Dodaj do ulubionych

Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd

24.04.12, 12:24
Jak to jest: kurcze wątek zajechany do niemozliwości
partnerzy cierpią bardziej i bardziej nawet niz osoba z bpd
czy to pech czy karma sam niewiem
moze by stworzyć nową klasywikacje diagnostyczną
pzrecież tak trudno sie wyzwolić to juz jakies jest zaburzenie
chyba
(rozumiem dokładnie zależności i skoplikowane relacje miedzy ludzie
ale takie pławienie sie samym soba nad pechem bycia w zwiazku bpd
to załosne
a moze nowe kryterium diagnostyczne
Obserwuj wątek
    • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 13:42
      > partnerzy cierpią bardziej i bardziej nawet niz osoba z bpd
      > czy to pech czy karma sam niewiem

      Zdecydowanie pech. Cierpią bardziej bo potrafia kochać i dawać bardziej i więcej niż przeciętny człowiek, bo są oszukiwani przez najbliższą osobę, której zaufali, wierząc w smutne minki i opowieści o bólu wewnętrznym, który "karze" oprawcy uprawiać okrutne, sadystyczne praktyki. Nie ma mądrych na taką mapnipulację.

      >pzrecież tak trudno sie wyzwolić to juz jakies jest zaburzenie
      > chyba
      Nie, to nie jest zaburzenie. To rdzenne dobro i wielka wewnętrzna wiara w ludzi, to zaufanie (normalna rzecz w normalnym związku, podwalina prawdziwej miłości), które zmanipulowane do granic możliwości prowadzi do uzależnienia.

      (rozumiem dokładnie zależności i skoplikowane relacje miedzy ludzie
      Nie widać, żebyś rozumiał zależności, bo byś nie zadawał takich pytań.

      >ale takie pławienie sie samym soba nad pechem bycia w zwiazku bpd
      > to załosne
      Co w tym widzisz żałosnego? Jakie pławienie się? Tutaj szukają pomocy ofiary przemocy i manipulacji, nie mieszczącej się normalnemu człowiekowi(w tym ofiarom) w głowie. Zaryzykuję domysł, że częściej zaglądają tu "partnerzy" niż osoby chore. Bo najpierw chcą pomóc i ich wyleczyć a potem próbują zrozumieć co ich samych spotkało.
      Nie wiem czy to okreslenie "żałosne" to prowokacja czy dowód niedojrzałości, czy złość, która tkwi w Tobie. Nie wiem jak w ten sposób można określać tragedię drugiego człowieka. Może popracuj nad empatią to nie będziesz miał więcej rozterek.
      • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 14:23
        > Zdecydowanie pech. Cierpią bardziej bo potrafia kochać i dawać bardziej i więce
        > j niż przeciętny człowiek, bo są oszukiwani przez najbliższą osobę, której zauf
        > ali, wierząc w smutne minki i opowieści o bólu wewnętrznym, który "karze" opraw
        > cy uprawiać okrutne, sadystyczne praktyki. Nie ma mądrych na taką mapnipulacji

        ???? oprawcy uprawiający okrutne, sadystyczne praktyki ?????
        hmm ciekawe...
        gratuluje pecha bardzo mi przykro

        > Nie, to nie jest zaburzenie. To rdzenne dobro i wielka wewnętrzna wiara w ludzi
        > , to zaufanie (normalna rzecz w normalnym związku, podwalina prawdziwej miłości
        > ), które zmanipulowane do granic możliwości prowadzi do uzależnienia

        ??? rdzenne dobro i wielkA wewnętrzna wiara w ludzi ????
        to juz sie plasuje naprawde jako diagnostyczne nowum
        w dzisiejszych czasach skad ta naiwność

        >Tutaj szukają pomocy ofiary pr
        > zemocy i manipulacji, nie mieszczącej się normalnemu człowiekowi(w tym ofiarom)
        > w głowie. Zaryzykuję domysł, że częściej zaglądają tu "partnerzy" niż osoby ch
        > ore. Bo najpierw chcą pomóc i ich wyleczyć a potem próbują zrozumieć co ich sam
        > ych spotkało.

        trzeba założyć chyba niebieską karte ale czy napewno chca zrozumieć
        czy chodować w sobie zal i nienawiść

        > Nie wiem czy to okreslenie "żałosne" to prowokacja czy dowód niedojrzałości, cz
        > y złość, która tkwi w Tobie. Nie wiem jak w ten sposób można określać tragedię
        > drugiego człowieka. Może popracuj nad empatią to nie będziesz miał więcej rozte
        > rek.

        niedojrzałość hmmm pełni miłości oddania i dobra gdzież tu niedojrzałość
        to tylko tragedia dobra i miłości hmmm przykro mi ale zycie jest zycie
        h***owe i niestrawne nik nie karze byc z kims nasiłę
        dodajac do wczesniejszego trzeba się psychopatycznie mscić
        o co chodzi z tą niedojrzaloscia

        prowokacja jak najbardzie ...

        • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 14:37
          Przykro mi ale nie rozumiem Twojego przekazu, byc może z powodu konstrukcji zdań.
          Teraz rozumiem, że rozmawiam z osobą chorą i niepotrzebnie wdałam się w bezsensowną dyskusję. Napięcie czujesz może? Rozładowałbyś? Dawaj jedziesz! Nie ma komu przeprosić za naiwność i całe zło Twego świata? Nie wiem czy się doczekasz odpowiedzi jakiej oczekujesz od zdrowych osób.
          • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 15:11
            ?????????
            no to sie teraz zdziwiłem bardzo
            (moze niejasno kontruuję zdania sam niewiem)
            ale dlaczego tak nagle
            dajesz mi przytyczka ze rozładowuję napiecie "dawaj jedziesz"
            i rozmawiasz z chorym umysłem
            ???????
            szkkoda bo wydaje mi sie ważna dyskusja
            ze w relacjach miedzy ludzmi nie ma zadnego bpd i innych schiz
            rozumiem ze to trudne
            ale kazde relacje sa trudne
            chodzi mi o piętno
            my cierpimy i nie manipulujemy dla manipulacji jako takiej
            nie jesteśmy oprawcami itp
            kazda relacja jest inna
            świat jest bardzo złożony
            i przykro mi sie czyta ze np jaka to swinia jestm
            poczatek jaki napisałem miał w zamiarze byc prowokacjny dla przemyslenia
            ale nie zgadzam sie na przytyki ze rozładowuje napięcie
            i mam chory umysł
            kto tu manipuluje ????
            • karaksul Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 16:10
              To są tak indywidualne przypadki, że wydaje mi się, że każdy przeżywa bdp po swojemu, na swój własny sposób, relacje z innymi też układa sobie po swojemu, z zasady każdy związek międzyludzki jest inny, więc taki chyba powinien być punkt wyjścia dyskusji - indywidualność każdej sytuacji, każdej osoby i tego, jak radzi sobie z przypadłością...
      • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 31.05.12, 16:50
        Wiatrodnowy- od kilku dni czytam Twoje posty na tym forum z największym szacunkiem.

        > Zdecydowanie pech. Cierpią bardziej bo potrafia kochać i dawać bardziej i więce
        > j niż przeciętny człowiek, bo są oszukiwani przez najbliższą osobę, której zauf
        > ali, wierząc w smutne minki i opowieści o bólu wewnętrznym, który "karze" opraw
        > cy uprawiać okrutne, sadystyczne praktyki. Nie ma mądrych na taką mapnipulację.

        Tak. Ale i frajerstwo. Bo to, czego doznają partnerzy borderów nie wzbogaca na przyszłość- tylko niszczy. Wyczerpuje ponad miarę i ponad wszelkie granice. Jako była partnerka (długoletnia) osoby z BPD czuję się wypalona wewnętrznie na bardzo długo. Nie mam siły kochać, nie mam siły się kurczyć i dopasować... A zawsze byłam królową empatii.

        > Nie, to nie jest zaburzenie. To rdzenne dobro i wielka wewnętrzna wiara w ludzi
        > , to zaufanie (normalna rzecz w normalnym związku, podwalina prawdziwej miłości
        > ), które zmanipulowane do granic możliwości prowadzi do uzależnienia.

        To jest zbyt duże dobro. Dobro, które obraca się przeciwko je dającemu. Dobro wypalające i niszczące. Więc- bezsensowne.

        Związek z BPD zabiera nadzieję. Zabiera wiarę w czystość, dobro i wartości. Zabiera dobrą wiarę, że nie wszystko wokół jest oszustwem. Może to "żałosne frajerstwo". A może dobro bezsensowne. Nie wiem. Ja po moim związku czuję się jak oszukany, rozwałkowany, bezużyteczny śmieć.

        Czy to żałosne? Może i tak.

        wiatrodnowy- jak wysłać do Ciebie priv?....
        • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 09:59
          Wierz mi- znam dobrze ten sposób myślenia. Kiedy tak myślisz, uważasz, że to przejrzysty obraz smutnej rzeczywistości, której nic juz nie zmieni. Pozamiatane.
          Ale nie jest.
          Dzień, w którym dręczyciel znika z Twojego życia jest dopiero początkiem. Powstajesz z pogorzeliska, z nicości. Kiedy już wyliżesz rany, ułożysz włosy, zauważysz, że na tym pogorzelisku leży miecz. Nic Ci innego nie pozostało więc będziesz zmuszona go dobyć i ruszyć w jakimś kierunku. Nie będziesz tam przecież wiecznie stać tak sama :)
          Mieczem tym walczyłaś o swoją godność, wartości i prawo do miłości. Może był wyszczerbiony i stop mało szlachetny ale przypomnisz sobie, że istnieją kuźnie, gdzie można z niego zrobić broń pierwszorzędną. Może za słabo ktoś nauczył Cię nim władać ale dobry nauczyciel a przede wszystkim regularne ćwiczenia doprowadzą Cię do perfekcji.
          Zależy, w którym kierunku pójdziesz i co postanowisz.
          Rany, które nabyłaś są głębokie i w dodatku szarpane, nie cięte, więc leczenie musi potrwać.
          Bitwa, którą przeżyłaś pozostawiła wiele mrocznych wspomnień, których nie chcesz pamiętać. W tej bitwie nabyłaś wielu cennych doświadczeń - przyjemniej byłoby żyć bez nich, szczególnie, że bolą i nie wydają się teraz wcale cenne. Ale są.
          Kiedyś zaczniesz sobie przypominać co doprowadziło Cię na to pole bitwy.
          W tym wszystkim jest nadzieja i duże prawdopodobieństwo, że juz nigdy na to pole nie trafisz. I zauważysz, że na świecie są Orkowie ale są tez Elfy.

          Sory za górnolotność ale taki mam dziś nastrój, w końcu dzień dziecka jest:)

          wiatrodnowy@gazeta.pl


          [img]https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/pa/ej/weys/Bk14MBdEELUOT8xhtB.jpg[/img]
        • mu.rena Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 10:41
          Poczytałam ostatnie wpisy w tym wątku i postanowiłam dodać swoje trzy grosze, bo mam zupełnie inny punkt widzenia, chociaż szanuję doświadczenia i odczucia zarówno Wiatruodnowy jak i Salome ( i każdego innego forumowicza też ).

          Otóż tak: u podstaw BPD leży przemoc i osoby cierpiące na tę przypadłość są o tyle usprawiedliwione, że same sobie takiego losu nie wybrały. Czy nad sobą pracują i starają się ulepszyć zarówno siebie jak i kontakty ze światem zewnętrznym - to jest osobna zupełnie kwestia. Niektórzy tak, niektórzy nie - bardzo być może, że zwyczajnie nie wiedzą jak wyglądają "wzorcowe" relacje i nawet jeśli chcieliby dążyć do czegoś lepszego, to nie wiedzą jak to lepsze wygląda.

          A my, tzw. "niezaburzeni" ich oświecamy po swojemu - tu cytuję na żywca : " mamy miecze", "walczymy" , "szarpiemy się " itp. itd. o te " wzorcowe" relacje egoistycznie wymagając od nich tego, czego byśmy sami od relacji chcieli kompletnie ignorując fakt, że oni zwyczajnie nie są w stanie nam tego dać w takiej potrzebnej NAM formie. Bo relacja dla nas "wzorcowa" - to relacja z krótkim dystansem i bliskością. A u człowieka z BPD ta bliskość właśnie budzi lęk i powoduje raniące nas reakcje. I wychodzi na to, że nie tylko sami na własne życzenie robimy sobie kuku, to jeszcze bardzo być może, że nie z "miłości", czy "dobroci serca" , ale zwyczajnie z egoizmu wynikającego z braku NASZEJ akceptacji dla cudzej odmienności odpowiadamy na ich niezawinioną przemoc - naszą przemocą i próbą narzucenia siłą naszej wizji rzeczywistości. A jeśli tak, to jeśli już ktoś chce postawić się w roli ofiary, dobrze jest odpowiedzieć sobie uczciwie na pytanie, czyją w istocie ofiarą się jest: człowieka z BPD czy samego siebie, żadając od niego spełnienia wymagań jeśli nie niemożliwych , to przynajmniej trudnych albo bardzo trudnych do spełnienia.

          Może to zabrzmi obrazoburczo, ale najwięcej w życiu zawdzięczam dwu osobom z BPD - obie spotkałam w przełomowych momentach swojego życia i od obu bardzo dużo się nauczyłam. Bezwarunkowej akceptacji dla cudzej odmienności, szacunku dla innych i tolerancji. I cierpliwości, z którą mam zasadniczy problem.
          • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 11:20
            mu.rena napisała:
            >na ich niezawinioną przemoc
            nie ma czegoś takiego jak "nizawiniona przemoc". Skąd takie pojęcie? Proponuję poczytac o przemocy. Czy to oznacza, że uważasz, że psychopaci i pedofile, którzy sami sobie swojej psychiki i preferencji nie wybrali są usprawiedliwieni?
            PRZEMOC TO PRZEMOC
            Jest przemocowiec i jest ofiara. Kiedy skończy się na tym forum dorabianie ideologii by usprawiedliwić PRZEMOC?

            >żadając o
            > d niego spełnienia wymagań jeśli nie niemożliwych

            Nie przypominam sobie z mojej strony w tej relacji żadnych żądań, poza domaganiem się szacunku i dotrzymywania słowa. Co więcej otrzymywałam wciąż zapewnienia oraz informacje niezgodne z prawdą, co wprowadzało mnie w błąd. Mój "partner" tak sie wpasował w moje oczekiwania, że całym sobą zapewniał, że wartości i cele mamy takie same. Manipulacje i kłamstwa uniemozliwiły mi ocene sytuacji i możliwości "partnera". Gdyby było inaczej ja i podejrzewam wielu innych partnerów uciekłoby gdzie pieprz rośnie po tygodniu.

            > ego
            > istycznie wymagając od nich tego, czego byśmy sami od relacji chcieli

            Co? Wymaganie od partnera aby dostrzegał nasze potrzeby i był uczciwy jest EGOIZMEM?
            Chyba się mocno zagalopowałaś.

            >ale zwyczajnie z egoizmu wynikającego z braku NASZEJ akceptacji dla cudzej
            > odmienności odpowiadamy na ich niezawinioną przemoc

            Słów mi brakuje. Wszystkie te okreslenia są z kosmosu. Ta niezawiniona przemoc i egoizm braku akceptacji to hit normalnie.
            Sposób pisania, określenia i przekaz żywcem wyjęty z ust BPD, wiecznie usprawiedliwiającego się i nieumiejacego się powstrzymać od zrzucania "winy" na wszystkich wokół, ze szczególnym uwzględnieniem partnerów.
            Czy to kolejna prowokacja?
            • mu.rena Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 11:59
              Prowokacja do spojrzenia na sytuację nie z osobistej perspektywy, ale z lotu ptaka niejako - co nie jest łatwe, zwłaszcza jak emocje są rozbujane. Dlatego Cię wkurzyłam.

              Myślę, że cała trudność polega na tym, że chcielibyśmy, żeby było "normalnie" i "po naszemu", a definicja "po naszemu" BPD jest zwyczajnie inna niż nasza - jest ciągłym testowaniem gdzie jest granica.

              Wymagać sobie możesz, pytanie tylko, czy te wymagania w ogóle mogą być przez drugą stronę spełnione, jeśli jej definicje są inne ? Zaakceptowałam inność BPD w momencie, gdy zdałam sobie sprawę, że coś, co wcześniej uważałam za dialog wygląda tak jak rozmowa dwu ludzi nie znających języka tego drugiego: każdy powtarza w kółko swoje po swojemu, tylko coraz głośniej. I jeszcze się wkurza, że DRUGA strona nie rozumie. Rozumie, tylko zupełnie inaczej i w sposób dla nas trudny do zaakceptowania. Jak widać.

              Te nasze wymagania - to są NASZE pobożne życzenia.
















              • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 12:52
                mu.rena napisała:

                > Prowokacja do spojrzenia na sytuację nie z osobistej perspektywy, ale z lotu pt
                > aka niejako - co nie jest łatwe, zwłaszcza jak emocje są rozbujane. Dlatego Cię
                > wkurzyłam.

                Skoro uzurpujesz sobie prawo do "obiektywizmu" nie będę w to ingerować, jednak nie zgodzę się.
                Wkurzyłam się dlatego, że propagujesz i usprawiedliwiasz przemoc, próbując zrzucac na ofiary winę. To co piszesz o "niezawinionej przemocy" jest niewytłumaczalne.

                > Myślę, że cała trudność polega na tym, że chcielibyśmy, żeby było "normalnie" i
                > "po naszemu", a definicja "po naszemu" BPD jest zwyczajnie inna niż nasza - j
                > est ciągłym testowaniem gdzie jest granica.

                Każdy człowiek ma prawo oczekiwac od związku tego co dla niego ważne i niezbędne. Jest to kwestia dogadania się dwóch stron czy jest im po drodze czy nie. Warunkiem jest uczciwość intencji i partnerstwo (brak przemocy i manipulacji). Jeśli przemocowiec manipuluje drugim człowiekiem dla osiągnięcia własnych profitów, to nie ma tu mowy o "po naszemu" czy "po waszemu".

                >Zaakceptowałam inność BPD w
                > momencie, gdy zdałam sobie sprawę, że coś, co wcześniej uważałam za dialog wyg

                Twoje prawo jako człowieka jest akceptować to co chcesz w swoim życiu, nawet przemoc. Moje również. Nadmienię również, że każdy człowiek ma prawo do miłości, szacunku i poczucia godności osobistej. I nikt nie ma prawa mu tego zabierać.
                • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 15:02
                  jeśli mi się uda po porządkować myśli napisze więcej - ale nie obiecuję

                  kiedy zaczynamy gadać z Człowiekiem - staje się on dla nas ważny
                  i zakładamy/zmyślamy/projektujemy
                  tak fajnie gada =jest taki i taki

                  może osadźmy to w internecie

                  bord jest zajebisty
                  nie pociąga nosem i ma piękne nogi

                  okazuje się, że nogi ma ale pociąga nosem
                  może dla nas przestać pociągać nosem - bo zalezy nam na tym i bord się postara - to jest do ogarnięcia - kontroluje się i nie pociąga

                  wyobraźmy sobie kogoś z ADHD - dzieciak kocha mamusię i star się ale macha nogami i krzyczy i gna i jest agresywny kiedy ma powód najmniejszy - nie ma miłości, zagrożenia - niczego nie ma co spowoduje, że ADHD zniknie ani niczego nie ma co spowoduje, że Człowiek zniknie w sobie ADHD - może nauczyć się, wytrenować zachowania - dla nas i dla siebie poniekąd też - ale on ma ADHD i dostosowuje się do nas - bo kocha mamę np

                  ani BPD ani ADHD ani autyzm nie znika - ci ludzie dokonują nadludzkich dla innych starań by zyć i by innym nie się podobać

                  bord ma nocnik pełen - wie, że za chwilę odpali i zburzy co miał, wie, że niszczy bliskich, wie, że zawali mu się cały świat i ...
                  zostanie szmatą na ulicy, kloszardem, samobójcą - jednym wielkim strachem
                  BPD cały czas ma strach
                  czasem idzie w cug i zapomina o strachu

                  My zdrowi - jak nie wiem co - mamy nadzieję, że LBP poprawi się i już
                  chce to się poprawi
                  kocha to się poprawi
                  kocha to nie zna strachu
                  no przecież nie może myslec inaczej niż wszyscy normalsi

                  a może by tak normals uwierzył, że są tacy, którzy mysla inaczej?
                  i spróbował uwierzyć- ONI TAK MAJĄ
                  bord jest inny

                  bord się stara bo i - NIE CHCE SIĘ BAĆ

                  a równoczesnie czasem już jest tylko strachem

                  To łatwo zajarzyć przy anoreksji - może poczujecie - gaśnie taka chudzinka i nie może się oderwać od swoich popieprzeń bo to jest jedyne co ma. Jest jedny już maleńkim popieprzeniem

                  Może chaotycznie wrzuciłam tu swoje myśli

                  może nikt nic z tego nie skorzysta - ale próbowanie ma sens

                  Nic tak nie boli jak dusza









                  • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 15:11
                    a jeszcze tak napiszę
                    spróbuj być BPD
                    na chwilę na próbę na full
                    nie da sie?
                    no nie gadaj
                    postaraj się!

                    normalsie - poznaj swoje ograniczenia

                    jak to się nie da?
                    przed chwilą myślałeś, że to proste zmieniać sie z BPD w normalsa i odwrotnie

                    acha - nie do końca zrozumieliśmy się

                    Tak wiel wymagamy od BPD , manipulujemy nimi, wymgamy, zabraniamy i tresujemy

                    DLA ICH DOBRA
                    a na pewno?

                    • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 22:59
                      >DLA ICH DOBRA
                      a na pewno?

                      brz_a_sk - każdy ma prawo wolnego wyboru. Nasze się ogranicza, bo wpadamy w syndrom współuzależnionego. Mnie trzeba było upodlić, zbić i pozbawić resztek godności, żebym wreszcie podjęła decyzję o odejściu. Ale to nie umniejsza mojego cierpienia, zawodu i wspomnienia, że kiedyś ten bord był wspaniałym, ciepłym, ludzkim i szczęśliwym człowiekiem. Pamiętam- wtedy był szczęśliwy. Więc chyba było mu dobrze....?

                      Ale oczywiście. Może to złudzenie. Może wtedy cierpiał- a teraz, kiedy może mnie podręczyć jest szczęśliwy naprawdę i osiągnął własne dobro.... :)

                      Oj.... Nie porozumiemy się chyba, bo czytając Twoje ostatnie posty odnoszę wrażenie, że borda warto hodować, czcić i obdarzać współczuciem. A najlepiej pozwolić mu się pozbawić wszystkiego, a najlepiej- wykończyć, żeby złożyć się na ołtarzu jego ciężkiego losu i biedactwa...
                    • 3bsp Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 03.06.12, 20:44
                      brz_a_sk napisała:


                      > Tak wiel wymagamy od BPD , manipulujemy nimi, wymgamy, zabraniamy i tresujemy
                      >
                      > DLA ICH DOBRA
                      > a na pewno?
                      >

                      Napisałem w tym wątku w poprzednich postach:

                      ale też bywa, że ktoś znęca się nad drugim człowiekiem dorabiając do tego ideologię.

                      oraz

                      Wiedza, coraz więcej wiedzy, by zrozumieć, by wiedzieć, by - KONTROLOWAĆ I PODPORZĄDKOWAĆ, BY MIEĆ NAD KIMŚ WŁADZĘ!!!

                      czy aby nie o tym samym piszemy?



                      mu.rena

                      słyszę o czym mówisz.
                      W tej materii chyba pracujemy na jednej fali.
                      • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 03.06.12, 23:44
                        Ach, no i wszystko jasne! Jak pięknie sobie państwo przyklasnęli! ;)

                        pieprzenie aż żal...

                        To mi brzmi znajomo. Walka o kontrolę, władzę, o podporządkowanie, niezależność, niezawisłość, autonomię i autarkię. Relacja między kobietą a mężczyzną polega właśnie na tym, że coś się poświęca, żeby coś zyskać. To jest zdrowa miłość. Tu nie chodzi o kontrolę i podporządkowanie, związek nikomu zdrowemu na duszy tak się nie kojarzy. Zawsze, przezawsze miłość wiąże się ze zobowiązaniem, współodpowiedzialnością, wyzbyciem się swojego jebanego egoizmu i chorej potrzeby wiecznej kontroli sytuacji.

                        Mi, jako partnerowi kobiety z problemem, naprawdę nie chodzi o to, żeby ją zawłaszczyć i zniszczyć, rozbroić i zabić. Nie jestem typem zaborczego zazdrośnika, jestem autonomiczny, niezależny i mam w dupie władzę. Zwyczajnie - nie mam potrzeby panować nad kimkolwiek i nie czuję satysfakcji w momencie, kiedy ktoś jest ode mnie zależny. Ona też nie może tego zrozumieć, chociaż jestem do cna liberalny, tolerancyjny i akceptujący, jak tylko się da. Nie jestem w stanie jej przekonać, że nie jestem dla niej zagrożeniem, że jestem w jednej drużynie i nie strzelę jej gola, jeżeli mi poda piłkę. A to, o czym piszecie doskonale znam.

                        Spisek, wszędzie jest spisek. Bądźcie czujni i czujne 24/7!! Bo my, partnerzy i partnerki chcemy Wam wydrzeć tajemnicę i poznać Wasze wnętrza tylko po to, żeby wywlec na światło dzienne Waszą wyimaginowaną "gorszość", słabość, niedoskonałość i pustkę. Staramy się o Was tylko po to, żeby Was zdobyć, rozbroić a potem doprowadzić do upadku, zjeść i wysrać. I naaaaaaastępny na warsztat!

                        To jest chore.
                        I to się nazywa projekcja. Nie umiejąc zachować trwałości swoich uczuć, nie wierząc w zdrową miłość, we własną lojalność, nie mając sprecyzowanych priorytetów i celów - nie wierzycie temu, kto Was pokocha. Przecież to jest niepojęte - jak można codziennie czuć to samo, nie? Jak można usypiać i wstawać wiedząc, czego się chce?
                        Otóż jakoś można.

                        Kurwa, nie przyjdzie jednemu z drugą do głowy, że bez wiedzy i bez zrozumienia - pozostaje odwrócić się na pięcie po pierwszej chorej akcji, popukać się w łeb i wyjść na zawsze. Jeżeli nie chcecie i nie potrzebujecie zrozumienia - w pierwszej pieprzonej sekundzie kiedy zobaczycie, że ktoś się zorientował, że coś jest nie tak i próbuje w tym grzebać powinniście stawiać sprawę jasno:

                        "Tak, mam problem, nie, nie chcę o tym gadać, nie chcę nic zmieniać, nie jestem w stanie zbudować związku, przepraszam, do widzenia."

                        Proste?? Chyba bardzo proste.
                        Rozpierdala mnie za przeproszeniem, jak ktoś mówi o "znęcaniu się nad człowiekiem" w takich kwestiach. Każdy, kto się zbliży do bpd/dda i każdej innej zaburzonej osoby, każdy, kto nie zwieje - żre ten chleb z Wami, nie rozumiecie tego? Nie wiem, może faktycznie niektórzy z chorej potrzeby rozwiązania zagadki stulecia albo okiełznania dzikiego konia. Cała reszta ze zwykłej miłości. Tylko dlatego, że ktoś bliski cierpi, a naturalny odruch jest taki, że wtedy rzuca się wszystko, nic się nie liczy oprócz tego, żeby to cierpienie zredukować. Żeby zobaczyć spokój i szczęście na buzi.

                        Taka sama rada dla wszystkich, zdrowych i chorych, nie raz już padała. Nie podoba się - wypieprzać. Bpd nie podoba się podejście partnera, próby zrozumienia i pomocy, węszy spisek - DO WIDZENIA. Partner nie może się pogodzić z jazdami zaburzonego/ej - DO WIDZENIA.

                        Przecież to jest proste jak sranie.

                        Pisząc w takim tonie dokładacie do pieca. Sprawiacie kolejną przykrość tym, którzy się starają trwać, zrozumieć i jakoś z tym poukładać. Bo pierdolnąć wszystkim łatwo, najłatwiej. A potem bpd/dda wypisują "taaaaak... miałam/miałem kogoś, kto był blisko, zrozumiał... kocham do dzisiaj, ale nie dałam/łem szansy, odrzuciłam miłość swojego życia..."

                        Kurwa, bierzcie minimum odpowiedzialności - jeżeli nie umiecie za kogoś, bierzcie za siebie. Chociaż też przecież nie umiecie. Każdy, kto świadomy problemu brnie w związek z osobą zaburzoną bierze na siebie kawał krzyża. Jeżeli czujecie, że wolicie nieść ten krzyż samemu - uczciwość i tylko uczciwość. A jeżeli nie macie nad tym kontroli, dajecie komuś swoją chorą miłość i żrecie czyjąś miłość - nie pieprzyć, że to walka o kontrolę, podporządkowanie i władzę, bo to kolejne smutne, lękliwe i chore iluzje chorych dusz.
                        • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 04.06.12, 17:26
                          chcesz dobrze i dlatego poleciałeś tak
                          ostro!

                          chcesz, żeby bord był normalny - rozumiał , czuł - no normalny
                          przecież starsz się maksymalnie
                          a bord nie
                          bord jest inny on tak ma
                          nie da się tego pojąc
                          ale spróbuj być taki jak bord przez chwilę
                          NIE DA SIĘ!
                          rozumiesz? nie da się
                          bord nie może być taki jak Ty a Ty nie możesz być taki jak bord

                          bord uczy się jak mozna dostosować się do bycia z Tobą
                          (zakładamy optymistyczną wersję terapia itd)
                          Ty uczysz się jak rozumieć borda i jak komunikować mu, że nie ustąpisz na przykład itd

                          bord na przykład nie potrafi mówić - o bardzo wielu rzeczach
                          bord czuje się pilnowany i kiedy chce się wyrwać/ musi się wyrwać/ ma się wyrwać wierzy/projektuje sobie, że jest ograniczany, szpiegowany i nie masz do niego zaufania

                          tak ma bord

                          do tego dokłada się doświadczenie - pilnujesz borda - dla jego dobra, ale pilnujesz; podejrzewasz, bo nie jesteś idiotą wiesz co robi kiedy odfruwa

                          więc koło się kręci i to jak
                          bord ma dowody na to, że jest pilnowany
                          a równoczesnie tylko tak mozna mu czasem pomóc

                          szaleństwo
                          yhm

                          trzeba mądrego terapeuty, który wie jak to robić - nie może to być partner
                          nigdy nie prowadzi się terapii w rodzinie
                          co nie wyklucza współpracy i bardzo dużego zaangazowania partnera

                          wydaje mi sie, że terapia nie robi z borda normalnego człowieka - mam nadzieję, że nikt nie weźmie mi za złe, że tak skrótowo piszę - nigdy nie wiadomo kto jest normalny a kto nie i daleka jestem od uwazania, że ten kto lata za bordem jest normalny :-) nie linczujcie mnie
                          terapia i współpraca z partnerem uczy borda jak porozumiewać się z innymi i jak zamieniać emocje szkodzace bordowi albo związkowi na coś znośnego

                          to bord musi zrezygnować z wielu swoich ... brakło mi słowa ... z tego co dla niego jest naturalne i dostosować się

                          jak bord kocha? inaczej; jak by chciał kochać to najciekawsze; raczej nie identycznie jak normalsi

                          bordy sa cudowne - szkoda, że nie stale :-) :-) :-)

                          czasem obie strony chcą i wtedy warto
                          a czy się uda ??? to jest potwornie trudne

                          bord wie, że spieprzy najlepszy związek i boi się tego i nie chce a potem ... nie ma nic
                          • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 04.06.12, 20:38
                            "> chcesz dobrze i dlatego poleciałeś tak
                            > ostro!"

                            jasne, że chcę dobrze, jak miałbym chcieć? :)

                            "> chcesz, żeby bord był normalny - rozumiał , czuł - no normalny
                            > przecież starsz się maksymalnie
                            > a bord nie
                            > bord jest inny on tak ma "

                            to prawda. Tak to wygląda. Wydaje mi się, że jeżeli milion razy powiem i milion razy pokażę - w końcu załapie. I powoli godzę się z tym, że to tak nie działa. Ja wiem i widzę, że ona się cholernie stara. Stara się wtedy, kiedy starcza jej na to energii, kiedy chwilowo mi ufa i chwilowo wie, że w tym, co mówię jest sens. Ale cóż, to widocznie "nie jest jej", ta "normalność", którą usiłuję jej przekazać. To tak, jakby mnie ktoś przekonywał, żebym mu czasami dał w dziób, bo to w jego odczuciu jest 'normalne'. Może i z raz dam, ale.. bez przekonania. To nie będzie moje.
                            To tylko taki przykład, może niezbyt adekwatny, ale chyba zrozumiały.

                            "> bord uczy się jak mozna dostosować się do bycia z Tobą
                            > (zakładamy optymistyczną wersję terapia itd)
                            > Ty uczysz się jak rozumieć borda i jak komunikować mu, że nie ustąpisz na przyk
                            > ład itd"

                            to też prawda. Tak to powinno wyglądać. Chociaż przecież równie dobrze można by powiedzieć, że to JA powinienem się dostosować do bycia z bordem.

                            "> bord na przykład nie potrafi mówić - o bardzo wielu rzeczach "

                            Czasami bardzo nam brakuje umiejętności komunikacji, bardzo. Ja umiem mówić o moich potrzebach, umiem stawiać granice - ale wszystkiego muszę się domyślać. Strasznie trudno się nauczyć kogoś, kto jest inny bez choćby drobnych wskazówek. Nasze najpoważniejsze rozmowy kończyły się kompletną paniką z jej strony i blokadą. A i to tylko ja mówiłem, zadawałem zamknięte pytania, a ona tylko kiwała albo kręciła głową. Strach z wielkimi oczami.

                            "> bord czuje się pilnowany i kiedy chce się wyrwać/ musi się wyrwać/ ma się wyrwa
                            > ć wierzy/projektuje sobie, że jest ograniczany, szpiegowany i nie masz do niego
                            > zaufania "

                            chyba w zasadzie równie dobrze mogłaś napisać "bord KIEDY czuje się pilnowany chce się wyrwać". Ona chce się wyrwać za każdym razem, jak czuje, że zaczyna za bardzo ode mnie zależeć. Zawsze, jak zaczynam być dla niej zbyt ważny. Panicznie się boi psychicznego uzależnienia ode mnie, z tym że jest trochę za późno, bo to się w jakiś sposób stało. Dlatego teraz jest wybitnie ciężko, a nasza relacja jest w dużym zagrożeniu.

                            Myślę, że ta relacja trwa między innymi dlatego, że ja jej nie ograniczam. Nie zabraniam, nie jestem zazdrosny, nie ingeruję w jej decyzje. Inna sprawa, że do tej pory nie udało mi się przekonać do jednej prostej rzeczy - jeżeli czasami zrobimy coś w/g mojego pomysłu nikomu dupy nie urwie. "ma być tak, bo TY tak chceeesz??!!!" I koniec pieśni. Wszystko ma być w/g planu i pomysłu szanownej pani. Jeżeli nawet jakaś moja propozycja wejdzie w grę - musi być opatrzona modyfikacją królewny :) Kontrola, kontrola, kontrola. W jednym miejscu rezygnuje z kontroli - w łóżku.

                            "> do tego dokłada się doświadczenie - pilnujesz borda - dla jego dobra, ale pilnu
                            > jesz; podejrzewasz, bo nie jesteś idiotą wiesz co robi kiedy odfruwa "

                            nie pilnuję i nie wiem. Po pierwsze - nie wiem nawet, czy ona ma bpd, nie ma diagnozy. Po drugie - miałem spore problemy z tym, żeby zaufać, ale pozbyłem się tego. Napisałaś to w takim tonie, jakby było oczywiste, że bord - odfruwając - ląduje na tydzień w seksualnym trójkącie, tańczy nago na ulicach, daje w żyłę siedząc na fontannie itp. Jej nie ciągnie do ekstremalnych sytuacji, jednonocnych przygód ani niczego takiego. Nie garnie się do przygód po alko, jeżeli odpływa - odpływa w siebie. Nie pytaj mnie, skąd to wiem, ale po prostu to wiem. Bardzo dobrze ją poznałem, na pewnej płaszczyźnie mamy świetny kontakt, coś ponad rozmową. Wiem, że jeżeli się stanie coś złego - wyczuję to. A ona wie, że jeżeli coś nabroi na poważnie - ja się o tym dowiem i więcej mnie nie zobaczy. Myślę, że to jej na razie wystarczy.

                            "> wydaje mi sie, że terapia nie robi z borda normalnego człowieka - mam nadzieję,
                            > że nikt nie weźmie mi za złe, że tak skrótowo piszę - nigdy nie wiadomo kto je
                            > st normalny a kto nie i daleka jestem od uwazania, że ten kto lata za bordem je
                            > st normalny :-) nie linczujcie mnie "

                            ech, brzasku, a kto teraz jest normalny? Jasne, mam swoje pod kopułą, swoje wady, deficyty i pojebstwa. Może obiektywnie rzecz ujmując jestem równie skrzywdzony, jak ona? Tyle że w trochę inną stronę? Przecież wiemy oboje, że nikt z normalną, zdrową do cna naturą nie zainteresuje borda, bord nikogo takiego raczej szczerze swoją szaloną miłością nie pokocha. Tak samo nikt "normalny" nie będzie zainteresowany odkrywaniem nieznanych - nomen omen - brzegów ;)

                            "> terapia i współpraca z partnerem uczy borda jak porozumiewać się z innymi i jak
                            > zamieniać emocje szkodzace bordowi albo związkowi na coś znośnego"

                            emocje, emocje... Pojawiają się znikąd i znienacka, nad tym zupełnie nie ma kontroli. Efekt motyla. A najgorzej jest, jak na moment zapominam, że to tylko emocje, które są znikąd i nie ma nad nimi kontroli. Wtedy - rzadko, bo rzadko - płyniemy oboje w ścieku. To jest chyba kluczowa umiejętność partnera osoby zaburzonej - nie dawać się wciągnąć w emocjonalną jazdę.

                            "> jak bord kocha? inaczej; jak by chciał kochać to najciekawsze; raczej nie iden
                            > tycznie jak normalsi"

                            kocha tak, żeby zamknęła w klatce, zjadła, ubezwłasnowolniła, połamałaby mi nogi i kręgosłup, żeby już nigdy nikt mnie nie miał. Chciałaby kochać i być kochaną - jak w romantycznej komedii, jak w najpiękniejszej książce albo sztuce. Tak, żeby świat nie istniał, żeby żyć miłością, żeby osiągnąć wieczną, nieustającą ekstazę miłości, a w końcu z miłości umrzeć. A przede wszystkim - żeby osiągnąć pewność, której nigdy nie osiągnie: że "to jest TA miłość i TEN na zawsze, nie przestanę go kochać a on mnie nie zostawi".

                            "> bordy sa cudowne - szkoda, że nie stale :-) :-) :-) "

                            i to prawda. Jest cudowna. Nawet ten dziecięco-buntowniczy pierwiastek w niej jest na swój sposób cudowny.

                            "> czasem obie strony chcą i wtedy warto
                            > a czy się uda ??? to jest potwornie trudne "

                            takie jest. Czasami prawie nie do udźwignięcia. Czasami tak trudne, że sama mi mówi, żebym "sobie znalazł normalną kobietę, bo na taką zasługuję". Czasami musimy od siebie przez kilka dni odpocząć, bez kontaktu, żeby nie ochujeć kolokwialnie rzecz ujmując :)

                            "> bord wie, że spieprzy najlepszy związek i boi się tego i nie chce a potem ... n
                            > ie ma nic "

                            tak. Ona też to wie. Powracająca pewność, że "i tak się nie uda...". Skąd mam brać wiarę za dwoje? Jak mam przekonać kogoś, kto jest tak niepewny siebie, że się uda? Jak mam powiedzieć, że to, czy się uda zależy w wielkiej części od jej chęci i wiary w to, że się uda? I wiary w to, że ja wierzę? Pytania, pytania...
                            • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 04.06.12, 22:49
                              "chyba w zasadzie równie dobrze mogłaś napisać "bord KIEDY czuje się pilnowany c
                              > hce się wyrwać". Ona chce się wyrwać za każdym razem, jak czuje, że zaczyna za
                              > bardzo ode mnie zależeć. Zawsze, jak zaczynam być dla niej zbyt ważny."

                              Myślę, (przepraszam, że to piszę, ale ja również kiedyś wpadłam w pułapkę takiego myślenia), że Tobie się wydaje, że ona się boi, że staniesz się dla niej zbyt ważny. Podszedłeś blisko, jesteś szalenie empatyczny, wydaje się, że widzisz więcej, czujesz bardziej, jesteś w stanie odbierać pewne rzeczy/stany bez słownych komunikatów czy potwierdzeń. Sądzisz, że to właśnie będzie Twoją największą w jej oczach wartością. Myślę, że się mylisz. Jesteś zastępowalny, jesteś na teraz, może zostaniesz dłużej niż inni ale nie dlatego, że masz te fantastyczne cechy i chociaż ona się ich boi, to gdzieś tam pragąc tej prawdziwej i czystej miłości, przywiąże się do Ciebie. Jesteś zastępowalny, a jak odejdzie lub Ty odejdziesz, w mig pojawi się inny, zawsze będzie gdzieś jakiś back-up, ktoś w odwodzie, kto przynajmniej na chwilę ukoi poczucie zagrożenia i - nieważne szczerze czy tylko chcąc ją zaciągnąć do łożka - potwierdzi jej wartość we własnych oczach natychmiast, gdy będzie tego potrzebowała.
                              Jesteś niewątpliwie wyjątkowy - spaprany. Ale jesteś wyjątkowy dla osoby niezaburzonej, bo tylko taka doceniłaby cały ten wysiłek, empatię, pomoc, determinację, nieustające - jak ktoś tu ładnie napisał - ciągnięcie jej na plecach w stronę słońca. Border tego nie potrafi, a jak przyjdzie mu to do głowy, to i tak za chwilę zapomni. Przejdzie z nastroju w nastrój, jedna emocja pociągnie za sobą następną, diametralnie odmienną od poprzedniej...
                              Pamiętaj, nie jesteś niezastąpiony. Wręcz przeciwnie, niestety.
                              • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 04.06.12, 23:46
                                "> Myślę, (przepraszam, że to piszę, ale ja również kiedyś wpadłam w pułapkę takie
                                > go myślenia), że Tobie się wydaje, że ona się boi, że staniesz się dla niej zb
                                > yt ważny"

                                nie, Sally, ja tak nie myślę, ja to wiem. Sama mi o tym powiedziała. Inna sprawa, że powód, dla którego ktoś nie może/nie chce sobie pozwolić na bliskość jest zupełnie nieistotny. Dopóki nie mam na ten lęk i jego efekty żadnego wpływu (a nie mam), jego powód nie jest dla trwałości tej relacji istotny.

                                "Sądzisz, że to właśnie będzie Twoją największ
                                > ą w jej oczach wartością. Myślę, że się mylisz. Jesteś zastępowalny, jesteś na
                                > teraz, może zostaniesz dłużej niż inni ale nie dlatego, że masz te fantastyczne
                                > cechy i chociaż ona się ich boi, to gdzieś tam pragąc tej prawdziwej i czystej
                                > miłości, przywiąże się do Ciebie."

                                A jasne, każdy jest zastępowalny, ona też :) A im ktoś mniej wnosi w relację - tym bardziej jest zastępowalny. Przecież ja doskonale wiem, kto więcej straci, jeżeli to się teraz w pył rozpadnie. Jak na razie to nie ja robię w gacie, że ona odejdzie i nie ja zabiegam za każdym razem, jak się robi lipa.

                                "w mig pojawi się inny, zawsze będzie gdzieś jakiś back-up, ktoś w od
                                > wodzie, kto przynajmniej na chwilę ukoi poczucie zagrożenia i - nieważne szczer
                                > ze czy tylko chcąc ją zaciągnąć do łożka - potwierdzi jej wartość we własnych o
                                > czach natychmiast, gdy będzie tego potrzebowała."

                                Wiesz co, ja tam nie wiem, ale może jest jakaś różnica między Twoim byłym partnerem, a nią? Może ona nie cierpi na bpd, tylko na co innego? Różnie między nami bywa a wiedziałbym, gdybym miał cichego zastępcę. Owszem, ma problem, ale to nie jest kobieta, która dla "ukojenia poczucia zagrożenia" leci w przygodny seks albo sięga po zastępczych pocieszycieli. Tego akurat jestem pewny. Wiem, możesz napisać, żebym nie był taki pewny, a ja mogę być albo nie być. Mogę ufać, mogę nie ufać jak psu. Na razie wybieram opcję pierwszą - ufam.

                                "> Jesteś niewątpliwie wyjątkowy - spaprany. Ale jesteś wyjątkowy dla osoby niezab
                                > urzonej, bo tylko taka doceniłaby cały ten wysiłek, empatię, pomoc, determinacj
                                > ę, nieustające - jak ktoś tu ładnie napisał - ciągnięcie jej na plecach w stron
                                > ę słońca. Border tego nie potrafi, a jak przyjdzie mu to do głowy, to i tak za
                                > chwilę zapomni. Przejdzie z nastroju w nastrój, jedna emocja pociągnie za sobą
                                > następną, diametralnie odmienną od poprzedniej..."

                                nie wiem, czy jestem wyjątkowy, czy nie. Wiem, ile dla niej znaczy ta relacja i wiem, że dotychczas jej na tym zależy co najmniej w takim samym stopniu, jak mi.
                                Liczę się z zagrożeniem, czytałem wiele ultrasmutnych historii z podobnym zakończeniem. Na razie nie planuję dzieci ani związku małżeńskiego. Widzę jakieś zmiany, widzę jej staranie i uważam, że to nie jest moment, w którym się zdaje sprzęt.
                                Mam nadzieję, że zachowam czujność na tyle, żeby ten moment dostrzec. Jeżeli nadejdzie.
                                • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 05.06.12, 16:22
                                  "nie, Sally, ja tak nie myślę, ja to wiem. Sama mi o tym powiedziała."

                                  Bardzo szanuję to, co piszesz i widzę, że bardzo często dotykasz sedna. Więc w tym przypadku, z niesłabnącym szacunkiem, uśmiechnę się tylko. Miłość nie redukuje naiwności, pomnaża ją. Sama Ci o tym powiedziała ? Oczywiście, że Ci powiedziała. I powtórzy Ci to niejeden raz. I w momencie, kiedy będzie Ci to mówić, niewątpliwie będzie w to wierzyć, wierzyć całą sobą, a Ty patrząc na nią będziesz, gdzieś tam, wewnętrznie, zachwycony tymi słowami, ich znaczeniem, ich wagą. Bo w TAMTYM MOMENCIE to będzie prawda.
                                  Bpd są niesłychanie przekonujący, hiperprzekonujący, powiedziałabym.
                                  Problem w tym, że za moment mogą nie wierzyć w to, co wierzyli przed chwilą. Czego byli w tamtym momencie świadomi i wyrażali to werbalnie i niewerbalnie.
                                  Powtarzam raz jeszcze: W TAMTYM MOMENCIE.

                                  Prawdopodobnie usłyszysz wiele pięknych słów, będziesz się karmił zdaniami spuchniętymi od miłości, okrągłymi, romantycznymi, od których frunie dusza a serce otwiera się wciąż bardziej i bardziej na oścież. Będziesz ważny, najważniejszy, najbardziej pożądany, najukochańszy. Teraz, na zawsze, do śmierci.
                                  Deklaratywność. Zupełnie bez pokrycia. Ale przepiękna.
                                  Każdy z nas chce słyszeć te słowa, przynajmniej raz w życiu.
                                  Wystarczają na bardzo długo, otwarta brama serca nie zamyka się tak, ot.

                                  • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 06.06.12, 14:18
                                    "Sama Ci o tym powiedziała ? Oczywiście, że Ci powied
                                    > ziała. I powtórzy Ci to niejeden raz. I w momencie, kiedy będzie Ci to mówić, n
                                    > iewątpliwie będzie w to wierzyć, wierzyć całą sobą, a Ty patrząc na nią będzies
                                    > z, gdzieś tam, wewnętrznie, zachwycony tymi słowami, ich znaczeniem, ich wagą.
                                    > Bo w TAMTYM MOMENCIE to będzie prawda."

                                    "> Prawdopodobnie usłyszysz wiele pięknych słów, będziesz się karmił zdaniami spuc
                                    > hniętymi od miłości, okrągłymi, romantycznymi, od których frunie dusza a serce
                                    > otwiera się wciąż bardziej i bardziej na oścież. Będziesz ważny, najważniejszy,
                                    > najbardziej pożądany, najukochańszy. Teraz, na zawsze, do śmierci.
                                    > Deklaratywność. Zupełnie bez pokrycia. Ale przepiękna. "

                                    O nie, moja droga. Prawdopodobnie powiedziała to pierwszy raz w życiu. Rozmowa o uczuciach - to się praktycznie nie zdarza. Żadne romantyczne, okrągłe zdania. To, jak ważny jestem czuję, nie muszę o tym słuchać. Nigdy nie usłyszałem żadnych deklaracji, nie ma w niej hipokryzji, nie mówi o czymś, czego nie jest pewna, nie obiecuje czegoś, z czego nie będzie się w stanie wywiązać i o tym wie. Jest szczera i za to ją cenię. Czasami ta szczerość z niej ulatuje, jak wszystko inne - ale w pewnych momentach naszej relacji dowiedziałem się, na co mogę liczyć, a na co "chyba" nie bardzo. Nauczyłem się jej na tyle, że wiem, kiedy to, co mówi jest obowiązujące i ważne, a co jest wynikiem chwilowej emocji.
                            • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 05.06.12, 01:18
                              o rozmowie - czasem bord chyba nie wie - co odpowiedzieć,
                              nie tylko nie umie nazwać ale po prostu nie wie
                              i to bywa dziwne, niepojęte

                              dziś usłyszałam, że w Świecie Nauki ukazały się materiały o lekach rzucające zupełnie nowe światło na leczenie depresji, natręctw ... obiecująco zabrzmiało ale to była dygresja tylko - trzeba poszperać - gdyby ktoś trafił wstawcie link
                              na gorąco widzę takie strony może do czegoś zaprowadzą - w ŚN chyba są materaiały po konferencji
                              kopalniawiedzy.pl/choroba-Parkinsona-parkinsonizm-dopamina-terapia-tworczosc-uklad-nagrody-dr-Margherita-Canesi,15263
                              www.rp.pl/artykul/868906.html
                              zmienność u borda - wybuchowość najpewniej ma powiązanie z jakąś chemią - każdy kto wie jak hormony zmieniają człowieka - kiedy nie panuje nad sobą krzyczy, płacze czy śmieje się nagle i bez specjalnego powodu - bez zaburzeń osobowości ale w okresie huśtawek hormonalnych - człowiek nie jest sobą; nie da się zapanować nad tym co wybucha nagle - można uczyć się opanowywania nadchodzącego 'ataku' - nie eliminuje się przyczyny jednak;
                              może wpadnie komuś w ręce ten art. może jest tam coś zupełnie nowego;

                              zastanawiam się czy bord boi się uzależnienia czy wręcz mu na oddaniu się w opiekę zależy
                              natomiast boi się odrzucenia i wie, że ten ból jest proporcjonalny do zaangazowania
                              może strach jest tu motorem - niepokój rośnie w miarę uzaleznienai się

                              bord na ogół ma bogate doświadczenia w odstawianiu go od miłości

                              gdzieś napisałeś chyba coś o dystansie jaki próbujesz zachować - przygotowujesz się na negatywne sytuacje, nawet rozstanie - to źle wygląda; to jest zły schemat to jest gra asekuracyjna; nie dziwię się, że tak robisz ale to jest chore tak nazwijmy - dla Was obojga to jest złe; nie znam oczywiscie lepszego pomysłu na przezycie :-) chyba rozumiesz o czym myslę w tej trudnej sytuacji
                              bord z brakiem pewności w miłości - chyba wśród przyczyn zaburzeń to jest najprawdopodobniejsze rozsiewa tego wirusa w związku

                              zastanawiam się czy nie moglibyście pisać tego co czujecie
                              może ułatwiłoby to rozumienie trudnej chwili, byłoby o co zapytać

                              znam psychologów, którzy wierzą w terapię przy BPD
                              szukajcie róznych dróg
                              dla borda stały partner to skarb
                              szansa

                              dla partnera też szansa :-)




                              • mino01 jak ja rozumiem bpd 16.06.12, 04:17
                                Koncepcja psychoanalityczna chyba najdokładniej tłumaczy bpd - nie jest to jednak proste. Z tego co ja zrozumiałem zaburzenie rozwija się w związku z wczesnym okresie rozwojowym dziecka. W okresie kiedy dziecko rozpoczyna proces separacji z rodzicem (np zachowania: dziecko odchodzi na pewną odległosc od rodzica i za chwilę do niego podbiega sprawdzając czy jest blisko i po troszeczku zwiększa odległośc od matki - to daje mu poczucie bezpieczeństwa- jeszcze nie ma wykształconego JA(poczucia, że jestem) więc wewnętrzna struktura Ja dziecka jest oparta o rodzica Proces separacji z jakiś powodów jest zaburzony np. dziecko doświadcza odrzucenia przez rodzica co przeżywa jakby zawalał mu się świat ,jakby sam przestawał istnieć. Przeżycia te są bardzo silne. Stąd u bpd jest tak wielki lęk przed odrzuceniem. Tak wielki, że gdy bpd zbliża się w relacji do kogoś przeżywa coraz większy lęk przed odrzuceniem i woli sam odrzucić niż "czekać" gdy zostanie odrzucony. W subiektywnym świecie bpd bliskość = bycie odrzuconym przez kogoś kogo kocham. Czasami bpd sprawia sobie ból(np okalecza się) Tłumaczy to, że "kiedy doświadcza bólu czuje , że jest, że żyje" (tak to tłumaczyła moja żona) Jednocześnie te samookaleczenia i ich w/w tłumaczenie nie stoją w sprzeczności w obwinianiu mnie o te zachowania typu: "Zobacz co przez Ciebie sobie zrobiłam" Bpd zachowuja się tak różnie, są tacy zmienni - lecz to zauważają osoby które mają pewną ciągłość w swojej strukturze osobowości . Osobowość bpd jest rozczepiona - nie ma ciągłości więc nie może obserwować tego procesu (zwłaszcza gdy nie ma najmniejszej świadomości co się z nią dzieje - gdy jest bez terapii. I tu właśnie jest "jazda" w relacji osobowości bez i z bpd. Bo partner to widzi i próbuje wyjaśniać, działać, funkcjonować jak z osoba zdrową (wierzy jej gdy coś ona mówi i przeżywa rozczarowanie gdy ta robi coś innego niż mówiła) Osoba z bpd gdy coś mówi , obiecuje -naprawdę w to wierzy (przez to jest tak przekonywująca) lecz gdy robi coś innego niż mówiła i obiecywała to też naprawdę w to wierzy. I to nie są procesy nie świadome.
                                Wiem , że piszę strasznie chaotycznie lecz tak to sobie w głowie poukładałem i to mi pomaga w relacji z bpd. "Pomaga" - to może za dużo powiedziane - na pewno pozwalam się się zranić, z dystansu obserwują co się w relacji dzieje. Żyłem (żyję?) z bpd od 18 lat ,mamy dwoje dzieci. Przez wiele lat kompletnie nie rozumiałem co się dzieje i wtedy płaciłem wielką cenę (bycia zmanipulowanym,poczucia winy, zmniejszającego się poczucia wartości).
                                Od jakiegoś czasu moja żona wyprowadziła się z domu z dziećmi twierdząc, że ją nie wystarczająco kocham (nie kocham tak jak by tego ode mnie oczekiwała). Ja już wiem, że nie jestem wstanie spełnić jej oczekiwań - przeżycia "wielkiej , prawdziwej miłości".
                                Nadal nie radzę sobie z sytuacjami gdy , do manipulowania mną wykorzystuje dzieci. Balansuję pomiędzy niepozwoleniem się zdeptać a chronieniem dzieci.
                                Pozdrawiam
                        • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 04.06.12, 23:04
                          "Jeżeli czujecie,
                          > że wolicie nieść ten krzyż samemu - uczciwość i tylko uczciwość. "

                          Na żadną uczciwość nie liczyłabym. I właśnie dlatego, że nie można liczyć na uczciwość w kwestii uczuć (a nie wiadomo, kiedy pojawi się następna postać, która borda zainteresuje, z którą zapragnie budować kolejne zamki, to się może stać z minuty na minutę i uwierz mi, niezależnie od tego ile w ten związek zainwestowałeś, to się nie będzie liczyło, nie zostanie wzięte pod uwagę, NIC nie zostanie wzięte pod uwagę), nie da się stworzyć żadnych solidnych podstaw dla związku. Nie da się nic ustalić. Nic założyć. Bo nie można liczyć na uczciwość.

                          Hmm...Dwulatek stoi w sklepie z mamą i na widok lizaka krzyczy "ja CHCĘ !!!" . Czasem nawet kładzie się na podłogę, wierzga nogami i rękami i wrzeszczy. ON CHCE ! TERAZ ! NATYCHMIAST ! (słynny bunt dwulatka, każda matka zna ten problem przynajmniej w teorii).
                          • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 05.06.12, 01:38
                            masz rację
                            ale zgodzisz się również, że dwulatek nie ma złego planu
                            robi to co czuje i nie chce krzywdzić

                            bord chyba tak porzuca jedno, ucieka natychmiast w drugie
                            pewnie jeden zdaje sobie sprawę z perspektywy jak wygladają skutki
                            ale chyba są i tacy, którzy sobie nie zdają - nie wiem jak to jest

                            pewnie zalezy ile w bordzie narcyza - to bardzo trudna choroba i w niej traci się kontrolę nad uczuciami; zupełnie mozna stracić zdolność współodczuwania - nie ma, znika, nie istnieje

                            bord popada i w depresję wtedy często odlatuje, ucieka w mroczne mysli, staje się nieobecny
                            jakoś sobie radzi ze swoim 'nie do wytrzymania stanem'

                            żalu do borda nie da się w sobie zakleić plastrem jest i trudno
                            ale może da się chociaż pamiętać, że pretensje do kogoś, że nie ma nogi są bez sensu - mozna namawiać na rehabilitację, protezę, wózek można złoscić się, że się nie stara - wiele mozna ale ze nogi NIE MA - nie ma sensu

                            bord musi decydować na ile gotów jest przystosować się do bycia z kimś - wielki wysiłek ale inaczej się nie da - nie ma siły by noga wyrosła ale cos da się poustalać - chociaż dziś już chyba jesteśmy bliżej wyhodowania nogi , za to bordów mamy więcej i jakoś te 'biedaki' muza zyć - nie maja lekko na pewno nie
                            • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 05.06.12, 16:05
                              do brzasku:

                              Oczywiście, że dwulatek nie chce krzywdzić, on po prostu czuje nieodpartą potrzebę i chęć otrzymania i zjedzenia tego lizaka NATYCHMIAST, nie zastanawiając się (od dwulatka trudno jednak tego wymagać), czy mama ma przy sobie pieniądze, czy lizak mu nie zaszkodzi (zjedzony bezpośrednio po posiłku), etc. Dwulatek ma mamę, która trzyma go mocno za rączkę, prowadzi i cierpliwie tłumaczy co dobre, a co złe, i która na zjedzenie tego lizaka pozwala mu lub nie.
                              Dorosły BPD nie ma prowadzącej go za rączkę matki, więc jak dopadnie go nieodparta potrzeba zjedzenia lizaka, to go sobie po prostu zje. Sam sobie weźmie. Że mu ewentualnie zaszkodzi ? Cóż, post factum może nawet przyznać się do lekkiej niestrawności. Jednak summa summarum, nieco później, jak już niestrawność minie, bpd wykona we własnym mózgu taką manipulację faktami, że dojdzie do wniosku, że w zasadzie to jego partner kazał mu zjeść tego lizaka, że zjedzenie lizaka to była absolutna i nieodwołalna konieczność wywołana sytuacją, że gdyby nie "sytuacja" to lizak nie zostałby na pewno zjedzony, a więc wina za zjedzenie lizaka spoczywa na partnerze (a że ten nawet nie wiedział, że bpd zbliża się do sklepu, to nieistotne). Bpd sam w to uwierzy. Uwierzy w to głęboko. Od zawsze usprawiedliwiał tak we własnym mózgu jedzenie wszystkich lizaków, i będzie tak tłumaczył kolejne.

                              Słusznie napisałaś: bpd TAK MA.
                              Co ma partner osoby z bpd ? Konsekwencje postępowania bpd, który TAK MA.
                              Bo, jak to napisał (mocne to było, ale prawdziwe) spaprany : żre z nim ten chleb.

                              Od dawna próbuję dociec, w którym punkcie zatrzymał się rozwój emocjonalny i wnioski nie są zbyt optymistyczne. Moje dziecko w wieku lat pięciu było bardziej odpowiedzialne, uczyło się na własnych błędach i raczej ich nie powtarzało, potrafiło opanowywać emocje, ba ! potrafiło je identyfikować i nazywać, było znacznie bardziej empatyczne niż mój partner mający na karku cztery i pół krzyżyka. Więc dla mnie to mniej więcej poziom emocjonalności 2-3 latka.
                              Sytuacja staje się patowa w momencie, kiedy dociera do ciebie, że tego niedorozwoju emocjonalnego nigdy się nie nadrobi, reakcje nie są i nie będą naturalne, to się już nigdy "nie odstanie".
                              Przypomina mi się sytuacja, w której potrzebowałam wsparcia. Dwa trudne dni. Rozmawialiśmy, sam zaproponował (nauczyłam się już nie prosić o wparcie, bo zawsze przynosiło to skutek odwrotny od oczekiwanego, dostawałam bardziej i znienacka), że mi pomoże, a potrzebna mi była jedynie rozmowa, możliwość wygadania się i uporządkowania myśli. Zauważyłam, że po godzinie, był już znudzony, zmęczony i zniechęcony. Tak jak podejrzewałam, niewiele go obchodziło to, co mówię, nie był w stanie współodczuwać, po prostu NAUCZYŁ SIĘ, że w niektórych sytuacjach POWINNO SIĘ wesprzeć partnera. Ponieważ zniechęcenie bardzo szybko wyewoluowało w rozdrażnienie, musiał się wyładować i zrobić awanturę, w której usłyszałam, że, tu cytat:
                              JAK KTOŚ PROPONUJE WSPARCIE TO NIE NALEŻY TEGO WYKORZYSTYWAĆ.

                              Stąd wiedziałam, że normalne, naturalne, instynktowne współodczuwanie, współczucie i współrozumienie nie miało w ogóle szansy bytu: zareagował właściwie, tyle, że odruchem wyuczonym, nie instynktownym odruchem serca, nie był nawet w stanie konsekwentnie pociągnąć, przeciągnąć tego swojego sztucznego "wsparcia" aż do końca dnia. Moje problemy go nudziły. Znacznie lepiej nam się układało, jak byłam kompletnie "bezproblemowa", przynajmniej go w jakiś sposób bawiłam, mógł się przy mnie zrelaksować, zamiast być wciągany w te kompletnie przerastające go sytuacje.

                              Pytanie, czy w związku dwojga osób da się żyć zupełnie bez wsparcia ? Czy świadomość, że z każdym problemem, bólem, wahaniem i zwątpieniem zostanę sama, nie będę się nim mogła nawet podzielić, nie jest niszcząca ? Jak długo tak można ? Tyle jest spraw, małych i większych, czasem bardzo bolesnych i trudnych, z partnerem bpd można dzielić radości (czasem), ale już smutków - nie.


                              • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 05.06.12, 19:57
                                naprawdę uważnie czytam
                                doceniam każde słowo w tych watkach

                                one są krwią pisane - nie tylko łzami
                                sporo osób wie, że tu się chadza po tłuczonym szkle

                                sally - nie chcę nawet myśleć jak wygląda doświadczenie pierwszego swojego związku z bordem
                                za duzo wiem, żeby sobie to rozstanie wyobrazić - trauma jedna wielka trauma

                                chcę tu napisać jedno zdanie może to coś da

                                'mój nocnik jest pełny' nie chcę nic słyszeć o problemach - jak się żyje z takim plecakiem?
                                kota łatwiej przytulić bo nie dołoży nic? jeśli uznamy, że bord ma po czubek?
                                może tak mieć? może! i jemu nie ubywa w tym nocniku; to tak jak anorektyczka jest za gruba - trzeba się zgodzić, że ona tak ma
                                i szukać jak opróżniać a nie jak dokładać
                                a nikt do końca nie wie jak

                                bord czasem wymyka się w swój świat - czasem nie wraca

                                Jesli ktoś był w związku z bordem - wie jak ciężko opróżnia się swój nocnik to bywa niemożliwe - i diabli wiedzą czyja to wina






                                • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 05.06.12, 22:45
                                  Nie rozstałam się, brzasku. Wciąż trwam. Udowodniono mi, że jeden jedyny raz to ja się pomyliłam. Dlaczego jeszcze trwam ? Nie potrafię sobie jasno odpowiedzieć na to pytanie. Ale trwam bez złudzeń i...chyba już bez miłości. Czekam aż ona się wypali. Do cna. Do ostatniej kropelki. Widzę koniec, widzę światełko w tunelu: moją (tak wcześniej wzgardzoną) wolność i tę upragnioną normalność. I spokój. Widzę wiele rzeczy o wiele jaśniej i klarowniej. Nie obwiniam. Nie nienawidzę. Ale też nie lękam się już rozstania i wiem, że to ja odejdę. Bałam się powrotów, nigdy nie pozwalał mi odejść, szukał, oblegał, osaczał, mamił kolejnymi obietnicami, darowywał tysięczne weksle bez pokrycia. Wracałam bo kochałam. I sytuacja się powtarzała, oczywiście. Za każdym razem było trudniej wrócić i już nie dawało się zapomnieć. Ileż można przeżyć operacji na otwartym sercu ? Ono nie odrasta w nieskończoność, a na pewno nie w tempie, w jakim byśmy sobie tego życzyli. Moje już nie odrasta, obumarły tkanki.
                                  Bywają jeszcze dobre dni, ale już wiem, że dobre są zawsze policzone. Zbyt krótkie i zbyt rzadkie by mogły mi zastąpić...życie.
                                • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 06.06.12, 14:35
                                  'mój nocnik jest pełny' nie chcę nic słyszeć o problemach - jak się żyje z takim plecakiem?
                                  kota łatwiej przytulić bo nie dołoży nic? jeśli uznamy, że bord ma po czubek?
                                  może tak mieć? może! i jemu nie ubywa w tym nocniku; to tak jak anorektyczka jest za gruba - trzeba się zgodzić, że ona tak ma
                                  i szukać jak opróżniać a nie jak dokładać
                                  a nikt do końca nie wie jak"

                                  tak, to by się zgadzało. I o tym też już w wielu miejscach tutaj było. Bord jest tak zaprzątnięty swoją niedolą, lękiem i swoimi problemami, że zwyczajnie nie ma czasu i miejsca w życiu i w głowie na cudze. Ma świadomość, jakim obciążeniem jest dla kogoś i chyba jedyna recepta na taką relację to nie dać się pociągnąć w dół. Dlatego skała, opoka. Dlatego masz rację: najlepiej nie mówić o problemach, nie pokazywać zawodu, nie oceniać, nie krytykować - bord o tym wszystkim wie, i wie, że partner wie, że on wie. Jeżeli nie opróżniać, to chociaż nie dokładać.

                                  Wiesz co, ciężko się żyje ze świadomością, że "normalne" wymagania są dla kogoś takim cholernym obciążeniem. Trudno zachować stałość tej świadomości. Trudno być skałą-opoką. Trudno ze świadomością, że partner w praktyce daje więcej znajomym i przyjaciołom - z nimi może się normalnie umówić, normalnie spotkać, od nich nie ucieka, do nich lgnie. Z nimi bez obaw i bez napięcia się bawi, przy nich się cieszy, do nich ma inną twarz. A przed najbliższą osobą - można być sobą.
                                  Nikt nie chce być tylko "panem od opróżniania nocnika".
                                  Kolekcjonujemy piękne przeżycia i wesołe chwile wśród ludzi - bez siebie obok siebie. Też nie wiem, dlaczego. Bo strach? Bo przy mnie jest kim innym? Bo przy mnie spada zbroja? Bo nieuważnym słowem, gestem zburzę to, co na użytek całego świata buduje od lat?
                                  Tak już jest.
                                  • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 14.06.12, 17:48
                                    > Wiesz co, ciężko się żyje ze świadomością, że "normalne" wymagania są dla kogoś
                                    > takim cholernym obciążeniem. Trudno zachować stałość tej świadomości. Trudno b
                                    > yć skałą-opoką. Trudno ze świadomością, że partner w praktyce daje więcej znajo
                                    > mym i przyjaciołom - z nimi może się normalnie umówić, normalnie spotkać, od ni
                                    > ch nie ucieka, do nich lgnie. Z nimi bez obaw i bez napięcia się bawi, przy nic
                                    > h się cieszy, do nich ma inną twarz. A przed najbliższą osobą - można być sobą.
                                    >
                                    > Nikt nie chce być tylko "panem od opróżniania nocnika".

                                    Właśnie. Oto samo sedno. Spaprany- jesteś superdiagnostą. Diagnostą moich emocji.
                  • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 22:53
                    > bord jest zajebisty
                    > nie pociąga nosem i ma piękne nogi

                    brz_a_sk - PISZESZ TU PRZEWSPANIAŁE POSTY. Jestem pod ich wielkim wrażeniem. Szacun i wielkie gratulacje.
                    Ale ja tu dodam, że "mój" były bord nogi może i miał piękne, ale przede wszystkim dusze piękną miał. I chciało mi się go ratować po jego zamachach na własne życie, kiedy jeszcze nie ogołocił mnie ze wszystkiego.

                    Ale teraz, po tym, co mi zgotował, gdy zdecydował się zaprzestać terapii (bo "bez sensu, nic mu przecież nie daje...") zapomniałam, że ma piękną duszę. Zabił we mnie to wspomnienie. Wybił, wymanipulował, wyszczuł.... Pragmatycznie i na raty zabił moją godność, siłę, miłość- wszystko. Więc proszę Cię, nie unoś się ponad miarę w swojej mowie obrończej...

                    > bord ma nocnik pełen - wie, że za chwilę odpali i zburzy co miał, wie, że nisz
                    > czy bliskich, wie, że zawali mu się cały świat i ...
                    > zostanie szmatą na ulicy, kloszardem, samobójcą - jednym wielkim strachem
                    > BPD cały czas ma strach
                    > czasem idzie w cug i zapomina o strachu

                    Taaak. Dlatego *MUSI zrobić szmatę* z tego, kto go kocha, może jedyny na całym świecie. Kto dokonuje wieloletnich, nadludzkich wysiłków, by go ciągnąć na plecach w kierunku słońca.
                    Wszystko jasne. ;) (Przepraszam Cię za sarkazm, ale myślę, że Twoje wyobrażenie nie ogarnia potencji zniszczenia tej armaty...)

                    > a może by tak normals uwierzył, że są tacy, którzy mysla inaczej?
                    > i spróbował uwierzyć- ONI TAK MAJĄ
                    > bord jest inny

                    Ok- powiedz mi w takim razie, dlaczego kiedyś nie był tak bardzo inny? Powiedz mi to. Dlaczego kiedyś potrafił dawać miłość, radość, dobro i spolegliwość. Dlaczego zaczął siać zniszczenie po latach? Dlaczego musi zabić swojego żywiciela- a co najmniej go upodlić, pozbawić godności, zbić- jeśli się nie zachowuje zgodnie z jego oczekiwaniem- albo postawić go na skraju najtrudniejszych, życiowych problemów?

                    Nie broń tej "inności". To choroba. Problemem jest uświadomienie bordowi, jak wielkie zniszczenie sieje, żeby się leczył- a nie współczucie. Ja doszłam do poziomu nieprzewidywalnego nawet dla siebie samej współczując biedakowi. Teraz jestem śmieciem, nikim, osikanym zdechłym psem.

                    > bord się stara bo i - NIE CHCE SIĘ BAĆ

                    Tu właśnie się z Tobą nie zgadzam, bo bord się nie stara. Wali na oślep - ale zarazem w najczulsze miejsca. Dobrze się przygotował, przez długie lata nauczył, jak najefektywniej przerobić kogoś, kto go kocha na szczyny i rzygi.

                    > Nic tak nie boli jak dusza

                    Tak. Moja boli strasznie. Chce się jej wrzeszczeć, bez przerwy wrzeszczeć. Rozumiesz? Nie mam współczucia. To już za mną. Po wielu latach ROZUMIENIA I WSPÓŁODCZUWANIA mam tylko żal i ból w sobie. Nic więcej nie zostało. Całą resztę wyniszczył mój "cudowny, godny najwyższego współczucia bord"....
                    • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 23:19
                      Ja rozumiem. Bardziej niż bym chciała.
                      Bardzo dobrze, że piszesz i wylewasz z siebie te emocje. Wyrzygasz i wyzdrowiejesz.
                      Zdaje się, że 3bsp kiedyś pisał o tym jak bpd chciałoby kochać ale nie potrafi.
                      Słyszę wciąż o pustce którą czują. Chcą ją za wszelką cenę wypełnić, nalać z czyjegoś naczynia, zdobyć. Stąd ta spolegliwość, dopasowywanie się jak puzel, żeby zdobyć akceptację. Ale nie partnera tylko rodzica - z przeszłości. Kiedy partner daje akceptację i miłość... myślę że może bord czuje się zawiedziony, że nadal nic nie czuje, choć tak bardzo się stara...udawać. Dalej musi wypełnić pustkę. Nienawiścią. Zemstą. Na krótką metę pewnie mu pomaga. I tak całe smutne życie. Życzę wszystkim tutaj bpd i partnerom - z okazji dnia dziecka, żeby ktoś wynalazł lek na to zaburzenie i żeby każdy z Was utulił - jak to mówią terapeuci- wewnętrzne dziecko w sobie.
                      • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 23:47
                        >Kiedy partner daje akceptację i miłość... myślę że może bord czuje się zawiedziony, że nadal nic nie czuje, choć tak bardzo się stara...udawać. Dalej musi wypełnić pustkę. Nienawiścią. Zemstą. Na krótką metę pewnie mu pomaga. I tak całe smutne życie.

                        Pewnie dużo w tym racji. Ale czy na pewno- odpowiedzieć może tylko bord...
                        Każdy bord dźwiga ciężkie brzemię- nie przeczę. Ale nic nie tłumaczy takiej spirali zniszczenia i przemocy. Ja nie wytrzymałam. Może napełni się moim cierpieniem. Ok. Najważniejsze, że złapałam oddech i siłę, żeby zacząć myśleć o sobie...
                • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 22:36
                  > Skoro uzurpujesz sobie prawo do "obiektywizmu" nie będę w to ingerować, jednak
                  > nie zgodzę się.
                  > Wkurzyłam się dlatego, że propagujesz i usprawiedliwiasz przemoc, próbując zrzu
                  > cac na ofiary winę. To co piszesz o "niezawinionej przemocy" jest niewytłumacza
                  > lne.

                  TAK.

                  > Każdy człowiek ma prawo oczekiwac od związku tego co dla niego ważne i niezbędn
                  > e. Jest to kwestia dogadania się dwóch stron czy jest im po drodze czy nie. War
                  > unkiem jest uczciwość intencji i partnerstwo (brak przemocy i manipulacji). Jeś
                  > li przemocowiec manipuluje drugim człowiekiem dla osiągnięcia własnych profitów
                  > , to nie ma tu mowy o "po naszemu" czy "po waszemu".

                  TAK. Na początku, kiedy oboje partnerzy to ustalają, wszystko jest jasne, wspólne i idealne. Powiedz, czy wtedy, kiedy zaczyna się przemoc- border po prostu "przestaje rozumieć", czy też "przestaje czuć"....?
                  Przemoc, manipulacja i niszczenie to przemoc, manipulacja i niszczenie. Tym gorsze, jeśli wynikającego z nieprzeciętnego umysłu i wrażliwości- co mogłam świetnie ocenić i pokochać wiele lat temu. Potem przyszło wszystko, czego nigdy w moim życiu nie oczekiwałam i nie sądziłam, że może się przydarzyć dwojgu wrażliwych i dorosłych ludzi. Nie mam dla tego usprawiedliwienia.

                  Twoje prawo jako człowieka jest akceptować to co chcesz w swoim życiu, nawet pr
                  > zemoc. Moje również. Nadmienię również, że każdy człowiek ma prawo do miłości,
                  > szacunku i poczucia godności osobistej. I nikt nie ma prawa mu tego zabierać.

                  TAK. TAK TAK....!!!!!!!!!!!
              • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 22:32
                każdy powtar
                > za w kółko swoje po swojemu, tylko coraz głośniej. I jeszcze się wkurza, że DRU
                > GA strona nie rozumie. Rozumie, tylko zupełnie inaczej i w sposób dla nas trudn
                > y do zaakceptowania. Jak widać.
                >
                > Te nasze wymagania - to są NASZE pobożne życzenia.

                mu.rena- z całym szacunkiem dla Twojego stanowiska- powiedz, jak to możliwe, że na początku związku border rozumie nasze oczekiwania lepiej niż wszyscy kiedykolwiek? Dopiero, kiedy pozna już nasze wszystkie słabe punkty, kiedy ufamy, wtedy zaczyna się jazda bez trzymanki- przemoc, niszczenie i *nierozumienie niczego*.

                Nie sądzisz, że jednak myślisz życzeniowo i zbyt liberalnie o borderach?...

                W moim związku mój border był na początku idealny. Przekonał mnie, że warto jeszcze próbować, kiedy ja już żadnych związków nie chciałam. Otoczył mnie ciepłem, gigantyczną empatią, pasją i bliskością. Powiedz mi- jak to możliwe, że on to po prostu *przestał rozumieć* i zastąpił to wszystko gigantyczną agresją i wyniszczeniem mnie? Jak to się stało? Zgubił kawałek serca? Czy wyrwał kawałek mózgu....?

                Z wielkim szacunkiem
                s.
              • smarhta Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 10.08.12, 07:18
                mu.rena napisała:

                > Prowokacja do spojrzenia na sytuację nie z osobistej perspektywy, ale z lotu pt
                > aka niejako - co nie jest łatwe, zwłaszcza jak emocje są rozbujane. Dlatego Cię
                > wkurzyłam.

                Trafilam na to forum przypadkiem. Drugi raz zreszta. Oby to nie byl jakis znak od przeznaczenia :P

                W kazdym badz razie nic mi nie wiadomo, zebym byla w jakis sposob zaburzona, ani zebym byla zwiazana z kims dotknietym BPD.
                Ale jak tak sobie poczytalam, to przyszlo mi do glowy, ze wiekszosc problemow ich dotykajacych zniknelaby jak reka odjal, gdyby przestali w swoim zyciu stosowac... prowokacje.

                > zdałam sobie sprawę, że coś, co wcześniej uważałam za dialog wygląda
                > tak jak rozmowa dwu ludzi nie znających języka tego drugiego: każdy
                > powtarza
                > w kółko swoje po swojemu, tylko coraz głośniej. I jeszcze się wkurza, że
                > DRUGA strona nie rozumie. Rozumie, tylko zupełnie inaczej i w sposób dla nas
                > trudny do zaakceptowania.

                Odpowiem cytatem ksiazki, zreszta wlasnie chyba powstaje film na podstawie poprzedniej czesci tej serii pt "Gra Endera".

                „Języki nordyckie rozróżniają cztery stopnie obcości. Pierwszy to cudzoziemiec, albo „utlänning”, obcy, którego uznajemy za człowieka, ale z innego miasta lub kraju. Drugi to framling – Demostenes po prostu odrzucił akcent z nordyckiego „främling”. To obcy, którego uznajemy za człowieka, ale z innego świata. Trzecim jest ramen, obcy uznawany za człowieka, lecz innego gatunku. Wreszcie czwarty, prawdziwie obcy, varelse. W tej klasie mieszczą się wszystkie zwierzęta, gdyż kontakt z nimi jest niemożliwy. Żyją, ale nie potrafimy odgadnąć celów, jakie skłaniają je do działania. Mogą być inteligentne, mogą być świadome, ale my nie potrafimy się o tym przekonać.”

                - Orson Scott Card (z książki Mówca umarłych)


                Swoja droga polecam cala serie, a przynajmniej te dwie ksiazki, zwlaszcza osobom chcacym lepiej rozumiec "innych". Przyjemnie napisane, lekko wchodzi, wciaga - taka odmiana po poradnikach, czy ciezkich dzielach psychologicznych.
                A daje do myslenia...
                • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 10.08.12, 13:24
                  ja tylko zaprotestuję

                  porozumiewanie się ze zwierzętami często jest proste
                  pewnie duże znaczenie ma nie bywanie przez mnie na żadnych kursach i treningach ;-)

                  całkiem poważnie uważam, że to ważne i warto uczyć się pewnych zachowań od zwierząt


                  • smarhta Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 13.08.12, 00:36
                    To ja tylko zapytam: co rozumiesz przez porozumiewanie sie?

                    Wpisuje w komputerze format c - czy to znaczy, ze sie porozumialam z komputerem?
                    Widze ciemna chmure, rozumiem, ze bedzie padac - czy porozumialam sie wlasnie z pogoda?

                    Potrafie przez obserwacje ustalic, co oznaczaja pewne zachowania zwierzat, co zapowiadaja. Potrafie tez wydawac im jakies polecenia, nauczyc ich wykonywania. Nie mam pojecia, czy dla zwierzaka sa one czyms wiecej, niz zapowiedzia deszczu na widok ciemnej chmury i sygnalem do tego, zeby zrobic cos i zapobiec zmoknieciu...

                    No i w koncu nie wiem jak Ty, ale ja nie potrafie zapytac zwierzecia o jego plany, marzenia, motywacje i uzyskac zrozumialej odpowiedzi. Ani rozmawiac o uczuciach, przemysleniach, czy na jakiekolwiek inne abstrakcyjne tematy. Czy wreszcie: dojsc do wspolnych ustalen poprzez negocjacje - to jest niemozliwe, to wlasnie rozni, jak dla mnie, roznych mniej i bardziej obcych "ludzi" od prawdziwych "varelse".

                    "Ludzi" celowo biore tu w cudzyslow, bo nie chce mi sie tu zglebiac tematu definicji czlowieczenstwa. Chodzi mi wylacznie o aspekt obcosci, mozliwosci zrozumienia i porozumienia, w kontekscie tego, na co tym cytatem odpowiadalam.
                    • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 13.08.12, 02:50
                      tak z doskoku przeczytałem i wydaje mi się, że lawirujesz wokół tematu możliwości nawiązania konstruktywnego dialogu z osobą zaburzoną.

                      Otóż to jest przykre, ale takiej możliwości w wielu przypadkach zupełnie nie ma. Z prostej przyczyny: system wartości, priorytetów i potrzeb osoby zaburzonej jest bardzo nietrwały. Podobnie nietrwały jest ogląd sytuacji i podejście do całej rzeczywistości, począwszy od gustów i preferencji, a skończywszy na roli i wadze poszczególnych osób w życiu takiej osoby. Najprościej rzecz ujmując prawdziwie bordowy bord dzisiaj, teraz nie jest w stanie odnieść się do najbliższej ani dalszej przyszłości bo nie wie, kim będzie dla siebie za kwadrans, kim Ty będziesz dla niego za kwadrans, co będzie dla niego ważne, a co zupełnie nieistotne.

                      Usiądź z borderem i spróbuj coś ustalić, pogadać o jakichkolwiek zasadach w Waszej relacji, o jakichś planach albo pomysłach na wyjście z impasu - powodzenia ;) W najlepszym przypadku ustalisz zasady, które jutro albo za tydzień przestaną obowiązywać (nawet, jeżeli to będą zasady przychylne bordowi, a wręcz ustalone przez borda), a najgorszym szczerze i wśród łez albo bez łez Ci powie, że nie jest w stanie nic kompletnie ustalić. To Ci powie taki świadomy swojego problemu, bo taki bord wie, że to, co powie dzisiaj - jutro straci na aktualności. A pojutrze będzie znowu aktualne.

                      Nie ma fizycznej możliwości dialogu z człowiekiem, który jest w kompletnym władaniu swojej podświadomości, przecież to jest jasne. Bord nie podejmuje decyzji świadomie, te decyzje podejmuje za borda podświadomość - i to dotyczy każdej decyzji, od uderzenia partnera w twarz przez zdradę po samobója. To są atawistyczne mechanizmy, banalnie proste i skomplikowane zarazem systemy redukcji lęków, które odpalają się same i bez udziału świadomości, a czasami wbrew tej świadomości.

                      Bord ma w kodzie jedną misję - przetrwać. Co jest potrzebne, żeby przetrwać? Przede wszystkim przewaga, stała i niezmienna. Co daje przewagę? Kontrola sytuacji, wieczna. Do czego prowadzi dialog? Do ustaleń, do zaprowadzenia porządku i wprowadzenia zasad, które obowiązują obie strony. Jakie konsekwencje niosą zasady i obowiązek przestrzegania tych zasad? Ano blokują możliwość dowolnego, spontanicznego postępowania w sytuacji realnego bądź wyimaginowanego zagrożenia, zabierają bordowi wyłączność na władzę i kontrolę sytuacji. Ograniczają możliwość manewru i mogą pętać wtedy, kiedy system mówi "spierdalaj przed siebie ile sił!".

                      Bord w trakcie terapii uczy się rozpoznawać przyczyny i motywy swoich decyzji, co w konsekwencji ma umożliwić przekazanie władzy z rąk podświadomości w ręce świadomości. To jest kurewsko trudne i takie być musi, bo to musi wyglądać jak dobrowolne zdejmowanie zbroi w centrum pola zaciętej bitwy - i to nic, że ta bitwa jest tylko jedną wielką imaginacją i projekcją. To jest walka z własną naturą, jaka by ta natura nie była.

                      W/g pewnych teorii wszystko, co kieruje naszym postępowaniem, decyzjami i każdą sekundą życia, cała świadomość, ale również podświadomość to rzeczy wyuczone, a skoro takie są - da się je zmienić: zastąpić dzięki żmudnemu procesowi nauki innymi "wyuczonymi rzeczami".

                      Ja w sumie poszedłem podobną drogą: mozolnie uczę się świadomości, chociaż nie mam bpd. Jakoś tak mi przyszło do głowy, że to jest jedyna rozsądna droga. Świadomość to akceptacja, umiejętność zarządzania oczekiwaniami i emocjami, co pozwala na kontrolę własnych granic, a w rzeczywistości to wszystko razem to chyba klucz do szczęścia. Nie chodzi o to, żeby się wyprać z wrażliwości, spontaniczności itd. - chodzi o to, żeby nauczyć się decydować, którym emocjom dajemy wpływ na życie, a które zwyczajnie kiełznamy, pozbawiamy władzy, zanim zaczną zabierać energię i siać spustoszenie.

                      Jestem przekonany, że to jest do zrobienia, a wpadłem na te świetne pomysły właśnie dzięki mojej bardzo trudnej relacji. Poniosłem spore koszty, a teraz pracuję na to, żeby to były faktycznie koszty, nie tylko straty. Świadomość to mój zysk i jeżeli dobrze pójdzie inwestycja uczuć, emocji i energii w ten związek zwróci mi się po stokroć. A to, jak pójdzie - zależy tylko ode mnie :)
                      • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 13.08.12, 09:47
                        kiedy zaczęłam czytać ten wpis, wiedziałam co chcę dorzucić
                        kiedy doszłam do końca postu znalazłam - już wszystko napisane

                        reakcje borda są zaraźliwe - sami chcemy się wczuć i udaje się, łapiemy
                        bord szuka wrażliwych, wrażliwi są 'pracowici' i zaczynają rozumieć borda tak dalece, że dzielą jego lęki; strach jest tu królem despotą; a bord nauczycielem i prawdziwym i doskonałym; wiadomo najlepiej uczymy się na przykładach;
                        wczuwamy się by pomóc, zrozumieć zwłaszcza kiedy kochamy;
                        partner borda nie ma bagażu takiego jak bord niezniszczalnych zaburzeń osobowości z pogranicza - dobrze, że nazwa jest jako tako nie obrzydliwa - ale do swoich często też mocno wysublimowanych doświadczeń, dokłada tresurę stosowaną przez borda-rannego-przerażonego-pisklaka mającego w rączkach broń rażącą skutecznie, trwale i w miękkie

                        zastanawiam się czy równie często zdarza się partner borda rozumiejący, że bord nie ranił go bo chciał ale dlatego, że musiał, co i bord rozumiejący co zmienił na zawsze w partnerze, chcącym go zrozumieć
                        słowa musiał i zawsze w ostatnim zdaniu podlegają terapii - zawsze wtedy łatwiej żyć

                        gdyby to wystarczyło powiedzieć - już dobrze, już dobrze i objąć ramieniem

                        a to gdzież tam czasem i to szkodzi

                      • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 13.08.12, 14:04
                        spaprany napisał:

                        > Nie ma fizycznej możliwości dialogu z człowiekiem, który jest w kompletnym wład
                        > aniu swojej podświadomości, przecież to jest jasne. Bord nie podejmuje decyzji
                        > świadomie, te decyzje podejmuje za borda podświadomość - i to dotyczy każdej de
                        > cyzji, od uderzenia partnera w twarz przez zdradę po samobója.

                        Chcialam w pierwszej chwili zaprotestować, teraz już bardziej sprostować. To nie jest tak, że ja robię coś mimowolnie lub tym bardziej, że nie wiem co (w danej chwili) robię. Ja po prostu:
                        1) nie liczę się z konsekwencjami (no oprócz samobója, tu o te konsekwencje własnie chodziło), nie dostrzegam wagi danego zdarzenia
                        2) NIE WIDZĘ żadnego innego wyjścia, alternatywy - coś w głowie odcina dopływ krwi do jakichś płatów, po prostu działam jak zamroczona, i JESTEM PEWNA, że to co robię jest jedynym co mogę zrobić

                        Ech... Mowa oczywiście o sytuacjach gdzie są duże emocje i ZDAJE się nie być czasu na decyzje. Ech.... To chore... Heh, naprawdę liczenie do 10 (a raczej 100), takie odcięcie się na moment od stresującej sytuacji, mogłoby zapobiec wielu skandalom w moim życiu. Albo porządne pierdolnięcie mnie w głowę. Chociaż sama nie wiem, czy w sytuacjach, które akurat wspominam, cokolwiek byłoby w stanie mnie ocucić, zdjąć klapki z oczu.


                        > Bord w trakcie terapii uczy się rozpoznawać przyczyny i motywy swoich decyzji,
                        > co w konsekwencji ma umożliwić przekazanie władzy z rąk podświadomości w ręce ś
                        > wiadomości. To jest kurewsko trudne i takie być musi, bo to musi wyglądać jak d
                        > obrowolne zdejmowanie zbroi w centrum pola zaciętej bitwy - i to nic, że ta bit
                        > wa jest tylko jedną wielką imaginacją i projekcją. To jest walka z własną natur
                        > ą, jaka by ta natura nie była.

                        Cholernie popierdolona ta natura, to serducho, te myśli, lęki i osądy. Wrrrrrrrr.

                        Jakoś tak mi przyszło do głowy, że to jest jedyna rozsądna droga. Świa
                        > domość to akceptacja, umiejętność zarządzania oczekiwaniami i emocjami, co pozw
                        > ala na kontrolę własnych granic, a w rzeczywistości to wszystko razem to chyba
                        > klucz do szczęścia. Nie chodzi o to, żeby się wyprać z wrażliwości, spontaniczn
                        > ości itd. - chodzi o to, żeby nauczyć się decydować, którym emocjom dajemy wpły
                        > w na życie, a które zwyczajnie kiełznamy, pozbawiamy władzy, zanim zaczną zabie
                        > rać energię i siać spustoszenie.

                        <3 ;P. Także do tego doszłam. Myśleć, myśleć, myśleć. Zastanawiać się, dumać, analizować :P. Niestety, ale powinnam więcej myśleć niż czuć. Myśleć nad swoimi uczuciami i emocjami. Skąd się wzięły, czy mają uzasadnienie. A na końcu działać. No i trzymać na wodzy swoje oczekiwania, przy włączeniu empatii (jaka by tam ona nie była) i prób zrozumienia drugiej osoby, na pełną moc. Nie przekreślać, nie idealizować (uffff). Patrzeć trzeźwo. Nie uciekać. Od innych ani od siebie. I na siebie też patrzeć trzeźwo, a nie raz pobłażliwie, a raz skazując na potępienie i męki do końca życia. Widzieć i swoje wady, i zalety, a nie uzależniać samoocenę od opinii i zachowania innych względem mnie. Wymagać przede wszystkim od siebie i kochać przede wszystkim siebie :P. Nie mylić z egoizmem :). Po prostu czerpać z siebie.

                        Ale mi wyszło kazanie :D.

                        Nie chodzi o to, żeby się wyprać z wrażliwości, spontaniczn
                        > ości itd. - chodzi o to, żeby nauczyć się decydować, którym emocjom dajemy wpły
                        > w na życie, a które zwyczajnie kiełznamy, pozbawiamy władzy, zanim zaczną zabie
                        > rać energię i siać spustoszenie.

                        No to zdanie mi się najbardziej podoba... To trochę jak samoobrona przed samym sobą, przed swoją psychiką. Nie ucieczka tylko zrozumienie, akceptacja i rozwiązanie, wybór. Trudno mi opisać, co mam na myśli. W ogóle to wszystko jest bardzo trudne.
                        • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 13.08.12, 14:24
                          O, coś mi przyszło do głowy.

                          Ostatnio oprócz w głowie, robię także wielkie wiosenne porządki (także grubo spóźnione) w swoim otoczeniu. Nie wiem, czy kiedyś nie wspominałam, ale jak mam doła i parę godzin sprzątam, najlepiej wywalając przy okazji jak najwięcej zbędnych, zalegających rupieci, to jest mi o niebo lepiej. Czuję się lepsza, czuję że coś zrobiłam, i czuję się tak zmęczona, że nie mam siły myśleć (podobnie jak po wysiłku fizycznym) ani się dołować, po prostu czuję ulgę i odpoczywam.
                          Teraz porządki są gruntowne, mimo, że ostatnio trochę stanęły w miejscu :D (ale wywaliłam już z szafy 15 kg ciuchów :o :o :o !!!!!). Do tego mam cel, planuję remont pokoju :D. Fajnie jest mieć cel, zwłaszcza taki bardziej realny, gdzie jest konkretna wizja, a nie jakieś marzenia za mgłą.

                          Aha, no i miałam napisać, że z tymi emocjami i uczuciami, myślami i wspomnieniami, z bólem, z tym całym syfem, jest tak samo. Nie chodzi o to, żeby ładować w kartony i upychać głęboko w szafie, bo a nuż widelec, bo żal, bo sentyment, bo nie wiadomo co z tym zrobić. Trzeba wszystko powyciągać, dokładnie obejrzeć z każdej strony i na spokojnie podjąć decyzję. I pozbyć się całego zbędnego balastu, który na NIC się nie przydaje, jest kulą u nogi. Najlepiej wydać, zrecyklingować, wykorzystać do cna (w głowie = przemyśleć, zaanalizować, zrozumieć, pogodzić się, wyciągnąć wnioski i nauczkę na przyszłość). I iść dalej, naprzód, być konsekwentnym w działaniu. Przewietrzyć każdy kąt, nigdzie nie może zalegać syf, zgnilizna czy coś, co nam przeszkadza. Trzeba się poznać i żyć tak, jak się chce żyć, w zgodzie ze samym sobą, a nie tak jak akurat wychodzi czy jak oczekują inni (to chyba dotyczy partnerów bpd). Nie wiem czy to dobre porównanie.
                          • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 14.08.12, 08:45
                            kolega cokolwiek z 'branży" niszczył przed wyrzuceniem - patrzyłam na to ze zgrozą
                            z kilku powodów
                            najprościej - no kurna po co się męczy
                            po drugie - daj to idioto - w życiu nie miałam takiej mikrofalówki :-) dostałam :-)
                            poza tym ja wiem gdzie wiele się przydaje ...
                            po trzecie w potrzebie niszczenia jest coś mnie obcego - możemy to rozebrać gdzieś kiedyś
                            po czwarte - jest kilka rzeczy, które wywaliłam kiedyś w sumie z pomocą najbliższej przyjaciółki i do dziś mam po tym złą dziurę; żałuję, wiem czemu i nie da się z tym nic zrobić; jej wyrzucanie pomagało mnie wprost przeciwnie :-) ; skutek jest taki, że znalazłam sobie wygodną wymówkę - nie wyrzucam, bo znowu będzie mi tak przykro :-)
                            dobrze, że pamiętam o tym, że warto mieć łąkę i na niej dyziować;
                            tylko czy warto posprzątać dopiero przed śmiercią? :-)

                            • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 14.08.12, 10:23

                              No pewnie, że jest przykro, żal, właszcza na początku, jak się zaczyna. Ale to wyrzucanie uwalnia. Odciąża. Jest trochę jak (u mnie) ze zrywaniem toksycznych znajomości czy chorych relacji (np. tych uprzedmiotawiających mnie czy tych gdzie ktoś na coś liczył, a ja miałam go gdzieś, ale trzymalam w rezerwie, mając frajdę z jego zachwytu mną) :/... Jest żal zrywać kontakt, odmawiać, jest to trudne, ale uwalnia, sprawia, że zaczynam się szanować, nie czuję się taka splugawiona i zależna od innych.

                              Też mam tendencję do chomikowania, od dziecka, ale wg mnie to wada, która, wraz z innymi mechanizmami, blokuje postrzeganie tego, co naprawdę w życiu ważne... (hehe tylko błagam, nie pytaj mnie co, każdy ma własną odpowiedź i sam musi sobie odpowiedzieć). Choć myślę, że chomikowanie i tak jest lepsze od konsumpcjonizmu bez opamiętania.
                        • smarhta Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 14.08.12, 00:47
                          Szczerze mowiac, czekalam na wlasnie Twoja wypowiedz (:
                          Co myslisz o tym spostrzezeniu, ktore mnie tu w rozmowe wciagnelo, ze "dialog" pomiedzy bordem i niebordem to nie dialog w istocie, a dwa monologi wykrzykiwane coraz glosniej, z coraz wieksza doza irytacji, ze ta DRUGA strona nie rozumie?

                          > To nie
                          > jest tak, że ja robię coś mimowolnie lub tym bardziej, że nie wiem co (w dane
                          > j chwili) robię. Ja po prostu:
                          > 1) nie liczę się z konsekwencjami (no oprócz samobója, tu o te konsekwencje wła
                          > snie chodziło), nie dostrzegam wagi danego zdarzenia
                          > 2) NIE WIDZĘ żadnego innego wyjścia, alternatywy - coś w głowie odcina dopływ k
                          > rwi do jakichś płatów, po prostu działam jak zamroczona, i JESTEM PEWNA, że to
                          > co robię jest jedynym co mogę zrobić
                          >
                          > Ech... Mowa oczywiście o sytuacjach gdzie są duże emocje i ZDAJE się nie być cz
                          > asu na decyzje. Ech.... To chore...

                          Wydaje mi sie, ze to nie chore... ze kazdy tak ma? Kwestia sily emocji i tyle.
                          Wiec problem chyba nie w tym, ze tak bywa, a raczej w tym, ze emocje nabieraja zbyt duzo sily zanim sie rozpozna, czy sa uzasadnione. Albo w tym, ze zdarza sie to zbyt czesto.

                          Jak Cie czytam, to nie widze w tym, co piszesz "niespojnosci pogladow", "braku logiki" itp. Raczej mowa o skrajnych emocjach i o tym, do czego w konsekwencji doprowadzily. Wlasciwie nie widzialam w tym, co piszesz nic, czego bym nie rozumiala zagladajac po prostu wglab siebie. Mam w zwiazku z tym pytanie. Czy czujesz sie bordem, czy nim bywasz raczej? A moze Twoje myslenie bylo kiedys inne, a teraz po prostu jestes juz dosc daleko na drodze zdrowienia i potrafisz, przynajmniej tu, na forum, przebic sie przez wlasne mechanizmy obronne i patrzyc na siebie z dystansem?

                          > <3 ;P. Także do tego doszłam. Myśleć, myśleć, myśleć. Zastanawiać się, duma
                          > ć, analizować :P. Niestety, ale powinnam więcej myśleć niż czuć. Myśleć nad swo
                          > imi uczuciami i emocjami. Skąd się wzięły, czy mają uzasadnienie. A na końcu dz
                          > iałać. No i trzymać na wodzy swoje oczekiwania, przy włączeniu empatii (jaka by
                          > tam ona nie była) i prób zrozumienia drugiej osoby, na pełną moc. Nie przekreś
                          > lać, nie idealizować (uffff). Patrzeć trzeźwo. Nie uciekać. Od innych ani od si
                          > ebie. I na siebie też patrzeć trzeźwo, a nie raz pobłażliwie, a raz skazując na
                          > potępienie i męki do końca życia. Widzieć i swoje wady, i zalety, a nie uzależ
                          > niać samoocenę od opinii i zachowania innych względem mnie. Wymagać przede wszy
                          > stkim od siebie i kochać przede wszystkim siebie :P. Nie mylić z egoizmem :). P
                          > o prostu czerpać z siebie.

                          Nie da sie wiecej myslec niz czuc (:
                          Podejmujac kazda wazna decyzje normalna, zdrowa osoba kieruje sie w 75-90% emocjami, dopiero ta nedzna reszta to myslenie :P Malo tego, czlowiek pozbawiony nagle uczuc, np w wyniku urazu mozgu, zaczyna sie zachowywac nieracjonalnie i autodestrukcyjnie. Przstaja ja obchodzic konsekwencje, sie nimi po prostu nie przejmuje.
                          A juz "panowanie" nad emocjami polegajace na tym, zeby je tlumic, zeby sie do nich przed samym soba nie przyznawac, to wg mnie najgorsza z mozliwych drog. Bo jak sie je ignoruje, to nie znikna, tylko wybuchna w najmniej oczekiwanym i odpowiednim momencie, i wtedy dopiero naprawde przejma kontrole nad zachowaniem.

                          Wiec chyba nie tedy droga, zeby mniej czuc. Moze chodzi o skale emocji po prostu? Albo o kontakt z nimi, z wlasnymi emocjami? Zidentyfikowanie ich, rozpoznanie ich przyczyn i celow, zanim czlowiekiem zawladna?

                          Ze warto myslec i analizowac siebie, to ja sie oczywiscie zgadzam. Im wiecej wiem, tym wieksze mam poczucie kontroli nad jakas sytuacja, wiec i lek mniejszy, wieksza pewnosc siebie. A intelektualizowanie (nie mylic z racjonalizowaniem) pozwala mi nabrac dystansu do siebie samej. Wiec jesli dla mnie to same korzysci, to pewnie dla innych tez, choc moze w innym stopniu.
                          • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 14.08.12, 08:55
                            może tak warto sobie wyobrazić

                            kiedy maluch się rozpędzi nie ma co do niego mówić on już nic nie słyszy, dobrze nakręcony i wytrenowany ma błyskawiczne techniki odlotu - wrzask, bezdech full repertuar (ja uważam, że nie obojętny dla zdrowia) - trzeba przeczekać choć wg mnie lepiej przerwać - ale na pewno nie dyskutować w trakcie

                            i tak samo chyba jest kiedy bord próbuje skomunikować się sam ze sobą na wyższym piętrze jazdy - nie da się
                            jak nie wystartować i jak hamować - a to chyba te terapie coś podpowiadają :-)
                          • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 14.08.12, 10:11
                            Wydaje mi się, że Brzask to dobrze opisała. Najlepiej przeczekać szał, a potem próbować na spokojnie. W trakcie to rzeczywiście często NIC nie dociera :), a zwłaszcza jeśli też jest agresja, to robi się istny sajgon. A w ogóle, to tego szału być nie powinno :(. I myślę, że tu nie chodzi ogółem o rozmowy borda z niebordem, tylko o rozmowy borda z kimś, kto wiele dla niego znaczy, kto nie jest obojętny i wywołuje wielkie emocje. Na kogoś przypadkowego nie warto tracić energii (np. w postaci agresji) i ma się to raczej gdzieś, czy nas ludzik zrozumie czy nie.

                            Nie wiem jak mają "normalni" ludzie. Może niektórzy rzeczywiście też tak mają, ale większość chyba nie. Nie widzę przynajmniej takich skutków, kompletnie irracjonalnych zachowań, niszczenia życia i związków bez powodu... A może to dlatego, że nie znam zbyt wielu osób, i zajęta sobą nie przyglądałam się im za bardzo.

                            Czy czuje
                            > sz sie bordem, czy nim bywasz raczej? A moze Twoje myslenie bylo kiedys inne, a
                            > teraz po prostu jestes juz dosc daleko na drodze zdrowienia i potrafisz, przyn
                            > ajmniej tu, na forum, przebic sie przez wlasne mechanizmy obronne i patrzyc na
                            > siebie z dystansem?

                            Bordem to się czuję od dziecka. Mam tego po prostu dość i doszłam do wielu istotnych rzeczy (wniosków). Pisałam o tym w innym wątku. No właśnie pisanie tu czy w pamiętniku pomaga, myślę, wylewam uczucia, analizuję, formułuję wnioski, itd. A patrzeć na siebie z dystansem dopiero niedawno zaczęłam, wcześniej widziałam tylko swój ból, rany i błędy innych. Byłam ślepa. Dystansowałam się jedynie wobec innych.


                            > A juz "panowanie" nad emocjami polegajace na tym, zeby je tlumic, zeby sie do n
                            > ich przed samym soba nie przyznawac, to wg mnie najgorsza z mozliwych drog. Bo
                            > jak sie je ignoruje, to nie znikna, tylko wybuchna w najmniej oczekiwanym i odp
                            > owiednim momencie, i wtedy dopiero naprawde przejma kontrole nad zachowaniem.

                            No nie o to mi chodziło! Tylko o to, o czym piszesz niżej :). Wiem, że tłumienie i ignorowanie swoich uczuć i emocji nic nie da, i tak wypłyną. Tak jak piszesz, chodzi o to, żeby nie pozwolić im sobą zawładnąć, nie poddawać im się bez zastanowienia, nie dzialać będąc "pod wpływem" (jak po alkoholu :]). Być może to nowe podejście sprawi, że trochę zamknę się w sobie, ale wolę to, niż bycie nieokrzesaną furiatką, która nie ma pojęcia, co w niej siedzi.

                            Najlepsze, że zupełnie odstawiłam staby (brałam połowę dawki, a potem jeszcze mniej, już od kilku m-cy). No i choć w czasie kryzysu (od którego się tak naprawdę zaczęło) było strasznie, to teraz jest mi... lżej? Czuję się bliżej siebie. Staby nie pomagały mi się zrozumieć, tylko otumaniały, zobojętniały. Nie zniechęcam do leków (żeby nie było!!) tylko piszę, jak to u mnie akurat jest. One sprawiały, że miałam w sobie więcej znieczulicy :(, byłam tylko większym potworem :/.

                        • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 14.08.12, 08:32
                          a'propos powinnam więcej myśleć ....

                          myślisz bez przerwy
                          może jest to myślenie zrobię , zrobię, zrobię
                          a chciałabyś - dlaczego , po co i jak to będzie jutro po tym co zrobię


            • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 12:43
              ach, jestem dzisiaj w złym nastroju, zawiedziony i bez wiary w sens mojej relacji. DZISIAJ mogę się pod tym podpisać oburącz. Od zaburzonej partnerki nie mogę wymagać:

              - uczciwości
              - dotrzymywania słowa
              - lojalności
              - szacunku
              - wspólnych planów
              - wsparcia
              - troski

              W zasadzie niczego nie mogę wymagać, bo słyszę "acha, znowu ma być tak, jak TY chcesz?? A dlaczego??". Wszystkie poważne rozmowy kończą się na dwa sposoby: albo jej płaczem z bezsilności (jeżeli ma jeden nastrój), albo "no i dooo-brzeeee, wszystko mi wolno!!!" (jeżeli ma drugi nastrój). Czasami mam wrażenie, że ta relacja opiera się na DAWANIU wszystkiego wtedy, kiedy akurat królewna ma odwagę i potrzebę brać. A jak ma - żebrze jak kloszard o akceptację, o współczucie, atencję, czułość i wszystko inne. Wciąż jest wszystkiego za mało. Jak dostaje w dużych ilościach - bufor jej się przepełnia i dochodzi do dramatu. Jeżeli nie dostaje - bufor jej się przepełnia i dochodzi do dramatu.

              Wiele razy pytałem, gdzie w tej relacji jestem JA. Moje potrzeby są realizowane niejako po drodze, wtedy, kiedy przez przypadek są zbieżne z jej potrzebami. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek zrezygnowała z czegokolwiek dla mnie albo dla nas - z planów towarzyskich albo jakichkolwiek innych. Priorytetowo traktowana jest RODZINA, czyli mamusia i tatuś, potem znajomi, wśród których bezpiecznie i z dystansem odrywa się od bolesnej rzeczywistości. Doskonała gra aktorska, oskarowa - nikt nie wie, co się z nią potrafi dziać, nikt kompletnie. Że potrafi jej wypiąć system na dwa tygodnie, kiedy tylko pracuje i siedzi w domu w półdepresji. Z nikim nie wdaje się w poważne rozmowy o swoich planach, marzeniach ani niczym innym - wszystko na powierzchni.

              No i ja, który podszedł blisko, za blisko. Ciągle nie wiem, czy to będzie tak, jak z tym piaskowym zamkiem, o którym pisała pani Brzask. Wciąż się zastanawiam, czy zbliżając się jeszcze bardziej paradoksalnie się oddalam. Ciągle pamiętam, jak skończył poprzedni wieloletni partner, z którym mieszkała i miała plany.

              Zachowuję siłę, mogę być nie wiem jak silny. ALE kiedy po dwóch tygodniach spokoju i kwitnącej miłości dzielę się problemem, wyciągam rękę, bo - chociaż jestem mężczyzną - potrzebuję wsparcia kogoś bliskiego i dostaję wpierdol - czuję się źle. Nie mogę tego zrozumieć, że mam problem, opowiadam o tym komuś najbliższemu i w najlepszym razie słyszę udawane zainteresowanie, w najgorszym "yhy... ... no co ci mogę powiedzieć, na pewno dasz sobie radę". Jakby PRZYPOMINAŁA sobie, co "normalny" człowiek mówi w takiej sytuacji bliskiej osobie, co teraz wypada powiedzieć. W niej fizycznie nie ma troski i empatii. W momencie, w którym może pomóc - próbuje coś w tym kierunku zrobić, ale to też tylko po to, żeby dostać pochwałę. Żeby mieć świadomość, że pomogła, żeby mieć moją wdzięczność - nie z potrzeby serca. Czuję, że traci mną zainteresowanie, kiedy mam problem. Ja muszę być radosny, bez problemów i bez trosk. Za każdym razem, kiedy pozwalam sobie na komfort bycia sobą - ona atakuje, bo jestem słaby. Zamiast wtedy wspierać, jest na górze - ma tę skurwiałą kontrolę, bo wie, że ja potrzebuję. A ona może dać, albo nie dać, może żreć tę świadomość, że jej potrzebuję i dać cokolwiek albo - najczęściej - wykazać obojętność i odsunąć się.
              Owszem, chodzi do psychologa. Była raptem kilka razy, ale wydaje mi się, że nie rozumie jednej rzeczy. Że psycholog nie leczy. Nie widzę w niej determinacji. Wieczne projekcje, wieczne udowadnianie mi, że ja nie widzę problemów w sobie, że teraz to już wszystko jest JEJ winą, no bo przecież ona jest ta pojebana, więc ja wszystko mogę powiedzieć.

              W domu i w głowie - kolekcja najpiękniejszych, najbardziej romantycznych zdjęć prawdziwej miłości, zakochanych par w pięknych sceneriach. Ja wiem, jak bardzo chce takiej miłości - oddałaby za nią wszystko, ale nie umie i koniec. Egoizm i kontrola: oddać inicjatywę, przystać na czyjeś warunki, być zwyczajnie dobrą - to zagrożenie. I wieczne projekcje. JA potrafię jej powiedzieć wszystko, JA nie potrafię zrozumieć, JA chcę, żeby wszystko było PO MOJEMU. Nigdy nie byliśmy nigdzie sami razem, na żadnym wyjeździe, nawet dwudniowym. Straciliśmy właśnie wiosnę, od zimy widzieliśmy się chyba dwa razy. Bo jej wystarczy świadomość, że ja gdzieś tam jestem, telefon i mail wystarczą. Cała reszta - bezpiecznie, w marzeniach. "Całe życie bardzo pilnowałam, żeby się za bardzo nie zakochać". Nie udało się - jest ode mnie w jakiś sposób uzależniona. Jak przekroczy granice i znikam - szaleje z cierpienia. W sumie... cały czas szaleje. Że się spierdoli, że na pewno zdradzam, że się spotykam z koleżankami, że mam ciekawsze życie, niż ona, że jestem "lepszy", że mam zajebisty dzień i "na pewno oczywiście lepszy, niż jej" (wiecznie porównuje się do mnie, jakbyśmy kurwa startowali w jakiejś konkurencji, kto jest bardziej zajebisty!). Ach, umiemy się ranić oboje, mogę jej zrobić wielką krzywdę jednym zdaniem, bo wierzy we wszystko, co powiem - o niej, o sobie albo o czymkolwiek innym. Wszystko bierze do siebie i międli, jakby szukała w tym, co do niej mówię swojej tożsamości. I odbija się w tej relacji. Odbija się jej wewnętrzny syf, za który sama siebie nienawidzi.

              Raz na kilka tygodni albo w zasadzie miesięcy gnana tęsknotą zdobywa się na odwagę i przyjeżdża do mnie. Nie wiem, jak to działa, ale tutaj, przez ten dzień lub dwa jest ZUPEŁNIE inna - czuła, uczynna, troskliwa, normalna. Jest innym człowiekiem, ufa, nie gra, jest w niej radość i bezpieczeństwo. Jakby zostawiała tę skurwiałą zbroję tam, w swoim mieście. Nie wiem, czy tak na nią działa jej teren, tamto życie, ale tam zawsze wychodzi z siebie. Zapierdala jak chomik po klatce w momencie, kiedy w druty stuka zastęp przedszkolaków. Potrafi spierdolić najpiękniejsze popołudnie, nagle zrobić awanturę o nic, naprawdę o nic. Jakby nienawidziła mnie tam, bo wdzieram się do jej świata.

              Długo tak mogę. Słabo, słabo... Cholernie ryzykowna inwestycja uczuć. Czasami się zastanawiam, co się może jeszcze dziać, o czym nie wiem. Przecież tak łatwo mnie oszukać - nie jestem wścibski ani nadkontrolujący, na co dzień mieszkam gdzie indziej. Nie, nie obawiam się za bardzo, bo i czego? Jeżeli sobie pójdzie - nie znajdzie nikogo, kto to wszystko zrozumie, a ona sama z siebie się nie otworzy przenigdy. Jeżeli wybierze relację z większym dystansem - proszę bardzo, mi i tak taka nie pasuje. Wiem, kto i ile tutaj ma do stracenia, bo wiem, że ta prawdziwa, niedoskonała do kości ona beze mnie będzie sama jak palec. Wiem, kto ile daje i kto ile może zabrać.

              A może świadomość zdąży przyjść? Może trzeba dalej ładować w to wiarę? Może mgła kiedyś opadnie, albo chociaż zrzednie? Może powolutku...
              • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 23:41
                do spapranego:
                - "Moje potrzeby są realizowane niejako po drodze, wtedy, kiedy przez przypadek są zbieżne z jej potrzebami."

                - "Doskonała gra aktorska, oskarowa - nikt nie wie, co się z nią potrafi dziać, nikt kompletnie. Że potrafi jej wypiąć system na dwa tygodnie, kiedy tylko pracuje i siedzi w domu w półdepresji. Z nikim nie wdaje się w poważne rozmowy o swoich planach, marzeniach ani niczym innym - wszystko na powierzchni."

                - "ALE kiedy po dwóch tygodniach spokoju i kwitnącej miłości dzielę się problemem, wyciągam rękę, bo - chociaż jestem mężczyzną - potrzebuję wsparcia kogoś bliskiego i dostaję wpierdol - czuję się źle. Nie mogę tego zrozumieć, że mam problem, opowiadam o tym komuś najbliższ
                emu i w najlepszym razie słyszę udawane zainteresowanie, w najgorszym "yhy... .
                .. no co ci mogę powiedzieć, na pewno dasz sobie radę". Jakby PRZYPOMINAŁA sobie, co "normalny" człowiek mówi w takiej sytuacji bliskiej osobie, co teraz wypada powiedzieć. W niej fizycznie nie ma troski i empatii.
                W momencie, w którym może pomóc - próbuje coś w tym kierunku zrobić, ale to też tylko po to, żeby dostać pochwałę.
                - Czuję, że traci mną zainteresowanie, kiedy mam problem. Ja muszę być radosny, bez problemów i bez trosk. Za każdym razem, kiedy pozwalam sobie na komfort bycia sobą - ona atakuje, bo jestem słaby."

                -"W domu i w głowie - kolekcja najpiękniejszych, najbardziej romantycznych zdjęć
                prawdziwej miłości, zakochanych par w pięknych sceneriach. Ja wiem, jak bardzo
                chce takiej miłości - oddałaby za nią wszystko, ale nie umie i koniec."

                - "Potrafi spierdolić najpiękniejsze popołudnie, nagle zrobić awanturę o nic, naprawdę o nic. Jakby nienawidziła mnie tam, bo wdzieram się do jej świata."

                Lubię Cię czytać, spaprany (wydaje mi się, że się powtarzam). Piszesz także o moim życiu, ubierasz w słowa dokładnie to, w czym uczestniczyłam, co obserwowałam i co czułam.
                100 % prawdy, niestety. Było dokładnie tak samo. Identycznie.

                "A może świadomość zdąży przyjść? Może trzeba dalej ładować w to wiarę? Może mgła kiedyś opadnie, albo chociaż zrzednie? Może powolutku..."

                Opadnie Ci bielmo z oczu, chociaż jesteś przekonany, że wcale go nie masz. Przestaniesz mieć jakiekolwiek złudzenia, że cokolwiek może się zmienić. Zapomnisz o nadziei. I - a to jest najlepszy scenariusz - ewentualnie staniesz się smutnym człowiekiem. Och, nie na zewnątrz, bynajmniej. W środku. Tego jednego z pewnością border Cię nauczy.


              • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 01.06.12, 23:55
                spaprany- wyrażasz to, co czułam, czuję i długo jeszcze we mnie zostanie... Odpisałam Ci długo i rozlegle- ale pech- wylogowało mnie gdy dodawałam post...

                Współdzielę każdą Twoją emocję. I wiem, że przyjdzie taki czas, kiedy będziesz już bardziej pragnął spokoju, niż tej miłości. Bo miłość zostanie z Ciebie wybita i wyskrobana- zadeptana, podpalona i wysłana śmiesznym balonikiem w kosmos. I wtedy zacznie się dla Ciebie czas uspokojenia. Tak jak dla mnie.

                Jak skontaktować się z Tobą na priv? Bardzo bym chciała. Bardzo...
                • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 02.06.12, 09:45
                  ponowne zalogowanie daje wysłać post
                  pamiętajcie też o cofnij - pozwala
                  ctrl-A
                  ctrl-C

                  zaznaczyć i skopiować post do schowka
                  a potem wkleić od nowa

                  ----
                  szkoda, że część osób nie ma już priva tego spod nicka na gazecie :-)
                • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 02.06.12, 10:40
                  salome, aktywuj profil i dostaniesz dostęp do skrzynki mailowej. Ja przed chwilą to zrobiłem i liczę na to, że tak się stanie ;)
                  • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 02.06.12, 11:36
                    Aktywowałam- wysłałam Ci zaproszenie do znajomych. Mam nadzieję na kontakt.
                    :)
    • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 16:13
      Bloody TO FORUM ZESZŁO NA PSY i nie warto tu się wysilać.

      Tak, hehe, oni "Cierpią bardziej bo potrafia kochać i dawać bardziej i więcej niż przeciętny człowiek" (wiatrodnowy) , szukają na forum pomocy i pomagają sobie i nam, pisząc jakie to z nas szmaty, kurwy, zło, wampiry, ścierwo, jak należy nam i z nami jechać, odpłacać się tym samym - hahaha to jest ta wielka MĄDROŚĆ i empatia !!!, ta normalność !!!! robić to samo... I to zadufanie w sobie, że są w stanie nas zmienić swoimi dziecinnymi metodami albo tą swoją przeogromną dobrocią i poświęceniem. Lol. Skąd my bierzemy takich partnerów??.. No tak, w odsiewie wszyscy zdrowi odpadają, i tylko kompletne ofiary losu albo psychopaci zostają przy nas.
      Bloody, nie przejmuj się, nie wkurwiaj, tylko have fun ;). Calkiem niezła rozrywka. Np. jak nam cisną myśląc, że bierzemy to do siebie, że nas to boli, że - najlepsze - jakąś prawdę na nasz temat nam objawiają... Czy, co już jest absurdem do kwadratu, diagnozę! Metody postępowania z nami też są zajebiste. Nie piszę o wszystkich, tylko o tych prostackich furiatach, jakich ostatnio się tu namnożyło. W ogóle to pewność siebie i znajomości tematu taka, że widzę tu potencjał na co najmniej 10 psychoterapeutów/psychiatrów :D. Powodzenia w poszukiwaniu "bata" na nas.

      Najlepsze co można zrobić, to spierdalać jak najdalej. (Wy) nie zmienicie nas, nawet siłą, my musimy sami tego chcieć. A jeśli ktoś jest z bordem, który nie przyjmuje tego do wiadomości, uważa się za normalną i zdrową osobę, to według mnie już czysty masochizm. Niektórzy lubią czuć się i stawiać na pozycji ofiary, często podświadomie. Niekoniecznie przyzwalanie partnerowi na krzywdzenie się i ciągłe wybaczanie, to miłość, dobroć i zaufanie. Nie wszystko jest takie proste jak w kościółku śpiewają.


      Trzymaj się bloody.
      • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 16:55
        czita88 mocno powiedziane ale niestety prawdziwie
        próbowałem łagodniej moze ironicznie ale nie wyszło
        swoja drogą moze tu zajrzeeć jakas osoba która naprawde
        chce poznac i zrozumieć osoby bpb
        ale czytajac posty typu jak potraktować dzieczynę z bpd no to sorry
        to juz nawet nie jest smutne to jakis zart absurd chyba jakis złośliwy troll (gratulacje)
        mam kumpla który niechcacy sie zwiazał osobą bpd i znam ja zreszta i fajna dziewczyna ale odradzałbym mu to nie ze wzgledu na jej bpd tyle ze jego sytuacja zyciowa tego nie zniesie jego a ja zreszta lubie nawet
        nie mówie ze z nami jest łatwo sa zalezności itym podobne uwarunkowania
        ale kurde jak sie nie chce z kims byc lub sie cierpi to krótka piła cześc
        ale "poszukiwanie bata nan nas" to bardziej niz załosne
        • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 17:12
          Widzisz Bloodyblunt? Masz odpowiedź na jaką czekałeś. Założyłeś kolejny wątek aby dać upust sobie i paru innym osobom. Powyklinać. Powkładać w usta osób, które biorą udział w "dyskusji" słowa, których nie powiedziały- niech się tłumaczą frajerzy :)- czyli ulubione gierki bpd. Poobrażać krzycząc, że TO WAS SIĘ OBRAŻA TO WAS SIE OBRAŻA...(łezka) TO WAMI MANIPULUJĄ, to oni, oni, chorzy, psychopaci (ze trzy łezki bym dała). Potem znany schemat? Ja? Ja tylko chciałem porozmawiać (łezka). To ja jestem chory, nie...chwila, to wy chorzy bo z nami jesteście/byliście. I w ogóle to każdy jest inny (haha).Teraz dobre kłamstewko by się zdało.
          Na koniec dzióbek w ciup i łzy ciekną po policzkach. UWAGA. BPD CIERPI. Teraz wszyscy umilkną. Ci nieświadomi jeszcze syfu, w który wdepnęli uruchomią empatię i zaczną się obwiniać. Tatuś był zły? Mamusia nie kochała? Aha, i to dlatego? Jedyni pokrzywdzeni na świecie, którzy mają prawo pastwić się nad najbliższymi. Ale pamiętajmy - to nie oni.

          Pytanie do partnerów byłych i obecnych - Skąd my to znamy?

          I mini słowniczek bpd dla niewtajemniczonych:
          miłość= naiwność
          dobro to nie wybaczanie, wybaczanie to nie dobro
          wiara w ludzi- diagnostyczne novum
          Co Ty - to ja
          Co ja - to Ty
          I tak w kółko.

          I teraz najważniejsze

          czita:
          Najlepsze co można zrobić, to spierdalać jak najdalej

          I te słowa niech zapadną w pamięć każdemu, kto jeszcze trwa w uzależnieniu w imię wyższych idei.

          • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 17:39
            ale ja właśnie nie chce ani teraz manipulować ani byc komus wredny
            moze faktycznie zle konstruuję zdania
            ironia miała się opierać na zadnych personalnych odnośnikach
            ale na przesmianiu cierpienia partnerów ale nie jako wysmianie
            ale auto ironia ( znami naprawde nie jest dobrze z nami wytrzymać )
            tyle ze poziomy manipulacji i wzajemnych odniesien rozumiem zupełnie innaczej
            i nikt kto mnie zna nie powie ze jestem h**ujem
            sa róznego rodzaju płaszczyzny porozumienia

            dodaje link wypowiedzi brzask bardzo mi sie spodobał
            forum.gazeta.pl/forum/w,35861,135059149,135377331,Re_Jak_zalatwic_dziewczyne_z_Borderline.html
            • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 17:49
              bord nigdy nie chce źle

              możemy tak zacząć?

              to chyba najlepszy początek do próby zbliżenia się do niepojętego

              • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 17:53
                www.youtube.com/watch?v=QSnLSDTInHQ
                www.scribd.com/doc/8303002/Edward-Stachura-Fabula-Rasa
                ja tylko pytam
                • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:09
                  no to ja cos innego wrzucę
                  a stachura swoja drogo chyba niezly border był z tego co mi opowiadali ci co go znali

                  a to inna perspektywa
                  www.youtube.com/watch?v=sK57UDkZ6cY
          • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 17:58
            Nie chce mi się docinać itd., przekomarzać się, odkuwać, bo to nie ma wiekszego sensu ;P. Strata czasu.

            Nie cisnęłabym i nie obrażała, gdybym nie widziała identycznych postaw z drugiej strony (od dłuższego czasu). Ja wam współczuję, wiem, że jest źle i boli, ale to nie tłumaczy wszystkiego. Bpd widzą co robią źle, że ranią, że popełniają błędy w relacjach. Wy nie (nie przyznajecie się przynajmniej). I często chyba myślicie, że my też nie. Oczywiście każdy bord i partner bpd jest inny, ale jakby przejrzeć całe forum i popodliczać, to my (ostatecznie) żałujemy i mamy się dość, wy macie dość nas. Dobra, nawet jeśli WSZYSTKO, hehe, niemal całe zło na świecie, jest WYŁĄCZNIE naszą winą - to co macie z tego, że nam tu pociśniecie, zjedziecie od góry do dołu?? TO NIC NIE ZMIENI. Ani u was w życiu ani u nas w głowach. 5 minut lepszego samopoczucia? To nie my was tu atakujemy pierwsi, my tylko odpowiadamy na ciągłe ataki. I wychodzi czasem gnój. Mielenie w kółko naszych wad, taktyk (lol) i mechanizmów nie sprawi, że znikną. I nie pozwala wam nas zrozumieć. My chyba jesteśmy niezrozumialni ;). Przy takich postawach jakie tu widzę to nie zdziwię się, jak niedługo na ulicy dostanę broszurę ostrzegającą przed BPD i pozwalającą go rozpoznać na pierwszej randce.


            Dodam tylko, że ucieczka to także najlepsze co możecie zrobić, jeśli chcecie nam pomóc (swoim bpd). Przynajmniej mamy wtedy za swoje. Żałujemy (trochę/mocno/strasznie). Mamy jakąś nauczkę na przyszłość. Plujemy sobie w brodę. A jak gra ciągnie się w nieskończoność, wybaczacie, stawiacie warunki, my je łamiemy (nawet jeśli nie chcemy!!, tylko kurwa u nas nic nie jest stałe, dzisiaj chcę - jutro mam to w dupie i Cię nienawidzę, wmawiając sobie, że mam Cię gdzieś), mścicie się ukazując swoją słabość i zniechęcając nas do siebie (bpd raczej nie pozwalają się krzywdzić do woli), wierzycie w nas podczas gdy my nie wierzymy w siebie ani w wasze uczucie, to jest to jedna wielka groteska... Nie pomoc. Wydaje mi się, że wchodzić w związki z bpd z misją pomocy (hehe już miałam taki okaz, przynajmniej tak twierdził), powinni tylko jacyś nadludzie kurna, świadomi siebie w 100 %, odporni jak stal, i mądrzy jak sam Bóg/Budda/Dalajlama :P... Szanujący siebie itd. Dużo tu było o tym pisane, kto dałby radę. Tylko, że my na kogoś takiego nie zasługujemy. Ja.

            A jak ktoś chodzi na terapię, to niech słucha terapeuty, a nie bzdur na forum. Jak kiedyś znajdę dobrego terapeutę czy metodę na życie, to na pewno przestanę tu zaglądać. Oszaleć można. Za dużo myśli, słów, poglądów, agresji i rozpaczy. Wystarczą mi te w mojej głowie.
            • hu.i Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:06
              nie przestawaj zaglądać.jeszcze dużo się tu o sobie dowiesz.
            • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:07
              czita88 lepiej bym tego nie napisał
              pozdrawiam

              ps: kurcze musze cos z tym moim formuowaniem zdan zrobić
            • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 07.05.12, 18:13
              >Bpd widzą co robią źle, że ranią, że popełniają b
              > łędy w relacjach. Wy nie (nie przyznajecie się przynajmniej).

              Jednym z podstawowych mechanizmów tych manipulacji jest wzbudzanie w partnerze bpd ciągłego poczucia winy. Dopóki partner tego nie wie, zazwyczaj (starając się zachować logikę i racjonalność) bierze stopniowo na siebie coraz więcej winy. Przyznaje się do swoich błędów (błąd!) znów licząc na logikę i rozwiązanie konfliktu. Przyznanie się partnera do winy za cokolwiek bywa dla bpd (w okresie eskalacji nienawiści), wodą na młyn, który nie źródlaną wodę przelewa tylko szlam z indyjskiego rynsztoku.

              >To nie my was tu atakujemy pierwsi, my
              > tylko odpowiadamy na ciągłe ataki.

              Mnie się już nie chce w to bawić. W takie argumenty jak dla przedszkolaka bawiłam się zbyt długo. Wiemy kto założył ten wątek, jaki ma tytuł i opis, wiemy jaki ma cel. Wiemy, wiemy, wiemy...partnerzy be, partnerzy won, będziemy po was jeździć aż każdemu następnemu, kto tu zajrzy odechce się czytać i pójdzie popłakać sobie w łazience. ech, dobrze tu wejść czasem i sobie przypomnieć, od razu wolne życie wydaje się bardziej wolne.

              >I nie pozwala wam n
              > as zrozumieć. My chyba jesteśmy niezrozumialni ;).

              Pewnie dlatego tu wchodzą, bo nie chcą zrozumieć. I pewnie dlatego tkwią w tych związkach, pytając wciąż : "Co się stało?" "Dlaczego?".

              >Przy takich postawach jakie
              > tu widzę to nie zdziwię się, jak niedługo na ulicy dostanę broszurę ostrzegając
              > ą przed BPD i pozwalającą go rozpoznać na pierwszej randce.

              Sama ją chętnie napiszę i wydrukuję tłustym drukiem.

              >Wydaje mi
              > się, że wchodzić w związki z bpd z misją pomocy

              A mnie się wydaje, że większość wchodzi z miłością i chęcią dawania drugiej, bliskiej osobie. Do diagnozy może upłynąć wiele (smutnych) lat. A jak ktoś bliski choruje i cierpi, to się chce mu pomóc. Tyle.
              Może ułatwiłoby gdyby osoby z bpd na wstępie informowały o zaburzeniu oraz rozdawały broszury z wypunktowanymi cechami i umiejętnościami potencjalnego partnera, które powinien spełnić. Niestety coś czuję że dużo byłoby tam niespójności.

          • cytrynowy4 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 27.04.12, 16:39
            Witaj ,nie znamy sie, przypadkiem tu wszedłem (ciekawy tematu oczywiscie ) i q mojemu milemu zaskoczeniu czytając Twoją pierwszą wypowiedż (DOSŁOWNIE) czytałem o tym co czuję tylko nie umiem tego wyrazić słowami...Mianowicie jestem w związku z dziewczyną ponad 2 lata , ma Borderline zdiagnozowane około 2 mieiące temu ale wcześniej wszystko jak w bajce ...Widzę że masz dużą wiedzę na ten temat ..Może jesteś psychologiem itp. tak czy inaczej b.chętnie bym zamienił z Tobą parę zdań ...Próbowałem się skontaktować przez wysłanie wiadomosci - ale to tylko zaproszenie do znajomych pewnie ...mam nadzieje że to przeczytasz - serdecznie pozdrawiam i życzę wszystkiego najlepszego - jeżeli to czytasz daj znać ;)
          • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 03.05.12, 23:47
            wiatrodnowy
            szukam Cię
            nie jestem w stanie wysłać Ci wiadomości na profilu, opcja nie funkcjonuje
            jeśli zechcesz dać się znaleźć, będzie mi miło
            jesteśmy całkiem blisko, jak sądzę
            a to co piszesz...tak się cieszę, że nie jestem sama
            czujemy podobnie
            • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 07.05.12, 17:46
              wiatrodnowy@gazeta.pl - gdyby ktoś potrzebował. Z każdego maila wchodzi:)
      • hu.i Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:02
        bierzesz pieniądze za seks to jesteś kurwą.czy ci się to podoba czy nie.
        • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:09
          Na mnie możesz tak mówić, i robisz tak od samego początku, ale nie uogólniaj na wszystkie bpd-ki. Własnie o to mi chodzi. O postrzeganie wszystkich na jedno kopyto. Tym bardziej, że pierdoliłeś, że ja sobie to całe bpd wymyśliłam, że to bzdura, że nie ma nic takiego. A teraz wchodzisz na forum i obrażasz ludzi z zaburzeniem. Zdecyduj sie. Jesli twierdzisz, że ja tego nie mam, to ciśnij mi poza forum.
          • hu.i Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:21
            no czita przecież tak nie mówię na ciebie..tylko nazywam tę, która bierze pieniądze za seks.
          • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:31
            hmm czita88 masz racje to juz nie to samo forum szkoda
            mam poczucie ze forum nawiedził jakis troll o wielu twarzach
            jakby to było niby fajne ale cóz powodzenia

            znów zajrze za jakis moze dwa miesiace trzymaj sie czita88
          • hu.i Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:32
            ad. uogólniając: wymówkę macie konkretną.
            • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:46
              hehehe nie ma to jak twórczy dyskurs

              tylko szkoda jak ktoś naprawde poszukujacy zrozumienia zajrzy
              a tu nagle hu.i (brawa orginalnego nika) i nic dodać i ująć
              • hu.i Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:47
                oryginalnego.
              • hu.i Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 18:56
                ad. bądź konsekwentny bij brawo wszystkim z "oryginalnymi" nazwami.
                • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 19:12
                  ach radosc na te przpychanki hihihihi
                  www.youtube.com/watch?v=r7704TGV_L8
              • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 19:39
                Hehe :). Wszystko razem: dzięki za dobre słowa, zrozumienie i poparcie (rzadko mówiąc co myślę dostaję to wzamian). Zgłoś sie na korepetycje, a poważnie mówiąc, to jeśli ktoś chce, to Cię zrozumie i nie będzie nazywał chorym psychicznie. Wystarczy poczucie wyższości zamienić na odrobinę dobrej woli, wyłączając radar wykrywający wszelkie potknięcia i literówki, nieścisłości. Liczy się sens. To nie matura ani expose. To forum. Ja do Twojego sposobu pisania już się w pewien sposób przyzwyczaiłam, przywykłam.

                Hehehe a gdybyś tego pana poznał bliżej, to nie dziwiłbyś się jego nickowi. Nie będę dalej interpretować (choć aż mnie korci) bo zostanę zjebana :P. Twoje źródło (?) nicka bardzo klimatyczne.
                • hu.i Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 19:55
                  czita poczuła chwilową moc
                • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 20:13
                  taak Cocteau Twins dobre jest
                  ja tam kompleksów nie mam ze ktoś mnie wyzywa
                  od chorych psychicznie czy nie moze zrozumieć
                  wiem co pisze pomijajac literówki
                  i wiem ze jak ktos zrozumie to zrozumie jak nie no to nic sie niestało
                  jego problem
                  swoja droga jak zajrzałem tu na forum po czasie
                  to musiałem hehe oczy przejrzeć ze zdziwienia na niektóre posty
                  i nawet ciekawe bo pewnych rzeczy to bym nie wymyślił
                  nawet ze swoim mysleniem
                  pozdro
    • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 24.04.12, 17:36
      przeczytam kilka razy - bo to nie jest łatwe pojmowanie

      to mój wybór, że staram się, choć wiem, że to absolutnie niemożliwe
      zrozumieć pojedynczego BPD

      bo chcę

      ciekawe czy bord sara się pojąć innego borda i nie borda i siebie - na to - wiadomo nie ma szans - w tym ta nieogarniętość,nieprzewidywalność - nie mieszczenie się w sobie


      • tlustaklucha Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 25.04.12, 01:23
        Wiatrodnowy, dobrze się czujesz?

        • extranova Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 26.04.12, 16:09
          Szczerze pisząc, ja, jako partner BPD( były,ale jednak) też jestem lekko podirytowana wątkami, które się ostatnio pojawiły. Ktoś chyba za bardzo się przejął swoją rolą albo pomylił człowieka z niegrzecznym pieskiem do tresowania. Kiedy jakis czas temu, kiedy trafiłam tu na forum rozmawialismy o uczuciach, szacunku i miłości( mimo wszysko!), owszem gorzkie posty też się zdarzały, samo życie, ale nie pamiętam,żebyśmy się zastanawiali jak kogoś "załatwić albo tak mu dowalić,żeby popamiętał. Po co, co to zmieni? Da jakąs chwilową satysfakcję cos w stylu zemsty? No może, ale jeśli tak, to może warto zastanowić się też trochę nad sobą. Nie jestem Świętą,ale myśle,że jezeli się kogoś kocha,albo chociaz na kimś nam zalezy, to jestesmy w stanie wznieść się ponad takie niskie uczucia, o ktorych ostatnio tak głosno tutaj. Pohamowanie gniewu, zazdrości, rozczarowania , umiejetność nie przelewania na innych swoich frustracji, to chyba oznaka zdrowia psychicznego. A na podstawie kilku postów partnerów BPd, zastanawiałbym się, czy przypadkiem nie występują tu inne przypadki kliniczne.
          Mój związek z BPD nie nazwałabym pechem, nikt mnie miodem nie smarował,ale widocznie było to COŚ cennego, skoro tyle o to walczyłam.
          To,że się nie udalo i musiałam sobie pójść, to inna historia. Ale lepiej się rozstać i dojść do ładu ze sobą samym niż wylewać żale na forum i uczyć się tresować innych na zasadzie" jak ty mi, tak ja tobie". Prowadzi to tylko do powiększenia grona aniołków( zaburzonych)...
        • wiatrodnowy Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 07.05.12, 18:18
          > Wiatrodnowy, dobrze się czujesz?
          >
          Udam, że nie dostrzegam sarkazmu. Wiesz, trochę wyniszczony mam organizm z wiadomych przyczyn ale idzie ku lepszemu.
      • prinzessin_salome Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 31.05.12, 16:35
        brz_a_sk napisała:

        > ciekawe czy bord sara się pojąć innego borda i nie borda i siebie - na to - wia
        > domo nie ma szans - w tym ta nieogarniętość,nieprzewidywalność - nie mieszczen
        > ie się w sobie
        Myślę, że się nie stara. Myślę, że dla borda ważny jest tylko on sam, własna kompensacja, własna integralność. Trudno mi zauważyć w znanym mi bordzie jakąkolwiek spolegliwość, lub empatię. Kiedyś- dawno- były. Teraz- po latach w BPD- wszyscy wokół to śmieci. Nieciekawe śmieci, albo co najwyżej instrumenty wsparcia konkretnej sfery...;)
        Myślę, że uczucia z gatunku wyższych- nie są chyba istotne dla skupionego wyłącznie na własnych cierpieniach borda. Być może postrzega je w sobie jako mało istotne, mało pomocne- mało przydatne- dlatego nie obserwuje ich w innych. W każdym razie- nie w celu , by "starać się pojąć innego borda" np....
    • 3bsp Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 28.04.12, 08:49
      Chapeau bas bloodyandblunt. BPD to niejednokrotnie mistrzowie intelektu ( w złych sprawach niestety też). Tytuł wątku: „Do dotkniętych pechem ( to właściwe słowo) bycia z osobą z bpd”, jest tego doskonałym przykładem. Co za wyczucie i trafność diagnostyczna.
      A jakie wstrzelenie się w oczekiwania, a jaka radość z deprecjonowania słabych (prawdziwy Heros). No i chór klakierów (sam bym nie dał rady więc są mi potrzebni). Lubię taka przewrotność, bo pobudza mój intelekt.
      No , no, exscellente.

      > Jak to jest: kurcze wątek zjechany do niemożliwości
      > partnerzy cierpią bardziej i bardziej nawet niż osoba z bpd

      Widać z tego, że cierpienie jest ponadczasowe. Jedni odejdą, przyjdą nowi a borderów, obserwując czasy, będzie niestety przybywać. Jeszcze poszalejesz na forum i złagodzisz swoje osamotnienie. Spoko.

      >ale takie pławienie się samym sobą nad pechem bycia w związku bpd
      to żałosne
      >a może nowe kryterium diagnostyczne

      Tu się z Tobą zgadzam w pełni gdyby nie słowo „żałosne”.
      No cóż, jak często u was; wielkie słowa, gesty i cały ten teatr, nie jest w stanie wyeliminować waszej upierdliwości.
      Nie jestem ideałem i przyznaję, że ta upierdliwość czasem jest i moją słaba stroną ( patrz wyżej). Nie przeżywam tego, bo nie muszę dbać o fasadę ( a w ogóle to ja nic nie muszę) i pieścić swój wyimaginowany obraz siebie.
      No i ta empatia tak charakterystyczna.
      W ubiegły tygodniu żegnałem kolegę, partnera w interesach, który powiesił się na wężu ogrodowym.
      Żona miała zdiagnozowane BPD.
      - ja mu się nie kazałam wieszać
      - słaby był
      Brakuje mi tylko twojego „żałosny był”.

      Jakże trafnie użyłeś w tytule wątku słowa pech.
      Tyle, ze ten pech ma drugie dno.
      BPD w fazie uwiedzenia, potrafią wspaniale wychodzić naprzeciw oczekiwaniom partnera (ach ta intuicja BPD) - oczekiwaniom, których realizacja winna być normalna sprawą w rozwijającej się relacji dwojga bliskich sobie ludzi.
      Jest zwykle jeszcze coś co tworzy tę magię ( to dla Ciebie czita)
      www.youtube.com/watch?v=hv-tAOOJMEo

      Bo jestem śliczna, śliczna higieniczna
      Przy tym silna niczym tur
      Rozkochuje w sobie chłopców
      Za mną poszli by pod mur
      Bo jestem sprytna, sprytna i wybitna
      ……………………………….
      Apetyczna także jestem
      Jak wąsaty mors.

      Powstaje pytanie: gdzie tkwi problem? – a no w tym, że to wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom ma charakter manipulatywny i spekulatywny ( ach ten intelekt BPD). To nie kwestia pozytywnych emocji, towarzysząca zdrowym związkom, ale kalkulacja, która w procesie racjonalizacji (nikt was w tym nie pokona) staja się pięknosłowiem, w stylu: „Nikt nie potrafi tak kochać jak ja”, które na skutek ewolucji relacji zmieni się na „Kto by cię pokochał, bo tylko ja w swej doskonałości jestem do tego zdolna (y).
      To rodzaj nieuświadomionej, diaboliczne transakcji, coś w rodzaju inwestowania w dobra przyszłe, jak chociażby poszukiwanie żywiciela (pasożyt) lub raczej dawcy (uprzedmiotowiony człowiek), który zapewni bezpieczeństwo i rozładowanie napięć wewnętrznych (partner wycieraczka), spełni oczekiwania( nie do spełnienia) i ukoi frustrację. Partner ma po prostu zapewniać, stąd roszczeniowy charakter tej pożal się Boże relacji.
      Zanim sięgniecie do klawiatur, wejdźcie w siebie głęboko i przemyślcie to co napisałem.

      Prostaków w stylu BPD to k…. i szmaty uprzejmie proszę o nie zabieranie głosu w odpowiedzi na mój post.
      • bloodyandblunt Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 28.04.12, 10:23
        I o to chodzi ;)
        Tyle ze 3bsp jako nie partner to ( zdaniem niektórych partnerów)
        nie masz prawa głosu a nawet jak masz to- jesteś ten manipulant i tym podobne
        tak to czuje z niektórych wypowiedzi. Nie mam prawa a co powiem to moje zwichrowane bpd i rani innych
        co do relacji z bpd zgadzam sie całkowicie ze to sa relacje toksyczne często trudno wyzwolić się podobnie jak żonie alkoholika sponiewieranej a za chwilę traktowanej jak królowa.
        co do stereoypu deprecjonowania słabszych wyzywania sie na bliskich bo sa słabi psychicznie- mam poczucie ze byc moze tak sie nam tylko wydaje (nasze ego musi trochę złapać wiatru w zagle po ostanim załamaniu)
        no tak
        ale jest sens w rozmowach próbie zrozumienia wtedy w związku bedzie lzej łatwiej
        moze ta miłośc jakoś sie wzmocni
        ale też mozna napisać poradnik jak załatwic bpd
      • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 28.04.12, 13:48
        Szkoda kolegi. A słaby był z pewnością (zanim ją poznał być może nie)... Partner w interesach... Podejrzewam, że był bardzo inteligentny, potrafił myśleć logicznie. Niestety miłość ogłupia. JEST ŚLEPA.

        Co do naszych zdolności wybiegania naprzeciw waszym oczekiwaniom, to za szybko przyzwyczajacie się do tego, do dobrego, do błogości. Nie wiem jak inni bpd ale ja mam tak, że im dłużej jest dobrze, im jest lepiej, tym bardziej zwiększa się napięcie i gotowość na ból, na rozczarowanie, pojawia się silny lęk, podejrzenia, nieufność... chęć ucieczki. Im jest gorzej, im więcej awantur, tym bardziej mam dość, nienawidzę, nie widzę sensu.... chcę uciec. Nabyta (bo nie wrodzona) silna nieufność pozwala ograniczać szok i ból.

        Dzięki za filmik, zabawny i w pewien sposób trafny. Ale nie zapominaj, że nasza samoocena leci jak wiatr zawieje. Zależy od dnia, od mysli, przede wszystkim od okoliczności. Jeśli samemu czuje się niczym, jeżeli żeby poczuć się kimś, trzeba to wyczytać z innych oczu, potrzebuje się zainteresowania i nieomal uwielbienia, to sprzyja to utrwalaniu się zachowań, które na te "inne oczy" działają. Tak mi się wydaje. Pisałam już, że ja nie wiem kim jestem, ani jaka jestem, nie wiem już nawet kiedy jestem sobą. Naprawdę. Chyba tylko kiedy cierpię i płaczę. Lub szaleję z wściekłości.

        "> To rodzaj nieuświadomionej, diaboliczne transakcji, coś w rodzaju inwestowania
        > w dobra przyszłe, jak chociażby poszukiwanie żywiciela (pasożyt) lub raczej daw
        > cy (uprzedmiotowiony człowiek), który zapewni bezpieczeństwo i rozładowanie nap
        > ięć wewnętrznych (partner wycieraczka), spełni oczekiwania( nie do spełnienia)
        > i ukoi frustrację. Partner ma po prostu zapewniać, stąd roszczeniowy charakter
        > tej pożal się Boże relacji."

        Coś w tym chyba niestety jest. Na pewno. Ale ja nie uważam, że kocham jak nikt itp. (co pisałeś wyżej). WIEM, że nie potrafię kochać, ani nawet być kochaną. Że nie wiem co to miłość. Że mi się tak tylko czasami/często wydaje. Że jestem dziecinna i tak kocham, i tak pragnę być kochana. Ale to przecież nic nowego, wszyscy wiecie, że jesteśmy niedojrzali emocjonalnie. Nie wiem tylko, kiedy był ten właściwy czas, żebym dojrzała, co mnie zatrzymało, zablokowało. I czemu mimo tylu doświadczeń i relacji, gówno się zmienia. Dlaczego "normalni", zdrowi ludzie dojrzewają naturalnie, z sukcesem, a my potrzebujemy lat fachowej terapii.

        A te "kurwy i szmaty" nie bolą tak bardzo, jak zdania, z których można wyczytać, że nie mam serca, że myślę tylko o sobie, i że wykorzystuję innych ludzi (mężczyzn). Łatwiej żyć ze świadomością, że jest się kurwą i szmatą, i to oni wykorzystują ciebie/twoją słabość..

        Tylko dlaczego, w takim razie, mamy silny pociąg do tego co niedostępne, co trudne ?? Dlaczego odrzucamy dobro i poświęcenie, a chcemy zdobywać tych, którym jesteśmy obojętni? Żeby się samorealizować ?? Dla frajdy? Adrenaliny? Aby móc zaznać także upokorzenia, dla odmiany od upokarzania innych?? Aby zaznać pokuty?? Nie wiem.. To nie jest wszystko takie proste. My nie jesteśmy tacy prości. Nasze cierpienie NIE JEST udawane. NIE JEST manipulacją. Też wolałabym, żeby było !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

        W ogóle jestem zła, bo miałam już tu nie pisać!!!!
        • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 28.04.12, 14:36
          obiecujesz sobie
          i nie dotrzymujesz

          całe szczęście poniekąd - wiesz o tym lepiej niż ci bez wglądu w 'duszę'

          bord zawsze pędzi szczerze, a kiedy przypomina sobie, że zaraz mu to umknie, zniknie, zabiorą - jak zawsze!!!! zaczyna patrzeć z boku jak obcy i odcina się choć jeszcze leci, uczestniczy
          potem się ewakuuje pozostawiając próżnię uczuciową
          i jeszcze eksploduje
          rujnując
          to wszystko ma wyprzedzić, uprzedzić upewnić, że bord nie będzie kolejny raz cierpiał
          bord wie, że nie ma pozytywnych zakończeń

          jedyne jakie sobie oswoił to śmierć - tam odpuści to nieznośne napięcie pewności, że bliscy ranią, a życie boli
          ucieczka w śmierć jest nadzieją, że wreszcie to się skończy, to nie do zniesienia kiedyś się skończy; więc jeszcze chwilę pożyję, wytrzymam uczepiony nadziei


          może ktoś kiedyś odkryje substancję, która w złej dawce dręczy człowieka i od dzieciństwa stawia go na przegranej, może bordy takie się rodzą i są tak trudne, że nie da się z nimi być i udręka dzieciństwa nie jest winą dorosłych, a jest brakiem znalezienia sposobu na trudne dziecko; nie wygląda na to ale kto wie;

          tylko co wtedy - odkryte dawki akuratne zastosować? - co z borda super możliwościami, emocjami? rozpłaszczyć ?

          filozofowie zauważyli, że 'nie są normalni' sięgając myślami dalej niż reszta - poeci też

          to jak wynaleźć lek na niezakochiwanie się - spokojne życie

          bord i partner borda mogą sobie odpowiedzieć czy na pewno z wszystkiego by zrezygnowali - a jeśli nie to jak żyć z nadmiarem

          partner borda może liczyć na to, że wróci do 'siebie' po terapii - bord zostanie 'ze sobą' i to ta różnica - oboje zgarną ciężkie doświadczenie i winy ale i wzniosłości
        • babalaba Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 28.04.12, 20:47
          BPD realizuje wzorzec z domu: niedostępny emocjonalnie rodzic, brak doświadczeń i wzorca zdrowej miłości, ssanie na zainteresowanie itd. powodują powielanie tych schematów.
          Podświadomość ciągnie do swojego.
          • 3bsp Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 08:21
            babalaba napisała:

            (..........)

            Czytałem wszystko.
            Uśmiechnij się.
            Ida słoneczne dni a wokół tak pięknie.
            Szczypta melancholii?
            To dla Ciebie:
            www.youtube.com/watch?v=k3ROOJcgkPk
            To było, odchodzi, przecież było:
            nie tak
            nie tak
            nie tak
            no, a jeśli,
            jeżeli
            nie tak, nie tak, nie to
            no to po co nam dalej w to gnać
            wszystko rwać
            iść pod prąd, pod wiatr...........
            • babalaba Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 09:24
              Wiem, to proces. Nowe ścieżki w mózgu trzeba wydeptać. Przedrzeć się przez gąszcza strachu, wyrąbać schematy. Ale można. I rymowanka na temat, dowód, że rozwój trwa.

              Ja z nocy powstaję.
              O brzasku się budzą
              ptaki i dźwięki,
              więc krzyczę
              gdy łuna na niebie.
              Ze słońca promieniem
              podnoszę się z ziemi
              wyciągam rękę do ciebie.

              Ja słaba jestem.
              Świt blady rozpala
              me ciało i zmysły.
              I ranią mnie chwile
              emocje, uczucia.
              I plącze się czas
              przeszło-przyszły.

              Ja wiem co to znaczy,
              tak być powinno.
              I choć trwa jeszcze
              ta licytacja dnia z nocą
              ranek to przecież,
              nie zachód słońca
              promienie życie poniosą.
            • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 10:11
              www.youtube.com/watch?v=I1rjVEdRZQ8
              a tak?
    • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 28.04.12, 12:02
      próbować rozumieć

    • 3bsp Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 28.04.12, 15:42
      bloodyandblunt napisał:

      > Tyle ze 3bsp jako nie partner to ( zdaniem niektórych partnerów)
      >nie masz prawa głosu a nawet jak masz to- jesteś ten manipulant i tym podobne
      >tak to czuje z niektórych wypowiedzi.

      Chyba nieuważnie czytasz moje posty, stąd chyba źle mnie klasyfikujesz, no chyba, że jest to rodzaj sarkazmu. Przytyk osobisty z Twojej strony przeżyję bezproblemowo. Ten jeden mikron w obwodzie pośladków to pryszcz. Nadrobię muskulaturą na klacie, żeby zachować proporcje. Może kiedyś manipulowałem, ale nauczyciele zwracali uwagę, aby nie trzymać rąk w kieszeni, no i musiałem przestać.
      Co do dyktowania co mi wolno a czego nie to słucham siebie z zachowaniem jedynego kryterium – nie krzywdzić ludzi, a zatem jeśli nadużyłem go w stosunku do Ciebie – przepraszam.
      Miałem pradziadka, który był ułanem stąd moja fantazja, która czasem rwie z kopyta i na oślep gna.

      > ale jest sens w rozmowach próbie zrozumienia wtedy w związku będzie lżej łatwiej
      > może ta miłość jakoś sie wzmocni

      Ja też tak uważam, stad mój szacunek do Ciebie.
      Widzisz mam czasem wrażenie, ze problem w relacji nie leży po środku ale raczej ze wskazaniem na partnera BPD i to ze wskazaniem nie na jego niedoskonałość ale na brak jego wiedzy o problemie, w tym, dlaczego wszedł w tą relację i jak sobie radzić w takiej relacji, a także jak i jakie podejmować decyzję, nie wyłączając decyzji o rozstaniu, decyzji moim zdaniem chyba najbardziej racjonalnej w tym przypadku, kiedy poziom toksyczności osiąga stany alarmowe.
      Szanuję twój pogląd o wzmocnieniu „miłości” (wybacz cudzysłów ale ja to nazywam inaczej) w tym związku, ale mam odmienne zdanie twierdząc, że niestety nie będzie to nigdy zdrowy związek a terapią czy rozwojem osobistym co najwyżej można złagodzić cierpienie.
      Co do nowego kryterium diagnostycznego, to chyba coś w tym jest

      > ale też mozna napisać poradnik jak załatwic bpd

      Daj spokój chyba nie mówisz tego poważnie. Na takie g... nie warto zwracać uwagi. To nie ten poziom. Zdziwiony jestem, że ktokolwiek zabrał w tym głos.

      Czita! Mam do ciebie słabość i wiele mnie nauczyłaś. Jesteś prawdziwa a nie podróba.
      Ja po prostu Cie lubię.
      Doskonały materiał na mojego kumpla. Może w przyszłym życiu?
      Wtedy pogadamy, poszumimy tak dla draki. Ech! :)

      Brz_a_sk – no, no. Chyba będę twoim ukrytym wielbicielem a raczej Twego intelektu.
      Nie dość że pyszne, to jeszcze treściwe.
      To lubię i tak lubię. Proszę o dokładkę.
      • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 28.04.12, 17:34
        pora narcyzów to mi rozkwitło od razu

        a kto jeśli nie bord może uczyć partnera
        no nie że przez lejek

        ale po kropelce - do powąchania
        na zachętę :-)
        i w drogę
        by dać szansę planetom

        Musisz mi pomóc Stachury wiele rozpościera

        • 3bsp Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 08:07
          brz_a_sk napisała:

          > pora narcyzów to mi rozkwitło od razu

          To zobacz zieleń pól i kwitnących sadów
          To przemija, bo piękne
          Zapomnisz o narcyzach

          > a kto jeśli nie bord może uczyć partnera
          > no nie że przez lejek

          Można uczyć się na błędach a można i na Uniwersytetach
          Osobiście preferuje jedno i drugie

          > ale po kropelce - do powąchania
          > na zachętę :-)
          > i w drogę
          > by dać szansę planetom

          Planety wirują czy tego chcesz czy nie
          A jak pić to do dna

          > Musisz mi pomóc Stachury wiele rozpościera

          Idol zawsze ogranicza, podstępnie zabierając wolność.
          Nie jesteś sobą ale kopią, a kopia to nie oryginał
          Być sobą to być niepowtarzalnym
          Nie odrzucaj piekna
          • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 10:19
            narcyze nie przekwiatają trzeba je przycinać - w lustrze

            bo się ślepnie

            planety się spotykają
            raz na milion lat i trzeba być/mieć wtedy
            (akurat)
            piękne myśli

            no i co z tym przemijaniem?
            uwierzyć, że warto i nie na chwilę
            sedno

            z ogrodem bywa różnie łąka lepiej się broni
            przed czasem nie musi, przed człowiekiem tak


        • 3bsp Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 10:20
          brz_a_sk napisała:

          > Musisz mi pomóc Stachury wiele rozpościera

          Poprzez Stachurę poszukujesz idealnego ojca, ktorego chyba nie miałaś. Tak myslę.
          Stachura rozpiął ekran pomiędzy Tobą a twoim doświadczeniem, co powoduje że unikasz bezpośredniego i pełnego przeżywania własnego życia.
          W tak pogmatwany sposób poszukujesz miłości w ktorej istnienie przestałaś wierzyć
          Ona jest i w Tobie
          Zwątpiłaś więc poszukujesz, pragniesz, płoniesz ogniem czarnych słońc.
          Wewnątrz jestes piekna, ale to odrzucasz poszukując erzatzu.
          Znaleźć siebie to nie tylko prawo ale i obowiązek każdego ktory staje sie człowiekiem.
          • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 11:44
            od 'kiedyś' uczę się słuchać

            wiem, że rozdawanie jest zaniedbywaniem - pracy nad sobą - olewaniem, nie wielkodusznością
            uciekamy zawsze

            jestem pamięcią emocji bez faktów - defekt mózgu ;-)

            ucieczka od ojca pozwoliła mi docenić jego wielkość

            pewnie jeszcze jeden milion dystansu i ...

            zbyt silny pozytywnie - nauczył mnie stawiać czoła - wspaniały facet
            i co z tego, że zabijaliśmy się pierwszym słowem walcząc o dominację/niezależność

            odpowiedzialność, samodzielność i prawo do decydowania pod warunkiem - bierzesz 100%

            może i nie rozpędzam się wzniośle ale na pewno zbieram się samodzielnie

            nie przyszło mi do głowy dzielenie odpowiedzialnością

            Rozmowa ze Stachurą bywa gorączkowa - ja mam 38C + i milczę - przystojny facet

            nadążasz?

            nie wymagam - a lubię
            • 3bsp Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 13:16
              brz_a_sk napisała:

              (..............)

              Słysze Ciebie

              Czy nadążam?

              Staram sie

              100% to cena za samotność wśród ludzi
              Wiecej nie weźmiesz, choć pokusa jest wielka

              Tak łatwo spłonąć od kłamstw,
              Tak łatwo spłonąć od prawd,
              Lecz najokrutniej jest żyć
              Z samotnym sercem gwiazd.

              Duszno mi
              Wybacz
              To nie mój świat
              • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 17:53
                wolnym jesteś
                500px.com/photo/4188517?ref=nfczaruję
                bo wiem, że moja planeta jest z wielu powodów
                opanowana

                jestem poza

                gadanie mnie uskrzydla
      • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 28.04.12, 19:03
        > Doskonały materiał na mojego kumpla. Może w przyszłym życiu?
        > Wtedy pogadamy, poszumimy tak dla draki. Ech! :)

        Wiesz, w następnym życiu mam zamiar być mniej zakręcona i rozsądniej ( a przede wszystkim w ogóle) dobierać znajomych ;D ;P (joke). W ogóle najlepiej, żebym się narodziła jako facet, chyba prędzej odnalazłabym się po waszej stronie. A czyste kumpelstwo czy przyjaźń damsko-męska rzadko kiedy mi wychodzi, bo zazwyczaj albo facet myśli tylko o jednym i dąży do tego za wszelką cenę i wszelkimi sposobami, albo zakochuje się. W obu przypadkach trzeba go odstawić, zniechęcić albo mu ulec. Gdy usidli go inna niewiasta, zazwyczaj, w sumie zawsze, pilnuje, nakłada smycz i przyjaźnić za bardzo się nie da. Tak to już jest.

        > Widzisz mam czasem wrażenie, ze problem w relacji nie leży po środku ale raczej
        > ze wskazaniem na partnera BPD i to ze wskazaniem nie na jego niedoskonałość al
        > e na brak jego wiedzy o problemie, w tym, dlaczego wszedł w tą relację i jak so
        > bie radzić w takiej relacji, a także jak i jakie podejmować decyzję, nie wyłąc
        > zając decyzji o rozstaniu, decyzji moim zdaniem chyba najbardziej racjonalnej w
        > tym przypadku, kiedy poziom toksyczności osiąga stany alarmowe.

        Piękne masz czasem wrażenia. Może to objawienie :). I wg mnie nie chodzi tu o winę za rozpadanie się związku, za to że nie wypalił (bo tu raczej bezsprzecznie jest ona po stronie bpd - chyba, że wiąże się z kimś kto również ma niezłe jazdy lub reprezentuje kompletną patologię), ale o winę za wasze - partnerów - cierpienia. Za wasze rozpadanie się. Czym innym jest doznanie krzywdy, czym innym cierpienie. Nie zawsze warto cierpieć.
        • 3bsp Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 29.04.12, 20:43
          czita88 napisała:

          > > Doskonały materiał na mojego kumpla. Może w przyszłym życiu?
          > > Wtedy pogadamy, poszumimy tak dla draki. Ech! :)
          >
          > Wiesz, w następnym życiu mam zamiar być mniej zakręcona i rozsądniej ( a przede
          > wszystkim w ogóle) dobierać znajomych ;D ;P (joke). W ogóle najlepiej, żebym s
          > ię narodziła jako facet, chyba prędzej odnalazłabym się po waszej stronie. A cz
          > yste kumpelstwo czy przyjaźń damsko-męska rzadko kiedy mi wychodzi, bo zazwycza
          > j albo facet myśli tylko o jednym i dąży do tego za wszelką cenę i wszelkimi sp
          > osobami, albo zakochuje się. W obu przypadkach trzeba go odstawić, zniechęcić a
          > lbo mu ulec.

          No trudno. Kawa na ławę.

          To była metafora, rodzaj intelektualnego flirtu,
          w analizie transakcyjnej nazywanego głaskiem.
          To wyrażenie sympatii intencjonalnie i znaczeniowo, bez bliskości.
          ( stąd: Może w przyszłym życiu?)

          Nauczyłem się sporo od Ciebie a zatem przysługa za przysługę:

          Kierujesz się stereotypem, że kobieta chce od faceta wszystkiego a facet od kobiety jednego.
          Zgoda.
          Tak postępuje facet.
          Mężczyzna postępuje inaczej, bo zna pojecie szacunku dla siebie a więc i szacunku dla kobiety.
          Mężczyzna zna pojęcie istoty z której wypływa poczucie własnej wartości i to jego istota kieruje mózgiem a mózg rozumem czyniąc go sługą.
          Stosunek płciowy jest pomostem, który łączy dwie bliskie sobie istoty czyniąc z nich jedność.
          Obie strony są podmiotami w tej relacji. To bardzo ważne!
          W przypadku faceta penis przejmuje rolę istoty sterując percepcją umysłową czyniąc celem nie bliskość, ale zaspokojenie potrzeby fizjologicznej.
          Obie strony są przedmiotami w tej relacji. Tylko przedmiotami.
          Taka postawa, to ugrzęźnięcie w dzieciństwie na etapie dziecięcego narcyzmu.
          To o czym piszesz to właśnie taka postawa.
          Przemyśl zdanie, które napisałaś w kontekście: miłość to dziecko wolności -

          >Gdy usidli go inna niewiasta, zazwyczaj, w sumie zawsze, pilnuje, nakłada smycz i przyjaźnić za bardzo się nie da.


          Szkoda, że na tym świecie jest coraz więcej facetów a coraz mniej mężczyzn

          A jak jest z kobietami, bo przecież w przyrodzie każdy układ dąży do stanu równowagi.

          Czy ktoś odpowie?


          • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 30.04.12, 10:57
            Że to była metafora, czy rodzaj żartu, dobrze wiem, nie musisz mi tego tłumaczyć :). A temat rozwinęłam, bo hmmm.... bo mnie drażni delikatnie mówiąc, i wylałam z siebie co o tym myślę.

            Ja Ci nie odpowiem jak to jest z kobietami, bo się na nich nie znam, nie znam ich, tylko czasem obserwuję z bezpiecznej odległości i wtedy czuję, że wiem jeszcze mniej.

            Ja sama się do takiej sytuacji przyzwyczaiłam, a raczej, co smutne, znam tylko taką. I nie spodziewam się innej. Ta reguła sprawdziła się tyle razy, często nawet wtedy gdy byłam przekonana, że nie ma prawa akurat tu zaistnieć, że teraz już jestem przygotowana dosłownie wszędzie, nie wierzę facetom, nie wierzę w facetów. Mężczyzn to ja chyba nie znam. Jeśli takowych zgrywają to wystarczy zetknąć się z nimi po paru głębszych. Ja właściwie od paru lat jestem przekonana, że ludzie to zwierzęta i rządzą nimi proste instynkty. Nie wykluczam siebie. Wiem też, że często bardziej lub mniej świadomie budzę je w innych. Dlatego nie mam o to do nich pretensji. Powtórzę jeszcze raz - dla mnie to fakt, z którym pogodziłam się już parę lat temu. Choć może jeszcze nie do końca..? Znam chyba tylko 3 wyjątki, na których póki co ciąży odpowiedzialność za resztkę mojego szacunku dla waszej płci ;P.

            "> Stosunek płciowy jest pomostem, który łączy dwie bliskie sobie istoty czyniąc z
            > nich jedność."

            Kiedyś, będąc naiwną gówniarą, tak właśnie myślałam, i myślałam, że inni też tak myślą, co było jednym z największych błędów w moim życiu. Za dużo sobie wyobrażałam. Za dużo czułam. A za mało widziałam. Nie myślałam chyba wcale. Teraz próbuję :/.
            • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 16.05.12, 20:28
              Witaj, Czita.
              Znasz tylko taką i przyzwyczaiłaś się tylko do takiej - bo panicznie boisz się innej, tej głębszej. Jak możesz dotrzeć do doświadczenia z mężczyzną, jak mężczyzn, takich, którzy kochają się, nie ruchają - odrzucasz?

              Wiem, pamiętam, wkurwiam Cię i to się raczej nie zmieni - bo ja jestem z tych upierdliwych, którzy trwają, "objawieni", prawda? ;)
              Pewnie zaszeregowałabyś mnie jako tego śmiesznego człenia, co mu się wydaje, że "rozumie" i że "zmieni". Ach, tacy wkurwiają najbardziej, nie? Takie "rzepy", co to nie chcą zrozumieć, że się nie da. Da się, uwierz mi i ja będę bronił tej pozycji nawet wtedy, kiedy "my" się skończymy. Jeżeli "my" nie damy rady - to nie będzie dowód na nic. Wszystko się da.

              Owszem, jestem cały czas przy mojej dziewczynie. Od kiedy byłem tutaj ostatni raz przeprowadziłem z nią milion następnych upierdliwych, rozemocjonowanych rozmów, wylała kolejny milion łez i zaufała mi na tyle, że zaczęła terapię. Udało mi się ją przekonać do tego, że powinna, że warto - nie dla mnie, dla własnego komfortu. Po to, żeby jej uczucie nie generowało (albo chociaż nie pogłębiało) w niej koszmarnego nieszczęścia. Pomogłem jej, owszem, tylko dlatego, że tego potrzebowała i ja to wiedziałem, nie na siłę. Sam jej znalazłem pana psychologa, sam ją zapisałem, sam mu opowiedziałem, jak sytuacja wygląda z mojej strony, sam do samej wizyty codziennie słuchałem, jaka jest na mnie z tego powodu wkurwiona i milion razy powtórzyłem "nie chcesz - nie idź". I poszła, otworzyła się przed obcym typem, dogadała się z nim, widzę w niej determinację i wolę walki. Wiem, dzisiaj widzę - jutro to z niej może ulecieć. To nie moja sprawa, to jej życie, ja swoje zrobiłem. Nie prowadzę za rękę, nie jestem tatusiem.

              Nie, nie ma we mnie nic z samarytanina. To pewnie w gruncie faktycznie egoistyczne, jeżeli tak wolisz to nazwać - zależy mi na tym, żeby zyskała świadomość. Nie na jej cudownej przemianie, ale właśnie na świadomości. Dopóki jest szansa, że nie będę oglądał jej łez i patrzył, jak rozpaczliwie próbuje zgadnąć, która z ich dwóch albo pięciu to jest właśnie ONA - ja w to wierzę. Na bank zrobiłem to wszystko po to, żeby MI było przy niej trochę łatwiej, dlaczego mam udawać, że nie? Co w tym dziwnego? Chyba taki egoizm to najpiękniejsza forma tej gównianej cechy.

              Mogę Ci pisać, że jestem w stałej gotowości do pójścia swoją ścieżką, ale pewnie mi w to nie uwierzysz. Kocham ją, ale taka jest moja recepta na tę relację i nasze porozumienie - wzajemna świadomość, że nikt od nikogo nie zależy. To też powtarzałem setki razy. Wciąż przypominam jej o swobodzie wyboru, ciągle sam o niej pamiętam. Jesteśmy przy sobie, bo chcemy, nie dlatego, bo bez tego świat się skończy. Ja to zrozumiałem właśnie przy niej, że jestem, BO CHCĘ. Nie bo muszę, nie bo biedna, nie bo bez niej nie dam rady, nie bo przeznaczenie, nie bo wziąłem odpowiedzialność, nie bo pomogę. Jestem, bo wierzę i czuję, cholernie lubię jej towarzystwo i kocham tego schowanego pod warstwami pancerza wrażliwca.

              A zabrałem tutaj głos - bo jest mowa o miłości fizycznej. Otóż łóżko to jedyne miejsce, gdzie moja dziewczyna wchodzi bez zbroi, tak było, jest i będzie. Seks to jedyna sfera "nas", gdzie fizycznie nie jest w stanie pełna strachu grać, manipulować, uciekać. Patrzy mi w oczy i kocha się ze mną, nie tylko "zaspokaja swoje żądze". Kiedyś, raz w życiu próbowała wprowadzić tam, na ten teren jakieś małe działko. Powiedziałem jej jedno: "to zostaw, nawet się nie waż. To jest jedyne, co jest między nami czyste i nie pozwalam ci tutaj wejść w butach". Wiesz co? Zrozumiała. Jej tego nie powiem, ale tutaj napiszę. Dzień, w którym tam wniesie na emocjonalnych gumofilcach emocjonalną gnojówkę będzie ostatnim naszym wspólnym dniem. Nie dlatego, że mi tak kurewsko zależy na seksie. Po prostu dlatego, że wtedy zdobędzie ostatnie pole, na którym ja widzę jej czyste uczucie. Jej strach ostatecznie wygra z jej uczuciem, wtedy z moim też - tam jest moja ostatnia granica.

              Dlaczego tak piszę, o tym zdobywaniu pola? A bo "związek" z moją dziewczyną przypomina walkę, od zawsze. Zresztą wiesz, jak jest, co Ci mam tłumaczyć? Że od blisko roku nie udało mi się zdobyć jej trwałego zaufania? Że jej miłość = chora zazdrość, udowadnianie wad, wieczna gra w to, kto jest słabszy, komu mniej zależy, wieczne, rozpaczliwe "goń mnie!", wieczne czekanie, aż mi się znudzi, aż ją znienawidzę, albo "znajdę sobie normalną dziewczynę"? Samospełniająca się przepowiednia, znasz to?

              Owszem, miłość fizyczna to jest ten pomost, inni też tak myślą. Nie raz i nie dwa w życiu "ruchałem", wiem, na czym polega różnica - widzę ją w sobie i widzę w partnerce. Seks bez miłości to 10% tego, któremu towarzyszy miłość. Serdecznie współczuję wszystkim, którym nigdy nie będzie dane porównanie.
              • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 16.05.12, 20:40
                tak trzymaj
              • czita88 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 16.05.12, 21:20
                :-(

                Wiesz, oczywiście nie zawsze "ruchali" i wiem o czym piszesz... Czuję :-( .. A dlaczego sama się ładuję w kłopoty, w chore relacje, dlaczego daję sobą pomiatać, a gdy spotyka mnie szczera sympatia i szacunek wycofuję się i próbuję do siebie zniechęcić? Myślę, że:
                1. wiem, że na to nie zasługuję
                2. unikam relacji, w których byłabym do czegoś zobowiązana, w których odczuwałabym wdzięczność ?
                3. wolę spotykać się z pogardą niż z litością ?
                4. unikam (od paru lat) jakichkolwiek bliższych relacji, co nie znaczy, że ich nie potrzebuję - a takie, w których nie tylko ja jestem "tą złą" łatwiej znieść ?
                5. porządni faceci zazwyczaj szukają porządnych kobiet, a mi nie chce się takiej udawać ?
                6. tak naprawdę to czuję, że seks jest jedynym co mogę zaoferować ;( ?? (jedynym, czego ode mnie chcieli)
                7. mój je*any temperament
                8. pogarda do samej siebie
                Nie wiem, która odpowiedź jest tą właściwa, pewnie wszystkie...




                Życzę Ci, żeby kiedyś (trwale) zaufała i zaprzestała wystawiania Cię na próbę..

                Poza tym cieszę się bardzo, że się odezwałeś, nie wiem o co Ci chodzi z tymi objawionymi, upierdliwymi i rzekomym mnie wkurwianiem :P (a może po prostu nie pamiętam ? ...). Wczoraj czy przedwczoraj właśnie przeszedłeś mi przez myśl ;) i zastanawiałam się czy jeszcze istniejesz czy może już dawno Cię Twoja partnerka wykończyła :P. Bardzo lubię czytać Twoje wypowiedzi i zawsze robię to kilkakrotnie, poza tym uważam, że spośród partnerów bpd wypowiadających się na forum Ty rozumiesz nas najbardziej. Dobra, mnie (żeby nie było). A Twoja odpowiedź 3bsp-owi ( z dzisiaj) w równoległym wątku to czysta prawda (kwestie dotyczące bpd, bo o trwałości związków i recept na nią, to ja się nie wypowiadam).

                Fajnie, że jest ktoś, kto umie wejść w nas i się rozejrzeć, wysilić, a nie tylko oceniać z boku. Fajnie jest poczytać o sobie i obejrzeć siebie z zewnątrz. Zinterpretować swoją przeszłość i zrozumieć siebie.

                Pozdrawiam
                • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 16.05.12, 21:46
                  gdybyś tak dotarła skąd się bierze to karanie się, obwinianie, poniżanie się - może byłabyś o krok bliżej siebie

                • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 17.05.12, 01:05
                  A dlaczego sama się ładuję w kłopoty, w chore relacje, dlaczego daję sobą pomiatać, a gdy spotyka mnie szczera sympatia i szacunek wycofuję się i próbuję do siebie zniechęcić? Myślę, że:
                  (poodpowiadam Ci na to tak, jak mówię do niej i jakbym odpowiedział jej, gdyby umiała na te tematy szczerze porozmawiać. Chociaż raz.)

                  1. wiem, że na to nie zasługuję

                  Jasne, że nie zasługujesz. W/g klasycznego i mądrego podejścia, w świetle którego relacja jest czymś w rodzaju transakcji - niewiele masz do zaoferowania. Pewnie nie umiesz być bezinteresowna - nie czerpiesz przyjemności z dawania. Jesteś chodzącym egoizmem, nie umiesz być empatyczna, szczerze współczuć, nie sprawia Ci radości samo sprawianie radości komuś. Przecież wiesz, jak to działa - że za zainteresowanie dostaje się zainteresowanie, za pomoc - pomoc, za szacunek - szacunek a za zaufanie - zaufanie. Gdyby udało Ci się uwierzyć, że standardem u sapiensów jest jednak dobro i uczciwość, nie zło i podstęp - wygrałabyś siebie.

                  2. unikam relacji, w których byłabym do czegoś zobowiązana, w których odczuwała
                  bym wdzięczność ?

                  Znam to doskonale. Powiedziała mi ostatnio, że przez całe życie bardzo pilnowała, żeby się za bardzo nie zakochać. Powiedziała uczciwie nie raz, że "nie będzie mi w stanie dać tego, na co zasługuję". Unikanie zobowiązania -> kompletny brak wiary w siebie, "nie zobowiązuję się, bo i tak nie sprostam, i tak zawiodę, i tak stracę", prawda?
                  Wiem, że nienawidzi wdzięczności. Wiesz, dlaczego? Bo wdzięczność = słabość. Przyznanie się przed sobą samą do tego, że coś się komuś zawdzięcza = potrzebuję kogoś do życia = brak samowystarczalności -> ryzyko uzależnienia od drugiej osoby. I znowu, jak wyżej, wdzięczność -> zobowiązanie.

                  3. wolę spotykać się z pogardą niż z litością ?

                  Znowu, litość = słabość w oczach bliskiej osoby. Dlaczego ktoś miałby Cię kochać z litości? Myślisz, że jedyny powód, dla jakiego mógłby z Tobą być wartościowy facet, to litość? To tak nie działa. Znowu -> koszmarnie niskie poczucie własnej wartości. Każdy objaw zdrowego zainteresowania i uczucia odbierasz jako litość? Nie odbieraj tak. Gdybyś zrozumiała, że to, jak siebie postrzegasz to tylko iluzja - wygrałabyś siebie. To, jak traktujesz siebie decyduje o tym, jak traktują Cię inni. Zobacz, co się dzieje: przez to, że uważasz, że zasługujesz tylko na litość - sprawia że faktycznie tylko na nią zasługujesz.

                  4. unikam (od paru lat) jakichkolwiek bliższych relacji, co nie znaczy, że ich
                  nie potrzebuję - a takie, w których nie tylko ja jestem "tą złą" łatwiej znieść?

                  Owszem, łatwiej Ci takie znieść, bo nie generują w Tobie poczucia winy za Twoje "zło". To, co napisałaś to dowód na to, że najbardziej na świecie boli Cię świadomość tego, że zawodzisz i krzywdzisz. Tak panicznie boisz się dać, że wybierasz tych, od których nic nie dostaniesz -> nie poczujesz zobowiązania, prawda? Znowu wybierasz powierzchnię, bo zanurzenie boli. Co tak boli, strach, że nie będziesz w stanie się wynurzyć? Czy bardziej że ktoś odetnie tlen, jak będziesz za głęboko?

                  Dopóki nie zrozumiesz, że nie jesteś "ta zła" - będziesz "tą złą". Ja wiem, kurewsko trudno zwalczyć tę iluzję, zrozumieć, że "zło" to kwestia tylko i wyłącznie bezpiecznego wyboru. Zło jest lepsze, bezpieczniejsze, prawda? Zawsze wygrywa. Daj komuś dobro i zabierz - będzie cierpiał. Daj komuś zło i zabierz - poczuje ulgę. Wolisz ulgę, niż cierpienie, więc bierzesz zło? Jesteś przyzwyczajona do straty, nie do zysku? Chyba tak, więc wybierasz zło i powierzchnię. Tracąc zło - masz ulgę, trzymając wszystko najbardziej wartościowe głęboko w sobie - nie ryzykujesz, że ktoś Ci to zabierze? Sęk w tym, że to, co tak kurczowo trzymasz w sobie - tam, w środku, jest nikomu do niczego nie potrzebne. To się w Tobie psuje, kiśnie i pleśnieje, stąd ten ból. Ja tak to sobie wyobrażam. A mam podstawy, bo sam nie mogę jej okazywać uczuć. Przestałem dawać za darmo. Nie mogę ze szczerego serca kupić upominku - bo sam ich nie dostaję. Nie mogę powiedzieć "kocham" - bo sam tego nie słyszę. Nie mogę sobie pozwolić na spontaniczność - bo sam jej nie doświadczam. Wiem, jak to jest, jak dobro w człowieku pleśnieje. To faktycznie kurewsko boli, dlatego w jakiejś części Was rozumiem.

                  Powiedziała mi, że się panicznie boi, że jeżeli mi ulegnie, posłucha mnie, uwierzy i zaufa - straci siebie. Po to te wszystkie walki nawet o najdrobniejsze decyzje i szczegóły. Dając mi, mężczyźnie, możliwość zadecydowania o czymkolwiek - powierza swój los w moje ręce. Dlatego pilnuje każdego detalu i każdej sekundy, żeby ostatnie zdanie należało do niej. Nawet to, że pierwszy skończę rozmowę przez telefon czasami ją boli. W jej świadomości utrata kontroli to koszmar. To tak, jakby się poddać, ulec, zrezygnować z siebie. Brak zaufania do siebie -> brak zaufania do kogoś.

                  "Skąd mogę wiedzieć, że ktoś postępuje dobrze, jak nawet nie wiem, kiedy sama tak postępuję?".

                  "Boję się, że mnie ograniczysz, zabierzesz mi część mnie".

                  Słusznie. A jak ma być inaczej? Przecież to jest kwintesencja miłości: rezygnuje się z czegoś na rzecz czegoś. Jakkolwiek by temu zaprzeczać - miłość to transakcja.

                  5. porządni faceci zazwyczaj szukają porządnych kobiet, a mi nie chce się takiej udawać ?

                  Nie, maj djier, nie "nie chce Ci się takiej udawać", tylko boisz się taką być. To, co robisz to właśnie udawanie suki. Nikt nie jest zły z natury. Zły jest ten, który boi się wystawić straganu ze swoją dobrocią, "bo rozkradną". Porządne kobiety to dobre kobiety, a dobroć się nie opłaci, bo "i tak się nie uda". Za dobroć dostaje się wpierdol, prawda?
                  Jeżeli ktoś milion razy wyciągał rękę po uczucie i milion razy dostawał wpierdol - w pewnym momencie przekracza granicę, poza którą już nie umie wyciągać ręki. Wbija się w pancerz. Zapomnij o tym, czego tak cholernie potrzebujesz, zakop to, zabij dragami, baletami, płytkimi relacjami, przygodnym dymaniem, książkami, szydełkowaniem, pracą, siłką i wszystkim innym. Jeżeli zapełnisz sobie życie - to zniknie? Nie, nie zniknie. To, że będziesz się bała potrzebować i to okazać nie sprawi, że przestaniesz potrzebować.

                  6. tak naprawdę to czuję, że seks jest jedynym co mogę zaoferować ;( ?? (jedynym, czego ode mnie chcieli)

                  NIE. Seks to jedyne, co odważyłaś się dać. Może jedyne, co faceci o naturze podobnej do Twojej odważyli się wziąć? Może to tacy, którzy też tak kurewsko potrzebują bliskości i tak samo, jak Ty boją się po nią sięgnąć? Więc "powierzchownie" karmią się seksem traktując go jak protezę tej bliskości? Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że usiłujesz seksem zastępować bliskość, której się boisz. Widzisz sama, że to średnio działa. To tak, jakby człowiek po tygodniu bez wody w ustach napił się z Gangesu - chwila ulgi i sranie przez miesiąc.

                  7. mój je*any temperament

                  Temperament nie jest jebany, to dar, bo seks i orgazm to najfajniejsze rzeczy na świecie, które są kompletnie za darmo.

                  8. pogarda do samej siebie

                  Ktoś Cię tej pogardy nauczył. Ktoś nie pomógł Ci w budowie poczucia własnej wartości. Ktoś nie pozwolił Ci uwierzyć w to, że dobro się opłaci, a miłość nie ma nic wspólnego z litością. Ktoś nie pokazał Ci, że związek to transakcja a wszystko, co zaoferujesz - zwróci Ci się z nawiązką.

                  Ja już nie mam siły przekonywać jej, że "może być fajnie". Od miesięcy widzę, że to tak nie działa, że w zasadzie nic nie działa. Nie wiem, jakby to wyglądało, gdybym tak cierpliwie nie strzępił sobie języka, nie pokazywał i nie opowiadał, co jest prawdziwe i fajne, a co słabe i niszczące. "To" jest tak głęboko, że moje słowa tego nie zmienią, nie trafiają, choćbym mówił rok bez przerwy. Nawet czyny tego nie zmienią, bo jest dwadzieścia kilka lat za późno. Ją steruje tylko i wyłącznie ślepa potrzeba bezpieczeństwa, a to wyklucza wszystko, co najpiękniejsze. Od dawna wiadomo, że kto nie ryzykuje, ten nie jedzie.

                  Do dzisiaj nie umiało mi się przekazać jej tego, że źle obsługiwana miłość zwyczajnie niszczy.
                  • babalaba Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 17.05.12, 10:06
                    Z przyjemnością czytam Twoje ostatnie wypowiedzi, mimo że dla Ciebie temat nie jest ani miły, ani łatwy. Dla mnie, osoby zaburzonej - dają nadzieję, że są ludzie, są wartości, są przepisy na szczęście i związki. Że trzeba czasu a wszystko się poukłada.
                    I że ten paniczny zwierzęcy strach i brak zaufania zamykają możliwości.
                    To powód, dla którego skorupa powietrza nie przepuszcza a dobro i życie w środku usycha.
                    • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 17.05.12, 18:39
                      jaki to pech spotkać Człowieka
                      wrażliwego

                      jaki to pech

                      czuć iskry
                      pochylanie się
                      nie uginanie się

                      by spotkać
                      nie minąć się
                      by pojąć
                      jaki ten świat jest olbrzymi - wszechświat jednego Człowieka

                      niepojęty
                    • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 18.05.12, 13:08
                      dziękuję, ale muszę Ci rozwiać złudzenia - nie ma ludzi, wartości ani przepisów na szczęście i związki. To nie jest tak, że zrozumiałem i będę zawsze, zrozumiałem i umiem, nauczyłem się jej i teraz jest świetnie. Poniosłem koszty i cały czas ponoszę. Wciąż, po każdej ucieczce zastanawiam się, co mi daje ta wiedza i to, że zrozumiałem? Dlaczego JA muszę rozumieć, dlaczego mam przekładać jej ją samą, tłumaczyć ją przed nią, podczas gdy w niej nie ma nawet cienia odpowiedzialności za siebie? Dlaczego wciąż JA jestem tak mało ważny, chociaż najważniejszy?

                      Wiem, że miłość to transakcja, choćby się starać podchodzić do tego inaczej. Wzajemne zaspokajanie swoich potrzeb. Na miłość bezwarunkową stać TYLKO rodzica i TYLKO w relacji dziecko-rodzic jest na nią miejsce.

                      Zgadnij, co zyskuję, a co tracę. Zapytaj mnie, czy o tym nie myślę. Domyśl się, co czuję, jak słyszę po raz setny przykre, nieprawdziwe słowa. Domyśl się, co czuję, jak siedzę z parą przyjaciół, którzy okazują sobie czułość i opowiadają mi o swoich planach - na jutro, na za tydzień, za rok i na życie. Mam kilkudniowy kryzys co kilka dni, nigdy nie wiem, w którą stronę sytuacja się rozwinie. Muszę być czujny jak jebana surykatka, wypadałoby, żebym o krok przed nią wiedział, co się u niej w głowie stanie i w zależności od tego zakładał odpowiednią maskę: troskliwego, niedostępnego, pyskatego, milutkiego, stanowczego. Wypadałoby, żebym po prostu wiecznie grał w grę. Widzę, jak wcieka syf do tej jedynej sfery życia, w której spokój i porządek pomagają szczęściu - pomimo problemów na każdym innym polu.
                      Patrzę, jak ze śmieszną regularnością 2-3 dni po każdym zbliżeniu miłość ją zżera, rozpierdala na kawałki, przeobraża się w stado brudnych emocji i wiem, że zaraz zrobi wszystko, żeby tę miłość w sobie zniszczyć. A ja - mam cierpliwie trwać, pamiętać, że "to przejściowe", że "to nieprawda", żeby nie odpowiadać atakiem na atak. Co mi z tego, że mogę Ci napisać, co się stanie jutro a co pojutrze? Co z tego, że z dużym prawdopodobieństwem mogę powiedzieć, jaka moja akcja wywoła jaką reakcję? Gdzie jest miejsce na coś, co najpiękniejsze - na spontaniczność? Dlaczego mam obsługiwać jakiś emocjonalny automat?

                      Powiem Ci coś - to nie jest "związek", nigdy nie był. Związek to plany i troska o partnera, jego komfort i samopoczucie. Tutaj nie ma o tym mowy. Ja wiem, widzę, że się stara, pamiętam, ile razy "obiecała", że inaczej, że lepiej, że wie, widzi i rozumie. Że nie jest bezrefleksyjna, że cierpi bardziej, niż ja, że ja tylko tym problemem obrywam, a ona z nim jest 24/7. To nie do końca prawda. Decydując się na trwanie przy niej wziąłem na garb ten problem. I wciąż od nowa okazuje się, że przewracamy się pod tym razem. Jak ma być inaczej, jeżeli najbliższa mi osoba widzi we mnie najgorszego wroga?

                      Nawet nie za bardzo mam prawo mieć pretensję, bo przecież to nie jej wina. I tak można pierdolić w kółko, wszyscy "cierpliwi" partnerzy Was, zaburzonych mają to samo do powiedzenia.

                      Nie ma sielanki. Ja wiem, że w końcu pęknę, w końcu znudzi mi się przekonywanie jej wbrew jej woli i wyobrażeniom, że "to ma sens", że "będzie lepiej". Chciałbym wierzyć, że tak nie będzie, ale "to" jest zbyt silne. Ona nie wygra z tym sama, ani z pomocą psychologa, ani dzięki mojej cierpliwości, ani dzięki naszej miłości. Ja mogę jedynie nauczyć się żyć z taką nią i z tym. Kompletnie zrezygnować z jakiejkolwiek normalności, starać się stawiać granice, które i tak będą podeptane, co tydzień wybaczać, od nowa cierpliwie, dbając o spokój w głosie pierdolić to samo. Jedyna recepta na relację z kimś, kto NIE UMIE się zaangażować jest taka - nie angażować się. Ale wiesz... wtedy jesteśmy po prostu kochankami. Reszta dzieje się w marzeniach, w naszych głowach, reszta to iluzja.
                      Ja jej nie mogę pomóc, ona sama sobie nie umie, więc prowadzimy sobie piękny związek. W głowach. W realu - marność i syf.
                      Tak wygląda moja "mądrość" i "zrozumienie".
                      • brz_a_sk Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 18.05.12, 14:12
                        kiedy miłości nie staje w szczeliny wciskają się gry
                        gdy proporcje są znośne mamy dojrzały związek z dwójką wymagających, świadomych swoich potrzeb partnerów
                        gdy gry zastępują miłość jest coraz marniej
                        bord ma tendencje do przeginania - albo powiedzmy do przesuwania krawędzi - jemu ta niepewność jest niezbędna i balansowanie na - ona/on mnie zaraz skresli jest mu - pożywieniem

                        borda przekleństwo kusić los i bać się
                        żyć na krawędzi
                        bord zyje kiedy emocje są żyletkowe - najlepiej po źrenicy by ... by by by - i od nowa

                        osobę, którą kocha najbardziej - kochanie borda to osobna kategoria - bo kocha i to śmiertelnie - tak mocno, ze umiera na mysl utraty i tak mocno, że w kazdej sekundzie sprawdza ja ekstremalnie - czy zniesie mnie nawet podłą/podłego

                        cos trzeba robić by tych gier było - żeby ich nie było
                        szalony pomysł

                        ale kiedy się popatrzy na borda w pracy - jakoś funkcjonuje - pogrywa czasem ale z reguły toczy to w sobie

                        a bord na dobrej terapii? pogrywa i to jak ale kiedy poczuje, że terapeuta nie jest zainteresowany graniem - bord jest w nim zakochany i potulny - oczywiscie gotów jest terapeutę ukarać za nieuleganie ale nie wchodzi mu na głowę

                        bord przekracza czasem granice w dowolnym miejscu i dowolnej sytuacji - ale w większości miejsc pilnuje się
                        bord potrafi się pilnować
                        bord kocha grać
                        bord nienawidzi grać
                        bord chciałby kochać a nie grać
                        bord bywa szczesliwy kiedy ...
                        ach gdyby bord umiał zapamiętywać stany dobre i wypełniać tym stany złe
                        co w bordzie rozpieprza wszystko
                        chemia, hormony, złe doświadczenie - czym jest strach w tym wszystkim

                        widzę w sobie borda w tych stanach kiedy rozum nie ma nic do powiedzenia - nie ma snu, nie ma opanowania , nie ma kontroli nad galopujacymi myślami, jest strach, krzyk jest hekatomba w moim wszechświecie - tylko, ze mnie to się zdarzyło kilka razy na chwilę i nawet w tym stanie - wracaj wracaj wracaj - miało sens - było do czego tęsknić

                        kochane bordy maja przerąbane

                        • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 18.05.12, 15:04
                          Tak, brzasku. Kochane bordy mają przerąbane, ALE 100x bardziej przerąbane mają bordy kochające.
                          Z pożywieniem - to prawda. Ja wiem, że ona delektuje się niepewnością, dramatem, histerią. Nie raz po dniach ostrych słów, łez, wycofania słyszałem wypowiedziane z mieszaniną wielkiej nadziei i jeszcze większego strachu "myślałam, że już mnie nienawidzisz..". Czekanie na nieuniknione. Nawet nie wie, co bardziej chciałaby usłyszeć - że tak, że nienawidzę, czy że nieprawda, że wciąż kocham. Z tym sprawdzaniem - prawda, wiem to i od dawna wiem, jak to działa. Wiem, że to będzie, że te gry nie znikną, nie ma na to szans. Przychodzą - kiedyś myślałem - w najmniej przewidywalnych chwilach. Teraz widzę, jak bardzo te chwile są przewidywalne. Widzę sinusoidę jak na dłoni. Recepta - lecieć w tej sinusoidzie, w kontrze. Da się? Jaaasne, to tylko taka gra. Jeżeli zna się zasady - można grać. Najtrudniej się nauczyć przewidywać zmianę zasad, ale po pewnym czasie nawet zmiana zasad staje się zasadą.Da się? Jaaasne.

                          "a bord na dobrej terapii? pogrywa i to jak ale kiedy poczuje, że terapeuta nie jest zainteresowany graniem - bord jest w nim zakochany i potulny - oczywiscie gotów jest terapeutę ukarać za nieuleganie ale nie wchodzi mu na głowę "

                          Nie tylko na terapii, w "związku" jest tak samo. Pokazywanie palcem. Wieczne, wciąż od nowa, cierpliwe, bez złości, bez nadziei na trwałe zrozumienie, rozumiejące pokazywanie palcem granic i mechanizmów. Ileż razy tłumaczyłem jej, dlaczego mówi i robi to, co mówi i robi... Jak bardzo ona mnie zarazem kocha i nienawidzi za to, że bezwzględnie wszystko widzę i nie udaję, że nie dostrzegam. Że to rozpoznaję, przekładam ją całą, jej emocje, czyny i słowa jakbym deszyfrował hieroglify - i opowiadam jej, dlaczego tak. Jak kocha, ilekroć zbędę śmiechem atak, podejdę do wielkiego działa, włożę łeb w lufę i powiem "ognia!". Wtedy kocha i nienawidzi zarazem. Nienawidzi tego, kiedy wydaje się jej czysty i idealny - wie, że to podstęp jaźni, bo zupełnie taki nie jestem. Jak bardzo mój obraz się zmienia, od podłego, słabego i niegodnego uwagi aż po najmądrzejszego, pięknego i idealnego. Nigdy tam nie jestem sobą, w niej, tak jak ona nigdy nie jest sobą w sobie. Odbija się we mnie jak w lusterku, ulga i koszmar w jednym - zobaczyć prawdziwą siebie. O krok od zrozumienia, lizanie lizaka przez szybę. Jakbym był zarazem klątwą i wybawieniem. Jakby wiecznie nie wiedziała, czy lepiej doświadczać, czy zrezygnować po to, żeby przeżyć życie udając, że nic się nie dzieje, że wszystko jest okej. Zamieść, schować. Teraz już się nie da. Mam wyrzuty sumienia, bo przy mnie zrozumiała, że to nie takie proste. Że dystans, strach i wycofanie to nie jest norma. Teraz już nie umie udawać, że jest szczęśliwa - przed sobą. Przed światem wciąż umie, doskonaliła się w tym od lat.
                          Kisić w sobie - źle, boli. Dać komuś zobaczyć - źle, wstyd, boli. Być i ranić - źle, boli, poczucie winy. Nie być, zrezygnować - jak zrezygnować z kogoś, kto wbrew podszedł tak blisko? Jak zrezygnować z kogoś, kto jest bliższy, niż wszyscy razem do tej pory? Jak wyrzucić instrukcję obsługi siebie? To nie szkodzi, że nie da się z niej skorzystać, ale jest pod ręką, jest wieczną szansą na "normalność". Dopóki będę, dopóki nie zrezygnuję - zawsze jest szansa. Jeżeli zniknę - czy będzie ktoś inny, kto będzie miał siłę, cierpliwość i wrażliwość, będzie zarazem skurwielem i wrażliwcem, siłaczem i kolibrem, żeby się przedrzeć jak mamut czasami lecąc jak motyl przez zasieki?
                          Pięknie i strasznie być TAK kochanym. TO jest niesamowite, zobaczyć takie brudne oblicze miłości. Ktoś, kto tego nie przeżył - nigdy nie zrozumie. Nie da się wytłumaczyć komuś, kto tego nie poczuł, jak to możliwe, żeby TAK potrafi wyglądać miłość. Nie da się wytłumaczyć, że to nie tak, że "ona ma w dupie". Nikt nie widzi siedemnastego dna, bo jak ktoś ma to zobaczyć, skoro nawet mi tak trudno czasami to dostrzec?
                          • mu.rena Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 18.05.12, 15:52
                            Bardzo "gorące" to, co piszesz. Mam takie poczucie, że gdzieś między wierszami ostatniego posta masz do niej pretensję, że jest - jaka jest.

                            Myślę, że największa trudność polega na tym, żeby tę inność zaakceptować bez złości. I upierdliwie budować siebie samego najpierw i właśnie dokładnie odwrotnie: nie grać , ale codziennie pokazywać swoją spójną i autentyczną twarz. Bo tylko na samych siebie mamy naprawdę wpływ.
                          • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 18.05.12, 21:41
                            do spapranego

                            "Jak zrezygnować z kogoś, kto jest bliższy, niż wszyscy razem do tej pory? Jak wyrzucić instrukcję obsługi siebie? To nie szkodzi, że nie da się z niej skorzystać, ale jest pod ręką, jest wieczną szansą na "normalność". Dopóki będę, dopóki nie zrezygnuję - zawsze jest szansa. Jeżeli zniknę - czy będzie ktoś inny, kto będzie miał siłę, cierpliwość i wrażliwość, będzie zarazem skurwielem i wrażliwcem, siłaczem i kolibrem, żeby się przedrzeć jak mamut czasami lecąc jak motyl przez zasieki?"
                            Być może ktoś taki się pojawi, ale szanse są raczej marne. Nie to nawet, że nie każdemu się chce, po prostu nie każdy potrafi. Być może ta świadomość trzyma ją jeszcze przy Tobie, w przeciwnym wypadku już dawno by zwiała. W pewnym sensie jesteś dla niej wyjątkowy. Tyle, że Tobie to nie wystarczy. Bo, chociaż momentami naprawdę trafia do niej to, co mówisz, w co wierzysz i w co tak bardzo chcesz, żeby ona wreszcie uwierzyła, ta świadomość ulatuje z niej bardzo szybko. Im więcej wybaczysz, tym więcej będzie oczekiwała, że zostanie jej wybaczone. Czyż nie jesteś tym, który ROZUMIE ? Obawiam się, że tego nie wytrzymasz.
                            • 3bsp Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 18.05.12, 22:48
                              Do Spapranego

                              Kiedyś zastanawiałem się po jakie licho ludzie włażą na niedostępne szczyty, opływają samotnie świat, czy decydują się samotną wędrówkę w dżungli w szkole przetrwania.
                              Po przeczytaniu twego postu chyba zaczynam rozumieć. To może być ekscytujące.
                              Szanuje twój wybór, choć sam po prostu poszedłem inną drogą.
                              Powtarzam: szanuje twój wybór, tak jak szanuje twoje podejście, choć jest zgoła inne od mojego, obecnego.
                              To co piszesz rozumiem aż nadto.
                              Często jest tak, jakbym słyszał siebie. Kiedyś.
                              Chce abyś wiedział, że kluczem do mej świadomości emocjonalnej stał się pewien nawyk:
                              Zanim cokolwiek zrobię, zadaje sobie pytanie; W JAKIM CELU TO ROBIĘ?.
                              To co napisałem, mogłem napisać prościej: nie chcę aby tą drogą szedł dalej, bo możesz pobłądzić w emocjonalnym Babilonie. Nie chcę abyś cierpiał. Tak trudno często z tej drogi zejść.
                              To rodzaj troski wypływającej z moich przeszłych doświadczeń.
                              Może w ten sposób podziękuje za to co wniosłeś na forum.
                              Wiesz o czym marzę? Spotkać się z Tobą za jakieś pięć lat.
                              Myślę, że moglibyśmy pomilczeć bardzo długo.

                              Do zobaczenia. Kiedyś.

                              Do brz_a_sk

                              Napisałaś:

                              >myślę, że inni z szacunkiem czytają ten wątek
                              >kilka osób star się tu podzielić – sobą

                              Ja tez tak myślę, co z wyraziłem w zdaniu:

                              Twój dialog z czitą w innym wątku, to jeden z bardziej interesujących dialogów na tym forum, o dużym ładunku poznawczym. Wniósł do mojej wiedzy bardzo wiele.
                              Dziękuję Ci za to.

                              Myślę, że jakakolwiek polemika nie ma tu sensu.
                          • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 19.05.12, 00:19
                            Do spapranego.
                            To, co piszesz, porusza we mnie jakąś strunę. W próbach przełożenia sobie jej sposobu rozumowania i reagowania, jej uczuć i emocji na język własnych uczuć i emocji (i odwrotnie) widzę siebie sprzed lat. A pod tym wszystkim, co piszesz, widzę nadzieję. Dużo nadziei. Wiarę, że to się musi udać, wystarczy tylko piekielnie się starać i bardzo, bardzo chcieć. To, że to wcale tak nie działa, ja zrozumiałam po latach. Nie wiem dlaczego tak późno, ale w końcu DOTARŁO DO MNIE, że nigdy nie będziemy mówić tym samym językiem. To, co ja rozumiem pod pojęciem miłości, jest dla osoby zaburzonej, niepojęte. Mogę o tym pięknie opowiadać, próbować tłumaczyć, bardzo się starać, żeby jej moją wizję tego uczucia przekazać, mieć nadzieję, że ona poczuje to samo i TAK samo. Widzisz, osoba nie zaburzona w mig by pojęła, ona mówi tym samym językiem emocji i uczuć. Zaburzona - może się tylko do tych moich emocji ZBLIŻYĆ. Nigdy ich nie zrozumie, nie zasymiluje, nie wchłonie. Nie nauczy się ich, choćby się nie wiem jak starała. Patrząc z perspektywy lat, myślę, że zawsze, w przypadku bpd będzie to lizanie lizaka przez szybę, choć wcale nie zakładam, że osoby zaburzone nie potrafią kochać. Być może tak. Tyle, że w swoim języku. Nieprzekładalnym na mój język. W języku, którego ja, mimo nadludzkich chęci, nigdy się nie nauczę a zawsze będę pragnąć, żeby ta osoba nauczyła się mojego. Bo w świecie bez bpd tak już jest: dwie kochające się osoby mówią tym samym językiem. Czują podobnie.

                            Chcesz podejść jak najbliżej, myślisz, że ją oswoisz, nauczysz, przekonasz, pomożesz. To tak nie działa. Podejdziesz po prostu bliżej niż inni. Co z tego, że będzie do Ciebie przywiązana, jeśli nie będzie umiała przestać Cię ranić. Te rany się nie goją, spaprany. One się tylko lekko zabliźniają. Wsiadłeś na huśtawkę, która się nie zatrzymuje. Na początku jest mnóstwo adrenaliny. To nawet fajne. Potem będzie potworne zmęczenie, dół za dołem, i wiele pytań, które nie pozwolą Ci spać w nocy. No chyba, że masz skórę słonia i psychikę nie do zdarcia, ale nie wydaje mi się. Za dużo emocji w tym, co piszesz. Dobrych emocji. Wrażliwości. Obawiam się, że masz jak w banku, że ta dziewczyna w kilka miesięcy/lat zryje Ci psychikę tak, że zapomnisz, kim kiedyś byłeś.
                            Hmm...przypominam sobie, że usłyszałam kiedyś następujące zdanie: "jak ty mnie nie będziesz kochać, to żadna mnie nie pokocha". Bo też taka byłam. Rozumiejąca. Wybaczająca. Próbująca pokazać, jak bardzo jest wartościowy. I to była jedyna prawdziwa emocja, która mu się ze mną kojarzyła: " ta kobieta tyle ze mną zniosła. Inne aż tyle nie wytrzymały. Prawdopodobnie nie znajdę kolejnej, która wytrzymałaby aż tyle."
                            Na szczęście nie pomyliłam tego ani z miłością ani nawet z przywiązaniem. Wiem już, że w krainie dwóch różnych języków moja dobroć (wybaczanie, rozumienie) odbierana była jako słabość. Dobroć była po prostu NIE DO POJĘCIA. Czysta abstrakcja. Zero emocji, które dla nas ten termin za sobą niesie. Zero skojarzeń. Słowo "stopa" miałoby tę samą emocjonalną konotację.

                            "Pięknie i strasznie być TAK kochanym. TO jest niesamowite, zobaczyć takie brudne oblicze miłości. Ktoś, kto tego nie przeżył - nigdy nie zrozumie. Nie da się wytłumaczyć komuś, kto tego nie poczuł, jak to możliwe, żeby TAK potrafi wyglądać miłość."

                            Niestety, bardziej strasznie niż pięknie. Pięknie to jest na początku, kiedy potrafisz się jeszcze karmić nadzieją i złudzeniami (choć sam przed sobą temu zaprzeczasz, jasne). Dużo dużo później zostajesz ze świadomością, że naprawdę nie chciałbyś wiedzieć, jak brudne może być oblicze miłości. Że nie miałeś pojęcia, że w miłości może być tyle bagna. Że świadomość tego nieodwracalnie Cię zmieniła, odebrała Ci pewnego rodzaju niewinność, odcięła Ci skrzydła i odarła z nadziei. I ile dałbyś za to, żeby nigdy tego nie poznać.

                            Będę Ci sekundować. Trzymać za Ciebie kciuki. Cokolwiek postanowisz - pisz.
                            • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 19.05.12, 01:34
                              sally_74 - mało to optymistyczne :) Skutecznie sprowadzacie mnie na ziemię, nie ma co...

                              "Chcesz podejść jak najbliżej, myślisz, że ją oswoisz, nauczysz, przekonasz, pomożesz. To tak nie działa. Podejdziesz po prostu bliżej niż inni. Co z tego, że będzie do Ciebie przywiązana, jeśli nie będzie umiała przestać Cię ranić. Te rany się nie goją, spaprany. One się tylko lekko zabliźniają."

                              O nie, moja droga. Byłem już w życiu zraniony, mocno. Nie ma po tym śladu. Ja jestem w jakiś sposób silny i mam jakiś takiś bezpiecznik. Jeżeli sytuacja przekracza poziom krytyczny - wypina mi system i odrzucam, natychmiast i bezpowrotnie.

                              "Nigdy ich nie zrozumie, nie zasymiluj
                              > e, nie wchłonie. Nie nauczy się ich, choćby się nie wiem jak starała. Patrząc z
                              > perspektywy lat, myślę, że zawsze, w przypadku bpd będzie to lizanie lizaka pr
                              > zez szybę, choć wcale nie zakładam, że osoby zaburzone nie potrafią kochać."

                              A co do tego - powtarzam, nie wiem, czy ona ma bpd, czy cokolwiek innego. Wiem, że na razie zyskała świadomość, że "coś ma" i ma motywację, żeby "coś z tym zrobić". Poszła do tego zasranego psychologa i, jak sama twierdzi, to jest dla niej cholernie ważne. Na ile będzie w tym wytrwała, zobaczymy.

                              "Na początku jest mnóstwo adrenaliny. To nawet fajn
                              > e. Potem będzie potworne zmęczenie, dół za dołem, i wiele pytań, które nie pozw
                              > olą Ci spać w nocy"

                              Przecież oczywista sprawa, że ja nie będę wiecznie wegetował przy niej w poczuciu jakiegoś obowiązku. Nie boję się o siebie, bo nie mam natury kamikaze. Nie narzekam na brak powodzenia, jestem świadomy swojej wartości i wiem, że w końcu przyjdzie moment, że jeżeli nic się nie rozwinie - to umrze śmiercią naturalną, a ja pójdę kochać kogo innego. Jaką mam psychikę - na pewno nie słonia, ale też nie płochej łani. Przede wszystkim - trzymam dystans. Tutaj już dawno jest poza "na początku", to trwa dłuuugo. Nie osiągam stanu potwornego zmęczenia, bo dystansuję się za każdym razem, kiedy czuję się źle. Raz, dwa, trzy - banan na buzię i myyyk - w swoje życie. Wtedy nie mówię sobie, że to "na razie", że "przeczekam" ani cokolwiek innego. W milczeniu, nic nie mówiąc i nie ostrzegając - zostawiam sobie furtkę, żeby po prostu nie wracać. Po prostu, jeżeli coś mnie wkurwia i dołuje - eliminuję to ze swojej codzienności, z głowy i z życia. Nie zadręczam się, nie roztrzepuję i nie szukam recepty.

                              "przypominam sobie, że usłyszałam kiedyś następujące zdanie: "jak ty mnie
                              > nie będziesz kochać, to żadna mnie nie pokocha". Bo też taka byłam. Rozumiejąca
                              > . Wybaczająca. Próbująca pokazać, jak bardzo jest wartościowy. I to była jedyna
                              > prawdziwa emocja, która mu się ze mną kojarzyła: " ta kobieta tyle ze mną znio
                              > sła. Inne aż tyle nie wytrzymały. Prawdopodobnie nie znajdę kolejnej, która wyt
                              > rzymałaby aż tyle."

                              ach, no pewnie, że to znam. Z tym że ona nie patrzy na naszą relację tylko w tej kategorii. Uwierz mi, nas łączy całkiem sporo. Nie to, że ona napie.dala - a ja wytrzymuję. Jej były wytrzymał sporo dłużej, niż ja, więc ten argument odpada :)

                              " Wiem
                              > już, że w krainie dwóch różnych języków moja dobroć (wybaczanie, rozumienie) od
                              > bierana była jako słabość. Dobroć była po prostu NIE DO POJĘCIA. Czysta abstrak
                              > cja."

                              bo wiesz, tutaj jeszcze trzeba z tego rozumienia odpowiednio korzystać. W momencie, kiedy pokażesz, że rozumienie = przyzwolenie - jest pozamiatane. Widzisz, Ty jesteś kobietą, ja - mężczyzną. Może powiesz, że to nie ma żadnego znaczenia i może będziesz miała rację. A może mi, jako mężczyźnie łatwiej przychodzi stawianie granic? Może miłość kobiety i miłość mężczyzny wygląda trochę inaczej? Przez co ja inaczej odbieram pewne zależności? I mogę inaczej postępować - ze sobą samym i z nią? Nie wiem, nie wiem.

                              " po
                              > trafisz się jeszcze karmić nadzieją i złudzeniami (choć sam przed sobą temu zap
                              > rzeczasz, jasne). Dużo dużo później zostajesz ze świadomością, że naprawdę nie
                              > chciałbyś wiedzieć, jak brudne może być oblicze miłości. Że nie miałeś pojęcia
                              > , że w miłości może być tyle bagna."

                              pamiętaj - każdy odbiera pewne rzeczy inaczej. Czy ja się czymś karmię? Nie wiem, nie wydaje mi się. Jasne, jakąś tam nadzieję mam, ale założyłem, że biorę to, co jest w stanie dać - czyli mam towarzyszkę do rozmów, z którą mam na pewnych płaszczyznach idealne porozumienie i kochankę. Ona doskonale wie, że ten układ to dla mnie nie jest docelowa relacja, wie, że mam wymagania, z których nie będę wiecznie rezygnował. Ma świadomość tego, że to się w końcu rozleci i chyba po części dlatego zdecydowała się na terapię - żeby próbować to ocalić. A może żeby w ogóle móc uporządkować siebie? Wolałbym tę drugą wersję.

                              "Że świadomość tego nieodwracalnie Cię zmien
                              > iła, odebrała Ci pewnego rodzaju niewinność, odcięła Ci skrzydła i odarła z nad
                              > ziei. I ile dałbyś za to, żeby nigdy tego nie poznać."

                              Nie wiem, ile to przetrwa. Myślę, że jeżeli nie będzie progresu - maks kilka miesięcy. Nie planuję, nie kalkuluję, nie wyznaczam granic czasowych. Nie wiem, co po tym we mnie zostanie, ale wiem, że do momentu, w którym zostanę emocjonalnym wrakiem i zablokuję się na zdrową miłość jest baaaardzo daleko. Raczej nie ma takiej opcji, bo mam spory wpływ na swoją psychikę. Lubię czasami sobie odpuścić i pojechać po krawędzi, ale umiem się sam, ewentualnie z drobniutką pomocą kogoś bliskiego szybciutko doprowadzić do pionu ;)

                              Serdecznie Ci dziękuję za ten wpis. Dziękuję wszystkim za refleksje i spostrzeżenia - doceniam to, że przeżyliście na własnej skórze duuuużo więcej i poświęcacie czas usiłując podzielić się ze mną swoim doświadczeniem. Na pewno niedługo znowu "wypnie mnie" z tego forum - staram się unikać sytuacji, w której za często i za długo zgłębiam temat, to nic dobrego nie przynosi. Zwłaszcza, że NIE WIEM, CO JEJ JEST. Może to nie ma nic wspólnego z bpd? Kuwa, ale by było... W każdym razie - na pewno się dowiecie, jak się sytuacja rozwinęła.
                              • sally_74 Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 19.05.12, 12:25
                                do spapranego:

                                "Ona doskonale wie, że ten układ to dla mnie nie jest docelowa relacja, wie, że mam wymagania, z których nie będę wiecznie rezygnował. Ma świadomość tego, że to się w końcu rozleci i chyba po części dlatego zdecydowała się na terapię - żeby próbować to ocalić."

                                Czyżby na pewno ? Ona WIE, bo jej to powiedziałeś, powtarzasz i pewne Twoje zachowania wskazują na to, że rzeczywiście tak się może stać, ale czy ona to WIE ŚWIADOMIE ? Rozumie ? Na jak długo ? Przepraszam, ale ośmielam się wątpić.

                                W świecie bpd (zakładając, że choruje właśnie na to) nie ma stałości. Dziś chcę, jutro nie będę chciała, albo nie wiem, czy będę chciała, chociaż dzisiaj chciałabym bardzo chcieć także jutro. Dzisiaj rozumiem i trafia do mnie to, co mówisz, to mnie nawet porusza, WYDAJE MI SIĘ, że chcę tego samego, co Ty. Ale nie dam Ci żadnej gwarancji, czy ta emocja (nie mylić z uczuciem !) się we mnie utrzyma i na jak długo.
                                Wyobraź sobie, że z dwulatkiem budujesz zamek z piasku. Jest piękny słoneczny dzień, jesteś zadowolony, niemal szczęśliwy, obserwując jak Twój dwulatek nieporadnie dokleja do Waszej konstrukcji kolejne garście mokrego piasku. Budujemy zamek ! - cieszysz się - "On też w tym uczestniczy, chce tego zamku, może jeszcze nie potrafi budować tak solidnie, ale najważniejsze, że chce". Upajająca radość. Wydaje Ci się, że coś wskoczyło na właściwe tory, wreszcie pragniecie tego samego, Twój fantastyczny dwulatek i Ty. Jesteś gotowy prowadzić dwulatka, trzymać go mocno za rączkę, byle nie stracił z oczu tego, co na horyzoncie. Tego, co - jak Ci się wydaje, widzicie w tym momencie OBOJE. Jeszcze nie wiesz, że prowadzisz ślepca. To, co masz w sobie - to uczucie. To, co nim kieruje - to emocja. Naturą emocji jest niestałość. Przypływa i odpływa. Dzień później Twój niesiony złością dwulatek, walnie piięścią w Wasz zamek. Pięć dni później nagle przytuli się do Ciebie i głosem najsłodszym na świecie zaproponuje "może zaczniemy budować zamek ? Teraz tego chcę."
                                Nie zwrócisz uwagi na bardzo ważne słowo: "TERAZ".
                                Osoba, która kocha, pragnie związku, nie tylko stałej relacji. W pewnym momencie dojrzewasz to planów i projektów. BPD nie potrafią planować, nie są w stanie. Przez długi czas będziesz próbował stawiać z Twoim dwulatkiem kolejne zamki. Pewnego dnia zrozumiesz, że Twoje marzenia i plany nigdy się nie liczyły, nie będą się liczyły, nie mają żadnych szans powodzenia. A przecież tyle razy wydawało Ci się, że patrzycie w tym samym kierunku.
                                Od Ciebie zależy wyłącznie to, czy zostaniesz, czy odejdziesz. Lub też: kiedy zostaniesz porzucony, bo i to się często zdarza. I naprawdę nic więcej.

                                'ach, no pewnie, że to znam. Z tym że ona nie patrzy na naszą relację tylko w te
                                > j kategorii. Uwierz mi, nas łączy całkiem sporo. Nie to, że ona napie.dala - a
                                > ja wytrzymuję."

                                Nie odbieraj powierzchownie. Może źle się wyraziłam, ale on też nie patrzył na naszą relację tylko w ten sposób. Łączyło nas dużo więcej niż sporo. Też nie chciałam, żeby był tylko kochankiem i fantastycznym partnerem do rozmów, wypadów, wspólnych przeżyć. Tyle, że to była jego jedyna STAŁA emocja. Świadomość, że mogę kiedyś odejść i nie wiadomo, czy aby na pewno zastąpi mnie lepsza ode mnie.

                                Lubię Cię czytać. I naprawdę chciałabym przeczytać tutaj historię z happy endem.
                                • spaprany Re: Do dotknietych pechem bycia z osobą z bpd 19.05.12, 13:02
                                  ale nie przeczytasz i oboje o tym wiemy. Doskonale wiem, o czym piszesz, wszystko co do słowa się zgadza.
                                  "Nie ma we mnie żadnej stałości".
                                  Długo myślałem, że czegoś nie zapewniam, nie daję, że to coś