widokzmarsa
06.01.06, 11:41
Naga X kręciła mi się na kolanach,więc obejmowałem ją jedną ręką pilnując by
nie spadła. Miała wspaniale jędrne, umięśnione ciało i delikatną, aksamitną
skórę. Bardzo chciałem ją pocałować, ale była to przecież dziewczyna Y,
właściciela mieszkania i z jakiegoś powodu stanowiło to dla mnie wystarczającą
przyczynę by tego nie zrobić. Ta niemożność była fizyczna, nieprzyjemna,
niemal bolesna. Nie wiem dlaczego była naga, być może szykowała się do
kąpieli, gdy to piszę, wydaje mi się, że wciąż słyszę szum wody wpadającej do
wanny. Siedząca obok nas M nachyliła się nagle i pocałowała mnie w usta. M,
obecnie żona znanego polityka jednej z głównych partii, była wciąż młoda, nie
przeszkadzało mi to ani nie zdziwiło, w końcu to był sen.
Chwilę później jechałem w dół pustą dwupasmówką. Nie znałem tego miasta nawet
ze snów. Kolejne tablice wskazujące na zbliżające się zjazdy nic mi nie
mówiły, nie znałem tych miejscowości ani numerów dróg. Gdy ulica zwęziła się a
z okolicy zniknęły białe twarze przechodniów, wiedziałem że jest niedobrze -
zgubiłem się w czarnej dzielnicy miasta, którego nie znałem. Zawróciłem i
jechałem na rowerze z bijącym sercem mijając popalone wraki samochodów a obok
nich zimne, zacięte twarze otyłych Murzynów. Patrzyli na mnie z obojetnością
przemieszaną ze zdziwieniem a ja miałem nadzieję, że w tak upalny dzień nie
będzie im się chciało sprawdzić co ten biały idiota robi w miejscu, w którym,
poza członkami gangów, nikt normalny nie pokazuje się bezkarnie na środku
ulicy. Bardzo się bałem, na szczęście nie był to sen w którym staramy się
uciekać ale coś nam przeszkadza a nasze ruchy są powolne jakbyśmy byli
zanurzeni w gęstym budyniu. Niedługo potem okolica poprawiła się, zauważyłem
knajpki w której siedziały białe rozczochrane dziewczyny i przymuleni kolesie
z dredami na głowach. Dojeżdżam do cywilizacji, pomyślałem i nagle droga
skończyła się a ja wpadłem do restauracji w której odbywały się imieniny kota.
Towarzystwo w nienagannych smokingach i sukniach wieczorowych zgromadziło się
przy drzwiach balkonowych i nie mogłem wydostać się na ulicę, którą widać było
przez okalający restaurację wysoki żywopłot. Odstawiłem rower i przyglądałem
się jak za oknami knajpy kot biega w tą i z powrotem szczekając na próbującego
złapać go kelnera. Tylko trochę zdziwiłem się, że kot szczekał, bardziej nawet
było to śmieszne niż zadziwiające. Tłum, czekając aż solenizant wróci do
środka, trwał w bezruchu ze wzniesionymi kieliszkami szampana i nie zamierzał
ustąpić mi miejsca, więc zacząłem się przepychać ku balkonowi. Po chwili
przelazłem przez żywopłot i wyszedłem na zatłoczoną szeroką ulicę jakiegoś
wielkiego miasta. Stanąłem na skrzyżowaniu i patrzyłem bezmyślnie na nazwę
nieznanego mi uniwersytetu, którego budynek stał po przeciwnej stronie ulicy.
I.... i nagle opadło mnie okropne, obezwładniające, lodowato realne poczucie -
zdałem sobie sprawę, że zupełnie ale to zupełnie nie wiem gdzie jestem i gdzie
mam iść. Zabijająca, koszmarnie realna pewność, że nie mam pieniędzy, nie
znam tego miasta, nie wiem gdzie są dziewczyny z którymi byłem wcześniej, nie
mam do nich numeru telefonu i nikogo tu nie znam. Ohydna bezradność, strach i
niepewność.
Gdzie mam iść? Gdzie jestem? Co ja tutaj robię? Tak naprawdę to nawet nie
wiedziałem do końca kim jestem, miałem tylko jakieś mgliste wyobrażenie że ja,
to ja. Co najgorsze, wcale nie wyglądało na to, że to może być sen, a ja będę
w stanie obudzić się tak jak zwykle to robię gdy we śnie dochodzę do momentu,
w którym ktoś chce mnie zabić a ja już nie wiem jak się uratować.
Obudziłem się.