toytoyek
07.10.05, 10:52
Cześć, może mi ktoś coś mądrego doradzi.
Związek w którym tkwię trwa już 7 lat. Na początku było spontanicznie,
fajnie, a potem nagle okazało się, że zaczynamy się powoli rozmijać.
zasadniczo czasu dla siebie mieliśmy jakoś mniej. Trzy lata temu kupiłem
mieszkanie do którego wprowadziliśmy się będąc wolnym związkiem. Ja od
początku chciałem założyć rodzinę, mieć dzieci i wszelkie takie sprawy - 27
wiosen już mam no i czuję z każdą chwilą coraz większą potrzebę zostania
tatusiem i wszystkiego co się z tym wiąże. Problem w tym, że o ile z czasem u
mnie takie potrzeby narastały, o tyle u Niej - malały. Po pójściu do pracy
wszystko poza pracą zeszło na drugi plan - kariera, kariera i jeszcze raz
kariera. No a przy tym też kasa - to się stało okropnie ważne. Rok temu
dostała dobrą propozycję pracy we Francji. Umówiliśmy się, że ją przyjmie i
pojedzie, ale na nie więcej niż rok. Rok mija, a ja włąśnie u niej niedawno
byłęm. No i dowiedziałem się, że zaczęło Jej się naprawdę podobać, że rozważa
czy tam dłużej nie zostać. ZERO pytania co ja o tym myślę... No i potem
zaczęł się rozmowa, z której wynikało mniej więcej tyle, że Ona nie czuje się
szczęśliwa, że ma wątpliwości i gdyby teraz miała się np. ze mną "mężyć" to
nie byłaby przekonana... Na moje konkretne pytanie "zatem co?" w zasadzie
dostałem odpowiedź z któej wynikło, że może ja sobie w tej Polsce a ona w tej
Francji jakoś zaczniemy żyć osobno. Wróciłem. No i kolejny tydzień, a nawet
już prawie dwa, dostaję SMSy, telefony i maile takie jakby nigdy nic.
Wreszcie zadałem konkretne pytanie o co chodzi, dowiedziawszy się, że Ona
planuje przyjechać do Polski żeby pogadać. No więc zmieniła zdanie i chce
rozmawiać o problemach w naszym związku. W jakimś tam kolejnym, nie wiem
któym, mailu zaproponowałem żebyśmy może wyjaśnili sobie co dla nas jest
problemem i jak widzimy swoją przysżłość - może coś się da w tych kwestiach
ustalić. Może jestem niedobry, ale dla mnie podstawową kwestią jest to, że
związek nie polega na współegzystencji w odległości kilku tysięcy kilometrów
od siebie i jest przynajmniej o milimetr ważniejszy od kariery zawodowej. A
ona - po długich wyciąganiach - że nie chce teraz stamtąd wracać jeszcze, bo
dopiero zaczęło jej iść, zaczyna coś w tej cholernej pracy osiągać...
No i nie wiem co mam zrobić. Czuję się trochę oszukany - od ZAWSZE mówiłe, że
ja z Polski nigdy nie planuję wyjechać, Ona wiedziała o tym od początku.
Nadarzyła się okazja takiej pracy - ustaliliśmy (choć nie byłem z tym
szczęśliwy), że rok. A tu nagle się okazauje, że może dłużej... a jaką ja mam
gwarancję, że potem się nie okaże, że jeszcze dłużej? I tak mi to życie
ucieknie, a boję się, że nawet jak Ona wróci, to materiał z niej na żonę i
matkę może być oporny, bo kariera jest dla Niej numer jeden. Ja nie chcę żony
kucharki czy rozpłodowej krowy, jak to niektórzy określają, ale trudno mi
sobie wyobrazić nie mieć normalnej rodziny i jakoś nie pojmuję jak to jest,
że prawie nigdy Jej nie zdarzy się np. zrobić z własnej woli obiadu czy
sprzątnąć, bo jest wiecznie zmęczona. Ja rozumiem, ale jak się siedzi po
kilkanaście godzin w pracy to się z definicji jest zmęczonym... Wakacje - tak
samo: większa aktywność = opór materii ("nie chcę zmęczona wracać z
wakacji"). Czy takie coś można jakoś zwalczyć? Bo nie jest dla mnei problemem
zrobić samemu obiad czy nawet iść na miasto coś zjeść - żaden kłopot. Ale
chodzi o sam fakt, a nie o cholernego kotleta!
No to doradźcie mi proszę: co ja mam zorbić? Powiedzieć "nie dziękuję"?
Namawiać do powrotu? Poszukać kogoś innego? A jeśli kogoś innego, to czy
istnieją na tym świecie jeszcze kobiety, które są w wieku zbliżonym (jakieś
do 28), gdzieś tam pracują, ale praca nie jest dla nich (tak jak i dla mnie)
fetyszem, są inteligentne, czasu nie spędzają tylko na gniciu przed
telewizorem, a wakacji tylko na leżeniu na plaży albo piciu kolejnej kawki, a
do tego jeszcze są wolne i niebrzydkie (=nie koniecznie bardzo piękne, ale
nie pozostające w samotności tylko z uwagi na swoją fizyczność?). Czy też
może już wszystkie kobiety w tym wieku, które są jakoś wykształcone i jakoś
wyglądają (przepraszam, nie chcę nikogo urazić, ale jakoś nie sklada mi się
ładniej) nie widzą świata poza pracą?
Pozdrawiam wszystkich wątpiących (i niewątpiących też),
toytoyek