stix
20.11.06, 19:30
www.karol.bielsko.opoka.org.pl/czII.htm
Żeby przetrwać, trzeba było jednak „handlować", bo ani z „wróżby", ani z
pracy, ani z kradzieży przeżyć nie można było. Ale nie było czym handlować.
Niebezpiecznie zaś było wyjeżdżać ze swego miasta, bo okupant niemiecki
podzielił dawną Polskę Wschodnią (potem sowiecką Ukrainę Zachodnią) na kilka
komisariatów, gdzie rządziły odrębne władze niemiecko-ukraińskie, była inna
waluta, inne stosunki. Zaraz człowieka złapano i wysłano na roboty do Rzeszy.
A na „wyzwolonej, bujnej Ukrainie" - po usunięciu Polaków od władzy -
brakowało wszystkiego: igieł, nici, butów, spodni, koszul, chust, materiałów,
soli, pieprzu, oleju, nafty, etc, etc. Nie brakowało tylko wódki ! Nigdy!!
Ukraińcy i Polacy produkowali ją „dawnymi metodami", setki tysięcy litrów:
Polacy - „bimber", Ukraińcy - „samohon" (samogonkę). Nie wiem, która była
lepsza, bo alkoholu nie pijam, ale specjaliści ukraińscy chwalili się przed
nami, że ich „samohonka" jest nawet klarowniejsza niż dawna polska wódka
państwowa" (!).
Wódka stała się nową walutą, głównym środkiem płatniczym na Wołyniu. Milcząco
uznawali ten fakt również Niemcy, którzy w rozmowach żądali za swój towar
tyle a tyle „wódka", jaką odróżniali od swojego „sznapsu" („Schnaps ist
besser!", czyli sznaps jest lepszy!). Towar handlowy pochodził tylko od
Niemców, bo Sowieci w latach 1939-1941 wszystko skonsumowali lub zniszczyli.
Towar niemiecki pochodził bądź z paczek, bądź z kradzieży- z ich magazynów
wojskowych, które najlepiej okradali, a potem handlowali, niemieccy
intendenci wojskowi !! Intendenci za: „Wurst, Eier, Speck i Vodka" (kiełbasa,
jajka, słonina i wódka), które albo sami zjadali, albo wysyłali do swoich
rodzin w Reichu, wymieniali: buty i spodnie wojskowe, koszule, skarpety,
igły, nici, sól, pieprz, benzynę, oliwę etc, których potem brakowało dla
niemieckich żołnierzy, odesłanych z frontu na tyły. Niemcy nie mogli
handlować bezpośrednio z chłopem ukraińskim wskutek trudności językowych i
nieufności chłopów: Niemiec-frontowiec raczej zabrał Ukraińcowi całą świnię
niż kupił, a Ukrainiec - nauczony doświadczeniem - prędzej by zabił Niemca
niż mu coś sprzedał. Jako pośrednikami w handlu Niemcy posługiwali się Żydami
i nielicznymi Polakami, którzy znali język niemiecki, oraz żołnierzami rodem
ze Śląska. Bezpieczniej było handlować w mieście, gdzie stało wojsko, niż na
wsi. Niemcy szukali uczciwych ludzi, którym można zaufać. Najczęściej byli to
Polacy.
W 1942 i w 1943, szczególnie po Stalingradzie, Niemcy dotarli i do nas. Moja
Matka znała tylko kilka - 10-15 - słów niemieckich. Ja do matury w grudniu
1942 n i c, bo przed wojną uczyłem się w gimnazjum tylko francuskiego.
Dopiero w 1942 na „kursie maturycznym" nauczyłem się trochę po niemiecku i
w „operacjach handlowych" służyłem mojej Matce jako nieśmiały tłumacz.
Pierwszym dostawcą towaru był nasz „Gruppenfiihrer Obergefreiter" Walter
Schenk (brygadier, st. strzelec), wysoki chudy Niemiec z Frankfurtu nad
Menem, tj. „aus Goethesstadt" (z miasta Goethego) Jak podkreślał z dumą.
Propaganda goebelsowska zrobiła z Schenka bestię: zaraz po przybyciu do Dubna
był to największy kat Rosjan i Żydów w HKP. My też baliśmy się go, bo bił
niemiłosiernie, za byle co, po głowie, po rękach, po twarzy i po plecach,
grubymi przewodami od akumulatorów, zakończonymi „klemami", tj. metalowymi
końcówkami, które wyrywały z ciała ofiar kawałki mięsa „podludzi". Po kilku
miesiącach, gdy Schenk zaprzyjaźnił się z niektórymi cywilami, między innymi
z naszymi mechanikami, tj. Kowalem i Bobrowskim, zmienił zdanie i pewnego
dnia zjawił się w naszym mieszkaniu. Przestraszyliśmy się, ale Schenk
przedstawił się, że jest z Frankfurtu (Ziegelstrasse 125), ma żonę i troje
dzieci (oczywiście pokazał nam fotografię), no i jest katolikiem. Matka moja
uznała, że to dobry człowiek, ale jeszcze chory na „hitleryzm" i przyjęła go
taktownie. Schenk szybko pokazał, po co przyszedł i co przyniósł: igły,
guziki, nici, przędzę, jakieś gatunki majtek etc. Chciał to wszystko wymienić
za „Speck i Wurst", mogą też być „jojka, jojka", które chce wysłać do domu,
bo tam głód, kartki, a miasto jest bombardowane przez Anglików i Amerykanów.
I tak się zaczęło.
Ponieważ Matka wywiązała się uczciwie z tych handlowych „zobowiązań", więc
zyskała zaufanie wśród niemieckich „dostawców" (drogą „szeptaną") i zaczęli
się u nas pojawiać inni „Unteroffizieren und Feldfebeln", tj. kaprale i
plutonowi - z intendentury lub wycofani z frontu. Ci chcieli już sprzedać
wszystko tj.: wojskowe buty, spodnie, bluzy, koszule, rękawice a nawet „die
Waffe", tj. broń. Gdy powiedziałem Matce, że Waffe znaczy broń, zaczęła
gwałtownie wołać, „Waffe niks, niks, niks !!
Ja mam tylko ajn Kind! Za Waffe kaput! Niks, Niks Waffe!!" Wobec tego dom
nasz nie pośredniczył w handlu bronią, choć polscy partyzanci na Wołyniu też
namawiali Matkę, by kupowała dla nich broń. Matka twardo odmówiła: „Nie! To
śmierć dla syna! Nie!"
Naszymi odbiorcami byli Polacy i Ukraińcy z połowy Wołynia! Matka moja stała
się znana na prowincji. Nawet Ukraińcy nazywali ją: „Nasza pani", bo nigdy
nikogo nie obraziła i nie okradła, nie oszukała. Chłopi polscy i ukraińscy
oraz nasi AK-owcy, czasem znajomi mojego ojca, była to studnia potrzeb bez
dna. Wszyscy potrzebowali soli i pieprzu do marynowania mięsa wieprzowego i
wołowego, nafty, benzyny i oleju napędowego, nici, igieł, butów i spodni,
koszul, rękawic. Za te skarby dawali nam drzewo na opał, „sało", „miaso"
(słonina, mięso), wódkę, chleb, masło, kiełbasę etc. Oczywiście buty i spod
nie wojskowe sprzedawała Matka AK-owcom, inne „skarby" potrzebne do życia -
cywilom obydwu narodowości za umiarkowaną ceną. I wszystkie trzy strony, tj.
my dostawcy i odbiorcy (trojga narodów) - były zadowolone. Ten handel
najbardziej ratował nas od śmierci głodowej. Pomagał też polskim, niemieckim
i ukraińskim rodzinom.