Pochodzenie Słowian jako mit polityczny

26.11.06, 21:38
Pochodzenie i najstarsze dzieje Słowian są problemem, który, choć na pozór
oderwany od życia, niespodziewanie ujawnia pewne polityczne mity: myślowe
ciągi subtelne i mgliste, przez nikogo chyba nie wypowiedziane do końca, ale
może właśnie z tego powodu wciąż wywierające wpływy na myślenie o naszym
polskim miejscu w świecie.

Każdego, kto usiłował dowiedzieć się czegoś o słowiańskich starożytnościach,
musi uderzyć i zirytować brak ładu, brak wyraźnych linii u autorów
interpretujących archeologiczne i pisane zabytki; tak jakby na rzeczywiste
ubóstwo źródeł dotyczących naszych narodowych, polskich i słowiańskich
początków, nakładały się jeszcze uporczywe, a może wręcz złośliwe tendencje,
aby zrozumienie owych szczupłych źródeł zagmatwać.

Źródłem tego zamętu jest mit autochtoniczności Słowian, a Polaków w
szczególności. (Słowa "mit" używam oczywiście w sensie fałszywej i wygodnej
zbitki pojęciowej, a nie w sensie religijnej opowieści.) Mit ów został
stworzony w okresie międzywojennym z jasnych pobudek patriotycznych, czy jak
kto woli, nacjonalistycznych, i chodziło w nim o to, aby dać odpór niemieckiej
propagandzie, która wszelkie źródła archeologiczne interpretowała jako
świadectwa odwiecznego pobytu na ziemiach nadodrzańskich i nadwiślańskich -
ich własnych pobratymców, Germanów. Oczywiście, ów pogląd miał wyraziste
ostrze polityczne: podbudowywał ideologiczne prawa nazistowskich Niemiec do
ziem obecnie należących do Polski, które wówczas były wschodnimi kresami
państwa niemieckiego albo strefą planowanej hitlerowskiej ekspansji na wschód.

Pogląd o autochtoniczności Słowian sprowadzał się do tezy, iż osadnictwo w
dorzeczu Odry i Wisły (obszar ten bywał przedłużany na wschód aż do Dniepru)
ma w dającej się stwierdzić przeszłości charakter ciągły, nie było zaburzane
poważniejszymi najazdami, a ewentualni przybysze byli tylko przejściowymi
gośćmi. Mimo tych sporadycznych wizyt sąsiadów, przez cały czas - przynajmniej
1700 lat przed Mieszkiem I - miał trwać na obecnych polskich ziemiach
"prasłowiański" substrat etniczny. Owi Prasłowianie mieli w końcu przeobrazić
się w Słowian, którzy stąd, znad Odry i Wisły rozeszli się w okresie Wędrówek
Ludów (w wiekach IV-VI n.e.) w trzy strony świata - na zachód nad Łabę, na
południe: do Czech, nad Dunaj i na Bałkany, oraz na wschód ku późniejszej Rusi.

My, Polacy, mielibyśmy być w prostej linii potomstwem i spadkobiercami
rdzennej, autochtonicznej ludności dorzecza Odry i Wisły, a także tymi spośród
Słowian, którzy w przeciwieństwie do reszty swoich pobratymców, dochowali
wierności swojej starej ziemi i nie dali się skusić "obczyźnie" nad Dunajem,
Wełtawą czy Oką.

Owa wizja - a raczej mit właśnie - była uporczywie podtrzymywana i propagowana
przez cały okres PRL i dopiero pod koniec tej formacji, w latach 80-tych,
zaczęły się pojawiać pierwsze publikacje, stawiające naszą prehistorię z głowy
na nogi.

Tylko skrótowo naszkicuję stan rzeczy, który wydaje się najbardziej
prawdopodobny (i który zapewne jest po prostu prawdą...) - Słowianie na
większości swoich obecnych siedzib, w tym także nad Odrą i Wisłą są stosunkowo
późnymi przybyszami i zajęli te ziemie w ciągu V wieku n.e., a więc w końcowej
fazie Wędrówki Ludów. W starożytności Brązu i rzymskiej ich tu po prostu nie
było; i co więcej nie wchodzili w styczność z cywilizacją klasyczną
(rzymsko-grecką). Najstarsze uchwytne archeologicznie ślady Słowian pochodzą z
Wołynia i Podola z wieku IV n.e.; co do wcześniejszej epoki poszlakami są
pokrewieństwa i zapożyczenia językowe, wskazujące ma dorzecze środkowego
Dniepru jako na wcześniejszą siedzibę. Nasze ziemie w rzymskiej starożytności
zamieszkiwali Germanowie - na Pomorzu Goci, a na południe od nich ludy
określane zbiorową nazwą najpierw Lugiów a później Wandalów, których ślady
określa się mianem archeologicznej Kultury Przeworskiej. Jedynie Pojezierze
Mazurskie zasiedlali Bałtowie. Germanowie sięgali zresztą dużo dalej na
wschód: Goci i Gepidowie, którzy przewędrowali nasze (później) ziemie,
szerokim łukiem okrążając Wandalów, jako że oba te plemiona szczerze się nie
lubiły, stworzyły krótkotrwałe państwo nad Morzem Czarnym i Dnieprem.
Germańskim narzeczem mówiono na Krymie jeszcze czterysta lat temu! Przed
Germanami południe Polski było kolonizowane przez Celtów. Wcześniejsza od nich
Kultura Łużycka, której dziełem był około roku 737 p.n.e. Biskupin, także po
słowiańsku (czy prasłowiańsku) nie mówiła.

Jak powiedzieliśmy, mit polskiego autochtonizmu (którego początkowo głównym
orędownikiem był prof. Józef Kostrzewski, poznański archeolog i odkrywca
Biskupina) od samego powstania miał wyraźne ostrze patriotyczne i
antyniemieckie. Okazało się wkrótce, że znakomicie służy także innym
politycznym opcjom czy stylom myślenia.

Ale wcześniej należy zauważyć, iż ów mit wzbogacił się o pewien ważny aspekt.
Wydawałoby się bowiem, iż jeżeli pewien lud nieprzerwanie zamieszkuje przez
półtora tysiąca lat, a może dłużej, to samo terytorium, utrzymując się w
dodatku z rolnictwa, nie koczując i nie wędrując, to powinien stworzyć jakąś
trwałą kulturę materialną i duchową. A więc grody, miasta, ośrodki
rzemieślnicze; zapewne także powinien dorobić się własnego pisma (tym
bardziej, że miał piśmiennych sąsiadów), kultu bogów, tytulatury władców, a
może nawet spisanej historii. Oczywiście Słowianie żadnym takim dorobkiem
pochwalić się nie mogli. Historycy owładnięci mitem autochtonizmu mogli
naginać fakty, i wykopaliska w rodzaju Biskupina przypisywać Słowianom. W
większości przypadków jednak tego czynić się nie dało, czego skutek był taki,
iż przybywało wstydliwych faktów (że odkopano groby książąt ewidentnie
germańskich, groty strzał z runicznymi napisami, albo że wygasłych w V wieku
dymarek świętokrzyskich nie było komu rozpalić na nowo) - a wraz z nimi rosła
nieśmiałość w dziele naukowego, ale także np. literackiego penetrowania
własnej narodowej przeszłości. Prehistoria Polski zaczęła przypominać szafę
pełną trupów!

Jakby w odpowiedzi na takie krytyki (których, jak się wydaje, nikt jawnie nie
wytaczał) utrwalił się niejasny pogląd, iż tak rekonstruowani Słowianie (czy
Prasłowianie) byli przez całą swoją historię ludem pokojowo nastawionym,
łagodnym i poczciwym, godzącym się na koegzystencję na tym samym terytorium z
obcymi przybyszami, a w razie zagrożenia uciekającym zapewne w leśne
głębiny... W przeciwieństwie do wojowniczych i nieźle zorganizowanych,
wykazujących państwowotwórczy instynkt Germanów, Scytów, Hunów czy Awarów,
Słowianie zdawali się ludem bez historii i bez państwa. Jednakże te dwa jawne
defekty okazały się ich wielkim atutem w oczach dwóch dominujących nurtów
politycznego myślenia w Polsce lat niedawnych.

Słowianie bez historii, a w szczególności bez rozwiniętej religii, pozbawieni
wyższej kultury, nie tknięci kultem "pogańskich" bóstw, czynili wrażenie ludu,
który trwał przez tysiąclecia w dziecięcej niewinności, czekając na chrzest -
bo dopiero ów sakrament miał go wyrwać z prehistorycznego niebytu, a raczej
na-wpół-bytu. Ten aspekt mitu autochtonizmu był więc szczególnie miły
katolickiej opcji. Było to również w pełnej zgodzie z podręcznikową zbitką
pojęciową, iż historia Polski zaczęła się w roku 966 od chrztu Mieszka. A co
było wcześniej? Jakaś nieokreśloność, którą wprawił w polskie dzieje już
pierwszy historyk, Gall Anonim, pisząc te jakże ważkie słowa: "Lecz dajmy
pokój rozpamiętywaniu dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci
wieków i których skaziły błędy bałwochwalstwa (...)". Oczywiste jest, że
Kościołowi bardzo pomocna była wizja Polski "stworzonej przez Kościół" -
takiej, która od początku jest chrześcijańska, która nie zaznała
wcześniejszych, rdzennych a więc "pogańskich" alternatyw kulturowych, i
dosłownie wszystko zawdzięcza ideom przybyłym z Rzymu albo za jego pośrednictwem.

Wizja ta była równie - a może nawet bardziej - miła stronie przeciwnej,
komunisto
    • hanys_hans Re: Pochodzenie Słowian jako mit polityczny 26.11.06, 21:39
      Wizja ta była równie - a może nawet bardziej - miła stronie przeciwnej,
      komunistom. Słowianie bez historii, a przede wszystkim bez państwa, nie znający
      "ustrojów klasowych" oraz "wyzysku", w oczach marksistów wyglądali z kolei na
      lud, który tak długo jak się dało przechowywał rajski stan niezróżnicowanego
      "komunizmu pierwotnego", zwany również ustrojem "wspólnoty pierwotnej". Nie
      muszę dodawać, że również te pojęcia liczą się pomiedzy polityczne mity, dalekie
      antropologicznej rzetelności. A skoro Słowianie tak byli przywiązani do
      "wspólnoty pierwotnej", to można było wnosić, iż fakt ów predestynuje ich do
      podjęcia się roli pionierów w dziele krzewienia komunizmu prawdziwego, tego od
      Marksa i Lenina. Logiczne, prawda?

      W okresie PRL masowo wydawano (dla szkół głównie) mapy, przedstawiające owe
      rzekome granice pierwotnego zasięgu Słowian. Malowano je przy tym ciepłym,
      różowym, macierzyńskim kolorem, tak jak Ojczyznę na innych mapach. Mapy te,
      lokalizujące na naszych ziemiach "prakolebkę" Słowian, miały znowu wyraźny acz
      subtelny wydźwięk propagandowy, były kolejnym narzędziem z arsenału politycznej
      mitologii stosowanej: dyskretnie przypominały Starszym Braciom z Moskwy, że tak
      naprawdę, w porządku historycznym, to my, Polacy, jesteśmy ich starszymi braćmi,
      i z tego tytułu należą się nam szczególne względy. Polska, zamalowana na różowy
      prasłowiański kolor, awansowana była w ten sposób do rangi centralnego punktu
      Słowiańszczyzny - a przecież Imperium Sowieckie i areał narodów słowiańskich
      mało się od siebie różniły. Niemal wszyscy Słowianie w pewnym momencie żyli w
      socjalizmie, a mapy czyniące Polskę centrum tego obszaru były argumentem na
      rzecz specjalnych praw do stosowania "polskiej drogi do socjalizmu".

      Skoro więc mit o autochtonizmie Słowian, a Polaków w szczególności, był wygodny
      dla (primo) patriotów, (secundo) katolików oraz (tertio) komunistów, któż miałby
      go podważać w imię naukowej obiektywności? Trwał więc wśród specjalistów aż do
      lat 80-tych, a w podręcznikach, w literaturze popularnej i w potocznej
      świadomości pokutuje, jak się wydaje, do dziś.

      Ale dziś również, wobec perspektywy "wejścia do Europy", prawda o słowiańskich
      początkach może wydać się mało atrakcyjna dla zwolenników europejskiej
      integracji. Bo jakimże partnerem dla dziedziców Karola Wielkiego mogą być
      potomkowie plemienia, które wynurzyło się gdzieś z poleskich bagien? Najstarsze
      ślady wskazują, że w początkach swojej ewolucji Słowianie pozostawali w kręgu
      oddziaływania kultury Irańczyków - takiego bowiem właśnie, wschodniego i
      irańskiego pochodzenia jest nasza najstarsza terminologia religijna oraz
      zachowane w folklorze pozostałości mitów. A Iran się politycznie kojarzy jak
      najgorzej. Można też zaobserwować, że dziś najchętniej podnoszone są nasze
      rzekome starożytne koneksje z Celtami, choć ich ślady w naszej tradycji są bez
      porównania mniej widoczne niż irańskie, i przodkowie Słowian najprawdopodobniej
      z Celtami się nie kontaktowali. Polityczny, choć zapewne nieuświadamiany,
      podtekst celtyckiej orientacji jest również jasny: Celtami przecież byli
      przodkowie najbardziej zachodnich Europejczyków, czyli Brytyjczyków i Francuzów,
      do celtyckich korzeni poczuwa się znaczny procent Amerykanów, a dziś celtyckie
      tradycje przeżywają tam renesans, który z kolei ma wyraźny rys antyrzymski z
      antychrześcijańskim odcieniem.

      Wypadałoby zakończyć ten temat wnioskami.

      Pierwszy i oczywisty jest taki, że pozwalając hasać mitom, odcinamy się od
      prawdziwej wiedzy o naszych korzeniach. A wobec nadciągającej ogólnoświatowej
      urawniłowki narodów i kultur, praktyka to mocno niebezpieczna.

      Drugi, że warto byłoby tę wiedzę szerzej rozpowszechnić. Bo żal doprawdy, że ten
      obszar historii, który nas - w masie - coś obchodzi, zaczyna się dopiero od
      epoki wojen kozacko-szwedzkich z "Trylogii" Sienkiewicza.

      Trzeci, że prawda o początkach Słowian i Polski każe inaczej patrzeć na własną
      tradycję. Widzimy wtedy, że mamy nie pojedyncze, a potrójne dziedzictwo: nazwę
      je, trochę górnolotnie, dziedzictwem ziemi, krwi i myśli. Dziedzictwo ziemi to
      poczuwanie się do solidarności z wszystkimi plemionami, które poprzedziły nas na
      naszej ziemi, jadły chleb z tej samej roli i walczyły o tę samą ojcowiznę - a ta
      solidarność, dotycząca najpierw germańskich Wandalów, Gotów, Sylingów i
      Hasdingów, oraz Celtów i niewiadomego języka "Łużyczan" (tych z Biskupina), może
      tym łatwiej być rozszerzona na późniejszych i dzisiejszych naszych
      "współziemców" - Prusów, Litwinów, Niemców, Białorusinów, Ukraińców, Żydów i
      Cyganów. Polska widziana z tej perspektywy staje się zupełnie inną jakością niż
      nacjonalistyczna klatka, w której jakoby mieliśmy w pojedynkę siedzieć od trzech
      tysięcy lat.

      Dziedzictwo krwi, to solidarność z tymi, którzy byli naszymi językowymi i po
      części biologicznymi przodkami - zagadkowym ludem, który przyszedł ze wschodu,
      zajął opustoszałą po Wędrówkach Ludów środkową Europę - i który w tamtej epoce
      wykazał zadziwiającą odmienność politycznych zachowań, gdyż w przeciwieństwie do
      wszystkich sąsiadów i poprzedników, którzy ulegli powszechnemu wówczas rojeniu o
      budowaniu imperiów na gruzach Rzymu, skierował swoje siły na rolniczą
      kolonizację ziem, które zajmował. A ta strategia okazała się skuteczna: po
      Wandalach, Gotach, Hunach i Awarach słuch zaginął, Słowianie się rozmnożyli i
      rozrośli... Być może od nich moglibyśmy się i dziś czegoś nauczyć.

      Wreszcie dziedzictwo myśli, które każe nam szukać trzecich i najmocniejszych
      korzeni - w Rzymie, Atenach i Jerozolimie.

      Poruszona tu sprawa autochtonicznego mitu sama w sobie wydaje mi się ciekawym
      tematem dla badań historyków, oczywiście tych od czasów najnowszych. Żyją
      przecież świadkowie kształtowania się tego mitu, a może i jego współtwórcy -
      autorzy odpowiednio "wyważanych" podręczników i map. Archeologowie, fałszujący
      lub przemilczający dane z wykopalisk. Cenzorzy kierujący myśl badaczy w
      odpowiednim kierunku. A najciekawsze byłoby zbadanie, jak ów mit oddziałał -
      zapewne poprzez doradców zaznajomionych z polskimi kompleksami - na Józefa
      Stalina, który wyrysował mapy powojennej Polski tak, aby były dziwnie zgodne z
      różowymi siedzibami Prasłowian.

      20 stycznia 1998. Artykuł zamieszczony był w tygodniku "Najwyższy Czas!".
      • hanys_hans Re: Pochodzenie Słowian jako mit polityczny 26.11.06, 21:59
        Od kiedy różnimy się od Rosjan?

        W bardzo ciekawym artykule "Konflikt cywilizacji" ("Najwyższy Czas!" nr 32-33,
        ss. XXX-XXXI), Pan Mariusz Kowalski dowodzi, że lewica ma do dziś wpływy w
        Polsce głównie tam, gdzie kiedyś rządził carat lub gdzie mieszka ludność
        przesiedlona z dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. Pewien szczegół wzbudził jednakże
        mój protest. Chodzi o ten fragment, gdzie Autor wywodzi cywilizacyjne różnice
        między Polska a Rosją (lub Rusią) jeszcze ze starożytności, twierdząc, iż:

        (...) plemiona polskie krystalizowały się w dorzeczu Wisły i Odry, w
        bezpośrednim sąsiedztwie imperium rzymskiego (...) pozostając w silnych
        związkach z ludami celtyckimi i germańskimi. Plemiona wschodnio-słowiańskie
        ukształtowały się natomiast w dorzeczu Dniepru, w kontakcie z ludami irańskimi,
        ugrofińskimi i turańskimi. (...)"

        Wkradło tu się kilka błędów.

        (1) Otóż plemiona polskie "krystalizowały się w dorzeczu Wisły i Odry" dopiero
        wraz z podbojami Polan, i właśnie podboje Mieszka i Bolesława były tym
        czynnikiem, który zebrał Słowian znad Wisły i Odry w jeden organizm polityczny.
        Tylko że wtedy zachodnia połowa Imperium Romanum nie istniała już od 500 lat z
        okładem.

        (2) W starożytności "w bezpośrednim sąsiedztwie imperium rzymskiego" (które, jak
        słusznie pisze Autor, sięgało swą wojskową obecnością po Sudety i Karpaty) nie
        było ŻADNYCH Słowian! Na terenie obecnej Polski istniały wtedy dwa obszary
        kulturowe, przez archeologów zwane Kulturą Przeworską i Kulturą Wielbarską. Obie
        były germańskie: Kulturę Wielbarską, na północy i wschodzie Polski, tworzyli
        Goci; Przeworską, na południu i zachodzie - zespół plemion znany najpierw pod
        nazwą Lugiów, później Wandalów. Dowodów na nieobecność Słowian jest kilka: brak
        w rzymskich źródłach wzmianek o ludziach noszących słowiańskie imiona. Brak w
        tychże źródłach słowiańskich nazw miejscowych i plemiennych. Gdyby Słowianie
        zamieszkiwali w starożytności dorzecza Odry i Wisły, to by jakaś ich cześć
        pociągnęła w ślad za Germanami, Sarmatami i Hunami na Rzym, podobnie jak to
        zrobiła grupa Galindów siedzących wtedy, jak i później, na Pojezierzu Mazurskim.
        Tymczasem najazdy Słowian na państwo rzymskie (to wschodnie) zaczęły się dopiero
        w następnym stuleciu po właściwej wędrówce ludów. Dalej: istnieje przekaz o
        germańskim plemieniu, które wracało (w początkach 6 wieku) do Skandynawii,
        zastając na północ od Karpat kompletne bezludzie. I wreszcie archeologowie
        znajdują na obecnych ziemiach polskich lukę osadniczą w czasie pomiędzy
        odejściem Germanów a pojawieniem się osad słowiańskich.

        (3) Plemiona zachodniosłowiańskie na równi ze wschodniosłowiańskimi
        ukształtowały się w dorzeczu środkowego Dniepru; a mówiąc ściślej, zachodnimi
        stali się ci Słowianie, którzy w 6-tym wieku wywędrowali znad Dniepru nad Wisłę,
        Odrę i Łabę. O tym, że to był pierwotnie jeden lud, świadczą też te same nazwy
        plemienne na wschodzie i na zachodzie: Polanie wokół Gniezna i Polanie wokół
        Kijowa, Drewlanie na Wołyniu i Drzewianie za Łabą, Dulebowie na Podolu i w
        Czechach, Wołynianie na Wołyniu i Wolinianie na Pomorzu.

        (4) Zarówno we wschodnich jak i w zachodnich językach słowiańskich zachowały się
        stare zapożyczenia irańskie (wg. Autora właściwe tylko wschodniej
        Słowiańszczyźnie) oraz germańskie (wg, Autora właściwe Zachodniej) - takie jak
        "bóg, wiara, święty, mir, chwała, zło, choroba" (irańskie - sarmackie); oraz
        "ksiądz/kniaź, wiciądz (rycerz), chleb, chyża (chata), skot, chlew" (germańskie
        - gockie).

        (5) Starożytny kontakt (pra)słowiańsko-celtycki prawdopodobnie w ogóle nie
        istniał, zaś miejscowa ludność, którą nad Odra i Wisła zastali Celtowie
        osiedlając się tam około 300 r pne. nie była słowiańska.

        Żeby wytłumaczyć różnice miedzy Polską a Rosją nie trzeba wcale szukać ich aż w
        czasach, kiedy ani Polaków, ani Rosjan, ani w ogóle Słowian w dzisiejszym
        rozumieniu po prostu jeszcze nie było.

        Z poważaniem
        Wojciech Jóźwiak
        Milanówek, 3 sierpnia 2000
        • hanys_hans Re: Pochodzenie Słowian jako mit polityczny 26.11.06, 22:01
          Skąd się wzięła Polska czyli o Słowianach, koczownikach i prawach historii,
          oraz dlaczego powinien u nas stanąć Pomnik Czyngis-Chana

          Zagadkowy Lud Słowianie

          Skąd się wzięła Polska? Większość Rodaków, (również ci, którzy pamiętają ze
          szkoły historię), z pewnością uzna to pytanie za dziwne. Jak to? Przecież
          byliśmy tu zawsze... Jakoś słabo się u nas upowszechniła świadomość faktu, że
          nasi przodkowie przybyli na nadwiślańskie ziemie jakieś (bez mała) tysiąc
          pięćset lat temu, i podbili resztki miejscowej ludności, które przetrwały zamęt
          Wielkiej Wędrówki Ludów, wywołanej najazdem Hunów. Ale taka jest reguła:
          większość ludów zamieszkuje swoje obecne ojczyzny dzięki podbojom, których
          dokonali ich przodkowie. Dotyczy to tak samo dzisiejszych Włochów (którzy są
          echem rzymskich podbojów w Italii) jak i Amerykanów, którzy gwałtem przecież
          zajęli północnoamerykański kontynent. Jedne narody zachowały pamięć swojego
          Zajęcia Ojczyzny (na przykład Węgrzy), inne (przykładem my i Słowianie w ogóle)
          zdążyły o tym zapomnieć. Na marginesie zauważę, że są też narody, które właśnie
          w naszych czasach przeżywają swój heroiczny etap historii - na przykład Tutsi...

          W starożytności Słowianie nie byli w ogóle znani! - To znaczy, rzymsko-grecki
          świat o nich nie słyszał, przeciwnie niż o Germanach, z którymi walczył i o
          których zebrał nader dokładne wiadomości. Słowianie na historycznej scenie
          pojawiają się dopiero po 500 roku i są postrzegani jako lud "nowy" i wcześniej
          nie znany. Lubomir Czupkiewicz, autor cienkiej, ale bardzo treściwej książeczki
          o genezie Słowian, przypuszcza, iż przywędrowali oni spod Uralu, znad Kamy (z
          obecnej Baszkirii), zajmując najpierw ziemie nad Dnieprem, potem Wołyń, i stąd
          rozeszli się po całej środkowo-wschodniej Europie. Tak więc nasi przodkowie
          przeszliby podobną drogę, jak 400 lat po nich Madziarowie, z tą różnicą, że
          przodkowie Węgrów, jako koczownicy-stepowcy szli przez Dzikie Pola, a
          Prasłowianie, mieszkańcy wilgotnych lasów, zapewne przenosili się wodą, wzdłuż
          Wołgi, Oki, Dniepru i Prypeci.

          Wiele faktów, głównie archeologicznych, świadczy o tym, że Słowianie nie są
          tubylcami na ziemiach dzisiejszej Polski. O tym samym świadczą nazwy naszych
          rzek. Żadna znaczniejsza rzeka w Polsce nie nosi nazwy, która by się dała
          objaśnić po słowiańsku! Przyzwyczailiśmy się do nazw Wisły, Odry, Narwi, Bugu,
          Bzury, Warty, Dunajca, Sanu... i mało kto widzi, że te słowa ani po polsku, ani
          w dawniejszych wariantach słowiańszczyzny, nie znaczą nic! Są swojskie, ale
          równie nie znaczące, co Mississippi albo Limpopo. A do tego nazwy Wisła i Odra
          (Vistula, Viadrus) były znane rzymskiej starożytności, czyli używane były
          jeszcze przez ówczesną ludność naszych ziem, głównie Germanów.

          Przeciwnie, nazwy miast w ogromnej większości (jeśli nie wszystkie) dają się
          wyprowadzić od słowiańskich rdzeni, a większość z nich znaczyła pierwotnie:
          "gród takiego-to-a-takiego" - Kraków, gród Kraka, Wrocław, gród Wrócisława,
          Radom, gród Radoma, Wolbórz, gród Wolibora. Można stąd wnioskować, że
          napływający na nasze ziemie Słowianie uczyli się nazw rzek od podbitej ludności,
          ale miasta zakładali sami i nazywali je po swojemu, od imion wodzów, którzy
          twierdzami zarządzali.

          Słowianie, przybysze z terenów oddalonych od starych centrów starożytnej
          cywilizacji, a więc przez to zapóźnieni w rozwoju, mogli odnieść swój sukces,
          jakim było zajęcie połowy Europy, tylko dlatego, że środek kontynentu był
          ogarnięty w owym czasie przez chaos i kryzys. Przyczyną tego kryzysu, którego
          przejawem była Wielka Wędrówka Ludów oraz wyludnienie ziem nad Wisłą, Dunajem,
          Odrą i Łabą, byli Hunowie, którzy przybyli do Europy aż spod Chińskiego Muru. W
          ten sposób natrafiamy na wątek, który długo się odtąd będzie przewijał w
          historii, mianowicie wzajemne stosunki i oddziaływania Słowian (i innych
          rolników) - i stepowych koczowników.



          Cywilizacja Wielkiego Stepu

          Aż zdumiewa, jak cicho i bez śladu potrafią znikać z mapy świata cywilizacyjne
          formacje, które przez stulecia trzęsły dosłownie całym światem. Dzisiejsi nędzni
          i żyjący na marginesie swoich społeczeństw Beduini oraz mongolscy i kazachscy
          pasterze, to wszystko, co pozostało z potężnych koczowniczych, stepowych kultur,
          które jeszcze trzysta lat temu z okładem zdolne były do budowania imperiów. Tyle
          właśnie lat temu groźni byli nadal w Europie Tatarzy, zaś ich pobratymcy z
          przeciwległego krańca Wielkiego Stepu, Mandżurowie, podbijali właśnie
          przeogromne i przebogate Chiny. (Wyglądało to tak, jakby dziś Czeczeni zbrojnie
          utworzyli swoje państwo na miejscu Rosji!)

          Na Wielki Step, na obszar trawiastych równin rozciągających się miedzy 40-tym i
          55-tym stopniem szerokości geograficznej północnej, oraz od Karpat i Dunaju po
          Rzekę Żółtą i Amur, możemy patrzeć jak na wielki generator etnicznych prądów. Tu
          właśnie istniał, przez tysiąclecia, gorący ludzki kocioł, z którego niemal co
          stulecie wyrajały się masy gotowych na wszystko wojowników, którzy łączyli się w
          nowe narody, łamali opór sąsiadów i kolonizowali Azję i Europę. Stąd wyszli
          Ariowie, którzy zasiedlili Iran i Indie, Hetyci, zdobywcy Azji Mniejszej,
          przodkowie Greków, Italików, Celtów, Germanów. Po Indoeuropejczykach, kolejną
          falą były plemiona mówiące językami tureckimi i mongolskimi. W tym samym
          obszarze Wielkiego Stepu mają swoje korzenie Turcy, Tatarzy, Bułgarzy, Jakuci,
          Mandżurowie, nie licząc tych ludów, które na tej ziemi do dziś pozostały. Wir
          stepowych wędrówek wciągnął również syberyjskich myśliwych, przodków
          późniejszych Madziarów, a dzisiejszych Węgrów.

          Centra cywilizacji leżały dalej na południe: w Mezopotamii, Egipcie, Iranie,
          Indiach, Chinach i na Morzem Śródziemnym. Tam powstawały techniczne,
          organizacyjne i religijne wynalazki, tam wynajdywano pismo, uprawę roli, obróbkę
          metali. Tam prorocy objawiali Słowo Boże. Na tle tych kultur stepowy koczownik
          pozostawał prymitywem. Pisma się nie uczył i nie ufał księgom, kowali sprowadzał
          z południa. W życiu duchowym długo wystarczał mu szamanizm. Jedynym, co step
          miał do zaoferowania światu, była ludzka energia - ta energia, która rodzi się z
          wolności. Sąsiedzi stepowców doświadczali przewagi tej energii co parę pokoleń,
          gdy od Dzikich Pól nadciągali amatorzy dorobku ich życia.

          Rolnika trudno było przekwalifikować w wojownika. W rolniczych społeczeństwach
          obroną i wojaczką zajmowali się specjaliści, i było ich względnie niewielu. Oni
          także, jako klasa społeczna, sprawowali tu władzę. W społeczeństwach stepowych
          producent-hodowca był jednocześnie wojownikiem. Sztuka wypasu bydła i owiec była
          zawsze nieodłączna od sztuki złodziejstwa oraz obrony stad przed sąsiadem konio-
          i bydłokradem. Konni pasterze nie musieli być specjalnie szkoleni, organizowani,
          odżywiani. Wojenny potencjał Stepu był stale pod bronią! Potrzeba było tylko
          dostatecznie zdolnej jednostki, która by potrafiła te masy, mówiące różnymi
          językami, ale żyjące na jedną modłę, skrzyknąć i poprowadzić w określonym kierunku.

          Przewagę rolników i miejskiej cywilizacji, którą ci żywili, nad Stepem,
          zgotowała dopiero nowożytna rewolucja naukowo-techniczna. Koczownik,
          przemieszczający się konno i uzbrojony w łuk rewersyjny, długo miał przewagę nad
          państwowym żołnierzem. Nawet prymitywna broń palna nie pozbawiła go jego atutów.
          Stopniowo jednak słabł, aby przegrać dopiero z armatami, koleją i telegrafem.

          My sami jesteśmy potomkami jednej z fal osadniczych, jakie wyłoniły się z
          Wielkiego Stepu. Było to jednak dawno, z pewnością dawniej niż trzy tysiąclecia
          wstecz. Słowianie, kiedy pod koniec Wędrówki Ludów u schyłku Starożytności
          przybyli na nasze ziemie, nie byli już koczowniczymi pasterzami, lecz rolnikami,
          którzy ponadto swój byt wiązali z wodą, i osiedlali się nad rzekami i jeziorami.
          Gdyby tradycje Stepu były wśród nich żywe, zasiedliliby w pierwszej kolejności
          równiny nad Morzem Czarnym i Panonię, tymczasem właśnie te stepowe ziemie
          ominęli lub (znad Dunaju) dali
          • hanys_hans Re: Pochodzenie Słowian jako mit polityczny 26.11.06, 22:03
            Gdyby tradycje Stepu były wśród nich żywe, zasiedliliby w pierwszej kolejności
            równiny nad Morzem Czarnym i Panonię, tymczasem właśnie te stepowe ziemie
            ominęli lub (znad Dunaju) dali się łatwo wyprzeć Madziarom, co świadczy tylko o
            tym, że na stepach czuli się nieswojo i do tego środowiska nie byli dobrze
            przystosowani. Step czyli strefę czarnoziemu Rosjanie i Ukraińcy zaczęli
            uprawiać dopiero w dziewiętnastym wieku, już w innej epoce technologicznej.
            Niechęć europejskich rolników do stepów przeniosła się zresztą za Ocean: uprawa
            ziemi na amerykańskich preriach liczy zaledwie sto lat, a wcześniej ta strefa
            była pospiesznie mijana przez osadników zmierzających nad Ocean Spokojny.

            W piątym wieku najazd typowych Stepowców - Hunów - wytworzył cywilizacyjną
            pustkę w środku Europy, w którą następnie wniknęli Słowianie. Dlaczego oni?
            Dlaczego ówczesna fala ruchu ogarnęła tylko ich, a pokrewni i po sąsiedzku
            stojący Bałtowie pozostali nie poruszeni? Dlaczego Germanów nie interesowały
            ziemie, które pokolenie wcześniej opuścili? Tego zapewne nigdy się nie
            dowiemy... Nie znamy przyczyn, które pobudziły do ruchu właśnie Słowian - lecz
            całe to zjawisko, proces nagłego poruszenia pewnego ludu, daje się ująć we wzory
            i porównać z innymi podobnymi procesami w historii.
            • hanys_hans Re: Pochodzenie Słowian jako mit polityczny 26.11.06, 22:04
              Etnogeneza czyli Wyrojenie Ludu

              Przez kilka tygodni krążyłem w księgarniach wokół książki Lwa Gumilowa "Od Rusi
              do Rosji" Z jednej strony cenię jej Autora; jego wcześniejsze książki, o
              Mongołach i Turkach, przeczytałem kilkakrotnie od deski do deski, ale ten temat
              wydawał mi się aż nadto dobrze znany: o historii Rosji parę grubych ksiąg stało
              już na moich półkach... Tymczasem okazało się, że książka rosyjskiego historyka,
              z pozoru poświęcona dawnej Rusi, naprawdę opowiada o czymś więcej.... Ta książka
              zawiera oryginalną wizję dziejów! Uderzyło mnie, że ten niedawno zmarły rosyjski
              profesor prezentuje coś, co jest wielkim darem u autorów ośmielających się pisać
              o historii ludzkości, mianowicie zdolność panoramicznego widzenia i talent do
              wielkiej syntezy.

              Książka Gumilowa mówi o "etnogenezie" Rosji. Sztywny i muzealny jakby termin
              "etnogeneza" oznacza, w jego kodzie, właśnie to zjawisko, o którym powyżej
              wspomniałem: poruszenie się narodu do historycznego zrywu. Zazwyczaj losem
              ludów, "etnosów", jak je nazywa Gumilow, jest homeostaza. Czyli stan stabilnego
              (przy danym poziomie sił wytwórczych) przystosowania do potencjału środowiska
              geograficznego. Co jakiś jednak czas przez ludzi żyjących "z dziada pradziada",
              "jak Bóg przykazał" (lub: duchy przodków) - przebiega prąd. Pojawia się wśród
              nich nadmiar energicznych jednostek, które nie mieszczą się w zastanym świecie,
              którym za ciasno jest w rodzimych opłotkach. Ci kłócą się miedzy sobą, skrzykują
              podobnych sobie ryzykantów, toczą wojny, wyprawiają się na sąsiadów, często
              szukają szczęścia w odległych krajach. Pozostawiają po sobie potomstwo, które
              dziedziczy ich geny (być może korzystnie zmutowane!) i pragnie dorównać i
              przewyższyć swoich sławnych i zbuntowanych ojców. Takich ludzi Gumilow nazywa
              "pasjonariuszami" ,a ów prąd, który ich stawia na nogi: "impulsem pasjonarnym".

              Według Gumilowa historia jego kraju notuje dwa takie wielkie impulsy pasjonarne,
              bodźce etnogenezy: pierwszy z tych impulsów stworzył Słowian, a właściwie kazał
              zagubionemu w bagnach prymitywnemu plemieniu ruszyć na podbój Europy (nie
              zapominajmy, że dawni Słowianie osiedlali się pod dzisiejszym Hamburgiem, w
              Bawarii, na Peloponezie, a nieliczni dotarli jakoby nawet do Syrii...).

              Drugi impuls postawił na nogi (a raczej posadził na końskich siodłach...)
              mieszkańców północno-wschodniej rubieży Rusi, zasiedlających okolice Riazania,
              Tweru, a przede wszystkim Moskwy. Tam, w wiekach trzynastym i czternastym, pod
              twardym, mongolskim protektoratem, rodziła się nowożytna Rosja, naród (w
              terminologii Gumilowa: etnos) należący wcale nie do Zachodniej Europy, lecz do
              szerokiej strefy, która zaczyna się od Karpat i ciągnie na wschód aż po Pacyfik,
              od południa odgrodzona łańcuchem kosmicznych gór centralnej Azji. Gumilow czuje
              się patriotą tej strefy, którą wcześniej już dwukrotnie jednoczyły różne ludy,
              najpierw Staro-Turcy, a później Mongołowie, poddani Czyngis-Chana. Ich
              współczesnym spadkobiercą w dziele jednoczenia przestrzeni miedzy Europą a
              Chinami jest - według Gumilowa - Rosja.

              Spomiędzy wierszy książki "Od Rusi do Rosji" dają się wyczytać osobiste (a może
              też kulturowe) sympatie i antypatie jej Autora. Gumilowowi Zachód wydaje się
              obcym żywiołem, który zagraża oryginalnemu rozwojowi Rosji i całej tej
              euro-azjatyckiej strefy, której osią jest Wielki Step. Zachodnich Europejczyków
              postrzega on jako zwarty etnos, który swoją heroiczną, "pasjonarną" epokę
              przeżył pięć stuleci wcześniej niż Moskwa, a zatem jest starszy i dalej
              posunięty w rozwoju. W rozwoju, który nieuchronnie - według rosyjskiego
              historyka - prowadzi do zaniku twórczych, pasjonarnych sił i do pogrążenia się
              na powrót w biernej, jałowej egzystencji homeostazy. (Gdy się bez uprzedzeń
              przyjrzeć dziejom Zachodu w ostatnim stuleciu, nie sposób nie przyznać mu
              racji!). Kopiowanie europejskich wzorców przez Rosję przypomina mu zabiegi
              dziewczynki, która maluje usta i patrząc w lustro wydaje się sobie dorosłą
              kobietą. Oczywiście Gumilow nie ma wątpliwości, że Polska jest częścią
              zachodnioeuropejskiego etnosu, i miedzy nami a Rosją przebiega od wieków
              cywilizacyjna granica.

              Warto wnikliwie przestudiować książkę Gumilowa, ponieważ mogą z niej wypływać
              praktyczne i polityczne wnioski. Dziś Rosja wraz ze swymi satelitami przeżywa
              okres "smuty", czyli (po rosyjsku): zamętu, chaosu. Najsłynniejsza rosyjska
              "smuta" miała miejsce z początkiem siedemnastego wieku, kiedy wygasła stara
              dynastia Rurykowiczów (jej ostatnim wybitnym - na swój sposób - przedstawicielem
              był Iwan Groźny), a władzę w Rosji usiłowali przechwycić Samozwańcy, wspierani
              przez polską interwencję. Rosjanie do dziś nie potrafią nam wybaczyć polskich
              wojsk okupujących Kreml w świętej Moskwie! Współczesna "smuta", upokorzenie
              mocarstwowych ambicji Rosji, to czas przejściowy. Po załamaniu się
              marksizmu-leninizmu i proletariackiego internacjonalizmu, czyli tej wiary, która
              dotąd usprawiedliwiała potęgę imperium nad Wołgą i Amurem, Rosjanie będą
              gwałtownie poszukiwać nowych ideologii. Książka Gumilowa pozwala wejrzeć w stan
              ducha najwybitniejszych przedstawicieli tego narodu. Nauka o pasjonarnych
              impulsach nie jest akademicką teorią: gdy się czyta tę książkę, emanuje z jej
              kart ładunek duchowej siły, która, włożona w usta zdolnego przywódcy, jest
              wstanie poderwać "etnos" do państwowotwórczych czynów...

              Gumilow do swojej wizji historii doszedł w czasie, kiedy był więźniem łagrów.
              Jego również nie ominęła stalinowska pajdeja. Rosyjska cywilizacja tak jest
              zaprojektowana, że stale zmusza własnych ludzi do wyrzeczeń, poświęceń, cierpień
              i męczeństwa. Rosjanie płacą daninę krwi i głodu nie tyle obcym najeźdźcom, co
              własnym tyranom i własnym, "natchnionym" społecznym eksperymentatorom. My, obcy
              temu światu, widzimy, że ów haracz jest absurdalny, i cierpienia zesłańców i
              gierojów domowych wojen nie służyły żadnej wyższej sprawie. (Bo jakież to
              ponadczasowe wartości dała światu Rosja? Czy okupi swoje okrucieństwa
              powieściami Dostojewskiego?) My możemy na nich patrzeć z dystansu... (Też nie
              zawsze. Zarówno mój ojciec, jak i dziad zwiedzili kopalnie Uralu jako niewolnicy
              komunizmu...) Ale Rosjanie muszą wierzyć w wyższy sens swoich cierpień i ofiar.
              Chyba nie popełniam błędu, gdy sądzę, że Rosja czeka na przyjęcie nowych,
              historiozoficznych wizji. Że właśnie tam potrzeba intelektualnego i mentalnego
              oswojenia żywiołu historii musi być najbardziej paląca...
              • hanys_hans Re: Pochodzenie Słowian jako mit polityczny 26.11.06, 22:04
                Polski Archaik, Paleozoik, Kenozoik

                Ale oddaliliśmy się od tematu "Czyngis-Chan a sprawa polska". Jak zauważył
                Gumilow, tajemniczy w swojej istocie impuls pasjonarny nie jest udziałem tylko
                pojedynczych narodów (etnosów). Zwykle obejmuje pewien rozleglejszy pas ekumeny.
                W trzynastym stuleciu Autor "Od Rusi do Rosji" dostrzega jeszcze, podobne jak na
                Rusi Za Lasami, narodotwórcze prądy u jej sąsiadów: w tym samym czasie bowiem
                aktywizuje się Litwa pod wodzą księcia Mendoga; później, pod jej wpływem, zaczną
                się procesy, które nakażą osobną drogą iść Białorusi i Ukrainie. Dalej na
                południe z masy tureckich stepowych ludów uformują się Krymscy Tatarzy, a
                jeszcze dalej, niezależnie od nich - choć też w tym samym stuleciu - powstanie
                prężny, młody etnos Turków Osmańskich, którzy już wkrótce zjednoczą krąg
                cywilizacji Bliskiego Wschodu i zagrożą Europie.

                W tym momencie warto wrócić do naszej, polskiej historii. Wystarczy szkolna
                wiedza, aby zauważyć, że historia Polski ma wiele wspólnego z geologicznymi
                dziejami skorupy ziemskiej. Polska ma swój archaik, paleozoik, mezozoik (epokę
                dinozaurów) i wreszcie kenozoik, czyli historyczną współczesność. Archaik, to
                pierwsza cywilizacja słowiańska. Ta, po której pozostały nam jedynie nazwy (i
                lokalizacje) miast, męskie imiona wzywające do dzielności, gościnności i
                heroizmu (Zbygniew, Wojciech, Radosław, Włodzimierz... jest ich około trzech
                tysięcy, w większości niemodnych i niezrozumiałych), oraz jakieś 50 procent
                naszego języka: jego najstarsza, ale wciąż płodna i soczysta warstwa.

                Polska epoka paleozoiczna, to Polska Piastów. Ta historyczna formacja ma swój
                wyrazisty początek - zjednoczeniowy wysiłek Polan pod wodzą Mieszka, uwieńczony
                przyjęciem chrztu, czyli przyłączeniem się, z ciałem i duszą, do cywilizacji
                zachodniego chrześcijaństwa. Nie była to wymuszona konieczność. Wybór był wolny
                - nasi wschodni sąsiedzi, tacy sami Słowianie jak my, zapisali się przecież do
                innego klubu narodów. Polska Piastowska miała swój wyraźnie określony teatr
                działań. Obejmowała Śląsk, Wielką i Małą Polonię, Mazowsze, oraz - z
                zastrzeżeniami - Pomorze. Interesy miała w Czechach, Morawach, w słowiańskich i
                niemieckich krajach nad Łabą. Wchodziła w stosunki z sąsiadami ruskimi,
                pruskimi, węgierskimi. Nie miała (oprócz zakusów maniakalnie ambitnego Bolesława
                Chrobrego) dążeń imperialnych, sił ledwie wystarczało (a częściej nie
                wystarczało...) aby utrzymać w całości dziedzictwo Mieszka. Była tamta Polska
                jednolita etnicznie, jednej wiary i przywiązana do monarchicznego modelu
                państwa. Oprócz nieco późniejszego startu i peryferyjnego położenia, nic jej nie
                różniło od reszty cywilizacyjnego kręgu Zachodu. Z Polską następnej epoki będzie
                już inaczej.

                Wiek Trzynasty nie tylko na Rusi, ale i w naszej części Europy zmienia
                dotychczasowe pole sił. Nad Bałtykiem pojawia się, jakby powiedział Gumilow,
                nowy etnos (a może tylko "subetnos"), mianowicie ramię organizacji, która
                powstała pod pustynnym niebem Jerozolimy - Zakon Krzyżacki. W błyskawicznym
                tempie zakonni rycerze budują swoje imperium. Odtąd, przez czas jakiś, na
                naszych ziemiach istnieją dwa ośrodki państwowotwórcze: stary, rodzimy, nad
                górną Wisłą w Krakowie, oraz konkurencyjny, nowy i kolonialny nad Wisłą dolną, w
                Malborku. Gdyby Łokietek działał z mniejszą determinacją, moglibyśmy dziś żyć w
                kraju niemieckim, ze stolicą nad Bałtykiem, i uczyć się, że nasza historia
                zaczyna się od wypraw krzyżowych.

                Władysław Łokietek odbudował Polskę Piastowską, choć tylko na części jej
                terytorium, i zapewne dałoby się wykazać, że jego pokolenie doświadczyło
                pasjonarnego zrywu. Za to na panowanie jego syna Kazimierza przypada wydarzenie,
                które można uznać za symboliczną datę kończącą polski piastowski paleozoik. Był
                to rok 1349, rok zbrojnego opanowania Lwowa. Polska zmienia wtedy swoją
                polityczną orientację. Wchodzi na drogę, która doprowadzi do unii z Litwą.
                Zaczyna się formowanie organizmu państwowego, który niewiele będzie przypominał
                starą Polskę Piastów.

                I w tym miejscu nasze dzieje krzyżują się jeszcze raz z losami Mongołów, Turków
                i całego Wielkiego Stepu. Najazdów Stepu na Europę było od czasu Hunów kilka;
                jeden z nich doprowadził do powstania sąsiedniego etnosu - Węgrów, ale dopiero
                najazd mongolski w pierwszej połowie trzynastego wieku pozostawił po sobie - jak
                tamten huński - polityczną i cywilizacyjną próżnię na wschodzie kontynentu. Pod
                ciosem Mongołów załamała się dawna Ruś. Zanikły ośrodki władzy, i ruscy
                wieśniacy oraz drobni książęta stali się łupem dla nowych protektorów. Nad
                Dnieprem powstała wolna przestrzeń zachęcająca do ekspansji. W tej luce
                utworzyły się nowe organizmy państwowe, a właściwie coś więcej: używając terminu
                Gumilowa - nowe etnosy. Jednym z nich była Rosja, rozrastające się państwo
                moskiewskie. Drugim była odnowiona i wyrwana z homeostatycznego letargu Litwa.
                Trzeci amator wschodnioeuropejskiego tortu przybył aż z Ziemi Świętej - to byli
                Krzyżacy. Kolejne etnosy powstały w procesie rozpadu mongolskiego imperium:
                nadwołżańska Złota Orda, a z niej Tatarzy Krymscy i Kazańscy. Na marginesie
                zauważmy, że teoria etnogenezy Gumilowa nie wyjaśnia, dlaczego w całej tej
                strefie pozostał jeden etnos, który pochłonął wszystkie sąsiednie. Dlaczego w
                wyniku omawianego procesu powstało w końcu jedno imperium, moskiewskie, i
                dlaczego pasjonarny impuls właśnie w Rosji okazał się najsilniejszy. Mógłby
                przecież utrwalić się tam stan równowagi wielu politycznych ośrodków, jak na
                Zachodzie Europy.

                Zarówno Rosja Moskiewska, jak i nasza Rzeczpospolita Obojga Narodów, mogły
                powstać tylko dlatego, że utworzyła się wolna przestrzeń dla ekspansji nowych
                społecznych organizmów. Tę przestrzeń wytworzył najazd wnuków Czyngis-Chana, i
                dlatego okrutny wódz Mongołów zasłużył sobie (w historycznym sensie) na okazały
                pomnik od wdzięcznych Polaków. Polska, czy raczej jagiellońskie państwo
                polsko-litewskie zawdzięcza swoją karierę ludzkiemu prądowi, który narodził się
                gdzieś na zabajkalskich pustkowiach. Dokładnie tak samo Słowianie otrzymali
                wolną drogę, przestrzeń do swojej ekspansji, jakieś osiemset lat wcześniej,
                kiedy mogli ruszyć na zachód śladem pogorzelisk po Hunach.

                Polska "mezozoiczna", czyli konfederacyjne państwo Litwy i Korony, była
                najwyraźniej nowym etnosem, który powstał na obszarze Polski (nie całej, gdyż
                bez Pomorza i Śląska), Litwy, oraz zachodnich ziem ruskich. Polsko-Litwa (tworzę
                ten neologizm na wzór Austro-Węgier) zajmowała inny i dużo większy obszar niż
                Polska piastowska, częściowo tylko pokrywając się z terytorium swojej
                poprzedniczki. Nowa formacja wchłonęła tradycje nie tylko Krakowa i Gniezna, ale
                też Wilna, Lwowa, Kijowa i Witebska. Aspirowała do tego, aby objąć ponadto
                Królewiec i Rygę. Nowe państwo nie było już językowo i kulturowo jednolite.
                Przeciwnie, stanowiło mozaikę języków i dzieliło się na dwie części z dwiema
                odmianami chrześcijaństwa, zawierając też w pewnym okresie silną domieszkę
                nadbałtyckiej protestanckiej schizmy. Nowy etnos nie objął całej ludności:
                uformował się jako naród szlachecki. Zauważmy znowu, że nie była pod tym
                względem osamotniona: na wschodzie Europy tworzyły się wówczas właśnie takie
                państwa, gdzie inna była szlachecka głowa, inne chłopskie ciało. Tak
                skonstruowane były Inflanty (niemiecki szlachcic, bałtyjski lub fiński chłop),
                Węgry, państwo Habsburgów, Prusy, czy też wschodnia połowa Szwecji - Finlandia.

                Polsko-Litwa nie była monarchią. Powstał w niej ustrój szlacheckiej demokracji,
                z królem faktycznie będącym dożywotnio wybieranym prezydentem. Wreszcie,
                Rzeczpospolita nie całkiem przystawała do zachodniej cywilizacji, stojąc w niej
                jakby tylko jedną nogą, wiele zapożyczając od Bliskiego Wschodu. Spójrzmy na
                szlacheckie kontusze! Takiemu etnosowi potrzebna była własna ideologia, i taka
                powstała, jako sarmatyzm.

                Na marginesie zauważmy, że z dwóch członów Litwa była młodsza i dłużej pozostała
                kulturowo twórcza.
                • hanys_hans Re: Pochodzenie Słowian jako mit polityczny 26.11.06, 22:05
                  Naród Wstecz Obrócony

                  Polska Piastów jest dziś muzealnym zabytkiem. Trudno znaleźć w niej oryginalne
                  kulturowe dziedzictwo, które by było żywe do dziś. Średniowiecze nie wzbudza w
                  Polsce żadnych emocji, inaczej niż we Francji, Anglii czy we Włoszech. W
                  przeciwieństwie do tego, Polsko-Litwa sarmacka trwa nadal w naszej świadomości.
                  Dlaczego tak się dzieje, w sytuacji, kiedy tamto państwo padło dwieście lat temu
                  i nie odrodziło się - bo Polska dwudziestowieczna jest jednak czymś innym? W
                  myśl koncepcji Gumilowa widzimy przyczynę: mianowicie od heroicznych czasów
                  Łokietka, Kazimierza, Jagiełły i unii polsko-litewskiej nie poruszył naszych
                  ziem dostatecznie silny pasjonarny prąd. Szczyt potęgi Polsko-Litwy przypadł na
                  czasy między Zygmuntem Starym a Władysławem Czwartym. Potem były okresy
                  odrodzeń, husarskich szarży, narodowych powstań, tworzenia takich czy innych
                  kadłubowych tworów w miejsce dawnej Rzeczypospolitej (zaliczam tu zarówno
                  Księstwo Warszawskie, jak i Polskę międzywojenną i pojałtańską), ale postępowało
                  gubienie ziem i ludzkiej substancji, konfiskaty majątków, wysiedlenia i
                  przesiedlenia (wraz z ostatnim znad Ikwy nad Odrę), a przede wszystkim utrata
                  tej części dawnego kulturowego kręgu, który poszedł ścieżką litewską, białoruską
                  i ukraińską, a nam, Polakom, nie udało się utrzymać tamtych "szczepów" pod
                  wspólną koroną.

                  Polska współczesna, polski kenozoik, liczy się od ostatniego rozbioru, a raczej
                  wcześniej, od reform Sejmu Czteroletniego. Wtedy odrzucono sarmatyzm i dawny
                  porządek szlacheckiej demokracji, zaczęto w zamian kopiować wzory francuskiego
                  Oświecenia, z jego wiarą w arbitralne, urzędowe rozwiązania. Rzeczpospolita była
                  Unią - nowa Polska zaczęła się organizować jako formacja jednego narodu, według
                  wzorów nowoczesnego, europejskiego nacjonalizmu.

                  Polska Nowoczesna (czyli od roku 1791, od Konstytucji Majowej) jawi się przy tym
                  jako twór wtórny, obrócony w przeszłość (nie przypadkiem nasza Pieśń Narodowa
                  zaczyna się od jakże znaczących słów "Jeszcze Polska Nie Zginęła..."), jako
                  świat nostalgiczny i zapatrzony w cudze wzorce i mody. Polska Nowoczesna swoje
                  siły zużywa w walce o przetrwanie, lecz luksus własnego państwa dany był jej
                  przez ledwo 27 lat na całe jej dwustulecie (z tego sześć lat to te ostatnie...).
                  Ta Polska wędruje po mapie, aby w końcu, ubocznym skutkiem działań potężnych
                  sąsiadów, zamknąć się znowu w granicach pierwszych Piastów. Pasjonarny zryw,
                  który stworzył "polski kenozoik", był widoczne zbyt słaby i zużył się w
                  powstaniach. Jeżeli oceniać to z perspektywy stuleci, dwa ostatnie wieki
                  wyglądają jak powrót do homeostazy. Możemy się pocieszyć, że naród w tym stanie
                  może trwać bardzo długo... Baskom udaje się ta sztuka od chyba trzech tysiącleci.
                  • hanys_hans Re: Pochodzenie Słowian jako mit polityczny 26.11.06, 22:05
                    Palec Boży nad Bostonem

                    Impuls pasjonarny nie powstaje na poziomie jednostek. Nie może być zadeklarowany
                    przez żadną władzę, ani puszczony w ruch przez pojedynczego, nawet genialnego
                    człowieka. Chociaż zdarza się, że jeden człowiek staje na czele nowego ruchu i
                    firmuje go swoim imieniem, jak to było choćby z Prorokiem Mahometem.

                    Ostatnim wielkim impulsem, który przeobraził cały kontynent i doprowadził do
                    powstania nowego, wielkiego i do dziś twórczo aktywnego etnosu, był ten, który
                    wypromieniował z osady Plymouth, dziś w aglomeracji Bostonu. Mówię o Amerykanach.

                    Tak właśnie działa impuls etnogenezy: jedno miasto, jak Rzym, jeden peryferyjny
                    gródek, jak Moskwa, jeden natchniony mąż (plus jego rodzina, jak Mahomet), jedna
                    osada założona przez imigrantów na obcym lądzie. Ta społeczna formacja następnie
                    puchnie w oczach, wydaje ludzi, którzy górują nad innymi osobistą energią i
                    zdolnością do poświęceń, i wyżej cenią ideały niż własne życie. Proces
                    etnogenezy ma więc swój wyrazisty aspekt moralny... Powstaje nowa społeczność,
                    która bije sąsiadów umiejętnością skutecznego współdziałania i narzucania sobie
                    ponadjednostkowych celów. Przeciwieństwem jest społeczność w stanie homeostazy,
                    która współdziałać nie chce i nie umie, tych, którzy się wyróżniają, zwalcza, i
                    w jedną stronę pójdzie tylko przypadkiem.

                    W dalszym etapie rozwoju etnosu pojawia się wielkie zapotrzebowanie na ludzi,
                    tak wielkie, że nie wystarczają podboje ani wysoki zazwyczaj w owej fazie
                    przyrost naturalny. Nowy etnos działa jak potężna pompa, wciągająca ludzi z
                    zewnątrz. Masowa emigracja do Północnej Ameryki była tu przykładem na największą
                    dotychczas skalę, ale jest to zjawisko typowe: podobnie przyciągała przybyszów i
                    rosnąca Moskwa, i ekspandujące państwo Turków-Osmanów, gdzie roiło się od
                    zarówno dobrowolnych, jak również przymusowych poturczeńców. Dlatego Turcja była
                    takim rynkiem zbytu na jasyr! Ale i Ameryka w czasie swego rozrostu sprowadzała
                    jasyr afrykański. Po okresie dynamicznego rozrostu połączonym z największymi
                    heroicznymi czynami: wojennymi, handlowymi, osadniczymi (Gumilow nazywa tę fazę:
                    "akmatyczną", od greckiego słowa oznaczającego szczyt rozwoju albo wiek męski),
                    przychodzi okres "przełomu", kiedy etnos rezygnuje z ekspansji i przechodzi do
                    bardziej stabilnej formy istnienia. Jego państwo osiąga wtedy zazwyczaj swoje
                    "naturalne" granice. Tak stało się z Ameryką około roku 1880, a z Rosją mniej
                    więcej sto lat wcześniej. Dla nas ten moment nastąpił wkrótce po bitwie
                    grunwaldzkiej. Potem mogą nastąpić długie wieki, kiedy energia etnosu odwraca
                    się od twórczości politycznej, i wyładowuje się w dziedzinie literatury,
                    budownictwa i sztuk pięknych. Faza "akmatyczna" własnej etnogenezy, czyli epoka
                    heroiczna, pozostaje przecież stałym źródłem natchnienia dla artystów, a także
                    tradycją, wokół której skupia się etniczna świadomość wspólnoty. Taką epoką
                    bohaterską dla Zachodu Europy długo było rycerskie średniowiecze, zaś
                    współczesna Ameryka wciąż powraca do odpowiednich własnych epopei: do Wojny
                    Secesyjnej i westernu.

                    Rozważając te sprawy miejmy jednak na uwadze, że procesy etnogenezy dzieją się
                    na wyższym poziomie, niż ten, w którym działa ludzka wola, a nawet moc całych
                    państwowych organizacji. W losach narodów każdy z nas uczestniczy i nasze
                    indywidualne życiorysy zależą od nich, ale są to prądy, które przenoszą się
                    gdzieś ponad naszymi głowami. Jeżeli ktoś dopatrzy się w następstwie narodów i
                    cywilizacji jakiegoś wyższego porządku, to będzie to i tak porządek ponadludzki.
                    Ktoś mógłby się w tych procesach dopatrywać śladów Bożego Palca na ziemi.

                    Artykuł oprócz fragmentów zamieszczony był w tygodniku "Najwyższy Czas!" wiosną
                    1997.

                    Książki wspomniane:
                    Czupkiewicz, Lubomir, "Pochodzenie i rasa Słowian", wyd. Nortom, Wrocław 1996.
                    Gumilow, Lew, "Od Rusi do Rosji", tłum. E. Rojewska-Olejarczuk, wyd. PIW,
                    Warszawa 1996.
                    • rita100 Re: Pochodzenie Słowian jako mit polityczny 26.11.06, 22:13
                      " Artykuł zamieszczony był w tygodniku "Najwyższy Czas!".

                      To czasopismo Janusza Korwina Mikke - zaskoczenie dla mnie. To trudne
                      czasopismo, to tak od deski do deski nie czytam.

                      Te sprawy są badane
    • stix Słowianie. 26.11.06, 21:49
      en.wikipedia.org/wiki/Image:Slavs.jpg
      • szwager_z_laband Re: Słowianie. 26.11.06, 22:26
        to som przeca Rusy!
Pełna wersja