groceries
15.11.09, 16:37
Nieświadomość owczym pędem – czy nie jest to tragedią naszych czasów, że przecież każdy śpiewać może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Że każdy się zna na medycynie. Że do ustalenia jakiejś „prawdy” trzeba wołać sprzątaczki, by wzięły udział w demokratycznym głosowaniu, mimo, iż się na danej kwestii zupełnie nie znają?
A przypatrzmy się medycynie, w której istnieją dwie tendencje (zaprezentowane w wielkim skrócie – może aż w zbyt wielkim):
Otóż pierwsza, to nasza zachodnia medycyna ratująca życie, ale niejednokrotnie zatruwająca nas lekarstwami. Pod wieloma względami jest wygodna, bo przede wszystkim zdejmuje ciężar leczenia z pacjenta, a i współodpowiedzialności za chorobę. Nic nie musimy robić, tylko połykać pigułki...
Natomiast według np. medycyny dalekiego wschodu po pierwsze organizm leczy się sam. Trzeba mu tylko stworzyć odpowiednie warunki i to pacjent w pierwszej kolejności jest współodpowiedzialny za swój stan zdrowia. Wspomaga się go akupunkturą, ziołami itd.
Pomijając różne dziwactwa (które się i medycynie oficjalnej zdarzają), to zawsze medycyna naturalna była, jest i będzie takim równoległym narzędziem. Bez wątpienia nadeszły czasy, gdzie te obydwie, niby przeciwstawne sobie postawy medycyny winny się połączyć. Czy dbamy o taką świadomość? Czy dojrzeliśmy już do tego?
Biznesowo raczej nie, choć zestawienie tych dwóch filozofii medycyny w wielkim skrócie odpowiada powiedzeniu: Angina leczona trwa siedem dni, a nie leczona tydzień...
Postawmy pytanie: Po co modyfikuje się genetycznie żywność?
Otóż mówiąc pobieżnie w trzech celach:
Aby była ładniejsza – ujmowała kupującego swoim widokiem;
Aby jak najdłużej się nie psuła – ujmowała kupującego możliwością długiego przechowywania;
Aby smakowała lepiej... – no comments
Kto na tym zyskuje kto traci?
Zatem ad. 1.
– Pod ładnym wyglądem kryje się kilka spraw. Najpierw przekonanie, iż jabłko o nieskazitelnym wyglądzie, bez najmniejszej plamki będzie lepsze od jabłka z plamką, albo tym gorzej z dziurką – mogącą świadczyć o obecności robaka na przykład.
A przy myśleniu „biologicznym”, to taka dziurka „po robaku” jest swoistą pieczątką, iż jabłko to nie jest całkowicie „zatrute” chemią. A ileż to ludzi wybierając na targu płody ziemi kieruję się „ładnością” owocu, czy warzywa? Jakby to były pończochy, które koniecznie muszą być bez oczek?
A kto widział jak się produkuje margarynę, i wie jak się ją robi i skąd się bierze jej kolor, taki niby podobny do masła?
– W kwestii wyglądu produktu spożywczego odgrywa też rolę jego wielkość. Takie ładne duże pomidory – słyszymy niejednokrotnie. Otóż te duże mogły być właśnie dobrze „podkarmione” chemią, a na te mniejsze (które wybierają osoby bardziej biologicznie uświadomione) mniej dostało się przysłowiowego nawozu...
Mit krowy rekordzistki dającej setki litrów mleka pokutuje do dziś, nadmiernie tuczone zwierzęta, wielokrotnie do granic ich wytrzymałości, czy wręcz monstrualne owoce, czy warzywa mają świadczyć o jakości pożywienia?
Wszystko w przyrodzie ma swoje optimum: nie za duże, nie za małe; nie za ładne, nie za brzydkie. To tak jakby szukać żony wedle wagi... Im większa, cięższa, tym będzie lepsza. Albo to tak, jakby z karmiącej matki piersią wydoić jak największą ilość mleka... i poić dziecko „ile wlezie”.
Następnie ad. 2.
Możliwość dłuższego przechowywania się żywności, zwłaszcza żywności , która ma udawać świeżą jest raczej chwytem produkcyjno-magazynowym, aby było mniej strat i aby można proces dostawy towaru przeciągać wedle potrzeb... Również i klient będzie zadowolony, iż to co kupił przechowuje się „świetnie”.
Wspomnijcie, albo zapytajcie rodziców! Jeszcze niedawno wiejskie mleko od krowy, z rannego udoju mogło dotrwać do następnego dnia – nawet jak się je trzymało w chłodnym... Potem kisło. A gdy w dzień była burza, to i wieczorem tego mleka nie dało się już zagotować. Dziś kupujemy mleko i nieraz po pięciu dniach (mimo burzy) dalej jest „świeże”.
Czy to jest wciąż mleko?
Życie się bierze z życia, podtrzymywaniu zdrowia, a i życia nie będzie sprzyjać częściowo martwe pożywienie.
Cóż, chcemy jeść konserwy? Jedzmy! Nie ma problemu – niejednokrotnie bywa taka potrzeba, albo i konieczność. Natomiast żywność GMO? To już ukryte mechanizmy o nieprzewidywalnych na długą metę skutkach
A przypomnijmy aferę z jednego z marketów, gdzie nadpsute kiełbasy były myte oraz „odświeżane” na wiele sposobów, by tylko klient dał się na nie nabrać i by je kupił
Czy żywność GMO nie będzie czasem żywnością nieświeżą, „martwą”? Pół „podtrutą” (mało żywotną, osowiałą) co to nie będzie prędko gniła?
I wreszcie ad. 3.
Czy nikt nie pomyśli, że jak jest chory (choćby na „biesiadne” przejedzenie), to jego zmysł smaku również choruje? Przecież gdy się przyglądnąć bliżej, to zmysł smaku jest jednym z pierwszych „strażników” dbających o to, aby do żołądka wpuszczać to, co będzie pożyteczne. Jednak gdy smak jest spaczony, to co? ...ano hulaj dusza...
Nasze rolnictwo ma jeszcze przydomki „naturalne”, choć i może niekiedy „prymitywne”.
Mam serdecznego przyjaciela, który od wielu lat usilnie jest rolnikiem świadomym, uprawiającym żywność biologiczną. Jego marchew SMAKUJE!
Na dziś możemy przyglądać się naszym bliźnim, uzależnionym od fast-foodów. Im ta żywność smakuje! Ba niekiedy potrafi wciągnąć, aby jeść i jeść, mimo że już żołądek pełny.
To zjawisko jest dobrze widoczne (kto patrzy), bo każdy może je doświadczyć. Ale skutki GMO mogą być nieprzewidywalne, utajnione...
Zatem polecam myślenie całościowe, ekologiczne w kwestiach podstaw naszego bytu
Oczywiście możemy przyjąć, że wygodnym jest podcinać gałąź na której się siedzi – tak się fajnie piłuje...
Podsumowując: GMO jest to narzędzie usprawniające produkcję, przechowywanie i sprzedaż żywności. Kosztem czego? Kosztem jakości tej żywności... A jakie będą skutki na naszym pokoleniu, na naszych dzieciach? To dokładnie pokaże czas...
Promocja i reklama, zwłaszcza tak „pięknie rozwinięta” w Polsce, wciśnie klientowi (nam) każdy bubel, ale bubel żywnościowy, który może zaważyć na zdrowiu, to już odmienna sprawa.
Też byliśmy (wyznawcy homo-centryzmu) zachwyceni gdy wprowadzano DDT, eternit, nawozy sztuczne, ... a można by tu wymienić innowacji sporo.
Z pewnością, my szarzy obywatele, będziemy zapewniani, iż żywność ta będzie dla nas nieszkodliwa, za czym pochylą się tabuny naukowców i autorytetów...
Jeszcze jedno pytanie. Czy producenci żywności GMO sami ją spożywają? Bo może żywią się produktami z hodowli naturalnych, by zadbać o swoje zdrowie? A podobnie czy producenci papierosów – palą?
Zezwolenie na GMO jest równoznaczne z odcięciem się od myślenia w kategoriach ekologicznych, biologicznych, medycznych... To zabobon ktoś powie... Cóż jego nieświadomość...
Wykluczamy coś takiego jak zapobieganie chorobom, bo jest to raczej sprzyjanie rozwojowi chorób...
A tak z innej strony to skrót GMO kojarzy mi się z Gospodarką Manipulowania Obywatelami.
Pozdrawiam
Jerzy Gruszczyński