wredna.suka
25.09.06, 19:52
I pewnie zaraz mnie tu zlinczujecie, ale...
Poderwałam faceta, 34 lata, żona, dziecko.
Cholernie mi sie spodobał. Pracujemy razem.
Na początku żartowałam z wszystkiego.
Jawnie go podrywałam i jednocześniej żartowałam.
Nie liczyłam na nic- dosłownie na nic.
Nic sobie nie wyobrażałam.
Uważam, że nie mam prawa niczego oczekiwać, więc nie oczekuję.
Dużo smsowaliśmy, tu już się nie powstrzymywałam.
On miał ogromny dystans do całej tej sytuacji, twierdził, że go zawstydzam.
W końcu napisał, że mam oficjalne zobowiązania i nie może nawalić.
Ja na to, że OK i znikam.
A on, żebym tego nie robiła, żebym została, że coś zaiskrzyło, że już jestem w
jego życiu i sercu... aż w końcu padło: "MUSIMY SIE ZOBACZYC, JESLI TYLKO
ZECHCESZ".
Oczywiście, że chciałam, czekałam na to dwa dni.
W pracy rozmawialismy mało, nie było na to czasu ale kiedy już udało nam się
spędzić trochę czasu ze sobą, było bardzo fajnie.
Śmialiśmy się, patrzyliśmy na siebie inaczej niż zwykle...
A dziś... na tym spotkaniu... powiedział mi wszystko, że chce spróbować, że da
nam szansę na poznanie się (ja niczego innego teraz nie chcę).
Ale... on już prawie chciał odchodzić od żony... już snuł plany na
przyszłość... dziwnie to wszystko brzmiało, tak dziwnie, że aż ja się
wystraszyłam.. a na koniec odmówił pocałowania mnie.
Wiem... nie jest jeszcze gotowy...
Bez sensu jest ta historia... ale musiałam to napisać... w sumie nie wiem też
po co...