Dodaj do ulubionych

Oddział 7f w Krakowie - kto był?

20.12.09, 20:25
Witam Państwa :)
Wybieram się na rzeczony oddział, jestem przed pierwszą rozmową. Czy mogłabym prosić o konkretne info na temat warunków, regulaminu, przekroju wiekowego pacjentów etc? No i wszelkie refleksje :)

Byłam już na dwóch terapiach w Warszawie (Klinika Nerwic), były to jednak terapie krótsze (10 tygodni), no i jednak w moim własnym mieście ;) Natomiast tego pół roku poza domem co nieco się boję :-/
Obserwuj wątek
        • night21 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 05.03.10, 15:17
          ja też chętnie dowiem się czegoś wiecej na temat przyjęcia do szpitala i tego
          jak wygląda I rozmowa, a potem kolejne. Sama mam skierowanie do szpitala na
          Babinskiego w Krakowie, dlatego byłabym wdzięczna za wszelkie informacje.
          oczywiście zależy mi na tym żeby sie dostać, narazie mam ustalony termin I
          konsultacji z psychiatrą (pod koniec czerwca)- strasznie odległy termin.
          chciałabym sie dowiedzieć ile czeka się na kolejne rozmowy, a potem jak długo
          czeka się po tych rozmowach na przyjecie do szpitala? bede wdzięczna za odpowiedz :)
          • ksfzg87 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 08.03.10, 23:39
            bylam w tamtym roku na diagnozie dwa tygodnie,ale niestety jestem za bardzo zaburzona i niestety mnie nie przyjeli.do BPD dochodza silne zaburzenia odzywiania.pielegniarki,lekarze ,terapeuci bardzo mily,przedzial wiekowy pacjentow od 18-35 lat jak ja bylam.warunki mozna okreslic jako dobre,wszyscy pozytywnie do siebie nastawieni,do dzis mam kontakt z kilkoma osobami ktore tam poznalam:)naprawde warto,zastanawiam sie czy znowu nie startowac bo minal juz rok wiec moge starac sie o ponowne przyjecie.powodzenia
              • ksfzg87 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 09.03.10, 22:22
                mnie od razu przyjeli na dwa tyg z tej racji ze bylam z daleka i dojezdzanie na kazda rozmowe bylo klopotem.pierwszego dnia mialam rozmowe z psychoterapeuta na temat moich problemow,z czym sobie nie radze,dlaczego chce byc na tym oddziale,ogolnie chodzilo o to by sprawdzic moja motywacje do leczenia.pozniej jest rozmowa z pielegniarka,ogolnie opowiada jej sie o swoim zyciu,kiedy zaczely sie problemy,czym sie zajmuje,o rodzinie itp. nastepna rozmowe mialam z terapeutka i to wyglada tak jak kazda rozmowa czyli wchodzi sie i trzeba samemu opowiadac o sobie bez zadnych pytan.ostatnia rozmowa jest z dyrektorka oddzialu i wtedy pacjent dowiaduje sie czy zostal przyjety czy nie.mnie nie przyjeli przez to ze odmawialam jedzenia,zemdlalam,pocielam sie po rozmowie telefonicznej z bylym facetem i jak to oni mi napisali braku refleksji nad moim zachowaniem,szybkim odcinaniem sie od uczuc itd za ciezki przypadek na oddzial
                • dolna1 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 23.03.10, 11:35
                  ksfzg87 napisała:

                  >mnie nie przyjeli przez to ze o
                  > dmawialam jedzenia,zemdlalam,pocielam sie po rozmowie telefonicznej z bylym fac
                  > etem i jak to oni mi napisali braku refleksji nad moim zachowaniem,szybkim odci
                  > naniem sie od uczuc itd za ciezki przypadek na oddzial

                  a czy to nie jest wpisane w bpd?
                  Zycie na granicy, miedzy skrajnosciami (jedzenie, niejedzenie), autoagresja,
                  ucieczka od uczuc, emocji.

                  Gdybysmy sobie z tym radzili jak zdrowi ludzie nie potrzebowalibysmy oddzialu i
                  leczenia.

                  Ja jeste non stop namawiana na oddzial, ambulatoryjnie nie mozna prowadzic ze
                  mna terapii, choc uczetnicze w niej ponad 15 miesiecy.
                  Ale patrzac na to jak nie radze sobie z autoagresja i soba nigdy nie zostałabym
                  zakwalifikowana. A motywacja? Czy to znaczy ze jej nie mam?
                  • annarchia Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 23.03.10, 15:59
                    dolna1 napisała:

                    > a czy to nie jest wpisane w bpd?
                    > Zycie na granicy, miedzy skrajnosciami (jedzenie, niejedzenie), autoagresja,
                    > ucieczka od uczuc, emocji.
                    >
                    > Gdybysmy sobie z tym radzili jak zdrowi ludzie nie potrzebowalibysmy oddzialu i
                    > leczenia.

                    Miałam podobne myśli, jak przeczytałam tamtego posta ("Nie przyjęli mnie, bo się
                    pocięłam i zemdlałam"). Przecież właśnie celem terapii jest pomoc w zmianie
                    takiego funkcjonowania... To tak, jakby powiedzieć borderowi "Pozbądź się
                    autoagresji i impulsywnego działania, to wtedy przyjmiemy cię na terapię",
                    bulimiczce "Przestań wymiotować 5 razy dziennie, to przyjmiemy cię na terapię",
                    anorektyczce "Przestań liczyć kalorie"...

                    Oczywiście ja rozumiem, że w ambulatoryjnym leczeniu ryzykownie jest prowadzić
                    terapię z kimś, kto non-stop ma próby samobójcze albo je codziennie tylko jogurt
                    i w każdej chwili może paść na zawał, ale oddział szpitalny chyba z zasady
                    powinien być dla osób, które sobie w leczeniu ambulatoryjnym nie radzą.
                    Rozumiem, że personelowi szpitala trudno byłoby z taką osobą zacząć terapię, bo
                    w terapii wymagana jest np. jakaś refleksyjność na swoimi emocjami, ale oni od
                    tego są, aby nam pomóc w radzeniu sobie z takimi zachowaniami itd. Ciekawie, co
                    odpowiedzieliby na takie argumenty.

                    dolna1 napisała:

                    > ambulatoryjnie nie mozna prowadzic ze
                    > mna terapii, choc uczetnicze w niej ponad 15 miesiecy.

                    Dolna, mogłabyś rozwinąć konkretniej to, że nie można prowadzić z tobą
                    ambulatoryjnie terapii - w jakim sensie nie można? Terapeuta tak Ci powiedział?

                    Muszę przyznać, że w pierwszych miesiącach terapii ja wyzywałam mojego
                    terapeutę, że jestem za ciężkim przypadkiem, aby ze mną prowadzić terapię poza
                    szpitalem, że to nie odpowiedzialne, że on bagatelizuje mój stan. Wielokrotnie
                    myślałam o powrocie do szpitala, bo objawy (tj. silne ataki paniki, przerażenia,
                    poczucia bezsensu, silne myśli "s", silna autoagresja, mocny jadłowstręt i
                    paniczny lek przed jedzeniem, dni ciężkiej depresji z patrzeniem w ścianę i
                    zaniedbywaniem higieny-jedzenia-picia, tracenie kontaktu z rzeczywistością,
                    okropne depersonalizacje, niekontrolowane wybuchy złości, kilkudniowa
                    bezsenność, wyprawy pod wysokie budynki w celu skoczenia - a to wszystko mimo
                    psychotropów) między sesjami narastały czasem do tak monstrualnych rozmiarów,
                    nie do zniesienia, że wręcz sama marzyłam o tym, aby mnie ktoś związał w kaftan
                    :/ Ale mój t. nigdy nie chciał mnie "odesłać" do szpitala. A szantażowałam go
                    samobójstwem kilkanaście razy, pokazywałam mu moje nowe blizny po cięciach,
                    przychodziłam kompletnie nieprzytomna, głodna i niekontaktowa na sesje (bywały
                    sesje przemilczane), powtarzałam mu kilkanaście razy na poważnie, że ja już nie
                    chcę pomocy i skoczę z wieżowca (bo faktycznie miewałam takie zamiary, byłam już
                    zmasakrowana). A on przy mnie trwa. Myślę sobie, że takie objawy (nie mylić z
                    symulowaniem) człowiek ma czasem nie tylko "bo takie jest moje zaburzenie", ale
                    i po to, aby nieświadomie(!) "sprawdzić", czy ta druga osoba (terapeuta) mnie
                    nie zostawi, nie odrzuci, nie odeśle (np. do szpitala), zostanie mimo wszystko.
                    A z drugiej strony są one wyrazem trudności w relacji terapeutycznej (i z innymi
                    ludźmi), silnego oporu przed zaangażowaniem się, i dobry terapeuta potrafi sobie
                    z tym radzić - poddając takie kryzysy analizie, aż do skutku...
                    • dolna1 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 24.03.10, 09:35
                      annarchia napisała:

                      > To tak, jakby powiedzieć borderowi "Pozbądź się
                      > autoagresji i impulsywnego działania, to wtedy przyjmiemy cię na terapię",
                      > bulimiczce "Przestań wymiotować 5 razy dziennie, to przyjmiemy cię na terapię",
                      > anorektyczce "Przestań liczyć kalorie"...

                      zgadza sie.


                      > Dolna, mogłabyś rozwinąć konkretniej to, że nie można prowadzić z tobą
                      > ambulatoryjnie terapii - w jakim sensie nie można? Terapeuta tak Ci powiedział?

                      Tak. słysze o tym na każdej terapii od kilkunastu miesiecy.
                      Z ust terapeutki, psychiatry oraz personelu szpitala.

                      >
                      > Muszę przyznać, że w pierwszych miesiącach terapii ja wyzywałam mojego
                      > terapeutę, że jestem za ciężkim przypadkiem, aby ze mną prowadzić terapię poza
                      > szpitalem, że to nie odpowiedzialne, że on bagatelizuje mój stan. Wielokrotnie
                      > myślałam o powrocie do szpitala, bo objawy (tj. silne ataki paniki, przerażenia
                      > ,
                      > poczucia bezsensu, silne myśli "s", silna autoagresja, mocny jadłowstręt i
                      > paniczny lek przed jedzeniem, dni ciężkiej depresji z patrzeniem w ścianę i
                      > zaniedbywaniem higieny-jedzenia-picia, tracenie kontaktu z rzeczywistością,
                      > okropne depersonalizacje, niekontrolowane wybuchy złości, kilkudniowa
                      > bezsenność, wyprawy pod wysokie budynki w celu skoczenia - a to wszystko mimo
                      > psychotropów) między sesjami narastały czasem do tak monstrualnych rozmiarów,
                      > nie do zniesienia, że wręcz sama marzyłam o tym, aby mnie ktoś związał w kaftan
                      >

                      U mnie jest wrecz przeciwnie.
                      Na kazdym kroku chce pokazac terapeutce, ze moze ze mna pracowac, ze dam rade.
                      Czasem nie jestem gotowa na wejscie w jakis temat, ale boje sie, ze nie widzac
                      mojej wspolpracy znowu uslysze: szpital.
                      I nigdy jej nie szantażowałam, wręcz przeciwnie ile razy wspomina o moim
                      poranieniu wewnetrznym wypieram sie. Bo przeciez jestem silna i ze wszystki dam
                      sobie rade.

                      Przed diagnoza bpd skupiano sie na ciezkiej depresji i walki z objawami: zupelna
                      bezsennosc, mysli samobojcze, lezenie w lozku, wspomniany jogurt na kilka dni
                      (-10kg w przeciągu 3 miesiecy) brak wiadomosci czy jest dzien czy noc,
                      obojetnosc nawet na dzieci biegajace obok i pytajace: mamo kiedy wyzdrowiejesz.
                      Kiedy rozpoczela sie terapia przestałam panowac nad nastrojami.
                      Skrajnosci, impulsy,mysli samobojcze, szpital proba saobojcza. Bylo cięzko. Dis
                      wszystko wymyka mi sie miedzy palcami. Nasilona autoagresja gdzie potrafie nie
                      tylko krzywdzic fizycznie swoje ciało, ale zwalczam samą siebie. Zwalczam swoja
                      tarczyce, moj oranizm broni sie przed jedzeiem ( wiekszosc posilkow zwracam bez
                      prowokowania wymiotów). gdy lezałam w szpitalu nie moglam zrozumiec jak mozna
                      zwalczac leki. Dostawałam po 6 tabletek nasennych i nie spałam calymi nocami. Po
                      84 godz deprywacji snu zasnelam, a juz kolejna dobe nie zmrużyłam oka. "Pani tak
                      zwalcza siebie"-słyszalam.
                      A dziś głownie nie moge sobie poradzic z dekompensacjami. Jestem na
                      przeciwstychotykachw duzych dawkach, a tak czesto trace poczucie
                      rzeczywistosci, siebie, ze staje sie to niebezpieczne. Ostatnio stwierdzono
                      rozpad osobowosci gdyz wracam do siebie jako dziecka.
                      Mysle jak dziecko i jestem dzieckiem. Podczas terapii tak czesto sie zapadam, ze
                      zdaza sie, ze przez 45 min nie jestem w stanie wypowiedziec slowa i kompeltnie
                      niczego nie rozumiem, nie widze.
                      Podobno to moj mechanizm obronny. Trauma. Każdy z nas ja ma prawda?
                      Powt do mojej traumy powoduje u mnie ak duze wyrzuty sumienia, nienawisc do
                      siebie, ze terapeutka boi sie mojego zachowania po sesjach. Powrót do
                      molestowania seksualnego i gwałtu w dziecinstwie boli :(


                      :/ Ale mój t. nigdy nie chciał mnie "odesłać" do szpitala. A szantażowałam go
                      > samobójstwem kilkanaście razy, pokazywałam mu moje nowe blizny po cięciach,
                      > przychodziłam kompletnie nieprzytomna, głodna i niekontaktowa na sesje (bywały
                      > sesje przemilczane), powtarzałam mu kilkanaście razy na poważnie, że ja już nie
                      > chcę pomocy i skoczę z wieżowca (bo faktycznie miewałam takie zamiary, byłam ju
                      > ż
                      > zmasakrowana). A on przy mnie trwa. Myślę sobie, że takie objawy (nie mylić z
                      > symulowaniem) człowiek ma czasem nie tylko "bo takie jest moje zaburzenie", ale
                      > i po to, aby nieświadomie(!) "sprawdzić", czy ta druga osoba (terapeuta) mnie
                      > nie zostawi, nie odrzuci, nie odeśle (np. do szpitala), zostanie mimo wszystko.
                      > A z drugiej strony są one wyrazem trudności w relacji terapeutycznej (i z innym
                      > i
                      > ludźmi), silnego oporu przed zaangażowaniem się, i dobry terapeuta potrafi sobi
                      > e
                      > z tym radzić - poddając takie kryzysy analizie, aż do skutku...
                      >
                    • dolna1 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 24.03.10, 09:40
                      annarchia napisała:


                      > :/ Ale mój t. nigdy nie chciał mnie "odesłać" do szpitala. A szantażowałam go
                      > samobójstwem kilkanaście razy, pokazywałam mu moje nowe blizny po cięciach,
                      > przychodziłam kompletnie nieprzytomna, głodna i niekontaktowa na sesje (bywały
                      > sesje przemilczane), powtarzałam mu kilkanaście razy na poważnie, że ja już nie
                      > chcę pomocy i skoczę z wieżowca (bo faktycznie miewałam takie zamiary, byłam ju
                      > ż
                      > zmasakrowana). A on przy mnie trwa. Myślę sobie, że takie objawy (nie mylić z
                      > symulowaniem) człowiek ma czasem nie tylko "bo takie jest moje zaburzenie", ale
                      > i po to, aby nieświadomie(!) "sprawdzić", czy ta druga osoba (terapeuta) mnie
                      > nie zostawi, nie odrzuci, nie odeśle (np. do szpitala), zostanie mimo wszystko.

                      moja terapeutka powtarza mi za kazdym razem, ze ona mnie nie zostawi, że taka
                      decyzje moge podjac tylko ja.
                      Ale boi sie, ze nie mozemy skuteczie przejsc przez terapie gdyz to bardzo
                      niebezpieczne w warunkach ambulatoryjnych.
                      A jak wspomnialam wyzej moje zachowanie jest zupelnie inne niz Twoje.
                      Ja nie szantazuje, nie mowie, ze dzis jest gorzej, ze nie chce mi sie zyc itd Ja
                      wiem, ze musze jej pokazac, ze jestem silna. Bo tylko tak bedzie widziala, ze
                      daje cos z siebie. Tak bedzie chciala mnie prowadzic :(
                      Wiem, wiem, ze to zaburzone.

                      > A z drugiej strony są one wyrazem trudności w relacji terapeutycznej (i z innym
                      > i
                      > ludźmi), silnego oporu przed zaangażowaniem się, i dobry terapeuta potrafi sobi
                      > e
                      > z tym radzić - poddając takie kryzysy analizie, aż do skutku...
                      >
                      zaangazowanie.
                      wiemy czym ono jest dla bpd.
                      Ja po 15 miesiacach terapii nagle stwierdzilam, ze T jest mi bliska.
                      Choc bywaja dni, ze moglabym ja zostawic i nawet nie przypomniec sobie, ze była.
                      • annarchia Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 25.03.10, 14:38
                        dolna1 napisała:

                        > ile razy wspomina o moim poranieniu wewnetrznym wypieram sie. Bo przeciez
                        jestem silna i ze wszystki >dam sobie rade.

                        Czym w takim razie chciałabyś się zając na terapii jeśli nie wewnętrznym
                        poranieniem?

                        dolna1 napisała:

                        > Nasilona autoagresja gdzie potrafie nie
                        > tylko krzywdzic fizycznie swoje ciało, ale zwalczam samą siebie.

                        Dolna, napisałam Ci, że ja mam podobnie: ataki na siebie, ataki na innych. Jest
                        ciężko. A jednak leczę się ambulatoryjnie. Dlaczego Ty miałabyś nie dać rady?

                        dolna1 napisała:

                        > moj oranizm broni sie przed jedzeiem ( wiekszosc posilkow zwracam bez
                        > prowokowania wymiotów).

                        Zastanawiam się, dlaczego bardziej miałby Ci pomóc w tym szpital (a nie ta
                        terapia), skoro problem zależy od Twojej psychiki, a nie od miejsca czy fizjologii?

                        Ciężko prowadzić terapię z osobą, która omdlewa i nie kojarzy, lub wręcz ma
                        fizyczne zagrożenie życia, ale dotyczy to także psychoterapii w szpitalu - jak
                        miałabyś z niej skorzystać, skoro procesy poznawcze niezbędne do terapii są
                        osłabione przez niejedzenie? A na takich oddziałach terapeutycznych, otwartych,
                        raczej nie stosują sondy i kroplówek.


                        dolna1 napisała:

                        > lezałam w szpitalu nie moglam zrozumiec jak mozna
                        > zwalczac leki. Dostawałam po 6 tabletek nasennych i nie spałam calymi nocami.

                        Można. Pewne leki uspokajające działają na mnie pobudzająco, nasenne nie
                        pozwalają zmrużyć oka, przeciwpsychotyczne nasilają derealizacje, a niektóre
                        antydeprechy bardzo mnie spowalniają i jeszcze bardziej pogrążają w depresji.
                        No, ale leki borderline nie leczą i są średnio lub mało skuteczne w wyciszaniu
                        objawów. W moim wypadku taka reakcja na leki jest wynikiem skrajnego lęku przed
                        zależnością (od czegokolwiek: leku, relacji, osoby - "Nie reaguję tak, jak chce
                        ta substancja, abym reagowała") oraz nieświadomego pragnienia wyjątkowości
                        ("Wykazuję NIETYPOWE reakcje na leki, INNE niż pozostałe osoby").

                        dolna1 napisała:

                        > A dziś głownie nie moge sobie poradzic z dekompensacjami. Jestem na
                        > przeciwstychotykachw duzych dawkach, a tak czesto trace poczucie
                        > rzeczywistosci, siebie, ze staje sie to niebezpieczne.

                        Mnie się to bardzo często zdarza (w pewnym stopniu to uczucie jest chroniczne) i
                        jest to dla mnie jeden z najgorszych objawów. Leki antypsychotyczne także i na
                        mnie nie działają, wcale. Jak widzisz pozostaje terapia, czyli refleksja nad
                        tym, skąd się biorą takie stany.

                        Na czym konkretnie u Ciebie polega niebezpieczeństwo z tym związane? Masz
                        problem, aby np. trafić z powrotem z sesji do domu, bo nie pamiętasz drogi i
                        potrzebujesz pomocy innej osoby? Albo nagle budzisz się z podciętymi żyłami i
                        kompletnie nie pamiętasz, co się stało? Takie odjazdy faktycznie byłyby
                        niebezpieczne w t.ambulatoryjnej.

                        dolna1 napisała:

                        > Ostatnio stwierdzono
                        > rozpad osobowosci gdyz wracam do siebie jako dziecka.

                        Silne derealizacje, depersonalizacje, poczucie odcięcia od rzeczywistości i
                        tracenia tożsamości, przemijające omamy, "oderwanie", regresje, nie są tożsame z
                        rozpadem osobowości. Piszesz tutaj, logicznie i sensownie, kontaktujesz, masz
                        orientację, dystans, nie jesteś totalnie autystyczna. A przede wszystkim masz
                        mimo wszystko poczucie własnego "ja" - piszesz o sobie, mówisz o swoich
                        trudnościach, pamiętasz o traumie z dzieciństwa, masz świadomość, że masz dzieci.

                        Poza tym ten argument, który podałaś ("wracam do siebie jako dziecka") świadczy
                        raczej o regresji, a nie o rozpadzie. Każdy border w dużym stopniu jest
                        dzieckiem. Poza tym, w terapiach analitycznych nasilenie się regresji jest
                        często normą.

                        dolna1 napisała:

                        > Podczas terapii tak czesto sie zapadam, z
                        > e
                        > zdaza sie, ze przez 45 min nie jestem w stanie wypowiedziec slowa i kompeltnie
                        > niczego nie rozumiem, nie widze.

                        Znane. Przemilczane sesje, w oderwaniu od emocji, od ciała, od siebie, od
                        realności i od terapeuty, tak, jakbym traciła świadomość, jakbym się rozpływała
                        i miała zniknąć na zawsze, przerażenie „gdzie jestem, co się dzieje”, chwilowe
                        zaniki myślenia... Ale to nie są stany psychotyczne czy rozpad osobowości.

                        To, że taki stan pojawia się podczas sesji nie musi być przeszkodą w terapii, a
                        przeciwnie - to ważny sygnał, który o czymś świadczy i powinien podlegać
                        późniejszej (gdy wrócisz "do siebie") analizie. Jak nie na obecnej sesji to na
                        nastepnej. Dlaczego się to pojawiło, po co, w którym momencie, przy jakim
                        temacie, co było tak trudnego. Analizujecie to z terapeutką? Mój terapeuta jest
                        psychiatrą, co daje mi większe poczucie bezpieczeństwa. Na pewnej sesji, gdy
                        miałam silny odjazd od rzeczywistości, wyszedł z roli terapeuty i
                        zainterweniował - skonsultował się z moim lekarzem i dał mi leki. Na kolejnej
                        sesji rozmawialiśmy o tym, co mogło ten stan spowodować.

                        dolna1 napisała:

                        > terapeutka boi sie mojego zachowania po sesjach. (...) Ale boi sie, ze nie
                        mozemy skuteczie przejsc przez terapie gdyz to bardzo
                        > niebezpieczne w warunkach ambulatoryjnych.

                        To jest zrozumiale, bo nasze sposoby "radzenia sobie" bywają niebezpieczne, ale
                        w takim razie można by powiedzieć, że prowadzenie terapii BPD w ogóle jest
                        ryzykowne i nie powinno się jej podejmować, bo pacjent przy trudnych tematach
                        się potnie lub powiesi...

                        Skoro terapeutka przyjęła Cię na terapię - jako osobę z BPD (czyli z definicji
                        autoagresywną, tracącą kontakt z realem) - to powinno oznaczać, że jest
                        przygotowana na takie Twoje zachowania w trakcie terapii. Czy masz może w
                        kontrakcie ustalony ban na cięcie się podczas terapii oraz rezygnację terapeutki
                        z prowadzenia Twojej terapii w razie podjęcia próby samobójczej? (ja nie)

                        Szpital może dawać większą ochronę, ale czy na pewno?
                        Na Babińskiego oddział jest otwarty - jak będziesz chciała wyjść i sobie coś
                        zrobić to droga wolna. Poza tym chyba tam można mieć "niebezpieczne przedmioty"
                        tj. noże, golarki, kable, sznurówki - więc także droga do autoagresji jest
                        otwarta. Poza tym, tamta terapia jest bardziej intensywna niż ambulatoryjnie
                        (więcej zajęć, spotkań) = trudne bolesne tematy poruszane są częściej. No i nie
                        ma chyba sond, aby Cię dokarmiać.
                        Dasz radę?

                        dolna1 napisała:

                        > Powrót do
                        > molestowania seksualnego i gwałtu w dziecinstwie boli :(

                        Na pewno. Współczuję Ci i trzymam za Ciebie kciuki.

                        dolna1 napisała:

                        > A jak wspomnialam wyzej moje zachowanie jest zupelnie inne niz Twoje.

                        Nie powiedziałabym, ze zupełne inne, oprócz zwracania pokarmów, mamy podobne
                        objawy. Autoagesja, zachowania samobójcze, dni niejedzenia, częste utraty
                        poczucia rzeczywistości. CO konkretnie czyni Twoją terapię bardziej
                        niebezpieczną od np. mojej...?

                        dolna1 napisała:

                        >J
                        > a
                        > wiem, ze musze jej pokazac, ze jestem silna.

                        To brzmi jak przeniesienie. Nie czułaś czasem, że musisz być „silna” przy matce?
                        Nie okazywać przy niej swoich emocji, bezbronności?

                        dolna1 napisała:

                        > wiem, ze musze jej pokazac, ze jestem silna. Bo tylko tak bedzie widziala, ze
                        > daje cos z siebie.

                        Raczej odwrotnie. Ukazywanie siły to ściema i sygnał „nic od Ciebie nie chcę,
                        odwal się”. Wiem coś o tym;) Poza tym, nad czym pracować w terapii z silną osobą?

                        Buźki :*
    • galagalatea Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 20.08.10, 20:27
      Przeszłam wszystkie 4 rozmowy, zaprosili mnie na leczenie. Nie pojechałam. Te
      spotkania - zwłaszcza 4, na którym spodziewałam się [na podstawie opisu ze
      strony szpitala] tylko formalnej pogawędki i ew. ustalenia terminu - wbiły mnie
      w ziemię. Nie przeżyłam większego koszmaru. Doprowadzili mnie do ściany i
      zostawili. Gdybym była sama, zabiłabym się w drodze powrotnej do domu [drugi
      koniec Polski]. Myślę, że terapia tam to potężne wyzwanie. Żałuję, że nie
      pojechałam, czasem mam uczucie, że sama sobie zamknęłam jedyne drzwi, przez
      które mogłam uciec od siebie. Ale to było jak trzymanie lufy przy skroni przez
      godzinę. Nie stac mnie, stchórzyłam. Za wszystkich, którzy się podejmą trzymam
      kciuki. Z całego serca. O ile sercem można trzymac kciuki;-)
    • borderka78 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 20.08.10, 21:20
      Trochę czytałam o 7F ale nie do końca rozumiem jednego: na czym
      polega leczenie w trybie otwartym (tak to chyba się nazywa)? Czy
      chodzi o to, że ma się swoje łózko na oddziale, bierze się udział w
      terapiach, ale w każdej chwili można wyjść na zewnątrz? Że nie
      zamykają pod kluczem, tak? Czy może że mieszka sie gdzies indziej
      (jesli ma się gdzie) a przychodzi tylko codziennie na zajęcia?
      Wyjaśni mi to ktoś?
      • night21 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 20.08.10, 21:49
        borderka78 napisała:

        > Trochę czytałam o 7F ale nie do końca rozumiem jednego: na czym
        > polega leczenie w trybie otwartym (tak to chyba się nazywa)? Czy
        > chodzi o to, że ma się swoje łózko na oddziale, bierze się udział w
        > terapiach, ale w każdej chwili można wyjść na zewnątrz? Że nie
        > zamykają pod kluczem, tak? Czy może że mieszka sie gdzies indziej
        > (jesli ma się gdzie) a przychodzi tylko codziennie na zajęcia?
        > Wyjaśni mi to ktoś?


        pobyt na oddziale wygląda nastepująco: po tym jak zostanie sie przyjetym,
        przydzielane jest miejsce w jednym z pokojów, oczywiscie kazdy ma swoje łóżko;
        nocuje sie na oddziale; jest to oddzial otwarty tzn. w kazdej chwili mozna z
        niego wyjsć na zewnatrz, ale trzeba przebywac na terenie szpitala (jest tutaj
        duzy park więc jest gdzie spacerować); z oddziału mozna wychodzic od godziny 8
        do 20; po dwóch tygodniach pobytu można starac sie o przepustke, wtedy można
        wyjechac na cały weekend poza kraków, bądz wybrać sie na miasto.
        W pierwszych dwoch tygodniach raczej nie można opuszczac terenu szpitala, no
        chyba że macie jakąs wyjątkową sytuacje-wtedy mozliwe jest otrzymanie przepustki.
      • pasta_party Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 22.08.10, 12:49
        Tak jak napisali inni: drzwi są otwarte 8-20. Przebywasz też na
        terenie szpitala. Aby legalnie wyjść poza magiczny krąg Kobierzyna,
        potrzebna jest przepustka. Sam oddział, choć nieco zaniedbany, więcej
        ma wspólnego z akademikiem niż szpitalem psychiatrycznym, więc
        początkowo można poczuć się jak na kolonii. W zamian za to, jest się
        (poza godzinami snu) regularnie atakowanym bodźcami i kopanym w dupę
        przez personel: terapeutów, pielęgniarki i społeczność. Oddział jest
        otwarty także pod innymi względami: mamy tu noże i inne ostre
        przedmioty, w oknach (na trzecim piętrze) nie ma krat. Jesteśmy tu z
        własnej woli. Jeśli nie chcesz się zmieniać - w każdej chwili można
        wyjść. I takich jest też sporo: około 40% z różnych powodów nie
        kończy terapii.
    • kocia3 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 11.12.10, 11:37
      Słuchajcie, a orientuje się ktoś, czy jest możliwe przyjęcie na Oddział osoby uzależnionej od narkotyków, po odtruciu i bez symptomów fizycznego uzależnienia?
      Jeśli problem wydaje się na tyle złożony i głęboki, że wszystkie podejmowane dotąd próby leczenia, odwyku etc.spełzły na niczym. W tym momencie i ja i mój terapeuta mamy poczucie,że trzeba zacząć od podstaw. Może wówczas coś by drgnęło,sama nie wiem...
      Wydaje się,że nie ma po prostu żadnego wyjścia....
      • aigala Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 11.12.10, 14:34
        probowalam sie dostac na ten oddzial jakies poltora roku temu, po 3 pobycie w szpitalu po probie samobojczej. I mialam takie nastawiemnie jak Ty-jesli nie oddzial, to chyba nic mi juz nie pomoze, bylam gotowa poswiecic studia dla pobytu na 7F, pokladalam w nim wielkie nadzieje, czulam, ze jestem jak otwarta ksiega, wiedzialam, ze zrobie wszystko, co mi tam kaza, byleby dostac sie i utrzymac na oddziale.
        Jednak lekarze tam pracujacy bardzo szybko rozwiali moje nadzieje-osoba w bardzo ciezkim stanie, miotajaca sie, nie wiadomo czy nie dokona kolejnej proby lada dzien, gdy "nie spodoba sie jej to, co robia lekarze" a na dodatek mam kilka innych bardzo trudnych do leczenia zaburzen. Diagnoza tez nie stricte borderline a mieszane zab os.
        No wiec zostalam stamtad odeslana z kwitkiem, bo na tamtem dzien "nie nadawalam sie do leczenia na tutejszym oddziale, prosimy sprobowac za pol roku rok, gdy bede sie lepiej czula".
        Dzis doskonale rozumiem takie postepowanie, bo jak prowadzic terapie z osoba, ktora w kazdym gescie widzi narzedzie ataku na swoja osobe i ktora nie zawaha sie odebrac sobie zycia, gdy cos nie pojdzie po jej mysli? Ale z drugiej strony gdzie, jesli nie na tym oddziale jest miejsce dla takich osob? W zwyklym psychiatryku, w ktorym jedyne co faszeruja lekami i ewentualnie daja psychologa, ktory srednio wczuwa sie w to, co robi?

        Nie wiem, nie umiem odpowiedziec Ci na Twoje pytanie. Probuj. Nic przeciez nie tracisz. Ale nie rob tak jak ja, pokladajac wszelkie nadzieje w tym oddziale. Po dzis dzien nie mam pojecia jak dalam sobie ze soba rade sama ze soba po tamtych wydarzeniach, swiat mi sie zawalil, mialam pozucie, z enie pozostaje mi nic innego jak zgnic jako porabany, nikomu nie potrzebny czlowiek z bpd.
        Moze jesli nie leczenie ambulatoryjne, to moze na oddziale dziennym? Jesli jestes z wiekszego miasta, lub masz mozliwosc dojazdu do takiego, to powinnas(es) znalezc cos jak np oddzial leczenia nerwic, zaburzen osobowosci. Nie tylko Krakow ma lekarzy znajacych sie na rzeczy.

        A moze sie okaze, ze wlasnie Krakow bedzie dla Ciebie strzalem w 10 i tam otrzymasz pomoc. Nie wiadomo; sa rozne opinie co do tego oddzialu, a na kazda z nich naklada sie wiele rzeczy, najwazniejsze to szukac i wierzyc, ze da sie z tego wyjsc.
        A ze sie da, dzis wiem na pewno:)
      • xcracer Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 13.12.10, 14:13
        Wymagany jest ok. półroczny okres abstynencji przy wszelkiego rodzaju uzależnieniach przed podjęciem terapii. Zadzwoń na oddział i bądź upierdliwa, ponieważ zostaniesz potraktowana zimno-profesjonalnie ;). Bywa, że przypadki są traktowane indywidualnie, więc możliwe, że konsultacje, na które i tak się długo czeka (3-4 miesiące) i które trwają 1-2 miesięcy w sumie (4 rozmowy) mogą się odbywać w trakcie takiego półrocznego odstawienia prochów.
    • fawela Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 11.12.10, 22:05
      Też wybieram się na ten odział. Nie jestem BDP, jeszcze nie wiem co jestem, ale pewnie unikająco-schizoidalna, ale nie wiem. Termin kawalifikacji mam za pół roku!!!
      Mam pytanie do was. Najpierw spotkałam się prywatnie z terapeutką która tam pracuje, chciałam podjąć terapię indywidualną, w ogóle nie myślałam o tym odziale, a ona mi zaproponowała ten oddział. Czy to coś oznacza, jak to wróży ? Jestem po 2.5 letniej nieudanej terapii i po dwóch Odziałach Leczenie Nerwic.
        • fawela Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 13.12.10, 22:25
          Nie chcę rzucać nazwiskami na publicznym forum.
          Poprostu zastanawiam się czy w momencie nieprzyjęcia na odział będe mieć szanse na terapie indywidualną czy to będzie oznaczało koniec wszelkich terapii. Nie wiem czego mogę się spodziewać. No ale tego nikt nie wie.
          Byłeś na tym oddziale?
          Czy częst się zdarza,że jak się dzwoni co tydzień i dopytuje czy ktoś nie wypadł z kolejki oczekujących to można się załapać na wcześniejszy termin?
          Pół roku czekania to koszmar, a ja nie jestem już najmłodsza...chociaż to i tak już wszystko jedno
          • aigala Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 14.12.10, 08:00
            oczywiscie, ze mozna sie zalapac na wczensiejszy teramin. Mi pierwszy termin podali za ponad pol roku od pierwszego kontaktu z oddzialem. Ale pielegniarka zaznaczyla, ze moge dzwonic co tydzien(chyba w piatki) i dowiadywac sie, bo czesto zwalniaja sie terminy. Jednka podkreslila, ze mam sie liczyc z tym, ze moga kazac mi przyjechac juz nawet za tydzien. Gdy zadzwonilam po tygodniu okazalo sie ze mam przyjechac na pierwsza weryfikacje za niecaly miesiac(!).
            Mysle, ze to tez sewgo rodzaju sprawdzanie, na ile potencjalny pacjent ma motywacje do dostania sie na oddzial i leczenia.
            Tak wiec dzwon koniecznie jesli Ci zalezy.

            Co do Twojego wczesniejszego pytania-to jasne, mysle, ze skoro pracujaca tam lekarka chce Cie niejako "wkrecic" na oddzial, to masz duzo wieksze szanse. Zawsze tak jest, gdy sie ma jakiegos poplecznika;) To tak jak przy prywatnej wizycie u jakiegokolwiek lekarza-potem za free wspisuje Cie np na oddzial szpitala w ktorym pracuje a inni musza czekac miesiacami.
            A nie mozesz poprostu zadzwonic lub umowic sie z ta lekarka i wypytac ja o wszystko? Jesli chce Ci pomoc, to na pewno rozjasni Twoje watpliwosci.
            • fawela Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 14.12.10, 11:24
              Dzięki za odpowiedz, będę dzwonić do upadłego:)

              Pani z którą się spotkałam nie jest lekarką tylko psycholgiem-psychoterapeutką pracującą na tym Odziale. Nie odniosłam wrażenia, że chce mnie tam jakoś wkręcić. Byłam u tej terapeutki tylko na konsultacji, widziałam ją pierwszy raz w życiu na oczy, nie myślałam o Odziale, chciałam się zapisać na terapię indywidualną. Nie nazwałabym jej moim poplecznikiem. Ale może ja naiwna jestem i ciemna....
              Powiedziała mi tylko, ze mogę dzwonić co piątek, to samo mi powiedziała pielęgniarka, teraz Ty, ale ja chciałam sprawdzić czy to faktycznie coś daję czy tylko jest to taka złudna nadzieja. Ale odpisałaś mi że to przynosi rezultaty. O to mi chodziło, dzięki:)

              A te konsultacje to faktycznie tak trudno przejść, na czym ma polegać wykazywanie się motywacją? W związku z moimi zaburzeniami mało co mi się chce i z motywacją do czegokolwiek u mnie ciężko, ale chciałabym jednak się dam dostać i wykorzystać jeszcze jedną szansę.
                • fawela Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 14.12.10, 16:58
                  aigala napisała:

                  > No to wlasnie to im powiedz:)
                  > Rozmowa sama sie potoczy, zobaczysz;
                  > przestan sie tak nakrecac, bo im dluzej to analizujesz, tym bardziej to przezyw
                  > asz.
                  > Co ma byc to bedzie.
                  > Powodzenia

                  Dziękuję, faktycznie może za bardzo się nakręcam a i tak nic mi to nie pomoże.
                  • xcracer Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 14.12.10, 17:30
                    Myślę, że warto spróbować. Nie spodziewaj się jakiejś gigantycznej odmiany. Ale spora część pacjentów wychodzi z 7f w na tyle innym stanie, że jest możliwe funkcjonowanie. A potem jeszcze długi czas pracy nad sobą. Po 7f masz pewną wiedzę i pewne narzędzia. Co z nimi zrobisz - twoja decyzja. Jeśli cię przyjmą, w trakcie będziesz czuć się nie raz koszmarnie (po wyjściu także, często najkoszmarniej w życiu), będziesz też pewnie robić różne głupie rzeczy a szala zwycięstwa będzie się nie raz mocno wahać między tobą a twoją patologią. Ale myślę, że i tak warto. Bo zmienia się wiele rzeczy. Czasem kompletnie innych, niż można się było spodziewać. A jeszcze więcej zmienia się po.
                    • fawela Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 14.12.10, 18:49
                      xcracer napisał:

                      > Myślę, że warto spróbować. Nie spodziewaj się jakiejś gigantycznej odmiany. Ale
                      > spora część pacjentów wychodzi z 7f w na tyle innym stanie, że jest możliwe fu
                      > nkcjonowanie. A potem jeszcze długi czas pracy nad sobą. Po 7f masz pewną wiedz
                      > ę i pewne narzędzia. Co z nimi zrobisz - twoja decyzja. Jeśli cię przyjmą, w tr
                      > akcie będziesz czuć się nie raz koszmarnie (po wyjściu także, często najkoszmar
                      > niej w życiu), będziesz też pewnie robić różne głupie rzeczy a szala zwycięstwa
                      > będzie się nie raz mocno wahać między tobą a twoją patologią. Ale myślę, że i
                      > tak warto. Bo zmienia się wiele rzeczy. Czasem kompletnie innych, niż można się
                      > było spodziewać. A jeszcze więcej zmienia się po.

                      Przeszłam już 2 grupowe terapie i 1 indywidualną więc nie wierzę już w żadne cuda. Nawet trudno mi sobie wyobrazić, że jak by mogły wyglądać jakieś zmiany. Mam takie problemy z idnetyfikacją i komunikacją tego co myslę i czuję, że praktycznie dyskwalifikuje mnie to w każdej terapii. Im bardziej mnie ktoś naciska tym gorzej.
                      To co piszesz brzmi jednak mimo wszytko obiecująco. Zastanawiam się jak bardzo różni się taka terapia od terapii na Odziałałach Leczenia Nerwic. No ale już was nie chcę zanudzać i zamęczać tutaj...
                      • xcracer Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 15.12.10, 11:13
                        To jest dziwne miejsce. Trafia tam wielu weteranów po różnych terapiach. Ludzie często są zawiedzeni, bo takich stricte określonych zajęć terapeutycznych jest realnie mało. Więc tak naprawdę liczy się kontekst, czyli społeczność, w jakiej tam przez pół roku żyjesz. I ten kontekst w połączeniu z terapeutycznym "nadzorem" chyba jest kluczem do zmiany.
                        • fawela Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 15.12.10, 13:17
                          xcracer napisał:

                          > To jest dziwne miejsce. Trafia tam wielu weteranów po różnych terapiach. Ludzie
                          > często są zawiedzeni, bo takich stricte określonych zajęć terapeutycznych jest
                          > realnie mało. Więc tak naprawdę liczy się kontekst, czyli społeczność, w jakie
                          > j tam przez pół roku żyjesz. I ten kontekst w połączeniu z terapeutycznym "nadz
                          > orem" chyba jest kluczem do zmiany.

                          Naprawdę ciekawe to co piszesz. To może to będzie dobre dla mnie bo ja mimo dużego lęku i napięcia potrafię być przykładną pacjentką, nie naruszam regulaminu, angażuję się w zajęcia , słucham co inni mówią, chcę im pomagać, ale wszytko jakby obok mnie itp. itd. Z wierzchu wyglądam i funkcjonuję w miarę normalnie, a po zajęciach, jak "kurtyna opadnie" :) i tak mam ochotę izolować się od ludzi i nie wchodzić z nimi w żadne bliższe kontakty. Zdałam sobie po ostatniej terapii sprawę z tego, że mam takie "dwie twarze" jeśli ktoś rozumie o co chodzi.
    • hanails8 Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 25.05.16, 23:17
      Hej, mam tylko pytanko, jak dlugo sie czeka na w ogole pierwsza rozmowe po wyslaniu skierowania ? Jestem po wielu nieudanych terapiach, moj psycholog juz przy czwartej hospitalizacji mowi ze Babiński to bedzie dla mnie jedyne wyjscie, i bardzo z pania doktor by mnie tam kierowali, zeby postawic mnie na nogi, bo mimo wielkiej motywacji wciaz trafiam do szpitala, a to intensywne mysli samobojcze a to chec okaleczania siebie (czego juz od 1,5 roku nie robie, bo powaznie chce stanac na nogi). Tylko pytanie czy w rok sie tam dostane kiedy przejde kwalifikacje ?
      • brz_a_sk Re: Oddział 7f w Krakowie - kto był? 26.05.16, 06:58
        masz coś do wyboru?
        jest szansa i tej się uczep
        podjęłaś decyzję, chcesz coś robić ze sobą to skorzystaj z SZANSY
        to tylko szansa i aż szansa
        nie wszyscy mają skierowania, niektórych nie przyjmą itd
        są i tacy, którzy zrezygnowali zanim zaczęli

        najważniejsze jest chyba to jedno pytanie czy masz już dość i chcesz sobie pomóc
        przynajmniej dowiesz się jak to z Tobą jest, jak to działa, że tak wiele nie działa
        to wszystko jest szansą

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka