mateuszwierzbicki
14.09.06, 12:24
bo postanowiłem zostać torrero. Nie żebym od razu zmierzył się w pojedynku na
śmierć i życie z żywym bykiem, co to to nie i uchowaj Boże, ale nie sami
święci przecież garnki lepią. Najsamprzód poleciałem na pastwisko upatrzyć
sobie jakąś krowę i los mi najwidocznieju sprzyjał, bo wypatrzyłem taką
jedną, co jej się ani trochę nie bałem. No nie czułem przed nią strachu. Była
uwiązana na lańcuchu, ale dla chcącego nic trudnego. Chwyciłem za łańcuch i
zawlokłem bydlaka w pobliskie krzaki, żeby ludzie nie widzieli, jak ją bedę
przerabiał na groźnie wyglądajacego byka. Co tam byka, ja pomyslałem sobie,
że przerobie ją na budzącą grozę bestię, żebym w czasie potyczki z nia miał
więcej adrenaliny, Na poczatek zająłem się zamaskowaniem dyndających wymion,
żeby poruty i wstydu w razie czego nie było. Wymiona obłożyłem po prostu
kawałkami darni i związałem wszystko mocno kolczastym drutem, tak że na
wymiona to na pewno już nie wyglądało. Następnie zająłem się tuningowaniem
rogów, co nie było trudne. W lesie nieopodal pastwiska kilka dni wczesniej
natknąłem się przypadkiem na rozłożyste poroże łosia i zapobiegliwie je
zagrzebałem w sobie tylko wiadomym miejscu, uprzednio je dokładnie oznaczając
skrzyżowanymi gałązkami młodego dębczaka. Poroże przymocowałem krowie do
głowy tez drutem, tylko że nie kolczastym. Pomalowanie krowy w tygrysie pręgi
zostawiłem na sam koniec. Tak przygotowaną krowę ukryłem w chaszczach
przywiazując łańcuchem do pnia drzewa. Nadszedł czas przygotowania miejsca
pojedynku i skompletowania stroju torreadora. Nie było to jednak takie
proste, jak mi sie na poczatku wydawało. Ciąg dalszy nastąpi.