Dodaj do ulubionych

Byłbym zerem, gdyby nie smycz

27.02.06, 22:27
Pan Bóg, dyktując Mojżeszowi dekalog, pamiętał tylko o szacunku do rodziców.
O szacunku dla dzieci zapomniał


Pokój jest nowoczesny. Przestronny, z akcentami ekologicznymi: dużo zieleni i
naturalna drewniana podłoga. Gładzie gipsowe kładziono aż trzy razy, żeby
nie było widać nierówności, kiedy przez okno zaświeci słońce.

Choć to pokój dziecinny, nie widać w nim zabawek, nie widać rozrzuconych
książek, niesprzątniętych puzzli, papierków po cukierkach. Widać dwa łóżka.
Drewniane, wpisujące się w naturalistyczną koncepcję całości. Przy łóżkach
uwija się dwójka dzieci. Już dawno powinny być w szkole, ale dzisiaj nikt ich
do szkoły nie odprowadził. Zwykle robiła to mama. Dzisiaj nie miała na to
ochoty. "Nie zasłużyliście" - powiedziała. Mama to kobieta, która teraz
stoi w drzwiach i pilnuje, by na prześcieradłach nie została ani jedna
zmarszczka. Stoi tak już od dwóch godzin, bo dzieciom nie wychodzi. I nie
wyjdzie, bo według niej dzieci są nieudane. Tak jak chiński podkoszulek ze
stadionu. Po jednym praniu do wyrzucenia.

Kobieta ma wysuszoną na solarium twarz, włosy naturalny blond, dobrze
ostrzyżone. Dba o siebie, chociaż od kiedy została z dziećmi w domu, nie
musi. Dba, żeby nikt nie pomyślał, że się zupełnie zmarnowała. Kiedyś
była dobrze zapowiadającym się przedstawicielem handlowym w firmie
farmaceutycznej. Dobrze jej szło. Miała szanse zostać dyrektorem
regionalnym, nawet przedstawicielem firmy w Rosji. Została w domu, by
wychowywać Justynę (dziś lat dziewięć) i o dwa lata młodszego Karola.

Uczniów podstawówki w Łomiankach pod Warszawą, którzy właśnie udają, że
śpią. Sen jest dobry , by przeczekać, uniknąć tego, co ma nastąpić. Zamykasz
oczy i już cię nie ma w ekologicznym pokoju pod łóżkiem. Jesteś tam, gdzie
wolno w dzień przykrywać się kocem i zjeść na śniadanie pół słoika nutelli.

- Gdzie dzieci? - pyta mężczyzna, który wrócił późnym popołudniem do domu.

- Śpią cały dzień - odpowiada kobieta. - Nie poszły do szkoły. Na złość
mi robiły, nie chciały ścielić łóżek.

Mężczyzna zdejmuje marynarkę. Garnitur to jego strój służbowy. Jest
dyrektorem sieci sklepów odzieżowych w stolicy. W nadziei na premię i nagrody
pracuje dużo. Mężczyzna bierze z garderoby wąż od odkurzacza. Wchodzi do
pokoju.

Dzieci otwierają oczy.

Dzieci zdejmują spodnie.

Justyna ma pod rajstopami poduszkę. Dostaje dziesięć uderzeń więcej. "Za to,
że chciała ojca przechytrzyć".

Karol się uchyla. Zamiast w pupę dostaje w piętę. Leci mu krew.

- Do łazienki na jednej nodze - krzyczy mama, która wszystkiemu się
przygląda - dywan mi pobrudzisz.

Pobrudził. Musiał za to zrobić sto przysiadów z tornistrem wypełnionym
cegłami (dom niedawno wybudowano, na podwórku sporo było jeszcze gruzu).

Rany na ciałach dzieci dostrzega szkolny pedagog. Zgłasza policji. Rodzina
F. trafia na terapię do Fundacji "Dzieci Niczyje". Na spotkaniach z
psychologiem dzieci zachowują się według instrukcji taty. Poproszone przez
psychologa o rysunki (na ich podstawie określa się nastrój dziecka) rysują
kolorowymi kredkami dom i rodziców trzymających się za ręce.

Pytane odpowiadają: Kochamy mamę, kochamy tatę.

- Jesteśmy normalną rodziną - tłumaczyli rodzice. - Ostatnio byliśmy na
wczasach w Chorwacji.

Justyna i Karol F. uciekli z domu 5 marca 2003 roku.

Sąsiedzi zauważyli dwójkę dzieci siedzących nocą na przystanku autobusowym.

Dziewczynka miała podbite oko, chłopiec szramy na całym ciele. Obydwoje,
jak wykazały późniejsze oględziny, ślady po płomieniu zapalniczki na pupie.

Prosiły: - Nic nie mówcie mamie. Nic nie mówcie tacie.
Obserwuj wątek
    • betelka Re: Byłbym zerem, gdyby nie smycz (2) 27.02.06, 22:29
      Łapką na muchy. Za to, że miny robił... i wył

      To zwykły pokój. Blokowy. Ze starymi tapetami i odpadającymi płytkami PCW na
      podłodze. Mówią, że płytki są rakotwórcze. Szkodzą. Szczególnie małym
      dzieciom. Ale co takim małym nie szkodzi? Zimne powietrze, mokre majtki,
      papierosy, truskawki... Żyć by nie szło, gdyby się człowiek oglądał na
      wszystko.

      Tak sądzi kobieta, która krząta się po pokoju. Drobna sylwetka, dziecięca
      twarz, dżinsy i adidasy. Właśnie przypaliła cebulę do rosołu. Rosół bez
      spieczonej cebuli smakuje jak sraczka, mawiał jej ojciec.

      - Zapamiętałam - zwierzy się niebawem dziennikarce. - Zawsze byłam
      posłuszna.

      W pokoju jest duszno od dymu.

      W pokoju jest głośno.

      Nie może być ciszej. Raz w tygodniu musi być tak, jak chce mężczyzna. Zwalisty,
      łysiejący, w brunatnym swetrze z bazaru. Właśnie położył się na rozłożonej
      wersalce przed telewizorem. Ogląda siłaczy, którzy na ekranie ciągną
      lokomotywy i rzucają oponami tirów.

      Dla kobiety mężczyzna jest ważny. Przygarnął ją w siódmym miesiącu ciąży, gdy
      nie miała gdzie mieszkać. Od roku ją utrzymuje. Kobieta co wieczór całuje go
      za to po rękach. Gotuje, sprząta, pierze. Jest wdzięczna.

      Kobieta nazywa się Grażyna M. Ma 26 lat, jest bezrobotną kucharką.

      Mężczyzna nazywa się Andrzej K. Ma 45 lat. Na miejscowym bazarze "robi w
      elektryce". Trochę kupuje, trochę sprzedaje, czasem bierze w komis. Komórki,
      radia samochodowe, mikrofalówki, DVD.

      Pokój jest w bloku przy ulicy Grunwaldzkiej w Lublińcu koło Częstochowy.

      W pokoju leży dziecko. Chłopczyk. Ma 11 miesięcy. Wierci się, gdy dym drażni
      mu oczy, kwęka, gdy mężczyzna pokrzykuje do siłaczy na ekranie.

      Nie jest ani wdzięczny, ani posłuszny. Zużywa za dużo pieluch, zjada za dużo
      mleka. Nie chce podnosić główki do góry. Jeszcze niedawno tak ładnie się
      rozwijał - próbował siadać, szczerzył bezzębne dziąsła do grzechotek. - Ale
      smerfik - chwaliły sąsiadki zaglądające do wózka. Teraz nie chce. Płacze: o
      piątej rano, o piątej po południu, przy przewijaniu i w trakcie kąpieli, przed
      i po jedzeniu, kiedy leży sam i gdy ktoś się do niego zbliża. Nie-ustannie. -
      Nie idź do niego - mówi mężczyzna, kiedy wieczorem leżą razem na wersalce. -
      Gówniarz nie może nam wchodzić na głowę. Albo: - Ucisz go, kurwa, bo was
      wyrzucę. - Zamknij się! - krzyczy wówczas kobieta na dziecko. - Cicho! - mówię!

      Niedługo na policji kobieta zezna: - Nie rzucaliśmy dzieckiem o ściany, nie
      dusiliśmy poduszką. Ot, czasami dostał łapką na muchy. Po rączkach, po pupie,
      w twarz. Za upartość. Za złośliwość. Za to, że miny robił. Oczami
      przewracał, zupełnie jak jego ojciec, który się go wyparł. No i wył. Nie
      patrzył, że człowiek zmęczony jest.

      - Ale on miał dopiero 11 miesięcy, może wystarczyło przytulić? - zapyta ją
      niebawem dziennikarka.

      - Toż się go przytulało - odpowie kobieta. - Ćwiczyliśmy, bawiliśmy się.
      Kochało się go przecież. Konkubent na niego pieniądze dawał. W miłości był
      lepszy ode mnie. Ja swojemu Dawidkowi nic nie dałam.

      Dawid M. zmarł 25 października 2004 roku w Lublińcu. Konkubent Grażyny M.
      uderzył go ręką w tył głowy i klatkę piersiową. Obrażenia: połamane żebra,
      pęknięta podstawa czaszki, krwiaki wewnętrzne. Po pobiciu matka nie udzieliła
      mu pomocy. Wstydziła się wezwać pogotowie.

      Kijem od szczotki. Bo nie rozumie, jak się do niego mówi

      "Kolejne dziecko pobite na śmierć" - podały tego dnia telewizyjne dzienniki.

      Cały kraj zobaczył zwykły blokowy pokój z odpadającymi płytkami PCW. Puste
      łóżeczko pod oknem, pusty wózek pod drzwiami. Pokazano Grażynę M., która
      samotnie stoi nad małym grobem. Sąsiadów, którzy tłumaczyli się, że nie
      słyszeli płaczu Dawida. Mówili: - Bestie. Nawet psy wiedzą, że szczeniaków
      się nie gryzie.
    • betelka Re: Byłbym zerem, gdyby nie smycz (3) 27.02.06, 22:30
      Od tego czsu podobnych komunikatów w polskich mediach było jeszcze kilkanaście.

      Rzeszów - 10-miesięczny Adam pobity przez ojca moczonym pasem

      Szczecin - 4-miesięczny Aleks zgwałcony i pobity przez ojca deską do mięsa.

      Łódź - 3,5-miesięczny Patryk przypalany papierosami przez matkę, bity po
      głowie przez ojca (nie będzie widział ani słyszał).

      Tychowo k. Koszalina - 14-miesięczny Kuba z obrażeniami głowy od pięści ojca
      (przeżył trepanację czaszki, grozi mu życie na wózku).

      Legnica - 15-miesięczny Kacper trafił do szpitala z siniakami na całym ciele,
      złamaną kością potyliczną, bo "nie rozumiał, jak się do niego mówi".

      Angelika z Bielska-Białej,

      Klaudia z Poznania,

      Agata z Sosnowca...

      Po śmierci tej ostatniej mieszkańcy Sosnowca zorganizowali pikietę
      protestacyjną pod komendą Policji. "Dożywocie dla zabójcy", "Śmierć za śmierć" -
      wypisali na transparentach. - Dlaczego tak się dzieje? - szlochała do
      telewizyjnych kamer Zofia Nogaj, emerytowana urzędniczka wracająca z zakupów. -
      Skąd się biorą tacy zwyrodnialcy? Normalny klaps, rozumiem, ale nie tak. Nie
      tak!

      Smyczą jamnika Bobka. Za dwóję z matmy

      - Normalne klapsy, proszę pani, za wywrócenie się w błoto, za zalanie
      barszczem obrusa babci, za wylizywanie talerza w restauracji - wylicza Piotr
      G., 33-letni inżynier.

      Lanie to część dzieciństwa. Normalne jak bieganie za piłką do nocy. - Taka
      technika wychowawcza. Nawet ksiądz lał nas na religii. Dostałem linijką po
      łapach, gdy się nie nauczyłem na pamięć dziesięciu przykazań.

      W rodzinnym domu u Piotra G. w Bartoszycach przy drzwiach wejściowych zawsze
      wisiała smycz. Była tam nawet po śmierci ich jamnika Bobka - stara,
      wysuszona, popękana skóra. Używana do końca, dokąd nie powyjeżdżali na studia.

      Piotr G. pamięta, że kiedy on albo brat coś przeskrobali, mama pojawiała się w
      ich pokoju ze smyczą zawieszoną na szyi. Miała zasadę: każdy wie, jak wielkie
      zło uczynił. Nic nie musiała mówić. Chłopcy bez słowa ściągali majtki,
      kładli się na krześle, mówili: 20 za dwóję z matmy albo 40, bo podpalałem
      saletrę z cukrem. Ona - biła.

      Ostatnie lanie - za powrót z sylwestra po północy. Piotr G. był już wtedy
      pełnoletni, ale wciąż musiał meldować się w domu o 22. Według ojca, wracając
      później, nie okazywał szacunku rodzicom. Aby nauczyć go szanować starszych, w
      Nowy Rok wyciągnął go z łóżka za ucho i dał mu w twarz.

      Piotr G.: - Nawet nie bolało. Przywykłem. Tym bardziej że w skórę dostawali
      wszyscy moi kumple. Po wywiadówkach zawsze robiliśmy giełdę, który więcej
      wytrzymał. Najlepszy był Maciek Słomka. Ojciec łoił go regularnie na
      początku miesiąca, na zapas - żeby nie przyszło mu do głowy pyskowanie albo
      wagarowanie. Mieszkali w komunałce. Wspólna łazienka, wspólny z sąsiadami
      korytarz. A na korytarzu cyrk - Maciek i jego trzej młodsi bracia stoją w
      kolejce do bicia. Wszyscy w powyciąganych bawełnianych slipach koloru kakao.
      Czasami z chłopakami chodziliśmy oglądać. Kibicowaliśmy przy każdym smagnięciu
      pasem. Wojskowym, z metalową klamrą. Potem, na WF, kiedy Maciek udawał
      chorego, by nie pokazać siniaków, podpuszczaliśmy nauczyciela: "Pan nawet nie
      wie, jaki talent siedzi w szatni. Wczoraj graliśmy z chłopakami z VIIc,
      obronił wszystkie strzały".

      I on wyciągał tego biednego Maćka na boisko, kazał mu się rozbierać do
      spodenek i koszulki. Kulenie się, zasłanianie, obciąganie nogawek i rękawów,
      podciąganie skarpet. Robił, co mógł, żeby nic nie było widać. Mieliśmy ubaw.

      Kiedyś Maciek dostał za papierówki od sąsiada. Ojciec przyłapał go, jak
      jadł je na ulicy. "Tato, nie ukradłem" - krzyczał wtedy na korytarzu. "On
      naprawdę nie ukradł - tłumaczyliśmy staremu Słomce - same spadają na
      chodnik. Wszyscy jedzą". Ale on nie słuchał. Walił, żeby już nigdy żadne
      jego dziecko nie wchodziło do cudzego sadu. Maciek dosłownie latał od ściany
      do ściany.

      Pamiętam, że najmłodszy Słomka stał w drzwiach ich mieszkania i zasłaniał
      sobie oczy. A wie pani, co zrobił Maciek? Jeszcze tego samego popołudnia
      poszedł do tego sadu. Strząsnął wszystko, co było. Dojrzałe i niedojrzałe.
      Czerwone i zielone. Skakał z drzewa na drzewo jak Tarzan. Właściciela krew
      zalewała. Tłum pod płotem. Wezwał milicję. Trzech wdrapało się na
      jabłonkę, podcięli mu nogi, żeby stracił równowagę. Spadał jak kukła
      Marzanny do wody.
    • betelka Re: Byłbym zerem, gdyby nie smycz (4) 27.02.06, 22:32
      "Zamknijcie go - powiedział stary Słomka, który wszystkiemu się przyglądał -
      niech się w końcu nauczy". Wypuścili go dopiero rano, kazali iść do szkoły. I
      on przyszedł. Cały zasikany. I ze strachu zlał się w te swoje kakaowe
      majtki, mówię pani.

      Roman G., ojciec Piotra, kiedy o tym usłyszał, powiedział: - Jak któryś z
      was wyląduje na milicji, wychłostam pod ratuszem.

      Widłami w stopę. Bo się zbuntował

      - Chłopcy wyrośli na ludzi - mówi dziś Helena G., emerytowana nauczycielka
      chemii. Potężna postura, futro z nutrii, moherowy beret. W Bartoszycach jest
      poważana. Do dziś rodzice przysyłają jej swe dzieci na korepetycje. Cenią jej
      tradycyjne metody nauczania. - Jak się który nie nauczy - mówią - ucho mu
      nakręci i od razu tablica Mendelejewa wklepana na pamięć.

      Jej dzieciństwo na mazurskiej wsi: krowy napaść, kury nakarmić, buraki,
      ziemniaki. - Nie było to tamto - mówiła synom, jak nie chcieli sprzątać w
      domu. - Ojciec powiedział, trzeba było wykonać. Inaczej tydzień na dupę nie
      usiadłeś.

      - Studia skończone, żony znalezione, z głowy - mówi o swych synach Roman G.,
      emerytowany budowniczy dróg i mostów.

      Potężna postura, kurtka siedem ósmych, kapelusz tyrolski. W Bartoszycach
      szanowany. Wywalczył w gminie drogę dojazdową do osiedla domków
      jednorodzinnych przy ulicy Krzywej.

      Jego dzieciństwo na mazurskiej wsi: oranie, wyrzucanie gnoju, podrzucanie
      snopków. Kiedyś nie chciał zarżnąć świni, ojciec z nerwów przebił mu widłami
      stopę. Na tym dyskusje się skończyły. Do jego śmierci pomagał mu w
      gospodarstwie. Każdą wolną chwilę spędzał z ojcem: wolne soboty, niedziele,
      wakacje. Jego synowie nie pamiętają, by grali z nim w piłkę, by chodzili
      wspólnie do kina, jeździli nad jeziora, nie pamiętają, by się razem z czegoś
      śmiali.

      Helena i Roman G. poznali się na studiach w Olsztynie. Do Bartoszyc trafili na
      praktyki w latach 60. Zostali. Dorobili się domku z pustaków na przedmieściach.
      Dorobili się synów.

      Otwartą dłonią. Za potłuczony talerzyk

      Pokój jest największy w całym domu. Wytapetowany zmywalnymi, łatwymi w
      utrzymaniu tapetami. W oknach draperie firan. Na ścianach i podłodze skóry
      zabitych zwierząt.

      Pokój wypełnia olbrzymi stół. Bożonarodzeniowy. Przy nim rodzina, dziadkowie,
      wnuki, kuzyni. Spotkali się jak co roku. Pani domu stara się. Talerzyki do
      przystawek, do zupy, do drugiego. Talerzyki deserowe. Pan domu też się stara,
      półlitrówka w ręku. Polewa. Na głos dziękuje Bogu: za dary na stole, za
      spotkanie z rodziną, za to, że dzieci nie zeszły na złą drogę.

      - Pamiętacie, jak po pierwszej komunii Piotrek zamiast pozować do zdjęć za
      kościołem pobiegł do domu na rower? - pyta. - Cały biały garniturek w
      smarze, gromnica złamana! Księdzu trzeba było nakłamać, że się w błoto
      wywrócił. Dostał wtedy tak, że cały dzień przesiedział przy stole. Tylko
      łzy leciały mu do rosołu jak groch. Piotruś, podaj śledzie - podał, podsuń
      chleb - podsunął. Nie to dziecko. I tak ma do dziś.

      Paweł bardziej się buntował. Raz nawet schował smycz, żeby nie dostać za
      dziewczynę. Rzucił ją, a ona potem ganiała po mieście i rozpowiadała, że G.
      to chamy. W garażu bacik miałem. Jak go nie świsnę. "Żebyś więcej żadnej nie
      skrzywdził". Swoją Magdę szanuje. W lecie ślub.

      Rodzina podziwia. Rodzina się zgadza. Jest zwarta, solidarna, mocna.

      - Lepsze bite niż proszone - mówi ciotka, siostra Heleny G. - Mój wnuk chowany
      jest bezstresowo. Nie zjem kalafiora, nie lubię kaszy. Synowa: nie, to nie. A
      moje nie chciały jeść, to się je przywiązywało do krzeseł, dopóki nie
      skończyły. Przełykały, popijały, grzebały w talerzu. Zjeść musiały. Kiedy
      mi go przywieźli ostatnio, też niczego nie chciał. Szmatą przeleciałam po
      plecach. Zjadł wszystko. Poszanował cudzą pracę.

      Rodzina kiwa głowami. Atmosfera świąteczna jest najważniejsza. Jakie święta,
      taki cały rok. Nie wie o tym Filip, 3-letni syn Piotra G., który nie może się
      doprosić o drugi kawałek ciasta. Rodzina na Filipa nie zwraca uwagi. Jest za
      mały, by zabierać głos przy rodzinnym stole. Jest niewiele większy od
      talerzyka deserowego babci Heleny. Filipa to złości. Filip nie potrafi tego
      zrozumieć.

      - Coś ty narobił? - krzyczy Piotr G. - Stłukłeś talerzyk ze ślubnego serwisu
      babci!

      Filip płacze. Krzyczy. Rzuca się. Nie pomagają prośby. Ponaglenia. Rozkazy.

      Roman G.: - Przylejcie mu, to wasze dziecko.
    • betelka Re: Byłbym zerem, gdyby nie smycz (5) 27.02.06, 22:33
      Piotr G. (potem): - Przylałem, choć mi się serce kroiło. Żona pretensje
      miała, ale przekonałem ją, że do chłopców trzeba męskiej ręki. Teraz sama mi
      go oddaje, gdy mały rozrabia. Ostatnio w hipermarkecie znów dostał
      histerii. "No, zrób coś" - prosiła. Wziąłem na kolano, zdjąłem pampersa. Po
      kłopocie. Siedział w wózku jak trusia.

      Piotr G. nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Mówi: - W piaskownicy, gdzie
      mały się bawi, klapsy dostaje każde dziecko. Taki na przykład Bartek, kolega
      Filipa, dostał za to, że się zsikał w przedszkolu, a Michał za to, że ciągle
      piszczy.

      Dziś Piotr G. jest przekonany, że gdyby nie bicie, nie byłby tym, kim jest.

      Nie siedziałby teraz na kanapie z naturalnej skóry, nie byłoby go stać na
      raty za własne mieszkanie na warszawskim Ursynowie. Nie skończyłby
      Politechniki Warszawskiej, nie byłby instalatorem nadajników w firmie
      telefonii komórkowej, nie byłby punktualny, obowiązkowy i odpowiedzialny.

      - Nie nauczyłbym się nawet tabliczki mnożenia - śmieje się - bo mi się po
      prostu nie chciało. Jak miałem kłopoty, zakładałem nowy zeszyt i wydawało
      mi się, że nic nie widać. Rodzice potrafili takiemu leserowi jak ja pokazać, że
      nie można całe życie wyrzucać ogryzków za łóżko. Nie ma się co oszukiwać,
      gdyby nie smycz Bobka, byłbym zerem.

      Metalową żmijką. Za to, że jest gnojkiem

      "Jestem gnojkiem, jestem prawdziwym gnojkiem" - powtarzał przez godzinę
      dziennie siedmioletni Kacper z warszawskiego Mokotowa (prawie nie widać jego
      wielkich zielonych oczu zza rozczochranej czupryny).

      Karę powtarzania otrzymał za nieumiejętność cichego zamykania drzwi od
      łazienki. Trwała miesiąc.

      Kiedy Kacper się buntował i milczał - dostawał żmijką przez plecy.

      Dziś siedzi w pastelowej poczekalni siedziby Fundacji "Dzieci Niczyje" przy
      ulicy Mazowieckiej i rysuje papugę Zuzię. Zielona ara jest fundacyjną maskotką.
      Ma rozluźniać dzieci, które przychodzą tu na terapię.

      Dzieci: zbuntowane nastolatki, agresywne pierwszaki, wystraszone przedszkolaki.

      Opiekunowie: sprzedawczyni w hipermarkecie, urzędniczka ministerialna,
      nauczycielka fizyki, bezrobotny ślusarz, niepracująca żona pracownika ambasady,
      wychowawczyni z domu dziecka, z pogotowia opiekuńczego.

      Na ławce pod ścianą głowa obok głowy. Ciasno upchnięty tułów obok tułowia.
      Przypominają wraki samochodów przed warsztatem. Czekają, by je ktoś naprawił.
      Dodał brakujących części, nadmuchał, co pękło, naoliwił, co skrzypi.

      Jolancie Zmarzlik, psychoterapeutce, mówią o sobie: zero, nieudacznik,
      słabeusz, niezdara, brudas, smark, syf.

      Kacper, który trafił tu z polecenia psychologa szkolnego (był agresywny na
      lekcjach), opowiadał: - Dostałem pałę z dyktanda, nie umiem pływać,
      wywróciłem się na asfalt - bo jestem gnojem.

      - Nie pomyśli - mówi Jolanta Zmarzlik - że pała jest za to, że nie nauczył
      się słów z "o" kreskowanym, nie pływa - bo nie umie skoordynować ruchów,
      poleciał na chodnik, bo się po prostu potknął.

      Kacper mówi: - Nie opłaca mi się odkurzyć pokoju, nauczyć się wiersza na
      pamięć, poskładać zabawek. Nie umiem. Nie chce mi się. Nie wiem. Co w domu?
      Nic. Co w szkole? Nic. Jak leci? Leci.

      Klaps to wyładowanie emocji rodziców. Ich złości, ich strachu, bezradności.
      Wobec banku, który przysłał ponaglenie do zapłaty kredytu, wobec nadmiaru
      pracy po godzinach, wobec braku pracy, braku wakacji we Włoszech, braku
      dobrego samochodu, odpoczynku, marzeń o przyszłości.

      Klaps to brak wiedzy o psychice i rozwoju dziecka. Wygoda. Uderzenie trwa
      chwilę, szukanie innych sposobów wymaga myślenia i cierpliwości.

      Pierwszy klaps wywołuje strach, kolejny utrwala lęk. Zimna przemoc fizyczna
      prowadzi do nieustającego poczucia niepokoju, poczucia bycia nie w porządku,
      bycia małowartościowym w różnych sytuacjach w życiu.
    • betelka Re: Byłbym zerem, gdyby nie smycz (6) 27.02.06, 22:34
      - Kacper nie będzie trzaskał drzwiami do łazienki nie dlatego, że zrozumiał,
      dlaczego ma tego nie robić - mówi Jolanta Zmarzlik. - Kacper nie będzie
      trzaskał, bo się wycofał. Jego ciekawość świata została zbombardowana.
      Przestał się więc rozwijać intelektualnie i emocjonalnie. Boi się ruszyć, by
      nie dostać po łapach, by nie usłyszeć, że jest niczym.

      Kacper być może już nigdy nie będzie sobą. Na razie buntuje się przeciw
      ideałowi rodziców. W klasie nabija się z lepszych uczniów, uważa ich za
      złamasów, słabeuszy. Z czasem być może podda się rodzicom. Posprząta w
      szufladach i na półkach.

      Nie wierząc w siebie, zda maturę, zostanie nawet księgowym albo inżynierem. Na
      zewnątrz wszystko będzie OK. Wewnętrznie będzie słaby. By odróżnić dobro od
      zła, będzie potrzebował autorytetu zewnętrznego. Będzie zewnątrzsterowalny.

      Stanie się podobny do Piotra G.

      ...lub innym przedmiotem, bo jest naszą własnością

      Historia Piotra G. jest standardowa: klapsy dla niego to była codzienność -
      63,3 proc. Polaków dostało klapsa chociaż raz w życiu (badania TNS OBOP na
      zlecenie Fundacji "Dzieci Niczyje", grudzień 2005), raz na jakiś czas był bity
      smyczą - 38,8 proc. doświadczyło bicia pasem lub innym przedmiotem, kilka razy
      w życiu miał naciągnięte ucho - przyznaje się do tego 25,7 proc. Polaków, był
      szarpany - 20,9 proc. badanych miało takie doświadczenie. To nie żarty - ponad
      80 procent Polaków przyznaje, że w dzieciństwie doznało kar fizycznych
      (badania OBOP z 2001 roku), tyle samo bije własne dzieci.

      - Polskie społeczeństwo daje moralne przyzwolenie na bicie dzieci - mówi
      Mirosława Kątna z Komitetu Ochrony Praw Dziecka. - Pan Bóg, dyktując
      Mojżeszowi dekalog, pamiętał tylko o szacunku do rodziców. O szacunku dla
      dzieci zapomniał. Dlatego większość rodziców traktuje je jak swoją własność
      (w badaniach przyznaje się do tego prawie 60 proc. Polaków), uważa, że może z
      nimi zrobić wszystko. Ma władzę absolutną.

      Śmiertelne pobicie niemowlaka ważącego 10 kilogramów w ocenie polskiego wymiaru
      sprawiedliwości nie jest morderstwem, jest pobiciem ze skutkiem śmiertelnym.

      Kat nie dostaje dożywocia, tylko 12 lat. A przecież taki Marcin W., tata 3,5-
      miesięcznego Patryka z Łodzi, musiał mieć świadomość, że uderzając w jego
      główkę, uszkodzi mu mózg, że zrobi z niego kalekę - niesłyszącego,
      niewidomego. Jak nie miał - tym gorzej. Widocznie nie powiedział mu o tym ani
      dom, ani szkoła.

      Polskie prawo karne wciąż dopuszcza stosowanie bicia dzieci jako metody
      wychowawczej, "jeśli użyte środki są proporcjonalne do przewinienia oraz nie
      zagrażają psychicznemu lub fizycznemu rozwojowi dziecka" (A. Marek w
      książce "Prawo karne. Zagadnienia teorii i praktyki", Warszawa 1997).

      - To nie jest problem marginesu społecznego - tłumaczyła Kątna
      komunistycznym władzom, kiedy w latach 70. zakładała Komitet Ochrony Praw
      Dziecka. - To problem społeczny. Biją rodziny lekarskie, prawnicze,
      nauczycielskie, urzędnicze, uniwersyteckie, robotnicze i chłopskie.

      - To problem kapitalizmu, problem Zachodu - odpowiadali wtedy. - Rodzina
      komunistyczna jest silna i zdrowa.

      - Ile jest tych pobitych? 50 rocznie? Nie ma o co kruszyć kopii - odpowiadali
      lekarzom, którzy uczyli się rozpoznawać tzw. zespół dziecka maltretowanego
      (m.in. ślady po kablu na plecach, złamane żebra, pęknięte wątroby, wyrwane ze
      stawów ręce i nogi).

      - To problem konkubinatów, ludzi żyjących bez zobowiązań - odpowiadają dzisiaj
      w Sejmie IV RP. - Polska rodzina, wyrosła w tradycji katolickiej, jest
      stabilna i szczęśliwa.

      - A historia Daniela zatłuczonego przez macochę nauczycielkę za to, że nie
      umie zawiązać sznurowadeł? - pytała Mirosława Kątna posłów pięć lat temu,
      kiedy nie chcieli się zgodzić na powstanie Biura Rzecznika Praw Dziecka. - A
      historia Joanny bitej przez ojca dziennikarza za to, że brzydko pisze i robi
      kleksy? Historia Basi bitej za spóźniony o pięć minut powrót ze szkoły?

      - Od pozwolenia na klaps zaczyna się wiele tragedii - mówiła wtedy. - Łatwo
      przekroczyć granicę.

      Ręką. Bo nie sprzątnął klocków

      Pokój jest wynajęty. Klasyka: wersalka, szafa i stół pośrodku. Stare kotary
      zasłaniają okna.

      Przy lampie z abażurem siedzi kobieta. Ma zmęczoną twarz i smutne oczy. Ma
      własny czajnik elektryczny, kuchenkę mikrofalową i 30-letnie radio Amator, co
      wieczór słucha Trójki. Nazywa się Anna T., ma 48 lat, pracę kierowniczki
      zmiany w zakładzie szyjącym odzież w Grodzisku Mazowieckim.

      Dziesięć lat temu miała własne mieszkanie, kredens pełen sosjerek i
      kieliszków, miała szafę pełną świeżo uprasowanej pościeli. Miała męża. Nie
      pracowała. Wychowywała 3-letniego syna.
    • betelka Re: Byłbym zerem, gdyby nie smycz (7) 27.02.06, 22:35
      Anna T.: - Chodziliśmy do piaskownicy, do parku, na huśtawki. Wojtek był
      pogodny. Lubił, kiedy się go gilgało w brzuszek, w stopy. Śmiał się wtedy
      głośno. Szczęśliwy był. Ja byłam szczęśliwa.

      Kiedyś zrobiłam mu kolację, to, co chciał: jajko w majonezie i kiszony
      ogórek. Mówię: "Posprzątaj klocki i chodź". Przychodzę za chwilę, a tu jeszcze
      więcej rozrzucone: "Wojtek, nie możesz tak brudzić. Sprzątnij i do stołu".

      A on nic. Tylko patrzy na mnie i łup samochodzikiem w szafę, łup w podłogę.
      No to dałam mu klapsa. Wtedy on zrzucił wszystko ze stołu i z półki. Dałam
      drugi raz w pupę. To on mnie ugryzł. I wie pani co? Ja już wtedy byłam taka
      zła, że lałam, jak popadnie. Nie zauważyłam, gdy się uchylił i uderzył
      głową w kant szafki. Jak walnęłam go w ucho, Wojtek przestał słyszeć,
      ciągle się mu coś z tego ucha lało. Jedna operacja, druga. Nic nie pomagało.
      Mąż mnie winił. Po dwóch latach się ze mną rozwiódł. Sąd zabrał mi prawa
      rodzicielskie. Nie mogę się nawet do swego dziecka zbliżyć. Wiem, że zna język
      migowy, że chodzi do szkoły dla głuchoniemych.

      Czasem dzwonię do dawnej sąsiadki, to mi opowiada.

      Za trzy lata syn będzie pełnoletni - chcę mu powiedzieć, że nie chciałam go
      skrzywdzić, że cały czas go kocham.

      Codziennie się modlę, by mi wybaczył. Muszę się nauczyć tej jego mowy. Brat
      znajomej z firmy obiecał mi pokazać kilka znaków.

      Czym popadnie. Za kleksy, za brzydkie pismo

      Joanna R., o której posłom mówiła Mirosława Kątna, ta, którą ojciec
      dziennikarz bił w dzieciństwie, m.in. za brzydki charakter pisma, nie lubi
      Bożego Narodzenia. Woli Wielkanoc. Kawałki jajka zjada się samemu, nie trzeba
      dzielić się nimi z najbliższymi tak jak opłatkiem. Joanna R. nie może się
      przemóc - czuje fizyczny wstręt do swoich rodziców. Nie potrafi się do nich
      przytulić, nie potrafi podać im ręki. Ma obrzydzenie.

      Ostatnio przyznała się przyjaciołom, że od roku chodzi na psychoterapię.

      Nie potrafi zaufać mężczyznom. Zamiast kochać, to z nimi wojuje. Boi się, żeby
      nie zostać zdominowana. - Ty? - pytali przyjaciele. - Ty masz problemy ze sobą?

      Joanna R. na co dzień jest konkretna, ostra, asertywna. Też została
      dziennikarką. W jednej z telewizji prywatnych robi dokumenty. Krytyczne, mocne,
      kontrowersyjne. Ostatnio o nastolatce, która popełniła samobójstwo, gdy
      rodzice wysłali ją do świetnej i elitarnej szkoły za granicą. Pokazała, jak
      nadmierne oczekiwania wobec dziecka mogą zniszczyć jego psychikę, mogą je
      złamać. Tak jak rodzice jej bohaterki złamali córkę.

      Henryk R., ojciec Joanny: - To film o wielkiej zagadce, jaka tkwi w człowieku.
      Miała wspaniałych rodziców, wszystko, o czym można marzyć, a jednak...

      Joanna R.: - Nie zrozumiałeś chyba, o co chodzi.

      Henryk R.: - Oj, coś mi się wydaje, że ten twój film mądrzejszy od ciebie.

      Joanna wyszła wtedy z pokoju. Płakała. Nigdy jeszcze nie udało jej się
      przegadać ojca. Nigdy jeszcze z nim nie wygrała. On wciąż nic nie rozumie.

      Bił ją od piątego roku życia. Wie dokładnie. Ostatnio odsłuchiwała taśmy z
      dzieciństwa (ojciec nagrywał wywiady z nią na magnetofon Grundig).

      Ma nagrany swój wesoły głos, gdy skończyła 3 lata, gdy skończyła 4. 5-
      letnia Asia już nic nie chciała mówić do mikrofonu.

      - Wtedy już próbowałam pisać - opowiada. - Nie wychodziło równo. Za każde
      wyjście poza linijkę - po łapach. Za kleks - po łapach.

      I tak już do końca podstawówki. Pamiętam, jak wieczorami, kiedy ojciec wracał
      z pracy, udawałam, że śpię. Wyrywał mnie z łóżka: - Co jutro masz? Jakie
      lekcje?

      - Polski, matematykę - jąkałam się - biologię, nie biologię, geografię.
    • betelka Re: Byłbym zerem, gdyby nie smycz (8) 27.02.06, 22:37
      - No to co? Biologię czy geografię? Plan lekcji mi przynieś!

      - Wf masz! - krzyczał. - Nie wiesz, że masz jutro WF? Torby ze strojem nie
      spakowałaś?

      Lanie. Lanie za spóźnienie się do domu, za to, że pomyliła początek wiersza,
      za to, że nie zapamiętała wszystkich słówek z angielskiego. Dbali o jej
      edukację - prywatne lekcje języków zawsze miała opłacone. Kupowali jej dżinsy
      w Peweksie. Na śniadanie zawsze była najlepsza szyneczka wystana w kolejce
      przez mamę.

      Ostatnio na terapii przypomniała sobie, że kiedy miała siedem lat, tańczyła
      w domu i wywróciła się, rozbijając głowę. Mama zawiozła ją do szpitala. Tam
      przywiązali ją do stołu i zszywali na żywca. Bolało.

      Nazajutrz chciała się pożalić się ojcu.

      - Wiesz, co się stało? - spytała, gdy jadł śniadanie.

      - Masz szczęście, gówniaro, że mnie przy tym nie było - odpowiedział
      obrażony. - Dostałabyś dodatkowo za to, że nie uważasz.

      Dzieciństwo Joanny R.: codzienna modlitwa, by umarł, by zginął w wypadku, nie
      wrócił do domu, żeby rodzice się rozwiedli.

      - A gdzie była wtedy mama? - zapytał ją psychoterapeuta.

      Joanna R.: - Uświadomił mi, że mama nigdy nie stawała w mojej obronie,
      uciekała, by nie widzieć, co on ze mną robi. Czy mogłabym zostawić swojego
      synka Stasia samego, gdyby napadły nas psy we wsi, gdzie co roku jeździmy na
      wakacje?

      - Mamo - zapytała ją ostatnio - dlaczego pozwalałaś, żeby ojciec się nade mną
      znęcał?

      - Jak to? Ojciec się nad tobą znęcał? - zdziwiła się mama.

      - No tak: bił mnie za zmoczenie butów nad morzem, dostałam w rocznicę komunii
      za brzydko wypisane zaproszenia dla gości.

      - No i taka niewdzięczna wyrosłaś! - oburzyła się mama. - Widocznie za mało
      dostałaś!

      Joanna R. nigdy nie podniosła ręki na syna, którego wychowuje sama. Stara się
      z nim dużo rozmawiać.

      Ręką ojca? Ręką matki? Z 30 centymetrów, z pół metra.

      W lutym ubiegłego roku w polskim Sejmie trwała debata nad projektem ustawy o
      przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Dokładnie nad art. 5 zakazującym bicia
      dzieci (podobne prawo wprowadziła w 1979 roku Szwecja. Od tego czasu poparcie
      dla kar cielesnych w tym kraju zmalało z 53 do 11 proc.). Zapis ten miał
      podziałać na społeczeństwo wychowawczo. Wywołał burzę.

      - To jest koń trojański - tłumaczył Tadeusz Cymański, poseł PiS. - To próba
      dekompozycji i demontażu polskiej rodziny. Przecież czasem ten klaps, ten
      właśnie klaps... Na zakaz używania zgody nie ma i nie będzie! I od tego wara!

      - Mówią państwo, że klaps jest dopuszczalny - odpowiadała Mirosława Kątna,
      wówczas posłanka (SdPl). - Ja się pytam: Jaki klaps jest dopuszczalny? Ręką
      matki czy ręką ojca? Z jakiej odległości? 30 cm? Z pół metra? Który z nich
      wychowa, który uszkodzi?

      Stanisław Gudzowski z LPR: - Zakaz doprowadzi do powstania grup dewiantów
      wychowywanych bezstresowo.


      Kątna: - Nie chodzi o wychowanie bezstresowe. Chodzi o wychowanie bez przemocy.

      Posłowie nie rozumieli, o co chodzi.

      Odrzucili pomysł.

      Całej dyskusji jak zwykle przysłuchiwały się tego dnia dzieci zwiedzające
      Sejm. Przyjechały z Łukowa, Włoszczowej, z Lublina, z całej Polski.

      Patrzyły z galerii sejmowych.

      PS Dane niektórych bohaterów zostały zmienione


      serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,3182710.html?as=8&ias=8
    • olab1 Re: Byłbym zerem, gdyby nie smycz 28.02.06, 10:24
      Właśnei czytałam całość w wersji papierowej. Straszne. Wczoraj czytałam w
      Wysokich Obasach artykuł o matkach i ich zmęczeniu dziećmi, problemach itp.
      Podsumowując to wsystko oraz wiele innych opisywanych sytuacji dochodzę do
      wniosku, że żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, co czuję. To nieludzkie.
      Zwierzęta swoje małe traktują lepiej niż ludzie. No właśnie -ludzie. Czy te
      istoty, te monstra - mogą nazywać się ludzimi, czy my możemy ich tak nazwać?
      Dzieci się na świat nie prosiły. Skoro już zrodziły się z nas, to my winniśmy
      im miłość. Są naszą krwią i ciałem. Nie czyń drugiemu co tobie nie miłe. I
      żadne 10 przykazań nie są tu na piwerwszym miejscu. Tzw. przykazanie miłości-
      jeśli ono będzie zawsze stosowane nie będie bólu dzieci, ich łez, cierpienia.
      Już nikt nie będzie płakał.

      Nie moglam od razu przeczytać całości - nie dałam rady.

      I dziękuję jeszcze Gazecie - tyle ile ona pisze o dzieciach i ich życiu, nie
      pisze nikt. Tylko tak dalej.
      • sloneczko1 Re: Do poczytania 28.02.06, 19:41
        olab1 napisała:

        > www.vulcan.edu.pl/rodzice/dom/rozmowy/warto_rozmawiac.html
        > Oby każdy rodzic znalazł na to czas...
        tak,oby każdy rodzic znalazł na to czas.........

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka