sloneczko1
24.05.06, 22:28
Prawie każda okazja to dobry pretekst do spotykania się, organizowania
imprezy, dawania prezentów, wspólnego śpiewania i opowiadania dowcipów, czyli
po prostu do bycia razem i do wspólnej zabawy. Na Śląsku panuje szczególne
upodobanie do wspólnego świętowania. Okazją do jubla, rodzinnego fajeru są
święta, rocznice, jubileusze, odpust w swoim kościele itp. Prawdziwie śląską
okazją jest oczywiście géburtstag, czyli urodziny. Na tle innych części
Polski to zdecydowanie tradycyjny obyczaj, bo ogólnopolską tradycją jest
raczej obchodzenie imienin. Można znaleźć sporo argumentów za tym, że
urodziny są ważniejsze. Urodził się każdy z nas, datę urodzin można
przetransponować na każdy kalendarz (egzotycznych imion natomiast nie
znajdziemy w naszym kalendarzu, najczęściej nie da się ich nawet
przetłumaczyć). Urodziny to naprawdę wielkie święto, bo przecież narodziny
dziecka to jedno z najpiękniejszych wydarzeń na świecie, dlatego pewnie
niezwykle ważne w kulturze polskiej są święta Bożego Narodzenia. Dlatego
wszyscy tak na nie czekamy, na Święta, które upamiętniają ów wspaniały dzień,
w którym można powiedzieć: „narodził się nam Zbawiciel”.
Przeciwnicy urodzin posługują się różnymi argumentami. Jeden jest wyjątkowo
chwytliwy dla kobiet i to szczególnie dziś w dobie rozkwitu wszelkich teorii
feministycznych. Kobiety często mówią, że urodziny są dobre tylko w
wieku „naście”1. Potem dobrze jest wiek ukrywać lub sobie lata odejmować. Nic
bardziej sprzecznego ze śląską tradycją. Nie słyszałam, by tak mówiła
jakakolwiek Ślązaczka. Wszystkie twierdzą, że każdy wiek ma swoje uroki i
każde urodziny są równie ważne w życiu człowieka.
A śląskie upodobanie do urodzin ujawnia się od najmłodszych lat. Jedną z
najważniejszych tradycji we wczesnym dzieciństwie jest „roczek”. Pierwsze
urodziny dziecka bywają prawie tak huczne jak chrzciny. „Roczek” bardzo
często zaczyna się uroczystością kościelną. Z tej okazji w intencji dziecka
zamawia się specjalną mszę, na którą zapraszani są najbliżsi: dziadkowie,
rodzice chrzestni i inna bliższa rodzina. A potem to już impreza w domu z
obiadem, ciastem, kawą, śpiewaniem, wicami2 i oczywiście z prezentami dla
rocznego solenizanta. Na stole musi pojawić się tort z jedną świeczką.
Zdmuchiwanie świeczek na torcie to jedna z najsilniejszych
tradycji. „Zdmuchiwacz-solenizant” powinien sobie w tym czasie pomyśleć
jakieś życzenie i jeśli uda mu się zdmuchnąć świeczki za jednym zamachem,
tradycja gwarantuje, że to życzenie się spełni. Przy tych pierwszych
urodzinach świeczka jest tylko jedna, ale też zdolność dmuchania solenizanta
jest bardzo ograniczona, więc tradycja pozwala, by tym razem pomagali w
zdmuchiwaniu pomocnicy (także oczywiście w myśleniu życzenia). Przy każdych
następnych urodzinach skłania się solenizanta, by zebrał się sam na
potężny „dmuch” i spełnianie życzeń wywalczył sobie samodzielnie.
Potem następne bardzo ważne urodziny to „osiemnastka”. I to chyba jedyny
punkt zbieżny z tradycją ogólnopolską. Osiągnięcie pełnoletności
(osiemnastego roku życia) obchodzi się wśród młodzieży uroczyście w całym
kraju. Na Śląsku różnica polega na sposobie jej obchodzenia. Bo oczywiście
młodzi zapraszają kolegów z klasy, by wspólnie ten fakt święcić, ale też
świętuje się w gronie rodzinnym: z ciotkami, ujkami3, dziadkami, chrzestnymi
itd. Oczywiście jest tort, są świeczki tym razem już 18, ale i siła podmuchu
u takiego prawnie pełnoletniego solenizanta jest spora. Ma on więc ogromne
szanse na wywalczenie u sił wyższych spełnienia swojego pierwszego prawdziwie
dorosłego życzenia.
Następne urodziny, które wywołują niesłychane poruszenie, to „Abraham”, czyli
pięćdziesiąte urodziny. One, jak „złote gody”4, też muszą być ogromnie
huczne, tak by umiliły fakt, że od tej pory to już tak „troszkę z górki”. Bo
przecież każdy swój wiek oblicza na (co najmniej) „sto lat”, więc „Abraham”
jest jakby w połowie drogi. Ale z drugiej strony wielu twierdzi, że wtedy
człowiek dopiero rodzi się na nowo. Zaczyna bardziej jeszcze doceniać
rodzinę, zacisze domowe, młodnieje na nowo w towarzystwie wnuków. A jeśli
jeszcze uda się naraz zdmuchnąć aż 50 świeczek, to ho, ho, ho... cóż jeszcze
można osiągnąć. Człowiek czuje, że żyje!!!
W czasie swoich imprez Ślązacy lubią śpiewać, często przy akordeonie.
Potrafią śpiewać i do rana: wielokrotnie „Sto lat” na różne melodie, „Niech
mu gwiazdka”. W śpiewie można znaleźć okazję do kolejnych toastów, bo
przecież wystarczy rozpocząć od „A kto się w styczniu urodził...”. A potem
jeszcze bawić się dalej przy „chacharach5, co żyją i gorzoła6 piją”, by
powoli dochodzić do repertuaru poważniejszego, który nieodłącznie towarzyszy
śląskim biesiadom, do „Bytomskich strzelców”, do „zachodu czerwonego
słoneczka” i wspominek o „przepaści na granicy Górnego Śląska, gdzie niejedna
śliczna panieneczka śląska utraciła chłopca” i to ta „luba, która w białym
zamku białe orły wyszywa”. A potem znów można wrócić do repertuaru weselszego
i zaśpiewać o „Karolince, co szła do Gogolina” i o „Karliku, co ma w koszyku
gołąbków po parze”.
O wyższości urodzin nad imieninami napisał Marek Szołtysek w książce Żywot
Ślązoka poczciwego: „Rocznicę urodzin świętowali już uczeni Egipcjanie,
filozofujący starożytni Grecy oraz praktyczni, starożytni Rzymianie, którzy
nazwali ten dzień „dies natalis”. Podobnie robią Anglicy, Niemcy, Holendrzy,
Amerykanie, Francuzi, Włosi, Hiszpanie... i Ślązacy”.
Różnice między Śląskiem i resztą kraju ujawniają się też podczas corocznych
tradycyjnych kościelno-kalendarzowych świąt. Nieco inaczej na Śląsku odbywa
się dawanie prezentów. Główne święta „od” prezentów to oczywiście Święta
Bożego Narodzenia, a szczególnie Wilijo7, bo w Polsce – w przeciwieństwie do
bardzo wielu krajów na świecie, w których prezenty dostaje się w pierwszy
dzień Świąt – dniem podarków jest Wigilia. Śląska choinka w Wigilię jest
szczególnie piękna, bo leży pod nią ogrom paczek i paczuszek pięknie
zapakowanych, z kokardami, aniołkami i gwiazdkami. Nie ma ani jednej osoby
przy wigilijnym stole, dla której zabrakłoby podarku. Ale szczególnie wiele
znajdują ich po wieczerzy8 pod choinką – obok betlejki9, która też tam musi
stać – dzieci. A skąd te prezenty tam się wzięły? Oczywiście to prezenty od
Dzieciątka10. Bo na Śląsku prezenty pod choinkę przynosi Dzieciątko. Nie
żaden Święty Mikołaj, bo on swoją powinność spełnił już 6 grudnia i tym
bardziej nie żadne „gwiazdki” ani „gwiazdory”. Wigilia rozpoczyna Święta
Narodzenia Pańskiego, więc tylko Dzieciątko może się prezentami zająć. Te
prezenty dla dzieci są jednymi z najmilszych i najbardziej wyczekiwanych, bo
od czasu, kiedy dzieci przestają już być takimi zupełnymi dziećmi i wiara w
Mikołaje i Dzieciątka jest z lekka zachwiana, na kilka dni przed Wigilią
zaczyna się skryte poszukiwanie prezentów: może w szafie, może na pawlaczu,
może „w antryju11 na bifyju12” (oj! co za głupi wierszyk! któż to ma bifyj w
antryju!!!). Tę konkurencję jednak wygrywają zazwyczaj kooperujący z
Dzieciątkiem rodzice. Więc... dramatyzm oczekiwania się potęguje. A potem!
Emocje rosną gwałtownie. Najpierw trzeba czekać na pierwszą gwiazdkę, żeby w
ogóle zasiąść do stołu. Potem podzielić się opłatkiem i wszyscy siadają przy
stole i jedzą, i jedzą, i jedzą. I jedzenia jest strasznie dużo i trzeba
wszystkiego skosztować, żeby w następnym roku nie ominęło nas ani jedno
szczęście i dobre zdarzenie. I nie wolno marudzić, żeby nie zostać
okrzyczanym, bo co się dzieje w Wigi