Jak to w koncu z tom brzozom bylo?

24.10.13, 09:53
Som teorie "specjalistow" ze ta brzoza byla sciynto jusz w czesni. Ci co jom tam wczesni scinali to dopiyro musieli byc specjalisci kerzi jusz w tedy wiedzieli ze tyn samolot dokladnie tam poleci.
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14833642,_Brzoza_scieta_5_dni_wczesniej___A__ekspert__tlumaczy_.html#BoxSlotII3img
    • socer-schlesier Re: Jak to w koncu z tom brzozom bylo? 24.10.13, 10:26
      wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14827202,Lasek__Brzoza_zostala_zlamana_10_kwietnia_w_wyniku.html#TRNajCzytSST
      • 1fatum Re: Jak to w koncu z tom brzozom bylo? 24.10.13, 11:44
        Chyba nikt nie policzy ile fantasmagorii wysnuto na temat tej lotniczej katastrofy. Kiedy zawiódł hel, bomby super magnesy i inne rojenia, to w ramach przedwyborczej retoryki na warsztat wzięto brzozę.

        Gdyby nawet - teoretycznie zakładając - została ona ścięta, to jakiego narzędzia użyto? Na pewno nie piły. Jeżeli została ścięta, to jakim sposobem w miąższu drewna znalazły się elementy samolotu i farby? Jak można było z taką precyzją zaplanować lot samolotu nad brzozą i na takiej trajektorii, aby współgrała z brzozą i jej sterczącym kikutem.

        Pytań jest cała masa i w miarę ich odrzucania chore umysły podsuwają coraz to inne.

        Osobiście nie widzę sensu dyskusji na temat nie tylko brzozy, ale i całej tej katastrofy, bo niezależnie od % winy polskiej i rosyjskiej strony niepodważalnym faktem pozostaje ten, że samolot z nieprzygotowaną załogą znalazł się za nisko i do katastrofy doszło. Gdyby nawet Ruscy celowo prowadzili samolot do katastrofy, to przecież nie oni siedzieli za sterami.

        Polskiej prawicy trudno się przyznać do zwykłej katastrofy, w której zginął ich prezydent, bo wtedy ich polityczna pozycja zostałaby jeszcze bardziej zmarginalizowana. Z tą katastrofą jest bez znaczenia wynik ekspertyz i prawdziwe jej przyczyny. Liczy się podgrzewanie atmosfery do czasu wyborów. Takie sobie "gonienie króliczka". Nikt z prawej strony sceny politycznej nie pragnie prawdy, bo ją zna. Ta prawda jest im niewygodna i wykorzystując bardziej naiwną cześć elektoratu liczą na ich głosy.
        Kiedy zabraknie brzozy, to znajdą inne przyczyny. Miejmy nadzieję, że po wyborach ta nieświeża już wielokrotnie odgrzewana "kaczka po smoleńsku" przestanie nas straszyć.
    • 1fatum Re: Jak to w koncu z tom brzozom bylo? 24.10.13, 17:57
      Użytkownicy Internetu i ich opinie najlepiej oddają to co myśli reszta polskich obywateli. Wyłączywszy PiSuarów, Moherów i innych nawiedzonych oraz cierpiących.

      Przeczytajmy komentarze i poznamy odpowiedź.

      Tekst linka
      • 1fatum Re: Jak to w koncu z tom brzozom bylo? 24.10.13, 18:34
        Wiesław Binienda - dziekan Wydziału Inżynierii Cywilnej w Kolegium Inżynierii University of Akron. Jest także redaktorem naczelnym kwartalnika naukowego „Journal of Aerospace Engineering” wydawanego przez American Society of Civil Engineers (ASCE). Binienda nie jest ani profesorem w polskim tego słowa znaczeniu, ani fizykiem, ani eks­pertem NASA i obecnie wcale w NASA nie pracuje. Jedyne z tej wizytówki, co jest prawdą, to to, iż pracuje w USA.

        Od początku zwróciło moją uwagę to, że człowiek przedstawiany jako profesor fizyki z USA wygaduje, na temat fizyki właśnie, takie bzdury, iż nie powinien nie tylko uzyskać dyplomu z fizyki, ale nawet matury. A jednocześnie używa skomplikowanych programów komputerowych do obliczenia wytrzymałości brzozy i skrzydła samolotu, nie znając dokład­nej budowy tego skrzydła, wymiarów, przekroi, materiałów, kształtu profili konstrukcji… Jakim cudem fizyk, może obliczać wytrzymałość czegoś, o czym nie wie, jak jest zbudo­wane i z czego? Co to za fizyk, który nie wie, że drobna różnica w kształcie profilu i w skła­dzie stopu, z którego jest wykonany, może radykalnie zmieniać jego właściwości? Co to za fizyk, który nie wie, że w przypadku prowadzenia obliczeń, w których dane wyjściowe znane są w przybliżeniu (Binienda ani PiS nie mają dokumentacji technicznej tego samo­lotu), następuje zjawisko mnożenia błędu i błąd końcowy może nawet przekroczyć sto pro­cent uzyskanego wyniku? Co to za fizyk, który nie wie, iż każda teoria jest błędna, jeśli przeczą jej fakty empiryczne (brzoza została złamana, a skrzydło odpadło, więc wszelkie teorie o tym, że nie powinno odpaść, ale bo, że nie uderzyło w brzozę, są do bani i już)?

        Zacząłem szukać. Najpierw znalazłem list otwarty w „Kontratekstach”, o którym już nie pamiętałem. Jest to „Petycja w sprawie dyskryminacji obywateli polskich” z dnia 13 stycz­nia 2008, w której grupa sygnatariuszy użala się, iż nie mogą być zatrudniani na polskich uczelniach, bo pracują za granicą, gdzie nie istnieje habilitacja i stopień docenta, a nie pozwala na to ustawa, która mówi, że do tego zatrudnienia potrzebna jest habilitacja lub „znaczne i twórcze osiągnięcia w pracy naukowej”. Jednym z sygnatariuszy jest: „Wie­sław K. Binienda, The University of Akron, Akron, OH, USA”.

        A to ci dopiero! Profesor fizyki, Wiesław Binienda, jak sam uważa, nie ma habilitacji oraz „znacznych i twórczych osiągnięć w pracy naukowej”. Zaznaczam, to nie ja tak uważam, to on sam się pod tym podpisał.

        No to szperamy dalej i… bingo! Wiesław Binienda ukończył w 1980 roku Wydział Samocho­dów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. Nie jest więc fizykiem, tylko inżynie­rem od samochodów i traktorów. Fizyki nie studiował, przynajmniej na Wydziale Fizyki UW (sprawdziłem).

        No dobrze, a może nauczył się później? W końcu ja też nie studiowałem dziennikarstwa i politologii, a od 30 lat się tym zajmuję, tylko właśnie matematykę i fizykę. Czemu więc odmawiać prawa bycia fizykiem Biniendzie? A no temu, że z jego publicznych wypowiedzi wyziera kompromitujący wręcz brak znajomości elementarnych praw fizyki i to takich ze szkoły średniej (o tym dalej).

        A jak to jest z tym profesorem? W systemie amerykańskim słowo „profesor” nie oznacza stopnia naukowego, tylko etat wykładowcy na uczelni. W znaczeniu amerykańskim Binienda profesorem jest, bo rzeczywiście pracuje w Colegium of Engineering (Szkole Inży­nierskiej) University of Akron, w Akron w stanie Ohio. Po angielsku brzmi to niemal jak Oxford lub Sorbona, ale jest to typowa prowincjonalna szkółka prywatna, która w amery­kańskich rankingach wyższych uczelni nawet nie jest notowana (a przynajmniej nie znala­złem). Akron, to, jak na USA, dziura niczym polskie Skierniewice, choć pod względem liczby mieszkańców, to co najmniej Radom. Nie wielkość miasta jest tu jednak istotna (Berkeley to też nie gigant, a uczelnia zacna). Istotne jest to, że kogo bym z kolegów fizyków spy­tał, to o ośrodku badawczym fizyki w Akron nie słyszał.

        Owszem, w języku angielskim, w USA, Binienda ma prawo używać tytułu „profesor”, ale źle jest, jeśli przenosi ten tytuł do Polski i nie protestuje, gdy na konferencjach PiS przed­stawiany jest jako „profesor fizyki”. Uczciwie powinien powiedzieć: - Sorry, nie jestem fizy­kiem i profesorem, jestem inżynierem i mam tylko doktorat. I nikt by nie miał do niego pre­tensji. Ale wykorzystywanie w Polsce tego, że słowo profesor po angielsku znaczy co innego, niż po polsku, jest po prostu nieuczciwe. Podobnie jest ze słowem „student”, które po angielsku oznacza ucznia, a nie studenta, a mimo to uczniowie amerykańskich szkół średnich nie twierdzą w Polsce, że są studentami wyższych uczelni. Doktor inżynier na pewno nie jest profesorem doktorem habilitowanym fizyki, więc niech takowego nie udaje.

        Kim zatem jest Wiesław Binienda w tej Szkole Inżynierskiej (Colegium of Engineering) Uni­wersytetu w Acron? Jest dziekanem Department of Civil Engineering, co po przetłumacze­niu na język polski oznacza Wydział Inżynierii Lądowej i Wodnej (civil engineering – inży­nieria lądowa i wodna; słownik angielsko-polski).

        Reasumując: Wiesław K. Binienda nie jest amerykańskim odpowiednikiem profesora na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, tylko inżynierem doktorem, dziekanem Wydziału Inżynierii Lądowej na amerykańskim odpowiedniku Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu. Nie mam nic przeciw WSI w Radomiu, ale to deczko co innego niż Wydział Fizyki na UW.

        cdn.
        • 1fatum Re: Jak to w koncu z tom brzozom bylo? 24.10.13, 18:37
          cd.
          I tu zaczyna być coraz dziwniej. Dziekan inżynierii lądowej twierdzi, że „brzoza to miękkie drewno”. To pan inżynier dziekan nie wie o istnieniu tablic wytrzymałości materiałów uży­wanych przez inżynierów budowlanych? Ja bez trudu znalazłem odpowiednia tabelę twar­dości drewna:

          Twardość drewna w MPa

          świerk 27 MPa,
          sosna 30 MPa,
          jodła 30 MPa,
          modrzew 38 MPa,
          brzoza 49 MPa,
          jesion 56 MPa,
          dąb 60 MPa.
          Jak widać z przytoczonych danych, twardość drewna brzozowego jest tylko niewiele mniej­sza, o 7 MPa, od twardości jesionu, i o 11 MPa od dębu, a znacznie większa (niemal dwa razy) od twardości świerku, z którego wykonuje się większość drewnianych konstrukcji w budownictwie. Nie jest więc prawdą, że drewno brzozowe jest „miękkie”. Zgodzi się pan ze mną, że drewno dębu jest twarde? Jeśli przyjmiemy twardość dębu za 100%, to twar­dość brzozy wyniesie w tej skali 81,67%. Jest to więc drewno tylko nieco mniej twarde niż dębowe. Niestety panie inżynierze, teoria o „miękkim patyku” leży gruzach. Zresztą nie trzeba być inżynierem ani fizykiem. Każdy polski wieśniak rąbiący drewno na opał wie, że piłowanie i rąbanie brzozy to ciężka robota, a miękkie są tylko cienkie tegoroczne gałązki, ale nie pień o grubości 46 centymetrów!

          I tu kolejne twierdzenie pana doktora inżyniera: Na wiosnę w drzewie są soki i skutki zde­rzenia powinny być mniejsze, bo drewno jest mniej twarde. To pan inżynier doktor nie wie, że ciężar właściwy (więc i całkowity) mokrego drewna jest istotnie większy, niż suchego? To pan inżynier doktor nie wie, że skutki zderzenia z masywniejszą przeszkodą są groźniejsze, niż z przeszkodą lżejszą? Do tej wiedzy nie trzeba być fizykiem ani inżynie­rem. W liceum uczą. Z mechaniki Newtona to wynika.

          Pan doktor inżynier twierdzi też, że zderzenie z „miękką brzozą” było by słabe i urwane skrzydło powinno spaść 11 metrów za brzozą (spadło ok. 100 m dalej). Zaraz, zaraz. Samolot miał prędkość rzędu 280 – 300 km/h. Aby skrzydło z wysokości ok. 6 m spadło 11 m dalej, jego prędkość po zderzeniu musiałaby być znikoma. Taka prędkość człowiek bez trudu nadaje piłce, gdy nią rzuca. Oznacza to, że niemal cała energia kinetyczna skrzydła została pochłonięta przy zderzeniu, a to z kolei znaczy, że siły działające w tym momencie musiały być gigantyczne. No to jak panie inżynierze, zderzenie było słabe, czy potężne? Chyba pan zaprzecza sam sobie.

          Mógłbym tak znęcać się dalej. Lektura strony internetowej Wiesława Biniendy też jest cie­kawa. Słowo profesor powtarza się na niej gdzie tylko się da. Musi mieć facet niezły kom­pleks. Wykaz bibliografii imponujący, 148 pozycji, bóg wojny w nauce, Einstein wysiada! Tylko jak się temu przyjrzymy krytycznie, to bardzo to blednie. Są dwie książki, ale obie pod identycznym tytułem, tylko w innym częściowo składzie autorów. W pierwszej jest trzech autorów, w drugiej sam Binienda. Druga różnica, to rok wydania. Czy aby nie są to dwa wydania tej samej pozycji? Treści żadnej z tych 148 publikacji poznać nie można, bo są same tytuły, bez tekstu.

          Dalej są 4 artykuły wstępne, 40 artykułów prasowych (w prasie specjalistycznej), 66 spra­wozdań i innych publikacji, 20 publikacji NASA i 6 aplikacji patentowych. W sumie 148. Nie­mal wszystko to prace zbiorowe. Przyglądając się temu szumowi zauważam, że niektóre pozycje są chyba sztucznie rozmnożone. Np. w publikacjach NASA znajdujemy dwie pozycje:

          1. W.K. Binienda, S.M. Arnold and H.Q Tan, „Calculation of Stress Intensity Factors in an Isotropic Multi-C racked Plate: Part I - Theoretical Development,” NASA TM 1 05766, 1992.

          2. S.M. Arnold, W.K. Binienda, H.Q. Tan and M.H. Xu, „Calculation of Stress Intensity Fac­tors in an Isotropic Multi-Cracked Plate: Part II – Symbolic/Numeric Implementation,” NASA TM 105823, 1992.

          Nie trudno zauważyć, iż są to dwie części jednej publikacji. Po co robić z tego dwie pozy­cje w bibliografii? Dalej w wielu miejscach, sądząc po bardzo podobnych tytułach i iden­tycznym składzie autorów, odnoszę wrażenie, że mogą to być powtórzone te same arty­kuły w różnych czasopismach. Szkoda, że nie można ocenić treści, bo jest niedostępna.

          Niestety znów mam wrażenie, iż pan inżynier ma wielką potrzebę brylowania i podkreśla­nia swojej wielkości.

          A jak to jest z tym „ekspertem NASA”. Wiesław Binienda niewątpliwie pracował dla NASA w wieloosobowym zespole badającym wytrzymałość materiałów. W żadnej z publikacji NASA nie występuje samodzielnie. Moi informatorzy twierdzą, iż zespół ten wykonywał typowo pomiarowe prace laboratoryjne. Co by to nie było, dla NASA pracował, tylko czy jako ekspert?

          Wchodzę na strony NASA i szukam nazwiska Binienda. Odpowiedź wyszukiwarki za każ­dym razem brzmi: Invalid Request – w wolnym tłumaczeniu: błędna prośba. Jednym sło­wem w zasobach stron NASA takiego nazwiska nie ma. Reasumując: Binienda niewątpliwi uczestniczył w jakiś pracach dla NASA, ale był na tyle mało ważny, że na stronach NASA go nie ma. Czy więc nazywanie go „ekspertem NASA” to nie przesada?

          No i teraz, co ja o tym wszystkim myślę. Jakoś nie wierzę, by absolwent Politechniki War­szawskiej i pracownik nawet najbardziej prowincjonalnej uczelni amerykańskiej do tego stopnia nie znał praw fizyki. Myślę, że jest inaczej. Myślę, że Wiesław Binienda, z powodu albo ideologicznego zaślepienia, albo z powodu chęci brylowania i leczenia kompleksów, robi rzecz w nauce niedopuszczalną. Założył sobie z góry kompletnie nieprawdziwą tezę, że w Smoleńsku był zamach, i kombinując jak koń pod górę, naginając fakty i prawa fizyki, stara się tę bzdurę udowodnić. W oczach ludzi wykształconych kompromituje się i ośmie­sza, ale ma swoje 5 minut w mediach i podziw gromady nieuków i ćwierćinteligentów z PiS-u. Ci ignoranci, ale jakże wszechstronni, z Kaczyńskim i Giżyńskim na czele, patrzą w niego, jak w obraz. Ci panowie, z powodu swego nieuctwa, nie wiedzą, że w każdej nauce istnieją ludzie głoszący tak zwane poglądy odosobnione. Środowiska naukowe nie traktują ich poważnie. Co innego takie ciała, jak zespół Macierewicza, które mają ideolo­giczne zamówienie na udowodnienie kompletnej nieprawdy. Dedykuję twierdzenie Petera: „Nawet największa liczba ćwierćinteligentów nie daje jednego inteligenta”.

          Na koniec przytoczę pewną znamienną anegdotkę krążącą na Wydziale Fizyki w moich czasach studenckich, a było to tak dawno, iż ludzie tyle nie żyją. Podobno prof. Wróblewski, na egzaminie z fizyki doświadczalnej, postawił na biurku szklankę z wodą i spytał stu­denta: - Proszę pana, dlaczego ta szklanka jest cieplejsza nie z tej strony, z której pada na nią światło słoneczne, tylko z przeciwnej? Student zaczął kombinować o załamaniu, odbiciu i tak dalej, aż w końcu wyprodukował teorię tłumaczącą zjawisko. Wówczas profe­sor powiedział: - Nie, bo ją obróciłem.

          Ta anegdota pokazuje rzeczywiste zjawisko występujące w pseudonauce. Jeśli robi się to, co robi Wiesław Binienda, czyli zaczyna dowód od tezy, to selekcjonując fakty i nagina­jąc prawa, można udowodnić każdą bzdurę. Internet jest pełen tego rodzaju dowodów i takich ekspertów."
          • socer-schlesier Re: Jak to w koncu z tom brzozom bylo? 24.10.13, 19:21
            wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14828543,_Piijiii__bziuuu_____jest_nagranie_slynnej_wypowiedzi.html#TRNajCzytSST-------------

            wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14828543,_Piijiii__bziuuu_____jest_nagranie_slynnej_wypowiedzi.html#TRNajCzytSST
            Ktos napisal:

            "On jest "profesorem"? Nazwać go debilem byłoby obrazą chorych umysłowo.. Mam nadzieje, ze jego dni na Uniwersytecie w Georgii są już policzone.... Ciekawe za ile macierewiczowych srebrników się tak zeszmacił? "
            • 1fatum Re: Jak to w koncu z tom brzozom bylo? 24.10.13, 19:56
              Twoje pytania pozostaną bez odpowiedzi, tak samo, jak wielu Ślązaków poparło tzw. "śląskie powstania".
Pełna wersja