Miłość to cholernie trudna sprawa...

08.01.07, 15:57
tylko szkoda, że ja wcale tak nie uważam... Może bardziej precyzyjnie -uważam,
że jeżeli jest szczera i dojrzała to wszystkie trudności da się jakoś
przezwyciężyć. I to by było na tyle pesymizmu w tej materii na ile tylko mnie
stać jak na dzień dzisiejszy...

I przyłapałam się na rzeczy jeszcze gorszej: że się nie boję ani uczucia, ani
towarzyszącej mu odpowiedzialności, ani własnego zagubienia wobec sytuacji, że
coś jest "zbyt piękne aby mogło być prawdziwe". Ale na tym nie koniec moich
"grzechów". Nawet ryzyka kocha/nie kocha i ewentualnego bólu porażki już się
nie boję, traktując jako nieodłączny element życia. Tak się ze mną porobiło
przez te ostatnie lata.

I co ja teraz biedna, z moja psychiką przypominającą konstrukcję dziadkowych
cepów, zrobię w tym świecie, w którym każdy z miłości robi problem i torturę,
mota, gmatwa, komplikuje, lamentuje, tragizuje, "przed szczęściem żywi obawę",
ucieka, chowa się, wraca, gra na zwłokę... Ja się tu nie mogę odnaleźć, bo ja
już w niczym nie widzę nierozwiązywalnego problemu...

Postanowiłam zatem dokonać reszty żywota (cholera, sporo jeszcze tej "reszty"
mi zostało, nie mogłam czegoś innego wymyśleć?) poświęcając się Bogu i
rozważaniom nad jego bezgraniczną miłością (ten to przynajmniej z miłości
nigdy problemu nie robił, wręcz przeciwnie, Jezus umarł na krzyżu z miłości do
rodzaju ludzkiego).

Czy ktoś mi może powiedzieć do jakiego klasztoru (najlepiej zamkniętego) mam
się w tej sprawie zgłosić? Czuję w sobie mnóstwo miłości, a skoro to jest taki
wielki problem, że ją czuję, że ją chciałabym komuś dać, ot tak, z dobrego
serca (żadnych pytań czy chodzi o kogoś konkretnego -i tak nie odpowiem)... to
ja może rozwiążę ten problem poświęcając to co czuję Bogu? No bo jak się
rodzaj ludzki taki wybredny zrobił, że tylko to co złe przyjmuje od swych
bliźnich, a tego co dobre nie chce przyjąć i docenić... to ja przepraszam, ja
już więcej taka dobra nie będę :-)

Mea culpa...
    • meduza4 P.S. podsumowanie 08.01.07, 16:24
      Dużo krócej -chyba tylko Bóg jest jedyną istotą we Wszechświecie, która nie
      ogląda ofiarowanej Mu miłości jak podejrzanego, potencjalnie zgniłego jajka, z
      którego zaraz smród wyleci. I jeśli czegokolwiek miałabym sobie samej życzyć w
      Nowym Roku, to tylko tego, żebym ani nie musiała patrzeć na to, jak ktos
      podejrzliwie bada czyjąś miłość, ani aby moja nie była już więcej przedmiotem
      takiego badania...
      • x_psychol Re: P.S. podsumowanie 08.01.07, 16:31
        masz strasznie niską samoocenę, nad tym popracuj, a Bogu daj święty spokój ;)
    • facettt znam jeszcze trudniejsze :))) 08.01.07, 16:37
      to dla kazdego chlopa... wizyta u dentysty.

      ja Ci powiadam.
      na chlopa nie ma, w ogole, co liczyc.

      czeba sie rozprzestrzeniac samej :)))
      • analityczka Re: znam jeszcze trudniejsze :))) 08.01.07, 16:43
        No właśnie...ja liczyłam na żyradol to już z rok z żarówką u sufitu tylko
        mieszkam;)
        • meduza4 Re: znam jeszcze trudniejsze :))) 08.01.07, 17:02
          Ciesz się z tego co masz i wiarę w Bogu pokładaj...
          • samowolny Re: znam jeszcze trudniejsze :))) 08.01.07, 20:51
            meduza..a taka dobrą herbatniczką byłaś..wypije za twoje zdrowie ..wspomnij
            mnie kiedy zza klasztprnych murów :)
            • meduza4 Re: znam jeszcze trudniejsze :))) 09.01.07, 09:27
              Samowolny, cholero jedna, znaku życia nie dajesz, a ja nawet przed Świętami w
              Katowicach byłam. Teraz to już za siedmioma rzekami, za siedmioma górami...
              mieszkam...
          • analityczka Re: znam jeszcze trudniejsze :))) 09.01.07, 11:03
            Meduzko a Tobie co odpaliło?:)
            • meduza4 Re: znam jeszcze trudniejsze :))) 09.01.07, 13:57
              Co mi odpaliło... to tylko jeden facet na świecie wie, ja tego tłumaczyć nie
              będę... W każdym razie, uwierz mi, że albo umrę ze zgryzoty albo do klasztoru
              wstąpię...
      • meduza4 Re: znam jeszcze trudniejsze :))) 08.01.07, 17:00
        facettt napisał:

        > ja Ci powiadam.
        > na chlopa nie ma, w ogole, co liczyc.

        Zatem sam przyznałeś, że jedyna ma nadzieja oraz pocieszenie w Bogu...


        > czeba sie rozprzestrzeniac samej :)))

        Toż właśnie to mówię -Maryja była dziewicą i poczęła za sprawą Ducha Świętego.
        Wiem co czynię i przed klasztorną furtą mnie nie wstrzymuj, przyjacielu!

        Ale zanim tam pójdę to może sobie chociaż golniemy po kielichu? Wiesz, jak się
        za mną wrota zatrzasną, jak śluby wieczyste złożę, to za późno będzie choćby na
        jedno maleńkie piwo... A potem jeno śmierci będę czekać, co przyniesie mej
        znękanej duszy ukojenie...
        • Gość: kbs Re: trudna sprawa IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.01.07, 21:05
          oj meduzo, ale cie wzielo na podsumowania refleksyjnosc i w koncu seprecje
          chcesz uskutecznic
          a po coz az tak sie izolowac
          imc wolodyjowski tez sie slowami 'memento mori' chcial wesprzec habit i kaptur
          na glowe przywdzial a jednak nic mu to nie pomoglo bo kochal bezgranicznie te
          niesforna i niepokorna i cudowna baske - ona byla miloscia
          milosc trudna i wydaje sie paskudna bo wyrzeczen zadna
          i jest jak zaraza i na nia zadnego lekarstwa zaden farmaceuta nie wynalazl
          jak sie zakazisz to 'umarl w butach '
          '
          nie wczytywalam sie w posty , wiec tylko pare slow od sie daje - nie baczac na
          to kto i co powie na te moje post...
          a chandra minie ... kot imieniem chandra chadza wlasnymi drogami, nawet sie nie
          spostrzezesz, jak go nie bedzie ....znajdzie inna sciezke
          buziaczki

          -
          poznacie mnie po tresci
          ech meduzo meduzo
        • kwasna_cytryna Re: znam jeszcze trudniejsze :))) 08.01.07, 22:04
          Meduza, cudujesz :)
          Zresztą przypomnij sobie może i najsłynniejszą polską literacką furtę zakonną -
          Pana Michała Wołodyjowskiego. Moim skromnym zdaniem, jeśli nawet uda Ci się już
          za tę furtę wejść, to przyjedzie po Ciebie Baba Zagłoba i wyciągnie do Chorej
          Ketlingowej :)

          "On witał się ze wszystkimi, bo bardzo był owym przyjęciem rozrzewnion, a potem
          zaraz począł wypytywać:
          - Jak się ma Ketling? Zali żyw jeszcze?
          - Żyw! żyw! - odpowiedziano chórem i wąsy starych żołnierzy poczęły się
          poruszać w dziwnym uśmiechu. - Chodź do niego, bo nie doleży, tak cię
          niecierpliwie wygląda.
          - Widzę, że nie tak mu blisko do śmierci, jako pan Zagłoba prawił - odrzekł
          mały rycerz.
          Tymczasem weszli do sieni, a stamtąd do dużej izby. Na środku jej stał stół
          z przygotowaną ucztą, w jednym zaś kącie tapczan pokryty białą końską skórą, na
          którym leżał Ketling.
          - Przyjacielu! - rzekł pan Wołodyjowski spiesząc ku niemu.
          - Michale! - krzyknął Ketling i zerwawszy się na równe nogi, jak gdyby był w
          pełni sił, chwycił małego rycerza w objęcia.
          Ściskali się tedy tak, że chwilami Ketling Wołodyjowskiego, a chwilami
          Wołodyjowski Ketlinga podnosił w górę.
          - Kazali mi chorobę symulować - mówił Szkot - umarłego udawać, ale przecie
          na twój widok nie mogłem wytrzymać! Zdrów jestem jako ryba i żadna przygoda
          mnie nie spotkała. Ale chodziło o to, żebyć z klasztoru wydobyć!... Przebacz,
          Michale!... Z serca uczyniliśmy tę zasadzkę!.."
          • meduza4 Ale przecież Wołodyjowski... 09.01.07, 14:06
            szczęściem się nie nacieszył... Toż to lepiej mu było pozostać już w tym
            klasztorze, bo jakby tam został -pożyłby dłużej, kto wie, może aż starości by
            doczekał.

            A tak, że go stamtąd podstępem wywabili, że go z Baśka wyswatali, że mu innymi
            głupotami głowę nabili -zginęło chłopisko śmiercią tragiczną. Morał z tego taki,
            że nalezy się jednak odciąć od świata i od wszystkich jego pokus...
            • daktylek Re: Ale przecież Wołodyjowski... 09.01.07, 22:29
              Ważne jest tylko to, że nie pisany był mu klasztor, bo szczęścia by w nim nie
              znalazł. Dla niego szczęściem była wojaczka i jego Baśka.
              A i tak niezależnie od wszystkiego, w proch by się obrócił - czy po tragicznej
              śmierci, czy naturalnej.
              Morał z tego taki, że z życia trzeba czerpać, a nie przyglądać się jak inni
              czerpią.
    • Gość: gandia Re: Miłość to cholernie trudna sprawa... IP: *.chello.pl 08.01.07, 21:32
      Co do wykorzystania pokładów niechcianej miłości... Ja za 10 lat założę
      rodzinny dom dziecka.:) Już się cieszę na ten pomysł.
      • Gość: ola Re: Miłość to cholernie trudna sprawa... IP: *.lodz.dialog.net.pl 08.01.07, 21:35
        Stworzenie takiego domu to cudowna sprawa dla takich biednych dzieci.Może to
        jest twoje wewnętrzne powołanie-to piękne.
        • quickly Na temat zakonnego zycia... 09.01.07, 00:30
          Powiem krotko: Ja tam sie do zakonu nie daje...
          Chociaz, to co robie ma duzo wspolnego z zakonem. Moze jest teraz u mnie nawet
          gorzej!?
          Eee, mniejsza o to...

          Mnie sie marzy spokoj. To znaczy, taki calkowity, zupelny i nieodwolalny
          swiety spokoj. Taki klasztor na wlasne zyczenie... Bo ja mocno wierze w to,
          ze "male" moze byc piekne. To znaczy chcialbym kiedys zamieszkac w swoim malym
          przytulnym mieszkaniu... Takie dwa pokoje z kuchnia. W jednym pokoju bedzie
          lozko, a w drugim bedzie stal stol i dwa krzesla. Wystarczy... Moze byc tez
          szafa, ale nie koniecznie. Na balkonie bedzie zupelna pustka - bedzie to mi
          przypominalo Australie.

          Po drugiej stronie ulicy jest park. Kiedys to byl poniemiecki cmentarz, ale
          przyjechal spych i zostaly tam tylko drzewa. Usiade sobie w tym parku na lawce,
          ale wczesniej w kiosku kupie "Fakty i mity", "Goscia Niedzielnego", "Nie"
          i "Tygodnik Katolicki". I bede sobie czytal, a tam w tych gazetach nie bedzie
          ani dobrze, ani zle, i nie bedzie mi ani zimno, ani cieplo, i nie bede glodny,
          ani najedzony, ani smutny, ani wesoly. Nie bede juz czekal na nic, nawet na
          smierc...
          --------------------------------------------------------------------------------
          meduza4, piszesz sie na cos takiego?

          • quickly Kochana meduza4... 09.01.07, 10:15
            To juz nie mozesz napisac malemu quickly'siowi cos na temat jego
            planow "minimum"?

            Jak chcesz to wstawie jeszcze cos do tego domu, jakies ksiazki, kwiaty
            (palmy???), stereo i stojak z dobrymi australijskimi winami... No i pod domem
            jest garaz, narazie pusty, bo wynajmowny, ale zawsze...
            • meduza4 Quickly, to poważna sprawa... 09.01.07, 13:55
              Nie to, żebym nie mogła czy nie chciała Ci na temat Twoich planów "minimum"
              napisać, tylko wiesz... To jest pomimo wszystko poważna sprawa udzielenie
              odpowiedzi... Ja to muszę dobrze rozważyć, Ty nie myśl, że to tak w godzinę czy
              dwie podejmę decyzję...

              W zasadzie książki, kwiaty, jakieś domowe zwierzątko (proponuję kota, albo kilka
              -mam w tej chwili dwa i się nie zagryzły) powinny tam się znaleźć, oczywiście...

              Stojak z winami... poczułam nieopanowaną pokusę... Tam gdzieś wcześniej przy
              omawianiu łóżka także czułam pokusę, może trochę innego rodzaju, ale bardzo silną...

              I wiesz Quickly, żeby to w ogóle było możliwe w jakimś realnym czasie to bym
              się "zapisała" do spółki, ale... Wiesz co, kiedy to będzie? Za 20 lat, jak już
              się zestarzejesz i postanowisz swoje wysuszone kości na ojczystej ziemi złożyć?

              To nie wypali, bo wiesz co... mnie w najbliższe wakacje jakaś koparka,
              spycharka, czy co tam innego (co przerabia piękne ewangelickie cmentarze na
              parki z ławeczkami i ścieżkami rowerowymi) przejedzie po serduchu... a może po
              mnie całej... Nie wiem, doprawdy...

              Wiesz, ja się nawet tego nie boję, ja się nawet już mentalnie przygotowuję na tę
              ewentualność. I myślę sobie, jak się tu ułożyć -głową w stronę nadjężdżającej
              spycharki czy nogami... Jakbym się ułożyła nogami w jej stronę to widziałabym
              jak nadjężdża, jak mi miażdży nogi, potem, żebra, widziałabym to moje serce
              wypływające jak galareta... Czułabym strach i ból...

              Więc lepiej ułożę się głową w stronę spycharki. Jej gąsiennica od razu zmiażdży
              mi czaszkę, usłyszę tylko trzask i zapadnę się w studnię nieświadomości. Nie
              będę już czuła ani widziała co się dzieje z moim mózgiem bryzgającym jak żółte
              błoto na ulicę, ani z moim sercem... i co z niego zostaję.

              A jak już spycharka sobie pojedzie, przyjdzie mój szef, popatrzy na mnie, pokiwa
              głową ze współczuciem, zje sobie spokojnie kanapkę, po czym zroluje mnie jak
              chodniczek w przedpokoju i zaniesie do pracy, bo tam zawsze jest dla mnie coś do
              roboty i tam jestem potrzebna. Może tam trochę mną potrzepią żebym wróciła do
              poprzedniej formy, ale nic już nie będzie po tym takie jak poprzednio...

              To może rzeczywiście lepiej nic nie czuć, na nic nie czekać, nie mieć nadziei,
              nie pisać się na żadne spółki, zwinąć się jak ślimaczek w skorupie i spokojnie
              czekać śmierci...

              I co mi Quickly powiesz na to ostatnie zdanie? Piszesz się na taką propozycję?
              No i powiedz, byłoby Ci choć troszeczkę smutno i przykro jakbyś zobaczył taką
              małą Meduzkę, rozjechaną przez spycharkę, doprowadzoną do stanu galarety
              absolutnej? Zapłakałbyś nade mną choć troszeczkę?
            • Gość: to ja ;) quickly! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.01.07, 14:17
              nie kuś australijskimi winami (shiraz??) bo będziesz miał dwie panie na stanie,
              i co wtedy zrobisz? ;))))
              • meduza4 niemożliwe... 09.01.07, 17:39
                Dwóch pań na stanie to on mieć nie będzie... Znaczy się może mieć nawet i
                dziesięć, ale mnie wśród nich nie będzie... Bo ja to do niczego w życiu nie mam
                szczęścia i cokolwiek robię -nic się nie udaje.

                Nawet jakbym się wybrała w odwiedziny do Quicklyego na degustację tych win, to
                po drodze gdzieś bym sobie nogę złamała, albo bym się zabiła na mokrym chodniku...

                Tak więc lepiej będzie jak sobie usiądę samotnie gdzieś w kątku i zapłaczę nad
                sobą, pytając jak długo jeszcze można się tak męczyć i zastanawiając się czy już
                tylko śmierć może mi pomóc...
                • daktylek Re: niemożliwe... 09.01.07, 22:33
                  Nawet jakbyś złamała, to nie należy siedzieć i cierpieć, tylko wsiadać w
                  samolot i lecieć dalej, niech Quickly się Tobą zajmie:)
                  Zresztą złamana noga w przypadku degustacji win może mieć i swoje zalety,
                  będziesz siedzieć na tyłku, a nie kołysać się ... na wietrze:)
                  • meduza4 Re: niemożliwe... 10.01.07, 10:11
                    Quickly się mną zajmie? Człowieku, gdzież on by się umierającą Meduzą
                    zaopiekował? Poza tym czy on mnie do tej Australii zapraszał? Nie zapraszał to
                    nie jadę...
    • Gość: to ja... Re: Miłość to cholernie trudna sprawa... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.01.07, 14:06
      > tylko szkoda, że ja wcale tak nie uważam... Może bardziej precyzyjnie -uważam,
      > że jeżeli jest szczera i dojrzała to wszystkie trudności da się jakoś
      > przezwyciężyć

      ...i to jest właśnie największa trudność w miłości...
      • quickly Na temat australijskiego wina... 09.01.07, 23:32
        Zaczne krotko:australijskie wino jest dobre i stosunkowo tanie.
        W Australii sa naprawde dwie tanie rzeczy: wino i... miod.

        Skupmy sie na winie.

        Wino kupuje sie tylko w specjalnych monopolowych lub u producenta.
        U producenta, tj. w winiarnii (ktorych jest tu zatrzesienie), litr (dobrego)
        wina kosztuje mniej niz litr mleka.

        Ale juz w sklepie za cztery litrowy karton np. shiraza, 11.5% alkoholu, placi
        sie $7.99.
        (jeden dolar australijski = 2.32 zlotego, czyli wychodzi 18.53 zl).
        Kazde wino sprzedawane w Australii ma atest jakosci i jest gaszone spirytusem
        (nie siarka albo innym karbidem).

        Ale ja czesciej nastawiam sie na zakup tuzina (lub dwoch) win w butelkach 0.75
        i 1 litrowych, co pewien okres czasu (kilka razy w roku). Najlepsze sa takie 7-
        mio letnie, tzn. ja kupuje te wina jak maja rok (bo sa bardzo tanie), pozniej
        czekaja te siedem lat i juz mozna je pic...

        Najdrozsze z tego jest przechowywanie, ale nie jest tak zle. (Z tego powodu, ze
        wlocze sie po Australii, kartony zostawia w magazynie).

        Siedmioletnia flaszka dobrego wina (7-8 lat) w sklepie kosztuje okolo $40. Te
        samo wino kupione jako jednolatek, kosztuje okolo 5-6 dolarow. Ale z
        doswiadczenia wiem, ze lepiej kupic odrazu jakies lepsze, bo nabiera lepszej
        mocy i koloru...

        Najpiekniejsze w tym wszystkim jest to, ze po wypiciu butelki, nie ma sie na
        drugi dzien zadnego kaca i kolejna degustacje mozna rozpoczynac juz od samego
        rana.

        Co do samego picia... no coz... co napisze bedzie smieszne, ale pije je w
        duzych pekatych kieliszkach z... lemoniada. Tak pol na pol.
        W upaly pije pol na pol z woda mineralna. Mozna dodac pare kostek lodu, ale to
        nie jest koniecznie.


Inne wątki na temat:
Pełna wersja