Gość: nieszczesliwy
IP: 83.168.122.*
08.01.07, 10:39
Pewnie nie ma jakiegos uniwersalnego leku, na to zycie po "rozstaniu",
wiadomo, czas leczy rany, ale teraz jest mega ciezko. To spadlo tak nagle,
chociaz juz czulem wczesniej, ze cos nie tak, mimo ze obiecalismy sobie
poprawe, zmiane pewnych rzeczy, to wczoraj przeczytalem sms'a "musimy
pogadac", wiedzialem o co chodzi, akurat jechalem samochodem, 11 km pokonalem
w 3 minuty, az dziw bierze, ze policja mnie nie złapała ;) 16 miesiecy
zwiazku, nagle pryslo, bez powodu, w momencie kiedy zaczelo sie ukladac, kiedy
zaczalem starac sie wiecej niz zawsze, mimo tego, ze to ja zawsze sie
staralem, nie ona... to juz moj 3 zwiazek, i 3 razy "zepsułem go"? Szczerze,
to wiadomo, kazdy ma wady, ale teraz nie mam nic sobie konkretnego do
zarzucenia. Wyciagnalem od niej info, ze jest ktos, ma "sympatie", raz sie z
nim spotkala, rozmowy na gg itp. moze bylem za dobry? Ok, koniec rozczulania,
jak sobie teraz poradzic z tym wszystkim? Ma ktos jakies rady, cieple slowo?
Jak sobie poradzic kiedy nagle traci sie caly swój malutki swiat, swoja
milosc, kiedy nagle burzy sie cos, w co wlozylo sie duzo pracy, duzo
milosci... czy wielka milosc, zawsze musi za soba ciagnac wielki ból?