Życie codzienne pod okupantem niemieckim.

20.11.06, 19:30
www.karol.bielsko.opoka.org.pl/czII.htm
Żeby przetrwać, trzeba było jednak „handlować", bo ani z „wróż­by", ani z
pracy, ani z kradzieży przeżyć nie można było. Ale nie by­ło czym handlować.
Niebezpiecznie zaś było wyjeżdżać ze swego mia­sta, bo okupant niemiecki
podzielił dawną Polskę Wschodnią (potem sowiecką Ukrainę Zachodnią) na kilka
komisariatów, gdzie rządziły odrębne władze niemiecko-ukraińskie, była inna
waluta, inne stosun­ki. Zaraz człowieka złapano i wysłano na roboty do Rzeszy.
A na „wy­zwolonej, bujnej Ukrainie" - po usunięciu Polaków od władzy -
brakowało wszystkiego: igieł, nici, butów, spodni, koszul, chust, materia­łów,
soli, pieprzu, oleju, nafty, etc, etc. Nie brakowało tylko wódki ! Nigdy!!
Ukraińcy i Polacy produkowali ją „dawnymi metodami", set­ki tysięcy litrów:
Polacy - „bimber", Ukraińcy - „samohon" (samogonkę). Nie wiem, która była
lepsza, bo alkoholu nie pijam, ale spe­cjaliści ukraińscy chwalili się przed
nami, że ich „samohonka" jest na­wet klarowniejsza niż dawna polska wódka
państwowa" (!).

Wódka stała się nową walutą, głównym środkiem płatniczym na Wołyniu. Milcząco
uznawali ten fakt również Niemcy, którzy w roz­mowach żądali za swój towar
tyle a tyle „wódka", jaką odróżniali od swojego „sznapsu" („Schnaps ist
besser!", czyli sznaps jest lepszy!). Towar handlowy pochodził tylko od
Niemców, bo Sowieci w latach 1939-1941 wszystko skonsumowali lub zniszczyli.
Towar niemiecki pochodził bądź z paczek, bądź z kradzieży- z ich magazynów
wojskowych, które najlepiej okradali, a potem handlowali, niemieccy
intendenci wojskowi !! Intendenci za: „Wurst, Eier, Speck i Vodka" (kiełbasa,
jajka, słonina i wódka), które albo sami zjadali, albo wysy­łali do swoich
rodzin w Reichu, wymieniali: buty i spodnie wojsko­we, koszule, skarpety,
igły, nici, sól, pieprz, benzynę, oliwę etc, któ­rych potem brakowało dla
niemieckich żołnierzy, odesłanych z fron­tu na tyły. Niemcy nie mogli
handlować bezpośrednio z chłopem ukra­ińskim wskutek trudności językowych i
nieufności chłopów: Niemiec-frontowiec raczej zabrał Ukraińcowi całą świnię
niż kupił, a Ukrainiec - nauczony doświadczeniem - prędzej by zabił Niemca
niż mu coś sprzedał. Jako pośrednikami w handlu Niemcy posługiwali się Żyda­mi
i nielicznymi Polakami, którzy znali język niemiecki, oraz żołnie­rzami rodem
ze Śląska. Bezpieczniej było handlować w mieście, gdzie stało wojsko, niż na
wsi. Niemcy szukali uczciwych ludzi, którym moż­na zaufać. Najczęściej byli to
Polacy.

W 1942 i w 1943, szczególnie po Stalingradzie, Niemcy dotarli i do nas. Moja
Matka znała tylko kilka - 10-15 - słów niemieckich. Ja do matury w grudniu
1942 n i c, bo przed wojną uczyłem się w gimna­zjum tylko francuskiego.
Dopiero w 1942 na „kursie maturycznym" nauczyłem się trochę po niemiecku i
w „operacjach handlowych" słu­żyłem mojej Matce jako nieśmiały tłumacz.
Pierwszym dostawcą to­waru był nasz „Gruppenfiihrer Obergefreiter" Walter
Schenk (bry­gadier, st. strzelec), wysoki chudy Niemiec z Frankfurtu nad
Menem, tj. „aus Goethesstadt" (z miasta Goethego) Jak podkreślał z dumą.
Propaganda goebelsowska zrobiła z Schenka bestię: zaraz po przybyciu do Dubna
był to największy kat Rosjan i Żydów w HKP. My też bali­śmy się go, bo bił
niemiłosiernie, za byle co, po głowie, po rękach, po twarzy i po plecach,
grubymi przewodami od akumulatorów, zakoń­czonymi „klemami", tj. metalowymi
końcówkami, które wyrywały z ciała ofiar kawałki mięsa „podludzi". Po kilku
miesiącach, gdy Schenk zaprzyjaźnił się z niektórymi cywilami, między innymi
z na­szymi mechanikami, tj. Kowalem i Bobrowskim, zmienił zdanie i pew­nego
dnia zjawił się w naszym mieszkaniu. Przestraszyliśmy się, ale Schenk
przedstawił się, że jest z Frankfurtu (Ziegelstrasse 125), ma żonę i troje
dzieci (oczywiście pokazał nam fotografię), no i jest kato­likiem. Matka moja
uznała, że to dobry człowiek, ale jeszcze chory na „hitleryzm" i przyjęła go
taktownie. Schenk szybko pokazał, po co przyszedł i co przyniósł: igły,
guziki, nici, przędzę, jakieś gatunki maj­tek etc. Chciał to wszystko wymienić
za „Speck i Wurst", mogą też być „jojka, jojka", które chce wysłać do domu,
bo tam głód, kartki, a miasto jest bombardowane przez Anglików i Amerykanów.
I tak się zaczęło.

Ponieważ Matka wywiązała się uczciwie z tych handlowych „zo­bowiązań", więc
zyskała zaufanie wśród niemieckich „dostawców" (drogą „szeptaną") i zaczęli
się u nas pojawiać inni „Unteroffizieren und Feldfebeln", tj. kaprale i
plutonowi - z intendentury lub wycofa­ni z frontu. Ci chcieli już sprzedać
wszystko tj.: wojskowe buty, spod­nie, bluzy, koszule, rękawice a nawet „die
Waffe", tj. broń. Gdy po­wiedziałem Matce, że Waffe znaczy broń, zaczęła
gwałtownie wołać, „Waffe niks, niks, niks !!

Ja mam tylko ajn Kind! Za Waffe kaput! Niks, Niks Waffe!!" Wo­bec tego dom
nasz nie pośredniczył w handlu bronią, choć polscy par­tyzanci na Wołyniu też
namawiali Matkę, by kupowała dla nich broń. Matka twardo odmówiła: „Nie! To
śmierć dla syna! Nie!"

Naszymi odbiorcami byli Polacy i Ukraińcy z połowy Wołynia! Matka moja stała
się znana na prowincji. Nawet Ukraińcy nazywali ją: „Nasza pani", bo nigdy
nikogo nie obraziła i nie okradła, nie oszuka­ła. Chłopi polscy i ukraińscy
oraz nasi AK-owcy, czasem znajomi mo­jego ojca, była to studnia potrzeb bez
dna. Wszyscy potrzebowali so­li i pieprzu do marynowania mięsa wieprzowego i
wołowego, nafty, benzyny i oleju napędowego, nici, igieł, butów i spodni,
koszul, ręka­wic. Za te skarby dawali nam drzewo na opał, „sało", „miaso"
(słoni­na, mięso), wódkę, chleb, masło, kiełbasę etc. Oczywiście buty i spod­
nie wojskowe sprzedawała Matka AK-owcom, inne „skarby" potrzeb­ne do życia -
cywilom obydwu narodowości za umiarkowaną ceną. I wszystkie trzy strony, tj.
my dostawcy i odbiorcy (trojga narodów) - były zadowolone. Ten handel
najbardziej ratował nas od śmierci głodowej. Pomagał też polskim, niemieckim
i ukraińskim rodzinom.

    • rita100 Re: Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 19:37
      Czyli mowisz, że w czasie wojny jest najlepsza współpraca ?
    • stix Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 19:39
      www.karol.bielsko.opoka.org.pl/czII.htm
      W biurze pracowałem od marca do listopada 1943, co potwierdza wydane „Zeugnis"
      (Zaświadczenie pracy) z datą: „Dubno, den 30.9.1943, które informuje, że Karl
      Kosek (...) pracował w HKP (Ost) 631 w Dubnie od 31.12.1941 do 30.9.1943 jako
      uczeń ślusarski, potem jako pomoc biurowa. Jego odejście nastąpiło z powodu
      rozwią­zania HKP". Otóż we wrześniu takie zaświadczenie wystawił mi „se­kretarz"
      Buresch, a podpisał jeszcze Lohmeier, ale „Park" działał na­dal już po moim
      wyjeździe 14.11.1943. Biura zajmowały dwa poko­iki i znajdowały się na parterze
      w murowanym głównym budynku. Z biura do bramy HKP miałem 50 kroków, z bramy do
      domu - jesz­cze 30 kroków. Moi nowi koledzy biurowi, żołnierze niemieccy, wszy­
      scy kategorii „C" i „D", okazali się nie Ubermenschami", lecz po pro­stu ludźmi,
      tak samo skrzywdzonymi i przestraszonymi jak my. A może bardziej niż my bali
      się systemu hitlerowskiego, który wszy­scy nienawidzili!! Mam na myśli głównie,
      stałą czwórkę biuralistów w składzie: Feicht, Buresch, Schoner i Habbitcht.

      Uffz. R. Feicht, rodem z Bremy, utykał, bo miał lewą nogę krótszą. Był około
      trzydziestki, niski, krępy, o delikatnej twarzy, z czarnym pieprzykiem na
      prawym policzku. Pracowity, wymagający, uczciwy. Gdy poznał mnie bliżej,
      odkryliśmy w sobie „dusze pokrewne": ja by­łem świeżo po maturze, on miał za
      sobą dwa lata wyższych studiów handlowych, prowadził już korespondencję
      handlową firmy po angiel­sku z Brytyjczykami. Kiedy byliśmy sami, dał do
      zrozumienia, że jest „wściekły" na Hitlera „i całą jego bandę", na nonsensowną
      wojnę, która zniszczyła jego życie, dom i naród. Gdy raz z naiwności i z bra­ku
      wiedzy - po przeczytaniu książki „Weg zur Reifepriifung. Geschichte
      Deutschlands" - wyraziłem się, że „Prusacy to są najlepsi Niemcy", Feicht wpadł
      w furię i krzyknął:

      - Prusacy - to w ogóle nie są Niemcy! To świnie!!

      Wtedy pierwszy raz w życiu usłyszałem, że pozornie jednolity na­ród niemiecki
      składa się z wielu antagonistycznych „landów" i ple­mion. Feicht kazał mi
      milczeć i ostrzegał przed podejrzanymi Niem­cami, „partyjnymi", oraz przed
      tym „szpiclem i świnią Rotmanem", tj. łapówkarskim tłumaczem i donosicielem „z
      Niemców nadwołżańskich". Mówił mi nieraz: „Sind Deutsche und Deutsche", czyli
      są Niemcy i Niemcy ...

      Feicht ostrzegał i ratował mnie nieraz. Na przykład czasem czyta­łem jakieś
      pisma, pozostawione w biurze „tylko dla Niemców" z pie­częcią: „GEHEIM", czyli
      tajne. Były tam na przykład takie instrukcje rasistowskie, że Niemcy nie
      powinni się żenić z Polkami, bo one chy­trze naciągają Niemców, tj. przejmują
      ich rasowe nasienie (!!) i rodzą Niemca, a wychowują go na Polaka, który może
      być potem szkodli­wy dla Reichu! Były też ulotki antyrosyjskie czy antypolskie.
      Pokaza­łem to raz Feichtowi i spytałem ...

      Natychmiast mi to wyrwał w sposób teatralny z okrzykiem, „Verboten!" Nie wolno!
      Dawaj to! Potem spokojnie mi wyjaśnił:

      - Karl! Das ist Mist! To jest gówno. Bzdura. Ale przy nikim z na­szych tego nie
      czytaj, bo możesz mieć grube nieprzyjemności.

      Czasem w przypływie wisielczego humoru Feicht sztorcował swe­go podwładnego,
      poczciwego szeregowca Schonera i rozkazywał:

      - Schoner! Będziesz jutro rozstrzelany! Przynieś ze sobą worek, aby zapakować
      do niego twoje nędzne resztki!

      - Jawohl! - odpowiadał ochoczo Schoner.

      Dla mnie te żarty (powtarzały się często) były trochę makabryczne.

      Drugi pracownik, tj. „Obergefreiter Buresch", zastępca Feichta, też był daleki
      od rasistowskiej pychy. Jako Niemiec z Sudetów znał język czeski i nieraz
      chwalił czeską kulturę, kuchnię, wyroby masarskie, popisując się czeską
      terminologią. Buresch był też niski, około 50-tki, z grubym nosem. Miał jakąś
      wadę w ręku. On nauczył mnie pisać na maszynie, pokazał wzory sprawozdań,
      metodę obli­czania listy płac etc. Tak się przejął moją niską pensją, tj.
      półtora karbowańca tygodniowo, że wyszukał w tabeli płac jakąś możliwość i
      podwoił mi „pobory" do trzech karbowańców. Mogłem za to kupić - za tydzień
      pracy - bilet do kina i dwie gałki lodów! Ale tego nie mówiłem Bureschowi, by
      nie robić mu przykrości i nie uświadomi­łem go, że teraz tracę finansowo, bo nie
      mogę „brać i wynosić" ben­zyny.

      Siedziałem w drugim pokoju przy swoim stoliku, który przylegał do biurek z
      lewej strony Feichta, z prawej Burescha. W pierwszym po­koju siedzieli przy
      swoich biurkach: Schoner i Habbitcht. Gefreiter Schoner był to szczupły, wysoki
      mężczyzna, po trzydziestce, bar­dzo dobry człowiek, lecz trochę „dziwny". Może
      nierozgarnięty. Miał tylko wykształcenie podstawowe i był bardzo skromny. Jako
      19-letni Polak zwracałem się do wszystkich starszych przez „pan", a do Niem­ców
      per „Się". Schoner od razu mi powiedział:

      - Karol. Ja jestem Schoner i tylko Schoner. Mów mi „ty" lub Scho­ner.

      To ty masz średnie wykształcenie, nie ja.

      Spełniłem jego życzenie. Wysłuchiwałem grzecznie jego opowie­ści . Schoner
      pochodził z Bawarii, mówił jednak literacką niemczyzną. Chwalił mi się, że
      sporządził u siebie w Bawarii plan domu, który na­wet „zawodowy inżynier
      pochwalił". I zaczął nawet budowę tego dom­ku, zanim ta nieszczęsna wojna
      wybuchła. Ale skończy po wojnie.

      Oryginalny był czwarty pracownik, tj. Gefreiter Habbicht, co znaczy „jastrząb"
      po polsku. Ale był to kiepski „jastrząb": miał wpraw­dzie półwyższe
      wykształcenie, unikał dyskusji o wojnie i hitleryzmie, ale za to miał bardzo
      kiepski wzrok. Bez mocnych okularów nic nie widział. Prócz tego miał
      jakiś „tik" i co chwilę rzucał głową w lewo. Ten „strzelec jastrząb" nikogo nie
      zastrzelił. Czasem nas odwiedzał w domu, nie w celach handlowych, tylko aby - w
      obcym kraju - ode­tchnąć normalną domową, ludzką i chrześcijańską atmosferą. Do
      mo­jej matki Habbicht odnosił się zawsze bardzo grzecznie per „Frau Kózek".

      Naszą sielankę biurową przerywali różni groźni lub dziwaczni in­truzi. Najpierw
      doszedł „na stałe" typowy młody biuralista rodem z Prus, który zaraz zaczął
      wszystkich pouczać, bo „jako Prusak" znał się lepiej od innych na wszystkim.
      Dokuczał też mojej czwórce kpi­nami w rodzaju: „Bist du uberhaupt katolisch?"
      (Czy jesteś całkiem katolicki ?). A czterej stali biuraliści, rodem z Niemiec
      Zachodnich, by­li wszyscy katolikami. Buresch też. Ignorowali go, aż odjechał.
      Ow­szem, Feicht dla kpiny przytoczył w dialekcie berlińskim dialog o
      ogórkach: „Jujken jibst. Jesalzen sind. Jut sind" etc.

      • bonbon1 Re: Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 20:46
        stix napisał:

        > w murowanym głównym budynku. Z biura do bramy HKP miałem 50 kroków, z bramy
        do
        > domu - jesz­cze 30 kroków.

        To razem 80 kroków.
    • stix Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 19:41
      www.karol.bielsko.opoka.org.pl/czII.htm
      Potem przyjechał szczupły przystojny „Leutnant" z SS, istny laluś, jak Willi
      Sonnenbruch z „Niemców" Kruczkowskiego. „Nasz Willi" sfotografował nas oczami.
      Moi biuraliści drżeli, nawet ja, naiwny mło­dzik, czegoś się bałem. Jakby
      zamaskowana śmierć koło nas chodzi­ła. Ów Willi działał bardzo energicznie. Raz
      np. przyszedł do nasze­go (drugiego) pokoju i w ciągu pięciu minut odbył trzy
      rozmowy. Najpierw zatelefonował do wiezienia, do gestapo, i polecił dalej
      torturować aresztanta, jeśli jeszcze nic nie powiedział. Następnie zadzwonił do
      kochanki „Mimi" i kazał jej, by „była gotowa, wykąpana i czekała na niego w
      szlafroku. On będzie u niej od 18°° do 19°°. Dłużej nie mo­że, bo potem ma
      wyjazd służbowy". Trzeci telefon był do SD, też w sprawie przesłuchania
      jakiegoś podejrzanego aresztanta. Gdy po trzech dniach ów „lejtnant Willi"
      wyjechał niespodziewanie, wszyscy niemieccy biuraliści westchnęli z ulgą: „Gott
      sei dank! Bogu niech bę­dą dzięki! Odjechał! Ciesz się, Karl". Później, jako
      nauczyciel, przez ponad 40 lat podawałem uczniom owego lejtnanta jako klasyczny
      przy­kład „Willego Sonnenbrucha", tj. najbardziej niebezpiecznego zbrod­niarza,
      elegancika w „białych rękawiczkach". Inną dziwaczną ćmą był „Feldfebel Münich"
      z landu po tamtej stronie Renu. Pedantyczny biuralista, ślinił się stale, ganił
      i reformował. Zastępował przez kilka tygodni chorego Burescha. To Münich
      wymyślił, by wydać brudnym jeńcom urzędowo po kawałku mydła. Polecił mi
      sporządzić ogrom­ną listę, w której porobił - na szerokość arkusza! -
      kilkanaście rubryk w rodzaju: data, miejsce urodzenia, wykształcenie, stan
      cywilny, sto­pień wojskowy etc. Musiałem „iść w masy" i zbierać te dane. Jeńcy
      nie chcieli wierzyć, że tyle danych trzeba, by wydać kawałek mydła. Buresch by
      takiego głupstwa nie zrobił. Gdyby mi jeńcy nie ufali, wy­rzekliby się mydła.
      Niektórzy jeńcy nie znali daty i miejsca swego uro­dzenia, a wszyscy zaniżali
      szarże. I mówili mi:

      - Czy ty myślisz, że ja ci podam moją rangę?

      Wreszcie wydaliśmy mydło. Münich zauważył, że jeńcy mają już podarte spodnie i
      bluzy. Kazał im wydać mundury po jeńcach francu­skich i belgijskich. Ale okazały
      się wszystkie za małe dla rosyj­skich olbrzymów...

      Wreszcie wydaliśmy mydło. Münich zauważył, że jeńcy mają już podarte spodnie i
      bluzy. Kazał im wydać mundury po jeńcach francu­skich i belgijskich. Ale okazały
      się wszystkie za małe dla rosyj­skich olbrzymów...

      Münich stwierdził też, że w listach płac są luki, bo wielu robotni­ków od
      stycznia 1943 nie pobrało „pensji". Formalistyczna dusza nad-reńskiego
      buchaltera był wzburzona: „Ordnung muss sein!" Kazał mi wypisać adresy tych,
      którzy nie pobrali zapłaty, zabrał listy płacy i ka­sę z pieniędzmi,! mnie jako
      tłumacza. Pojechaliśmy do miasta wypła­cać pensję. Feicht tylko wzruszył
      pogardliwie ramionami. Mnie z jed­nej strony zaimponowała ta niemiecka
      pedantyczna uczciwość, z dru­giej zdumiała beznadziejna naiwność feldfebla.
      Przecież była wojna. Rosjanie już zdobyli Kijów. Na Ukrainie toczyła się wojna
      domowa. Dubno otaczały partyzantki rosyjskie, ukraińskie, polskie, czeskie, a
      mój feldfebel chce wypłacać „pensje" robotnikom, którzy nie przy­szli do pracy,
      bo pracą i tymi bezwartościowymi „pieniędzmi" wzgar­dzili. Nie mogłem mu tego
      powiedzieć i tego, że wielu z nich jest w jakichś partyzantkach, a niektórzy
      już może nie żyją, zabici w boju. Po­jechaliśmy. Najbliższy był tęgi Ukrainiec,
      zamieszkały na Surmiczach tuż przy szosie. Siedział przed domem dobrze pijany.
      Jak nas zoba­czył, zbladł, złapał mnie za rękę i spytał ze strachu po
      polsku: „Lusiek! Przyjechaliście po mnie?!" Gdy się dowiedział, że przywieźli­
      śmy mu „pensję", zgłupiał, bo każdy by zgłupiał. Podpisał listę, ode­brał
      pieniądze i zaczął obłapiać feldfebla - jak to pijak - gładzić po twarzy,
      mamrocząc: „Dojcz, gut, gut!" Na pytanie feldfebla, dlaczego nie przychodzi do
      pracy, powiedział krotko: „Arbeit, siajze!" Feldfe­bel odjechał oburzony do
      następnego „pracownika", którym był też Ukrainiec. Właśnie zasiadał z młodą
      żoną do podwieczorku. Też się przestraszył munduru, też był zdumiony,
      ale „pensję" pobrał, podpi­sał, a na pytanie dlaczego nie przychodzi do pracy,
      odpowiedział szcze­rze, że obchodzi teraz swój „miesiąc miodowy". Chciał nas
      nawet po­częstować wódką. W mieście Dubnie nie mieliśmy w ogóle szczęścia:
      wszyscy „gdzieś wyjechali." Polacy - mówili mi - że jedni do lasu, in­ni
      do „Polski", Ukraińcy "nic nie wiedzieli". Wreszcie za miastem, na
      tzw. „Zabramiu", mieszkał niejaki Pękała, Polak. Sąsiad, który nas po­
      informował, powiedział: „Pękała jest wek!" - a mnie dodał: do party­zantki.
      Następny adresat był kilometr stąd, w najbliższej wsi. Uparty Münich chciał
      jechać dalej, ale zatrzymał nas ów polski informator:

      - Powiedz pan temu wariatowi, że tam są już partyzanci, raz Pola­cy, raz
      Ukraińcy. I można od nich łatwo dostać po łbie!

      Przetłumaczyłem. Dopiero wtedy poczciwy feldfebel zrozumiał nonsens swojej
      samobójczej misji. Wróciliśmy, Bogu dzięki, w ostat­niej chwili.

      Po odjeździe feldfebla przybył na jego miejsce niebezpieczny dekownik, tęgi
      mężczyzna, fanatyk, na szczęście tylko „Gefreiter", nie­jaki Brunner, jako pomoc
      dla chorego jeszcze Burescha. Ledwie wszedł do biura, Brunner zaraz przy
      prezencji wysunął swoją tęgą owłosioną łapę

      - Diese Hand hat selbe Adolf Hitler gedriickt! (Tę rękę sam A. Hi­tler
      uścisnął) - pochwalił się.

      Ta „ręka" nadawała się do walki, nie do pióra i nie do biurka, w któ­rym
      Brunner „dekował się" i nic pożytecznego nie robił, tylko dużo krzyczał o
      zwycięstwie Rzeszy nad ZSRR, jeśli Japończycy zaataku­ją Rosję od Wschodu. Całe
      biuro trzymało się z dala od Brunnera, a Feicht zaraz powiedział:

      - Karl! Sei forsichtig! Er ist gefahrlich und dumm wie ein Hund! (Karol! Bądź
      ostrożny! On jest niebezpieczny i głupi jak pies!).

      Czasem zasypiałem i przychodziłem trochę później do biura (stanie na apelu już
      mnie nie obowiązywało). Wtedy Brunner wpada} do me­go mieszkania (naprzeciw
      bramy HKP) i krzyczał: „Schnell! Schnell! Istzuspat!". W czasie wojny domowej
      na Ukrainie w 1943, gdy Ukra­ińcy napadli i zabili czasem Niemca, władze
      wojskowe rozesłały „taj­ne" rozkazy, by tępić Ukraińców i Polaków „wszelkimi
      sposobami". Feicht oficjalnie milczał, a wśród zaufanych mówił „o
      barbarzyństwie wojska". Natomiast Brunner głośno opowiadał w biurze - przy
      mnie - że najlepiej wystrzelać i wywieszać wszystkich mężczyzn „wraz z
      chłopcami od dziesiątego roku życia".

      Jako tłumacz byłem najgorszy i najlepszy. Najgorszy, gdyż le­piej ode mnie
      mówili po niemiecku Rotman i jego młodszy kolega, też Niemiec nadwołżański (ale
      uczciwy człowiek), Volksdeutsch Jung i szpicel - Werkmeister o
      przezwisku „Proklatka" (feldfebel niemiec­ki). Byłem jednak lepszy od nich
      wszystkich, bo oprócz rosyjskiego mówiłem po ukraińsku, po polsku i rozumiałem
      język czeski, no i nie brałem łapówek, tłumaczyłem wiernie, co mi powiedziano.
      Zaś Rot­man, jeśli nie dostał butelki, tłumaczył tak, że często interesant
      dostał od Niemca po głowie. Nienawidzono też Rotmana, a do mnie mieli za­ufanie
      pracownicy i Niemcy.

      Najpierw „sprawdził" mnie sam Lohmeier: kazał przetłumaczyć kil­ka napisów
      rosyjskich, które poznał przedtem, potem wezwał mnie na tłumacza w sprawie
      jakiegoś małżeństwa. Prosiłem, by mówić „langsam und deutlich", czyli wolno i
      wyraźnie, bo „jeszcze słabo mówię po niemiecku". Zrobili tak. Ja też
      tłumaczyłem wolno i z namysłem. Zrozumieliśmy się. Ta skromność „debiutującego
      tłumacza" sp
      • stix Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 19:42
        Najpierw „sprawdził" mnie sam Lohmeier: kazał przetłumaczyć kil­ka napisów
        rosyjskich, które poznał przedtem, potem wezwał mnie na tłumacza w sprawie
        jakiegoś małżeństwa. Prosiłem, by mówić „langsam und deutlich", czyli wolno i
        wyraźnie, bo „jeszcze słabo mówię po niemiecku". Zrobili tak. Ja też
        tłumaczyłem wolno i z namysłem. Zrozumieliśmy się. Ta skromność „debiutującego
        tłumacza" spodo­bała się. Tak samo tłumaczyłem w biurze. Przychodzili jeńcy
        sowiec­cy, pracownicy, Polacy, Ukraińcy, Czesi, Rosjanie z rozmaitymi spra­wami.
        Najczęściej prosili o „urlop", bo ten ma urodziny, tamtemu żo­na będzie rodzić,
        innemu krowa, ów jest chory, czeka go operacja, ma wrzód etc. Tych wszystkich
        słów nie było w tekstach Goethego czy Schillera, na których uczyliśmy się
        języka. Przynosiłem więc do biu­ra słownik ukraińsko-niemiecki i gdy petent
        wyłożył mi swoją proś­bę, prosiłem Feichta, by poczekał, bo muszę znaleźć
        nieznane mi sło­wa. Po wyszukaniu zapisywałem je, na przykład „ciąża", „wrzód",
        na­stępnie tłumaczyłem wolno i wyraźnie. Obie strony były zadowolone i ja
        również, bo poduczałem się praktycznie języka. Uczciwi ludzie zawsze sprawę
        załatwili. Jeśli przyszedł jakiś kombinator, mówiłem mu:

        - „Kłam i zmyślaj sam. Ja przetłumaczę". Ale wtedy mówiłem do Feichta:

        - „Er sagt", czyli „on mówi". Niemcy spostrzegli moją uczciwość i lojalność
        wobec cywili. Dowiedzieli się, co znaczy słowo: „kłam" i zrozumieli, dlaczego
        mówię: „er sagt". Poznawali też po minie pe­tenta, że kłamie. I wyrzucali go,
        stosując moją metodę: „Powiedz mu, że ja mówię, że on kłamie". W ten sposób
        Feicht osłaniał mnie przed zemstą oszustów.

        Wiem, że kreślę tu inny portret niemieckiego okupanta niż oficjal­ny w
        literaturze polskiej czy tym więcej sowieckiej, gdzie każdy „giermaniec" to
        był „gad i zmiej", a „russkij" - to zawsze błagorodnyj gieroj (szlachetny
        bohater). Bywało odwrotnie. Pamiętając o polskim przysłowiu, że są "ludzie i
        ludziska w każdym narodzie" („Deutsche und Deutsche") nakreśliłem poznane
        postacie Niemców kanalii i Niemców ludzi. To samo można powiedzieć o Polakach,
        Rosjanach, Ukraińcach, Żydach etc.

        Na pożegnanie Buresch i Feicht wystawili mi pochlebne „Zaświad­czenie pracy",
        podpisane przez Lohmeiera 30.9.1943:

        „Derselbe fiihrte die ihm iibertragenen Arbeiten żur hóchsten Zufriedenheit
        aus" (Wymieniony wykonywał powierzone mu prace ku naszemu najwyższemu
        zadowoleniu").

        Napisali to, chociaż nigdy nie poniżałem się przed nimi, ani nie wy­wyższałem
        nad prostaczkami, podkreślałem zawsze moją polskość i pa­triotyzm, czasem
        poprawiałem ich błędy dialektyczne, że nazywali mnie żartobliwie „strażnikiem
        niemieckiego języka", lecz częściej - co było niebezpieczne - „der Polnische
        Legioner" - „polski legionista!"

    • rybniker Re: Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 19:45
      stix napisał:

      ani z kradzieży przeżyć nie można było.



      teroz mocie polska i pol kraju juz je rozkradzione = hahahahahahahahha
      • stix Re: Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 19:49
        • stix Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 19:50
          "Towar handlowy pochodził tylko od Niemców, bo Sowieci w latach 1939-1941
          wszystko skonsumowali lub zniszczyli.
          Towar niemiecki pochodził bądź z paczek, bądź z kradzieży- z ich magazynów
          wojskowych, które najlepiej okradali, a potem handlowali, niemieccy
          intendenci wojskowi!!"
        • hanys_hans Re: Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 19:53
          stix napisał:
      • rybniker Re: Życie codzienne pod okupantem niemieckim. 20.11.06, 19:52
        stix napisał:

        ani z kradzieży przeżyć nie można było.

        oj biedactwa wasze prastare polskie rzemioslo = zlodziejstwo
        nic,ukrasc nie szlo za Niemca taki byl porzadek = pra ?
        • rybniker Poloki zle wspominajom okupacja bo 20.11.06, 19:56
          stix napisał:

          ani z kradzieży przeżyć nie można było.


          • oppelner_os Dlatego Niemcy byli zli, bo nie pozwalali krasc:)) 20.11.06, 20:46
Pełna wersja