Dywersja niemieckich służb specjalnych.

03.11.06, 09:47
www.bydgoszcz.pl/
Czcigodni Zebrani!
Dziękuję organizatorom dzisiejszej sesji za zaproszenie mnie na wykład. To
dla mnie wielki zaszczyt, pewne uhonorowanie mojej dawnej, od 1942 roku
prowadzonej działalności. Te słowa skłaniają mnie do powiedzenia kilku słów o
mojej przeszłości, jako że olbrzymiej większości uczestników dzisiejszego
zebrania moja postać nie jest znana. Ukończyłem studia w 1931 roku, przed
wojną pracowałem w sądownictwie. Podczas wojny mieszkałem jako wysiedlony w
Częstochowie. Niezależnie od tego pracowałem w Warszawie w konspiracyjnym
Studium Zachodnim, z którego po wojnie pod egidą profesora Zygmunta
Wojciechowskiego wyrósł Instytut Zachodni. Po wojnie do sądownictwa nie
wróciłem, stałem się pracownikiem naukowym Uniwersytetu Poznańskiego oraz
Instytutu Zachodniego, w którym prowadziłem matą sekcję, trójosobową, pod
tytułem „Pracownia badania dziejów okupacji w Polsce". A więc jestem
prawnikiem, który niejako stał się też historykiem ważnego odcinka naszych
dziejów. Rzecz jasna, że w pierwszym rzędzie zwracałem uwagę na problemy
prawne, na „prawo" okupacyjne, ale jako że wydarzenia stają ze sobą w bardzo
ścisłym związku, musiałem zająć się także praktyką władz okupacyjnych. To już
w 1942 roku zaprowadziło mnie do sprawy bydgoskiej. Właśnie wtedy bytem
współautorem i współredaktorem pracy pod tytułem Z pierwszej linii frontu,
która w marcu następnego roku ukazała się drukiem, a w listopadzie 1943 roku
w Glasgow w Wielkiej Brytanii. Ta praca to obraz cierpień narodu polskiego na
ziemiach „wcielonych" do Rzeszy. W związku z tym po raz pierwszy w moich
badaniach wystąpiła sprawa Bydgoszczy i po raz pierwszy zetknąłem się z
straszliwą książką Edwina Ericha Dwingera pod tytułem Der Tod in Polen. Eine
volksdeutsche Passion(1) - Śmierć w Polsce. Cierpienia niemieckiej ludności.
Problematyki Bydgoszczy nie można oddzielić od innych wydarzeń związanych z
początkiem II wojny światowej. Widzę tutaj trzy nurty i w tych trzech nurtach
Bydgoszcz będzie zajmowała albo pierwsze albo bardzo poczesne miejsce.
Pierwszy nurt - to problem niemieckich zamachów na mienie niemieckie, na
instytucje i majątki niemieckiej mniejszości z sierpnia 1939 r., ostatniego
miesiąca przed wojną, które przypisywano Polakom, aby usprawiedliwić napaść
na Polskę. Drugi nurt - to dywersja nazistowska (narodowosocjalistyczna) w
całej Polsce we wrześniu 1939 roku. Jej przejawem była dywersja w Bydgoszczy.
Trzeci nurt to sprawa propagandy nazistowskiej. W lutym 1940 pojawiła się
wersja oparta rzekomo na badaniach specjalnej niemieckiej placówki pod
nazwą „Graberzentrale für die erwordeten Yolskdeutschen in Polen" - Centrala
grobów dla pomordowanych w Polsce Niemców. Wersja ta głosiła, że w Polsce
zginęło we wrześniu 1939 z ręki polskiej 58 tysięcy Niemców. Za tą tezą
poszedł Erich Dwinger w swojej książce. A obok tego pojawiła się 11 grudnia
1941 roku jeszcze jedna wersja, która nawiązuje niejako do pierwszego nurtu,
o którym przed chwilą mówiłem, do wydarzeń przedwojennych. Hitler w
przemówieniu przed parlamentem Rzeszy 11 grudnia 1941 r. oświadczył: „Bytem
zmuszony wypowiedzieć wojnę Polsce, bo w czasie największego pokoju
(dosłownie - im tiefsten Frieden") w ciągu niewielu miesięcy z ręki polskiej
zginęło 62.000 Niemców".(2) A więc dwie wersje, 58.000 w wrześniu, 62.000 już
w sierpniu 1939 r. Ta druga wersja została powtórzona przez generalnego
gubernatora Hansa Franka, ale potem w prasie nie znalazła wyrazu. Widocznie
minister propagandy Goebbels uznał, że jest zbyt nieprawdopodobna. Przechodzę
do nurtu pierwszego. W roku 1951 Edmund Osmańczyk, wówczas korespondent prasy
polskiej w Berlinie, ogłosił książkę pod tytułem Dowody prowokacji. Tajne
archiwum Himmlera(3) Heinrich Himmler był przywódcą organizacji SS. Osmańczyk
przedstawił w niej w postaci wielostronicowego, starannie opracowanego
zestawienia, ogromny zespół niemieckich planów zamachów, które w sierpniu
1939 r. miały być wykonane w Polsce, głównie na pograniczu, częściowo też na
terenie samej Rzeszy, tuż przy granicy polskiej. Te dokumenty otrzymał, jak
pisał we wstępie od zachodnioberlińskiego adwokata, który szukając swoich
własnych akt w gmachu sądu, gdzieś w piwnicy natrafił na ten niezwykle cenny
zbiór. Popełniono wówczas jeden wielki błąd, opublikowano wprawdzie
szczegółowy wykaz planowanych zamachów, ale nie powiedziano, co zostało
wykonane. To zrobiłem dopiero po wielu latach, na początku lat
osiemdziesiątych. Rzecz jasna, że wyniki moich badań były bardzo skromne. W
dokumentach przewidziano 180 zamachów. Bydgoszcz zajmowała w nich bardzo
poczesne miejsce. Planowano następujące zamachy na instytucje mniejszości
niemieckiej:(4)
Dokument numer D-72 - Zburzenie przy pomocy materiałów wybuchowych
pomieszczeń biurowych „Deutsche Vereinigung" niemieckiej partii politycznej
przy ulicy 20 stycznia, na narożniku alei Mickiewicza.

    • stix Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 09:48
      Dokument D-73 - Zburzenie w taki sam sposób przy pomocy materiałów wybuchowych
      pomieszczeń biurowych niemieckiego biura paszportowego (Passtelle) przy ulicy
      20 stycznia w pobliżu Starostwa.
      Dokument D-74 - Zburzenie prywatnej niemieckiej szkoły powszechnej przy ulicy
      Warmińskiego.
      Dokument D-75 - Zburzenie niemieckiego prywatnego gimnazjum przy ulicy
      Warmińskiego.
      Dokument D-76 - Zburzenie niemieckiego gimnazjum przy ulicy Chodkiewicza.
      Dokument D-77 - Podpalenie niemieckiego teatru w Bydgoszczy (Deutsche Bühne
      Bromberg) przy ulicy Gdańskiej. W póz. 5 dokumentu, który opisywał przewidzianą
      do zburzenia nieruchomość, powiedziano, że to niepozorna budowla; pożar teatru
      nie spowoduje żadnego niebezpieczeństwa dla innych obiektów.
      Wreszcie dokument D-78 - Podpalenie siedziby „Jungdeutsche Partei" przy ul.
      Czartoryskich.

      Plan każdego zamachu był sporządzony na formularzu z szeregiem pozycji: adres
      obiektu, właściciel, charakter gmachu, jego stan, okoliczności, z których
      będzie wynikało, że to jest dzieło polskie, obok tego szkic sytuacyjny, czasem
      jeszcze fotografia obiektu. I w ten sposób podano 180 zamachów, z których
      siedem dotyczyło Bydgoszczy. Czy zostały wykonane? Ani na terenie Bydgoszczy
      ani na terenie Wolnego Miasta Gdańska, które tym ogromnym planem było również
      objęte, żadnych zamachów nie wykonano. Nie mniej zamieszczenie Bydgoszczy
      zajmuje bardzo poczesne miejsce. I to jest pierwsza poszlaka świadcząca o
      hitlerowskich zamierzeniach w stosunku do tego miasta. Zachodzi pytanie,
      dlaczego tych zamachów nie wykonano? Jesteśmy skazani na domysły. Może Niemcy
      doszli do wniosku, że to akcja zbyt ryzykowna, że bardzo szybko zostanie
      wykryta przez polską policję, że może nawet ludność niemiecka nie uwierzy, że
      to dzieło polskie. Może członkowie niemieckiej mniejszości przewidziani na
      wykonawców przerazili się tego zadania, które mieli wykonać. Przecież mieli
      zburzyć mienie niemieckie. Pewną odpowiedź dają wydarzenia związane z
      zamachami, które miały być wykonane w niedalekim Wąbrzeźnie i w Dębowej łące.
      Tam miano podpalić dom zebrań, niemiecką spółdzielnię mleczarską i kościół
      ewangelicki. Na sprawcę przewidziano kupca z Wąbrzeźna nazwiskiem Erich
      Brüschke. Ten starał się zwerbować do współpracy pastora Engela. Obydwaj
      uznali, że to zadanie przekracza ich siły, wobec czego zaczęli szukać dalszych
      pomocników. W tym celu Brüschke zwrócił się do szefa lokalnej komórki NSDAP, do
      której mogli należeć obywatele Rzeszy zamieszkali w Polsce. Partia ta była
      nielegalna, lecz tolerowana przez władze. Szef lokalnej komórki NSDAP,
      zaskoczony tą propozycją poprosił o wyjaśnienie konsula niemieckiego w Toruniu.
      Konsul również o niczym nie wiedział, wobec czego poinformował o tym urząd
      spraw zagranicznych w Berlinie, który także zaskoczony skierował zapytanie do
      Reichsführera SS. Ten odpowiedział: „wszystko w porządku, Erich Brüschke
      właśnie wrócił z Gdańska do Wąbrzeźna z materiałami wybuchowymi i bronią celem
      rozmieszczenia ich w Polsce". Ale Brüschke i pastor Engel powierzonego im
      zadania nie wykonali. Ogłoszone po wojnie akta niemieckiego urzędu spraw
      zagranicznych odsłoniły kulisy tej sprawy.(5) Władze polskie miały informacje,
      że pewne koła niemieckiej mniejszości przygotowują akty dywersyjne z ramienia
      Reichsfuhrera SS Himmlera, szefa niemieckiej policji. A dowiedziała się o tym
      polska policja przypadkiem. Oto w drugiej połowie sierpnia 1939 r. rozgłośnia
      niemiecka w Wrocławiu nadawała wiadomość, że rzekomo Polacy podpalają
      niemieckie majątki ziemskie, między innymi w miejscowości Czajcze pod
      Wyrzyskiem. Słyszał tę audycję ówczesny zarządca majątku Czajcze Jan Przybył,
      który zastępował nieobecnego właściciela nazwiskiem Graf von der Goltz.
      Stwierdził, że to mylna informacja, nic się w jego majątku nie paliło, nie
      mniej zarządził dodatkowe środki ostrożności, podejrzewając, że może podpalenie
      ma dopiero nastąpić, i istotnie pożar wybuchł - spaliła się stodoła, a od niej
      również stajnie. Szkody były znaczne. Nie ulegało wątpliwości, że sprawcami
      pożaru byli Niemcy, którzy zrzucili winę na Polaków.(6) Byłoby rzeczą trudną to
      udowodnić, gdyby zachodnioberliński adwokat nie byt znalazł planów zamachów,
      wśród których figurowało też Czajcze. Edmund Osmańczyk w swej książkowej
      publikacji pt. Dowody prowokacji, nie wymienił nazwiska owego adwokata,
      uważając, że naraził by przez to jego życie. Dopiero po wielu latach, gdy
      zająłem się tą sprawą, podał mi jego nazwisko. Był to Alois Glugla, adwokat, z
      którym Edmund Osmańczyk był nieraz w kontakcie, jako że on przychylnie do
      Polaków usposobiony bronił członków polskiej mniejszości narodowej w Niemczech
      w różnych procesach. Edmund Osmańczyk, przed wojną obywatel Rzeszy Niemieckiej,
      był działaczem polonijnym, który po wojnie na nowo kontakt z nim nawiązał.
      Ponadto, w toku moich badań, dzięki pomocy kolegi z Instytutu Zachodniego,
      który systematycznie czytywał czasopismo ziomkowskie „Der Westpreusse",
      natrafiłem na adres wdowy po byłym właścicielu majątku Czajcze Gräfin von der
      Goltz. Redakcja tego czasopisma składała jej właśnie życzenia z powodu rocznicy
      urodzin. Zapytałem: czy zna sprawę pożaru w swoim majątku. Po kilku miesiącach
      odpisała mi w zastępstwie matki córka, Isa Gräfin von der Goltz, że nikt
      wówczas nie wierzył, iż sprawcami pożaru byli Polacy, że w czasie, gdy jej
      ojciec - Gräf von der Goltz - przebywał jako oficer na urlopie, dwóch
      Niemców „z dalszego sąsiedztwa" przyznało się jemu, że oni jako agenci Himmlera
      podłożyli ogień. Jaki był ogólny wynik moich poszukiwań? Ustaliłem, że w 23
      przypadkach zamachy zostały wykonane. Proszę pamiętać, że od sierpnia 1939 r.
      upłynęło lat przeszło 40. W siedmiu przypadkach wstrzymano wykonanie zamachu w
      ostatniej chwili. Do tego należą wspomniane wyżej cztery zamachy w Wąbrzeźnie i
      Dębowej Łące oraz trzy zamachy na Śląsku, głównie w Katowicach, uniemożliwione
      przez Policję Śląską. Tak przedstawia się nurt pierwszy - Zamachy niemieckie na
      mienie niemieckie w sierpniu 1939 r., które miały być przypisane Polakom. Ten
      nurt jest mało znany. Książkę Osmańczyka znają tylko historycy, którzy owymi
      czasami się zajmują. Wyniki moich badań ukazały się jedynie w języku niemieckim.
      (7)
      • stix Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 09:49
        Przechodzę do drugiego nurtu - zamachów niemieckich z września 1939 r., a więc
        do początków wojny. Tak jak szczęśliwe wydarzenie – znalezienie dokumentów
        Reichsfuhrera SS przez adwokata Alojzego Gluglę i list Isy Grafin von der
        Goltz - wyjaśniły sprawę zamachów z sierpnia 1939 r., tak i w tym przypadku
        zawdzięczamy Niemcowi dowody na niemieckie akty dywersyjne. W Militar - Archiv
        we Fryburgu Bryzgowijskim znajdują się dokumenty wrocławskiego oddziału
        niemieckiego wywiadu wojskowego (Abwehry), która przygotowała wiosną 1939 r.
        akty dywersyjne, które miały być dokonane w toku napaści Niemiec na Polskę.
        Wykonawcami tych aktów dywersji mieli być (częściowo byli) wymienieni z
        nazwiska Niemcy z Polski. Obszerny wyciąg tych dokumentów w języku niemieckim
        ogłosił w 1987 roku Andrzej Szefer z Instytutu Śląskiego.(8) Plany dywersyjne
        Abwehry obejmują tylko południową i zachodnią Polskę, bowiem Polska północna
        leżała w sferze działań oddziału Abwehry w Królewcu; akta królewieckie zaginęły
        podczas wojny. Bydgoszcz leżała właśnie w sferze oddziaływania Królewca. We
        Fryburgu Bryzgowijskim przechowywane są dokumenty różnego rodzaju - plany
        tworzenia małych grup bojowych złożonych przeważnie z 10 osób, większych,
        niekiedy nawet znacznie większych, plany aktów sabotażowych, które miały być
        wykonane przez niewielkie grupy 2-4 osób, wreszcie szereg sprawozdań o
        wykonanych akcjach. Plany grup bojowych - to wykaz miejscowości, w których
        miały działać, przy ich nazwie widnieje nazwisko przywódcy oraz liczba członków
        i tak tzw. Organizacja Poznań obejmowała 2.324 członków w 68 grupach
        sabotażowych skierowanych przeciwko środkom komunikacji, m.in. dworcom
        kolejowym - oraz 42 małe grupy, z których każda miała wykonać kilka zadań.
        Przywódcy grup bojowych - to sądząc po nazwiskach - działacze niemieckiej
        mniejszości, przywódcy grup sabotażowych nosili jedynie znaczenia literowe z
        liczbą. W ostatecznym planie z 31 lipca 1939 wymieniono nawet Inowrocław i
        Toruń, nie ma jednak Bydgoszczy. To miasto znajduje się jednak we wcześniejszym
        planie z 30 czerwca 1939 r. bez nazwiska przywódcy i liczebności grupy.
        Figuruje tam również miejscowość Ołdrzychowo koło Bydgoszczy z nazwiskiem
        przywódcy i siłą liczebną 10 osób. To dowodzi, że o Bydgoszczy myślano. Czy
        wszystkie zamachy zostały wykonane?! Tego ustalić nie można. Wiadomo
        powszechnie, że akcje dywersyjne wspomnianych małych grup bojowych (Klein-
        Krieg) wywołały niezwykłe zaniepokojenie w polskich oddziałach. Sprawozdania
        Abwehry wrocławskiej mówią, że grupy bojowe w całości wykonały swe zadania, że
        natomiast grupy sabotażowe mogły je wykonać w jednej piątej. Z powodu rozległej
        akcji aresztowań dokonanych wśród mniejszości niemieckiej w dniu 1 września,
        także grupy bojowe nie mogły z tego powodu rozwinąć pełnej działalności.
        Niektóre może nawet w ogóle nie powstały. Dywersja niemiecka w Bydgoszczy i
        polska kontrakcja były już kilkakrotnie przedmiotem badań. Rozpoczął je
        dziennikarz Józef Kotodziejczyk w 1945 r.(9) Do nich nawiązał delegowany z
        Poznania prokurator Kazimierz Garszyński, który na podstawie zebranych zeznań
        napisał obszerne sprawozdanie (10), które ponad wszelką wątpliwość wykazuje
        rozmiary niemieckiej akcji. Późniejsze wyniki badań Okręgowej Komisji Badania
        Zbrodni Hitlerowskich w Bydgoszczy prowadzone do 1948 r. niestety zaginęły.
        Likwidacja okręgowych komisji w 1949 r. sprawiły, że kontynuacja badań stała
        się nieaktualna. Dlatego właśnie pracownia badania dziejów okupacji w
        Instytucie Zachodnim pod koniec lat pięćdziesiątych zajęła się tą sprawą.
        Prowadził je głównie mój ówczesny współpracownik w Instytucie Zachodnim dr
        Edward Serwański przy wydatnej pomocy Rajmunda Kuczmy z Bydgoszczy. Wyniki tej
        akcji, prowadzone jeszcze w pierwszych latach sześćdziesiątych, ogłosił Edward
        Serwański w pracy dokumentacyjnej pt. Dywersja niemiecka i zbrodnie
        hitlerowskie na tle wydarzeń w dniu 3 września 1939 r.(11). Tam zamieścił
        również zeznania ze zbioru Kazimierza Garszyńskiego. Wreszcie reaktywowana w
        1964 r. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Bydgoszczy, głównie
        dzięki prokuratorowi Piszczyńskiemu, stworzyła jeszcze jeden zespół. Istotną
        rolę odegrały też studia Edmunda Zarzyckiego(12) i Tadeusza Jaszowskiego(13).
        Ten pierwszy badał akta niemieckiego sądu specjalnego, drugi zaś - akta
        wojskowe. Około tych źródeł narosła wielka literatura. Są to prace Szymona
        Datnera(14), Tadeusza Esmana(15), Janusza Gumkowskiego(16), Włodzimierza
        Jastrzębskiego(17), Leszka Moczulskiego(18), Restytuta Staniewicza(19),
        Tadeusza Piziewicza(20), Józefa Skorzyńskiego(21), Mariana Wojciechowskiego
        (22). Z nich najważniejsza jest praca Staniewicza. Nie miały one należnego im
        odzewu w Niemczech.
        • stix Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 09:50
          Historycy niemieccy, którzy zajmowali się tą problematyką uważali, że
          wydarzenia z dnia 3 i 4 września 1939 r. byty wynikiem nienawiści ludności
          polskiej wobec niemieckiej mniejszości. Nie było rzekomo żadnej nazistowskiej
          dywersji w Polsce, może zdarzyły się jedynie pewne akty sabotażu. Dokumentacja
          Andrzeja Szefera o przygotowaniu dywersji przez wrocławską Abwehrę została
          zupełnie przemilczana. Chwalebny wyjątek stanowi tylko studium dr. Güntera
          Schuberta, który dzisiejszą sesję zaszczycił swoją obecnością. Jego praca pt.
          Das Unternehmen „Bromberger Blutsonntag" - Tod einer Legende, wydana w 1989 r.,
          analizuje krytycznie polskie piśmiennictwo, niemniej akceptuje w zasadzie tezę
          polską, chociaż plany Abwehry nie mogły autorowi wówczas jeszcze być znane.(23)
          Ponieważ, zeznania polskich świadków o niemieckiej dywersji w Bydgoszczy
          przeważnie Niemców nie przekonały, postanowiłem na początku lat
          osiemdziesiątych zbadać, czy w powojennnych relacjach dawnych niemieckich
          mieszkańców Bydgoszczy są wypowiedzi świadczące o tym, że istotnie Niemcy
          strzelali do cofającego się przez miasto polskiego wojska. Dzięki uprzejmości
          prezydenta Federalnego Archiwum w Koblencji profesora Hansa Boomsa uzyskałem
          dostęp do spisanych pod koniec lat pięćdziesiątych wspomnień byłych niemieckich
          mieszkańców Bydgoszczy. Z inicjatywy ziomkostwa zachodniopruskiego
          (Westpreussen) powstał obszerny zbiór liczący około 1600 stron, czterokrotnie
          co najmniej większy od polskich materiałów wspomnieniowych. Uzyskałem także
          dostęp do akt niemieckiej placówki badawczej powołanej do życia już 4 września
          1939 r. pod nazwą - „Die Wehrmachtsuntersuchungsstelle für die Yerletzungen des
          Volkerrechts" - „Placówka Wermachtu dla badania przekroczeń prawa
          międzynarodowego".(24) Z jej akt Hiszpan w służbie niemieckiej, nazwiskiem
          Alfred de Zayas, ogłosił pewne fragmenty, które dotyczą wydarzeń w Bydgoszczy.
          (25) I nie zawiodłem się. Elfrieda Weyrich, która mieszkała przy kościele
          ewangelickim na Szwederowie, zeznała: „strzelano z naszego kościoła... Polacy
          wpadli do naszego ogrodu... zarzucano nam, że dawaliśmy znaki, gdyż na pewno to
          nasi mężowie strzelali z kościoła... Sprowadzili ciężką broń (schwere
          Geschütze) i kościół został ostrzelany... słyszeliśmy „ogień, ogień" i
          zobaczyliśmy kościół w płomieniach".Wobec takiej wypowiedzi Heinz Jacobson z
          Ziomkostwa Prusy Zachodnie zwrócił się do autorki z zapytaniem, czy ona sądzi,
          że to Niemcy strzelali... Elfrieda Weyrich odpowiedziała: „potwierdzam, że z
          kościoła strzelano, uważam jednak, że jest wykluczone, by to mogli być
          Niemcy...".(26) Johannes Katrynski zeznał: „Wydarzenia krwawej niedzieli nie
          dawały mi spokoju, wypytywałem żołnierzy i osoby cywilne, nawet do obecnej
          chwili... Rezultat: volksdeutsche nie są zupełnie bez winy... oczekiwano bowiem
          niemieckich wojsk w dniu 3 września... to mogło niejednego skłonić do
          udzielenia małej pomocy...".(27) Pastor Kurt Eichstadt: „Uważam za rzecz
          możliwą, że SS przeszmuglowała partyzantów do Bydgoszczy, że to oni strzelali
          do cofających się Polaków...".(28)
          Hanna Radetzki: „Strzelanina w Bydgoszczy rozpoczęła się 3 września, kiedy o
          godz. 9.30 zabrzmiały dzwony blisko nas położonego kościoła św. Pawła... Na
          naszej ulicy też strzelano, także na polski patrol wojskowy...". Gdy autorce
          tych stów zwrócono uwagę, że jest w błędzie twierdząc, że biły dzwony bo nie
          było wtedy nabożeństwa, podtrzymała swe zeznanie, mówiąc: „sama te dzwony
          słyszałam... jeśli nie było nabożeństwa, to nie wiem, z jakiej przyczyny w
          kościele św. Pawła dzwony biły".(29) Naszym zdaniem było to hasło do
          rozpoczęcia dywersji. Szereg świadków napisało, że owszem strzelano do
          polskiego wojska, ale to Polacy strzelali. Do nich należy pracownik bydgoskiej
          filii niemieckiego konsulatu w Toruniu Marquard: „Polacy postawili strzelców na
          dachach swoich domów, kolejarzy i uczniów gimnazjalnych, którzy od czasu do
          czasu strzelali z pistoletów i karabinów".(30) Friedrich i Sophie Fechner
          przyznając, że strzelano do polskiego wojska, również oskarżają o to Polaków.
          Co więcej dodają: „Jeśli są Niemcy (a tacy niestety są), którzy twierdzą coś
          wręcz przeciwnego, to należałoby ich wygnać do Polski".(31)
          W aktach „Wehrmachtsuntersuchungsstelle", tzn. wojskowego urzędu, który badał
          przekraczania prawa międzynarodowego popełnione wobec Niemców, znalazłem
          następujące oświadczenie niemieckiego sędziego: „chodziło o urzędowy, przez
          polskie placówki przygotowany plan wytępienia całej niemczyzny zrealizowany w
          pierwszym rzędzie przez wojsko polskie. Aby żołnierzy doprowadzić do szału
          wobec volksdeutschów, ich dowódcy kazali swoim podwładnym albo innym osobom,
          które stały z nimi w zmowie, oddawać strzały, aby wywołać wrażenie, że pochodzą
          od volksdeutschów".(32)
          Propaganda nazistowska nie przyjęła wersji, że to Polacy udający Niemców,
          strzelali do polskiego wojska. Ta wersja pojawiła się dopiero w zeznaniach
          niemieckich bydgoszczan, złożonych pod koniec lat pięćdziesiątych. Ta wersja
          przypomina bardzo przedwojenne zamachy na niemieckie instytucje i gospodarstwa.
          Podpadło to już wspomnianemu przed chwilą pastorowi Eichstadt, który
          podejrzewał, że to SS przeszmuglowała partyzantów do Bydgoszczy. Przecież - jak
          mówił – zdobycie gliwickiej stacji radiowej było fikcją, przecież wie, że dwóch
          znanych młodych ludzi z Bydgoszczy powołano do SS, przecież wiadomo mu z
          opowiadania pewnej właścicielki ziemskiej, że dwóch Niemców na hasło w radio
          podpaliło, w niemieckim majątku, stodołę! - informatorką pastora Eichstadta
          była prawdopodobnie Grafin von der Goltz, gdyż właśnie w jej majątku stodołę
          podpalono! O wspólnym źródle sierpniowego i wrześniowego nurtu dywersji
          świadczy bodaj również oświadczenie Hermanna Goeringa, marszałka lotnictwa,
          który jako oskarżony w procesie przed Międzynarodowym Trybunałem w Norymberdze
          powiedział, że krwawe wydarzenia bydgoskie miały miejsce przed wojną i były
          m.in. przyczyną agresji na Polskę. Gdy radziecki prokurator Rudenko zwrócił mu
          uwagę, że miały one miejsce po wybuchu wojny - w dniu 3 września, Goering
          podtrzymał stwierdzenie, dodając, że może to wydarzyło się - przed i po wybuchu
          wojny.(33)
          • stix Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 09:51
            I jeszcze jeden dowód. Studiowałem nekrologi bydgoszczan w niemieckiej gazecie
            codziennej „Deutsche Rundschau". Powiedziano w nich: „W walce o swą niemieckość
            polegli" (nr 204, 206, 212), „Zmarli z słowami „Heil Hitler" (nr 214). „Zmarł
            jak prawdziwy niemiecki chłopiec w promiennej miłości dla swego wodza" (nr 209
            i 211), „Poległ najwierniej wykonując swe obowiązki wobec umiłowanej ojczyzny,
            wierząc swemu wodzowi i narodowi" (nr 224). Tego rodzaju słowami żegnano
            poległych w wyjątkowych chyba tylko przypadkach, gdyż zdradzały charakter ich
            działalności i tym samym dekonspirowały kulisy akcji. I wreszcie muszę
            powtórzyć to, co w swoim zagajeniu powiedział dzisiaj już mgr Henryk
            Kaczmarczyk. Zacytował wypowiedź znanego swego czasu w Niemczech pisarza
            nazwiskiem Edwin Erich Dwinger, autora książki Tod in Polen, poświęconej m.in.
            wydarzeniom w Bydgoszczy. W swoich wspomnieniach pt. Zwölf Gespräche -
            „Dwanaście rozmów" - wydanej w 1966 roku, potępił swe propagandowe dzieło.
            Pisał: „Kontrwywiad SS już przed wybuchem wojny przerzucił swoich ludzi do
            Polski, aby w polskim przebraniu uprawiali sabotaż. O wywołanie eksplozji, o
            strzały do maszerującego wojska, podpalenie magazynów wojskowych, podejrzewano
            z natury volksdeutschów... Oburzenie obróciło się przeciwko nim, to jest jedna
            z tajemnic bydgoskiej krwawej niedzieli". Te słowa powtórzył po latach wobec
            syna Norwina, który żądał od ojca, aby dokładnie wyjaśnił swój udział w
            nazistowskiej propagandzie. Ojciec też przyznał, że tę straszną książkę napisał
            na żądanie ministra propagandy Goebbelsa (Susanne FeigI, Elisabeth Pable -
            Väter Unser, Reflexionen von Töchtern und Söhnen- Wien 1988). Te wspomnieniowe
            materiały zostały wydane przez Austriackie Wydawnictwo Państwowe. Organizowanie
            dywersji w Bydgoszczy było dla Reichsführera SS niezwykle łatwym zadaniem.
            Obywatele Wolnego Miasta Gdańska mogli na podstawie dowodu osobistego
            przekraczać granicę do Polski, a obywatele polscy, w tym członkowie niemieckiej
            mniejszości, mieli, za okazaniem swych dowodów osobistych z poświadczeniem
            obywatelstwa polskiego, prawo udawania się do Wolnego Miasta Gdańska. Należy tu
            przypomnieć sprawę kupca z Wąbrzeźna nazwiskiem Bruschke. Konsul niemiecki w
            Toruniu w piśmie do swego ministerstwa donosił, że Erich Bruschke został
            wyszkolony przez gestapo w Gdańsku i że stamtąd otrzymał polecenie dokonania
            zamachów w Wąbrzeźnie i Dębowej Łące. A. Reichsfuhrer SS wyjaśnił urzędowi
            spraw zagranicznych w piśmie z 25 sierpnia 1939, że „Brüschke wrócił znowu do
            Wąbrzeźna z specjalnymi zleceniami służby bezpieczeństwa, filii w Gdańsku.
            Udzielone mu zlecenia dotyczą umieszczenia materiałów wybuchowych i broni w
            Polsce".(34) Czy ta broń nie była przeznaczona dla Bydgoszczy? Placówka służby
            bezpieczeństwa w Gdańsku nie była tylko dla sierpniowej, ale też dla
            wrześniowej dywersji kompetentna.
            A w dniu 18 sierpnia 1939 r. radca ambasady niemieckiej w Warszawie zwrócił
            swemu ministerstwu uwagę, że na Górnym Śląsku, w Poznańskiem, na Pomorzu
            Gdańskim i w środkowej Polsce istnieją tajne grupy dywersyjne. W tymże
            telegramie ambasada sprzeciwiła się działalności takich grup dywersyjnych, gdyż
            tego życzy sobie niemiecka grupa narodowa. Są przekazy, że z kół niemieckiej
            mniejszości daty się słyszeć takie głosy, przez niemiecką ambasadę w pełni
            aprobowane, ale Reichsführer SS na to nie zważał i volksdeutschów wciągał w wir
            swoich akcji.(35) Günter Schubert, autor wspomnianej pracy pt. Akcja „Krwawa
            Niedziela" w Bydgoszczy, koncentruje swą uwagę głównie na poszlakach wysnutych
            z niemieckich dokumentów, zdając sobie sprawę, że powoływanie się na polskich
            świadków do społeczeństwa niemieckiego nie przemawia. Poświęca więc wiele uwagi
            szczególnej opiece, którą Reichsführer SS otaczał rodziny niemieckich ofiar
            wydarzeń z dnia 3 września 1939 r., co wskazuje, że czuł się za ich śmierć
            odpowiedzialny. Wielkim osiągnięciem dr. Güntera Schuberta jest ustalenie, że
            istniała w Bydgoszczy, w pierwszych dniach września 1939 r., specjalna tajna
            jednostka SS powołana dla szczególnych zadań Reichsführera SS. Oto z akt
            personalnych Niemca o nazwisku Willy Suder wynika, że ten urodzony pod
            Wyrzyskiem członek tajnej organizacji, zamieszkały w Rzeszy, został do niej
            powołany 16 sierpnia 1939, a więc tuż przed wybuchem wojny. Dalsze badania dr.
            Schuberta wykazały, że nazwa owej tajnej jednostki brzmiała „Tajne komando
            RottIer-Kühl" od nazwiska swego przywódcy - Geheimes Sonderkommando RottIer-
            Kühl. Ten przywódca byt pracownikiem Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy w
            stopniu Oberscharführer.(36) Wydawało się, że na podstawie polskich i
            niemieckich badań, w szczególności badań Helmuta Krausnicka(37), wiemy
            dokładnie, jakie oddziały policyjne przebywały w wrześniu w Bydgoszczy. A
            okazuje się, że istniała jednostka, która nie tylko w swej nazwie jako tajna
            została określona, ale swą tajność aż do lat osiemdziesiątych naszego wieku
            zdołała zachować. Niezwykłe jest określenie jej jako organizacji „dla
            specjalnych zadań Reichsfuhrera" („zur besonderen Verfügung des Reichsführers
            SS Himmler, Gestapo, Polenfeldzug"). Wszystkie te okoliczności stanowią
            doniosłą poszlakę, że była to jednostka, która z dobrze ukrytych miejsc
            strzelała do cofających się przez miasto wojsk polskich. Przechodzę do
            trzeciego nurtu naszych rozważań - propagandy niemieckiej, która starała się
            zbeszcześcić imię narodu polskiego.(38) Założeniem jej byt zarzut, że chociaż
            nie było podczas najazdu na Polskę w wrześniu 1939 r. żadnej dywersji, co
            więcej, że powołani do służby wojskowej obywatele polscy narodowości
            niemieckiej spełnili swój obowiązek, mniejszość niemiecka stała się przedmiotem
            straszliwych prześladowań. Tuż po ustaniu działań wojennych namiestnik nowo
            utworzonego tzw. Kraju Warty, Arthur Greiser, utworzył w Poznaniu urząd dla
            ustalenia niemieckich strat osobowych. Ten urząd nazwano „Centrala Grobów dla
            pomordowanych volksdeutschów - „Gräberzentrale für die ermordeten
            Volksdeutschen". Jej kompetencja obejmowała najpierw tzw. zachodnie ziemie
            przedwojennej Polski, które wcielono do Rzeszy, potem całą Polskę.
            • stix Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 09:53
              Komunikat ogłoszony w listopadzie 1939 r. podawał liczbę zamordowanych i
              zaginionych członków niemieckiej mniejszości na 5.437 osób. Chociaż przyczyny
              strat byty różne, zakwalifikowano wszystkie do kategorii mordów. Ta liczba,
              która była jeszcze aktualna pod sam koniec 1939 r., została w dniu 7 lutego
              1940 tajnym telegramem ministerstwa spraw wewnętrznych podniesiona do 58.000, z
              czego 13.000 strat przypadało na mordy, a 45.000 na osoby zaginione. Od tego
              czasu Centrala Grobów była zobowiązana stale podawać łączną liczbę 58.000
              mordów. W październiku 1945 r. w gmachu urzędu miejskiego przy Placu
              Kolegiackim w Poznaniu natrafiłem przypadkowo na akta wspomnianej Centrali
              Grobów, której istotnym składnikiem była kartoteka zabitych i zaginionych
              Niemców obywatelstwa polskiego. Zdawałem sobie sprawę z niezwykłej doniosłości
              tych akt. Toteż natychmiast przewiozłem je do Instytutu Zachodniego, stąd
              dotarły do Archiwum Państwowego w Poznaniu, gdy wznowiło ono swą działalność.
              Byłem przekonany, że w tych aktach znajdziemy prawdziwą, ustaloną przez
              Centralę Grobów, liczbę strat personalnych. Moje oczekiwania spełniły się w
              pełni. Okazało się, że liczba strat z wszelkich możliwych przyczyn, ustalona
              przy końcu działalności Centrali w 1942 r., wyniosła 5.792, a więc niemal
              5.800, a więc 1/10 propagandowej liczby. Te liczbę podano w obliczeniu z 25
              lutego 1942. Na zabitych przypadało 3.400 ofiar, na zaginionych - 2.300. Na
              odwrocie kart nieraz odnotowano przyczynę zgonu względnie ostatnią wiadomość o
              zaginionym. Według obliczenia w liczbie 5.792 było 1.047 żołnierzy polskich
              narodowości niemieckiej oraz 880 partyzantów. Przyczyny zgonów byty różne -
              zasłabnięcia w czasie internowania (kolumny internowanych musiały pieszo, z
              powodu rozbicia systemu komunikacyjnego, wędrować w głąb kraju do miejsc
              odosobnienia), były przypadki rozstrzeliwania osób podejrzanych o dywersję,
              zabójstwa przez rozgoryczoną ludność, były też ofiary niemieckich nalotów
              bombowych i w ogóle działań wojennych, gdyż wobec szybkich postępów wojsk
              niemieckich internowani znajdowali się czasem w centrum walk. Kontrakcja polska
              wobec niemieckiej propagandy była prowadzona na dwóch frontach. Musiała
              oczywiście zwalczać wersję, że nie było żadnej dywersji. Po drugie starała się
              udowodnić, że straty niemieckie były nieporównywalnie mniejsze, a podawane
              liczby zupełnie nieprawdziwe. W pierwszej dziedzinie usiłowania polskie były
              niemal bezowocne. Przyznawano niekiedy, że na Śląsku przeprowadzano dla ochrony
              kopalń pewne akcje, że wyjątkowo dokonano sabotaży, ale w zasadzie żaden z
              czołowych historyków niemieckich nie byt skłonny przyznać, że dywersja była
              zaplanowanym na całą Polskę zjawiskiem.-Obowiązywała milcząco lub wyraźnie
              akceptowana opinia Gottholda Rhodego i historyków mniejszego rzędu zajmujących
              się problematyką polsko-niemiecką w szczególności Richarda Breyera.
              Dokumentacja dywersyjnych planów, wrocławskiej Abwehry nie znalazła w
              piśmiennictwie niemieckim należnego oddźwięku. Wyjątek stanowi praca dr.
              Güntera Schuberta, który już przed ujawnieniem dokumentów Abwehry akceptował
              tezę polską. Polski wywiad miał przed wojną pewne informacje o grożącej
              dywersji Wskazywały na to butne postawy szeregu Niemców, bardzo przychylny
              stosunek niemal całej społeczności niemieckiej mniejszości do ideologii
              narodowosocjalistycznej, akty sabotażowe z sierpnia 1939 r., wykrywanie tajnie
              przechowywanej broni. Te podejrzenia zostały w jaskrawy sposób potwierdzone
              przez zamach bombowy na dworzec kolejowy w Tarnowie koło Krakowa. 28 sierpnia o
              godz. 23 mechanizm zegarowy spowodował wybuch materiałów wybuchowych w
              przechowalni bagażu, powodując śmierć przeszło 20 osób i raniąc 35. Jedna
              trzecia dworca legła w gruzach. Po wojnie okazało się, że tę akcję
              zorganizowała wrocławska Abwehra. W jej planach figuruje ten zamach, w jej
              sprawozdaniu został opisany skutek. Władze polskie nie spieszyły się z podaniem
              zamachu do publicznej wiadomości, zrobiły to dopiero w dniu 31 sierpnia. Plany
              Abwehry - jak już wykazałem - były tak rozległe, że ta organizacja musiała
              zdawać sobie sprawę z tego, że ich wykonanie spowoduje znaczne straty wśród
              mniejszości narodowej. Małe oddziały dywersyjne nie mogły stawić czoła
              regularnym polskim oddziałom wojskowym, nigdy też tego nie próbowały, a
              działały z ukrycia, wywołując tym samym represje wobec podejrzanych o
              sprawstwo, lecz w istocie niewinnych osób. Czy Hitler chciał sprowokować
              niemieckie straty? Rozważyłem ten problem w artykule, poświęconym zamachowi w
              Tarnowie, l wydaje mi się, że znalazłem dosyć argumentów, aby na to pytanie
              odpowiedzieć pozytywnie.(39) W tych warunkach było rzeczą zupełnie zrozumiałą,
              że władze polskie przeprowadziły w ostatniej chwili przed wybuchem wojny,
              głównie w dniu 1 września 1939 r., rozległą akcję internowania volksdeutschów,
              która według moich badań objęła maksymalnie 10.000 osób. A tymczasem Gotthold
              Rhode, bardzo znany niemiecki historyk, jeszcze w latach sześćdziesiątych
              podawał wyimaginowaną przez nazistów liczbę 50.000. Historycy argumentowali, że
              to akcja nieuzasadniona, bo nie było dywersji, gdyż z wojskowego punktu
              widzenia była ona z powodu ogromnej przewagi Trzeciej Rzeszy zbyteczna.
              Oczywiście była zbyteczna, a jednak była! Co mogą dzisiaj powiedzieć wobec
              publikacji Andrzeja Szefera o przygotowaniach do dywersji. W drugiej sprawie,
              tzn. w sprawie wysokości niemieckich strat polska kontrakcja osiągnęła -
              chociaż z trudem - dzięki odnalezieniu akt Centrali Grobów wyraźne sukcesy.
              • stix Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 09:54
                Z przyczyn ode mnie niezależnych mogłem dopiero w latach pięćdziesiątych akta
                te krytycznie opracować. O wynikach moich badań zawiadamiałem niektórych
                niemieckich profesorów, zapowiadając, że poświęcam temu osobną publikację. Gdy
                w roku 1959 ukazał się tom VII serii Documenta Occupationis pt. Sprawa 58.000
                Volksdeutschów, poświęcona niemieckim fałszom propagandowym, Federalne Archiwum
                w Koblencji zwróciło się do Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych w Warszawie
                o udostępnienie mikrofilmu kartoteki. Ten wniosek ze swej strony gorąco
                popartem. Po przesłaniu mikrofilmu Komisja Historyczna dla Poznańskiego i
                dziejów niemczyzny w Polsce rozpoczęła badania, które objęły nie tylko
                kartotekę Centrali Grobów, ale również na nowo zebrane odpowiedzi ankietowe w
                liczbie 6.000. Badania te trwały 10 lat. Dopiero w 1969 r. ukazała się książka -
                Peter Aurich, Der deutsch - polnische September- o losach niemieckiej
                mniejszości narodowej w Polsce w tragicznych dniach września. We wstępie do
                niej trzech historyków, wśród nich bardzo znany profesor niemiecki Gotthold
                Rhode, rodem z Wielkopolski, przyznali, że liczba 58.000 jest fałszywa, że
                jednak nowe badania udokumentowały, że Polacy zawinili śmierci 3.841 Niemców, z
                pośród których 2.063 zginęło w ich miejscu zamieszkania lub jego sąsiedztwie,
                1.576 podczas marszu internowanych w głąb kraju, a 202 zmarło później wskutek
                szkody poniesionej na zdrowiu. Liczbę 3.841 trójka niemieckich historyków
                powiększyła jeszcze szacunkowo do 4.000-5.000. Przy ustalaniu tych liczb - tak
                udokumentowanej jak i szacunkowej - nie uwzględniano rzekomo ani poległych
                partyzantów ani też żołnierzy polskich niemieckiej narodowości ani też ofiar
                niemieckich bomb i w ogóle wydarzeń wojennych.(40) Oczywiście szacunkowej
                podwyżki akceptować nie można, gdyż wspomniana komisja miała do swej dyspozycji
                nie tylko ankietowe odpowiedzi, lecz również kartotekę Centrali Grobów. Moje
                badania oparte na materiałach Centrali Grobów, wykazują, że z „winy polskiej"
                zmarli stanowią maksymalnie 3.000 osób. Nie można nawet uznać, że owe 3.000
                osób straciło życie z „winy polskiej". Sam fakt rozległej dywersji stwarzał w
                wojsku polskim nastrój lęku i zastraszenia. Żołnierze stali się podejrzliwi.
                Szukając sprawców uznawali za nich osoby, które nimi w istocie nie byty. Z
                drugiej strony wywołana dywersją dezorganizacja sprzyjała zbrodniczym
                wystąpieniom. Nie ulega wątpliwości, że wśród niemieckich ofiar byli ludzie,
                którzy na śmierć nie zasłużyli. Nie było jeszcze wojny, w której męty społeczne
                nie uprawiały swego zbrodniczego rzemiosła. Sposób odwołania propagandowego
                kłamstwa nie odpowiadał jego społecznemu znaczeniu. Zarzut, że Polacy
                zamordowali 58.000 Niemców cywilnych rozgłaszano wielkimi literami na wsze
                strony. Doniosłą rolę odegrała m.in. książka Edwina Ericha Dwingera Tod in
                Polen rozpowszechniona w 150.000 egzemplarzy. Odwołanie nastąpiło w przedmowie
                do popularnej książki o stosunkach polsko-niemieckich. Odtąd tylko okazyjnie
                prostowano nazistowską nieprawdę. Nie mogło to wytępić legendy o polskich
                mordach. Toteż od czasu do czasu pojawiała się na nowo. Co więcej w latach
                siedemdziesiątych pojawiła się w szwajcarskim czasopiśmie, co zmusiło mnie do
                ogłoszenia sprostowania na łamach „Neue Zücher Zeitung". Ten i inne przypadki
                spowodowały, że moje studium zostało przez Instytut Zachodni w 1981 r. ponownie
                wydane.(41)
                • stix Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 09:55
                  W samej Bydgoszczy zginęło według ustaleń tzw. Centrali Grobów 300 Niemców. Nie
                  od razu doszła Centrala do tej liczby; sporządzony po dwóch latach od
                  tragicznych wydarzeń, spis z dnia 13 czerwca 1941 podaje 264 nazwiska. W ośmiu
                  uzupełnieniach, z których ostatni nosi datę 27 kwietnia 1942, liczba ofiar
                  wzrosła do 300. Tę liczbę podał też pastor Eichstadt w 1959 r. Biorąc pod uwagę
                  tryb jej powstawania należy raczej uważać ją za zbyt wysoką. Na specjalnie
                  stworzonym Cmentarzu Honorowym (Ehrenhain) pochowano według spisu z 1941 r. 685
                  zwłok. Chowano tam również ofiary z poza Bydgoszczy, co kierownik Centrali
                  wyraźnie stwierdził. W owym spisie figurują od poz. 598 do poz. 685 „nieznani
                  zamordowani" (unbekannte Ermordete)! Niestety liczba niemieckich ofiar w
                  Bydgoszczy stała się przedmiotem nieuwagą wywołanego nieporozumienia. Cytowałem
                  już wypowiedź Edwina Ericha Dwingera, który odżegnał się od treści swej
                  książki. Powiedział mianowicie, że „kontrwywiad SS już przed wybuchem wojny
                  przeszmuglował członków SS... to jest jedna z tajemnic bydgoskiej „krwawej
                  niedzieli". I za tych przez nas nasłanych sabotażystów musiało co najmniej
                  3.000 Niemców umrzeć".(42) Dwinger wymieniając tę liczbę miał niewątpliwie na
                  myśli całokształt strat niemieckich w Polsce. Ale można też inaczej odczytać te
                  słowa, a mianowicie, że odnosi się ona tylko do Bydgoszczy. Tak właśnie
                  odczytał ją syn Norwin, przed którym stary już ojciec złożył po latach swe
                  zeznanie. Norwin Dwinger pisze: mój ojciec opowiadał, że „z jego badań
                  dotyczących zamordowania 3.000 volksdeutschów w dniu 3 września w Bydgoszczy
                  powstawała jego książka" i że ten „masowy mord stanowił reakcję na
                  ostrzeliwanie maszerujących polskich wojsk i akty sabotażu... On (tzn. ojciec)
                  był przekonany, że Goebbels telefonując do niego bardzo dobrze wiedział, że to
                  Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy zainscenizowat".(43) Norwinowi Dwingerowi i
                  austriackiemu wydawnictwu zwróciłem uwagę, że liczba 3.000 może odnosić się
                  tylko do wszystkich strat niemieckich poniesionych w całej Polsce. Obiecano mi
                  sprostowanie - przy następnym wydaniu książki. Następne wydanie jednak się nie
                  ukaże. Zawiadomiły mnie o tym – z wyrazem ubolewania - redaktorki zbioru. Na
                  pomyłkę zwróciłem tez uwagę Norwinowi Dwinger (Liebigstr. 10-76 135 Karlsruhe).
                  Nie było niestety instytucji, która - podobnie jak tzw. Centrala Grobów -
                  rejestrowałaby ofiary polskie. Na podstawie zeznań świadków przesłuchanych
                  przez prokuratora Garszyńskiego, dr. Serwańskiego, R. Kuczmę i inne osoby
                  trzeba stwierdzić, że liczba rannych była bardzo wielka, wobec czego i liczba
                  ofiar śmiertelnych chyba znaczna. Wzmianki o rannych i poległych Polakach są
                  rozsiane po całym zbiorze zeznań zebranych przez Edwarda Serwańskiego i przez
                  niego ogłoszonych. Najwięcej informacji dostarczyły zeznania osób, które w dniu
                  3 września były zatrudnione w bydgoskich szpitalach. Według dr. Edwarda
                  Soboczyńskiego ze szpitala na Bielawach już po dwóch godzinach od wybuchu
                  dywersji było tam 91 rannych, a sądząc po rozdysponowanych dodatkowo 200
                  sienników, liczba ta w ciągu dnia co najmniej się podwoiła. Lekarz dr Zygmunt
                  Kmera tamże zatrudniony opowiedział, że przed południem owego dnia przywieziono
                  do szpitala kilkudziesięciu żołnierzy, którzy zostali ostrzelani przez
                  dywersantów przy ul. Gdańskiej koło kościoła Klarysek. Wszyscy mieli rany
                  postrzałowe. Ranni napływali przez cały dzień, a nawet - w mniejszym stopniu w
                  nocy i następnego dnia. Niektórzy zmarli w ciągu niedzieli i w poniedziałek. O
                  duchowej obsłudze ciężko rannych i konających zeznawał ks. Władysław Giemza,
                  proboszcz parafii na Bielawach, któremu pomagali jeszcze dwaj inni księża.
                  Ranni Polacy mówili, że zostali postrzeleni przez dywersantów, ale byli wśród
                  nich także Niemcy. Tragiczny wydźwięk ma relacja siostry zakonnej z
                  Zgromadzenia Szarytek, Teresy Zawieji, która była stale zatrudniona w Szpitalu
                  Św. Floriana „To, co się zaczęło dziać na terenie naszego szpitala w dniu 3
                  września trudno opisać. O tym, aby ktoś mógł rejestrować rannych, nie było
                  mowy. Sale były przepełnione, ranni leżeli na podłogach, na korytarzach... Cały
                  dziedziniec oraz klatka schodowa wewnątrz gmachu dosłownie zalane były krwią. Z
                  ulicy przynoszono też zwłoki, które składano w kostnicy. Wiele osób w szpitalu
                  umierało..."(44). Nie ustalono, ilu polskich cywilnych mieszkańców Bydgoszczy w
                  owych dniach zmarło. Przecież w dniu 5 września wkroczyli do miasta Niemcy i
                  natychmiast rozpoczęły się masowe egzekucje. To byt początek tzw.
                  Intelligenzaktion, w której w okresie do grudnia 1939 r. według niemieckiego
                  szacunku zginęło ok. 20 000 osób. Ofiar tych masowych rzezi urzędy stanu
                  cywilnego nie rejestrowały. Można by tylko przez sądowe postępowanie o uznanie
                  za zmarłego dokonać rejestracji. O poległych żołnierzach pewne dane zawiera
                  Księga pochowanych żołnierzy polskich. Według niej zginęło wtedy w Bydgoszczy
                  20 żołnierzy(45), a może jeszcze o 11 więcej. Czy istotnie tylko tylu? Krew
                  polska płynęła obfitym strumieniem. To jaskrawy dowód działalności niemieckich
                  agentów.

                  Karol Marian Pospieszalski
                  • bonbon1 Re: Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 10:39
                    Niestety nie mialem czasu tego przeczytac, ale z pewnoscia masz racje :)))
                    • ballest Re: Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 11:31
                      Prof. Jastrzebski, slynny zwolennik dywersji niemieckiej w Bydgoszczy, ktora
                      miala byc przyczyna krwawej niedzieli, poprzez 7 lat badal ze studentami z
                      wydzialu historii ta kwestie i co po tych badanisch stwierdzil?
                      NIE BYLO NIEMIECKIEJ DYWERSJI W BYDGOSZCZY!
                      Czyli Polacy klamali tak samo jak w Jedwabnym, Wasoczu i na calym Podlasiu, po
                      prostu klamali i do dzisiaj klamia.
                      "A może prof. Jastrzębski odkrył w Bydgoszczy kolejne Jedwabne?
                      Odp.: Nie o to chodzi, bowiem podłoże obu spraw jest skrajnie różne - tam
                      wielowiekowe uprzedzenia, tu emocje wywołane stanem zagrożenia. Będę
                      usatysfakcjonowany, kiedy zgodnie z zapowiedzią wiceprezesa IPN Janusza
                      Krupskiego zostanie na wzór Jedwabnego uruchomione śledztwo w sprawie
                      bydgoskiej.
                      Lub raczej poddał się historycznej manipulacji swoich niemieckich kolegów?
                      Odp.: To nie wchodzi w rachubę, gdyż jak wszyscy wiedzą, przez wiele
                      powojennych lat zwalczałem tezy niemieckie i szukałem na wszystkie sposoby
                      wytłumaczenia tego, co stało się w Bydgoszczy 3 września 1939 roku. Usilne
                      poszukiwania dowodów na dywersję w dokumentacji niemieckiej nie dały
                      rezultatów. W tej sytuacji zwróciłem moją uwagę na źródła wspomnieniowe
                      polskie. Kolejnym posunięciem powinna być ich konfrontacja z relacjami Niemców.
                      Redakcja Gazety Pomorskiej nie zadała jednak jeszcze kilku istotnych pytań
                      związanych z wydarzeniami bydgoskimi.
                      Jak już stwierdziłem na ulicach Bydgoszczy w dniach 3 i 4 września 1939
                      roku z rąk polskich zginęło 358 miejscowych Niemców. Czy ówczesna sytuacja
                      zmuszała Polaków do podjęcia tak drastycznych kroków? (ja twierdzę że "nie "),
                      jak to się ma do obowiązujących Polskę konwencji?, co zrobić aby krwawa
                      niedziela bydgoska przestała być zarzewiem konfliktu polsko - niemieckiego i
                      przeszkodą na drodze do wzajemnego pojednania? Oczywiście najważniejszą sprawą
                      jest dociekanie prawdy historycznej.
                      Szkoda, że "Gazeta Pomorska" zdecydowała się na opublikowanie wyłącznie
                      fragmentów wywiadu zaczerpniętego z Dużego Formatu. Inkryminowany materiał
                      stanowi swoistą całość, pewien ciąg logiczny i pominięcie jednej części
                      publikacji czyni ją ułomną. Do tego okrojonego tekstu dołączono wywiad z dr.
                      Januszem Kuttą, który mówi jawną nieprawdę kiedy wskazuje na niemieckie źródła,
                      jako podstawę dla moich wywodów oraz zarzuca mi pominięcie strat po stronie
                      polskiej. Te okoliczności z pewnością zadecydowały o dosyć jednostronnym
                      charakterze dyskusji prowadzonej na łamach "Gazety Pomorskiej".
                      Łączę wyrazy szacunku prof. zw. dr hab. WŁODZIMIERZ JASTRZĘBSKI
                      • ballest Re: Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 11:36
                        Dodam, ze Pospieszalski nie zadal sobie trudu, zeby zbadac sprawe, dlatego nie
                        jest wiarygodna osoba.
                        Mysle, ze Jastrzebski tez by prawdy nie wyznal, ale wtedy by w oczach jego
                        studentow stracil wiarygodnosc, bo to oni wlasciwie te badania prowadzili,
                        wiec byl zmuszony do wyznania prawdy!
                        • ballest Re: Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 11:56
                          www.1939.pl/epizody/bydg01.htm
                          Czytaj stixuniu!
                          • bonbon1 Re: Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 12:19
                            Ballest, chyba sam w to nie wierzysz, ze stix takie rzeczy bedzie czytal, a
                            jezeli nawet, to sie do tego nie przyzna. On ma tylko taki obraz historii przy
                            ktorym nie musi za duzo myslec.
                            • ballest Re: Dywersja niemieckich służb specjalnych. 03.11.06, 13:09
                              Bonbon, tak je ze wszystkim, nie chcam osobiscie wybielac Niemcow, wiec
                              wkuodom polskie strony na te sporne tematy.
                              Jak widzisz wsrod 1000 oszolomow i w polsce se jeden sprawiedliwy znejdzie.
                              Do tych sprawiedliwych wlasnie zaliczom Romanowskiego, Zybure i wlasnie od paru
                              lat Jastrzebskiego.
                              Schubert sie kiedys wypowiedzial, - ze jak sie spotkal na promocji jego
                              ksiazki w Bydgoszczy (Brombergu) z Jastrzebskim, to sie bardzo bal o jego
                              (Jastrzebskiego) zycie, myslal, ze go Poloki zlinczuja, za jego wypowiedzi i
                              publikacje jego badan.
                              • stix V kolumna. 03.11.06, 15:13
                                www.historia.echojnice.pl/do1939_historia_chojnice_29.html
                                Ponad stuletnie panowanie pruskie na Pomorzu i poczynione inwestycje w drugiej
                                połowie XIX w. utrudniały pogodzenie państwa i społeczeństwa niemieckiego z
                                jego utratą w 1920 r. Powiat chojnicki charakteryzował się skomplikowaną
                                strukturą narodowościową wywołującą konflikty.
                                Na podstawie traktatu wersalskiego strona polska gwarantowała mniejszości
                                niemieckiej swobodę zrzeszania się w różnych organizacjach, jednakże większość
                                tych organizacji miała charakter polityczny godzący w interesy Polski. Już pod
                                koniec 1928 r. policja dokonała licznych aresztowań niemieckich aktywistów w
                                Chojnicach. Udowodniono im działalność szpiegowską na rzecz Niemiec. Mimo to,
                                aż do wybuchu wojny działały agendy wywiadu ściśle współpracujące z władzami
                                III Rzeszy. Po wysunięciu żądań terytorialnych wobec Polski w marcu 1939 r.
                                wzrosło napięcie wśród społeczności polsko – niemieckiej. Szczególnie zaostrzył
                                się stosunek do ludności niemieckiej. Był on tak mocny, że na początku kwietnia
                                miejscowi bezrobotni zgromadzeni przed chojnickim magistratem wznosili
                                okrzyki: „że nie chcą pracy, ale chcą bić Niemców”.
                                Kilka dni później 7 kwietnia ogłoszony został bojkot firm niemieckich.
                                Narastająca niechęć i wrogość wobec Polski przenosiła się na określone
                                zachowanie polskich Niemców. 14 maja 1939 r. odnotowano dwa przypadki dezercji
                                żołnierzy z I brygady strzelców w Chojnicach – Ernesta Domila i Bernarda
                                Moldenhauera. Dwa dni później podczas ćwiczeń nocnych zbiegł do Niemiec
                                strzelec Antoni Molodtke zabierając ze sobą karabin i oporządzenie.
                                W bliskim sąsiedztwie samych Chojnic, stały w pełnej gotowości bojowej oddziały
                                niemieckie w ilości 50 dywizji i dwa tysiące samolotów rozlokowanych na
                                lotniskach w pobliżu granicy z Polską. W ciągu kilku miesięcy poprzedzających
                                wybuch wojny, liczna rzesza ludności polskiej opuściła ziemię chojnicką, udając
                                się w głąb kraju, licząc, że Niemcy tam nie dotrą.
                                Wspomina Teresa M. z Chojnic, która w chwili wybuchu wojny miała 17 lat. – Nad
                                ranem obudził mnie odgłos wybuchów, myślałam wraz z rodziną, że to burza w
                                oddali, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że rozpoczyna się wojna. Dopiero
                                zdenerwowany ojciec przyniósł wiadomość, że to prawda. Nikt nie zdawał sobie
                                sprawy z powagi sytuacji. Dopiero grupy mieszkańców, opuszczających miasto mimo
                                ostrzału, opowiadały po drodze o okropnościach i skutkach bombardowań. Nikt na
                                początku nie dawał temu wiary. Mimo nalegań sąsiadów na opuszczenie domu,
                                pozostaliśmy w Chojnicach, przesiadując dwa pierwsze dni września w piwnicy.
                                Jedynie ojciec pojawiał się ze skąpymi informacjami. Potęgowały one grozę, a
                                niemieccy dywersanci strach – stwierdza.
                                Dobrowolne i liczne zaangażowanie się miejscowych Niemców w akcjach zagłady
                                było dla mieszkańców Chojnic zaskoczeniem. Ze zdziwieniem dostrzegano w
                                szeregach SS i SA Niemców, którzy do niedawna pozostawali w „przyjaźni” z
                                Polakami. Głośne było aresztowanie Jana Kaletty w sali restauracji
                                hotelu „Dworcowy” (dzisiejsza Polonia) przez jego dotychczasowego niemieckiego
                                przyjaciela Nehringa za odezwanie się przed wojną do kelnera w tej samej
                                sali: „Proszę podać mi śledzia, ale tak tłustego jak Herman Goering”.
                                Wielu Niemców wykorzystało to jako możliwość wzięcia odwetu, czasem przyczyną
                                zbrodni była chęć zagarnięcia mienia polskiego.
                                • bonbon1 Re: V kolumna. 03.11.06, 15:31
                                  Niemiecki aktywista w Polsce jest dywersantem i piata kolumna, a polski
                                  aktywista w Niemczech patriota i bojownikiem o, no nie wiem, o byle co, co
                                  akurat pasuje. Najwazniejsze, ze jest zawsze pokrzywdzony!
                                  Musze przyznac, to bardzo wygodna pozycja, patrzec na swiat z klapami na oczach.
                                  • ballest Dyskusja z Polakiem! 03.11.06, 18:07
                                    Bonbon, zawsze jak nie maja wyjscia to zaczynaja z Hitlerem i Nazizmem, ale ,
                                    ze oni nam Hitlera upiekli o tym nie chca slyszec.
                                    Powinni byc wdzieczni , ze za niemieckim posrednictwem stali sie wolnym
                                    panstwem.
                                    Sami mordowali i grabiyli, a zeby odwrocic uwage , zawsze tylko Niemcow o to
                                    posadzajom.
                                • ichklaus do STIX! 04.11.06, 00:55
                                  stix napisal:
                                  > Wielu Niemców wykorzystało to jako możliwość wzięcia odwetu, ...

                                  odwetu za jakie zbrodnie Polakow?

                                  > czasem przyczyną zbrodni była chęć zagarnięcia mienia polskiego

                                  moze jakis przyklad?

                                  ps: a co z polska checia zagrabienia nieswojego mienia niemieckiego?!!!!!!
Pełna wersja