1fatum
10.01.14, 15:55
Na Śląsku (kiedyś) "pierona kandego" było największym przekleństwem. Z nadejściem wschodniej kultury "K", CH" i inne określenia zaczynały wchodzić "pod strzechy". Szybko się okazało, że do przybyszów nie można dotrzeć inaczej, jak się nie podeprze "K".
Każdy rzuci "mięsem", ale rozumiem i tłumaczę tego dyrektora.
Skoro polecenia wcześniejsze nie były wykonywane z braku odpowiednich motywacji słownych, to się dostosował do pracowniczego poziomu.
Nadal mam nierozwiązany dylemat, jak w takim razie załatwiano podobne wyzwania na Śląsku, kiedy "K" i "CH" brakowało w mowie?
Tekst linka