onlyju
05.06.06, 12:00
Dzień dobry.
Ponieważ pogodę mamy smutną, opowiem Wam o kobiecie, która mieszka u mnie za
ścianą. Czyli o sąsiadce. Mieszkam tam od niedawna, jak wszyscy. Jak już
niektórym wiadomo - mieszkam samopas. Za ścianą mieszka młoda kobieta (tak na
oko młodsza ode mnie o 2-3 lata), z dzieckiem (ok.3 l.) i mężem.
Kobieta co wieczór płacze. Cicho lub głośno. Czasami wyje.
I deszczowa refleksja: ona ma wszystko to, czego brak w moim przypadku różni
ludzie określają: singlem, samotnością, etc. I mimo to łka codziennie do
łączącej nas ściany. Ja nie płaczę. Choć nie mam tego, co ma ona, nie brakuje
mi tego, ale zawsze myślałam, że to daje największe szczęście.
Drugi człowiek to szczęście czy nieszczęście?
Samotność/brak drugiego człowieka na wyciągnięcie ręki to błogosławeństwo czy
przekleństwo?
Jeśli temat na dziś za ciężki, proponuję drugi: kto lubi bakalie. Bo ja lubię.