olgalami
22.01.09, 22:04
Może rodziców, w tym również przyszłych, tych dzieci, które uczą się lub będą
się uczyły w tureckich szkołach, zainteresuje temat edukacji. Założę się, że
są na forum rodzice, którzy coś mogą już powiedzieć i nauczyciele, może
wymieńmy się informacjami na temat tutejszej oświaty.
Ja zacznę od narzekania, zobaczymy co będzie dalej. Narzekanie to właściwie
mało powiedziane. Kiedy uczyłam w Polsce to oczywiście też psioczyłam na to
czy tamto, ale tutaj boję się, że zwariuję w szkolnym świecie absurdu. Opiszę
moim zdaniem najbardziej kontrowersyjną praktykę szkolną, z jaką się
spotkałam, jeśli ktoś wie inaczej lub lepiej, proszę mnie poprawić.
Najbardziej podejrzana rzecz to system oceniania uczniów przez cały czas nauki
i wpływ tych ocen na przyjęcie na studia.
Tej części można się nie czepiać (na razie):
Uczniowie zdają egzamin państwowy SBS, z tego co zrozumiałam to co roku, z
różnych przedmiotów. Nie wiem, gdzie i kto sprawdza te arkusze, ale egzamin
jest taki sam w całej Turcji, więc powiedzmy, że jakaś sprawiedliwość tu jest,
jeśli są oceniane rzetelnie. Oceny z SBS są przesyłane do ministerstwa (chyba)
i tam w systemie komputerowym czekają, aż uczeń będzie chciał się wybrać na
studia na przykład (albo do liceum), wtedy podlicza mu się średnią z całego
dotychczasowego życia szkolnego (tak zrozumiałam) i ta ocena wraz z egzaminem
wstępnym ma wpływ na przyjęcie.
A teraz podejrzana część:
Oprócz ocen z SBS do ministerstwa przesyłane są oceny z wewnętrznych egzaminów
szkolnych (np. w tym półroczu moi uczniowie mieli trzy egzaminy z
angielskiego) i oceny końcowe. W każdej szkole przygotowują ten egzamin
nauczyciele uczący, więc pewnie są ogromne różnice między poziomem egzaminów w
różnych szkołach, a wszystkie te oceny są przez ten ministerialny komputer
traktowane tak samo i mają wpływ na przyjęcie na studia – to już jest
niesprawiedliwe.
A teraz jeszcze gorzej, konkretnie piszę o języku angielskim, bo o innych
przedmiotach się nie wywiedziałam. Uczniowie szkół państwowych mają mniej
godzin języka obcego niż w szkołach prywatnych, poza tym szkoła państwowa nie
zawsze jest w stanie znaleźć językowca, a nawet jak znajdzie, to podobno taki
nauczyciel może być zatrudniony w kilku szkołach na cały etat w każdej i
chodzi, jak mu pasuje, bo nie ma konkurencji i z roboty go nie wywalą. W
rezultacie uczniowie szkół państwowych mają gorsze wyniki z SBS. Żeby było
jednak sprawiedliwie, w szkołach państwowych zawyżają uczniom oceny z
egzaminów wewnętrznych/ semestralne i końcowe, które przesyłają do ministerstwa.
Jak się nietrudno domyśleć, szkoły prywatne nie chcą być gorsze dla swoich
uczniów i też dodają punkty za nic. Ma to się odbywać w tajemnicy przed
uczniami i rodzicami (bo który rodzic chciałby się dowiedzieć, że jego dziecko
nie jest jednak takie dobre). Uczniowie piszą egzamin, potem na korytarzu wisi
klucz, mogą sprawdzić odpowiedzi. Nauczyciele sprawdzają arkusze, dodają
punkty, gdzie ich za mało (najłatwiej dodać np. w wypracowaniach, bo tu ocena
jest w pewnych granicach uznaniowa), a nawet zmieniają odpowiedzi uczniów
(!!!!!!!!), informują uczniów o wynikach, ale nie pokazują im poprawionych prac.
Zdarza się, że uczeń podliczy sobie w kluczu punkty i wie, że ma między 65 a
70 (w zależności od tego ile uzyskał za wypracowanie) – dobry uczeń prawie
zawsze wie mniej więcej, jak napisał – a tutaj nagle dostaje 85! Chodzi o tak
zwanego bardzo dobrego ucznia (w każdej szkole jest takich kilku), który jest
bardzo dobry ze wszystkich przedmiotów, ale tylko dobry z angielskiego, o
takim uczniu jesteśmy informowani na początku roku, taki uczeń musi mieć same
piątki, żeby znowu znaleźć się na wysokiej pozycji w rankingu szkół. Dlatego
dostaje 85 punktów zamiast 70 i w przyszłym roku znowu trzeba będzie mu pomóc
utrzymać się w rankingu. To tym geniuszom nauczyciele poprawiają odpowiedzi na
właściwe!
Ostatnio na konferencji nauczyciele i dyrekcja zastanawiali się, co zrobić, bo
ci super uczniowie wyraźnie opuścili się w nauce i mają coraz gorsze oceny z
naszych wewnętrznych egzaminów. Rozwiązanie jest natury matematycznej – przy
sprawdzaniu prac nauczyciel ma wiedzieć dokładnie, przy jakiej minimalnej
ilości punktów uczeń załapie się na ocenę, która pozwoli mu utrzymać lub
zdobyć miejsce w rankingu i nie dodawać nic ponadto, co konieczne.
W zeszłym roku germanistka odmówiła postawienia 5 uczniowi z czołówki
rankingu, który był zupełną nogą z tego języka, nawet się nie starał i był
arogancki w swojej pewności siebie i tej 5 – w tym roku już w tej szkole nie
pracuje.
Po pierwszym ułożonym i sprawdzonym przeze mnie teście, skargach uczniów i
nauczycieli na niskie wyniki (a wyszła krzywa Gaussa!), pozostawiono prace nad
egzamnami nauczycielom bardziej obeznanym w sprawach tureckiej oświaty
Jako nauczyciel nie mam pojęcia, co mogę zrobić innego, jak zmienić miejsce
pracy - bo mnie interesuje uczciwa robota.
Gdyby rodzice uczniów szkół prywatnych mieli świadomość, jak patologiczny to
jest system i że ta nieuczciwość nie opłaca się na dłuższą metę, to może by
się coś zmieniło – to oni płacą i to ich słucha dyrekcja. Nie chce mi się
wierzyć, ile kasy ładują w fikcyjne zupełnie wykształcenie, tak bezmyślnie, że
aż szkoda. Jak to możliwe, że takie praktyki nie są nagłaśniane i piętnowane?
Niestety rodzice zadowalają się dobrymi ocenami i zdziwią się kiedyś, że
jednak ich dziecko nie poradzi sobie na zagranicznej uczelni albo nie dostanie
pracy, jeśli wymagana jest znajomość języka obcego.
Inna rzecz, że sami rodzice też często nie są wykształceni, w końcu jeszcze 5
lub 10 (nie pamiętam dokładnie) lat temu w Turcji obowiązkowe było tylko 5
klas szkoły podstawowej. Przez to uchodzi na sucho tym szkołom prywatnym
jeszcze wiele innych rzeczy, ale na razie dosyć.
Udało mi się pomarudzić w jednej sprawie, ale chyba najpoważniejszej, bo te
machlojki przy ocenach są źródłem wielu innych problemów szkolnych.
Reszta może później, jak mnie znowu na marudy weźmie.
Nawet jak nikt nie będzie miał cierpliwości doczytać do końca, to przynajmniej
to z siebie wyrzuciłam