o ślaskich obyczajach,potrawach i słowach......

24.05.06, 22:28
Prawie każda okazja to dobry pretekst do spotykania się, organizowania
imprezy, dawania prezentów, wspólnego śpiewania i opowiadania dowcipów, czyli
po prostu do bycia razem i do wspólnej zabawy. Na Śląsku panuje szczególne
upodobanie do wspólnego świętowania. Okazją do jubla, rodzinnego fajeru są
święta, rocznice, jubileusze, odpust w swoim kościele itp. Prawdziwie śląską
okazją jest oczywiście géburtstag, czyli urodziny. Na tle innych części
Polski to zdecydowanie tradycyjny obyczaj, bo ogólnopolską tradycją jest
raczej obchodzenie imienin. Można znaleźć sporo argumentów za tym, że
urodziny są ważniejsze. Urodził się każdy z nas, datę urodzin można
przetransponować na każdy kalendarz (egzotycznych imion natomiast nie
znajdziemy w naszym kalendarzu, najczęściej nie da się ich nawet
przetłumaczyć). Urodziny to naprawdę wielkie święto, bo przecież narodziny
dziecka to jedno z najpiękniejszych wydarzeń na świecie, dlatego pewnie
niezwykle ważne w kulturze polskiej są święta Bożego Narodzenia. Dlatego
wszyscy tak na nie czekamy, na Święta, które upamiętniają ów wspaniały dzień,
w którym można powiedzieć: „narodził się nam Zbawiciel”.

Przeciwnicy urodzin posługują się różnymi argumentami. Jeden jest wyjątkowo
chwytliwy dla kobiet i to szczególnie dziś w dobie rozkwitu wszelkich teorii
feministycznych. Kobiety często mówią, że urodziny są dobre tylko w
wieku „naście”1. Potem dobrze jest wiek ukrywać lub sobie lata odejmować. Nic
bardziej sprzecznego ze śląską tradycją. Nie słyszałam, by tak mówiła
jakakolwiek Ślązaczka. Wszystkie twierdzą, że każdy wiek ma swoje uroki i
każde urodziny są równie ważne w życiu człowieka.

A śląskie upodobanie do urodzin ujawnia się od najmłodszych lat. Jedną z
najważniejszych tradycji we wczesnym dzieciństwie jest „roczek”. Pierwsze
urodziny dziecka bywają prawie tak huczne jak chrzciny. „Roczek” bardzo
często zaczyna się uroczystością kościelną. Z tej okazji w intencji dziecka
zamawia się specjalną mszę, na którą zapraszani są najbliżsi: dziadkowie,
rodzice chrzestni i inna bliższa rodzina. A potem to już impreza w domu z
obiadem, ciastem, kawą, śpiewaniem, wicami2 i oczywiście z prezentami dla
rocznego solenizanta. Na stole musi pojawić się tort z jedną świeczką.
Zdmuchiwanie świeczek na torcie to jedna z najsilniejszych
tradycji. „Zdmuchiwacz-solenizant” powinien sobie w tym czasie pomyśleć
jakieś życzenie i jeśli uda mu się zdmuchnąć świeczki za jednym zamachem,
tradycja gwarantuje, że to życzenie się spełni. Przy tych pierwszych
urodzinach świeczka jest tylko jedna, ale też zdolność dmuchania solenizanta
jest bardzo ograniczona, więc tradycja pozwala, by tym razem pomagali w
zdmuchiwaniu pomocnicy (także oczywiście w myśleniu życzenia). Przy każdych
następnych urodzinach skłania się solenizanta, by zebrał się sam na
potężny „dmuch” i spełnianie życzeń wywalczył sobie samodzielnie.

Potem następne bardzo ważne urodziny to „osiemnastka”. I to chyba jedyny
punkt zbieżny z tradycją ogólnopolską. Osiągnięcie pełnoletności
(osiemnastego roku życia) obchodzi się wśród młodzieży uroczyście w całym
kraju. Na Śląsku różnica polega na sposobie jej obchodzenia. Bo oczywiście
młodzi zapraszają kolegów z klasy, by wspólnie ten fakt święcić, ale też
świętuje się w gronie rodzinnym: z ciotkami, ujkami3, dziadkami, chrzestnymi
itd. Oczywiście jest tort, są świeczki tym razem już 18, ale i siła podmuchu
u takiego prawnie pełnoletniego solenizanta jest spora. Ma on więc ogromne
szanse na wywalczenie u sił wyższych spełnienia swojego pierwszego prawdziwie
dorosłego życzenia.

Następne urodziny, które wywołują niesłychane poruszenie, to „Abraham”, czyli
pięćdziesiąte urodziny. One, jak „złote gody”4, też muszą być ogromnie
huczne, tak by umiliły fakt, że od tej pory to już tak „troszkę z górki”. Bo
przecież każdy swój wiek oblicza na (co najmniej) „sto lat”, więc „Abraham”
jest jakby w połowie drogi. Ale z drugiej strony wielu twierdzi, że wtedy
człowiek dopiero rodzi się na nowo. Zaczyna bardziej jeszcze doceniać
rodzinę, zacisze domowe, młodnieje na nowo w towarzystwie wnuków. A jeśli
jeszcze uda się naraz zdmuchnąć aż 50 świeczek, to ho, ho, ho... cóż jeszcze
można osiągnąć. Człowiek czuje, że żyje!!!

W czasie swoich imprez Ślązacy lubią śpiewać, często przy akordeonie.
Potrafią śpiewać i do rana: wielokrotnie „Sto lat” na różne melodie, „Niech
mu gwiazdka”. W śpiewie można znaleźć okazję do kolejnych toastów, bo
przecież wystarczy rozpocząć od „A kto się w styczniu urodził...”. A potem
jeszcze bawić się dalej przy „chacharach5, co żyją i gorzoła6 piją”, by
powoli dochodzić do repertuaru poważniejszego, który nieodłącznie towarzyszy
śląskim biesiadom, do „Bytomskich strzelców”, do „zachodu czerwonego
słoneczka” i wspominek o „przepaści na granicy Górnego Śląska, gdzie niejedna
śliczna panieneczka śląska utraciła chłopca” i to ta „luba, która w białym
zamku białe orły wyszywa”. A potem znów można wrócić do repertuaru weselszego
i zaśpiewać o „Karolince, co szła do Gogolina” i o „Karliku, co ma w koszyku
gołąbków po parze”.

O wyższości urodzin nad imieninami napisał Marek Szołtysek w książce Żywot
Ślązoka poczciwego: „Rocznicę urodzin świętowali już uczeni Egipcjanie,
filozofujący starożytni Grecy oraz praktyczni, starożytni Rzymianie, którzy
nazwali ten dzień „dies natalis”. Podobnie robią Anglicy, Niemcy, Holendrzy,
Amerykanie, Francuzi, Włosi, Hiszpanie... i Ślązacy”.

Różnice między Śląskiem i resztą kraju ujawniają się też podczas corocznych
tradycyjnych kościelno-kalendarzowych świąt. Nieco inaczej na Śląsku odbywa
się dawanie prezentów. Główne święta „od” prezentów to oczywiście Święta
Bożego Narodzenia, a szczególnie Wilijo7, bo w Polsce – w przeciwieństwie do
bardzo wielu krajów na świecie, w których prezenty dostaje się w pierwszy
dzień Świąt – dniem podarków jest Wigilia. Śląska choinka w Wigilię jest
szczególnie piękna, bo leży pod nią ogrom paczek i paczuszek pięknie
zapakowanych, z kokardami, aniołkami i gwiazdkami. Nie ma ani jednej osoby
przy wigilijnym stole, dla której zabrakłoby podarku. Ale szczególnie wiele
znajdują ich po wieczerzy8 pod choinką – obok betlejki9, która też tam musi
stać – dzieci. A skąd te prezenty tam się wzięły? Oczywiście to prezenty od
Dzieciątka10. Bo na Śląsku prezenty pod choinkę przynosi Dzieciątko. Nie
żaden Święty Mikołaj, bo on swoją powinność spełnił już 6 grudnia i tym
bardziej nie żadne „gwiazdki” ani „gwiazdory”. Wigilia rozpoczyna Święta
Narodzenia Pańskiego, więc tylko Dzieciątko może się prezentami zająć. Te
prezenty dla dzieci są jednymi z najmilszych i najbardziej wyczekiwanych, bo
od czasu, kiedy dzieci przestają już być takimi zupełnymi dziećmi i wiara w
Mikołaje i Dzieciątka jest z lekka zachwiana, na kilka dni przed Wigilią
zaczyna się skryte poszukiwanie prezentów: może w szafie, może na pawlaczu,
może „w antryju11 na bifyju12” (oj! co za głupi wierszyk! któż to ma bifyj w
antryju!!!). Tę konkurencję jednak wygrywają zazwyczaj kooperujący z
Dzieciątkiem rodzice. Więc... dramatyzm oczekiwania się potęguje. A potem!
Emocje rosną gwałtownie. Najpierw trzeba czekać na pierwszą gwiazdkę, żeby w
ogóle zasiąść do stołu. Potem podzielić się opłatkiem i wszyscy siadają przy
stole i jedzą, i jedzą, i jedzą. I jedzenia jest strasznie dużo i trzeba
wszystkiego skosztować, żeby w następnym roku nie ominęło nas ani jedno
szczęście i dobre zdarzenie. I nie wolno marudzić, żeby nie zostać
okrzyczanym, bo co się dzieje w Wigi
    • sloneczko1 Re: o ślaskich obyczajach,potrawach i słowach.... 24.05.06, 22:33
      Więc... dramatyzm oczekiwania się potęguje. A potem! Emocje rosną gwałtownie.
      Najpierw trzeba czekać na pierwszą gwiazdkę, żeby w ogóle zasiąść do stołu.
      Potem podzielić się opłatkiem i wszyscy siadają przy stole i jedzą, i jedzą, i
      jedzą. I jedzenia jest strasznie dużo i trzeba wszystkiego skosztować, żeby w
      następnym roku nie ominęło nas ani jedno szczęście i dobre zdarzenie. I nie
      wolno marudzić, żeby nie zostać okrzyczanym, bo co się dzieje w Wigilię, to
      będzie się dziać cały rok. I niezmiernie długo to jedzenie trwa: zupa rybna,
      siemiéniotka, karp smażony, kapusta z grochem, moczka, makówki, kompot z
      suszonych owoców. Ale w końcu można wstać od stołu i biec pod choinkę.

      Potrawy świąteczne zazwyczaj bywają tradycyjne, regionalne. Nie wymyśla się na
      święta jakichś dziwnych nowych specjałów. Oczywiście najbardziej tradycyjne pod
      względem jedzenia są Święta Bożego Narodzenia, a konkretnie Wigilia. Tuż przed
      Wigilią w całym domu unosi się aromat wyjętych ze specjalnej skrzyni pierników.
      Wypieka się je bowiem wcześniej, a potem umieszcza w takiej skrzyni, aby
      zmiękły. Nie może w nich zabraknąć goździków, cynamonu i orzechów. Nazwy potraw
      wigilijnych zazwyczaj łatwo rozszyfrować: moczka to od moczenia piernika,
      siemiéniotka od podstawowego składnika, czyli siemienia, a makówki od tego, że
      z maku.

      Nazwy śląskich potraw zresztą w ogóle są rozszyfrowywalne. Czasem są utworzone
      od czasowników, które mówią o czynnościach związanych z ich przygotowaniem,
      taka np. jest wspomniana już nazwa moczki, stąd też nazwa jajecznicy – smażonka
      (czyli coś, co się smaży). Czasem nazwa potrawy pochodzi od podstawowego
      składnika. Przy czym nazwa tego składnika może się pojawić zarówno w wersji
      polskiej, jak i niemieckiej. Na polskich nazwach oparte są takie nazwy, jak:
      makówki, wodzionka (zupa, której głównym składnikiem jest woda z dodatkiem
      chleba, czosnku i odrobiny magi), kloszczonka (woda po kluskach). Na
      niemieckich nazwach oparte są panczkrałt i ciapkrałt – ziemniaki tłuczone
      pomieszane z gotowaną kapustą kiszoną i okraszone szpyrką13 (z niem. Kraut –
      kapusta), bratheringi i bratkartofle - czyli smażone śledzie i smażone
      kartofle (z niem. braten – smażyć), klapsznita i fetsznita – kromka złożona na
      pół i kromka ze smalcem (z niem. Klappschnitte i Fettschnitte).

      Na niemieckim źródłosłowie oparte są często śląskie nazwy napojów. Na Śląsku
      bowiem pije się kafyj i tyj (stąd popularne zdanko: we antryju na bifyju
      styrczy szolka tyju). To z niemieckich nazw: Kaffee i Tee. Popularny – też na
      świątecznym stole – był kiedyś (dziś już codzienny) bonkafyj, czyli kawa
      prawdziwa (z niem. Bohnenkaffee). Dawniej do śniadania i kolacji pijało się
      kakałszale, czyli napój mleczny z łusek kakaowych, prawdziwego kakao na co
      dzień się wtedy, tak jak i prawdziwej kawy, nie pijało. Kakałszale to również
      nazwa pochodząca z niemieckiego Kakaoschale (czyli właśnie łuska kakaowa).
      Napojem nie do wieczerzanio14 ani do śniodanio15, tylko raczej do maszkycynio16
      była brałza, czyli oranżada – ta nazwa to też przekształcone niemieckie Brause.
      Z niemieckiego pochodzą też nazwy wszystkich wusztów17 (kiełbas), szczególnie
      tych, które są złożeniami właśnie z drugim członem -wuszt: leberwuszt
      (wątrobianka), preswuszt (salceson). Inne jeszcze przykłady to hekele – pasta
      śledziowa (z niem. Häckerle), melka (z niem. Mehl – mąka) – gęsta zupa z mleka
      i mąki podawana głównie dzieciom, galert (z niem. Gallert) – galareta, szałot –
      sałata ziemniaczana, jarzynowa. Szałot mógł być okraszony szpyrką, mógł być ze
      śledziem, mógł być jedzony sam, ale też zamiast kartofli jako podstawa drugiego
      dania, zwłaszcza w święta.

      Największą jednak karierę zrobiły pewne dania śląskie wraz ze swoimi nazwami,
      które weszły do polszczyzny ogólnej, w różny zresztą sposób. Najbardziej chyba
      popularny w całej Polsce jest krupniok (od nazwy: krupy18), nazywany zresztą
      często „śląskim krupniokiem”. Ta nazwa rozpowszechniła się razem ze swym
      desygnatem. Za słowem kryje się bowiem ów wybitnie śląski specjał, którego nie
      można w żadnym wypadku zastępczo nazwać kaszanką, choć składniki są takie same,
      ale wynik ich łączenia jest zdecydowanie inny. Nie doczekał się takiej kariery
      z kolei śląski żymlok (od żymła, czyli bułka). Innego typu karierę zrobił
      karminadel (karbinadel19). To dzięki absolutnie rewelacyjnej scenie filmowej
      w „Perle w koronie” Kazimierza Kutza.

      Specyficznie śląskie nazwy dotyczą też wielu słodyczy, czyli maszkytów – kiedy
      na Śląsku chce się pomaszkycić, można kupić sobie albo usmażyć kreple (pączki),
      można też sobie zafundować kołoczek (drożdżówkę). Ale podstawowe maszkyty to
      oczywiście bombony (to także z niem. Bonbon). Natomiast rodzaje bombonów to
      nazwy oparte już na polskich podstawach. Najbardziej popularne były zawsze
      szkloki (czyli landrynki) – nazwa wywodzi się z ich szklanej czy szklistej
      przezroczystości. Za nimi w kolejce były kopalnioki, czyli ciemne cukierki
      anyżowe (podobne do węgla), a świetne były też kanoldy (czyli krówko- lub
      toffipodobne, ciągnące się cukierki). Do maszkytów zalicza się też lukrecyjo i
      torta (szczególnie istotna na géburtstagu).

      Tradycyjnie i świątecznie jest też podczas Wielkanocy. Wtedy prezenty –
      skromniejsze od wigilijnych, składające się właśnie z maszkytów – przynosi
      dzieciom Zajączek. W Śląskiej kucharce doskonałej (książce wydanej w
      Katowicach) można znaleźć taki opis Wielkanocy: „Po powrocie do domu stół był
      ubrany wedle zwyczaju białym obrusem, na którym paradnie ustawione były
      wszystkie świąteczne potrawy. Był tam pośrodku wieniec wielkanocny posypany
      makiem, koszyczek kroszonek20 ozdobiony bukszpanem, których liczba dochodziła
      nieraz do 100 sztuk, szynka gotowana, szynka surowa, boczek wędzony gotowany i
      inne wędliny domowego wyrobu w postaci kiełbas świeżych i podwędzanych,
      wątrobianki czyli leberki, parówki czyli oplerki. Był też chrzan, musztarda,
      masło, a ponadto charakterystyczna dla śląskiej kuchni potrawa zwana na
      Podbeskidziu murzynem, w opolskim szołdrem, a w okolicach Bytomia i Katowic
      szczodrem lub sodrem. Nazwa ta pochodzi od słowa szołdra lub szoldre, co w
      języku używanym w średniowiecznej Polsce oznaczało szynkę. Było to ciasto
      pieczone w formie niewielkiego chlebka nadziane kiełbasą i upieczone w
      piekarniku. Poza swą funkcją czysto konsumpcyjną murzyny spełniały również inną
      funkcję. Stanowiły one wraz z kroszonkami swoistego rodzaju rewanż za mokry
      dyngus, który w drugi dzień świąt urządzano ku uciesze wszystkich dziewcząt i
      dzieci.” Bo właśnie na stole wielkanocnym muszą być też różne maszkyty, a
      przede wszystkim ciasta. Wśród nich przeważają baby i babki oraz kołocze.

      Kołocz, ciasto pieczone na blasze, najbardziej jednak kojarzy się z inną
      uroczystością, mianowicie ze ślubem. Narzeczeni chodzą z kołoczem zapraszać
      gości na wesele, ale też powiadamiać o ślubie np. sąsiadów. Kołocz do tego celu
      musi być trojakiego rodzaju: z serem, z makiem i z posypką. Każdy odwiedzany
      dostaje po jednej kostce z każdego rodzaju, więc blach kołocza musi być tym
      więcej, im więcej ludzi do odwiedzenia.

      Tyle tu uwag na temat jedzenia, bo żadna impreza, żadne święta bez tego obyć
      się nie mogą. A na Śląsku siedzenie przy stole, jedzenie i picie musi być
      okraszone dowcipami. Jedzenie bez dowcipów to tak, jakby jedzenie bez soli i
      pieprzu. Ale i kultura śląska w dowcipach to bardzo ważny element. Dowcipy,
      czyli wice, należą do śląskiego folkloru i folklor śląski jest w wicach
      obecny. Jednym z najistotniejszych i najtrwalszych przejawów tego folkloru jest
      gwara. Gwara, która może być podstawową tkanką dowcipu, jego tworzywem i
      bohaterem. Takich dowcipów nie da się w prosty sposób przełożyć na język
      ogólnopolski. Prze
      • sloneczko1 Re: o ślaskich obyczajach,potrawach i słowach.... 24.05.06, 22:40
        Dowcipy, czyli wice, należą do śląskiego folkloru i folklor śląski jest w
        wicach obecny. Jednym z najistotniejszych i najtrwalszych przejawów tego
        folkloru jest gwara. Gwara, która może być podstawową tkanką dowcipu, jego
        tworzywem i bohaterem. Takich dowcipów nie da się w prosty sposób przełożyć na
        język ogólnopolski. Przekład spowoduje utratę sensu, „smaczku” dowcipu. Dorota
        Simonides, badaczka folkloru śląskiego, we wstępie do swojego zbioru
        zatytułowanego Śląskie beranie, czyli humor Górnego Śląska cytuje różne mniej
        lub bardziej serio podane instrukcje opowiadania dowcipów. Jeden z cytowanych
        przez nią punktów brzmi: „Jeśli się nie zna danej gwary, nie należy opowiadać w
        niej dowcipów”. To naczelne hasło dla dowcipów językowych. Nie znając gwary,
        można zgubić całkiem sens dowcipu.

        Podam kilka rodzajów dowcipów językowych ze Śląska. Na początek takie, które
        wykorzystują cechy dialektu śląskiego. W dowcipach często elementem głównym
        jest gwarowa leksyka. Wśród śląskich słów – najczęstszych „bohaterów” wiców –
        prym wodzi słowo pieron. Wiele o nim napisano. D. Simonides przytacza anegdotę
        zaświadczającą fakt wielofunkcyjności tego słowa: może ono oznaczać
        przekleństwo, być wyzwiskiem, ale także pozytywnym określeniem kogoś lubianego,
        jest składnikiem wielu różnorakich frazeologizmów, jest podstawą dla wielu
        nowych form słowotwórczych (czasowników: pieronować, pieronić; przymiotników:
        pieronowy, pieroński; przysłówków: pierońsko; rzeczowników zdrobniałych:
        pieronek itp.). Ta właśnie wielofunkcyjność wykorzystana została w następującym
        dowcipie*:

        – Pieronie jasny, já już z tym pieronem dłużéj nié wytrzymóm – pado21 ráz
        Antek.

        – Ale Antek, dyć22 nié przeklinej tak brzydko – pado mu na to Francek.

        – Mász racja, niéch mie pieron trzaśnie, jak jeszcze ráz zaklna.

        Wieloznaczność niektórych słów często bywa źródłem dowcipu. W pierwszej części
        dowcipu pada dany wyraz w jednym znaczeniu, a w części drugiej zostaje użyty w
        innym. Dowcip staje się jeszcze śmieszniejszy, gdy jedno ze znaczeń mieści się
        w sferze intymnej. Tak na przykład wyraz zadek ma dwa znaczenia: 1. ‘tył’;
        2. ‘tyłek’. Bez znajomości tych znaczeń dowcip nie jest zrozumiały. Ze względu
        na różne brzmienie leksykalnych odpowiedników słowa zadek w ogólnej
        polszczyźnie „przetłumaczyć” się go nie da, ogólnopolskich słów tył i tyłek
        nie można w takim kontekście użyć wymiennie (dowcip przytaczam za D.
        Simonides):

        Jechali my autobusem do Mikołowa. Ludzi było tak pełno, że ani knefla23
        wsadzić24. Konduktorka miała biéda się przecisnąć, to tak ino25 przez ludzi te
        bilety sprzedawała. Jak już wszystkim sprzedała, tak zawołała:

        – A tam w zadku mácie bilety?

        – A czemu to zaráz w zadku, a nie w kabzie26 – odpedzioł27 jej jeden.

        W językowych wicach śląskich częste jest wykorzystanie homonimii, czyli
        identyczności brzmienia wyrazu gwarowego śląskiego z innym wyrazem nieśląskim,
        z innej odmiany językowej. Tak jest np. w dowcipie, w którym słowem kluczowym
        jest kara – raz w znaczeniu ogólnopolskim jako ‘środek represyjny za jakieś
        wykroczenie’, po drugie w znaczeniu gwarowym jako ‘taczki’:

        Górnik zobáczył kartka z napisem: ‘Jedzenie pod karą wzbronione’. A bardzo mu
        się chciało jeść, to wzion28 swoja kara, obrócił ją na wiyrch29 i usiádł se na
        niej.

        Homonimem dla wyrazu lub formy gwarowej może być również wyraz z innego języka.
        Takim dowcipem jest wic o Antku w Londynie:

        Antek stoi na ulicy w Londynie. Podchodzi do niego angielski policjant i pyto:

        – Polish?

        A na to Antek:

        – Nié, potém się zakurza30.

        W dowcipie została wykorzystana zbieżność brzmienia angielskiego przymiotnika
        polski wymawianego jako ‘połlisz’ z wymawianym po śląsku (á pochylone w gwarze
        wymawiane jest jako o) czasownikiem w 2. osobie liczby pojedynczej: palisz.

        Specyficzność śląskich wiców to także wykorzystanie tkwiących w gwarze Górnego
        Śląska germanizmów, które bardzo często przez mówiących nie są odbierane jako
        wyrazy o obcej proweniencji ze względu na swoje silne zakorzenienie w gwarze i
        przystosowanie do polskiego systemu fleksyjnego, fonetycznego, a nawet często
        słowotwórczego. Takim klasycznym już dowcipem jest dowcip z serii o Antku i
        Francku:

        Przyjecháł Antek z Niemiec i pado:

        – Fráncek, jakie tam są piékne sklepy, a w tych sklepach jest wszystko i
        wszystko takie piékne. Chciáł żech sie kupić taki piékny ancug31, ino żech nié
        wiedziáł, jak jest ancug po niémiecku.

        Ten dowcip zresztą jest dla śląskiego humoru dość reprezentatywny. Humor śląski
        bowiem w dużej mierze polega na umiejętności śmiania się Ślązaków z samych
        siebie.

        Język – gwara nie jest wszak jedynym folklorystycznym elementem pojawiającym
        się w dowcipach. Jakie dowcipy zawierają motywy charakterystyczne głównie dla
        Śląska, przede wszystkim dla Śląska, najczęstsze na Śląsku? Takimi dowcipami są
        wice o górnikach. Oczywiście znaleźć wśród nich można i takie, których śląskość
        polega w głównej mierze na wprowadzeniu śląskich realiów. Gdyby nie owe realia,
        mógłby to być dowcip o dowolnym robotniku w dowolnym innym regionie, np.:

        Sztajger32 pytá się Francka:

        – Jak długo byłeś w poprzednim zakładzie?

        – Pięć lát – odpowiadá Francek.

        – To bardzo dobrze. A czemuś stamtąd odszedł?

        – No, to przeca33 proste! Ogłosili amnestiá.

        Śląskość tego dowcipu polega na gwarowych odpowiedziach Francka oraz
        wprowadzeniu (nazwaniu) dwóch rozmówców typowych dla Śląska: sztajgra i
        charakterystycznego bohatera śląskich dowcipów Francka. Poza tym można ten
        dowcip opowiedzieć polszczyzną ogólną, sztajgra wymienić na kierownika, Francka
        na Franka i dowcip pozostanie równie śmieszny. Wśród górniczych wiców bywają
        jednak i takie, w których takiej zamiany dokonać się nie da. Są to dowcipy o
        wiele silniej osadzone w śląskich realiach:

        Pyto się Karlik Francika:

        – Ty, co to jest: chodzi po ścianie i ryczy?

        – Nie wiem!

        – No, sztajger!

        Dodatkowym elementem jest tu kopalniana ściana (czyli jeszcze inaczej pokład
        węglowy), ściana, której w innym zakładzie umieścić nie można.

        Specyficzne są na Śląsku dowcipy o małżeństwach, o górnikach i ich babach34.
        Zanika już powoli zresztą jeden z najbardziej charakterystycznych elementów
        tych dowcipów (uwidacznianych przed laty w rysunkowych dowcipach w „Dzienniku
        Zachodnim”): obrazek potężnej, mocno przy kości, z obfitym biustem baby i
        bardzo malutkiego, chudzieńkiego „chłopecka”. Wspaniałym pastiszem tego motywu
        była para głównych bohaterów z filmu „Zawrócony” w reżyserii Kazimierza Kutza.
        Zziajany i skatowany mąż wręcz ginął w obfitościach górnej połowy swej
        małżonki. Ale nawet już nie tak wielka, jest śląska baba potężna swą władzą i
        charakterem:

        – Panie sztajger od tydnia35 przestáłech pić i kurzyć!

        – Gratuluję, to musi pan mieć żelazną wolę!

        – Já nie, ale moja baba!

        Robotnemu36 chłopu („kierymu37 – na dodatek – zawsze się chce”) i jego silnej
        babie przeciwstawiony jest głupi gorol38 (rodem z ogólnoświatowych dowcipów o
        głupich sąsiadach), których się traktuje gorzej niż cokolwiek innego:

        – Panie sztajger, na przodku39 sie zawaliło!

        – A byli tam jakie ludzie?

        – Nié! ino tych dwóch goroli.

        Czy Ślązacy są okrutni? Nie, każda grupa ma swych sąsiadów, których głupotę
        można wykorzystać, by samemu wypaść lepiej. Takie dowcipy opowiadają Belgowie o
        Holendrach, Czesi o Polakach, Francuzi o Amerykanach itd. Czy są dowcipniejsi
        od „niektórych innych”? Pewnie tak, opowiadanie dowcipów mają we krwi, a gwara
        śląska
        • sloneczko1 Re: o ślaskich obyczajach,potrawach i słowach.... 24.05.06, 22:44
          Czy Ślązacy są okrutni? Nie, każda grupa ma swych sąsiadów, których głupotę
          można wykorzystać, by samemu wypaść lepiej. Takie dowcipy opowiadają Belgowie o
          Holendrach, Czesi o Polakach, Francuzi o Amerykanach itd. Czy są dowcipniejsi
          od „niektórych innych”? Pewnie tak, opowiadanie dowcipów mają we krwi, a gwara
          śląska naprawdę wyjątkowo się nadaje na tworzywo dowcipów.

          Wiele jest książkowych zbiorów dowcipów. Od zbiorku Józefa Lompy – pierwszego
          na Śląsku zbieracza folkloru, przez bardzo popularną książeczkę Stanisława
          Ligonia (wielekroć wznawianą) Bery i bojki śląskie, po najnowsze i
          najobszerniejsze zbiory Doroty Simonides Śląskie beranie, czyli humor Górnego
          Śląska, czy też jej opracowania, jak np. Bery to nie tylko gruszki, czyli rzecz
          o humorze śląskim. W książkach tych zebrane są dowcipy śląskie, opowiadane na
          Śląsku, przez Ślązaków i po śląsku. Coraz więcej też pojawia się opisów
          śląskich zwyczajów i obyczajów, słowników gwary śląskiej. Można więc wierzyć,
          że śląskość nie zaginie.

          Jolanta Tambor

          Przypisy

          czyli wtedy, kiedy ma się lat kilkanaście: 16, 17, 18... ;
          wic – dowcip;
          ujek – wujek, stryj;
          pięćdziesięciolecie pożycia małżeńskiego;
          chachar – łobuz, rozrabiaka;
          gorzoła – wódka;
          Wilijo – Wigilia;
          wieczerza – uroczyście: kolacja;
          betlejka – szopka;
          Dzieciątko – popularna nazwa małego Jezusa;
          antryj – przedpokój;
          bifyj – kredens, stojący w pokoju lub kuchni mebel (w rodzaju szafy), w którym
          trzyma się przede wszystkim naczynia;
          szpyrka – słonina;
          wieczerzać – jeść kolację;
          śniodać – jeść śniadanie;
          maszkycić – jeść dobre rzeczy, przede wszystkim słodycze;
          wuszt – z niem. Wurst – kiełbasa;
          krupy – kasza;
          karminadel – kotlet mielony, siekany;
          od krasić – malować, zdobić;
          * W zapisach śląskich dowcipów znak á oznacza głoskę wymawianą jako [o], zaś
          znak é głoskę wymawianą jako [e] – przyp. red..

          padać – mówić;
          dyć – przecież, wszak;
          knefel – guzik;
          wsadzić – włożyć;
          ino – tylko;
          kabza – kieszeń;
          odpedzioł – odpowiedział;
          wzion – wziął;
          wiyrch – góra, wierzch;
          zakurzyć sie – zapalić papierosa;
          ancug – niem. der Anzug – garnitur;
          sztajger – sztygar;
          przeca – przecież;
          baba – żona, kobieta;
          tydnia – tygodnia;
          robotny – pracowity;
          kiery – który;
          gorol – ktoś z centralnej Polski, szerzej: nie-Ślązak;
          przodek – ściana w kopalni.
          Autorka jest adiunktem w Instytucie Języka Polskiego UŚ oraz wicedyrektorem
          Szkoły Języka i Kultury Polskiej. Ważniejsze publikacje: Język polskiej prozy
          fantastyczno-naukowej (Katowice 1989), Fonetyka i fonologia współczesnego
          języka polskiego (z Danutą Ostaszewską, Warszawa 2000).

    • ballest Re: o ślaskich obyczajach,potrawach i słowach.... 24.05.06, 22:36
      Suoneczko, to trocha z polski strony napisano, ale
      "Następne urodziny, które wywołują niesłychane poruszenie, to „Abraham”, czyli
      pięćdziesiąte urodziny. One, jak „złote gody”4, też muszą być ogromnie
      huczne, tak by umiliły fakt, że od tej pory to już tak „troszkę z górki”. Bo
      przecież każdy swój wiek oblicza na (co najmniej) „sto lat”, więc „Abraham”
      jest jakby w połowie drogi."

      ale tu se wyzouas na mnie, pra!
      • sloneczko1 Re: o ślaskich obyczajach,potrawach i słowach.... 24.05.06, 22:42
        a czymu akurat na Ciebie Balleście?niyjedyn by chcioł dożyć Abrahama ,prowda
        godajonc,jo tysz chca bo mom jusz obmyślano impreza z tego tytułu,i to niy
        jedna;)
        • szwager_z_laband Re: o ślaskich obyczajach,potrawach i słowach.... 25.05.06, 08:48
          Abrahan to je taki gyburstak we kerym stowo sie syniorym - to bou fter od nos
          wszyskich:)
Pełna wersja