Gość: nieważne_kto
IP: 213.17.172.*
12.02.03, 22:43
Prawie noc. Spokój, cisza, za oknem wszechobecny biały puch, a w głowie splot myśli. Dobrych, złych, ulotnych i tych odwiecznych. Radość pisania.
To, co chcę Wam "zarzucić" tłucze mi się po głowie od lat. Wróciło, gdy pisałem jedną z odpowiedzi.
Zastanówcie się...
Gdzieś-tam napisałem, że samotność, małe złośliwe zwierzątko, co prawda nas boleśnie gryzie, ale te ukąszenia mogą być stymulacją życia. Nie muszą - mogą.
Czy zastanawialiście się, dlaczego związki ludzi, majace wszelkie dane po temu, by być szczęśliwie wiecznotrwałe, zaczynają się niespodziewanie rozpadać? Często jest tak, że sami ich uczestnicy nie mogą tego zrozumieć. Ranią siebie nawzajem, właściwie bez powodu. Robią rzeczy, których potem żałują. Jeśli to wynika z różnic (charakterów, poglądów, upodobań), wszystko jest zrozumiałe. Ale, w sytuacji, gdy wszystko się układa dobrze - dlaczego?
Może dlatego, że naszym podświadomym, największym marzeniem jest stan zakochania - tej fazy początkowej - stan największych uniesień, niepewnosci, dążenia do...?
Może, jak kania dżdżu, co pewien czas potrzebujemy stymulacji? Będąc w stabilnym, szczęśliwym związku marzymy o tym, by móc marzyć o miłosci, a będąc sami - marzymy o stabilnym, szczęśliwym związku?
Może równina jest zbyt monotonna, by na niej wytrzymać?
Człowiek, stojąc u podnóża góry wie, że droga na szczyt jest męcząca i niebezpieczna. Ale włazi. Widzi piękny, zachwycajacy widok. Siedzi pół dodziny, godzinę, dwie i... ma ochotę zejść. Schodzi, cieszy się że już jest na dole, czasem sobie obiecuje że nigdy więcej. Ale następnego dnia włazi na kolejną, jeszcze trudniejszą, jeszcze wyższą i bardziej niebezpieczną.
Bo monotonia to śmierć za życia.
Jeśli chcecie - napiszcie coś.
Jeśli nie - pomyślcie...