stix
17.03.07, 08:30
www.gazetawyborcza.pl/1,76498,3993770.html
W polityce niemieckiej Kaczyńscy postępują dokładnie wbrew sławnej recepcie
Theodore'a Roosevelta na sprawną dyplomację: "Mów delikatnie i trzymaj za
plecami duży kij". Nasi przywódcy krzyczą, a za plecami nie mają niczego.
Czy spotkanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego z kanclerz Angelą Merkel
przyniesie przełom w stosunkach polsko-niemieckich? By tak się stało, bracia
Kaczyńscy musieliby zmienić całe swe myślenie o sprawach międzynarodowych, a
o Niemczech w szczególności. Liczyć na to - to czekać na cud.
Mimo to warto się zastanowić, jak powinny wyglądać relacje polsko-niemieckie.
Polityka jako wojna
Kaczyńscy już w kampanii wyborczej 2005 r. zdefiniowali swój stosunek do
Niemiec. Wtedy to Lech Kaczyński uznał Niemcy za jedno z dwóch (obok Rosji)
największych niebezpieczeństw międzynarodowych dla Polski. I wygłosił
wielokrotnie powtarzane potem zdanie: "Niemcy mają prawo realizować swoje
interesy. Polska ma takie samo prawo".
Zasada obrony interesów RP jest niepodważalna. Zgadzam się też, że Polska ma
dziś w stosunkach z Niemcami poważne problemy, także z ich winy. Chętnie
przyklasnę, że swymi ambicjami w Europie Polska powinna dorównywać raczej
Hiszpanii z czasów premiera José Marii Aznara niż wiecznie pasywnym Włochom.
A jednak jestem przekonany, że uprawiana przez Kaczyńskich polityka
zagraniczna, a zwłaszcza niemiecka, jest katastrofą. Dlaczego?
Kaczyńscy traktują politykę jako nieustanny bój, nawet jeśli pola kolejnych
starć trzeba sztucznie wymyślać. W kraju ta taktyka długo przynosiła efekty -
zarówno w walce z PO, jak i w dyscyplinowaniu krnąbrnych koalicjantów. Gdy
jednak Kaczyńscy postrzegają w ten sposób stosunki międzynarodowe, zaczynają
się kłopoty. W dyplomacji obu braci mało jest miejsca na zniuansowane gry,
sojusze taktyczne, budowanie zaufania. Międzynarodowe przyjaźnie zawierają
wyłącznie z tymi, którzy zgadzają się z nimi niemal we wszystkim - z
Litwinami, Czechami. Trzeba tych partnerów cenić, ale Polska musi też mieć
politykę wobec innych państw. Takich, z którymi nasze interesy nie są
całkowicie zbieżne.
Kaczyńscy zachowują się tak, jakby znali jedynie pytania: "kto wygrał?"
i "kto się podporządkował?". Na to wszystko nakłada się niezwykle personalne
traktowanie polityki. Gdy Jarosław Kaczyński ledwo został premierem,
zapytany: "Czy poprawi pan nasze relacje z Niemcami?",
odpowiedział: "Poprawić relacje powinni raczej nasi partnerzy, bo nikogo nie
obrażaliśmy". Chodziło mu o głupawy artykuł o jego bracie w "tageszeitung",
który sprawił, że prezydent nie pojawił się na szczycie Trójkąta
Weimarskiego. Kaczyńscy nie potrafią myśleć racjonalnie, oddzielić interesów
państwa od własnego samopoczucia.
W sprawie "tageszeitung" dobra dyplomacja wykorzystałaby zakłopotanie
partnerów z Berlina do własnych celów. Tak się nie stało. W zamian wywołano
irytację Niemców, krzycząc, że za aroganckiego felietonistę jednej z wielu
gazet odpowiada rząd RFN.
- Z kilku głupich wypowiedzi nie można wyciągać wniosków o całym narodzie czy
klasie politycznej - mówi prof. Anna Wolff-Powęska, wieloletnia szefowa
Instytutu Zachodniego. - Kaczyńscy nie rozumieją pluralizmu, tego, że w
Niemczech są różne szkoły myślenia politycznego, także o Polsce.
Co mamy za plecami?
Gdy prezydent lub premier mówią o Niemczech, wydaje się, że wciąż chcą
śpiewać "Rotę": "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz". Ta piękna pieśń Marii
Konopnickiej była jednak odpowiedzią na Hakatę, a nie Niemcy XXI w.
Kaczyńscy generalizują. Pokazując "niebezpieczeństwa ze strony Niemiec",
często robią z igły widły. Tak było w sprawie zakazu rozmów z dziećmi po
polsku. Kilka sądów niemieckich wydało polskim rodzicom taki zakaz po
rozwodach z ich niemieckimi partnerami. Dlaczego? Bo paru niemieckim
urzędnikom nie chciało się podczas widzeń rozwiedzionych rodziców z dziećmi
zatrudnić tłumacza, zapewne z oszczędności. Tak czy owak była to decyzja
skandaliczna. Choćby jednak takich wypadków było nie kilka, lecz
kilkadziesiąt, nie uprawniało to szefowej MSZ Anny Fotygi do ostrych
deklaracji o "niemieckiej polityce asymilacyjnej". Robienie z tego incydentu
publicznej awantury służyło jedynie budowaniu wizerunku Niemca wroga.
Podobnemu celowi służyły liczne wypowiedzi premiera. Gdy telewizja ARD nadała
wcale nie rewizjonistyczny film o wypędzeniach Niemców, Jarosław Kaczyński
oświadczył: "Rewidowanie oceny Niemiec w wojnie jest groźne i zapowiada
Polsce i Europie bardzo niedobre wydarzenia". Kiedy indziej sugerował, że
rząd Niemiec "próbuje zweryfikować obraz historii, by przerzucić część
odpowiedzialności ze sprawcy na ofiarę". Itd., itp...
W polityce niemieckiej Kaczyńscy postępują dokładnie wbrew sławnej recepcie
Theodore'a Roosevelta na sprawną dyplomację: "Mów delikatnie i trzymaj za
plecami duży kij". Nasi przywódcy krzyczą, a za plecami nie mają niczego.
Zauważmy, że wystąpienia Kaczyńskich w sprawie Niemiec to głównie litanie
pretensji. A gdzie są propozycje pozytywne? Gdzie pomysły rozwiązań kwestii
rzeczywiście zatruwających stosunki polsko-niemieckie?
Protokół rozbieżności
Polska mówi "nie" pomysłom Eriki Steinbach, by zbudować w Berlinie Centrum
przeciw Wypędzeniom. I słusznie. Centrum jednak nie chcą również
współrządzący w Niemczech socjaldemokraci. Czołowa parlamentarzystka SPD
Angelica Schwall-Düren deklaruje w rozmowie z "Gazetą": - Mogę zapewnić, że
my w rządzie koalicyjnym zgodzimy się tylko na taki projekt upamiętnienia
losu wypędzonych, który pokaże także cierpienia Polaków. Na polu historii SPD
czeka na współpracę z Polską.
Czy Polska pomaga SPD w tej grze? Nie. Czy mamy jakiś kontrprojekt dla
pomysłów pani Steinbach? Nie. Mądrzy ludzie po obu stronach granicy
proponowali stworzenie międzynarodowej sieci ośrodków pokazujących cierpienia
wszystkich przepędzanych narodów, także Polaków. Rząd RP milczy o tym
projekcie.
Czy nie skończy się tak, że pani Steinbach, choć bez poparcia rządu Niemiec,
wybuduje jednak swoje centrum?
Podobnie - gdzie są realne propozycje polskich władz w sprawie roszczeń ze
strony wypędzonych? Odszkodowań żąda część działaczy ziomkostw pod wodzą
Rudiego Pawelki, a ich szanse na sukces przed sądami europejskimi są znikome.
Rząd Niemiec się od nich odcina, co kanclerz Merkel dobitnie powtórzyła
wczoraj w Warszawie. Żądania wywołują jednak uzasadniony niepokój Polaków -
zwłaszcza że Pawelka sprytnie wiąże roszczenia Niemców zmuszonych do ucieczki
ze swych domów w 1945 r. z roszczeniami tych, którzy do Niemiec wyjechali w
latach 60. i 70., a władze PRL bezprawnie odebrały im wszystkie nieruchomości.