kryzysowa_narzeczona75
28.08.06, 10:04
Nie o kiecke mi nie chodzi, tylko o obecne zwyczaje mlodych...
Otoz mylismy na weselu. Miejsce super, jedzenie wysmienite, towarzystwo
calkiem zabawowe, orkiestra ambitna (troche brakowalo mi jednak weselnego
disco polo). Mlodzi... Wg mnie byliby szczesliwi, gdyby po mszy, zyczeniach,
kopertach i obiedzie mogli sobie dalsza czesc odpuscic. Tanczyli ile musieli
nie wiecej, zrobili rekonesans stolikow i z plastikowym usmiechem pytali
wszystkich grzecznie jak sie bawia (bo tak trzeba i nawet specjalnie nie dalo
sie tego ukryc). Po oczepinach upatrzyli sobie ustronny kacik i tam siedzieli
przy malym stole, czekajac chyba na ewentualnych rozmowcow. O 3:00 zupelnie
znikneli. Wesele trwalo do 5:00. Poprawiny... o 12:00 pozne sniadanie, a po
14:00 mlodzi pojechali do domu (nie mylic z podroza poslubna).
No i czego sie czepiam? W zasadzie wesele jest dla mlodych, a goscie to
przeciez tlo i sama wychodze z takiego zalozenia, ale...sprawiali wrazenie tak
zmeczonych gromada ludzi i tym, ze musza byc obtancowani przez wujkow i
ciotki. Tak zmeczeni tym, ze nalezy prowadzic kurtuazyjne rozmowy, ze trzeba
przykleic plastikowy usmiech, a na poprawinach byli niemile zaskoczeni, ze
jeszcze ktos z gosci jest... I tak sobie mysle... Trzeba bylo urzadzic obiad w
restauracji a wieczorem ladnie wszystkim pomachac i kazdy do swojego domku.
Fakt faktem, bawilam sie swietnie, od pewnego momentu wrecz na przekor mlodym.
Oj, dobra pewnie sie czepiam, ale nie podobalo mi sie ich zachowanie i juz