white.falcon
15.05.06, 22:19
Na kanwie poniższego wpisu u Kobietybezserca "wyciagam" coś, co jest z życia
wzięte i co mnie w jakiś tam sposób uderzyło i gnębi od już nawet nie kilku
dni, tylko dni -nastu.
Kurcze blade i w paski - u mnie - na najspokojniejszym osiedlu w Wa-wie w
przepiękne święta majowe jeden chłopak z drugim nie doszli do porozumienia i
jeden drugiego ciapnął... nożem. 17-latkowie zamiast za przeproszeniem dać
sobie po gębie zrobili coś takiego.
Chodziło o dziewczynę, którą jeden kochał, a drugi chciał kochać. Jeden
zginął na miejscu, a drugi powiesił się w areszcie dwa dni później. Jak obok
wyrzutu sumienia - chodziłam obok takiego małego kwadracika ze zniczy pod
sąsiednim blokiem, choć to nie o mnie chodziło i wogóle sprawa mnie nie
powinna dotyczyć. Czułam się z tym źle, niedobrze. Tego zabitego chłopaka
znałam z widzenia - był sympatyczny, czasem z kolegami siedział na murku w
bandamce i grał romantyczne piosenki na gitarze. Drugiego nie znam. I tak mi
ich żal. Mogli żyć, cieszyć się tym światem. 17 mieli lat... I starczy? :-/
Jak Wy to rozumiecie? Bo ja - głupia Sokółka nie umie pogodzić się z czymś
takim. A najsmutniej mi było widzieć, gdy na takiej dużej trzcinowej pałce
powiewała bandamka chłopaka i uświadomiłam sobie, wzięło to mnie za serce, że
tego wesołego chłopaka na murku nie zobaczę już nigdy. Chyba to "nigdy" mnie
dobija. :-/
Wypisałam się, wybaczcie. Mnie to p[oprostu gnębi. :-(