stix
28.02.09, 10:49
poznan.naszemiasto.pl/inne/specjalna_artykul/40653.html
To był jeden z tych mroźnych styczniowych dni 1945 roku, kiedy Armia Czerwona z wielką siłą zadawała kolejny cios hitlerowskim wojskom. Niemcy cofali się, czasami składnie, częściej w popłochu. Zdarzenie, które miało miejsce nieopodal dworca kolejowego w Szydłowcu, mogło się wydarzyć wszędzie.
Dla pana Wiesława było wyjątkowe, bo dom jego rodziców stał obok stacji.
- Mój ojciec był wtedy młodym mężczyzną, wszystko bardzo dokładnie zapamiętał i potem mi opowiedział. Był świadkiem śmierci kilku niemieckich żołnierzy - opowiada pan Wiesław.
Jeden z nich był kierowcą ogromnej ciężarówki do przewozu amunicji. Zginął trafiony strzałem z radzieckiego czołgu. Kolejny uciekał za nasyp kolejowy, ale i tam sięgnęła go seria z „pepeszy”. Trzeciego radziecki oficer wyciągnął z domu na podwórko, krótko przesłuchał, po czym wyciągnął pistolet i z najbliższej odległości strzelił mu w głowę. Czwarty z nich był ranny i schował się pod stojący niemiecki czołg. Reszta załogi opuściła maszynę, w której zabrakło paliwa. Ojciec pana Wiesława opowiadał, że widział, jak radziecki żołnierz wyciągnął go spod czołgu i jak Niemiec błagał go o życie. Prosił, żeby go nie zabijać. Mówił, że ma żonę i dwójkę dzieci. Żołnierz nie chciał słuchać i serią przestrzelił mu pierś.