stix
28.12.08, 20:24
www.polskiejutro.com/art/a.php?m=w&p=33wywiad&id=1021
Polskie Jutro: To Polska chce wstąpić do Unii Europejskiej, a nie Unia do Polski - rzucają w chwilach rozdrażnienia urzędnicy z Brukseli. - Nikt w Unii nie będzie płakał, jeśli Polska nie zostanie członkiem UE - wtóruje urzędnikom premier Leszek Miller. Urzędnicy i premier - zdaniem niektórych polskich przeciwników Unii - nie mówią jednak prawdy. Na przyjęciu Polski do UE zależy bowiem nie tylko wielu politykom znad Wisły, ale i Niemcom.
Stanisław Michalkiewicz: Niemcy od początku finansują zabawę pt. Unia Europejska. Od początku wpłacają do kasy więcej, niż z niej otrzymują, a różnica to równowartość miliardów dolarów rocznie. Przypuszczenie, że postępują tak powodowani wyłącznie altruizmem nie wytrzymuje krytyki.
PJ: Jaką zatem korzyść mają nasi zachodni sąsiedzi z łożenia na utrzymanie Unii?
SM: Niemcy to państwo poważne. W polityce zagranicznej wytyczają cele na wiele lat naprzód. Od II wojny światowej ich celem jest obalenie skutków Poczdamu, zerwanie kagańców i kaftanów bezpieczeństwa, jakie im tam nałożono.
Rozszerzenie UE to po pierwsze, powiększenie wpływów niemieckich na wschodzie. Po drugie, po wejściu Polski do UE zniknie granica polsko-niemiecka. Zjawisku temu warto poświęcić uwagę choćby dlatego, że Polska nie podpisała po wojnie z Niemcami traktatu pokojowego. Pozwala to niektórym utrzymywać, że Niemcy nadal istnieją w granicach z 1937 roku. Tu pojawia się sprawa trzecia, mianowicie przesiedleńcy. Niemcy cały czas głoszą, że przesiedlenie obywateli niemieckich po wojnie było aktem bezprawia w stosunkach międzynarodowych. W Unii Europejskiej takie bezprawie nie może mieć miejsca. Powiększenie UE pozwoli więc Niemcom bez wystrzelenia jednego naboju osiągnąć cele, o które w przeszłości toczyły wojny, a także ułatwi powrót osobom - i ich potomkom - zmuszonym po 1945 roku do opuszczenia swych domów i majątków.
W ciągu najbliższych 20 lat zjednoczenie Niemiec dokona się całkowicie, to znaczy terytorium niemieckie będzie znowu rozciągało się w granicach z 1937 roku. W tym czasie Europa zostanie podzielona na część unijną i rosyjską, przy czym w tej ostatniej, jak się zdaje, znajdą się Białoruś i Ukraina. Polska potrzebna jest Niemcom jako obszar pogranicza, który będzie oddzielał macierz od Rosji. Ziemie położone na wschodnich rubieżach państwa mają być słabo uprzemysłowione, natomiast obficie zalesione, z dużą ilością łąk i pastwisk.
PJ: Taka forma państwowości nie musi zaspokoić narodowych ambicji wielu Polaków. Jaki jednak mamy wybór poza Unią Europejską?
SM: Rozgłaszanie wszem i wobec, że nie mamy innego wyjścia oprócz Unii jest karygodnym błędem. Nawet jeśli rzeczywiście wyjścia nie mamy, psim obowiązkiem dyplomatów, kręgów opiniotwórczych i innych było w czasie negocjacji przekonywanie wszystkich, że przeciwnie, możemy wybrać inne rozwiązanie. Taką postawę każe przyjąć podstawowe doświadczenie kupieckie. Wie o tym każdy, kto choć raz coś w życiu sprzedał. Naszym mężom stanu i negocjatorom tej wiedzy zabrakło.
Brak kupieckiej zaradności, który cechował nadwiślańskich prominentów w czasie targów o członkostwo w Unii jest bolesny tym bardziej, że Polska może wybrać inną drogę rozwoju. Jaką? Wskazał ją między innymi Milton Friedman 12 lat temu na spotkaniu z Obywatelskim Klubem Parlamentarnym. Amerykański noblista w dziedzinie ekonomii powiedział wówczas, że Polska nie powinna naśladować bogatych krajów Zachodu, ponieważ nie jest bogatym krajem. Powinna dziś robić to, co kraje bogate robiły, kiedy były biedne.
Dobrobytu i siły państwa nie uda się osiągnąć bez strategii i polityki, przede wszystkim jednak suwerenności. Niezbędne jest też wyrzeczenie się przez tak zwane elity pasożytnictwa.
PJ: Tymczasem jednak rząd utwierdza nas w przekonaniu, że poza Unią nie ma dobrobytu, bezpieczeństwa i demokracji. Do wysiłków tych dołączają swój głos nawet niektórzy hierarchowie katoliccy wskazując, że wejście Polski do UE korzystnie wpłynie na ewangelizację Europy.
SM: Skoro tak, to cóż mamy sądzić o możliwościach ewangelizacyjnych episkopatów w krajach unijnych, na przykład we Francji? Że nie umieją ewangelizować? Jeśli jednak rzeczywiście mamy ocalić Stary Kontynent przed pogaństwem, to nasze państwo wcale nie musi wstępować do UE, aby ewangelizować Europę. Po pierwsze cele, do których dąży Kościół, nie zawsze są zbieżne z celami, do których dąży państwo. Po drugie, mamy przecież tęgich ewangelizatorów na eksport.