zilaz
09.05.02, 06:49
Początek:
Nagle pojawiło się małe swiatełko. Stawało się coraz silniejsze. Powoli przenikało przez, gruby, stary, ceglany mur. Smugi tworzone za sprawą podnoszoncego się kurzu były świadectwem ogromu tego co się dzieje. Z dnia na dzień ściany pękały wpuszczając coraz więcej, tej niezwykłej życiodajnej energii. Powoli wyciągałem kolejne cegły. Nagle stałem się nieustraszony, gotowy na wszystko i nic nie sprawiało dla mnie większego problemu.
Pewnego dnia siedząc w samym sercu starego posępnego zamczyska usłyszałem cichy szelest. Książki spokojnie leżamły po kątach dysklutując na im tylko znane tematy. Trochę klisz fotograficznych i starych rysunków leżało na stole. Świeczki stojące na słoikach oblanych ze wszystkich stron parafiną zamigotały. "Tak, to juz chyba najwyższa pora" pomyślałem i wsztystko do okoła mnie czaczęło wibrować i powoli unosić się w powietrze. Blask przeszył kubki po kawie i brudna butelkę po winie. Cała spuścizna, wszystko co wytworzyłem przez te lata przestało mieć teraz jakiekolwiek znaczenie. Manuksrypty z niezliczonymi przemyśleniami rozpłyneły się uwalniając niezwykły potok myśli. Czasem w ścianach wybijałem drobne okienka. Oglądałem z nich ludzi, tam na dole. Teraz widziałem wszystko, a to czego najbardziej się bałem okazało się czymś najcudowniejszym co mnie kiedykolwiek spotkało. Dopiero teraz zorientowałem się jak bardzo się myliłem myśląc że to co zbudowałem zapewni mi wolność. Byłem nikim innym jak więźniem we własnym domu.
Koniec:
Dlaczego? Biegając po łąkach czasem się potykaliśmy. Tylko, dlaczego wiele z tych potknięć było niegrzecznym podstawieniem nogi? Teraz jest już po wszystkim. Już koniec, koszmar zrodzony z tej niezwykłej siły już się zakończył. "Przynajmniej powiedziała przepraszam", pocieszam sie w duchu. Tylko, co dalej? Nie mogę bez niej żyć? Przecież żyję. Kolejny wschód i zachód słońca. Huśtawka kiwająca się na wszystkie strony. Światełko gdzieś jeszcze głęboko, radośnie świeci. Robotnicy pracujący nad nowym, trwalszym fundamentem.