demolutionman
25.12.06, 17:12
W czerwcu poznałem zdawało się cudowna dziewczynę...Zaczęliśmy sie spotykać,
po czym co prawda już na może trzecim spotkaniu powiedziała mi że kogos ma.
Nic na to jednak nie wskazywało, wiec nie bardzo sie tym przejąłem. No cóż
okazało sie ze faktycznie kogos ma :-( Jednak, sai rozumiecie - albo i nie-
ja juz byłem mocno wkrecony. Spotykalismy sie nadal. To co na poczatku było
tylko przelotnym romansem stało sie uczuciem, w każdym razie z mojej strony.
Potem z jej tez. Zostawiła swojego faceta (podobno) choć dalej z nim
mieszkała. Powiecie, że to ściema, ale zabrała mnie do swoich rodziców na
weekend i przedstawiała im i znajomym jako nowego chłopaka. Potem znowu do
niego wróciła, ale dalej chciała sie spotykać. Ja zakochany wierzyem że to
sie kiedys zmieni. Ostatnio robiła mi pokazy "super" humoru, ale na moje
stwierdzenie, że trzeba sie przestać spotykać, stwierdziła, że tego nie chce
i że sama nie może się zdecydować czy być z nim czy ze mną. Tydzień temu nie
wytrzymałem i zadzwoniłem do jej faceta. Koniec końców rozwaliłem to co tam
było, nie wiem czy skutecznnie. Ale na tyle skutecznie że my juz ze soba
napewno nie bedziemy. Najlepsze/najgorsze jest w tym to że właśnie się
okazało że miał się jej oświadczac w Wigilje. Czy ktoś może mi powiedzieć,
czy to ja jestem taki po...... czy ona, czy my wszyscy??? Wiem, że zachowałem
sie bardzo podle, ale przez pół roku byłem i tak cierpliwy i uczciwy. Wiem że
to zepsułem, ale czy ktoś wytrzymałby że dziewczyna którą kocha wraca do
innego do domu????