zomek we Dobrej

24.07.07, 22:39



Franciszek Jopek, przedsiębiorca z Zabrza, kupił ruinę neogotyckiego pałacu
von Seherr-Thossów wiosną 2000 roku od Nadleśnictwa Prószków. Dlaczego wybrał
akurat ten, znajdujący się w beznadziejnym stanie obiekt? Jopek opowiada
zwykle anegdotę, jak to pewnego wieczoru zatrzymał w tej okolicy samochód, by
udać się w krzaki za potrzebą. Gdy ujrzał neogotyckie kikuty wież zagubione w
gęstwinie starodrzewia, wiedział, że to nie jest jedynie przypadek.



    • kochtschutz Re: zomek we Dobrej 24.07.07, 23:35
      a zomek mo sie corozki to lepij
      schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=lastcom&cat=0&pos=1
      • ballest Re: zomek we Dobrej 25.07.07, 16:29
        a jou myslou, to je tyn Jopek co mieszkou na Tarnogorski po lewy stronie przed
        autostrada w Glywicach i produkuje kafelki!
        • kochtschutz Re: zomek we Dobrej 25.07.07, 20:10
          to bydzie cheba jego brat,mie uon sie kojarzy ze dachowkami
          ludzie.wprost.pl/sylwetka/?O=68027
          • ballest Re: zomek we Dobrej 25.07.07, 21:47
            to to je tyn!
            Jedną piątą osiedla Stare Gliwice, dawne osiedle Waryńskiego, kupił od
            niemieckich spadkobierców Franciszek Jopek, znany śląski przedsiębiorca. Problem
            w tym, że stoi tu kilkadziesiąt bloków i podstawówka. To nie żart, ale pierwsza
            tego typu sprawa na Śląsku. Czy mieszkańcom grozi teraz podwyżka czynszów?

            Ludzie mieszkający przy ul. Kasprzaka i Gomułki nie mają pojęcia, że teren, na
            którym stoją ich bloki, w ciągu ostatnich miesięcy aż dwukrotnie zmienił
            właściciela.

            W marcu tego roku gliwicki Sąd Rejonowy uznał, że 14-hektarowa działka w samym
            środku osiedla Stare Gliwice zostanie zwrócona spadkobiercom - rodzinie K. od
            dawna mieszkającej w Niemczech. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego, gdyby nie
            fakt, że w latach 80. na tej działce stanęło 21 bloków Spółdzielni Stare
            Gliwice, siedem budynków należących do wojska i podstawówka. Zgodę na budowę
            osiedla wydali ówcześni urzędnicy, mimo że rodzina K. widniała w księgach
            wieczystych jako właściciele gruntu. Ta zaraz po wyroku sądu sprzedała ziemię
            śląskiemu biznesmenowi Franciszkowi Jopkowi, działającemu w branży budowlanej.

            Tadeusz Sperczyński, prezes spółdzielni Stare Gliwice, która opiekuje się
            osiedlem, mówi, że o wszystkim dowiedział się kilka tygodni temu od miasta.

            - Przysłali mi pismo, że od stycznia 2005 roku podatek gruntowy mam płacić nie
            gminie, a nowemu właścicielowi - mówi prezes Sperczyński. - Przeżyliśmy szok. Bo
            jeżeli właściciel narzuci nam teraz wysoką stawkę podatku, to będziemy musieli
            podnieść czynsz. A tego ludzie nie zniosą - martwi się prezes.

            I ma rację, bo mieszkańcy nie chcą nawet słyszeć o podwyżkach. - Zobaczą moje
            pieniądze jak świnia niebo. Nie obchodzi mnie, kto jest właścicielem gruntów, bo
            nie dam ani grosza więcej, niż płacę teraz - denerwuje się pan Andrzej, jeden z
            lokatorów bloku przy ul. Kasprzaka.

            Prezes Sperczyński winą za całą sytuację obarcza miasto. W 1996 roku
            spółdzielnia zwróciła się do gminy o uwłaszczenie na tym terenie, ale zdaniem
            prezesa gmina nie kiwnęła w tej sprawie palcem.

            - Bzdura. Nie mogliśmy przeprowadzić procedury uwłaszczeniowej, bo ten teren był
            własnością prywatną - oburza się Marek Jarzębowski, rzecznik prasowy magistratu.
            - Można jedynie żałować, że za komuny ktoś zdecydował o budowie osiedla w tym
            miejscu - dodaje.

            Spółdzielnia, jako tzw. nakładca, inwestujący w budynki i infrastrukturę,
            mogłaby odkupić od nowego właściciela grunty, na których stoją bloki. - Ale nie
            mamy miliona złotych - rozkłada ręce prezes Sperczyński.

            Pojawił się też kolejny problem. Przejęty grunt zahacza o kawałek szkoły
            podstawowej przy ul. Waryńskiego. Miasto nie może pozwolić, by nawet kawałeczek
            szkoły stał na prywatnym terenie, dlatego chce negocjować z przedsiębiorcą i dać
            mu w zamian inną działkę. Jarzębowski zaznacza, że negocjacje będą twarde.
Pełna wersja