eugenia54
30.04.06, 21:43
Żądamy ośmiogodzinnego dnia pracy - pod tym hasłem w maju 1886 roku
zastrajkowały tysiące robotników w Chicago. Wkrótce kilkadziesiąt osób
zginęło od bomb i policyjnych salw. Ruch robotniczy zyskał sławnych
męczenników - i najważniejsze święto
Zamieszki i rozlew krwi na ulicach Chicago. Policja zaatakowana dynamitem.
Strajkujący zabici salwami z rewolwerów. Rzeź po wiecu anarchistów - 12
policjantów rannych lub umierających - liczba zabitych lub rannych cywilów
nieznana, ale bardzo duża. Męstwo policji". Ten nagłówek wybity dużą czcionką
na pierwszej stronie "New York Timesa" zobaczyli nowojorczycy 5 maja 1886 r.
Po kilku dniach strajków, manifestacji i brutalnych akcji policji doszło w
końcu do krwawego starcia.
Szok wstrząsnął całym krajem. Przerażenie było tym większe, że w powszechnej
opinii porządek społeczny Zachodu trzeszczał w szwach. Zaledwie 15 lat
wcześniej upadła komuna paryska, a amerykańscy kupcy i przemysłowcy świetnie
pamiętali nienawiść i pogardę, z jaką francuscy komunardzi traktowali święte
prawo własności. W 1877 r. Ameryką wstrząsnął wielki protest kolejarzy i
robotników kolejowych - strajkujących o lepsze płace i krótszy dzień pracy -
który błyskawicznie przenosił się ze stacji na stację i który został krwawo
stłumiony. Prowadzona przez związki zawodowe kampania na rzecz
ośmiogodzinnego dnia pracy - którego wprowadzenie mogłoby rozładować
nastroje - nie przynosiła jednak rezultatów. Pracodawcy skutecznie blokowali
wszystkie próby zmiany prawa, twierdząc, że krótszy dzień pracy zwiększy
koszty produkcji i doprowadzi do masowych bankructw. W 1874 r. uchwalono co
prawda ograniczenia czasu pracy kobiet i dzieci do dziesięciu godzin
dziennie, ale tylko w jednym stanie. Przestrzegano tego zresztą niezbyt
skrupulatnie, a karą za złamanie zakazu przez przedsiębiorcę było... 50 dol.
wartych wówczas wprawdzie znacznie więcej niż dzisiaj, ale nadal niewiele dla
właściciela fabryki.
Wojna króla żniwiarek
Wybuchu zamieszek w Chicago spodziewano się już od lat. Było to wówczas
miasto ludzi bez korzeni, które zaledwie w ciągu 30 lat rozwinęło się z małej
osady w ogromną przemysłową metropolię i którego przytłaczającą większość
mieszkańców stanowili nowi przybysze z Europy (wówczas głównie z Niemiec i
Irlandii, masowa polska imigracja dopiero się zaczynała). Wraz z nimi
przyjechali także radykalni agitatorzy wzywający do rewolucji - "Barbarzyńcy
dzikusy, niepiśmienni nieucy anarchiści ze środkowej Europy, ludzie, którzy
nie są w stanie pojąć ducha naszych wolnych amerykańskich instytucji" - jak
nazwał ich po majowych zamieszkach jeden z miejscowych dzienników. W czasach,
które Reymont miał wkrótce opisać w "Ziemi Obiecanej", Łódź była tylko
cieniem Chicago - dużo od niego mniejsza i biedniejsza. Także fortuny rosły w
niej wolniej.
Jednym z najbogatszych ludzi w Chicago był Cyrus McCormick Junior, syn
wynalazcy mechanicznej żniwiarki. Budowniczy fortuny, stary McCormick,
utalentowany biznesmen, zmarł w 1884 r. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Praca,
praca, praca!". Jego syn natychmiast zabrał się do modernizacji przestarzałej
fabryki. W ten sposób wszedł natychmiast w konflikt ze związkami zawodowymi,
które uważały - zupełnie słusznie - że kupno nowych maszyn spowoduje masowe
zwolnienia.
McCormick junior szczerze wierzył w popularną wówczas wśród przedsiębiorców
doktrynę wolnego kontraktu: robotnik zawiera z właścicielem fabryki umowę z
nieprzymuszonej woli (nikt go wszak nie zmusza). Państwo nie powinno wtrącać
się do układu, który zawierają dwaj wolni ludzie, np. zabraniając jednemu z
nich zatrudnienia drugiego do pracy przy maszynie przez 12 godzin za 1,5 dol.
dziennie. Skoro warsztat pracy jest prywatną własnością, właściciel ma prawo
korzystać z niej, jak chce - a więc strajkujący robotnicy zwyczajnie go
okradają. To wymaga interwencji policji, a nie nowego prawa pracy. Każda ze
stron może przecież w dowolnym momencie umowę rozwiązać, czyli właściciel
może pracownika zwolnić, a pracownik - odejść.
Już po paru miesiącach nowych rządów w fabryce zastrajkowali robotnicy,
którzy wytapiali ostrza żniwiarek. Byli to głównie Irlandczycy, często
przyjaciele i krewniacy, niemal wszyscy zrzeszeni w związku zawodowym. Ich
solidarnego oporu nie udało się McCormickowi złamać. Przedsiębiorca ustąpił
tylko na kilka miesięcy. W lutym 1886 r. zdecydował się na lokaut: zwolnił
wszystkich i zatrudnił dziesiątki ochroniarzy z wielkiej agencji Pinkertona,
żeby pilnowali fabryki, a także bezpieczeństwa nowych pracowników
niezrzeszonych już w żadnym związku.
Zwolnieni pikietowali bramy zakładu. Dochodziło do pobić i samosądów nowych
pracowników, nazywanych - w podzięce za nielojalność wobec zwolnionych
kolegów - "wrzodami". W oczach radykalnej prasy McCormick był wcieleniem
pazernego, amoralnego i bezwzględnego kapitalisty. "The Alarm" opisywał go
jako "prawdziwy obraz ludzkiej deprawacji i złośliwości", a
niemieckojęzyczny "Arbeiterzeitung" nazwał go po prostu "alfonsem". W takiej
atmosferze miała się odbyć zapowiedziana na sobotę 1 maja przez największą
federację związków zawodowych masowa demonstracja za ośmiogodzinnym dniem
pracy.
Bomba na targu
Dzienniki były pełne doniesień o planowanych rozruchach. Jeszcze w marcu i
kwietniu w wielu fabrykach przerażeni właściciele skłonni byli przystać na
ośmiogodzinny dzień pracy (mieli się z niego w znakomitej większości wkrótce
wycofać) i masowo kupowali broń. 1 maja miasto stanęło. Socjalista-anarchista
Albert Parsons poprowadził pochód kilkudziesięciu tysięcy robotników przez
Michigan Avenue, jedną z głównych arterii półmilionowego miasta. Do wybuchu
przemocy nie doszło, ale atmosfera pozostawała napięta.
W poniedziałek 3 maja inny radykalny działacz robotniczy Albert Spies
przemawiał na wiecu związkowym w pobliżu wejścia do zakładu McCormicka.
Doszło do bójki z nowymi robotnikami, którzy właśnie wychodzili z fabryki.
Policja pojawiła się błyskawicznie i natychmiast zaczęła strzelać. Dwóch
robotników zginęło. "Krew się we mnie zagotowała" - wspominał później podczas
procesu Spies. Wrócił do biura "Arbeiterzeitung", którą redagował, i
błyskawicznie przygotował plakat wzywający do wiecu na następny wieczór, we
wtorek 4 maja. Zatytułował go "Robotnicy do broni". Zecer dodał napisany
ogromnymi literami nagłówek: "ZEMSTA!".
Nawet wówczas nic jeszcze nie zapowiadało tragedii. Na wieczorny wiec na
placu targowym Haymarket przyszło zaledwie trzy tysiące ludzi. Policja -
poruszona upartymi plotkami o wysadzeniu hal fabryki McCormicka z "wrzodami"
w środku - ściągnęła posiłki. Spies jednak ochłonął. Uczestnicy wiecu
zapamiętali, że wygłosił mało radykalne - niemal ugodowe - przemówienie. O
10.30, kiedy wiec dobiegał już końca, a na placu zostało kilkaset osób,
nieoczekiwanie policja wezwała ich do rozejścia się.
- To pokojowe zebranie, panie kapitanie - stwierdził mówca.
Policjant powtórzył rozkaz, a jego ludzie ruszyli w zwartym szyku w stronę
robotników.
Nigdy nie udało się ustalić, kto rzucił bombę w szpaler policji.
Wielu uczestników wiecu zapamiętało lecący nad głowami policjantów okrągły
przedmiot wielkości dzisiejszej piłki do tenisa z długim syczącym lontem.
Bomba była domowej roboty - dwa półokrągłe kawałki metalu skręcone solidną
śrubą i wypełnione dynamitem, z otworem na zapalnik i lont. Eksplozję
usłyszał nawet burmistrz Chicago, który właśnie kładł się spać w swoim domu
na drugim końcu miasta.
Nie wiadomo też, kto zaczął strzelać. Ówczesne gazety pisały, że strzelali
robotnicy, a policjanci odpowiedzieli ogniem. Dziś historycy uważają raczej,
że zaczęli przerażeni policjanci, w chaosie często strzelając swoim kolegom w
plecy. Prowizoryczny punkt opatrunkowy zorganizowany na posterunku policji
przypominał szpital na linii frontu. Bruk spływał krwią. Cywile uciekali w
b