widokzmarsa
27.11.06, 00:09
Mam przyjaciół, których małżeństwo jest w lekim naprężeniu. Ona zarabia kupe
kasy jest rozchwytywanym manago, on po tym jak go oszukał wspólnik(na
niedochodowym za bardzo interesie) remontuje dom od 7 lat i dorabia grosze. Do
pracy nie chce iść bo niby ten remont. On był zawsze bogiem ale już nie jest a
ona koło 40 -ce poczuła uznanie i też chce być kobietą a nie wykonawczynią
poleceń. Przyszedłem do nich wczoraj i siedzieli coś oglądali i rozmawiali z
synem. Ponieważ mają nieoświetlony i rozkopany ogród, podknałem się i
rozciąłem rękę i jak wszedłem to zacząłem o tym mówić, bo chciałem jakiś
plaster czy wodę utlenioną. Gościu zgłośnił telewizor tak by zagłuszył
wszystkich. No to wyszedłem, co ja będę się z chorym szarpał. On tak robi
żonie, najpierw ją zjebie że nie ma jej w domu i on nie może porozmawiać a jak
ona podejdzie gdy on siedzi i gówno jakieś ogląda to on zagłusza ją.
Oczywiście gdy ona mu kupuje komputery i bajery za grubą kasę to on mówi,
kupiłem sobie, zbudowałem garaż, robię bramę na pilota. Facet jest zacięty i
wychodzi na to że to niby ja powiniennem pójść i łagodzić sytuację. Kurwa, sam
nie wiem. Powiniennem? Dla dobra stadła małżeńskiego?