stix
20.05.09, 19:54
wyborcza.pl/1,76842,6626184,Atlas_niemieckiej_biedy.html
Najbardziej ucierpi byłe NRD. We wschodnioniemieckiej Meklemburgii w ubóstwie żyje już co czwarty mieszkaniec. Eksperci ostrzegają, że będzie gorzej.
- Z miesiąca na miesiąc przychodzi do nas coraz więcej ludzi. Dajemy im jedzenie i ubranie. Karmimy ich dzieci. Całe szczęście, mamy jeszcze sponsorów - mówi Dagmar Wegner, szefowa Czerwonego Krzyża w Stralsundzie, czwartym co do wielkości mieście Meklemburgii - Pomorza Przedniego.
Według opublikowanego właśnie "Atlasu biedy" w tym właśnie mieście w ubóstwie żyje 27 proc. mieszkańców. To najgorszy wynik w kraju, ale w pozostałych częściach Niemiec wcale nie jest o wiele lepiej. - Jeśli nie zaczniemy natychmiast działać, upadek grozi całym regionom - przestrzega Ulrich Schneider, szef Parytetowego Związku Socjalnego, organizacji pozarządowej, która przygotowała atlas.
Autorzy przeanalizowali dane o dochodach rodzin w poszczególnych powiatach. Uznaje się, że w biedzie żyją te, w których dochód na głowę nie przekracza 764 euro na miesiąc, czyli 60 proc. przeciętnego uposażenia. Za taką kwotę w Niemczech można przeżyć, ale pieniędzy starcza tylko na zapewnienie podstawowych potrzeb.
Gdy autorzy nanieśli wyniki na mapę Niemiec, zaznaczając skalę biedy odcieniami czerwieni, wyłoniły się kontury byłej NRD. Tu w ubóstwie żyje średnio co piąty mieszkaniec.
Choć w latach 90. we wschodnie landy wpompowano ponad bilion euro, dalej panuje tam dwucyfrowe bezrobocie, a powiaty dodatkowo borykają się z wyludnieniem.
Ossi wyemigrowali za chlebem na zachód, ale i tam nie jest tak różowo. W północno-zachodnich landach Niemiec w ubóstwie żyje 15 proc. mieszkańców. W Hamburgu - najbujniej rozwijającej się niemieckiej metropolii, wskaźnik biedy jest tylko o procent niższy od regionalnej średniej. Bieda zagląda w oczy nawet mieszkańcom bogatej Bawarii i Badenii - tam jednak są rejony, gdzie wskaźnik nie przekracza 10 proc.
"Atlas" to pierwsza całościowa publikacja dotycząca biedy w Niemczech. Problem nie jest jednak nowy. W Stralsundzie jadłodajnia Czerwonego Krzyża działa od lat. Pod koniec lat 90. obsługiwała głównie bezdomnych, którzy nie potrafili się odnaleźć po upadku NRD. Do tego dochodzili bezrobotni, dawni pracownicy miejscowej stoczni, którą sprywatyzowano. Od kilku lat przychodzą zwykli ludzie, którzy mimo zasiłku nie potrafią związać końca z końcem. Żywność pochodzi z okolicznych supermarketów i piekarni, które przekazują produkty, którym kończy się data ważności, lub niesprzedane pieczywo.
- Zauważamy, że biedę się dziedziczy. Dzieci wychowywane w ubogich rodzinach nie zdobywają wykształcenia, nie są w stanie znaleźć pracy i klepią biedę tak jak rodzice - mówi Dagmar Wegner. Jej słowa potwierdzają naukowcy, którzy zaobserwowali, że w Niemczech w biedzie żyją nie tylko dzieci bezrobotnych, ale nawet ich wnuki.
By chociaż trochę zniwelować to zjawisko, wolontariusze Czerwonego Krzyża pomagają biednym dzieciom w odrabianiu lekcji. W landzie w biedzie żyje 56 tys. dzieci, a w całych Niemczech 1,35 mln.
Sytuacja pewnie będzie jeszcze gorsza, bo Niemcy mocno dotknął światowy kryzys. Szacuje się, że w tym roku gospodarka może skurczyć się nawet o sześć procent. A to oznacza większe bezrobocie (dziś bez pracy jest 3,5 mln ludzi) i biedę.
Sprawa ma też polityczny charakter - biedni chętniej popierają radykałów. W taki sposób w Meklemburgii popularność zyskali neonaziści z NPD, którzy w 2006 r. wprowadzili do landtagu swoich posłów. Na frustrację biednych liczy też postkomunistyczna Lewica, partia dawnych enerdowskich komunistów i lewaków z zachodnich Niemiec.
- Rząd nie radzi sobie z biedą. Miliardy na walkę z recesją nie są rozdzielane równomiernie. Grozi nam powiększanie się przepaści między biednymi i bogatymi landami - uważa Ulrich Schneider. I wzywa, by rząd jak najszybciej podniósł zasiłki bezrobotnym z 340 do 440 euro. Berlin, który wydał już miliardy na ratowanie zagrożonych upadkiem banków i koncernów i rekordowo się przy tym zadłużył, jest na te apele głuchy.