelcach przekroczył biskup wrocławski Georg Kopp (1837-1914). Przybył, aby poświęć nowo wybudowany kościół. Z zaskoczeniem i zadowoleniem zauważył, że nad głównym ołtarzem po lewej stronie znajduje się jego godło. Można je zobaczyć i dziś w otoczeniu innych herbów.

                                      Po prawej stronie ołtarza umieszczono herb ówczesnego papieża Piusa X (1835-1914). Papież ten, oficjalnie Włoch, ma prawdopodobnie śląskie korzenie i jego rodzina pochodzić ma z Boguszyc obok Toszka.

                                      Po śmierci biskupa Georga Koppa w 1914 r. nad amboną umieszczono herb kardynała wrocławskiego Adolfa Bertrama (1859-1945). Naprzeciw ambony, po prawej stronie prezbiterium na tej samej wysokości, obecnie jest umieszczony herb papieża Piusa XI (1857-1939). Być może przedtem w tym miejscu istniał inny herb papieża Benedykta XV (1854-1922), który podmieniono po jego śmierci.

                                      Tradycja umieszczania aktualnych herbów biskupich i papieskich zanikła zupełnie w 1945 r. Istniejące już godła są odnawiane przy każdym remoncie kościoła.

                                      Kontrowersyjny orzeł
                                      W 1997 roku obyły się uroczystości 100-lecia konsekracji świątyni. Wierni zobaczyli wtedy z zaskoczeniem, że na ambonie pojawił się biały, dwugłowy orzeł. Wywołało to małe zamieszanie. Orzeł taki kojarzony jest z państwem niemieckim i często był odbierany negatywnie. Tymczasem, historia rzeźby i samej ambony sięga wojen śląskich i jest ona jednym z elementów wystroju kościoła pw. Św. Wawrzyńca, przeniesionych do nowej świątyni.

                                      Późnobarokowa ambona ozdobiona jest rzeźbami czterech ojców kościoła umieszczonych w płycinach oddzielonych wolutami. Po bokach umieszczono wyobrażenia aniołów. Baldachim wykonano w kształcie latarni z rzeźbą Matki Boskiej Wniebowziętej w otoczeniu czterech ewangelistów. Na zwieńczeniu widoczny jest Chrystus oraz cztery anioły.

                                      Ambona ufundowana została prawdopodobnie przez strzeleckiego proboszcza, ks. dziekana Ernsta Joachima Graf Strachwitz (1682-1753). Stało się to w przełomowym dla Śląska momencie. W 1740 r. na tron wstąpił Fryderyk II Wielki Hohenzollern (1712-1786), zwany Wielkim. Po ojcu odziedziczył rozbudowaną armię, którą szybko chciał wykorzystać, realizując swoje ogromne ambicje polityczne. Okazja nadarzyła się szybko, gdyż w sąsiedniej Austrii panowało zamieszanie po śmierci Karol VI Habsburg, cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, króla Węgier i Czech oraz arcyksięcia Austrii. Po zawarciu sojuszu z Saksonią uderzył na bogatą prowincję śląską i w dwa miesiące zajął ją wraz ze Śląskiem. Wojna trwała 2 lata, a potem potrzebne były jeszcze dwie, by Maria Teresa Habsburg, cesarzowa Austrii, na dobre pogodziła się z utratą Śląska.

                                      W 1742 r., kiedy to Wielkie Strzelce od roku znajdowały się w granicach Prus, zamówiono do kościoła nową ambonę. Ernst Joachim Graf Strachwitz jako jej najbardziej rzucającą się w oczy ozdobę zamówił jednak dwugłowego orła cesarstwa austriackiego. Mogło to wynikać z sentymentu księdza do katolickich władców Austrii lub niewiary, że władza pruska długo się na Śląsku utrzyma. Nowa ambona pojawiła się w kościele w 1742 r., lecz nigdy nie wzbudziła zastrzeżeń nowych władz.

                                      Orzeł wisiał tu do roku 1945. Po przejęciu miasta przez nowe władze rzeźba zniknęła i przez dziesięciolecia kurzyła się na kościelnym strychu. Tylko najstarsi mieszkańcy miasta pamiętali o jej istnieniu. Odrestaurowany orzeł zawisł na nowo w setną rocznicę poświęcenia świątyni i na trwałe wpisał się w obraz strzeleckiego kościoła.

                                      Romuald Kubik

                                      • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 23.02.12, 21:00
                                        Bandyci i rabusie

                                        Historia

                                        Przez trzy lata grasowali po całym Górnym Śląsku. Grali na nosie policji, łupili bogatych i pomagali biednym. Obrośli w legendę, która często przesłoniła prawdziwą historię.

                                        Wincenty Eliasz urodził się w 1845 r. w Malinie na Opolszczyźnie. Wiadomo, że karierę rozpoczynał jako drobny złodziejaszek w sklepach w Bytomiu i Gliwicach. Jego życie odmieniło spotkanie z Karolem Pistulką, urodzonym w 1848 r. Od 1873 do 1875 r. dowodzili oni razem bandą rabusiów. Według legendy Pistulka urodził się w Strzelcach Wielkich. W naszych księgach parafialnych nie ma jednak po nim śladu, a takowy odnalazł się w parafii w Strzeleczkach.

                                        Obaj rozbójnicy znani byli ze swojej bezczelności. Uwielbiali przebierać się za coraz to inne postacie. Raz wchodzili do miasta jako bogaci panowie, innym razem było to dwóch kominiarzy czy dziadów. Eliasz pozwalał sobie nawet na przysiadywanie w karczmach i wypytywanie policjantów o ich postępy w obławie. Powiadają, że często zostawiał pod kuflem kartkę. Kiedy żandarm sięgał po piwo, znajdował na przykład takie zdanie: "Tutaj pił z tobą Elias zbójca. Resztę zatrzymaj dla siebie". Innym razem Eliasz włamał się do kasy miejskiej i znalazł tam marną sumę. Dorzucił więc własną monetę i zostawił karteczkę: "Rada za słabo oszczędza, gdy następnym razem odwiedzę kasę, to oczekuję więcej. Ta jedna moneta jest na początek".

                                        Opowieści
                                        Bandyci stali się ulubieńcami prasy, która szeroko rozpisywała się na temat kolejnych ich wyczynów. Jeden z najzuchwalszych napadów dokonali w Katowicach, rabując kasę generalnej dyrekcji koncernu Thiele-Winckler. Zamiast rabować na miejscu wynieśli pierzynem wielko kasa pancerno, kiero wsadzili na fura zaprzagnieto w styry konie i wywiezli do lasa pod som Józefowiec, kaj dopiero brechsztangami udało sie jom łotworzyc. Znaleźli tam pieronem dużo złota i strzybła, i bardzo dużo piniedzy w złotych markach, a wszystkie papióry firmowe i inne akcyje to spolili (Krzysztof Wozniak, O zbójnikach z Bytomia i okolic cz. II).

                                        Jeszcze inne rzeczy ludzie sobie opowiadali. Jedna starsza pani wspominała:

                                        Gdy byłam młoda i mieszkałam w Rosamundehütte - osiedle hutnicze (obecnie dzielnica Nowy Bytom w Rudzie Śląskiej) na wschodzie Śląska, to przestępcy Elias i Pistulka w tym czasie byli bardzo niebezpieczni.

                                        Pewnego dnia musiałam przejść do Bielszowic (Bielschowitz). Droga prowadziła przez gęsty las. Poszłam razem z synami w wieku 8 lat i 10 lat. W drodze powrotnej dołączył do nas jeden pan, który zapytał dokąd idziemy. Opowiedziałam: ja z synami idę do domu i to szybko jak to możliwe, ponieważ w tym lesie grasuje Pistulka i dlatego się bardzo boję.

                                        Obcy pan odpowiedział mi: nie musicie się bać, ja idę tą samą drogą i gdy jestem z wami to nic się wam nie stanie. Zapytał, co ludzie mówią o Pistulce. Odpowiedziałam tylko, co musiałam. Przy tej okazji opowiedziałam mu jak to Pistulka w ostatnim czasie okradł szafę z pieniędzmi w Nowym Bytomiu. Pieniądze miał zakopać w lesie.

                                        Ten pan każdemu z moich synów dał po jednym talarze i powiedział: "Tu macie trochę na pamiątkę ode mnie. Zwykłym ludziom nie zrobię nic złego i dlatego szukam innych. Ja jestem Pistulka". W pewnym momencie zniknął w lesie. Ja byłam tak przestraszona, że nie mogłam zrobić ani jednego kroku dalej.

                                        Ludzie opowiadali, że Pistulce w udanych rabunkach pomagała magia. W młodości znaleźć miał w lesie kwiat paproci, którego dotknięcie otwierało wszystkie zamki. Inna legenda opowiada o magicznej trawie, jaką miał używać Eliasz. Ona również otwierała wszystkie zamknięcia.

                                        Działali głównie w okolicach Bytomia, Katowic i Mikołowa. Czynili wypady nawet do Kluczborka, Opola i Głogówka. W wielu miejscowościach istnieją legendy o zakopanych tam przez zbójów skarbach. Dzbany ze złotem i kosztownościami ukryte mają być w Obrowcu, Bytomiu, Chorzowie, Siemianowicach, Mikołowie, Sośnicy, Opolu i Pszczynie. Skarb w Bytomiu faktycznie został odnaleziony, więc w legendach tych może tkwić ziarno prawdy.

                                        Koniec kariery
                                        Karol Pistulka został ujęty w 1874 r. i rok później stanął przed sądem w Bytomiu i skazany został na śmierć. Według jednych został ułaskawiony przez cesarza Wilhelma II, a karę zamieniono na dożywocie, zmarł 28 grudnia 1876 r. Druga opowieść mówi, że Pistulka raz jeszcze zrobioł żandarmów za błozna. Oczekując na wykonanie wyroku śmierci w bytomskiej celi, zatruł się, połykając surowy tytoń.

                                        Wincenty Eliasz schwytany rok później po swoim kamracie, również skazany został na śmierć. Karę zamieniono na wieloletnie osadzenie w raciborskim więzieniu. Po 35 latach chciano zwolnić go za dobre sprawowanie, lecz Eliasz na własną prośbę zamieszkał w więzieniu, regularnie wyprawiał się do miasta na zakupy. Legendarny zbój stał się wielką turystyczną atrakcją Raciborza. Tajemnicą poliszynela było, że na starość powrócił do swojego pierwszego zajęcia i okradał sklepy z drobiazgów. Straty były niewielkie, a Eliasz przyciągał dodatkowych klientów, więc było to tolerowane. Zmarł 2 kwietnia 1918 roku.

                                        Eliasz i Pistulka dorobili się nawet swoich figur woskowych, wystawiane były w "Castans Panopticum" na Unter den Linden w Berlinie.

                                        Prawdziwy bandyta
                                        Pistulka zasłużył na miano śląskiego Robin Hooda. W historii regionu można znaleźć jednak osobników, którzy byli pospolitymi bandytami. Jeden z nich to Karol Sobczyk z Tworoga, który w młodości uczył się na szewca. Po wstąpieniu do wojska został strzelcem wyborowym, lecz kiedy zwolniono go do cywila, nigdzie nie mógł znaleźć pracy. Zajął się kłusownictwem i wkrótce okazało się, że w nowym fachu czuje się znakomicie. Wciąż uchodził obławom, aż w końcu Zarząd Dóbr Książęcych w Koszęcinie wyznaczył 500 marek nagrody za jego schwytanie. W II poł. XIX w. kłusowników zwalczano bezwzględnie. We włościach Donnersmarcków na przykład za zabicie kłusownika leśniczy otrzymywał premię w wysokości 10 marek.

                                        Sobczyka ze względu na jego opinię nazywano Rabsikiem. W końcu, w styczniu 1895 r., z powodu srogiej zimy poszukał schronienia u znajomego gospodarza, który wydał go skuszony nagrodą. 20 stycznia żandarm Fieber z kilkoma leśnikami zorganizowali obławę. Sobczyk położył celnymi strzałami z poddasza żandarma i leśnika Brolla, po czym uciekł. Bandyta przyrzekł zemstę zdrajcy, którego śmiertelnie postrzelił w marcu następnego roku. Teraz poszukiwany był już za trzy morderstwa. Za jego głowę wyznaczono niewiarygodnie wysoką nagrodę w wysokości 5300 marek i rozesłano listy gończe. Rabsik próbował uciec na teren Rosji, lecz miał pecha, bo trafił na pewnego chciwego balwierza, który spoił go dużą ilością wina ze środkiem usypiającym. Nieprzytomnego bandytę przewiózł taczką na policję.

                                        Po krótkim procesie Karol Sobczyk został skazany na karę śmierci w najnowocześniejszym zakładzie karnym w okolicy. W bytomskim więzieniu wprowadzono nowinkę techniczną. Otóż do tej pory w państwie pruskim wyroki wykonywano tradycyjnie - przy pomocy kata i topora. W Bytomiu zamontowano wynalazek Josepha Ignace Guillotina, paryskiego chirurga. Karol Sobczyk poczuł na sobie (dosłownie) dotyk nowoczesności i stracił głowę na gilotynie.

                                        Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                              • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 24.02.12, 21:57
                                                Franz von Zawadzky

                                                Historia

                                                Pomnik stał przy głównej drodze w Zawadzkiem. Na kamiennym postumencie widniało popiersie faktycznego założyciela huty i miasta. Dziś w tym miejscu stoi dom jednorodzinny

                                                Nasz bohater nigdy nie uczył się zawodu hutnika. Początkowo zajmował się administrowaniem dóbr hrabiowskich w Strzelcach Wielkich. Urodził się 18 stycznia 1791 r. i pochodził prawdopodobnie z Krakowa. Franz von Zawadzky, powszechnie nazywany Benno, ożenił się z Barbarą z domu von Rudziński-Rudno, urodzoną 2 marca 1798 r. Barbara znacznie przeżyła swojego męża. Zmarła 1 października 1871 r. Podczas swych rządów w Kalinowie doprowadziła m.in. do remontu kościoła, wybudowania zamku oraz uregulowania zakresu powinności zagrodników.

                                                Kariera zarządcy dóbr była dobrym punktem wyjścia do zajęcia się nową inwestycją hrabiego von Renarda - dużą hutą żelaza nad Małą Panwią. Metal produkowany był tu już w XVII wieku. Opisuje to Walenty Roździeński w wydanym w 1612 r. dziele "Officina ferraria abo huta y warsztat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego", w którym wspomina najważniejsze huty działające wzdłuż Małej Panwi.

                                                Bogactwem regionu była ruda darniowa nazywana przez okolicznych mieszkańców "rupiecią". Bogate złoża żelaza odkładały się tuż pod powierzchnią, więc ich wydobycie nie nastręczało problemów. Ruda darniowa miała postać pylistą, grudkowatą bądź układała się w twarde lite płyty o powierzchni do kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Wydobywać ją było można także w zakolach rzek lub korzeniach drzew, gdzie odkładała się z przepływającej wody. Ciekawą cechą takich złóż rudy było to, że wyeksploatowaną warstwę wystarczyło przykryć na powrót darnią, by woda naniosła tam znów materiał.

                                                Po zajęciu Śląska przez Prusy zintensyfikowano wydobycie tego niezbędnego do rozwoju przemysłu metalu. Już w XVIII wieku powstały huty królewskie, w których zastosowano najnowocześniejsze wówczas technologie. Z czasem zakłady zaczęli otwierać prywatni właściciele ziem.

                                                Hrabia Filip Collona stworzył pod koniec XVIII wieku wiele małych zakładów - hutę w Kolonowskiem i na Regolowcu. Zreorganizował też hutę w Żędowicach, a w 1795 r. z jego inicjatywy wykopany został długi kanał hutniczy ciągnący się aż do Kolonowskiego. Jego następca, hrabia Andreas von Renard, stwierdził, że czas wybudować hutę w zupełnie nowym miejscu. Wybrano podmokły i zalesiony obszar nazywany "Moczydoły". Na czele huty postawił swojego zarządcę dóbr. Początkowo prężnie rozwijający się zakład z osadą nazwano od właściciela Andreashütte (nazwa ta powróciła w latach 1936-45 w ramach akcji nadawania miejscowościom niesłowiańskich nazw przez władze hitlerowskie). Wkrótce huta i rozrastająca się wokół niej osada zaczęły dominować nad Żędowicami, które do tej pory były największą miejscowością w okolicy i posiadały długą tradycję wytopu żelaza.

                                                Kiedy tworzeniem i zarządzaniem huty zajął się hrabia Franz von Zawadzky, nie miał on żadnego doświadczenia w tej dziedzinie. Długoletnia praktyka pozwoliła mu jednak zapoznać się z tajnikami wytopu żelaza do tego stopnia, że został w niej ekspertem. Pod jego przewodnictwem huta rozwijała błyskawicznie. W 1836 r. pracowało tam 40 robotników. W 1840 - już 160. Bardzo szybko hutę i osadę zaczęto nazywać "Zawadzky" z inicjatywy samego hrabiego Renarda.

                                                Prowadzenie huty dało mu także inne korzyści. W latach 1841-1848 był Przewodniczącym Sejmu Prowincjonalnego. Znaczny majątek, jaki zyskał, pozwolił mu na zakup od hrabiego majątku w Kalinowie, by z czasem rozszerzyć swoje włości o Jaryszów, Poniszowice, Niewiesie i Niekarnię.

                                                Franz von Zawadzky zmarł w Strzelcach Wielkich 19 czerwca 1849 r. w wieku 58 lat. Pochowano go obok kościoła pw. św. Wawrzyńca. Kiedy cmentarz zlikwidowano, nagrobki jego i jego małżonki znalazły miejsce w murze okalającym dawną nekropolię.

                                                W trzy lata po jego śmierci w Zawadzkiem odsłonięto pomnik z popiersiem faktycznego twórcy miejscowości. Przez ponad 100 lat upamiętniał powszechnie szanowanego człowieka. Pomnik zniszczono w 1962 r. Losy resztek obelisku nie są znane.

                                                Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 28.02.12, 19:32
                                                  Opowieść o dwóch księżach

                                                  Historia

                                                  Fryderyk Wilhelm IV nie podniósł korony z błota. W 1848 roku przez Europę przetoczyła się fala rewolucji zwana Wiosną Ludów. Na całym kontynencie chwytano się broni, by polepszyć swój los i wywalczyć udział w rządach, który zarezerwowany był do tej pory jedynie dla koronowanych głów. Jednym z epizodów tamtego okresu było uchwalenie przez parlament pruski projektu zjednoczenia państw niemieckich pod przewodnictwem króla Prus. Ten jednak dał do zrozumienia, że koronę cesarską odbierze tylko z rąk równych mu urodzeniem, królów i książąt, a nie motłochu.

                                                  - Nie będę podnosił korony z błota - powiedział.

                                                  Na zjednoczenie Niemcy czekały jeszcze 23 lata. Po wygranych wojnach z Danią i Austrią w 1870 roku, wdały się w konflikt z Francją, który dla tej ostatniej okazał się tragiczny. Rok później w podparyskim Wersalu Wilhelm I koronował się na cesarza Niemiec. Tym razem koronę wręczali mu już równi urodzeniem.

                                                  Rzeczywisty sprawca połączenia się państewek niemieckich w jeden organizm, kanclerz Otto von Bismarck, wszystkimi sposobami dążył do zacierani różnic prawnych, religijnych i gospodarczych Niemiec. Za jedną z głównych przeszkód na tej drodze "żelazny kanclerz" uznał kościół, a w walce z nim znalazł gorliwego zwolennika - niemieckich liberałów. Postrzegali oni kościół jako organizację irracjonalną, szczególnie po postanowieniach Soboru Watykańskiego I i ogłoszeniu dogmatu o nieomylności papieża. O ile Bismarck walczył z kościołem jak z konkurencyjną dla państwa organizacją, o tyle niemiecka partia narodowoliberalna traktowała go już w kategoriach ideologicznych. Co ciekawe, kanclerz swoje posunięcia uzasadniał też tym, że katolicyzm bardzo ściśle powiązany jest z polskością. Polacy stanowili dużą część społeczeństwa pruskiego i Otto von Bismarck ze wszystkich sił starał się powstrzymać wzrost ich znaczenia w państwie. W 1871 r. rozpoczął się Kulturkampf, czyli walka o kulturę.

                                                  Na początek zlikwidowano katolicki wydział w pruskim ministerstwie oświaty. Co roku w maju wprowadzano nowe ustawy, które m.in odebrały proboszczom parafii funkcję inspektorów oświaty w swoich parafiach. Nowe prawo wprowadzało zasadę, że funkcję tę sprawowali odtąd księża, będący już urzędnikami państwowymi. W kodeksie karnym pojawił się "paragraf o kazalnicy". Na jego podstawie duchowni, którzy w kazaniach zawarli wypowiedzi krytyczne wobec państwa, mogli zostać ukarani, z wtrąceniem do więzienia włącznie. Skasowano wszystkie klasztory, oprócz zgromadzeń szpitalnych.

                                                  W ramach walki z polskością wprowadzono liczne ustawy represyjne. Niszczono też świadectwa kultury. Władze pruskie ogołociły na przykład gdański kościół Marii Panny ze skarbu, który dziś przyprawiłby o zawrót głowy. W jego skład wchodziły szaty liturgiczne uszyte z tkanin pochodzących ze starożytnego Egiptu i Mezopotamii zdobyte podczas wypraw krzyżowych, a także naczynia liturgiczne i relikwiarze. Większość z tysiąca przedmiotów rozsprzedano lub przetopiono, a część wiekowych haftów spruto by... zrobić z nich zdobienia oficerskich mundurów.

                                                  Szczytem wojny o dusze była ustawa z 1873 r. Odtąd wyświęconym na księdza mógł zostać jedynie ktoś, kto ukończył niemieckie gimnazjum i uczelnię, a także zdał państwowy egzamin z historii, filozofii i literatury niemieckiej. Poza tym państwo mogło odrzucić każdą kandydaturę na kapłana. Księża nie mogli odwoływać się do papieża, zdając się jedynie na sądownictwo krajowe. Ci, którzy wykonywali posługę bez pozwolenia państwa, mogli być uwięzieni, przesiedleni, a nawet wydaleni z terenu cesarstwa.

                                                  Katolicy, mimo represji, powszechnie bojkotowali "księży państwowych", a kapłani katoliccy nadal sprawowali swoją posługę. Na reperkusje polityczne nie trzeba było długo czekać. Już w 1873 r. papież Pius IX zerwał stosunki dyplomatyczne z Berlinem. Z czasem okazało się, że nawet "żelazny kanclerz" nie jest w stanie wygrać walki z wiarą i odczuwał coraz większy opór społeczny. Ustawy Kulturkampfu zostały w większości anulowane, a między kościołem a państwem doszło do kompromisu. Za koniec tego okresu uznaje się rok 1878, a także 1887, kiedy to nowo wybrany "papież dyplomata" - Leon XII nawiązał ponownie stosunki dyplomatyczne z cesarstwem niemieckim.

                                                  Dwóch kapłanów

                                                  W 1876 r. do parafii w Gross Strehlitz przybył nowy ksiądz, mianowany przez państwo. Johannes Mücke urodził się 16 sierpnia 1832 r. w Ujeździe. Został wyświęcony na kapłana 30 czerwca 1855 r. Na początku, w latach 1855-1859, pracował jako II wikary w Raciborzu, a od 4 października 1860 r. był proboszczem w Kluczu.

                                                  Parafię w Strzelcach otrzymał po śmierci proboszcza Augustyna Bertzika. Był tu jedynym księdzem państwowym i spotkał się ze zdecydowanym oporem wiernych. Na odprawiane przez niego msze przychodziły jedynie osoby stare i schorowane, które nie były w stanie dotrzeć do innych świątyń. Można było je policzyć na palcach jednej ręki.

                                                  W Strzelcach było jeszcze dwóch kapłanów, którzy potajemnie, często w domach wiernych, odprawiali nabożeństwa. Część mieszkańców miasta wybierała się do parafii w pobliskim Szymiszowie, Dolnej, Jemielnicy czy Rozmierzy.

                                                  Przejęcie parafii przez państwowego kapłana odbierane było powszechnie jako ogromny skandal. Nowego proboszcza nie uznała także diecezja wrocławska, która ogłosiła oficjalnie, że w Strzelcach od 4 kwietnia 1875 r., od śmierci ks. Augustyna Bertzika panuje wakat.

                                                  Sytuacja ta trwała do roku 1882, w którym to zniesiono oficjalnie funkcję państwowych księży. Johannes Mücke z wielkim bólem złożył swój urząd i wyjechał do Berlina, lecz oficjalnie pozostawał na swym stanowisku do roku 1887, do kiedy to pobierał państwową pensję. Zmarł w maju 1891 r. w Berlinie wróciwszy wcześniej na łono kościoła.

                                                  Kościół pw. św. Wawrzyńca był praktycznie nieużywany do 1887 r. Podczas gdy wierni bojkotowali państwowego księdza, zakazane nabożeństwa odprawiał wikary, ks. Paul Gierich. Został przez to postawiony przed sądem i otrzymał nakaz opuszczenia miasta.

                                                  Paul Gierich urodził się 27 czerwca 1843 r. (lub 1847 r.) w Rybniku. Pochodził z miejscowej rodziny kupieckiej. Ukończył lokalną szkołę, gimnazjum w Nysie i teologię we Wrocławiu. Na polecenie biskupa wrocławskiego Heinricha Förstera (1799-1881) wyjechał w 1863 r. do Rzymu, by kontynuować naukę w Collegium Germanicum. Po siedmiu latach uzyskał tytuł doktora filozofii i teologii. Święcenia kapłańskie przyjął 27 marca 1869 r. w Rzymie, lecz Wieczne Miasto opuścił dopiero w grudniu 1870 r., ponieważ został wcześniej zatrudniony jako stenograf na Soborze Watykańskim I.

                                                  Ks. Gierich został wikarym w Strzelcach. Podjął się też prowadzenia wydawnictwa "Towarzystwa Bożego Grobu". Po tym, jak odprawiał "nielegalne" nabożeństwa i został zmuszony do wyjazdu, udał się do Cieszyna, gdzie podjął współpracę z miejscowym proboszczem Franciszkiem Śniegoniem (1809-1891). Pomagał mu w przygotowaniu sióstr boromeuszek do egzaminu nauczycielskiego. Do Strzelec wrócił tak szybko jak było to możliwe, jeszcze przed zmierzchem Kulturkampfu, i znów potajemnie służył miejscowym katolikom. Po zwróceniu kościoła wiernym w 1887 r. został administratorem parafii, którą to funkcję sprawował do roku 1891. Zmarł w 1906 r.

                                                  Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 08.03.12, 20:41
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/mapa-zaginione-wioski.jpg
                                                    Zaginione osady
                                                    Historia

                                                    W bezpośrednim sąsiedztwie dawnych Strzelec Wielkich istniały także miejscowości, które prawdopodobnie nie zniknęły w wyniku zniszczeń wojennych. Bądź wchłonęło je rozrastające się miasto, bądź zostały opuszczone.

                                                    Jakubowice (Jacobum)
                                                    Są ostatnią wioską wymienioną w Liber fundationis episcopatus Wratislaviensis - księdze uposażenia biskupstwa wrocławskiego z ok. 1300 r.

                                                    Jakubowice (apud Jacobum vlodarium) świadczyły dziesięcinę według zwyczaju polskiego w wysokości jednego wiadra miodu (urnam mellis). Zapewne był to niewielki folwark, którego właścicielem był w okresie sporządzania spisu włodarz książęcy, Jakub.

                                                    Urząd ten wzmiankowany jest w księstwie strzeleckim jeszcze w 1323 r. (Petro vlodario nostro). Nie można wykluczać, że wspomniany folwark stanowił uposażenie tego książęcego urzędnika, nadzorującego prace i powinności książęcych poddanych. Wydaje się, że dominium to można z dużym prawdopodobieństwem lokalizować w bezpośrednim sąsiedztwie wioski Strzelce Polskie.

                                                    Półwieś (Media villa, Halbendorf)
                                                    Wieś była położona pomiędzy dzisiejszym dworcem kolejowym a kościołem św. Wawrzyńca, czyli mniej więcej w miejscu, gdzie obecnie siedzibę ma redakcja Strzelca Opolskiego.

                                                    18 kwietnia 1330 r. Beldo, notariusz księcia Alberta Strzeleckiego, spisał dokument, w którym czytamy, że książę oddaje swojemu wiernemu poddanemu Henrykowi (Heinrich) Rulonis za żonę Jutę (Jutha) i przeznacza jej w posagu 7 łanów pola w Półwsi (in Media villa), leżącej przed miastem Strzelce.

                                                    Zgodnie z ówczesnym prawem, gdyby małżeństwo okazało się bezdzietne, grunty te miały wrócić do majątku książęcego. Henryk (Henco), wywodzący się z mało znanego rodu, który swą nazwę wziął od leżącej na Górnym Śląsku miejscowości Rulowice, cieszył się uznaniem ze strony Alberta, skoro ten między 1328 a 1342 r. nadał mu część wsi Gąsiorowice.

                                                    Małżeństwo z Jutą okazało się dla Henryka szczęśliwe, bo doczekali potomstwa, w tym co najmniej dwóch synów - Reinharda i Rulo, którym książę strzelecki potwierdził dziedziczne prawa do wsi Gąsiorowice. Nie można wykluczyć, że w rękach tej rodziny pozostał także majątek w Półwsi pod Strzelcami.

                                                    W latach 1419-1421 z wioski tej pisał niejaki Mikołaj (Mikulas), świadkujący kilkakrotnie w dokumentach wystawianych przez Bernarda, księcia Niemodlina i Strzelec. Miejscem dawnej osady były łąki i polany pomiędzy dzisiejszym miastem a dworcem PKP. W 1615 r. burmistrz Swienteg płacił czynsz ze swojego majątku w Półwsi ówczesnemu proboszczowi strzeleckiemu.

                                                    Czartkowice (Czartkowitz)
                                                    Mała wieś położona na terenie lasu miejskiego w Hau Damnik w pobliżu dzisiejszych Podborzan. Wioska około 1305 r. oddawała biskupowi dziesięcinę de omni grano w postaci pszenicy, żyta, owsa, jęczmienia i grochu o wartości 1 marki dawnej waluty.

                                                    Można przypuszczać, że od początku miejscowość znajdowała się w rękach prywatnych. Z zachowanych przesłanek źródłowych wynika, że w pierwszej połowie XIV stulecia doszło do podziału miejscowości. W 1439 r. książę Bernard niemodliński i strzelecki wystawił dokument, w którym potwierdził transakcję handlową, na mocy której czcigodni Jessorka z Dolnej oraz Piotr z Czartkowic sprzedali Andrzejowi (Andreas) z Świbia (Schwieben) i jego żonie Ewce (Effka) wieś Grzybowice (Grzibowitz) wraz z prawami własności i dziedziczenia tych dóbr.

                                                    Część osady ok. 1400 r. zakupił strzelecki kupiec o nazwisku Kremski za 33 czeskie złote guldeny. W dokumencie sprzedaży nieznany z imienia rycerz (może Nassbor?) i jego żona Ofka wyjaśnili, że grunty musiały zostać sprzedane, ponieważ ziemia nie nadawała się pod uprawę, lecz tylko pod zalesienie. W 1401 r. z Czartkowic pisał rycerz Nasimburg (Nassbor von Czartkowitz), pełniący w 1375 r. urząd książęcego starosty w Strzelcach.

                                                    W połowie XV wieku Kremski zdołał, jak się wydaje, pozyskać drogą kupna pozostałą część Czartkowic, o czym świadczy dokument z 11 czerwca 1447 r. Stwierdza się w nim, iż książę Bernard zatwierdził sprzedaż położonej przed miastem wsi ze wszystkimi przynależnościami przez Zygmunta Kremskiego na rzecz komuny (gromady) miasta Strzelce za 65 grzywien czeskich groszy.

                                                    Mieszkańcy Czartkowic (Ztartcovitz) składali na początku XIV wieku biskupowi wrocławskiemu dziesięcinę (de omni grano) ze wszystkich gruntów obsianych zbożem (pszenicą, żytem, owsem, jęczmieniem, grochem) o wartości jednej grzywny. Wnioskować z tego można, że z pewnością nie była to duża wieś.

                                                    Na gruntach dawnej osady leży dziś kolonia Podborzany, w stosunku do której jeszcze w 1845 r. używano określenia "Czartkowice" na przemian z "Podborni".

                                                    Częściowo wykorzystano materiały zgromadzone przez Marka Królikowskiego.

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 09.03.12, 21:42
                                                    szwager_z_laband napisał:

                                                    > te Jakubowice prawdopodobnie bouy miyndzy Strzelcami a Warmontowicami.
                                                    >
                                                    > te Czartkowice to richtunk na zachod od Toszka.
                                                    >
                                                    Szwager :Ty to trocha za daleko patrzysz:Te Jakubowice lezaly miedzy tymi stawami od Spauka a Dziewkowicami.Dzisiej to je wlonczone do miasta .Czartkowice, na dole pisze Podborzany to lezy w odwrotnym kierunku,tz.za Rozmierkom w prawo .Na tej mapie widzisz te kreski to som tory na polnoc to na Opole i Kluczbork a na poludnie na Gliwice i Kendzierzyn przez Lesnica.Te Strzelce Polskie to je w tym miejscu kaj dzisiej je wiezienie kole Bahnchowu.

                                                    >
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 11.03.12, 19:06

                                                    Zmienili to miasto

                                                    Historia
                                                    Przyjechali z niczym. Stworzyli zakład, który odmienił miasto i okolicę, by w końcu być zmuszonym do ucieczki. Gdyby w Strzelcach nie zjawił się ród Pranklów, mielibyśmy prawdopodobnie małą, nieuprzemysłowioną mieścinę opartą na rolnictwie.
                                                    CHOROWITY DZIECIAK I GOSPODA
                                                    Heinrich Prankel urodził się na początku XIX wieku na południu Niemiec. Od początku życie dało mu twardą szkołę. Został całkowitym sierotą w 1820 r., kiedy miał zaledwie 7 lat. Ratunkiem było schronisko wojskowe, w którym wyuczyć się miał na zawodowego żołnierza. Na przeszkodzie stanęło jego słabe zdrowie, więc zdecydowano, że zamiast do wojaczki lepiej będzie wyuczyć go do ślusarstwa.

                                                    W 1837 r. wyjechał do Berlina, gdzie znalazł pracę w nowo tworzonej fabryce maszyn Johanna Borsiga i pełnił funkcję ślusarza maszynowego. W Berlinie poznał swoją przyszłą żonę, pannę z domu Franek, z którą wziął ślub w 1840 r. Wkrótce urodził się ich pierwszy syn Ludwig (1842), a potem Rudolf (1847).

                                                    W 1929 r. w „Aus dem Chelmer Lande” ukazał się wywiad z Ludwigiem Prankel, który opisuje, jak doszło do powstania fabryki. Wspomina on:

                                                    Dzięki mojemu dziadkowi ze strony matki moi rodzice zyskali powiązania z Górnym Śląskiem. Franek, tak się nazywał mój dziadek, był Górnoślązakiem. Brał udział w wojnach wyzwoleńczych [wojny z okupantem napoleońskim na ziemiach niemieckich - przyp. tłum]. Po kampaniach wojskowych otrzymał on jako były sierżant posadę w służbie cywilnej. W późniejszych latach przeprowadził się w rejon Magdeburga, gdzie pracował jako mistrz w fabryce cukru. Około roku 1840 miał okazję objąć korzystną posadę u Grafa Andreasa Renarda, który założył w Scharnosin [Czarnocin] koło Groβ Strehlitz [Strzelce Opolskie] fabrykę cukru. Franek przeprowadził się do Scharnosina. Początkowo prowadził budowę fabryki, a potem produkcję w nowej fabryce kontynuował przez wiele lat. Przedsiębiorstwo jednak nie przynosiło oczekiwanych zysków z powodu stosunkowo prymitywnych urządzeń produkcyjnych, a także z powodu niewystarczającej wiedzy o metodach i braku doświadczenia w uprawie buraków. Fabryka w końcu upadła a mój dziadek, który w międzyczasie miał już 60 lat, postanowił przejść w stan spoczynku. Jako pensję przekazał mu Graf Renard zarząd w gospodzie „Pod czerwonym Jeleniem” w Groβ Strehlitz naprzeciw Wallstraβe [ulica Wałowa].
                                                    W kwestii wyjaśnienia: Karczma „Pod Czerwonym Jeleniem” znajdowała się przy ulicy Krakowskiej, naprzeciw dzisiejszego „Lewiatana” (były „Merkury”) i działała pod tą nazwą do lat 20. XX w. Ludwig Prankel prawdopodobnie błędnie zapamiętał jej lokalizację.
                                                    Do majątku Groβ Strehlitz należały wtedy duże huty żelaza nad rzeką Malapane [Mała Panew] w miejscowościach Zawadzki, Colonnowska, Sandowitz [Żędowice] i duża państwowa a potem książęca posiadłość leśna Stolbergscher Waldbesitz. Ponieważ zarząd główny tych instytucji znajdował się w Groβ Strehlitz rozwinął się tu intensywny ruch urzędników leśnych i hutniczych, którzy wszyscy przebywali w pańskiej gospodzie „Pod czerwonym jeleniem”. Moi dziadkowie robili dobry interes, jednak na dłuższą metę dla dwóch starszych osób było to zbyt uciążliwe. Dlatego namawiali moją matkę w Berlinie, żeby namówiła mojego ojca, aby zostawił zakład ślusarski w Berlinie i przyprowadził się do nich do „Czerwonego Jelenia”. Mój ojciec spełnił prośbę swoich teściów i w sierpniu 1848 roku osiadł w Groβ Strehlitz. Przez trzy lata młodzi gospodarzyli wraz ze starymi. Mój ojciec nauczył się języka polskiego i zapoznawał się z warunkami panującymi w Groβ Strehlitz. Jednak zawód karczmarza mu nie odpowiadał. Gdy w roku 1852 zmarł stary Franek i gospoda została wystawiona do wydzierżawienia, mój ojciec zrezygnował z przejęcia gospody i opuścił swoją dotychczasową posadę.

                                                    Heinrich Prankel otworzył niewielki zakład ślusarski przy ul. Krakowskiej. Rodzina dorabiała się powoli. Z początku mieszkali przy zakładzie, by po jakimś czasie przeprowadzić się na Nowy Rynek (Pl. Żeromskiego). Po kilku latach uzbierali na tyle, by kupić parcelę na skrzyżowaniu ulic Lublinieckiej i Garnizonowej (M. Prawego i Strażackiej). Tu otworzyli nowy zakład i zamieszkali.
                                                    Ślusarstwo nie było jedynym zajęciem Heinricha Prankla. Oprócz zleconych prac zajął się konstruowaniem maszyn rolniczych. Jednocześnie jego synowie byli przyuczani do prowadzenia rodzinnego interesu. Uczyli się w szkole ewangelickiej i prywatnej szkole wyższej. Ludwig Prankel, kiedy dorósł, wyjechał do Berlina, gdzie dzięki znajomościom ojca podjął pracę w zakładzie Borsiga. Dla młodego, uzdolnionego człowieka była to okazja, by podpatrzeć nowinki techniczne stosowane w nowoczesnej fabryce.

                                                    Podziwiałem maszyny narzędziowe i budowę lokomotyw - wspomina Ludwig Prankel. - Nie było rzeczy której nie wchłaniałem i nie mogłem się napatrzeć na cudowne wyposażenie zakładów. Godzinami krążyłem po zakładach i obserwowałem ślusarzy, tokarzy, kowali i pracowników na strugarkach podczas ich pracy, żeby nauczyć się ich metod pracy. Przy tym zaświtał mi pomysł żeby to wszystko zastosować w mniejszej skali w domu. Wzbierała także we mnie nadzieja, że z naszej małej posiadłości kiedyś może powstać godna podziwu fabryka. Dwa lata pozostałem w fabryce Borsiga. Potem zostałem żołnierzem. W 1863 roku zaciągnąłem się do 3. gwardii regimentu grenadierów Königin Elizabeth w Breslau [Wrocław] i uczestniczyłem w wyprawie przeciwko Danii. Po powrocie garnizonu zostałem zwolniony na urlop dyspozycyjny do domu.
                                                    TRUDNE POCZĄTKI


                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 11.03.12, 19:08
                                                    Zmienili to miasto .Ciak dalszy.
                                                    TRUDNE POCZĄTKI
                                                    Po powrocie znalazł zakład ojca w opłakanym stanie. Heinrich Prankel podupadł na zdrowiu i trudno było mu wywiązywać się ze zleceń. Z tego względu otrzymywał ich coraz mniej i rodzinie w oczy zaglądała bieda. Ludwig namówił brata do wejścia w interes i uratowanie firmy. Zaczął od marketingu. W okolicznych majątkach rozgłosił, że zakład znów działa i wkrótce otrzymali pierwsze zlecenia.

                                                    Ludwig postanowił na nowoczesność. Otworzył pierwszą odlewnię żeliwa, choć, jak życie pokazało, nie znał się na tym zbyt dobrze. Jednym z pierwszych klientów był proboszcz, który poszerzał teren cmentarza. Pragnął ogrodzić go żeliwnym ogrodzeniem i to zadanie powierzył młodej firmie. Pranklowie starali się jak mogli, lecz odlewy nie wychodziły tak jak powinny. Zamiast stosu zamówionych pól ogrodzenia wokół odlewni rosła sterta żeliwnego złomu. W końcu proboszcz z trudem wybrał 20 pól ogrodzenia, lecz i one okazały się wadliwe. Koniec końców machnął ręką i cmentarz ogrodził drewnianym płotem.

                                                    Niepowodzenie nie powstrzymało Pranklów. Uczyli się odlewania żeliwa na własnych błędach i wkrótce stali się w tym ekspertami. Stopniowo modernizowali zakład. Heinrich Prankel zmarł w 1867 r., lecz założona przez niego firma rozwijała skrzydła. W 1868 r. pożyczyła 300 talarów i za cmentarzem katolickim, który był świadkiem jej pierwszego niepowodzenia, zakupiła 2 morgi ziemi. Tutaj zamontowano już nowoczesne maszyny, przy pomocy których rozpoczęto zleconą produkcję podzespołów maszyn rolniczych. Oficjalnym dniem otwarcia nowej fabryki był 1 lipca 1870 r. Z czasem firma zaczęła produkować maszyny oparte na własnych projektach. Fabryka, oprócz maszyn rolniczych, tworzyła też instalacje do gorzelni spirytusu, a także maszyny przemysłowe - tokarki i frezarki.

                                                    W roku 1872 rozpocząłem na naszej działce budowę naszego domu mieszkalnego przy alei Schützenhausallee [dziś ulica Strzelców Bytomskich] – wspomina Ludwig Prankel. - Przy tym pomogła mi hipoteka w wysokości 3000 talarów otrzymana od Grafa Andreasa Renarda. W okolicach 1 czerwca 1872 wprowadziłem się z matką i rodzeństwem do nowego domu a we wrześniu wprowadziłem do domu moją żonę.

                                                    Gebrüder Prankel Groβ Strehlitz rozwijała się od tej pory błyskawicznie. W 1880 r. dokupiono kolejne 4 morgi ziemi, na których wybudowano tartak parowy. Firma inwestowała też w Szymiszowie, gdzie powstały wapienniki i pierwsza cementownia. Tamtejsze osiedle mieszkaniowe dla robotników nazwano „Prankel”.

                                                    Fabryka dostarczyła rolnikom tysięcy maszyn, które znacząco ułatwiły im pracę. Mimo że zakład był oddalony od wielkich ośrodków przemysłowych, stosowano w nim nowinki techniczne z całego świata.

                                                    AGROMET-PIONIER
                                                    W styczniu 1945 r. właściciele fabryki spakowali to, co najcenniejsze i na zawsze wyjechali ze Strzelec. Nadejście frontu zakończyło działalność rodzinnej firmy, której kierownictwo przejęło w międzyczasie młodsze pokolenie.

                                                    Maszyny zostały zarekwirowane jako zdobycz wojenna. Na tym miejscu powstała fabryka maszyn Agromet-Pionier, przez lata obiekt westchnień rolników, którzy w kolejce ustawiali się, by zakupić np. kombajn ziemniaczany. Fabryka przetrwała do lat 90. XX wieku.

                                                    Pamiątką po przedsiębiorczych braciach jest dziś ulica nazwana ich imieniem i uprzemysłowione miasto.

                                                    PIOTR SMYKAŁA, ROMUALD KUBIK
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 14.03.12, 17:32
                                                    Biskup opuszczonych
                                                    Historia

                                                    Trwa proces beatyfikacyjny biskupa Maximiliana Kallera. Była to nietuzinkowa postać. Przez rzesze ludzi zapamiętany był jako kapłan dbający o najuboższych i pokrzywdzonych. Dla naszej opowieści najważniejsze jest to, że swą drogę do wyniesienia na ołtarze rozpoczynał w Strzelcach Opolskich.

                                                    Rodzina Kallerów pochodziła z powiatu głubczyckiego, skąd przeniosła się w II połowie XIX wieku do Bytomia. Maximilian Kaller urodził się 10 października 1880 r. jako drugi z ośmiorga rodzeństwa. Był synem Josepha (zm. 1918 r.) i Berthy (1850(2?)-1895) z domu Salzburg.

                                                    Ukończył szkołę podstawową i królewskie gimnazjum w Bytomiu. W 1899 r. uzyskał świadectwo dojrzałości i podjął studia filozofii i teologii na uniwersytecie we Wrocławiu. 20 czerwca 1903 r. przyjął z rąk ks. kardynała Georga Koppa święcenia kapłańskie. Był najmłodszym spośród wyświęcanych księży i musiał otrzymać w tym celu specjalną dyspensę. Miał 23 lata.

                                                    Młody kapłan swoją mszę prymicyjną odprawił 24 czerwca 1903 r. w kościele św. Trójcy w Bytomiu. Został powołany do pracy w pierwszej parafii, którą były Strzelce Wielkie. Czas jego przybycia niemal zbiegł się ze zburzeniem starego kościoła pw. św. Wawrzyńca. Doświadczył jednak uroków przebywania w starym kościele. Podczas wielogodzinnego wysłuchiwania spowiedzi w zimnej i zawilgoconej świątyni, znacznie podupadł na zdrowiu. Także przejściowy, drewniany kościół, który służył wiernym podczas budowy nowej świątyni, był nieogrzewany. Choroba zmusiła młodego księdza do opuszczenia parafii i udania się dla podreperowania zdrowia na jesieni 1905 r. do Lądka Zdroju (Bad Landeck).

                                                    Wykurowany, w styczniu 1906 r. skierowany został do pracy misyjnej w Bergen na wyspie Rugii. Mimo znacznej odległości wyspa podlegała diecezji wrocławskiej. Ks. Kaller otoczył opieką polskich robotników sezonowych, wśród których szerzył się alkoholizm i nędza. W kilka lat odnowił życie religijne małej społeczności.

                                                    Okres ten został niespodziewanie przerwany nagłym wezwaniem do Berlina w 1917 r. Kapłan został mianowany proboszczem największej parafii katolickiej w mieście - św. Marcina. Do miasta przybył w początkowym okresie największej zawieruchy społecznej. Końcówka wojny była w Niemczech czasem biedy, wylęgu ruchów socjalistycznych i faszystowskich. Ks. Kaller poświęcił się pomocy najbiedniejszym i bezrobotnym. Wydarzeniem była procesja Bożego Ciała, którą poprowadził jako pierwszy ulicami Berlina, wprowadzając katolicyzm na forum publiczne kosmopolitycznej metropolii.

                                                    W 1926 r. kapłan mianowany został administratorem tzw. wolnej prałatury w Pile, gdzie wzniósł trzy kościoły. 28 października 1930 r. przeniesiono go na Warmię, gdzie mianowano go biskupem. Jego zawołaniem stały się słowa "Caritas Christi urget me" - "Miłość Chrystusa przynagla mnie".

                                                    Podczas wojny początkowo największym wyzwaniem biskupa była ochrona podlegających mu księży przed gestapo. Kiedy Maximilian Kaller zdał sobie sprawę z ogromu zbrodni, jakie mają miejsce w Niemczech, postanowił udać się dobrowolnie do obozu koncentracyjnego dla Żydów w Terezinie (Theresienstadt). Chciał służyć mieszkającym tam katolikom. Te starania u nuncjusza papieskiego w Berlinie spełzły jednak na niczym. Pod koniec wojny, kiedy klęska III Rzeszy była oczywista, wzbraniał się przed opuszczeniem Warmii, mimo że ze strony nadciągającej Armii Czerwonej nie mógł liczyć na pobłażliwość. Swoje biskupstwo opuścił dopiero wtedy, gdy zmusił go do tego uzbrojony oddział SS. Wyjechał przez Gdańsk wgłąb Niemiec.

                                                    Jeszcze w 1945 r. wrócił na Warmię, by odbudować podstawy diecezji, lecz prymas Polski, kardynał Hlond wkrótce zmusił go do opuszczenia kraju. W 1946 r. papież Pius XII mianował ks. Kallera specjalnym pełnomocnikiem do spraw Niemców wypędzonych z terenów wschodnich. Wizytował obozy przesiedleńców. Ponadto, zorganizował w Königstein/Taunus ośrodek szkoleniowy (zastępcze seminarium duchowne) dla księży ze Wschodu.

                                                    Maximilian Kaller zmarł nagle 7 lipca 1947 r. i pochowany został w Königstein.

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 18.03.12, 10:55
                                                    https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/124548-krapkowice.jpg

                                                    Historia sporów między mieszczanami a władcami w Krapkowicach.
                                                    Historia sporów między mieszczanami a władcami w Krapkowicach -w obronie mieszkańców miasta stawał kilkakrotnie cesarz, a potem Kamera Wojenno-Sądowa. W rozstrzygnięciu z 1744 roku zarzuciła ona hrabiemu, że traktuje ludzi jak niewolników.

                                                    Historia Krapkowic pokazuje, że pomiędzy tutejszymi mieszczanami a władcami na zamku niejednokrotnie dochodziło do nieporozumień i sporów. Najczęściej powstawały one na tle finansowym. Kilkakrotnie dotyczyły zysków ze sprzedaży piwa. Zarzewiem konfliktu były też nakłady na most przez Odrę. Zdarzało się, że właściciele oddawali Krapkowice i okoliczne wsie w zastaw za długi, a mieszczanie podejmowali się go wykupić.

                                                    Jak można wyczytać w „Historii miasta Krapkowice na Górnym Śląsku ad. 1914” autorstwa legendarnego Johannesa Chrząszcza, po raz pierwszy miasto (a wraz z nim również wieś Górażdże) zastało zastawione za długi w roku 1557 przez cesarza Ferdynanda. Przejął je w sumie na 7 lat Joachim Buchta z Otmętu za 9 tys. talarów. Kiedy tylko cesarz miasto spod zastawu wykupił, oddał je pod kolejny - tym razem burmistrzowi Brzegu Andreasowi Clementowi. A wtedy do akcji wkroczyli mieszczanie, którzy jak pisze Chrząszcz, podjęli się w ciągu trzech lat spłaty kapitału wraz z 7-procentowymi odsetkami i jeszcze dodać ko-rzec kaszy. - A gdyby kapitał nie został we właściwym czasie zwrócony - jak deklarowali na piśmie w stosownym dokumencie. - Ten kto jest właścicielem listu dłużnego może nasz majątek sądownie przejąć.

                                                    Wiadomo, że mieszczanie władali miastem czerpiąc dochody przynależne właścicielom w latach 1572 - 1582. Nabyli je za 16 tys. talarów - ostatecznie po 10 latach okazało się jednak, że nie są w stanie zebrać tak dużej sumy, dlatego cesarz Rudolf II zastaw od nich na powrót wykupił i sprzedał Hansowi von Redernowi z Rozkochowa.

                                                    “Sprzedajemy nasze miasteczko Krapkowice ze wszystkimi poddanymi i mieszkającymi, z wszelkimi honorami, wszystkimi służbami, prawami i dobrami” - czytamy w dokumencie wystawionym przez Rudolfa II z 29 września 1582. Mimo że Redern wystosował do mieszczan specjalną odezwę, gdzie zapewnił ich, że mogą dalej „przy swoich przyzwyczajeniach, prawach i przywilejach mocno trwać i używać świętego Sakramentu wyznania augsburskiego”, doszło między nimi do sporu i mieszczanie napisali skargę do cesarza. Poszło o prawo do wypasu na pastwiskach w żywocickim lesie i młyn górny. Cesarz rozsądził: łąka należy do miasta, młyn - do dziedzica.

                                                    Najczęstszym zarzewiem konfliktu było piwo. Jak wiadomo, od najdawniejszych czasów miasta czerpały zyski z warzenia piwa. W Krapkowicach przychody z tej działalności wymienia już urbarz z początku XVI wieku. Piwo „świdnickie” rozlewane było wtedy w ratuszu, z czego dochód roczny wynosił 6 forintów.
                                                    Jak czytamy w książce Johannesa Chrząszcza, Hans Redern „poprawił porządek piwny nakładając na działalność specjalne ograniczenia co do ilości warzonego piwa i minimalnego czasu warzenia. Pomiędzy potomkami Hansa, a mieszczanami w XVII i XVIII wieku niejednokrotnie dochodziło do nieporozumień w sprawie „piwnej”. W 1709 roku spór był już tak duży, że rozsądzić go musiała Komisja Cesarska, a ugodę zatwierdził cesarz Józef I. W jednym z jej punktów czytamy, iż „władcy mają prawo zażądać miarę słodu i w miejskich browarach piwo warzyć, jednak mieszczanom zabrania się ich piwa w zamku sprzedawać”. Co więcej: „władcy są tak długo właścicielami gorzelni i karczm, dopóki miasto nie przedstawi lepszego prawa”! Miasto nie może się też skarżyć na to, że władcy budować będą kolejne karczmy.

                                                    Ugoda nie na wiele jednak się zdała. Kolejne, trwające od 1742 roku konflikty między mieszczanami a władcami zamku Chrząszcz nazywa „wojną siedemdziesięcioletnią”. Miasto wniosło wtedy skargę do Kamery Wojenno - Skarbowej we Wrocławiu twierdząc, że w gospodzie należącej do zamku przy ulicy Dobrej sprzedawana jest i gorzałka i piwo, przez co wyroby wytwarzane przez mieszczan nie znajdują wzięcia i miasto pozbawione jest dochodów. Spór został rozsądzony po myśli mieszczan: Redernowie zaniechali sprzedaży piwa, pozostając przy samej gorzałce.
                                                    Ciag dalszy.
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 18.03.12, 10:57


                                                    Zobacz też: Historia Krapkowic
                                                    opolskie.regiopedia.pl/wiki/historia-krapkowic
                                                    Równolegle toczył się jeszcze wtedy spór o most: cło mostowe pobierało miasto, ale to ono zobowiązane było do utrzymania obiektu w dobrym stanie. Bywało, że konieczne nakłady na remonty okazywały się jednak nie do udźwignięcia dla mieszczan i wtedy domagali się oni partycypacji w kosztach przez pana na zamku. Tak było na początku XVIII wieku i we wspomnianej ugodzie z 1709 roku cesarz Józef I polecił, by tym razem hrabia Redern wyremontował most, za co mógł czasowo przejąć cło mostowe. Gdy mieszczanie ponownie wnieśli skargę na Redernów w roku 1744, Kamera Wojenno - Skarbowa nakazała odbudowę zniszczonego w 1741 roku mostu hrabiemu (a właściwie jego prawnemu opiekunowi - stryjowi Carlowi Augustowi Redern, gdyż panujący hrabia Heinrich Adolf był niepełnoletni). A prokurenci hrabiego w odpowiedzi złożyli protest. Przewodniczący kamery bronił mieszczan i skrytykował Carla Augusta. Napisał, że hrabia Redern traktuje mieszczan „jak niewolników czy poddanych”, a pracowników magi-stratu wyzywa od łajdaków, „groził im nawet żelazem w ręku jak bandytom” zabraniając spotkania z kamerą. Ostatecznie miasto wyłożyło pieniądze na uruchomienie promu przez Odrę, zaś Carl Au-gust Redern wyraził gotowość dostarczenia drewna na odbudowę mostu (do której jednak nie doszło w ciągu 100 lat!).

                                                    Spór o piwo jednak powrócił: w 1790 roku hrabia Kurt Haugwitz z Rogowa zabronił dzierżawcom karczm sprzedawania piwa warzonego przez mieszczan, a jego urzędnicy uruchomili własną gospodę „Pod zielonym drzewem” w pobliżu miasta. Działała ona aż do 1976, gdy sprzedaży piwa zabroniła jej Kamera Wojenno - Skarbowa. Co ciekawe, hrabia Haugwitz w 1804 w akcie samokrytyki wydał oświadczenie, w którym stwierdził, iż „widzi krzywdę mieszczan w prawach warzenia piwa“. Wobec powyższego należy im pozwolić sprzedaż piwa prowadzić. I tu, jak ripostuje krapkowicki kroni-karz Johannes Chrząszcz, „miasto z tego wieloletniego sporu z zamkiem wyszło zwycięsko”. A jak wynika z rejestru dochodów miasta z roku 1821, miejski browar prosperował potem całkiem nieźle.

                                                    Beata Szczerbaniewicz, nto
                                                  • berncik Re: opowiesci niy ino o Glywicach 23.03.12, 18:58
                                                    Historia
                                                    Tej świątyni już nie ma
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/4341_3626.jpg
                                                    Może wydawać się to dziwne, ale o starym kościele pw. św. Wawrzyńca wiadomo niewiele. Świątynię wybudowaną w stylu barokowym zburzono, kiedy przestała wystarczać potrzebom wiernych. Na jej miejscu wybudowano obecny kościół neobarokowy.

                                                    Poprzednia świątynia wybudowana została prawdopodobnie w 1724 r., na miejscu wcześniejszego kościoła gotyckiego, znanego z protokołów wizytacyjnych z 1679 r. Świątynia była niewielka. Jej rozmiary wynosiły 55 na 25 łokci, czyli około 33 na 15 metrów. Nie wiadomo. jakiego "łokcia" użyto w opisie. Miara ta różniła się w zależności od regionu i czasu, w którym była używana. Zawsze "łokieć" oscylował jednak wokół 60 cm. Stąd wymiary kościoła znamy jedynie orientacyjnie. Nie wiadomo też, czy były to wymiary wnętrza świątyni czy też mierzone razem z murami zewnętrznymi.

                                                    Z protokołu powizytacyjnego wiemy m.in., że: "kościół [...] z jednej strony dachówką a z drugiej gontami jest kryty, wewnątrz ciemny, ponieważ protestanci wznieśli sztuczne podwyższenie (chór) na wzór kaplicy ponad kryptą od strony południa, gdzie powinny być okna, co powoduje ciemność w kościele. Ściany wprawdzie wybielone, lecz wskutek długiego odstępu czasu od kurzu przybrudzone [...] ponadto kościół jest przyozdobiony czterema ołtarzami, bardzo przyzwoitymi i kosztownymi. [...] Ołtarz główny jest murowany i zbezczeszczony, przyzwoitymi obrusami nakryty, mający trzy kondygnacje, artystycznie rzeźbiony, pomalowany i złocony, przyjemny dla oka ludzkiego. W nawie kościoła przy ścianach na południe i na północ znajdują się dwa ołtarze przez czcigodnego Balthazara Francisca Stanislaida proboszcza w Gorzowie Śląskim (Gorzoviensi, Landsberg) w Polsce, miastu ojczystemu Strzelce (Strelicensi) nowo uczynione z postaciami najpiękniej rzeźbionymi i pozłoconymi".

                                                    Jak widać, była to wizyta, która miała ocenić szkody, jakie katolickiej świątyni wyrządziła reformacja. Kościół na jakiś czas przeszedł pod władanie protestantów, którzy w Strzelcach mieli wówczas ogromne wpływy. Zresztą, sam wstęp do protokołu mówi wyraźnie: "Magno Strelicz należy do jurysdykcji najjaśniejszego Pana Gustawa z rodu Colonna, niekatolika i odstępcy". W innym protokole powizytacyjnym z 1687 r. (a więc sporządzonym zaledwie 8 lat po poprzednim) przeczytać można, co następuje: "Co do parafian: We wioskach jak dotąd uważani są wszyscy za katolików, w mieście wraz z przybyciem nowego proboszcza nie było jak czwarta część katolików, obecnie odnowiło się życie chrześcijańskie i jest trzy części katolików i jedna część protestantów. Protestanci inaczej zwani heretycy mają cmentarz poza miastem, są grzebani z muzyką i śpiewem, ale bez kapłana".

                                                    Fotografia z 1903 r. okazuje kościół barokowy, którego wymiary pokrywają się z grubsza z wymienionymi w protokole powizytacyjnym. Mógł zostać zbudowany na fundamentach starej świątyni, wpisując się w jej obrys. Nie ma jednak żadnej pewności, że w rzeczywistości kościół barokowy nie jest tym opisywanym w 1679 r., a informacja o jego budowie w 1724 r. jest błędna albo odnosi się jedynie do poważnego remontu. Tutaj musimy zdać się na przypuszczenia.

                                                    Wiadomo jednak, że pod koniec swojego istnienia poprzednia świątynia była w bardzo złym stanie. Zawilgocona i zagrzybiała. Jej ofiarą padł m.in. ks. Maximilian Kaller, który w Strzelcach podupadł na zdrowiu. Wielogodzinne wysłuchiwanie spowiedzi w wilgotnym i zimnym kościele zmusiło go do podreperowania zdrowia i zmiany parafii (o czym pisaliśmy w poprzednim numerze).

                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
      • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 25.03.12, 11:25
        szwager_z_laband napisał:

        > www.grosspeterwitz.de/Zeitungsartikel/Wydanie51/tajemniczykrzyz.htm
        --------------------------------------------------------------------------------------------------
        Rozkwit tych dobr datuje sie od zakończenia wojen ślonskich,kiere prziniosły Gaschinom wielke prziwileje mimo,ze nie brali w nich udziału.
        Wspominali my już sam o tej mało chwalebnej ucieczce Starego Fritza z pola bitwy i o azylu
        jakigo mu udzieloł Gaszyna-(tak sie wteda mianowoł) we swoim zamku mimo,że był we służbie i poddaństwie Marii-Teresy austriackej.
        Fryderyk sie za nierozpowszechnianie tej gańby chcioł odwdziynczyć nadaniem honorow przi samym królu pruskim(dzisiejsze ministerstwo). Ale Gaszyna odmowioł bo w Berlinie był by jednym z wielu a na Ślonsku był kimś wyjontkowym.
        Powszechnie opowiadano o jego nie bywałej sile ale i o jego bezeceństwach wobec poddanych.
        Nie odpuścioł żodnej pani młodej prawa piyrszej nocy.
        W drodze na uczta wydano przez Fryderyka II na jego cześć w Grotkowie,zdemolowoł z kompanami prawie wszystko po drodze i rozpyńdzioł cołki "odpust "odprawiany na ta okazjo w Grotkowie.
        W zamian za proponowane honory uzyskoł prziwileje i wilkie dobra w opisanych tu okolicach.
        Na cześć i ku pamiyńci Amanda von Gaschin powstoł wielki dwor i wieś nazwano Amandow.
        Leży pora km na zachod od Krawarza- Krowiarek i wspołtworzyła wielki klucz majontkow aż do Gamowa,Pawłowa i Makowa.
        Z tym też wionże sie odrymbność gwarowo tych okolic.
        Do zaśiedlania tych terenow sprowadzono robotnikow rolnych z okolic Strzelec Opolskich
        a śnimi też te "opoulske gaudanie",kiere przetrwało tam do dzisiej,choć w szczontkowej formie.
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 30.03.12, 18:03
          view counter
          Ksiądz budowniczy

          Historia

          Kościół św. Wawrzyńca
          Siódmego września 1891 roku do Strzelec przybył ks. Maksymilian Ganczarski. Do parafii wprowadzono go uroczyście przy dźwiękach dzwonów, witany był przez władze miasta i parafian. Trzy lata później odbyła się wizytacja kardynała Georga Koppa. Do zgromadzonych przemówił słowami: "Znosiliście ciężary, ale nie odstąpiliście od przepisów kościelnych i dlatego mówię jak św. Paweł, dziękuję wam i jestem pewny przywrócenia waszej wiary. Parafia w ciężkich czasach szanowała też porządek państwowy i za to też dziękuję parafii". Wizyta wrocławskiego biskupa odbyła się zaledwie kilka lat po zakończeniu dramatycznej walki o zachowanie wiary podczas kulturkampfu. Narzucony przez państwo pruskie ksiądz Mücke na swoich mszach gromadził jedynie garstkę wiernych i to tylko z tego powodu, że nie byli w stanie dotrzeć do innych świątyń, gdzie nabożeństwa odprawiali księża uznawani przez Rzym.

          Przed księdzem Ganczarskim nowa parafia postawiła wiele wyzwań. Swoją pracę rozpoczął od odzyskania kościelnego majątku, który w poprzednich dekadach rozpływał się nieustannie. Wykazał się też jako budowniczy.

          W 1897 roku został otwarty dom i kaplica zakładu św. Józefa, który został wykupiony i podarowany siostrom elżbietankom przez byłego posła do Landtagu dr. Franza. W 1903 roku stanął dom dla sierot "Maksymiliana" prowadzony przez te same siostry zakonne. Największym wyzwaniem dla proboszcza była jednak budowa nowej świątyni.

          Na początku XX wieku miasto liczyło 6000 mieszkańców, w większości katolików. Stary kościół zwyczajnie ich nie mieścił. Zanim doszło do położenia pierwszej cegły, proboszcz musiał długo walczyć o możliwość przebudowy świątyni. Władze, po konsultacji z konserwatorem zabytków, były temu niechętne. Barokowy kościół uznany był za zabytek, więc zasugerowano, by budynek tylko poszerzyć. Także biskupstwo nakazało stworzenie projektu rozbudowy istniejącej świątyni. Jednak inspekcja powiatowego mistrza budowlanego nie pozostawiała złudzeń.

          14 listopada do władz państwowych wpłynęło pismo, w którym czytamy: "Kładziemy duży nacisk na godny, piękny Dom Boży, który również po wiekach będzie radością parafii. Biorąc pod uwagę wysokie koszty, za które otrzymamy coś niezupełnie dokończonego, to dochodzimy jednogłośnie do przekonania, że tylko budowa kościoła może nas zadowolić. Wiemy, że budowa będzie droższa, ale jesteśmy gotowi i zdolni pokryć zaistniałe dodatkowe koszty".

          Rada kościelna chciała, by kościół powstał w stylu renesansowym i na ten warunek minister nie chciał się zgodzić. W ministerstwie opracowano nowy projekt, który ostatecznie przyjęto wraz z dotacją tylko 67 tys. marek. Suma ta pierwotnie przeznaczona była na poszerzenie starej świątyni. Rada musiała wyrazić zgodę na pokrycie pozostałej części kosztów budowy, czyli 360 tys. marek. Zgodnie z umową patron kościoła miał dodatkowo przydzielić 11 tys. marek na wyposażenie świątyni.

          Autorem projektu w stylu neobarokowym i głównym kierownikiem budowy był Georg Guldenpfennig z Paderborn, naczelnym kierownikiem budowy został powiatowy inspektor budowlany Weihe, prace ziemne, murarskie i ciesielskie powierzono mistrzowi budowlanemu Maxowi Sliwce z Zabrza. Wykonanie dachu i jego przykrycie - Karlowi Ehrlichowi ze Strzelec Wielkich, pokrycie wieży - T. Hillingerowi z Pyskowic, dostawę żelaza - Wilhelmowi Rett i Wiktorowi Seifertowi z Strzelec Wielkich. Dostawę cegły na budowę murów powierzono Szymiszowskiej Spółce, cegły dziurawki na sklepienie miał dostarczyć A. Kiesewetter z Błotnicy, piasku do budowy kościoła - Heinrich Kempski z Strzelec Wielkich, wapna - Peter Henkel z Mokrych Łanów.

          Na okres budowy nowego kościoła ustawiono w ogrodzie zakładu św. Józefa prowizoryczny kościółek za kwotę 8 tys. marek.

          11 października 1903 roku w starym kościele parafialnym odprawiono ostatnie nabożeństwo. Ze smutkiem wierni pożegnali się ze starą świątynią, z którą byli związani od pokoleń i w której przeżywali zarówno radosne jak i smutne wydarzenia.

          Piotr Smykała, Romuald Kubik
          • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.04.12, 20:40
            berncik napisał:

            > view counter
            > Ksiądz budowniczy
            >
            > Historia
            >
            > Kościół św. Wawrzyńca


            > Na okres budowy nowego kościoła ustawiono w ogrodzie zakładu św. Józefa prowizo
            > ryczny kościółek za kwotę 8 tys. marek.
            >
            > 11 października 1903 roku w starym kościele parafialnym odprawiono ostatnie nab
            > ożeństwo. Ze smutkiem wierni pożegnali się ze starą świątynią, z którą byli zwi
            > ązani od pokoleń i w której przeżywali zarówno radosne jak i smutne wydarzenia.
            >
            > Piotr Smykała, Romuald Kubik
            Drugo czesc:
            view counter
            Nawet wdowi grosz na kościół
            Perla, 2 kwiecień, 2012 - 14:40

            Historia
            663 (14)

            Prace nad budową nowej świątyni rozpoczęły się 19 kwietnia 1904 roku. Przykrą koniecznością było rozebranie najpierw starego kościoła. Odbyło się to na tyle sprawnie, że już 10 sierpnia, w dzień patrona, św. Wawrzyńca, wmurowano kamień węgielny.

            Uroczystość miała bardzo bogatą oprawę. Proboszcz Maksymilian Ganczarski w asyście wikarych Wolko i Kallera, w obecności wielu księżych, przedstawicieli władz świeckich, hrabiego Tschirski-Renard i rzeszy wiernych poświęcił uroczyście kamień na udekorowanym flagami i wieńcami placu budowy. Kazanie po niemiecku wygłosił proboszcz Barysch, a po polsku - proboszcz Grund. Niespodzianką było ofiarowanie z tej okazji, przez kardynała Koppa, 20 tys. marek na budowę kościoła.

            Prace budowlane przeciągnęły się w czasie, lecz budynek w stanie surowym stał już jesienią 1905 r. Dnia 14 września, pod nieobecność proboszcza, który przebywał na urlopie, robotnicy zamontowali na szczycie wieży gałkę. Nie zorganizowano przy tym żadnej uroczystości. Odbyła się ona dopiero 25 września, kiedy to proboszcz Ganczarski włożył do gałki miedzianą puszkę. Zawierała ona spisaną historię parafii, opis aktualnej sytuacji parafian i plany budowy kościoła. Ponadto, w dokumentach umieszczono spis rady parafialnej, członków zarządu gminy i kierowników budowy. Dołączono także dwa stare dokumenty - jeden z 1824 r. i dwa z 1883 r. do tego dodano dużą ilość współczesnych monet.

            Kulminacyjnym dniem był 3 czerwca 1907 r. Konsekracji kościoła dokonał kardynał Kopp, który dzień wcześniej przybył do Strzelec. Jego przyjazdowi towarzyszył orszak rolników na koniach. Biskupa powitano przy specjalnie do tego celu zbudowanej bramie honorowej ustawionej obok ratusza przez burmistrza Paula Gundruma.

            Po konsekracji kościoła, otwarto jego bramy, przez które wpłynęła rzesza wiernych. Po uroczystej sumie pontyfikalnej z tymczasowego kościoła przeniesiono Najświętszy Sakrament. Przez miasto przeszedł pochód, w którym udział wzięli członkowie organizacji kościelnych i świeckich. Wieczorem pod domem radcy sądowego dr. Faltina, w którym zatrzymał się kardynał Georg von Kopp, odbył się na jego cześć pochód 600 mężczyzn z pochodniami.

            W poniedziałek, 4 czerwca, kardynał Kopp udzielił sakramentu bierzmowania 3600 wiernym ze Strzelec, Szymiszowa i Rozmierzy, po czym udał się na Górę św. Anny.

            Budowa kościoła nie byłaby niemożliwa bez nadzwyczajnej ofiarności wiernych. Suma, jaką początkowo dysponowali budowniczy, była znacznie niższa od potrzebnej na dokończenie świątyni. Pojedyncze osoby, całe rodziny, organizacje świeckie i katolickie konkurowały w darowiznach dla kościoła. Zapiski wspominają o biednej robotnicy, która ofiarowała niemal wszystko, co miała. Nawet hrabia von Tschirski-Renard, protestant, ufundował cyborium.

            Wyposażenie

            Nowa świątynia przejęła wiele elementów wyposażenia starego kościoła. Przeniesiono główny ołtarz pochodzący z 1697 r. z obrazami św. Wawrzyńca i Matki Boskiej Śnieżnej. Z poprzedniej budowli pochodzą również dwa ołtarze boczne, św. Michała i św. Antoniego z drugiej połowy XVII w., ołtarz z kaplicy św. Barbary oraz piękna ambona z pierwszej połowy XVIII w.

            Kościół został wybudowany według projektu Georga Güldenpfenniga, syna innego słynnego projektanta kościołów, Arnolda Güldenpfenniga. Architekt ten zginął na początku I wojny światowej we Francji. W 1905 r. rozpoczęły się prace nad drogą krzyżową. 14 stacji wyrzeźbił Paul Thamm z Lądku Zdroju (Bad Landeck). Poszczególne stacje ufundowali: I - Josef Gruschka I z Suchych Łanów, II - Theresien Uerin, III - Antonia Halama, IV - Franziska Hoffmann, V - Valentin Bieniek, VI - Trzeci Zakon Franciszkański, VII - Franciska i Maria Jendrysik (wszyscy z Wielkich Strzelec), VIII - Berthold Pohl z Wrocławia, IX - Edward Enenkel ze Strzelec, X - Franz Siedlaczek z Bosniont AV (Bośni?), XI - Maria Kusber, XII - Josef Kandler, XIII - Johanna Hlasny, XIV - Mathilde Wilke (wszyscy ze Strzelec).

            Dwa witraże w prezbiterium ufundował w 1906 r. nauczyciel Johann Titz. Witraż z lewej strony głównego ołtarza jest poświęcony św. Jerzemu, z prawej strony ołtarza - św. Janowi Nepomucenowi. W nawie bocznej po stronie prawej nad wejściem bocznym został wstawiony witraż ku czci św. Klary. Pochodzi on z 1906 r., a jego fundatorem był notariusz strzelecki Joseph Faltin (1852-1934). W lewej nawie znajduje się witraż ku czci Najświętszej Marii Panny, ufundowany przez kobiety strzeleckie w 1906 r.

            Nad głównym wejściem do kościoła są wyryte w drzewie słowa z Pisma Świętego w języku niemieckim. Przez dekady, po 1945 r., napis był zakryty i odsłonięty dopiero na początku XXI w. Brzmi:

            Komme Alle Her zu Mir.

            Die ihr mühselig und beladen seid.

            Ich werde euch erquicken

            W tłumaczeniu na polski:

            Przyjdźcie do Mnie wszyscy.

            Wy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście,

            a Ja was pokrzepię.

            Piotr Smykała, Romuald Kubik
            • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.04.12, 21:06
              berncik napisał:

              > berncik napisał:
              >
              > > view counter
              > > Ksiądz budowniczy
              > >
              > > Historia
              > >
              > > Kościół św. Wawrzyńca
              Tak ten kosciol wyglondo w srodku
              >
              https://www.polskiekrajobrazy.pl/images/stories/big/25788Kosciol_sw.Wawrzynca_w_Strzelcach_Op.jpg

              To som oltarze boczne
              https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/99/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_%C5%9Bw._Wawrzy%C5%84ca_w_Strzelcach_Opolskich3.JPG
              Tekst linka
        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 31.03.12, 18:30
          bratjakuba napisał:

          > szwager_z_laband napisał:
          >
          > > www.grosspeterwitz.de/Zeitungsartikel/Wydanie51/tajemniczykrzyz.htm
          > -------------------------------------------------------------------------------
          > -------------------
          > Rozkwit tych dobr datuje sie od zakończenia wojen ślonskich,kiere prziniosły Ga
          > schinom wielke prziwileje mimo,ze nie brali w nich udziału.
          > Wspominali my już sam o tej mało chwalebnej ucieczce Starego Fritza z pola bitw
          > y i o azylu
          > jakigo mu udzieloł Gaszyna-(tak sie wteda mianowoł) we swoim zamku mimo,że był
          > we służbie i poddaństwie Marii-Teresy austriackej.
          Potyczki słowne hr. Karla Ludwiga ze Starym Fritzem
          Etykietowanie:

          Historia
          Ludzie
          Opolskie
          Potyczki słowne hr. Karla Ludwiga ze Starym Fritzem

          Dodano: 18 stycznia 2011, 13:55
          Autor:
          online
          online

          Potyczki słowne hr. Karla Ludwiga ze Starym Fritzem - w kwietniu 1741 roku, kiedy trwała bitwa pod Małujowicami, do pałacu Gaschinów zapukał król Prus - Fryderyk II Wielki z prośbą o nocleg.

          Anegdota dotyczy hrabiego Karla Ludwiga Antona von Gaschin (1691 - 1754) - wnuka Melchiora Ferdinanda, który był budowniczym pałacu w Żyrowej i fundatorem klasztoru na Górze Św. Anny.
          Karl Ludwig zaznaczył swoje miejsce w historii Śląska z kilku powodów. Po pierwsze to on dokończył budowę murowanego klasztoru na Górze Św. Anny, po drugie - gościł u siebie samego Króla Prus Fryderyka II zwanego popularnie Starym Frycem.

          Udało mu się z nim zaprzyjaźnić, a treść toczonych między nimi błyskotliwych dialogów powtarzana była przez stulecia w formie ustnej i pisanej jako przykład dyplomacji i mędrkowania na tematy polityczne. Dialogi te cytowali m.in. również współcześni kronikarze śląskich dziejów - Ewald Pollok i Jerzy Szołtysek.
          - Działo się to podczas pierwszej wojny śląskiej w 1741 roku - opowiada Jerzy Szołtysek, znawca historii ziemi zdzieszowickiej. - 10 kwietnia pod Małujowicami koło Brzegu wojska pruskie pod wodzą króla Fryderyka II i feldmarszałka von Schwerina starły się z armią austriacką dowodzoną przez feldmarszałka Wilhelma Reinharda von Neipperga. Bitwa była stosunkowo niewielka, ale jej konsekwencje - duże - i dla historii Europy i dla nas - Ślązaków. Po tej bitwie przeszliśmy pod rządy Prus, dzięki czemu nasz region zaczął gwałtownie rozwijać się gospodarczo.

          Król Prus był żołnierzem, sam lubił dowodzić swoją armią. Tym razem nie wychodziło mu to jednak zbyt dobrze mimo liczebnej przewagi (siły pruskie liczyły 33 szwadrony jazdy i 31 batalionów piechoty, austriackie - 86 szwadronów i 18 batalionów). Gdy Austriakom udało się osiągnąć przewagę, feldmarszałek von Schwerin wymógł na Fryderyku II, aby opuścił pole walki i chronił swe cenne życie. Ten usłuchał i zajechał aż do Żyrowej. Jak sam tłumaczył, objechał i Brzeg i Opole obawiając się tamtejszej szlachty, która jawnie sprzyjała Austriakom.

          - Hrabia Karl Ludwig był zdumiony wizytą niezwykłego gościa, tym bardziej, że sam niewiele wcześniej wysłał gońca, aby przywiózł wieści z pola walki - opowiada Szołtysek. - Szybko przygotował na cześć Fryca iście królewską ucztę. Około północy powrócił do pałacu goniec z wiadomością o wygranej Prus. Wtedy hrabia wzniósł toast za zwycięstwo.

          Rankiem, gdy do Żyrowej zawitał adiutant króla przywożąc kolejne dobre wiadomości, hrabia i król którzy zdążyli się już polubić kontynuowali przyjacielską rozmowę, która przeszła do historii:
          Król: - Cieszę się, że wygraliśmy tę bitwę.
          Hrabia: - To jest korzystne.
          Król: - Nie to nie jest korzystne, gdyż to dopiero początek(...)
          Hrabia: - To jest niekorzystne, królu.
          Król: - Nie, to jest korzystne, bo dobry początek to połowa zwycięstwa...
          i tak dalej w tym tonie...
          Parę tygodni później, w pierwszych dniach maja obaj adwersarze mieli ponoć kontynuować potyczki słowne w Grodkowie w hotelu „Czarny Niedźwiedź”. Przebywający w nim król zaprosił Gaschina na rewizytę.
          - Nigdy bym nie pomyślał, że w Prusach można tak dobrze zjeść - chwalił ucztę hrabia
          - To jest korzystne - przytaknął król.
          - Nie, to jest niekorzystne. Austriacki orzeł ma dwa dzioby w herbie, natomiast pruski tylko jeden i dlatego może tylko połowę tego żreć.
          - To jest korzystne - odpowiedział Wielki Fryc. - Bo w ten sposób będziecie płacili tylko połowę podatku”.

          Jak mówi Ewald Pollok, tej rozmowy nie można historycznie udokumentować: O Gaschinach bardzo dużo mówiono i pisano, nieraz przesadzano, chociażby w tym, że syn Karla Ludwiga- Antoni był taki silny, iż potrafił zatrzymać bryczkę zaprzęgniętą w cztery konie - przypomina Pollok. - Coś musiało jednak być na rzeczy, skoro rozmowę drukowała między innymi „Groß Strehlizer Zeitung” w dodatku miesięcznym o nazwie „Aus dem Chelmer Land” i „Aus dem Annaberger Land”, cytował ją również Alfons Hayduk w swojej książce „Der Schlemmengraf Gaschin.”


          Beata Szczerbaniewicz, nto
          • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.04.12, 11:55
            https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/630x204/imagefield_multicrop/photo_panoramic/125262-siostry.jpgSiostry Służebniczki ze Strzelec Opolskich - dla pacjentów szpitala były gotowe zrobić wszystko - opiekowały się ludźmi w czasie wojny i pokoju. Za ciężką pracę nikt ich jednak nie docenił. W końcu zakonnice dostały nakaz opuszczenia lecznicy.

            Siostry Służebniczki opisały swoje losy w obszernej kronice, którą prowadziły przez blisko 50 lat. Pierwszy wpis pochodzi z 11 czerwca 1928 r. Wtedy właśnie zgromadzenie sióstr zakupiło 5 hektarów ziemi od hrabiego, żeby wybudować w Strzelcach nowoczesny szpital, z którego schorowani mieszkańcy mogliby korzystać. Służebniczki miały doświadczenie w leczeniu ludzi - podobną, choć znacznie mniejszą placówkę prowadziły w Leśnicy.
            Na budowę strzeleckiego szpitala dostały pieniądze od władz kościelnych, miasta, powiatu i rządu (część sum była udzielona w formie pożyczek). Wsparcie finansowe było zasługą prałata Josepha Glowatzkiego, który chodził po urzędach od drzwi do drzwi i przekonywał, że w Strzelcach lecznica jest potrzebna. Budowa szpitala poszła niezwykle szybko - zakończyła się już w listopadzie 1930 r.

            Siostry od samego początku bardzo dbały, by pacjenci czuli się w szpitalu dobrze. Przed budynkiem od pierwszych dni tryskała fontanna, na balkonach rosły pelargonie, a pacjenci mogli odpoczywać na ławkach ustawionych w pobliżu wejścia. W parku, który otaczał lecznicę, wybudowano dom gospodarczy i pralnię, a nad nią pokoje dla personelu.

            Siostry przyjmowały w szpitalu chorych z całego powiatu strzeleckiego. Pierwsze trudne chwile nastały wraz z wybuchem II wojny światowej. Lecznica z dnia na dzień zapełniła się rannymi, których przywożono z frontu. Mimo, że służebniczki pracowały z wytężoną siłą, nazistowskie władze próbowały je usunąć ze szpitala i zastąpić personelem cywilnym. Wynikało to prawdopodobnie z osobistych przekonań Hitlera, który dystansował się od władz kościelnych. Siostry były tym faktem przerażone. To dlatego, że szpital był nie tylko ich miejscem pracy, ale także ich domem. W lipcu 1940 roku o planach usunięcia sióstr z placówki, drogą pantoflową, dowiedział się ówczesny dyrektor szpitala - dr Backhaus. Postanowił zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do przejęcia lecznicy. Dyrektor pojechał do Bytomia do głównego lekarza okręgu. Udało mu się go przekonać, by wyznaczyć strzelecką placówkę, jako szpital wojskowy. Dzięki temu naziści nie przejęli lecznicy w swoje ręce.

            Po przekwalifikowaniu szpitala, część sióstr wstąpiła formalnie do Wehrmachtu. Musiały złożyć przysięgi, dostały rangi i musiały stawiać się na apel. W zamian, podobnie jak żołnierzom, przysługiwały im różne wynagrodzenia i dodatki m.in.: koniak, wino, papierosy, pościel, ręczniki i mydła, które mogły zatrzymać lub zamienić później na inny towar.

            Siostry opisują w swoim pamiętniku, że żołnierze byli przywożeni z frontu całymi grupami, w związku z tym były one bardzo zapracowane. Wiadomo, że w sierpniu 1941 r. w szpitalu pracowało już ponad 100 zakonnic, które opiekowały się 400 rannymi (zarówno żołnierzami, jak i cywilami). Z miesiąca na miesiąc ruch w lecznicy był coraz większy, a miejscowa kuchnia przygotowywała dziennie ponad 500 posiłków, co w czasie wojny było bardzo trudne, bo żywność była wydawana jedynie na kartki.

            Pracy Służebniczkom nie ułatwiało gestapo. Tajni policjanci co rusz węszyli w szpitalu i nadzorowali siostry. Te najbardziej obawiały się, że będą o coś bezpodstawnie oskarżone i wywiezione do obozu koncentracyjnego w Dachau.
            W 1943 roku w parku przy szpitalu stanęły cztery baraki dla jeńców: polskich, rosyjskich, angielskich i amerykańskich. Siostry starały się dbać o nich na równi z niemieckimi pacjentami. Upominały nawet strażników, by nie krzywdzili rannych. W 1944 r. zaczęły się naloty alianckich bombowców na miejscowe tereny. Siostry tak opisały te chwile.
            „Znowu ostrzegają radiostacje, że nalot bliski. Przygotowałyśmy się na ciężką i trudną pracę, gdyż prawie zawsze po nalotach przywożono rannych. Za chwilę zaryczały syreny, chorych znoszono do bunkrów (...). Nagle ogromny huk, dom szpitalny cały trzęsie się i kołysze. Wszyscy patrzą przestraszeni, dzieci płaczą, podnosi się krzyk pacjentów: Boże ratuj!”.

            Bomby z opisanego nalotu spadły do ogrodu szpitala, gdzie powstały potężne wyrwy. Żadna z nich nie trafiła jednak w budynek. Im bliżej końca wojny, tym więcej rannych trafiało do szpitala. Byli oni w fatalnym stanie: „często mieli w ranach robaki lub inne insekty sprawiające im jeszcze większy ból.”
            W styczniu 1945 r. do Strzelec weszli żołnierze radzieccy. Najpierw wojskowi kazali zakonnicom zamieszkać w piwnicach szpitala, a później wygonili ich do nieogrzewanych baraków.

            „Prawie wszystkie siostry zachorowały na grypę, reumatyzm i dur brzuszny” - napisały w kronice.
            Rosjanie opuścili szpital w kwietniu 1945 r, ale zabrali ze sobą wszystko co mogli: łóżka, krzesła, szafy, aparaty rentgenowskie. Życie w powojennej Polsce okazało się dla sióstr równie trudne. Siostry zaczęły sprowadzać do szpitala sprzęt i meble na własną rękę (pierwsze łóżka dostały w darze od dyrektora więzienia). Trwało to aż do 1949 roku. Gdy wszystko było już na dobrej drodze siostry dowiedziały się, że tym razem ich szpital ma przejść w ręce komunistów.

            „Między państwem a kościołem zaszło nieporozumienie. Znów zaczęły się trudne czasy” - ubolewały siostry.
            Na początku lat 50-tych władza zaczęła zwalniać zakonnice z pracy zastępując je siostrami cywilnymi po szkołach pielęgniarskich. Po tym siostry były przesiedlane w różne części kraju.

            „Dość wyraźnie odczuwa się prześladowanie Kościoła przez Państwo. (...) Siostry wciąż uważano za Niemki i tak je też traktowano” - pisały służebniczki.
            W 1954 próbował się za nimi stawić dr Nowak, który po wojnie pełnił funkcję dyrektora lecznicy - zagroził, że jak tak dalej będzie, to zwolni się z pracy. Niedługo po tym komuniści znaleźli zastępcę na jego miejsce i sami go zwolnili.

            W wrześniu 1954 r. władze zdecydowały, że całkowicie wyprowadzą siostry ze szpitala. Miały się one przenieść do kamienicy przy ul. Opolskiej. Zakonnice odwoływały się od decyzji i nie chciały opuścić lecznicy. Milicjanci przeprowadzili więc eksmisję. Dali siostrom godzinę czasu na spakowanie się, a gdy czas minął wpadli do ich pokoi i wyrzucili wszystko z szaf. Jedna z sióstr o imieniu M. Bertina była bardzo zdenerwowana: „Przyszliście do gotowego! Chcecie nam wszystko zabrać, a nas wyrzucić!” - mówiła.
            Siostry nie miały wyjścia - musiały wynieść się ze szpitala. Po tym incydencie rzadko wychodziły na ulice. Ograniczyły też kontakty z ludźmi.

            Radosław Dimitrow, nto
            Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą - znawcą lokalnej historii.
              • bratjakuba Re: Ciekawo historyjka: 02.04.12, 15:06
                berncik napisał:

                > https://www.szpital.strzelce-op.pl/obrazek_tytulowy-01-01.jpg
                > To jest ten szpital w Strzelcach .fajnie wyglondo je budowany z czerwonej klink
                > ery w takym poukolu i prawie kozdo sala mo balkon.
                =================================================
                A wczytejcie sie w autorstwo tego wysiedlunia. Te miano sie sam pora razy przewijało.
                Take akcje miały miejsce jedynie we Wrocławiu i całym województwie Opolskim.
                We Wrocławiu był za to odpowiedzialny dyrektor do spraw wyznań Wojewódzkiej Rady Narodowej,żyd z pochodzenia.
                W opolskim niestety rodowity Ślonzok i to taki co sie som stymplowoł za Niymca jak mu to było wygodne a potyn cołkowicie sie sprzedoł komunistycznym okupantom z PZPR.
                Mom w tym temacie zaś doświadczynie osobiste bo bez 2 lata wynajmowoł ech izba w takim klosztorze.
                Ta eksmisja odbywała sie we wakacje letnie i jedynie ta nasza izba została zaplombowano z osobistymi rzeczami.
                Potyn od września do marca nastympnego roku ech mioł do czyniynio z tymu towarzyszami
                na temat co,skond, dlaczego i co dali.
                Bez to nikiedy protestuja jak wszystko zło sie podciongo pod pojyńcie "Poloki".
                To tak samo jak by pedzieć,że wszyjscy Niymcy = faszysci abo nazi.

                • berncik Re: Ciekawo historyjka: 03.04.12, 16:50
                  Pokój namysłowski z 1348 roku

                  opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/width630px/photos/124647-obraz_dscn4892.jpg
                  Pokój namysłowski z 1348 roku - niespełna siedem wieków temu miasto na kilka dni znalazło się w centrum wydarzeń ówczesnej Europy Wschodniej, a dzięki pokojowi namysłowskiemu jego nazwa zapisała się w historii.

                  Podpisany jesienią 1348 r. pokój namysłowski kończył trwającą od trzech lat polsko-czeską wojnę o panowanie nad Śląskiem.
                  Zawarcie 22 listopada 1348 r. - In opido Namysloviensi Wratislaviensis dyocesis anno et die subscriptis (W Namysłowie, mieście diecezji wrocławskiej, w roku i dniu niżej podanym) - pokoju między królestwami Polski i Czech było tylko pozornym rozwiązaniem konfliktu. Kazimierz III Wielki nie zamierzał zrezygnować z posiadania wpływów w księstwach śląskich, z kolei Karol IV Luksemburski miał w planach włączenie całej dzielnicy do Korony Królestwa Czech.

                  Bezpośrednią przyczyną wojny była aktywna polityka Polski w rejonie. Zwycięski konflikt o pograniczną Wschowę z książętami Żagania, Ścinawy i Oleśnicy (rządzonej przez Konrada, księcia Namysłowa w l. 1312-23) oraz zawiązanie sojuszu z cesarską dynastią władających Bawarią i Brandenburgią Wittelsbachów nie mógł ujść uwadze władającego Czechami Jana Luksemburskiego, którego syna margrabiego Moraw Karola uwięziono w Polsce wiosną 1345 r.
                  Latem 1345 r. ruszyła czeska wyprawa na Polskę. Jan na początek uderzył na świdnickie księstwo Bolka II Małego, ostatniego niezależnego Piasta Śląskiego. Specjalny oddział saperów pomógł zająć ważną graniczną twierdzę w Kamiennej Górze. Chcąc odciążyć sojusznika, Kazimierz III najechał i spustoszył księstwo opawskie, co przyniosło odwetową wyprawę Jana Luksemburskiego i jego śląskich sprzymierzeńców na stołeczny gród Polski - Kraków.

                  Kolejne lata przyniosły stagnację konfliktu. Ważnym wydarzeniem była rycerska śmierć króla Jana w bitwie z Anglikami pod Crécy 26 sierpnia 1346 r. Niewidomy władca stanął u boku Francuzów do swojej ostatniej bitwy, walcząc przywiązany do dwóch rycerzy. Pragnąc otoczyć się nieśmiertelną chwałą ruszył do ataku ze słowami „Nie będzie to, żeby czeski król z pola uciekał!”. Jego następcą został Karol IV Luksemburski.

                  Wybór miejsca podpisania traktatu był zapewne nieprzypadkowy. Namysłów był już wówczas usytuowany przy ważnych szlakach komunikacyjnych, w tym przy najważniejszym, łączącym Wrocław z Krakowem, czyli w szerszej perspektywie Zachód ze Wschodem Europy. Znaczenie miało również przygraniczne położenie miasta, stanowiącego wówczas własność Kazimierza III, który dzierżył Namysłów, Byczynę, Wołczyn i Kluczbork na mocy zastawu z 1341 r. Nominalnie okolica stanowiła jednak własność Piastów legnicko-brzeskich - Bolesława III Rozrzutnego i jego synów - Wacława i Ludwika.

                  Samą treść dokumentu znamy jedynie z wersji łacińskiej wystawionej przez kancelarię Kazimierza Wielkiego, nieznana jest treść aktu ratyfikowanego przez stronę czeską. Władca Polski występuje jako Cazimirus Dei gracia rex Poloniae - z bożej łaski król Polski, swojego oponenta tytułując serenissimum principem dominum Carolum, Romanorum regem semper augustum et Boemie regem - najłaskawszym i najzacniejszym władcą Karolem, zawsze dostojnym królem rzymskim i królem Czech.

                  Wprawdzie nie są znane źródła, mówiące o tym, że w Namysłowie zjawili się obaj monarchowie, ale z drugiej strony fakt ich obecności również nie jest negowany. Co w najbardziej optymistycznym wyobrażeniu pozwala na uznanie dnia 22 listopada 1348 r. za prawdziwy szczyt władców państw Europy Środkowo-Wschodniej, w którym obok dwóch głównych władców wzięliby też udział ich najbliżsi sojusznicy: król Węgier Ludwik Andegaweński, książę świdnicko-jaworski Bolko II Mały (obaj byli siostrzeńcami polskiego króla) oraz Albrecht Habsburg, książę Austrii, Styrii i Karyntii.

                  Jakie były warunki układu? Zachowanie wiecznej miłości i przyjaźni między obiema stronami (od tej pory Polska i Czechy nigdy nie znalazły się w stanie wojny), rozstrzyganie konfliktów Bolka i Karola poprzez mediację Albrechta, wsparcie ze strony Czech w konfliktach Polski z Zakonem Krzyżackim i Marchią Brandenburską, wystąpienie Polski w wojnie po stronie Czech, jeśli te dopomogą nam w odzyskaniu utraconych ziem (z wyjątkiem pomocy przeciwko Królestwu Węgier) lub życzliwa neutralność przy braku pomocy, anulowanie długów Karola wobec Kazimierza.
                  Najbardziej możliwym miejscem, w którym zawarcia pokoju namysłowskiego była siedziba książęca, drewniana poprzedniczka istniejącego do dziś murowanego zamku, którego budowę rozpoczęto w 1361 r.

                  Prawdopodobnym jest również inne miejsce podpisania traktatu - murowany kościół na Starym Mieście.
                  Dzięki osiągniętemu porozumieniu wyniszczona wojną lat 1345-48, a także wcześniejszymi zmaganiami o dziedzictwo Henryka Głogowczyka zaznała wreszcie spokoju.
                  =

                  Jednocześnie znów nastąpiła zmiana właściciela miasta, które powróciło z zastawu u polskiego władcy (według niektórych źródeł pozostało w nim do 1356 r.) w ręce książąt legnicko-brzeskich, którzy zatrzymali je moim zdaniem do 1359/60 r.

                  Większość źródeł podaje wprawdzie datę o dekadę wcześniejszą, ale usytuowanie przejęcia okolic Namysłowa przez Karola IV na 1348/49 r. wywołuje wiele nieścisłości. Przede wszystkim weichbild namysłowski powinien do 21 kwietnia 1352 r. być pod kontrolą księcia brzeskiego Bolesława, a następnie stanowić oprawę wdowią dla jego żony Katarzyny, zmarłej w 1358 r. Dopiero wówczas mogło dojść do transakcji między synami Bolesława, a cesarzem Karolem IV.
                  Korzystając z opieki cesarskiej miasto mogło się spokojnie rozwijać aż do czasu konfliktu z księstwem opolskim pod koniec XIV w., a w szczególności do okresu wojen husyckich, które dotarły nad Widawę pod koniec lat 20. XV w.

                  Mateusz Magda
                  • berncik Re: Ciekawo historyjka: 07.04.12, 20:22
                    Ten kosciou i klasztor w Jemielnicy warto pooglondac.
                    maria.bloog.pl/id,4726140,title,Kosciol-Wniebowziecia-Najswietszej-Marii-Panny-i-sw-Jakuba-w-Jemielnicy-zespol-klasztorny-cystersow,index.html?ticaid=6e3b4
                        • berncik Re: Ciekawo historyjka: 10.04.12, 20:55

                          Krzyże i kapliczki w gminie Strzelce Opolskie

                          Historia
                          Kapliczka z 1667 roku na cmentarzu (Strzelce Opolskie)

                          Kapliczka jest ustawiona w pobliżu kościoła pw. św. Barbary przy ogrodzeniu koło drogi 94. Nie wiadomo, kto był jej fundatorem. Kapliczka została poświęcona w 1667 r. w dniu święta Wniebowstąpienia Pana Jezusa. Jest to święto ruchome i dzień ten wypadał wówczas 17 maja.

                          Na szczycie dachu znajduje się wykuta z metalu postać Chrystusa Zmartwychwstałego, a pod nim data: "17 maj 1667".

                          Kapliczka jest typu słupowego, wymurowana z kamienia i cegły o podstawie kwadratowej. Posiada 4 wnęki, w których dziś znajdują się obrazki Jezusa. Jest to jedna z najstarszych kapliczek w powiecie strzeleckim, o której wiadomo, kiedy powstała (lub została poświęcona).

                          Krzyż drewniany przy ulicy Krakowskiej (przeniesiony) - Strzelce Opolskie

                          Według przekazów ustnych i zdjęć, krzyż stał przy ulicy Krakowskiej, w pobliżu budynku urzędu starostwa powiatowego (Landratsamt), w okolicach dzisiejszego Liceum Ogólnokształcącego. Nie wiadomo, w jakiej intencji został postawiony. Obok krzyża stał też kamienny obelisk ozdobiony girlandą.

                          Krzyż został przeniesiony na obecne miejsce pod koniec XIX wieku przez rodzinę Jokiel. Dziś stoi na polu tejże rodziny.

                          Kapliczka słupowa z XVII i XIX wieku (Kalinowice)

                          Kapliczka słupowa pochodzi z XVII w. i znajduje się obecnie w granicach posesji Nieszwieca przy ulicy Wiejskiej. Kiedyś stała na rozwidleniu dróg do Poznowic i Niwek. Obecna kapliczka została zbudowana w XIX w.

                          Według przekazów ustnych, w tym miejscu mieli być pochowani żołnierze szwedzcy, z czasów wojny trzydziestoletniej (1618-1648). Być może stała tu latarnia z kamieni polnych do porozumiewania się między posterunkami. Takie latarnie były budowane co kilka kilometrów, a przy jednej z nich pochowano zmarłych. Potwierdza to fakt, że w czasie wydobycia piasku w pobliżu kaplicy natrafiono na ludzkie kości. Prawdopodobnie z biegiem lat budowlę zagospodarowano na kapliczkę chrześcijańską.

                          Kaplica słupowa jest postawiona na planie kwadratu o szerokości boków ok. 1,2 m i wysokości około 5 metrów, dach zadaszony dachówką. Na jego zwieńczeniu kiedyś znajdował się żelazny krzyż z Chrystusem (zaginął). Po bokach w dolnej części krzyża były dwie odnogi z dwiema gwiazdkami. Z przodu budowli znajdują się trzy wnęki. W górnej stoi figura Matki Boskiej. Niegdyś mieściła się tu statua św. Anny Samotrzeciej, która w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła.

                          Obecnie kapliczką opiekują się Teresa i Joachim Nieszwiec.

                          Krzyż kamienny ul. Wiejska 14 (Ligota Górna)

                          Krzyż kamienny powstał około 1901 r. w czasie budowy domu. Został ufundowany przez Johanna Matheja (1874-1953) i jego żonę Mathildę (1881-1962), lecz nie wiadomo, w jakiej intencji. Johann Matheja był z wykształcenia mistrzem kamieniarskim (w latach 1899-1901 pracował m.in. przy budowie teatru w Bytomiu - obecnie opera bytomska) i zapewne sam wykonał krzyż.

                          W styczniu 1945 r. doszło tu do niezwykłego wydarzenia. Sowiecki czołg szybko przejeżdżał wąską uliczką i kierujący nim żołnierz stracił panowanie nad pojazdem. Uderzył w mur, częściowo go niszcząc, odbił się i zatrzymał tuż przed krzyżem. Mieszkańcy Ligoty uznali to za cud.

                          Kapliczka pw. św. Barbary z 1879 roku (Podborzany)

                          Kapliczka została wybudowana w 1879 r. przez rodzinę Mathejka z Podborzan. Rok budowy kapliczki widnieje na krzyżu metalowym umieszczonym na jej zwieńczeniu.

                          Położona jest na byłej posesji Mathejki szczytem wyjściowym do drogi. Wewnątrz znajduje się ołtarz, nad min obraz świętej Barbary oraz obrazy Matki Boskiej Bolesnej i Pana Jezusa. Na bocznych ścianach umieszczone są stacje Drogi Krzyżowej. Na jednej ze ścian wisi mała gablota, w której znajduje się biała poduszka poświęcona Annie Matejka (17.07.1932-03.12.1952) zmarłej na cukrzycę.

                          Budowla powstała na pamiątkę dwóch wydarzeń. W czasie wojny prusko-austriackiej, w 1866 r. poległ jeden z synów z rodziny Mathejka, Johann. Według przekazów ustnych, na wojnie prusko-francuskiej, w latach 1870-1871, poległ też inny przedstawiciel rodziny - Josef. Po tych tragicznych wydarzeniach rodzina zdecydowała się na wystawienie okazałej kapliczki z ich posagów.

                          Kapliczka została poświęcona św. Barbarze, patronce dobrej śmierci. Przez wiele pokoleń kapliczką opiekowała się rodzina Mathejka. Mimo że nie mieszka już w tym miejscu, uczestniczy w remontach tego obiektu oraz krzyża drewnianego, stającego przy drodze w kierunku Farskiej Koloni. Obecnie kapliczką opiekuje się rodzina Krawiec.

                          W 2005 r. kapliczka została odnowiona. Zmieniono dach, odnowiono wnętrze i elewację. Remont został wykonany przez rodzinę Matejka, Pordzik i Krawiec. Budowla została ponownie poświęcona przez proboszcza parafii św. Wawrzyńca.

                          W Dniu św. Barbary odprawiana jest tutaj msza św. w intencji zmarłych i poległych z Podborzan, Farskiej Koloni i Rozmierki.

                          Krzyż na Pasterniku (Rozmierka)

                          Krzyż został postawiony w XIX w. na mogile zmarłych na zarazę z Rozmierki, Jędryń, Podborzan oraz być może z innych miejscowości. Wybrano to miejsce ze względu na piaszczysty i oddalony od zabudowań teren. Zaraza spowodowała wielkie spustoszenia, a zmarłych trzeba było chować w masowych grobach. Powstało tu wielkie cmentarzysko.

                          Być może krzyż postawiono już w czasie zarazy. Po latach wymagał jednak remontu lub wymiany na nowy. Przed 1914 r. Peter Urbantzyk miał sen. Przyśniło mu się, że jeżeli odnowi krzyż, nie pójdzie na wojnę i nie zginie.

                          Urbantzyk został powołany do armii niemieckiej, ale zachorował na malarię i został zwolniony do domu. Jako wotum wdzięczności za ocalenie życia, ok. 1923 r., postawił duży drewniany krzyż, który stał w tym miejscu do lat 60. XX w. Za czasów ks. Budnioka drewniany krzyż zastał odnowiony, a w 1983 r. rodzina Urbańczyk postawiła w tym miejscu krzyż betonowy.

                          Piotr Smykała, Romuald Kubik
                          • berncik Re: Ciekawo historyjka: 18.04.12, 11:44
                            Karczma z historią

                            W połowie ulicy Wiejskiej w Olszowej stała niepozorna do niedawna budowla. Wyróżniała się szarością pośród zadbanych posesji sąsiadów. Nie był to jednak dom mieszkalny, a dawna karczma z XVIII wieku. Stała nieczynna i niszczejąca. Dopiero przed kilkoma laty wokół niej zaczęto ustawiać rusztowania, powiększać okna, murować rozsypujące się ściany... Prac w dużej mierze samodzielnie podjął się spadkobierca gospody - Gerard Tiszbierek.

                            Teraz karczma wygląda inaczej. Ma bieluteńkie ściany, nowy dach i podjazd dla wózków. Gdy właściciel zamknie wszystkie formalności, restaurację znów odwiedzą goście. Będzie w niej tłoczno i gwarno, jak w latach świetności...

                            - Pierwotnie karczma była w rękach właściciela wsi, który oddawał ją w dzierżawę - przypomina historię obiektu Piotr Smykała. - Olszowa należała wówczas do Phillippa Grafa Colonny (1755-1807), który w 1789 r. kupił wieś od von Schweinichena. Od 1813 r. miejscowość przejął Leopold Graf Gaschin, a następnie od 1823 r. Andreas Graf Renard (1795-1874) i jego syn Johannes Graf Renard (1829-1874), którzy założyli tu wspaniałą hodowlę koni wyścigowych i zaprzęgowych. Stajnia była znana w całej Europie.

                            Rodzina Tischbierek kupiła gospodę w II połowie XIX wieku.

                            - Pierwszym właścicielem był Johann Tischbierek (1838-1917), trzykrotnie żonaty. Obie żony pochodziły z Poręby. Z drugą miał dwoje dzieci, które zmarły w czasie zarazy - przypomina Piotr Smykała. - Potem Johann Tischbierek ożenił się Pauliną z d. Skowronek (1859-1925) z Olszowej, która urodziła mu trójkę dzieci: Sofię, Emanuela i Viktora.

                            Johann Tischbierek bardzo dbał o swój interes. W 1886 r. przebudował i powiększył karczmę: podniósł budynek i zrobił na poddaszu pokoje. W 1900 r. kupił sąsiedni kawałek ziemi i rok później wzniósł na nim dom mieszkalny z chlewnią i oborą (te obiekty wyburzono w 2007 r. żeby zrobić miejsce na przestronny parking).

                            - W 1914 r. interes po ojcu przejął jego syn Emanuel (1888-1945), który prowadził go najpierw z pierwszą żoną Marianną (1896-1928), pochodzącą z Zalesia. Z nią miał trójkę dzieci: Angelę (1921 r.), Renatę (1923 r.) i Georga (1926 r.). Kiedy Marianna zmarła, Emanuel oddał karczmę w dzierżawę rodzinie Galla - przypomina dzieje Piotr Smykała - jednak w 1929 r. ożenił się po raz drugi - z wdową Franciszką Apfeld (1895-1949) z d. Rekus z Ujazdu, i ponownie zajął się gospodą.

                            Na świat przyszła dwójka kolejnych dzieci: Hubert (1929 r.) i Josef (1934 r.). Dorastając, przypatrywały się, jak ich rodzice, Emanuel i Franciszka, prowadzą karczmę. Zwłaszcza matka miała zmysł do interesów. Wyniosła go z domu, bo jej rodzina od lat prowadziła zakład masarski. Tu co tydzień odbywało się świniobicie. Mięso z uboju i wyroby wędliniarskie były sprzedawane w sklepie. Zaradna Franciszka wykorzystała swojskie specjały też w karczmie, gdzie podawano je jako dania i zakąski.

                            - Kiedy w pobliżu Olszowej (wtedy Erlenbusch O.S.) rozpoczęła się budowa autostrady, przy której pracowało dużo robotników, zwiększyło się zapotrzebowanie na posiłki - mówi Smykała. - To dlatego świnię bito już nie raz a dwa razy w tygodniu. Poza tym, właściciele karczmy robili swojską gorzałkę, którą delektowali się klienci. W menu nie brakowało piwa z pobliskich browarów oraz wina i napojów chłodzących.

                            Interes kwitł. Zaś Emanuel Tischbierek miał możliwość zajmowania się dodatkowo wydawnictwem. Produkował mapy szkolne, pocztówki oraz pisał artykuły o historii do gazet.

                            - Spokojne życie mieszkańców Śląska, w tym także rodziny Tischbierków, zakłóciła wojna. Żywność na kartki i trudności z zaopatrzeniem w towar nie sprzyjały prowadzeniu karczmy. Od grudnia 1940 r. aż do jesieni 1944 r. przebywali w niej angielscy jeńcy wojenni, których pilnowało dziewięciu żołnierzy niemieckich. Początkowo było 80 jeńców, w kwietniu 1941 r. 50. z nich zostało przeniesionych do Sieroniowic i na Górę św. Anny. Reszta pozostała w Olszowej pod dozorem dwóch niemieckich żołnierzy - odkrywa historię Smykała. - Jeńcy pracowali w lesie przy wyrębie drzew i w gospodarstwach rolnych. Porządkowali też drzewostan w lesie zwanym "Kuczesz" po przejściu orkanu. Jesienią 1944 r. zostali przeniesieni w głąb Niemiec. W 1990 r. dwóch byłych jeńców angielskich odwiedziło Olszową. Było to dla rodziny Tiszbierek niesamowite spotkanie.

                            Czternastego lutego 1945 r. Emanuel Tischbierek został internowany w głąb Związku Radzieckiego, gdzie cztery miesiące później zmarł na tyfus. Franciszka po stracie męża zamierzała nadal prowadzić karczmę, co skutecznie utrudniły jej władze komunistyczne.

                            - Została aresztowana i osadzona w więzieniu, z którego wyszła schorowana i załamana. W lipcu 1949 r. zmarła - mówi historyk. - Karczmę i gospodarstwo rolne przejął po powrocie z amerykańskiej niewoli syn Marianny i Emanuela, Jerzy Tiszbierek (1926-2004), który w 1956 r. ożenił się z Jadwigą z d. Skowronek.

                            Spadkobierca w 1972 r. próbował reaktywować karczmę. Bezskutecznie. Dopiero jego syn, Gerard, zrealizował plany ojca...

                            O minionej epoce przypominają zdjęcia zawieszone w odnowionej restauracji. Niegdyś karczma urządzona była w stylu myśliwskim, wystrojona w poroża i skóry zwierzyny upolowanej w pobliskich lasach, zaś ławy do siedzenia obito skórą. Dawniej istniał tu bufet i sala taneczna. Dziś obok sali urządzono nowoczesną kuchnię i toalety. Tablicę z napisem "Gasthaus Emanuel Tischbierek", wiszącą niegdyś nad wejściem, obecnie oglądać można w sali zabaw.

                            Czy duch karczmy znów ożyje?
                            JL
                            • berncik Re: Ciekawo historyjka: 19.04.12, 20:08
                              https://opolskie.regiopedia.pl/sites/default/files/imagecache/630x204/imagefield_multicrop/photo_panoramic/121821-strzelce.jpgStrzelce Opolskie w 1945 roku - gdy kończyła się wojna, w marcu 1945 r. władzę w Strzelcach objęła pierwsza polska administracja. Ale rządziła tutaj tylko na papierze, bo za sznurki pociągali głównie Sowieci.

                              Przedstawiciele polskiej administracji, którzy wjechali do Strzelec zastali miasto w kompletnych gruzach. Na skutek działań wojennych i podpalenia miasta przez wojska radzieckie zrujnowanych było aż 58,5 proc. budynków: domów, kamienic, urzędów i zakładów. Gdy na mocy międzynarodowych układów postanowiono, że tereny Śląska przypadną Polsce, miejscowi niemal od razu ruszyli z odbudową miasta. Szybko okazało się jednak, że kraj, za który przelali krew stał się pod rządami komunistów mało przyjazny, a silne wpływy Moskwy sięgały aż do Strzelec.

                              Głównym zadaniem sześcioosobowej administracji, która tworzyła tzw. grupę operacyjną, było przejęcie majątku na terenach poniemieckich, jak najszybsze jego spisanie oraz uruchomienie zakładów produkcyjnych. Grupie przewodził najpierw inż. Ignacy Tyczyński, a kilka miesięcy później przejął ją Marian Jędrysik (obaj to urzednicy nadani z Warszawy). Już 25 marca 1945 r. wojskowi poinformowali polską administrację, że są gotowi przekazać jej zakłady cementowo-wapiennicze, gorzelnie, browary i mniejsze przedsiębiorstwa. - łącznie było to 107 zakładów, z czego 35 działało, 72 nie udało się uruchomić.
                              W czasie przejmowania poniemieckiego majątku doszło do poważnego zgrzytu pomiędzy polską administracją a miejscowym dowództwem Armii Czerwonej. Radzieccy wojskowi nie chcieli oddać części zakładów. Z Moskwy przyszło bowiem zarządzenie, że w zniszczonym Związku Radzieckim maszyny są bardziej potrzebne. Sowieci rozmontowali więc najcenniejsze maszyny na części i wywieźli je na Wschód. Przedstawiciele polskiej administracji mogli się temu tylko przyglądać. W ten sposób nowoczesne, jak na tamte czasy zakłady, zostały ogołocone. Wiadomo też, że zatrudniały wtedy jedynie 240 osób, tymczasem jak oszacowano, żeby działały pełną parą potrzeba było aż 2925 pracowników. Tych w okolicy jednak brakowało.

                              Incydentów pomiędzy Polakami a Rosjanami było więcej. Dla przykładu radzieccy wojskowi i mundurowi z miejscowych oddziałów milicji obywatelskiej niespecjalnie za sobą przepadali. Wiadomo, ze 19 września 1945 r. doszło między nimi do starcia. Tego dnia w Izbicku milicjanci byli w terenie, żeby pouczyć mieszkańców, by nie wyłamywali sztachet z płotów do rozpalania ognisk na polach w czasie zbiorów kartofli. W pewnym momencie zatrzymała się obok nich kolumna wojska sowieckiego, którą dowodził major Amii Czerwonej. Podszedł on do komendata MO i zażądał od niego motocykla. Komendat odmówił i przy pomocy gwizdka zawołał ok. 70 swoich ludzi. W tym momencie major kopnął funkcjonariusza w brzuch zrzucając go z motocykla i zaczął okładać pistoletem. Grożąc zastrzeleniem, zabrał motor, wrzucił go na samochód i natychmiast odjechał. W innych przypadkach mieszkańcy skarżyli się na radzieckich żołnierzy, że zabierali im rowery, choć sami nie potrafili na nich jeździć i się wywracali.

                              Brak współpracy mundurowych przekładał się na bezpieczeństwo w okolicy. Do Strzelec nierzadko zapuszczali się złodzieje, którzy grabili nie tylko poniemiecki majątek, ale też dobytek rodaków. Szabrownicy zjeżdżali tu nawet z sąsiednich województw. Dochodziło także do morderstw.
                              12 września 1945 r. na stołówce pracowników starostwa, ktoś zastrzelił Stanisława Laska - funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. 20 września ktoś zamordował natomiast milicjanta Władysława Rulę. Nieznani sprawcy rozebrali go z butów, spodni wojskowych i kurti skórzanej. A jego twarz była tak zmasakrowana, że z trudem został rozpoznany. Zabójcy nie zostali złapani.

                              Funkcję burmistrza w Strzelcach powierzono w marcu 1945 r. Tomaszowi Skowronkowi, który był znany wśród przedstawicieli polskiej administracji jako osoba zasłużona dla kraju. Skowronek jeszcze podczas I wojny światowej walcząc w niemieckiej armii przeszedł na stronę polską. Bronił Lwowa przed Ukraińcami i wziął udział w bitwie warszawskiej w 1920 roku. Wziął też udział w akcji plebiscytowej. Za swoje pro-polskie przekonania był prześladowany przez nazistów. Gdy wybuchła II wojna świadowa trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau, a jego córki zostały skierowane do prac przymusowych.

                              Gdy Skowronek przyjechał jako burmistrz do zrujnowanego miasta miał problem ze zorganizowaniem własnej siedziby, bo ocalałe budynki zajmowały wojska radzieckie. Urzędował w starym budynku gazowni (obecnie ul. Mickiewicza) a później przeniósł się na ulicę zamkową (dzisiejsza siedziba banku). Jedną z pierwszych decyzji burmistrza było zorganizowanie w ocalałych suterenach zamku publicznej kuchni. Gotowano w niej przede wszystkim zupę, która była rozdawana mieszkańcom. Skowronek zdecydował, że w pierwszej kolejności trzeba ratować ludzi przed głodem i chorobami. W mieście z powodu braku dostępu do bieżącej wody zaczął szerzyć się tyfus. Burmistrz osobiście woził żywność dla ludzi. Miał wtedy do dyspozycji wóz z koniem i pomocnika z referatu opieki społecznej.
                              Jeszcze w 1945 r. ruszył szpital, powstały pierwsze sklepy, szkoły i zaczęła działać rzeźnia. Ale jeszcze wiele brakowało, by do Strzelec powróciło normalne życie.

                              W połowie 1945 r. władze nakazały przeprowadzić weryfikację wśród Ślązaków, która miała ich podzielić według narodowości na Polaków i Niemców. Na skutek tej działalności wysiedlono z okolicy 1450 osób, a ich miejsca zastąpili repatryjanci.

                              Zarówno polskiej jak i radzieckiej stronie zależało, by po zajęciu Śląska, jak najszybciej podporządkować sobie te tereny i odciąć je od III Rzeszy. W pierwszej kolejności trzeba było jednak zaprowadzić względny porządek i usunąć spośród ludzi sympatyków partii Adolfa Hitlera. To zadanie powierzono w Strzelcach w pierwszej kolejności Powiatowemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego, który swoją siedzibę miał w piwnicach zrujnowanej kamienicy w centrum miasta (dzisiejszy róg Rynku z ul. Wojska Polskiego). O ile działania urzędu mogły być w tamtych czasach zrozumiałe, o tyle metody pracy jakie stosowali ubecy były niezwykle brutalne. Ludzie nazwali siedzibę UBP „katownią”.

                              Funkcjonariusze posługiwali się metodami zaczerpniętymi prosto ze stalinowskich urzędów. Ubecy przyjeżdżali pod wytypowane adresy w towarzystwie uzbrojonych milicjantów. Po otoczeniu domu lub kamienicy kazali opuścić wszystkim budynek i zabierali ludzi. Na „przesłuchania” były wywożone całe rodziny. W piwnicach UBP funkcjonariusze pytali m.in., czy ktoś z krewnych należy do NSDAP, czy brał udział w partyjnych zjazdach nazistów, i czy w domu mówi się po niemiecku? Oficjalnych protokołów z tamtejszych przesłuchań nie ma. Z relacji starszych i nieżyjących już osób wynika jednak, że więźniowie byli regularnie bici, a zeznania wymuszane siłą, a nawet torturami. Wiadomo, że przesłuchania czasami przeciągały się przez wiele dni. Dla przykładu Elfrieda Rickhoff z Rozmierzy, którą ubecy zatrzymali 28 marca 1945 r. została zwolniona do domu dopiero po 18 dniach. Osoby, które nie przeszły weryfikacji trafiały do miejscowych więzień lub obozów pracy i były typowane do wysiedlenia. Taki los spotkał m.in. Marcjannę Salzburg z Rozmierki. Funkcjonariusze zabrali ją po tym jak ktoś doniósł, że w domu trzyma broń, a jej mąż Walentin walczył na froncie w mundurze niemieckim.

                              Największy obóz w okolicy znajdował się w Błotnicy Strzeleckiej w pobliżu torów kolejowych przy dawnej wytwórni pasz.
                              Utworzyli go naziści, by przetrzymywać tam swoich więźniów (głównie Ukraińców), w czasie gdy zajmowali jeszcze te tereny. Wiadomo, że panowały tam fatalne warunki sanitarne. Drewniane baraki były w stanie pomieścić ok. 200 osób, a wśród osadzonych szerzyły się choroby.
                              Po wkroczeniu wojsk radzieckich Sowieci podporządkowali sobie obozy, ale warunki dla nowych osadzony
                              • berncik Re: Ciekawo historyjka: 19.04.12, 20:11
                                Utworzyli go naziści, by przetrzymywać tam swoich więźniów (głównie Ukraińców), w czasie gdy zajmowali jeszcze te tereny. Wiadomo, że panowały tam fatalne warunki sanitarne. Drewniane baraki były w stanie pomieścić ok. 200 osób, a wśród osadzonych szerzyły się choroby.
                                Po wkroczeniu wojsk radzieckich Sowieci podporządkowali sobie obozy, ale warunki dla nowych osadzonych niewiele się zmieniły.
                                Następnie obóz w Błotnicy przejęła polska władza. Niemcy, którzy tam trafili byli traktowani jak bezpłatna siła robocza, która miała „moralny obowiązek” odpracować wyrządzone krzywdy. Więźniowie przebywali w obozach do czasu aż przyjeżdżał kolejny transport, który zabierał ich na wschód lub w głąb Niemiec i Czech. W ten sposób pozbyto się przedstawicieli wielu narodowości i osób niepożądanych dla ówczesnej władzy komunistycznej. Na przykład z Piotrówki wysiedlono ponad 200 osób pochodzenia czeskiego, a potem wywieziono ich do Czechosłowacji, gdzie zostali osiedleni w okolicy Karlowych Warów w domach po Niemcach sudeckich. Osadzeni w oczekiwaniu na transport pracowali w polu, przy odgruzowywaniu budynków oraz przy usuwaniu niemieckich pomników.

                                Jednym z nich było mauzoleum zbudowane przez nazistów na Górze św. Anny dla upamiętnienia niemieckich żołnierzy poległych w 1921r. walczących przeciw powstańcom śląskim. Stanęło ono w 1938 r. Mauzoleum rozbierali młodzi mężczyźni z obozu z Błotnicy. Resztę monumentu wysadzili saperzy.

                                Racje żywnościowe dla osadzonych nie były wtedy duże - przysługiwało im dziennie ok. 200 g chleba i zupa. Do domów byli zwalniani tylko ci, którzy chorowali i byli skrajnie wycieńczeni. Z powodu braku dostępu do bieżącej wody wiele osób zapadło na tyfus i dur brzuszny.
                                Dla przykładu 36-letnią Maria Gaschin z Rozmierzy została wywieziona z obozu nieprzytomna na wózku. Kobieta trafiła do szpitala z wysoką gorączką 12 października 1945 r. Lekarze nie byli w stanie jej uratować. Josef Niestroj także zmarł w szpitalu strzeleckim. Natomiast Anna Morawitzky (ur. 1886r. w Stubendorf/Izbicko) żona Ernsta Morawitzkiego, kierownika szkoły w Szymiszowie, zmarła 8 września 1945r. w błotnickim obozie. Została pochowana na strzeleckim cmentarzu. Ernst i jego córka po wysiedleniu musieli wyjechać do Niemiec.
                                Porządki, które zaprowadzało UBP miały jeszcze jeden cel. Wysiedlani ludzie zwalniali miejsca dla repatriantów ze wschodu, którzy przejmowali miejscowe domy i gospodarstwa. Napływ nowej ludności prowadził czasami do kuriozalnych sytuacji. Niemcy, którzy najczęściej z powodu chorób wychodzili z obozów nie mieli dokąd wrócić, bo ich domy były już zajęte przez repatriantów. Wtedy od dobrej woli nowych lokatorów zależało, czy były właściciel mógł czasowo zamieszkać w takim domu. Część osób się na to zgadzała i wtedy pod jednym dachem mieszkały dwie rodziny.

                                Kwestię przesiedleń ludności koordynowała od 1945 roku ponadto Komisja Weryfikacyjna ds. Narodowościowych, w której zasiadali m.in. burmistrz Strzelec Tomasz Skowronek oraz starosta Zygmunt Nowak. W pierwszych miesiącach komisja działała dosyć ospale. Dopiero w połowie 1946 roku prace nabrały tempa. Mieszkańcy, którzy przed nią stawali, musieli złożyć deklarację wierności narodowi i państwu polskiemu. Żeby nie być wysiedlonym i uzyskać pozytywną weryfikację miejscowi musieli mieć trzech świadków, którzy potwierdziliby, że ubiegający zna język polski i zachowuje słowiańskie obyczaje. Komisja sprawdzała ponadto, czy taka osoba ma w domu m.in. polskie gazety i polskojęzyczne modlitewniki.
                                W latach 1945-1946 z powiatu wysiedlono łącznie 1450 osób pochodzenia niemieckiego, co w stosunku do innych powiatów nie było dużą liczbą. Wyższa władza w Katowicach, której podlegała komisja narodowościowa, uznała nawet, że wysiedlono za mało ludzi.

                                W więzieniu strzeleckim osadzono ponadto wiele osób nie tylko narodowości niemieckiej, ale także polskiej. Więziono tu przede wszystkim działaczy polskich formacji wojskowych, których ze względów politycznych władza nie uznawała. W 1949 r. było tu więzionych 2437 osób.

                                Tekst powstał we współpracy z Piotrem Smykałą, znawcą lokalnej historii. W tekście wykorzystano dane z publikacji: Michał Lis, „Odbudowa podstaw gospodarki Śląska Opolskiego 1945 r.” oraz „Rok pierwszy w powiecie strzeleckim”.

                                • berncik Re: Ciekawo historyjka: 24.04.12, 17:28
                                  https://www.strzelecopolski.pl/files/images/4916_4020.jpg
                                  Maibaum lub moj

                                  Moi przed wojną było to popularne święto na śląskich wioskach. W czasach komunistycznych wyrzucono je z kalendarza imprez lokalnych i państwowych. Ważniejsze stało się Święto Ludzi Pracy. Na szczęście maibaum znów powrócił.

                                  Zwyczaj stawiania mojów datuje się co najmniej na XV w. Pierwotnie stawiono je właścicielom dóbr, wysokim urzędnikom lokalnym, a w wojsku - wyższym rangą oficerom. Zwyczaj stawiania maibaumu znany był na Śląsku, Węgrzech, Morawach, Czechach, Bawarii. Drzewko majowe i łodygi majowe ze świeżą zieleniną uosabiają siłę, ducha wzrostu, zdrowia i płodności.

                                  W XVII w. kościół zabronił jego stawiania, wskazując na pogańskie pochodzenie tradycji. Pod koniec XVIII w. pod społeczną presją znów przywrócono majowe obchody.

                                  Do maibaumu przygotowywano początkowo goły drąg, a od połowy XVIII w. zaczęto go przyozdabiać świerkowym wieńcem, na czubku umieszczano choinkę. Według zwyczaju wieniec „moja” powinien być wykonany z gałązek brzozy, ale nie zawsze wiosną brzozy były zielone. Wioski konkurowały między sobą o to, kto ma najwyższe i najpiękniej przystrojone drzewko. Przy muzyce i śpiewie moj był zawijany kolorowymi wstęgami. Według zwyczaju śląskiego umajony moj stawiał młodzieniec przed domem swojej wybranki, z którą miał zamiar się ożenić. Jeśli jego zaloty zostały odrzucone, wtedy niedoszły narzeczony stawiał nagie, nieprzystrojone żerdzie przed jej domem. Wiejskie dziewczyny z niecierpliwością czekały na święto majowe, żeby dowiedzieć się, kto złoży oświadczyny. Zdarzało się, że tym, które nie zostały wybrane i nie miały wzięcia, ich zawstydzeni ojcowie sami, w tajemnicy, pod osłoną nocy, stawiali umajone drzewko. Takie publiczne oświadczyny zanikły i na wsiach stawiano jeden mój - przeważnie w środku wsi lub na boisku. Z okazji stawiania drzewka organizowano festyny i konkursy. Jeden z nich to rozbicie cepem garnka. Chłopcu zawiązywano oczy chustą, do ręki dostawał cep, a na ziemi ustawiano gliniany garnek, który miał nim rozbić. Dziewczęta obdarowywały młodzieńca wianuszkiem i rozpoczynały się tańce, które trwały do zmroku, zabawa często przenosiła się do karczmy. W nocy pilnowano moja, żeby nie ukradli go sąsiedzi z pobliskich wsi.

                                  Istniał specjalny kodeks:

                                  Moja nie można było odebrać siłą, ukraść, gdy pilnujący spali lub byli odurzeni alkoholem.

                                  Sprawcy kradzieży z dumą podawali do publicznej wiadomości, komu i gdzie ukradli drzewko. Żeby go odzyskać poszkodowani musieli zapłacić okup w postaci jednej beczki piwa.

                                  Jeżeli nie został wykupiony, wtedy można go było ustawić (już nieprzystrojonego) obok swojego - nazywano to drzewem hańby lub z niemieckiego Schandbaum.

                                  Drzewka należało pilnować od postawienia do 1 maja rano. Potem nie można go było ukraść.

                                  Kradzież nie podlegała żadnemu zaskarżeniu do sądu. Sprawę by i tak umorzono, nakazując okradzionym, żeby na przyszłość lepiej pilnowali moja.
                                  PIOTR SMYKAŁA
                                  • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.05.12, 11:49
                                    Muzeum regionalne w Strzelcach Opolskich

                                    Strzelce Opolskie
                                    Autor:
                                    Ania_Frost


                                    Pomysł stworzenia w Strzelcach Opolskich muzeum pojawia się na komisjach strzeleckiej Rady Powiatu i także Rady Gminy od kilku lat. Niewiele osób jednak wie, iż pierwsze muzeum na ziemi strzeleckiej zostało otwarte ponad osiemdziesiąt lat temu, a dokładnie 10 grudnia 1927 roku w nieistniejącej już dziś kamienicy na rynku strzeleckim, pod adresem Ring 13. Złote litery nad wejściem dumnie informowały, iż znajduje się tu Heimatmuseum.

                                    Skrupulatnie i estetycznie uporządkowane eksponaty wypełniały przeszklone gabloty, szafy i ściany. Gazeta Strzelecka w 1928 roku pisze o muzeum: „Prastare obok najnowocześniejszego, skarby geologiczne obok dzieł rąk ludzkich, przyroda nieożywiona i życie. Nawiercony toporek praczłowieka obok delikatnego jaja ptasiego i ciała ledwo co przemienionego z poczwarki motyla. Ziemia wulkaniczna z Góry św. Anny obok kła mamuta z okresu, kiedy na naszej ziemi panowały lodowce. Trzystuletni obraz strzeleckiego księcia piastowskiego Alberta obok olejowego obrazu przedstawiającego tor saneczkowy przy posągu Ceres w parku renardowskim. O szczęku oręża w naszym Heimacie świadczą stare pistolety, szable i strzelby. W szklanych szafach stare i nowoczesne skarby sztuki uderzają wysokim kunsztem wykonania„.

                                    Muzeum strzeleckie było pokłosiem panującej w Niemczech na początku XX wieku mody na Towarzystwa Historyczne. Ernst Mücke, rektor z zawodu i redaktor dodatku pod tytułem „Aus dem Chelmer Lande” („Z ziemi chełmskiej”) do ówczesnej Gazety Strzeleckiej, zainicjował powstanie muzeum, zbierał eksponaty od mieszkańców ziemi strzeleckiej oraz skatalogował i uporządkował je w chronologiczny ciąg, przedstawiający dzieje Strzelec Opolskich od prehistorii do czasów jemu współczesnych.

                                    „W latach dwudziestych XX wieku w okolicy Strzelec i Gogolina dymiły piece wapienne. 100 lat wcześniej nad wodami Jemielniczanki i Małej Panwi pracowały fryszerki i piece do wytopu żelaza. Uprawa lnu zniknęła już dawno z okolic Strzelec i Ujazdu, gdzie tworzyła swego czasu kwitnące rzemiosło. Tak przychodziły i odchodziły kultury, które tworzyły obraz naszej ziemi” – pisze Mücke. Obraz naszej ziemi chciał Mücke przybliżyć mieszkańcom Strzelec Opolskich.

                                    Mały przewodnik po muzeum jego autorstwa opisuje ogrom zgromadzonych eksponatów.
                                    Według tej publikacji w dużej szafie ściennej znajdowały się wyroby ceramiczne z nyskich warsztatów, szopki bożonarodzeniowe z figurkami, figurka piety, figura Św. Anny i wiele innych. Szafa zawierała też stare sprzęty użytku domowego zebrane w gospodarstwach i u mieszczan strzeleckich. Oddział książek i pism posiadał na przykład oryginalne listy Gustawa Freitaga. Zbiór broni mógł się poszczycić najstarszym eksponatem - rękojeścią szabli książęcej z czasów wojen książęcych (XIV-XV wiek) znalezioną na polach koło Zakrzowa.

                                    Atrakcją muzeum były kości mamuta i innych zwierząt z epoki kamienia łupanego, wydobyte w licznych piaskowniach i kamieniołomach na Górze św. Anny. Duża witryna szklana zawierała najpiękniejsze odlewy żeliwne, wypchane zwierzęta i porcelanę. Szuflady zawierały minerały spotykane na ziemiach strzeleckich, takie jak bazalt z Góry św. Anny, piaskowce, wapienie i gips, kryształy kwarcu. Wśród eksponatów była także ruda darniowa, która stanowiła podstawę rozwoju produkcji żelaza na północy ziemi strzeleckiej w XIX, oraz pochodzący z jej wytopu żużel z okresu średniowiecza z Krępy oraz z czasów współczesnych z Izbicka i Kadłuba.

                                    Wydział prehistoryczny wprowadzał zwiedzających w najstarsze dzieje ziemi strzeleckiej wiele setek lat wstecz. Na ziemi panowały wtedy lodowce, które przyniosły w nasze rejony ogromne masy lodu i śniegu. Z tego okresu w muzeum można było zobaczyć narzędzia, noże i groty strzał z krzemienia, kamienny pług, młotek i siekierkę. Z okresu brązu natomiast można było zobaczyć także brązowe narzędzia i pojemniki.

                                    Specjalna gablota zawierała zawartość grobowca numer 97 z Choruli, czyli dużą urnę, która zawierała spalone rytualnie szczątki ludzkie oraz mniejszą, która prawdopodobnie zawierała napój lub pokarm na pośmiertną drogę zmarłego. W opisie do tych eksponatów autor podkreśla, iż taki pochówek charakterystyczny był dla plemion zaliczanych przez naukowców do kultury łużyckiej. Autor był przekonany, że plemiona kultury łużyckiej nie były ani Prasłowianami, ani Pragermanami, tylko należały do indoeuropejskiego ludu Ilirów. Dyskusja na ten temat trwa do dziś wśród naukowców i często zabarwiona jest ideologią.

                                    Muzeum posiadało też eksponaty z wcześniejszego okresu żelaza, z ok. 800 roku przed Chrystusem. Znalezione w Adamowiczach groby zawierały biżuterię, guziki z brązu, szklane i gliniane perły egipskie, co świadczyło o tym, iż już 2800 lat temu kobiety lubiły się stroić.

                                    Przewodnik muzealny, oprócz opisu eksponatów, przekazywał zwiedzającym podstawowe wiadomości o historii ziemi strzeleckiej. Mówił on między innymi o tym, iż około V wieku przed Chrystusem na nasze ziemie dotarły plemiona germańskie, między innymi Wandalowie. Eksponaty z tego okresu to gliniane naczynia, żelazne okucia tarcz, groty oszczepów, ostrogi, klamry do pasków, noże, wrzeciona i wiele innych. Mapa osadnictwa znajdująca się w muzeum pokazywała jak gęste było zaludnienie naszych terenów przez to plemię.

                                    Ważne stanowiska znajdowały się w Choruli, Suchych Łanach, Zakrzowie, Obrowcu, Izbicku, Kalinowicach. Według przewodnika Wandalowie opuścili Śląsk około 400. roku po Chrystusie, skąd powędrowali do Hiszpanii i Afryki. Na ich miejsce przybyli Słowianie. Z tego okresu w muzeum znajdowały się szczątki naczyń glinianych znalezionych w Grodzisku.
                                    Kolejnym wydziałem muzeum był wydział nauk o przyrodzie. Znajdowały się w nim eksponaty rodzimych owadów, wypchane ptaki i mniejsze ssaki. Wydział zawierał też zestawienie występującej na ziemi strzeleckiej flory.
                                    Opis eksponatów został wykonany w sposób niezwykle skrupulatny i jasny. Misją założycieli było przybliżenie bogatej i różnorodnej historii ziemi strzeleckiej jej mieszkańcom. Należy także zauważyć, iż pozbawiony był wszelkich elementów ideologicznych, które wystąpiły w interpretacji historii Śląska dopiero w czasach nazistowskich ze strony Niemiec i komunistycznych ze strony Polski.

                                    Dziś o muzeum prawie nikt nie pamięta. Kamienica, w którym się znajdowało, została zburzona, a po eksponatach słuch zaginął. Reaktywacja byłaby wielką szansą dla Strzelec, ponieważ kto chce poznać samego siebie, musi znać swoją przeszłość. Reaktywacja byłaby także szansą przezwyciężenia stereotypów i mitów o historii Śląska, stworzonych przez reżimy hitlerowski i komunistyczny.
                                  • berncik Re: Ciekawo historyjka: 02.05.12, 12:00
                                    Muzeum regionalne w Strzelcach Opolskich
                                    Autor:
                                    Ania_Frost

                                    Pomysł stworzenia w Strzelcach Opolskich muzeum pojawia się na komisjach strzeleckiej Rady Powiatu i także Rady Gminy od kilku lat. Niewiele osób jednak wie, iż pierwsze muzeum na ziemi strzeleckiej zostało otwarte ponad osiemdziesiąt lat temu, a dokładnie 10 grudnia 1927 roku w nieistniejącej już dziś kamienicy na rynku strzeleckim, pod adresem Ring 13. Złote litery nad wejściem dumnie informowały, iż znajduje się tu Heimatmuseum.
                                    Skrupulatnie i estetycznie uporządkowane eksponaty wypełniały przeszklone gabloty, szafy i ściany. Gazeta Strzelecka w 1928 roku pisze o muzeum: „Prastare obok najnowocześniejszego, skarby geologiczne obok dzieł rąk ludzkich, przyroda nieożywiona i życie. Nawiercony toporek praczłowieka obok delikatnego jaja ptasiego i ciała ledwo co przemienionego z poczwarki motyla. Ziemia wulkaniczna z Góry św. Anny obok kła mamuta z okresu, kiedy na naszej ziemi panowały lodowce. Trzystuletni obraz strzeleckiego księcia piastowskiego Alberta obok olejowego obrazu przedstawiającego tor saneczkowy przy posągu Ceres w parku renardowskim. O szczęku oręża w naszym Heimacie świadczą stare pistolety, szable i strzelby. W szklanych szafach stare i nowoczesne skarby sztuki uderzają wysokim kunsztem wykonania„.
                                    Muzeum strzeleckie było pokłosiem panującej w Niemczech na początku XX wieku mody na Towarzystwa Historyczne. Ernst Mücke, rektor z zawodu i redaktor dodatku pod tytułem „Aus dem Chelmer Lande” („Z ziemi chełmskiej”) do ówczesnej Gazety Strzeleckiej, zainicjował powstanie muzeum, zbierał eksponaty od mieszkańców ziemi strzeleckiej oraz skatalogował i uporządkował je w chronologiczny ciąg, przedstawiający dzieje Strzelec Opolskich od prehistorii do czasów jemu współczesnych.
                                    „W latach dwudziestych XX wieku w okolicy Strzelec i Gogolina dymiły piece wapienne. 100 lat wcześniej nad wodami Jemielniczanki i Małej Panwi pracowały fryszerki i piece do wytopu żelaza. Uprawa lnu zniknęła już dawno z okolic Strzelec i Ujazdu, gdzie tworzyła swego czasu kwitnące rzemiosło. Tak przychodziły i odchodziły kultury, które tworzyły obraz naszej ziemi” – pisze Mücke. Obraz naszej ziemi chciał Mücke przybliżyć mieszkańcom Strzelec Opolskich.

                                    Mały przewodnik po muzeum jego autorstwa opisuje ogrom zgromadzonych eksponatów.
                                    Według tej publikacji w dużej szafie ściennej znajdowały się wyroby ceramiczne z nyskich warsztatów, szopki bożonarodzeniowe z figurkami, figurka piety, figura Św. Anny i wiele innych. Szafa zawierała też stare sprzęty użytku domowego zebrane w gospodarstwach i u mieszczan strzeleckich. Oddział książek i pism posiadał na przykład oryginalne listy Gustawa Freitaga. Zbiór broni mógł się poszczycić najstarszym eksponatem - rękojeścią szabli książęcej z czasów wojen książęcych (XIV-XV wiek) znalezioną na polach koło Zakrzowa.

                                    Atrakcją muzeum były kości mamuta i innych zwierząt z epoki kamienia łupanego, wydobyte w licznych piaskowniach i kamieniołomach na Górze św. Anny. Duża witryna szklana zawierała najpiękniejsze odlewy żeliwne, wypchane zwierzęta i porcelanę. Szuflady zawierały minerały spotykane na ziemiach strzeleckich, takie jak bazalt z Góry św. Anny, piaskowce, wapienie i gips, kryształy kwarcu. Wśród eksponatów była także ruda darniowa, która stanowiła podstawę rozwoju produkcji żelaza na północy ziemi strzeleckiej w XIX, oraz pochodzący z jej wytopu żużel z okresu średniowiecza z Krępy oraz z czasów współczesnych z Izbicka i Kadłuba.
                                    Wydział prehistoryczny wprowadzał zwiedzających w najstarsze dzieje ziemi strzeleckiej wiele setek lat wstecz. Na ziemi panowały wtedy lodowce, które przyniosły w nasze rejony ogromne masy lodu i śniegu. Z tego okresu w muzeum można było zobaczyć narzędzia, noże i groty strzał z krzemienia, kamienny pług, młotek i siekierkę. Z okresu brązu natomiast można było zobaczyć także brązowe narzędzia i pojemniki.
                                    Specjalna gablota zawierała zawartość grobowca numer 97 z Choruli, czyli dużą urnę, która zawierała spalone rytualnie szczątki ludzkie oraz mniejszą, która prawdopodobnie zawierała napój lub pokarm na pośmiertną drogę zmarłego. W opisie do tych eksponatów autor podkreśla, iż taki pochówek charakterystyczny był dla plemion zaliczanych przez naukowców do kultury łużyckiej. Autor był przekonany, że plemiona kultury łużyckiej nie były ani Prasłowianami, ani Pragermanami, tylko należały do indoeuropejskiego ludu Ilirów. Dyskusja na ten temat trwa do dziś wśród naukowców i często zabarwiona jest ideologią.
                                    Muzeum posiadało też eksponaty z wcześniejszego okresu żelaza, z ok. 800 roku przed Chrystusem. Znalezione w Adamowiczach groby zawierały biżuterię, guziki z brązu, szklane i gliniane perły egipskie, co świadczyło o tym, iż już 2800 lat temu kobiety lubiły się stroić.
                                    Przewodnik muzealny, oprócz opisu eksponatów, przekazywał zwiedzającym podstawowe wiadomości o historii ziemi strzeleckiej. Mówił on między innymi o tym, iż około V wieku przed Chrystusem na nasze ziemie dotarły plemiona germańskie, między innymi Wandalowie. Eksponaty z tego okresu to gliniane naczynia, żelazne okucia tarcz, groty oszczepów, ostrogi, klamry do pasków, noże, wrzeciona i wiele innych. Mapa osadnictwa znajdująca się w muzeum pokazywała jak gęste było zaludnienie naszych terenów przez to plemię.
                                    Ważne stanowiska znajdowały się w Choruli, Suchych Łanach, Zakrzowie, Obrowcu, Izbicku, Kalinowicach. Według przewodnika Wandalowie opuścili Śląsk około 400. roku po Chrystusie, skąd powędrowali do Hiszpanii i Afryki. Na ich miejsce przybyli Słowianie. Z tego okresu w muzeum znajdowały się szczątki naczyń glinianych znalezionych w Grodzisku.
                                    Kolejnym wydziałem muzeum był wydział nauk o przyrodzie. Znajdowały się w nim eksponaty rodzimych owadów, wypchane ptaki i mniejsze ssaki. Wydział zawierał też zestawienie występującej na ziemi strzeleckiej flory.
                                    Opis eksponatów został wykonany w sposób niezwykle skrupulatny i jasny. Misją założycieli było przybliżenie bogatej i różnorodnej historii ziemi strzeleckiej jej mieszkańcom. Należy także zauważyć, iż pozbawiony był wszelkich elementów ideologicznych, które wystąpiły w interpretacji historii Śląska dopiero w czasach nazistowskich ze strony Niemiec i komunistycznych ze strony Polski.

                                    Dziś o muzeum prawie nikt nie pamięta. Kamienica, w którym się znajdowało, została zburzona, a po eksponatach słuch zaginął. Reaktywacja byłaby wielką szansą dla Strzelec, ponieważ kto chce poznać samego siebie, musi znać swoją przeszłość. Reaktywacja byłaby także szansą przezwyciężenia stereotypów i mitów o historii Śląska, stworzonych przez reżimy hitlerowski i komunistyczny.
                                    • berncik Re: Ciekawo historyjka: 08.05.12, 11:49
                                      https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5093_4141.jpg
                                      view counter
                                      Zamek w Ujeździe

                                      Anno Domini 1155 biskup Rzymu, papież Hadrian IV, roztoczył swoją opiekę na dobra biskupa wrocławskiego. W bulli protekcyjnej wydanej 23 kwietnia wyszczególnione są wszystkie miejscowości będące w posiadaniu biskupstwa. Wśród innych wymieniony jest Ujazd. To najstarsza wzmianka o mieście, jaką posiadamy.
                                      Warto wspomnieć o tym, że biskup wrocławski, jako jedyny na ziemiach polskich (w okresie przed zrzeczeniem się władców polskich praw do Śląska) posiadał tytuł księcia. W żaden sposób nie podlegał on też księciu wrocławskiemu. Biskup Henryk z Wierzbna mógł z dumą napisać w Księdze Rytuałów: "Jestem tym Henrykiem, który pędzi żywot w stanie książęcym". Żadne inne biskupstwo na ziemiach polskich nie posiadało takiego statusu. Ziemie wchodzące w jego skład rozrastały się z czasem i w 1198 r. w ich granice weszła także ziemia nyska.
                                      Nazwa miasta Ujazd ma ścisły związek ze sposobem wyznaczania obszaru osady w czasie jej zakładania. Według zwyczaju wyglądało to tak: Książę osobiście lub wyznaczony przez niego wyższy urzędnik obchodził teren przyszłego miasta. Podróż odbywała się na piechotę lub konno w zależności od zamiłowania do pieszych wycieczek lub wielkości zakładanego grodu. Podczas przejazdu na mijanych drzewach zaznaczał granice lub stawiał kamienie graniczne (to już raczej nie osobiście. Księciem nie jest się po to, żeby targać głazy). Objazd taki nazywano "ujazdem" i często taką nazwę dostawała też sama osada. Stąd samych "Ujazdów" jest dziś w Polsce ponad 20, nie wspominając o "Ujazdkach", "Ujezdkach" czy "Ujazdówkach".
                                      Nie wiadomo dokładnie, kiedy Ujazd stał się własnością biskupów wrocławskich. Bez wątpienia była to jedna z najstarszych ich ziem, ofiarowana zapewne przez któregoś z książąt (być może był to Bolesław Kędzierzawy, który od 1146 r. był zwierzchnikiem dzielnicy śląskiej).
                                      Lokowanie miasta na prawie miało miejsce znacznie później, niż założenie samej osady. 25 maja 1223 r. na chórze katedry wrocławskiej podpisano dokument lokacyjny, który zakładał nowe miasto Ujazd na prawie średzkim (czyli przeznaczonym głównie dla osad handlowych). Właścicielem dóbr był wtedy biskup Wawrzyniec, który zapisał się w historii dużą liczbą założonych ośrodków miejskich i sprowadzaniem do nich kolonistów niemieckich. Ponieważ ludność miasta przez długi czas płaciła podatki głównie w tzw. "dziesięcinie snopowej", a tego sposobu nie uznawali niemieccy osadnicy, przypuszczać można, że na początku przybyszów z Niemiec nie było zbyt wiele.
                                      W jednym z punktów lokacji biskup zastrzegł sobie prawo do budowy w nowym mieście dworu biskupiego, którego budowa ruszyła niezwłocznie. Zamek nie gościł oczywiście biskupa cały czas. Była to rezydencja gotowa na jego przyjęcie, zarządzał nią ustanowiony "prokurator", urzędnik działający w zastępstwie biskupa. Pierwszym prokuratorem Ujazdu był wójt Nysy i Ujazdu - Walter.
                                      Budowla miała początkowo charakter obronny, odpowiedni na tamte niespokojne czasy. Także sam Ujazd posiadał mury obronne, co świadczy o jego znaczeniu. W 1370 r. król czeski Wacław nakazał biskupowi wrocławskiemu rozbiórkę murów obronnych, a w 1414, po zatargu z księciem Bernardem Niemodlińskim, podpisano ugodę, na mocy której książę musiał zgodzić się na rozbudowę istniejących umocnień Ujazdu.
                                      Zamek zbudowano na planie czworoboku o wymiarach zewnętrznych 31,5 m na 23 m. Grubość muru wynosiła na całej długości ok. 2 m, ponadto zamek otoczony był dwiema fosami, z których zewnętrzna szeroka była na 13-20 m. Fosa wewnętrzna szeroka na 12-15 m i głęboka na 4-5,5 m. Budynek posiadał strategicznie usytuowaną wieżę mieszkalną, z której widać był zarówno wjazd i dziedziniec zamku, jak i całe miasteczko. Ponadto wokół warowni nasypano dwa wały ziemne, jeszcze bardziej utrudniające przeciwnikom jej zdobycie.
                                      Charakter obronny siedziby wrocławskich biskupów utrzymał się długo. Na rycinie z 1535 r. (patrz "Tajemnica czerwonej teczki", Strzelec Opolski nr 551) widać panoramę Ujazdu, nad którym króluje warowna budowla, która ma niewiele wspólnego z późniejszym znanym obrazem pałacu. Zamiłowanie do grubych murów nie było tylko niepotrzebną modą. Na początku XV wieku przez Śląsk przeszła fala wojsk husyckich. Walczący w awangardowy sposób Czesi zdobyli i spalili wiele miast. Taki los spotkał pobliskie Strzelce, więc mimo braku źródeł pisanych, przypuszczać można, że podobny spotkał też Ujazd.
                                      W 1428 r. biskup wrocławski, książę Konrad Oleśnicki, pilnie potrzebował pieniędzy, by opłacić armię przeciw nadciągającym husytom. Pożyczkę na ten cel wziął od Bernarda Oleśnickiego, któremu jako zastaw oddał miasto Ujazd. Bitwa pod Nysą zakończyła się sromotną klęską wojsk biskupich i wspierającego go rycerstwa. Dla Konrada Oleśnickiego, który ledwie uszedł z pogromu z życiem, oznaczało to dalsze kłopoty finansowe i zastaw nigdy nie został wykupiony. Ujazd wraz z zamkiem przechodził potem z jednych książęcych rąk do drugich.
                                      Biskupstwo w końcu pozbyło się Ujazdu w 1524 r., sprzedając go Mikołajowi Dluhomilowi, sprawującemu w owym czasie funkcję wójta. Biskup pozostawił sobie tylko prawo pierwokupu miasta oraz (między innymi) prawo goszczenia w progach zamku. Świadczy to, że ujazdowska rezydencja była dla biskupa cały czas bardzo ważna.
                                      Okres panowania Dluhomilów nie był dla mieszkańców miasta pomyślny. Nowi panowie nakładali liczne daniny i obowiązki, mimo gwarancji zawartych w akcie sprzedaży miasta. Zabrali się też za przebudowę swojej siedziby.
                                      W 1580 r. rozpoczęto budowę nowego, renesansowego pałacu, wykorzystując fundamenty starego zamku. Posiadał on obszerną sień nakrytą sklepieniem kolebkowym z lunetami ozdobionymi renesansowymi dekoracjami. Miał też obszerne sale sklepione kolebkowo i bogato zdobione. Jedna znajdowała się w narożniku południowo-wschodnim, druga w północnym. W budowli powstała klatka schodowa z półpiętrem. Wiele elementów z tamtej przebudowy zachowało się aż do ostatnich dni świetności ujazdowskiego zamku.
                                      W 1660 r. za czasów Anny Julianny Kochcickiej miał miejsce remont. Zamek przebudowywany był jeszcze w XVIII i XIX wieku.
                                      23 stycznie 1945 r. do Ujazdu dotarły pierwsze wojska sowieckie. Podobnie jak w Strzelcach, zniszczono tu ponad 70% zabudowy miasta. Spalony został również pałac, który do dziś pozostaje jedynie ruiną.
                                      Istnieje cień szansy, że najpiękniejsza budowla Ujazdu doczeka się przywrócenia dawnej świetności. Niewykluczone, że gmina przejmie jej teren.
                                      Ujazd do dziś żyje pamięcią pomyślnych lat, o czym świadczy herb z mitrą biskupią i dwoma pastorałami. Przed 1945 r. herb ten był jeszcze bardziej wymowny. Między dwoma pastorałami widniały dwie wieże zamkowe - jedna właściwa a druga odbita w wodzie.
                                      Źródła: Ryszard Morawiec, Ziemia Ujazdowska, jej dzieje i współczesność; 1997.
                                      Marek Gaworski, Zamek w Ujeździe; 2009.
                                      Romuald Kubik, Piotr Smykała
                                          • annak12 Re: 08.05.12, 19:07
                                            szwager_z_laband napisał:

                                            > Ana, gdouch ci - moj somsiad sam zza sciany je ze Starego Ujazdu:)

                                            Szwager,to Ujejsce:)drugi twoj somsiad ze Slawiyncic,chyba we goudce niy ma moc roznicy,poza tym"ou","uo"
                                        • berncik Re: 08.05.12, 19:00
                                          Fajnie Anna zes wsadzioua ten zomek ,Mozno go odbudujom.Tak przinajmi godajom.
                                          Fto to mo zaplacic?Ta ruina je interesantno.We troch gorszym stanie jak Strzelecko ,ale zato mynszo, to moze byc szansa ,jakis hotel mozno.
                                          • berncik Hrabiowski kaprys 15.05.12, 16:16
                                            https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5197_4242.jpg

                                            Hrabiowski kaprys

                                            Wieża Ischl była kaprysem właścicieli zamku. Nie służyła do niczego innego niż spędzanie w niej wolnego czasu (kto jak kto, ale hrabiowie mieli go dużo) i podziwianie z jej murów okolicy.
                                            Wędrując po strzeleckim parku, trudno odgadnąć, gdzie ta budowla się znajduje. Żeby do niej dotrzeć, trzeba albo zapytać się któregoś z przechodniów, albo wykazać dużą determinacją. Park w kierunku południowym w pewnym momencie przechodzi w wąską ścieżkę ograniczoną szpalerem drzew. Po obu jej stronach rozciągają się pola należące do dawnych dóbr hrabiowskich i rolników z Suchych Łanów. Trzeba przejść spory kawałek, by zobaczyć budowlę schowaną wśród przewyższających ją drzew.
                                            Taki krajobraz to wynik kilkudziesięciu lat zaniedbań. Pierwotnie wieżę Ischl otaczał niski, zadbany drzewostan. Zarówno sam budynek był doskonale z daleka widoczny, jak i można było z niego oglądać panoramę okolicy.
                                            Budowla składała się z czterech kondygnacji. W zamyśle miała imitować średniowieczy budynek, na co w XIX wieku panowała moda. Na każdym piętrze wnętrze rozjaśnione było przez ostrołukowe, gotyckie okno. Na szczycie budowli zorganizowano platformę widokową, którą dla bezpieczeństwa ogrodzono balustradą.
                                            Ozdobą budynku była malutka, drewniana wieżyczka przylepiona z jej zachodniej strony. Skonstruowano ją na modłę pruską z widoczną belkową konstrukcją ścian. To przez nią prowadziło wnętrze na taras widokowy. Do dziś zachowały się z niej drewniane podpory. Do samej wieży wchodziło się od strony południowej, a wejście osłaniał dach, także wykonany z drewna. Podstawę budynku otaczał ganek.
                                            Na pomysł wybudowania wieży wpadł Andreas Graf Renard w 1841 r. Był to prezent dla jego żony, Eufemii von Renard. Pracami budowlanymi zajął się mistrz Roch, który swe dzieło ukończył w 1842 r. pod kierownictwem inspektora budowlanego Schmidta.

                                            Kulminacyjnym punktem przedsięwzięcia było osadzenie drewnianej szpicy wieżyczki, na której była mała metalowa ozdobna kula. Odbyło się to 2 października w bardzo uroczystej oprawie. Do pustego wnętrza kuli włożono zalutowaną puszkę, w której wcześniej umieszczono pamiątki. Znalazły się tam spis hrabiowskich włości, dokumenty poświęcenia budowli oraz 2 talary. Przy dźwiękach muzyki szpicę wciągnięto na wysokość 80 stóp i umocowano na szczycie wieżyczki.
                                            Uroczystość zakończenia budowy zbiegła się w czasie z dniem ślubu córki Renardów, Marii Krystyny z baronem von Tschirschky-Reichell. Dzień przed zaślubinami młoda para z rodziną i zaproszonymi gośćmi udała się do wieży, gdzie czekał na nią namiot z hrabiowską flagę. Przywitała ich tam muzyka orkiestrowa. Po uroczystym ustawieniu wieżyczki na wieży Ischl wszyscy przenieśli się do zamku, gdzie w wielkiej sali wydano bal. Przedtem z parku wyłonił się korowód urzędników z prezentami i życzeniami dla młodej pary.
                                            Inspiracją dla stworzenia wieży Ischl była podobna budowla z Austrii, ufundowana przez Margarethe von Kolovrat, siostrę byłego właściciela zamku, Georga von Redern. Wieża wznosiła się na alpejskiej hali Hoysenrad w pobliżu miejscowości Ischl.
                                            Budowlę wykorzystywano między innymi do obserwowania polowań odbywających się licznie w jej okolicach. Zresztą przy samej wieży hrabia założył hodowlę bażantów. W pobliżu wieży Ischl w 1902 r. odsłonięto pamiątkowy kamień. Wtedy to niemiecki cesarz Wilhelm II miał położyć 50-tysięczną sztukę bażanta i to białego. Jednak była to typowa kurtuazja w stosunku do cesarza. Właściciele dóbr prześcigali się w tego rodzaju pomysłach, żeby nie zawieść Najjaśniejszego Władcy.

                                            Jak w przypadku większości zabytków na naszej ziemi, czarne dni dla Ischl nadeszły w styczniu 1945 r. Wieża co prawda uniknęła zniszczeń wojennych, ale ludowa władza robiła wszystko, żeby zabytek popadał w ruinę i nie była zainteresowana jego ochroną.

                                            Resztę dokończyli wandale. Wiemy z przekazów ustnych, że miejscowy chłopak razem z kolegami kopniakami zrzucili drewnianą wieżyczkę ze szczytu budowli...

                                            Z Ischl związana jest jeszcze jedna, niesprawdzona historia. Według niektórych przekazów wieżę miał łączyć z zamkiem podziemny tunel. Jego istnienie potwierdzają okoliczni mieszkańcy. Może to być pozostałość dawnego tunelu ucieczkowego, powstałego na długo przed XIX w., albo sekretne przejście dla właścicieli zamku. Po co właściciele dóbr mieliby zjawiać się w tajemnicy w odosobnionej, lecz przytulnej budowli, można jedynie przypuszczać...
                                            ROMUALD KUBIK, PIOTR SMYKAŁA
                                            Aus dem Chelmer Lande, 1928, nr 2

                                            • berncik Był grobowiec... 22.05.12, 20:27
                                              https://www.strzelecopolski.pl/files/images/b-2968-b.jpg
                                              Ta kaplica jeszcze pamientom:
                                              Był grobowiec...
                                              To była jedna z najpiękniejszych budowli w Strzelcach. Istniała jeszcze w latach 60. XX wieku i najstarsi mieszkańcy zapewne pamiętają jej charakterystyczną sylwetkę. Kaplicę Renardów postawiono w samym centrum, naprzeciwko kościoła katolickiego pw. Bożego Ciała (dawnego kościoła ewangelickiego).

                                              Budowla powstała z inicjatywy Gräfin Euphemii, żony Grafa Renarda. Jako osoba głęboko wierząca wystarała się u władz kościelnych o zgodę na postawienie własnej kaplicy-mauzoleum. Budowę rozpoczęto w 1837 roku, a projektem zajął się architekt Hermann Friedrich Wäsemann (1813-1879), który zasłynął między innymi z projektu ratusza w Wałbrzychu i tzw. "Czerwonego Ratusza" w Berlinie. Plany posiadały kilka wersji, z których hrabia zaaprobował najbardziej przypadającą mu do gustu.

                                              Kaplicę św. Andrzeja postawiono w pobliżu średniowiecznych murów miasta w otoczeniu parkowej zieleni. Służyła do odprawiania nabożeństw dla rodziny hrabiowskiej i mieszkańców zamku. W jej podziemiach znajdowało się mauzoleum, w którym składano doczesne szczątki rodziny Renardów.

                                              Pochowano tu przedstawicieli rodziny Renard (według oryginalnej pisowni):

                                              Euphemia Graefin Renard
                                              * 16 października 1827
                                              † 12 lutego 1838

                                              Maria Graefin verm. von Tschirschky-Reichell
                                              * 5 sierpnia 1826
                                              † 4 lutego 1847

                                              Euphemia Graefin Renard geb. Rudzinska von Rudno

                                              * 10 grudnia 1800

                                              † 26 kwietnia 1853

                                              Hippolith Graf Renard
                                              * 1 listopada 1831
                                              † października 1855

                                              Johannes Graf Renard
                                              * 24 marca 1829
                                              † 7 marca 1874

                                              Andreas Maria Graf Renard
                                              * 12 stycznia 1795
                                              † 21 listopada 1874

                                              Świątynia służyła jako miejsce odprawiania nabożeństw tylko do czasu, kiedy żyli jej fundatorzy. Potem nie odprawiano już w niej żadnych katolickich obrzędów.

                                              Po roku 1945 budowla popadła w ruinę. Nie otoczono jej opieką, a wandale robili w jej wnętrzu, co chcieli. Władze miasta zdecydowały o rozbiórce kaplicy św. Andrzeja.

                                              Za sprawą proboszcza parafii św. Wawrzyńca, ks. Stefana Baldego, zbezczeszczone mauzoleum rozebrano na początku lat 70. Szczątki rodziny Renard przeniesiono na cmentarz parafialny św. Barbary. Dla zachowania pamięci o właścicielu zamku, który tak bardzo przyczynił się do rozwoju naszej ziemi, znacznie później postawiono płytę nagrobną. Pomnik Andreasa Marii Grafa Renarda stoi przy głównej alei cmentarnej.

                                              Materiał z rozebranej kaplicy posłużył m.in. do budowy murku odgraniczającego park miejski i budynek sądu od ulicy Opolskiej. Uważny obserwator może znaleźć w tym murze kamienie z widocznymi śladami inskrypcji z dawnego mauzoleum. W miejscu, gdzie stała niegdyś kaplica, widnieje dziś upamiętniający ją pomnik

                                              Romuald Kubik, Piotr Smykała
                                              • berncik Re: Był grobowiec... 29.05.12, 20:51
                                                https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5196_4241.jpg
                                                Wzgórze straceń

                                                Historia

                                                Moja matka opowiadała mi legendę. Dawno, dawno temu diabeł opanował wzgórze między Strzelcami a Szymiszowem. Nikt nie odważył się tam zbliżać ani w dzień, ani tym bardziej w nocy. Złe moce polowały tam na prostaczków i wiodły ich na zatracenie. Ludzie wreszcie postanowili odegnać demony, stawiając na tym miejscu kościół.
                                                Budowa świątyni nie szła jednak łatwo. Jak tylko robotnicy postawili w dzień mur, to w nocy ktoś lub coś burzył go, zarzucając głazami z okolicznych pól. Rankiem robotnicy wracali i odbudowywali zniszczony fragment muru, a nocą historia się powtarzała.
                                                Ta przepychanka z siłami nieczystymi trwała wiele dni, aż w końcu mieszkańcy musieli uznać, że zostali pokonani. Zamiast na wzgórzu, kościół wybudowano w pobliskim Szymiszowie, pozostawiając pagórek we władaniu złych mocy. Unikano potem tego miejsca, a o klęsce budowniczych świadczyły ruiny niedokończonej świątyni.

                                                Z rożniątowską górą związana jest też inna legenda:
                                                Obok góry wiodła prastara droga (dziś szosa). "Kronika Tarnowska" wymieniła dwie drogi prowadzące z Opola do Strzelec. Jedna, znana jako "droga wojskowa", wiodła w średniowieczu z Opola przez Nakło, Strzelce, Tarnowskie Góry, Bytom, Kraków, Sandomierz do Rosji. Druga - z Opola po prawej stronie Odry przez Groszowice, Miedzianą, Kamień, Kalinów - do Strzelec. Więc obok Rożniątowa.
                                                Z "Kroniki Tarnowskiej" wynika, że książę Henryk Brodaty, małżonek św. Jadwigi, używał tej drogi podczas wypraw wojennych na Kraków w latach 1234-1238, a także jego syn Henryk II Pobożny w czasie najazdu Mongołów w 1241 roku, kiedy stoczono bitwy z ich hordami, dowodzonymi przez wodza Peta, pod Raciborzem, Opolem i Legnicą. Drogą tą przemieszczały się różne kolumny wojsk. Na bazie tych wydarzeń powstała legenda o wojsku św. Jadwigi.

                                                Niezliczona armia rycerzy i ciężko zbrojnych jeźdźców miała zebrać się pod sztandarami św. Jadwigi na wzgórzu pomiędzy Rożniątowem a Strzelcami. Wojownicy byli szkieletami, ale uzbrojonymi od stóp do głów i gotowymi do walki, z jedną nogą w strzemieniu. Tak zanurzyli się we wnętrze góry rożniątowskiej i oczekują tam na dzień, kiedy nastąpi ostateczna bitwa narodów, podczas której śpiące wojsko doprowadzi do decydującego zwycięstwa.
                                                Niejeden wędrowiec nocujący na tej górze słyszał o północy odgłosy tupiących nogami koni wewnątrz góry...
                                                Prawdziwa historia "Ruiny" albo "Ruinabergu" jest równie mroczna. Strzelce, które posiadały prawo miecza, wykorzystywały wzgórze do wykonywania na nim kary śmierci. W dokumentach zapisano, że egzekucji dokonywano na "Lipiczach", które ciągną się od dzisiejszych murów szpitala po sam Szymiszów. Wzgórze, oddalone od miasta, dawało jednak dobry widok na miejsce straceń.
                                                Nie wiadomo, czy miejsce straceń na wzniesieniu było drewniane czy murowane. Zachowany rysunek ze stycznia 1537 roku ukazuje murowany "Rabenstein" w okolicy miasta. Ponieważ jednak artysta ukazał na obrazie obok siebie Strzelce i Opole, nie można mieć pewności, że murowane miejsce straceń rzeczywiście znajdowało się przy Strzelcach. Na samej Ruinie nie odnaleziono dotąd żadnych śladów dawnego miejsca wykonywania egzekucji. Śmiałkowie, którzy chcieliby tego dokonać, musieliby dziś nie tylko przedzierać się przez gęste krzaki i drzewa, ale także przekopywać przez śmieci. Wzgórze wykorzystywano przez dziesięciolecia jako darmowe śmietnisko.
                                                Zachowane zdjęcia z lat 30. pokazują Ruinę zupełnie pozbawioną roślinności. Taka musiała też być w wiekach średnich, skoro podróżujący ze Strzelec do Opola rysownik dokładnie widział miejsce kaźni i mógł potem je uwiecznić na obrazie. Gęsta roślinność to zatem efekt ostatnich dziesięcioleci.
                                                Znana jest dokładnie historia jednej z wykonanych tu egzekucji. 24 września 1665 roku święcenia kapłańskie przyjął baron Ferdinand Trach von Brzezie. Był on paziem na dworze biskupa wrocławskiego, Sebastiana von Rostock. Pierwotnie wyznania protestanckiego wielmoża nawrócił się na katolicyzm i wstąpił w stan kapłański. Już po trzech miesiącach otrzymał pod opiekę probostwo w Centawie. W 1674 przeniósł się do Lubowic, gdzie przebywał 20 lat. Był też kanonikiem w Raciborzu.
                                                Koniec życia postanowił spędzić pod Górą św. Anny. Przekazał wszystkie dotychczasowe funkcje i w 1694 roku wybudował sobie tutaj pustelnię, gdzie wiódł proste życie eremity.
                                                10 maja 1701 roku zjawił się u niego posłaniec pocztowy, który "zażądał zapłaty za przysługę sprzed dwóch lat". O jaką dokładnie przysługę chodziło - nie wiadomo. Między pustelnikiem a posłańcem doszło do ostrej sprzeczki, podczas której ten drugi chwycił za włócznię i przebił starca dwukrotnie. Ciężko ranny zmarł następnego dnia, zdążywszy wcześniej się wyspowiadać i sporządzić testament.
                                                Winnego zbrodni aresztowano i dostarczono do Strzelec. W owych czasach orzeczenia sądu przeważnie zapadały szybko i były surowe. Mordercę przewieziono na górę straceń, gdzie wykonano wyrok śmierci. Wiadomo także o innych straceniach w tym miejscu. Góra zasłużyła więc sobie na ponurą sławę i w legendach mieszkańców utrwaliła się jako złe miejsce.
                                                Ruiny, które dzisiaj widać na wzgórzu, to pozostałość budowli z XIX wieku. W 1866 roku wymieniana jest ona dość nieprecyzyjnie jako "sztuczna ruina i kaplica". Fałszywe ruiny, romantyczne miejsca tworzono wówczas powszechnie, lecz w rzeczywistości była to pozostałość po prawdziwej kaplicy.

                                                W (najprawdopodobniej) 1838 roku hrabina Euphemia, osoba wielce pobożna, nakazała wybudować w tym miejscu kaplicę ku czci św. Floriana, patrona Suchych Łanów. Od 4 maja 1811 roku, odkąd ogromy pożar strawił połowę wsi, mieszkańcy Łanów, w rocznicę tej tragedii, obchodzili uroczystości ku czci świętego, chroniącego przed czerwonym kurem.
                                                Kaplica miała charakter wieży postawionej w stylu gotyckim. Jej wysokość wynosiła 6-7 metrów a powierzchnia podstawy ok 10 m2. Obraz ołtarzowy, na cześć fundatorki, przedstawiał św. Euphemię, a w niszy od przedniej strony budowli ustawiono drewnianą figurę św. Floriana.
                                                Dwie dekady później doszło do ogromnego głodu i niedostatku. W 1854 r. Euphemia postanowiła pomóc mieszkańcom, przebudowując kaplicę na kościół. Pracujący przy budowie ludzie dostawali w zamian żywność. Budowa świątyni nie została ukończona z powodu śmierci fundatorki. Niedokończony kościół z czasem popadł w ruinę, stając się źródłem legend.
                                                Piotr Smykała, Romuald Kubik

                                                Źródła: Mücke E., Der Ruinenberg bei Rosniontau, Aus dem Chelmer Lande, numer 11, Jahrgang 1929; Mücke E., Das schlafende heer von Rosniontau, Aus dem Chelmer Lande, numer 1, Jahrgang 1931.
                                                • berncik Biała dama 06.06.12, 19:04
                                                  Biała dama

                                                  Dzieje strzeleckiego zamku i losy jego mieszkańców w zadziwiający sposób splatały się z historią średniowiecznej Polski. Niewiele brakowało, aby pani na tym zamku została królową.
                                                  Historia ta sięga jeszcze XIV wieku, kiedy to panem na strzeleckim zamku był książę Albert, trzeci syn księcia opolskiego, Bolka I. Jego matką była Agnieszka. Co ciekawe, nic nie wiadomo o jej pochodzeniu, co może sugerować, że nie wywodziła się z wysokiego rodu. Ciekawostką jest, że to właśnie Bolko I ufundował klasztor cysterski w Jemielnicy.
                                                  Po śmierci ojca w 1313 r., Albert otrzymał ziemię strzelecką. Nie miał wtedy jeszcze 14 lat i początkowo wraz z bratem, Bolkiem II, rządził księstwem opolskim i strzeleckim. Około 1221 r. bracia podzielili się ojcowizną i od tego momentu Albert jest już samodzielnym księciem strzeleckim.
                                                  Strzelce nie były łakomym kąskiem dla potomka potężnego rodu Piastów. Zastał tu solidną budowlę obronną, ale zbyt skromną, jak na siedzibę księcia. Strzelce stały się stolicą nowego księstwa i potrzebowały odpowiedniej siedziby. Albert zajął się więc umacnianiem i upiększaniem zamku.
                                                  Zasypano część fosy i zlikwidowano stary wał ziemny. Niedaleko istniejącej wieży obronnej dobudowano nową - mieszkalną, o podstawie 9,6x13,4 m. Miała ona 2 piętra, a jej piwnice wykorzystywane były aż do roku 1945 jako skład win. Zamek otoczono murem kurtynowym. Niedługo potem murami obronnymi otoczono całe miasto.
                                                  Mimo wysiłków, pozycja Alberta na tle innych władców nie była zbyt silna. Jednym z najmocniejszych jego atutów była jedyna córka, Elżbieta, jakiej dochował się z Agnieszką, córką burgrabiego Magdeburga Burcharda I, kobietą niezwykłej urody.
                                                  Elżbieta urodę odziedziczyła po matce i wkrótce o jej rękę starać się zaczęli możnowładcy ze wszystkich ziem bliższych lub dalszych. Posagu mogła wnieść do małżeństwa niewiele, lecz już sama książęca krew była wielkim wabikiem, a Elżbieta w prostej linii pochodziła od Bolesława Krzywoustego. W późniejszych legendach Elżbietę nieprawidłowo nazywano "Agnieszką", imieniem jej matki.
                                                  Spośród licznych ofert małżeństwa wybrano najlepszą - księcia kujawskiego, Władysława Białego, jak się później okazało ostatniego ze swego rodu. Dzięki temu małe ksiąstewko weszło w koligacje z najpotężniejszym panem na Mazowszu i Kujawach. Szczęśliwym trafem ustawione od góry małżeństwo, które sfinalizowano w 1359 r., okazało się udane. Młodzi przypadli sobie do gustu i zakochali bez pamięci.
                                                  Młoda para przeniosła się do Gniewkowa, którego dwór był uboższy od strzeleckiego. Tamtejszy zamek był skromny nie dlatego, że książę kujawski nie miał na niego funduszy. Dwie dekady wcześniej został zdobyty i spalony i tylko częściowo odbudowany. Małżonek robił jednak wszystko, by zapewnić swej wybrance najlepsze warunki i umieścił ją w najpiękniejszej komnacie. Przekazy z epoki mówią, że para książęca uznawana była za jedną z najszczęśliwszych w ówczesnej Europie.
                                                  Sielankę przerwała tragedia. W 1360 r. (prawdopodobnie 9 marca) Elżbieta nagle umiera, a okoliczności tej śmierci są bardzo tajemnicze. Być może padła ofiarą skrytobójstwa. Od tego czasu na strzeleckim zamku zaczęła pojawiać się biała dama - duch księżniczki Elżbiety, która powróciła do miejsca, gdzie za życia czuła się najbardziej szczęśliwa. Białą damę widziano wielokrotnie spacerującą po dziedzińcu i pokojach strzeleckiego zamku.
                                                  Mnich i kandydat na króla
                                                  Młody małżonek po stracie ukochanej wpadł w potworną rozpacz i zerwał z dotychczasowym życiem. Najpotężniejszy pan na Kujawach sprzedał swoje księstwo Kazimierzowi Wielkiemu za sumę 1000 florenów, a sam rozpoczął długą podróż po Europie i Bliskim Wschodzie. Odwiedził m.in. Jerozolimę, Malbork i Pragę. W 1366 r. zjawił się w Awinionie, gdzie spotkał się z papieżem Urbanem V. Spotkanie z papieżem, który jest dziś czczony jako święty, wpłynęło na decyzje o dalszym życiu. Po czternastodniowym pobycie w Awinion Władysław wybrał życie zakonne i wstąpił do cystersów w miejscowości Citeaux. Ówczesny opat, Jan IV de Bouxiere, przyjął księcia niechętnie do klasztoru i to pod warunkiem, że nigdy nie powróci do życia świeckiego. Rok później widzimy jednak już wielmożę w klasztorze benedyktynów w Dijon. Być może ich znacznie łagodniejsza reguła bardziej mu odpowiadała. Zmiana zakonu nie przysporzyła księciu sympatii u cystersów. Opat wysłał nawet za zbiegiem wysłannika, który miał nakłonić go do powrotu. Warunkiem było ukorzenie się winnego i przyjęcie zwyczajowej u cystersów kary chłosty. Książę propozycji nie przyjął.
                                                  Sytuacja zmieniła się diametralnie w 1370 r., kiedy ziemski padół opuszcza król polski Kazimierz Wielki. Umiera bezpotomnie, a jednym z potencjalnych kandydatów na polski tron jest płowowłosy możnowładca z Kujaw. Na mocy wcześniejszych układów królem został co prawda władca Węgier, Ludwig Andegaweński. Nie chciały się z tym pogodzić możne rody Wielkopolski, które do przebywającego w Dijon Władysława Białego wysłały poselstwo nakłaniające go do przejęcia władzy w kraju. Posłami owymi byli: Przedpełk ze Stęszewa, Wyszota z Kurnika z rodu Łodziów i Stefan z Trląga z rodu Pomianów.
                                                  Na księciu zemściły się wcześniejsze deklaracje. Udał się do kurii papieskiej w Awinion, by ta zwolniła go z zakonnych ślubów. Papież jednak, zaprzyjaźniony z dworem andegaweńskim, dyspensy księciu nie udzielił. Władysław zamiast więc prosto do Polski, udał się na dwór węgierski, by prosić na nim o wsparcie u papieża. Starania te nic nie dały, a papież w dwóch bullach kategorycznie odmówił zwolnienia Władysława ze ślubów. Uzasadniał to (i słusznie), że byłoby to zagrożeniem dla panowania w Polsce Ludwika Węgierskiego. Książę nie odzyskał nawet swego księstwa gniewkowskiego, którego pozbył się po stracie małżonki.
                                                  Na tym właściwie zakończyły się możliwości zdobycia korony polskiej. Władysław Biały wielokrotnie próbował jeszcze siłą odzyskać swe dawne włości, lecz nigdy mu się to nie udało. W 1373 r. rozgromiono jego wojsko pod Gniewkowem, a w 2 lata potem królewskie wojska okrążyły go w Złotoryi.
                                                  Ranny i pokonany książę zrezygnował ze swych pretensji do tronu, lecz w zamian otrzymał odszkodowanie - 10000 florenów i stanowisko opata w klasztorze benedyktyńskim Pannonhalma na Węgrzech. Wybrał jednak Dijon, gdzie w 1382 r. zastała go wiadomość o śmierci Ludwika Węgierskiego. Władysław znów poprosił papieża o dyspensę. Tym razem ją otrzymał i... nic nie zrobił. Być może czuł się po prostu za stary. W chwili śmierci Ludwika był już grubo po 50. Niemal pewny kandydat do tronu polskiego przeżył swoje ostatnie lata poza krajem. Zmarł 29 lutego 1388 r. w Strasburgu i pochowany został, zgodnie ze swoją wolą, w opactwie w Dijon.
                                                  Historia księcia-mnicha już za jego życia stała się legendą. Mnisi z Dijon mówili o nim "Le Roy Lancelot" - książę Lancelot, co nawiązywało do opowieści o Okrągłym Stole. Przez kronikarzy wspominany jako największy awanturnik swej epoki i błędny rycerz. Gdyby nie przedwczesna śmierć żony i wstąpienie do klasztoru, prawdopodobnie to on właśnie zasiadłby na tronie polskim. Również miłość i tajemnicza śmierć Elżbiety (przemianowanej z czasem na "Agnieszkę") fascynowały współczesnych i potomnych.
                                                  Epilog
                                                  31 grudnia 1796 r. hrabia Phillip Collona napisał do Franza Harrassowskiego list. Wspomina on o 30 rocznicy śmierci księcia Luisa (nie wspomina o jakiego dokładnie księcia chodzi). Pisze, że "na osiem dni przed owym tragicznym wydarzeniem w pałacu ukazała Biała Dama". Hrabia kategorycznie zakazał wspominać o tym komukolwiek.

                                                  Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                  Źródła: Nowack A., Die Reichsgrafen Colonna, Freiherrn von Fels auf Gross Strehlitz, Tost und Tworog in Oberschlesien, Gross Strehlitz 1902.
                                                  • berncik Spłonął raz na zawsze. 12.06.12, 17:41
                                                    https://www.strzelecopolski.pl/files/images/5522_4608.jpg
                                                    Spłonął raz na zawsze.

                                                    Historia

                                                    Dyrekcja Dóbr Hrabiowskich była perełką architektoniczną, określaną jako pomnik kultury pierwszej klasy. Budynek pochodził z XVIII wieku, z czasem zapewne rozbudowany. Stał on na skraju parku w miejscu domków jednorodzinnych przy ulicy Parkowej w Strzelcach Opolskich, naprzeciwko dzisiejszego parkingu.
                                                    Przed 80 laty okolica ta wyglądała zupełnie inaczej. Tam, gdzie dziś parkują auta, stały tzw. "czworaki". Szeregowe domy dla dworskiej służby, rozebrane kilkanaście lat po II wojnie. Były bardzo charakterystycznym elementem w krajobrazie miasta. Mieszkająca w nich służba była na tyle oddalona od strzeleckiego zamku, by nie przeszkadzać właścicielom w ich słodkim życiu i na tyle bliska, by być zawsze pod ręką. Naprzeciwko czworaków stała Dyrekcja Dóbr Hrabiowskich, w której znajdowało się zarówno mieszkanie dyrektora oraz wyższych urzędników, jak i biura administracji. Nazwa budynku przypominała, że zarządzano w nim nie tylko dobrami ziemskimi w Strzelcach. Hrabia Renard był też właścicielem licznych kopalń i hut. Administrowano nimi właśnie z tego miejsca za pośrednictwem dyrektorów, którzy byli prawą ręką właściciela. Dyrektorami Generalnymi w Strzelcach byli między innymi: Franz von Haraschowsky (zmarł w 1806 r.), Franz von Zawadzky (1791-1849), Hermann Wenzel (1814-1872), potem Bieler i Dieterici.
                                                    Budynek posiadał dach konstrukcji mansardowej, pokryty płytkami łupka, co nadawało mu swoisty urok. Ten rodzaj pokrycia miał jednak dużą wadę. Łupek doskonale kryje belki, co w razie ognia powoduje, że używana do gaszenia woda trudniej dostaje się w miejsce pożaru.
                                                    Budynek z każdej strony obrastał bluszczem dochodzącym do I piętra. Zależnie od pory roku liście bluszczu miały barwę od zielonej do czerwonej, co nadawało dodatkowego uroku. Wśród bluszczu od frontu można było zauważyć herb Renardów. Od frontu również widać było półokrągłą (przypominającą absydę) klatkę schodową mieszczącą kręcone szerokie metalowe schody. Tylna część budynku wychodziła na kort tenisowy i pole do gry w krykieta. Mieścił się tutaj rozległy balkon na wysokości I piętra, z którego rozpościerał się widok na park i staw. Od strony parku znajdowały się po bokach budynku dwa ryzality (występy z elewacji) zakończone dachem, a między nimi - duży balkon.

                                                    Od frontu znajdowała się studnia, z której wodę czerpali mieszkańcy oraz chłopcy-służący, którzy myli dorożki. Od strony północnej z dachu wystawał dość duży komin. Piwnice miały stropy kolebkowe i były przeznaczone między innymi do przechowywania żywności i wina. Całość sprawiała wrażenie małego bajkowego pałacu.
                                                    Okazałość Dyrekcji Dóbr nie była przypadkowa. To ten budynek witał gości udających się do zamku i sprawiał na nich odpowiednie wrażenie. Mieściły się w nim także pokoje gościnne. W czasie urządzanych polowań to właśnie stąd wyruszały specjalne powozy, które zawoziły gości na miejsce.
                                                    Budynek nie miał szczęścia do ognia. Spłonął w 1929 roku. 13 stycznia żywioł zajął drewniane elementy konstrukcyjne dachu. Przybyłe na ratunek zastępy strażaków miały nie tylko problem z łupkowym dachem, skutecznie oddzielającym ogień od wody. Zima była tak mroźna (-25˚C), że woda zamarzała w wężach, praktycznie uniemożliwiając akcję ratowniczą. Budynek bardzo poważnie ucierpiał podczas pożaru. Najgorsze było to, że ogień strawił bardzo dużo ważnych i starych dokumentów dotyczących zamku, miasta oraz transakcji hrabiowskich.
                                                    Budynek nie został już odbudowany. Po pewnym czasie resztki rozebrano. Dyrekcja Dóbr Hrabiowskich w wyniku jednego pożaru raz na zawsze zniknęła z krajobrazu miasta.
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik
                                                    Źródła: Aus dem Chelmer Lande, nr 2, 1929;
                                                    Gross Strehlitz bilder aus dem Oberschlesischen Annabergland, Hagen - Soest 1968.
                                                    Piotr Smykała, Romuald Kubik