Niemcy jako wróg.

17.03.07, 08:30
www.gazetawyborcza.pl/1,76498,3993770.html
W polityce niemieckiej Kaczyńscy postępują dokładnie wbrew sławnej recepcie
Theodore'a Roosevelta na sprawną dyplomację: "Mów delikatnie i trzymaj za
plecami duży kij". Nasi przywódcy krzyczą, a za plecami nie mają niczego.

Czy spotkanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego z kanclerz Angelą Merkel
przyniesie przełom w stosunkach polsko-niemieckich? By tak się stało, bracia
Kaczyńscy musieliby zmienić całe swe myślenie o sprawach międzynarodowych, a
o Niemczech w szczególności. Liczyć na to - to czekać na cud.

Mimo to warto się zastanowić, jak powinny wyglądać relacje polsko-niemieckie.

Polityka jako wojna

Kaczyńscy już w kampanii wyborczej 2005 r. zdefiniowali swój stosunek do
Niemiec. Wtedy to Lech Kaczyński uznał Niemcy za jedno z dwóch (obok Rosji)
największych niebezpieczeństw międzynarodowych dla Polski. I wygłosił
wielokrotnie powtarzane potem zdanie: "Niemcy mają prawo realizować swoje
interesy. Polska ma takie samo prawo".

Zasada obrony interesów RP jest niepodważalna. Zgadzam się też, że Polska ma
dziś w stosunkach z Niemcami poważne problemy, także z ich winy. Chętnie
przyklasnę, że swymi ambicjami w Europie Polska powinna dorównywać raczej
Hiszpanii z czasów premiera José Marii Aznara niż wiecznie pasywnym Włochom.
A jednak jestem przekonany, że uprawiana przez Kaczyńskich polityka
zagraniczna, a zwłaszcza niemiecka, jest katastrofą. Dlaczego?

Kaczyńscy traktują politykę jako nieustanny bój, nawet jeśli pola kolejnych
starć trzeba sztucznie wymyślać. W kraju ta taktyka długo przynosiła efekty -
zarówno w walce z PO, jak i w dyscyplinowaniu krnąbrnych koalicjantów. Gdy
jednak Kaczyńscy postrzegają w ten sposób stosunki międzynarodowe, zaczynają
się kłopoty. W dyplomacji obu braci mało jest miejsca na zniuansowane gry,
sojusze taktyczne, budowanie zaufania. Międzynarodowe przyjaźnie zawierają
wyłącznie z tymi, którzy zgadzają się z nimi niemal we wszystkim - z
Litwinami, Czechami. Trzeba tych partnerów cenić, ale Polska musi też mieć
politykę wobec innych państw. Takich, z którymi nasze interesy nie są
całkowicie zbieżne.

Kaczyńscy zachowują się tak, jakby znali jedynie pytania: "kto wygrał?"
i "kto się podporządkował?". Na to wszystko nakłada się niezwykle personalne
traktowanie polityki. Gdy Jarosław Kaczyński ledwo został premierem,
zapytany: "Czy poprawi pan nasze relacje z Niemcami?",
odpowiedział: "Poprawić relacje powinni raczej nasi partnerzy, bo nikogo nie
obrażaliśmy". Chodziło mu o głupawy artykuł o jego bracie w "tageszeitung",
który sprawił, że prezydent nie pojawił się na szczycie Trójkąta
Weimarskiego. Kaczyńscy nie potrafią myśleć racjonalnie, oddzielić interesów
państwa od własnego samopoczucia.

W sprawie "tageszeitung" dobra dyplomacja wykorzystałaby zakłopotanie
partnerów z Berlina do własnych celów. Tak się nie stało. W zamian wywołano
irytację Niemców, krzycząc, że za aroganckiego felietonistę jednej z wielu
gazet odpowiada rząd RFN.

- Z kilku głupich wypowiedzi nie można wyciągać wniosków o całym narodzie czy
klasie politycznej - mówi prof. Anna Wolff-Powęska, wieloletnia szefowa
Instytutu Zachodniego. - Kaczyńscy nie rozumieją pluralizmu, tego, że w
Niemczech są różne szkoły myślenia politycznego, także o Polsce.

Co mamy za plecami?

Gdy prezydent lub premier mówią o Niemczech, wydaje się, że wciąż chcą
śpiewać "Rotę": "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz". Ta piękna pieśń Marii
Konopnickiej była jednak odpowiedzią na Hakatę, a nie Niemcy XXI w.

Kaczyńscy generalizują. Pokazując "niebezpieczeństwa ze strony Niemiec",
często robią z igły widły. Tak było w sprawie zakazu rozmów z dziećmi po
polsku. Kilka sądów niemieckich wydało polskim rodzicom taki zakaz po
rozwodach z ich niemieckimi partnerami. Dlaczego? Bo paru niemieckim
urzędnikom nie chciało się podczas widzeń rozwiedzionych rodziców z dziećmi
zatrudnić tłumacza, zapewne z oszczędności. Tak czy owak była to decyzja
skandaliczna. Choćby jednak takich wypadków było nie kilka, lecz
kilkadziesiąt, nie uprawniało to szefowej MSZ Anny Fotygi do ostrych
deklaracji o "niemieckiej polityce asymilacyjnej". Robienie z tego incydentu
publicznej awantury służyło jedynie budowaniu wizerunku Niemca wroga.

Podobnemu celowi służyły liczne wypowiedzi premiera. Gdy telewizja ARD nadała
wcale nie rewizjonistyczny film o wypędzeniach Niemców, Jarosław Kaczyński
oświadczył: "Rewidowanie oceny Niemiec w wojnie jest groźne i zapowiada
Polsce i Europie bardzo niedobre wydarzenia". Kiedy indziej sugerował, że
rząd Niemiec "próbuje zweryfikować obraz historii, by przerzucić część
odpowiedzialności ze sprawcy na ofiarę". Itd., itp...

W polityce niemieckiej Kaczyńscy postępują dokładnie wbrew sławnej recepcie
Theodore'a Roosevelta na sprawną dyplomację: "Mów delikatnie i trzymaj za
plecami duży kij". Nasi przywódcy krzyczą, a za plecami nie mają niczego.

Zauważmy, że wystąpienia Kaczyńskich w sprawie Niemiec to głównie litanie
pretensji. A gdzie są propozycje pozytywne? Gdzie pomysły rozwiązań kwestii
rzeczywiście zatruwających stosunki polsko-niemieckie?

Protokół rozbieżności

Polska mówi "nie" pomysłom Eriki Steinbach, by zbudować w Berlinie Centrum
przeciw Wypędzeniom. I słusznie. Centrum jednak nie chcą również
współrządzący w Niemczech socjaldemokraci. Czołowa parlamentarzystka SPD
Angelica Schwall-Düren deklaruje w rozmowie z "Gazetą": - Mogę zapewnić, że
my w rządzie koalicyjnym zgodzimy się tylko na taki projekt upamiętnienia
losu wypędzonych, który pokaże także cierpienia Polaków. Na polu historii SPD
czeka na współpracę z Polską.

Czy Polska pomaga SPD w tej grze? Nie. Czy mamy jakiś kontrprojekt dla
pomysłów pani Steinbach? Nie. Mądrzy ludzie po obu stronach granicy
proponowali stworzenie międzynarodowej sieci ośrodków pokazujących cierpienia
wszystkich przepędzanych narodów, także Polaków. Rząd RP milczy o tym
projekcie.

Czy nie skończy się tak, że pani Steinbach, choć bez poparcia rządu Niemiec,
wybuduje jednak swoje centrum?

Podobnie - gdzie są realne propozycje polskich władz w sprawie roszczeń ze
strony wypędzonych? Odszkodowań żąda część działaczy ziomkostw pod wodzą
Rudiego Pawelki, a ich szanse na sukces przed sądami europejskimi są znikome.
Rząd Niemiec się od nich odcina, co kanclerz Merkel dobitnie powtórzyła
wczoraj w Warszawie. Żądania wywołują jednak uzasadniony niepokój Polaków -
zwłaszcza że Pawelka sprytnie wiąże roszczenia Niemców zmuszonych do ucieczki
ze swych domów w 1945 r. z roszczeniami tych, którzy do Niemiec wyjechali w
latach 60. i 70., a władze PRL bezprawnie odebrały im wszystkie nieruchomości.
    • stix Niemcy jako wróg. 17.03.07, 08:31
      Co rząd RP chce z tym zrobić? Nie da się zmusić Niemców do deklaracji
      o "przejęciu roszczeń na siebie". Berlin uważa, że zaspokoił roszczenia w 1953
      r. Gdyby ogłosił, że je "przejmuje", tym samym przyznałby, że wciąż istnieją.
      Mimo to rząd Niemiec musi jakoś uwolnić Polaków od roszczeń, choćby
      teoretycznych. To kwestia znalezienia formuły prawnej. Czy ekipa Kaczyńskich
      jest w stanie nakłonić Niemców do takiej formuły?

      Do tego potrzeba zaufania. Tymczasem w Berlinie narasta irytacja ciągłymi
      połajankami ze strony nowych polskich władz. W najlepszym wypadku dominuje
      Abwartentaktik - taktyka przeczekania. To nie jest dobra atmosfera do
      zawierania delikatnych porozumień w skomplikowanych sprawach.

      Kaczyńscy mają rację, mówiąc, że zapominanie Niemców o ich odpowiedzialności
      historycznej musi martwić. W niedawno przeprowadzonym sondażu co czwarty
      Niemiec uznał wyrzeczenie się Śląska i Pomorza za złą decyzję. PiS jednak myli
      się, wmawiając nam, że na te oceny wpływ miała postawa niemieckich polityków.
      Piotr Buras, współpracownik Centrum Stosunków Międzynarodowych: - Kaczyńscy
      patrzą na Niemcy przez własne okulary. Nie ma czegoś takiego jak polityka
      historyczna państwa niemieckiego, której celem jest zrobienie z Niemców narodu
      ofiar.

      Jak zmieniać stereotypy o Polsce, które pokutują wśród "normalnych" Niemców?
      Krzykiem? Nie, potrzebne są wytrwałe działania edukacyjne, PR-owskie,
      społeczne. Tymczasem zdaniem prof. Wolff-Powęskiej "takie kontakty coraz
      bardziej kuleją": - Coraz rzadsze są spotkania parlamentarzystów, słabnie
      wymiana młodzieży. Nawet sztandarowa dla tego rządu polityka historyczna w
      wersji zagranicznej to raczej hasła niż długofalowa działalność. Gdy mija
      rocznica, w Niemczech o Polsce znów robi się głucho.

      W każdej ze spornych spraw można by budować nad Szprewą silny obóz popierający
      polskie stanowisko. Tak się nie dzieje. Buras: - My w ogóle nie zbudowaliśmy w
      Niemczech propolskiego lobby. Środowiska, które były nam przychylne, zaczynają
      być marginalizowane także z powodu polskiej bierności.

      Naprawdę sprzeczne interesy?

      Po 1989 r. stosunki polsko-niemieckie długo charakteryzowała symetria
      interesów. Najpierw Niemcy chciały zjednoczenia, a Polska uznania zachodniej
      granicy. Później celem Polski było wejście do NATO i UE. Taki też był interes
      Berlina - Niemcy chcieli mieć na swojej wschodniej granicy strefę spokoju.

      Teorię, że potem wspólne interesy się rozjechały, najpełniej przedstawił Marek
      Cichocki, dziś doradzający prezydentowi w sprawach europejskich. Jak pisał
      w "Porwaniu Europy" - jednej z najciekawszych książek politycznych ostatnich
      lat - po wejściu Polski do UE "stosunki polsko--niemieckie zatrzymały się na
      swej naturalnej barierze". Niemcy pragną być "integracyjnym centrum" Europy, a
      Polskę traktują jako "dysfunkcjonalne peryferia". Grozi nam "relacja klient -
      patron". Winę za to ponosi renacjonalizacja polityki zagranicznej Niemiec pod
      rządami kanclerza Gerharda Schrödera. Wtedy to właśnie doszło do "porwania
      Europy", czyli wywalczenia sobie przez Niemcy silniejszej pozycji w traktacie
      konstytucyjnym UE.

      O tym, że Niemcy nie dość poważnie traktowali Polskę w ostatnich latach, mówili
      też politycy tak odlegli od Kaczyńskich jak Aleksander Kwaśniewski i Władysław
      Bartoszewski. Tezy Cichockiego, choć przesadzone, zawierają więc sporo prawdy.
      Mam jednak wrażenie, że Kaczyńscy wysnuwają z książki swego doradcy wnioski
      skrajnie prymitywne. Cichocki pisał bowiem także, że "Niemcy pozostaną dla
      Polski jednym z najbardziej atrakcyjnych partnerów w polityce europejskiej".
      Gdzie widać tę perspektywę w praktyce obecnej dyplomacji?

      Razem na Wschodzie

      Polska, poza podnoszeniem poziomu cywilizacyjnego kraju dzięki korzyściom z
      wejścia do UE, ma dziś przed sobą kilka prawdziwych wyzwań strategicznych.

      Pierwszym z nich jest zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego. W tej sprawie
      Niemcy zadali nam cios, podejmując decyzję o budowie wspólnie z Rosją gazociągu
      na dnie Bałtyku.

      Ten krok Schrödera był chyba najgorszym doświadczeniem w stosunkach polsko-
      niemieckich w ostatnich 18 latach. Należy nadal przypominać Niemcom, że był to
      akt wrogi Polsce - pozbawiający nas dochodów z tranzytu i dający Rosji większe
      możliwości szantażu gazowego wobec Polski. Moskwa już kilka razy stosowała taki
      szantaż - wobec Ukrainy, Gruzji i Białorusi.

      Dziś jednak Polska może starać się przyłączyć do tego projektu na możliwie
      najlepszych warunkach. Taki scenariusz rozważał premier Kazimierz
      Marcinkiewicz. Zbigniew Brzeziński mówił, że Polska mogłaby się zgodzić na
      rurociąg bałtycki, jeśli dostanie od Niemiec gwarancje pomocy w razie kłopotów
      z dostawami gazu z Rosji. Posłanka Schwall-Düren deklaruje: - Możliwe byłoby
      pisemne zagwarantowanie polskich interesów, nawet w formie obwarowań dodanych
      do umowy niemiecko-rosyjskiej.

      Polski rząd wybiera jednak inną opcję - twardo mówi rurociągowi "nie". Ta
      strategia mogłaby być słuszna, gdyby rozgrywać ją mądrze. Nie tylko krzyczeć o
      naszej krzywdzie, ale też szukać sojuszników w Niemczech, np. wśród Zielonych
      przerażonych ekologicznymi skutkami tej inwestycji. A przede wszystkim docierać
      do zwykłych Niemców z argumentem, że gazociąg bałtycki oznacza podwyżkę cen
      gazu w niemieckich domach. Tego wszystkiego nasze władze nawet nie próbują
      robić.

      Drugim wyzwaniem dla polskiej polityki powinna być stabilizacja i przeciąganie
      na Zachód krajów położonych na wschód od naszej granicy. Niemcy mają do tego
      obszaru, a zwłaszcza do Rosji, inne podejście. Politykę obu wielkich partii
      niemieckich kształtuje silne lobby przemysłowe, dla którego Rosja to możliwość
      robienia dużych pieniędzy i niewiele ponadto. Ta optyka dominowała w polityce
      niemieckiej w czasach Schrödera.

      Jednak stosunek niemieckiej elity do Wschodu nie jest jednolity. Otrzeźwienie
      wywołała antydemokratyczna polityka Władimira Putina. Miesiąc temu Karsten
      Voigt, dyrektor w niemieckim MSZ, powiedział mi: - Dziś w Niemczech rozumiemy,
      że stabilizację obszaru pomiędzy UE a Rosją osiągniemy wówczas, gdy kraje tego
      obszaru będą podmiotami, a nie przedmiotami, i gdy będą ciążyły ku Zachodowi.

      Przeciągnięcia na Zachód obszaru międzymorza Polska nie przeprowadzi sama. Może
      jednak skłaniać USA, a zwłaszcza UE, by podejmowały wysiłki w tym kierunku. W
      Unii zaś naszym największym sprzymierzeńcem w tej sprawie mogą być, prócz
      państw Europy Środkowej, właśnie Niemcy.

      Owszem, Berlin, tak jak większość starej Unii, nie chce oferować Ukrainie
      perspektywy członkostwa w UE. W zamian proponuje "uprzywilejowane partnerstwo".
      Zważywszy na to, że Ukraina jest nieprzygotowana do akcesji, kompromis między
      polską a niemiecką koncepcją jest możliwy. Powinniśmy zadbać, by partnerstwo
      rzeczywiście dało Ukrainie jak najszersze przywileje. A za parę lat... powrócić
      do tematu członkostwa Ukrainy.

      W tym celu potrzeba mądrej polityki. Niestety, Niemcy, które dziś przewodzą UE,
      od wielu miesięcy czekają na polskie propozycje w sprawie priorytetów polityki
      wschodniej. A przecież ta dziedzina była dotąd w Unii polską spécialité de la
      maison...
      • stix Niemcy jako wróg. 17.03.07, 08:31
        Pomysły na Europę

        I o bezpieczeństwie energetycznym, i o przeciąganiu Wschodu na Zachód Polska
        będzie mogła bardziej realnie myśleć, jeśli zmierzy się z trzecim wyzwaniem -
        budową solidarnej i silnej Europy, w której głos Polski byłby jednym z
        decydujących.

        Tu dochodzimy do projektu traktatu konstytucyjnego, z czym przyjechała do
        prezydenta Kaczyńskiego kanclerz Merkel. Polska, Niemcy i Francja mają trzy
        różne podejścia do traktatu. Niemcy go z radością ratyfikowały. Francja
        odrzuciła, jako rzekomo zbyt liberalny. Polska nie rozpoczęła procesu
        ratyfikacji.Traktat nie budzi u nas entuzjazmu jako zbyt biurokratyczny i
        niekorzystny dla Polski.

        Te trzy kraje reprezentują z grubsza trzy szkoły myślenia w UE: "zadowolonych
        prymusów", "niezadowolonych etatystów" i "sceptycznych narodowców". Gdyby razem
        potrafiły coś zaproponować w sprawie traktatu, ta propozycja mogłaby zostać
        przyjęta przez Unię. Czy jednak Kaczyńscy są gotowi do takiej gry?

        Naszym czwartym zadaniem strategicznym jest utrzymanie silnych związków
        transatlantyckich - budowanie Unii Europejskiej nie jako anty-Ameryki (taka
        koncepcja dominuje we Francji), lecz w partnerstwie z USA. Także w tej sprawie
        partnerów, prócz Wielkiej Brytanii, musimy szukać w Niemczech.

        Po Schröderze, który wespół z Jacques'em Chirakiem budował oś Paryż - Berlin -
        Moskwa, kanclerzem została Angela Merkel - polityk proatlantycki, z
        trzeźwiejszym spojrzeniem na Rosję. Sama wczoraj podkreślała, że ważne jest dla
        niej, wychowanej w NRD, doświadczenie "Solidarności". Czy ekipa Kaczyńskich
        potrafi to wykorzystać? Nie wydaje się. Środowiska bliskie PiS podniosły larum,
        gdy Merkel po objęciu władzy szybko odbudowała świetne stosunki z Białym Domem.
        Dowodzono, że to źle dla Polski. To kolejny przykład myślenia wojennego: "kto
        kogo?". W istocie dobre stosunki Polski z Niemcami polepszają nasze notowania w
        Waszyngtonie. Kaczyńscy powinni pamiętać, ile razy słyszeli od dyplomatów
        amerykańskich zachęty do poprawy stosunków z Niemcami.

        Oczywiście, można na siłę szukać w Europie innych "partnerów pierwszego
        kontaktu", ale szansa jest mała. Z wielkiego sojuszu z Hiszpanią zostały
        wspomnienia, z idei partnerstwa z Wielką Brytanią - jeszcze mniej... Tymczasem
        Niemcy są u naszych granic, są w centrum projektu Europa i są najsilniejszym
        krajem Unii. Tych faktów negować nie sposób. Tym, którzy przypominają, że
        Polsce pod względem potencjału sporo brakuje do Niemiec, premier Kaczyński
        zarzuca "potężne kompleksy". Na stwierdzenie, że premier RP nie dorównuje urodą
        Claudii Schiffer, też można reagować obrazą. Tylko po co?

        Niemoralny szantaż

        Ktokolwiek mówi, że Niemcy są dla Polski ważne, a dzisiejsza polityka rządu RP
        wobec Berlina jest po prostu zła, naraża się na niepohamowane ataki braci
        Kaczyńskich i zarzut "braku lojalności wobec własnego kraju". Jarosław
        Kaczyński mówił: "W polskiej polityce wobec Niemiec mamy do czynienia nie z
        jednym, ale dwoma silnymi partnerami - zewnętrznym i wewnętrznym. Mamy w Polsce
        potężny front ludzi reagujących gwałtowną agresją na każdą próbę obrony naszych
        interesów narodowych". I z właściwą sobie elegancją dorzucił: "Z powodów, które
        należałoby wyjaśnić".

        Te insynuacje są niegodne osoby, która piastuje najwyższy urząd w państwie.
        Powtórzmy więc spokojnie: alternatywa, którą kreśli premier, jest fałszywa. Nie
        chodzi o wybór między prawdziwymi patriotami a zwolennikami klientelizmu,
        którzy - jak premier zarzucił ostatnio PO - chcieliby budować siłę Polski "w
        oparciu o silnego protektora". Wybór jest inny - między polityką bierności i
        urazów, kształtowaną przez głupawe teksty słabych satyryków, a strategią
        odważnej gry politycznej w Europie, także gry z Berlinem.

        Czy chwalebna powściągliwość Kaczyńskich w odpowiedzi na ostatnią prowokację
        pani Steinbach daje nadzieję, że zaczynają oni to rozumieć? Oby. Wizyta
        kanclerz Merkel i kolejne tygodnie rozmów o traktacie konstytucyjnym to dobry
        moment, by spróbować na nowo ufundować stosunki Polski i Niemiec.
        • ballest Dziynki za artykul, odkryl zaklamanie Kaczynskich 17.03.07, 08:52
          i ich gupich zwolennikow!
          • stix Niemcy jako wróg. 17.03.07, 08:57
            www.michalkiewicz.pl/toronto_2007-03-06.php
            Natomiast co do asymetrii w tym układzie o dobrym sąsiedztwie między Polską i
            Niemcami. Problemem stosunków polsko–niemieckich jest brak traktatu pokojowego.
            I to jest ważne również z tego punktu widzenia, że konferencja czterech
            mocarstw w Poczdamie w roku 1945, przekazywała ziemie północne i zachodnie
            państwu polskiemu w tymczasową administrację, a ostateczny status tych
            terytoriów miał być rozstrzygnięty w traktacie pokojowym z Niemcami.

            Ale w 1945 roku nie było żadnych Niemiec, były strefy okupacyjne. Potem, kiedy
            powstała Republika Federalna Niemiec i Niemiecka Republika Demokratyczna z
            sowieckiej strefy okupacyjnej, też nie było Niemiec w rozumieniu konferencji
            czterech mocarstw w Poczdamie. Były dwa państwa niemieckie, nie było Niemiec.
            Niemcy zaistniały dopiero w roku 1990 w następstwie traktatu moskiewskiego z 12
            września 1990.

            Niemcy zaistniały, tzn. została zlikwidowana okupacja Niemiec, bo do 1990
            Niemcy formalnie były okupowane. Dlatego m.in. Berlin był podzielony na strefy
            okupacyjne i w Berlinie Zachodnim były oddziały sowieckie, mogły tam chodzić, w
            więzieniu w Spandau wartę trzymała Armia Czerwona, dlatego że Niemcy były
            formalnie okupowane.

            I zgoda na zjednoczenie ze strony czterech mocarstw oznaczała również
            likwidację okupacji Niemiec. Wojska amerykańskie, które stacjonowały do tej
            pory w Niemczech i nadal stacjonują, przestały być wojskami okupacyjnymi i
            stały się wojskami, które tam stacjonują na zasadzie umowy.

            W polskim interesie było zawarcie traktatu pokojowego. I ówczesna premier
            Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher – szczerze czy nieszczerze, tego to już nie
            wiem – mówiła, że ponieważ Wielka Brytania ma takiego kaca po Jałcie, to teraz
            dopilnuje, żeby teraz już było wszystko dobrze i żeby Niemcy traktat pokojowy z
            Polską zawarli. Kanclerz Köhl bronił się przed tym rękami i nogami i
            wykombinowali tę imprezę w Krzyżowej, to nabożeństwo, wyściskał się tam z
            premierem Mazowieckim, przystąpili do Komunii i na tym się skończyło.

            Więc Anglicy, jak zobaczyli, że polskie władze nie wykazują determinacji, no to
            nie możemy wymagać, żeby bardziej dbali o polskie interesy niż polski premier.
            I to jest nasz problem. Błędy popełniamy sami, nie możemy oczekiwać zbyt dużo.

            Druga przyczyna tej asymetrii to jest – i to dotyczy traktatu o dobrym
            sąsiedztwie, który rzeczywiście pod pewnymi względami jest niekorzystny dla
            Polski – że minister Krzysztof Skubiszewski, który negocjował ten traktat razem
            z ministrem Genscherem, był przez stronę niemiecką szantażowany, że jeśli
            będzie się upierał przy jakichś tam rozwiązaniach, to Niemcy poinformują opinię
            publiczną o jego agenturalnej przeszłości. I minister Skubiszewski ustępował.

            Tak przynajmniej publicznie powiedział na wiosnę 1992 ówczesny doradca premiera
            Olszewskiego Krzysztof Wyszkowski i nikt nigdy tej wiadomości nie zdementował.
            A to było ciężkie oskarżenie ministra Skubiszewskiego, o zdradę stanu
            właściwie. I minister Skubiszewski ani słowem temu nie zaprzeczył. Wszyscy
            udali, że nie słyszą.

            To była główna przyczyna dla której poseł Janusz Korwin–Mikke wniósł projekt
            uchwały lustracyjnej. Bo to, że minister Skubiszewski był szantażowany, to
            myśmy się dowiedzieli, a ilu jeszcze było i my nic o tym nie wiemy? A Polska
            będzie musiała zapłacić cenę za to, że oni coś mają do ukrycia. I dlatego myśmy
            chcieli, żeby ujawnić tych ludzi, to nawet dla ich bezpieczeństwa, już nie
            mówiąc, że dla bezpieczeństwa państwa jest to konieczne.

            Bo gdyby minister Skubiszewski był wcześniej ujawniony, to co by mu Niemcy
            mogli powiedzieć – że ujawnią? To przecież wszyscy wiedzą, ujawniajcie sobie. I
            dlatego lustracja jest konieczna. Nieszczęście się stało, że ona tak się wlecze
            u nas. Niemcy, proszę bardzo, jak zrobili. Wcale się nie krępowali, że ktoś się
            powiesi, tylko ujawnili i koniec. I mają spokój.
          • ballest Re: Dziynki za artykul, odkryl zaklamanie Kaczyns 17.03.07, 08:59
            "Ktokolwiek mówi, że Niemcy są dla Polski ważne, a dzisiejsza polityka rządu RP
            wobec Berlina jest po prostu zła, naraża się na niepohamowane ataki braci
            Kaczyńskich i zarzut "braku lojalności wobec własnego kraju". Jarosław
            Kaczyński mówił: "W polskiej polityce wobec Niemiec mamy do czynienia nie z
            jednym, ale dwoma silnymi partnerami - zewnętrznym i wewnętrznym. Mamy w Polsce
            potężny front ludzi reagujących gwałtowną agresją na każdą próbę obrony naszych
            interesów narodowych". I z właściwą sobie elegancją dorzucił: "Z powodów, które
            należałoby wyjaśnić".

            Te insynuacje są niegodne osoby, która piastuje najwyższy urząd w państwie.
            Powtórzmy więc spokojnie: alternatywa, którą kreśli premier, jest fałszywa. Nie
            chodzi o wybór między prawdziwymi patriotami a zwolennikami klientelizmu,
            którzy - jak premier zarzucił ostatnio PO - chcieliby budować siłę Polski "w
            oparciu o silnego protektora". Wybór jest inny - między polityką bierności i
            urazów, kształtowaną przez głupawe teksty słabych satyryków, a strategią
            odważnej gry politycznej w Europie, także gry z Berlinem."

            ;)
            • socer-schlesier Re: Dziynki za artykul, odkryl zaklamanie Kaczyns 17.03.07, 10:52
              No rzeczywiscie.Jezeli Polacy do dzisiaj jeszcze z Niemcami nie podpisali Traktatu Pokojowego to maja problem.Wielki problem.
Pełna wersja