Niemcy mordują lwowskich uczonych.

21.07.09, 12:56
lwow.home.pl/albert/albert-pl.html
Najdokładniejszą jednak relację o rozstrzelaniu profesorów podał
inż. Karol Cieszkowski:
„[...] Nocą z 3 na 4 lipca około godziny 22 usłyszałem gwałtowne
dobijanie się do sąsiedniej kamienicy, tj. przy ul. Nabielaka 53c,
gdzie mieszkał prof. Witkiewicz. Gdy nikt nie otwierał dobijającym
się, ci strzelili, jak się później dowiedziałem w zamek bramy.
Niebawem około godziny 0.30 przyszli Niemcy do naszej kamienicy i
zabrali mieszkającego w parterze prof. Stożka z dwoma synami. Czy
ich zabierali autem, czy pieszo, tego nie wiem. Przez dalszą część
nocy nie spałem, ponieważ byłem silnie podenerwowany. O 4 nad ranem,
a godzinę tę dokładnie pamiętam, ponieważ właśnie liczyłem sobie
tętno przy pomocy fosforyzującego zegarka, usłyszałem strzały od
strony Wzgórza Wuleckiego. Szarzało wówczas i zaczynało być widno.
Na krawędzi Wzgórza Wuleckiego dobrze widocznego z okna mego
narożnego pokoju, najbardziej wysuniętego na północ, ujrzałem
kilkadziesiąt cywilnych osób stojących w jednym rzędzie, a nieco
dalej od nich na prawo i lewo stali bardzo szykownie, powiedziałbym
elegancko ubrani oficerowie niemieccy z rewolwerami w ręku. Nie
liczyłem tych cywilnych osób, ale oceniłem je na około 40-50 osób.
Mniej więcej w połowie zbocza zobaczyłem nad wykopaną jamą cztery
cywilne osoby zwrócone twarzą do zbocza, a plecami do mnie. Za
plecami tych osób stali czterej niemieccy żołnierze z karabinkami w
ręku, a obok nich oficer. Zapewne na słowną komendę tego oficera
żołnierze równocześnie strzelili i wszystkie cztery osoby wpadły do
jamy. Wówczas sprowadzono z góry ścieżką nowe cztery osoby i cała
scena dokładnie się powtórzyła. Trwało tak do końca, aż wszystkie
osoby cywilne zostały sprowadzone nad jamę i zastrzelone. Ostatnią
osobą rozstrzelaną była kobieta w długiej czarnej sukni. Schodziła
ona sama, słaniając się. Gdy przyprowadzono ją nad jamę pełną trupów
zachwiała się, ale oficer podtrzymał ją, żołnierz strzelił i wpadła
ona do jamy.
Jeśli chodzi o szczegóły tej egzekucji, to rozpoznałem niektóre
osoby bardzo dokładnie. Nie tylko rozpoznałem je, bo patrzyłem przez
lornetkę, ale niektóre osoby doskonale znałem i rozpoznawałem je
nawet gołym okiem po ubraniach, charakterystycznych ruchach itp. Z
całą pewnością rozpoznałem prof. Stożka. Stanął on nad jamą w owej
charakterystycznej pozie z rękami założonymi w tył. Rozpoznałem obu
synów prof. Stożka, z którymi się przyjaźniłem, profesorów:
Łomnickiego, Pilata i Witkiewicza. Nie widziałem lub nie rozpoznałem
profesorów Weigla i Krukowskiego. Zaznaczam jednak, że egzekucji
pierwszych osób nie widziałem, bo dopiero po pierwszych strzałach
podszedłem do okna. Również nie widziałem więcej kobiet poza tą
jedną na samym końcu rozstrzelaną.
Doskonale pamiętam, że jedna z czwórek skazańców schodziła nad jamę
niosąc zemdlonego13. Inna czwórka bardzo wolno schodziła, bo jeden
ze skazańców mocno utykał. Przypuszczam, że to był prof. Bartel, ale
nie rozpoznałem go14. Pamiętam, że gdy jedna z czwórek stanęła nad
jamą już tyłem do żołnierzy, wówczas jeden ze skazańców obrócił się
ku żołnierzom, i trzymając kapelusz w ręku (wszyscy skazańcy
zdejmowali, zapewne na rozkaz) zaczął coś mówić, żywo gestykulując.
Na to oficer, stojący z boku zrobił gest ręką, by on się odwrócił,
co ten też uczynił, a wówczas żołnierze strzelili. Z innych
szczegółów zapamiętałem, że jeden ze skazańców na sekundę przed
wystrzałem padł do jamy (przypuszczam, że zrobił on to celowo, by
się ratować) i zaraz po wystrzale wyskoczył z jamy, ale żołnierz
strzelił, ten się zachwiał i wpadł do jamy. Jama była wykopana w
kształcie prostokąta przedzielonego w poprzek nieprzekopanym
pomostem, wobec czego skazaniec na nim stojący wpadając po strzale
czy to w przód, czy też w tył, zawsze wpadał do jamy. Raz tylko się
zdarzyło, że jeden z synów prof. Stożka, stojący na pomoście nad
jamą, na kraju czwórki padł po strzale nie do jamy, lecz poza nią i
wówczas żołnierze ściągnęli go do jamy.
Po zakończeniu egzekucji, koło jamy pozostał pluton egzekucyjny z
oficerem. Żołnierze zdjęli płaszcze, zakasali rękawy, wzięli łopaty
do rąk i zaczęli zasypywać jamę. Robili to początkowo bardzo
ostrożnie, ponieważ ziemia dookoła była silnie zbryzgana krwią,
którą widziałem w postaci dużych czerwonych plam. Żołnierze od czasu
do czasu przerywali pracę, przysłuchiwali się oficerowi, który im
coś opowiadał, jakby wyjaśniał. Całą egzekucję obserwował z mego
pokoju ojciec, moja siostra i współlokatorka. Wszyscy ci zeszli się
do mego pokoju, ponieważ był on najbardziej wysunięty ku północy, a
więc ku Wzgórzu Wuleckiemu. Ojciec obserwujący egzekucję nie odezwał
się cały czas ani słowem i nigdy potem ze mną na ten temat nie
rozmawiał. Natomiast sublokatorka i siostra moja rozpoznawały
poszczególne osoby i gdy np. sprowadzano nad jamę synów Stożka,
krzyknęły: »O! Prowadzą Mulka«.
W rok później stosunkowo głośno było o tym, że profesorowie zostali
zabici i pogrzebani na Wzgórzu Wuleckim. Po obserwacji z mego okna,
że nikt nie pilnuje grobu, udałem się następnego wieczora po
egzekucji na miejsce rozstrzelania i zauważyłem świeży grób.
Zwróciło moją uwagę, że pasące się obok bydło stawało nad grobem i
długo węszyło. Grób był płaski, a gdy poszedłem ponownie nad niego
po kilku tygodniach, rósł na nim bujnie oset, zapewne zasiany przez
żołnierzy. Jeśli idzie o sprawę wykopania trupów profesorów z grobu
w r. 1943, nie znam bliżej tej sprawy, ponieważ na krótko przed tym
zostałem wraz z rodziną wysiedlony przez Niemców z kamienicy przy
ul. Nabielaka, mimo że nikt tam potem już się nie sprowadził i
mieszkanie stało puste". Tyle inż. Cieszkowski.
-----------------------------------
Barbarzyńcy.
Pełna wersja