"Bo, proszę pana, Niemcy kradną nam wodę z Nysy,

16.02.08, 11:16
a Czesi jeszcze gorzej - brudzą wodę, którą my musimy pić"
www.gazetacz.com.pl/artykul.php?id=784&idm=52
Wysuszanie Nysy

Odległy "cypel" na południowo-zachodnim krańcu Polski. "Worek
turoszowski". Tu, kilkanaście kilometrów od miasta Bogatynia,
znajdziemy unikatowe miejsce - punkt styku trzech państw: Polski,
Niemiec i Czech. Nysa w tym miejscu przypomina Kucelinkę, mała
rzeczka płynąca zmeliorowanym rowem. Punkt leży kilkaset metrów od
przejścia granicznego, oznaczono go symbolicznymi słupami i masztami
z flagami trzech państw.
Miejsce to od niedawna "żyje". Skończył się już okres, gdy granica
stanowiła tamę dzielącą społeczności. Radni z Bogatyni, niemieckiego
Zittau i czeskiego Hradka wspólnie przygotowują projekt
zagospodarowania tego terenu. Po stronie czeskiej i niemieckiej
wybudowano już ścieżki rowerowe, po polskiej powstaną w tym roku.
Otwarcie drogi dla rowerzystów uświetnił przejazd na bicyklach
notabli z trzech krajów.
Przekraczając granicę na Nysie widzimy różnice w krajobrazie
niemieckim i polskim. Kiedyś łączyło jedno - węgiel brunatny. Po obu
stronach były ogromne wyrobiska, dziury w ziemi. Po obu stronach
pejzaż zdobiły dymiące kominy. Dziura - ogromna dziura, mogąca
pomieścić kilkudziesięciotysięczne miasto, znajduje się po polskiej
stronie pod Bogatynią. Tu także stoją i dymią potężne kominy
elektrowni Turów. Dymią, na szczęście już niegroźnie dla środowiska.
Kosztem kilkudziesięciu milionów (jedna z największych inwestycji
Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska) zainstalowano urządzenia
chroniące przed emisją szkodliwych związków.
Inny jest już pejzaż po drugiej stronie Nysy. Pod Zittau kominy są
rozbierane. Zastępują je inne budowle - wielkie słupy z wiatrakami.
W miejsce energetyki opartej na spalaniu węgla postają farmy
energetyczne wykorzystujące energię z powietrza.
Znikają także po tej stronie, niepotrzebne już dziury w ziemi.
Zmieniają się w kąpieliska rekreacyjne.
Zalanie wyrobiska wodą, to najprostszy i najtańszy sposób
rekultywacji odkrywki węgla brunatnego. Tyle, że tej wody nigdy nie
ma za dużo. Gdyby i po polskiej stronie "dziurę turoszowską" zalać
wodą - Nysa by znikła. Dzieci, być może, uczyłyby się o niej w
historii, być może znaleźć można było ją na starych mapach, na
antycznych planszach "Odra i Nysa - granicą pokoju"; tu jednak,
między Bogatynią a Gubinem, granica biegłaby linią po lądzie.
Uciekinier z Wietnamu czy Afganistanu lub też rodzimy przemytnik
papierosów nie musiałby moczyć sobie nóg.
"Problem polega na tym, że trudno określić definicję własności
zasobów wodnych" - tłumaczy mi wiceburmistrz Bogatyni Zbigniew
Szatkowski - "Granica biegnie środkiem Nysy, połowa rzeki jest
niemiecka, połowa polska. I Niemcy biorą wodę ze swojej połowy".W
ten sposób możemy np. dzielić się piwem. Podzielimy kufel linią na
pół i ustalimy - to z prawej strony, to moje, to z lewej, twoje...
Klasyczny test dla idioty.
Burmistrz ze stoickim spokojem przygląda się Nysie. To nie jest
kwestia samorządów, one mogą jedynie naciskać w tej sprawie na
władze państwowe. Władze państwowe od kilku lat toczą na ten temat
rozmowy bilateralne z państwowymi władzami Niemiec. Jak to się mówi
w dyplomacji, owocne rozmowy trwają w miłej, przyjaznej atmosferze.
"Problem ureguluje się sam, gdy będziemy w Unii Europejskiej. I
Niemcy, i Polskę obowiązywać będą jednakowe normy prawne dotyczące
czerpania zasobów wodnych" - taką ma nadzieję burmistrz. Cóż innego
zostało niż nadzieja... Bo jak się Unia nam spóźni, Nysy zabraknie.

Plują nam do studni

"To, co oni robią, to jakby napluć sąsiadowi do studni" - wyjawił
mi "anonimowo" pracownik zakładów wodociągowych w Głuchołazach.
Formalnie zaś wyjaśnił tak. Podstawowym źródłem wody pitnej dla
Głuchołaz i Nysy jest rzeka Biała Głuchołaska, wypływająca z Pogórza
Jesienickiego po czeskiej stronie. Problemu nie było, gdy sami
Polacy "pluli" do swojej rzeki. Głuchołazy korzystały
z "poniemieckiej oczyszczalni" z 1928 r. (ciekawy zabytek muzealny);
ścieki komunalne, ścieki z garbarni skór, z fabryki mebli itd.
spływały spokojnie do rzeki, z której wodę pitną czerpali mieszkańcy
Nysy. Polacy po 1990 r. wzięli się za ekologię - kończona jest
budowa kolektora odprowadzającego ścieki z Głuchołaz do oczyszczalni
w Nysie.
    • stix "Bo, proszę pana, Niemcy kradną nam wodę 16.02.08, 11:16
      Teraz problem z Czechami

      Są w Polsce przepisy normujące kwestię gospodarki wodno-ściekowej.
      Głuchołazy np. chciały budować własną oczyszczalnię. Było to
      niemożliwe, bo nie można budować oczyszczalni bliżej niż 12 km od
      ujęć wody pitnej. Gmina zatem musi współfinansować koszt budowy
      kolektora, musi godzić się z istnieniem na swoim terenie strefy
      ochrony ujęcia wodnego, strefy blokującej rozwój gospodarczy tego
      obszaru.
      Problemem Głuchołaz jest zaopatrzenie w wodę pitną. Kłania się
      spadek po socjalistycznym myśleniu. Za Gierka tworzono tu centrum
      wypoczynku dla śląskich górników, budowano domy wczasowe w
      Jarnołtówku. Ale o wodzie nikt nie myślał. Czerpana z płytkich ujęć,
      ze studni przydomowych była tak zanieczyszczona, że groziła
      epidemią. Zupełnie tak, jak to u nas w Żarkach - Letnisku... (do
      czasów nam współczesnych, gdy odkryto, iż bez dobrej wody z
      wodociągów mówienie o Letnisku jest głupotą).
      Ujęcie wody pitnej dla Głuchołaz usytuowano nad granicą czeską na
      rzece Biała Głuchołaska. Po czym Czesi w odległości kilkuset metrów
      od ujęcia wybudowali oczyszczalnię ścieków...
      "Jest wszystko w porządku" - tłumaczą przedstawiciele strony
      czeskiej - "Oczyszczalnia spełnia wszelkie normy europejskie.
      Działamy w zgodzie z czeskim prawem". "Tak, z czeskim..." -
      odpowiadają na to pracownicy głuchołaskich wodociągów. "Ale nasze
      normy dotyczące czystości wody są różne od czeskich. Oni też
      całkowicie lekceważą kwestię odległości między oczyszczalnią a
      ujęciem wody pitnej. Przy normalnym przepływie wody problemów
      faktycznie nie ma. Ale, gdy jest susza jakość wody pitnej
      natychmiast nam spada. A co w wypadku katastrofy, co w czasie
      powodzi..."
      Strona polska przedstawiła projekt rozwiązania. Miał to być
      kolektor, coś w rodzaju by-passeu, omijający ujęcie wody pitnej,
      odprowadzający oczyszczone ścieki z Czech, poniżej ujęcia. Czesi
      uznali, że to może i dobry pomysł. "To sobie budujcie" -
      stwierdzili, bo z ich strony oczyszczalnia to "ne ni problem".
      Sprawa dotarła do Ministerstwa Środowiska i tam okazało się, że
      prócz pieniędzy na kolektor trzeba rozwiązać szereg prawnych
      problemów. Bo to i wwożenie (a raczej wlewanie) odpadów na teren
      Polski, i problem według jakich norm - czeskich czy polskich -
      naliczać opłaty i kto te opłaty ma płacić, i komu ma
      płacić. "Rozwiązanie się znajdzie, jak będziemy razem w Unii
      Europejskiej, bo wtedy obowiązywać nas będą jednakowe normy" - tak
      samo, jak w Bogatyni słyszę w Głuchołazach.

      Import ścieków i wody pitnej

      Z resztą, oczyszczalnia nad ujęciem wody, to zaledwie część
      problemów. W Głuchołazach nie wyobrażają sobie rozwiązania
      gospodarki wodno-ściekowej bez współpracy z Czechami.
      Jest projekt - logiczny i korzystny dla wszystkich. Budowa kolektora
      transgranicznego niosącego ścieki z czeskiej Zlatej Hory poprzez
      Jarnołtówek do oczyszczalni w Prudniku. Pomysł pasujący wszystkim. I
      Zlatym Horom, i Głuchołazom. I Prudnikowi, który ma za wielką, jak
      na swoje potrzeby, oczyszczalnię. Pieniądze na realizację gotowe są
      wyłożyć zainteresowane gminy. Ale pieniądze, to jeszcze nie
      wszystko. Gorszą rzeczą są bariery prawne. Owe bariery, to
      najwidoczniejsza linia graniczna.
      Prudnik mógłby zarabiać na oczyszczaniu czeskich ścieków. Głuchołazy
      zaś mogą importować wodę pitną. Czesi mają na Podgórzu Jesienickim
      spore, niewykorzystane zasoby dobrej wody podziemnej. Gotowi są już
      teraz przesyłać ilość odpowiadającą zapotrzebowaniu 5-6 tys. ludzi,
      po niewielkich pracach adaptacyjnych mogą tę wielkość podwoić.
      Trzeba tylko znieść granicę, trzeba by oba kraje znalazły się w Unii
      Europejskiej.
      To nie są jedyne przykłady podobnych problemów transgranicznych.
      Możemy sobie wzajemnie świadczyć usługi w zakresie utylizacji
      odpadów stałych. Możemy tworzyć małe, nadgraniczne systemy przesyłu
      energii. Możemy tworzyć wspólne formy ochrony przyrody (wspólne
      rezerwaty, czy wspólne parki krajobrazowe).
      Woda transgraniczna, to przykład najbardziej przekonujący. Rzeki z
      naturalną dumą lekceważą linię graniczną. Koniecznośc ochrony Odry,
      Nysy i Białej Głuchołaskiej wymaga współpracy, wymaga przekraczania
      granic. Równie swobodnie, jak ową granicę przekraczają ścieki i fale
      powodziowe.
      Rozmówcy wierzą, że w ramach Unii Europejskiej łatwiej owe problemy
      transgraniczne będzie rozwiązać. Z pewnością. Bo widać potrzebne są
      organizmy ponadpaństwowe, by rozwiązać sąsiedzkie problemy.
    • szwager_z_laband Re: "Bo, proszę pana, Niemcy kradną nam wodę z Ny 16.02.08, 11:18
      to je tam kaj je tyn jedyn z nojwiynkszych banhofow, a tera go
      rujnujom

      no ja, mozno trocha wiyncyj we prawo ...
      • ballest Re: "Bo, proszę pana, Niemcy kradną nam wodę z Ny 16.02.08, 11:30
        Stix zapomniou, ze Nysa to od wiekow niemieckou rzyka
        !
        • cirano Re: "Bo, proszę pana, Niemcy kradną nam wodę z Ny 16.02.08, 12:13
          Pod Lwowym jym Ukraincy do studni srali, na Ślonsku Czechy i Niymce. Niy ma
          bardzij prześladowanego i niyszczynsliwego a przitym porzondnego narodu
Pełna wersja