kreta w lutym - dluuugi opis krótkiej wyprawy

09.03.07, 17:09
Kochani! Długo sie zbierałam ale w końcu jestsmile Mam nadzieję że nie za
bardzo nudny, bo że za długi to wiem - przepraszamsmile
Zdjęcia jeszcze wrzucam - a to pewnie potrwa do wieczorasmile pozdrawiamsmile


Moja zimowa podróż na Kretę rozpoczęła się w czwartek, 1 lutego o 5 rano na
obrzydliwym lotnisku Etiuda w Warszawie. Nie należę do typów szczególnie
marudzących ale poziom tego miejsca przerósł moje najśmielsze oczekiwania już
14 stycznia, gdy odprowadzałam mojego greckiego przyjaciela na samolot
Norwegian do Aten. Tłok, ścisk, dziwni ludzie, których raczej podejrzewałabym
o podróżowanie podmiejskimi autobusami niż samolotami. Ale o tym już dość bo
w końcu lot za niecałe 200 zł do Aten i z powrotem był niebywałą okazją. Sama
podróż do Aten, samolot i obsługa Norwegian absolutnie bez zarzutu; sprawnie,
wygodnie i sympatycznie W samolocie próbowałam wczytac się w Maga Johna
Fowlesa, ale jakoś myśli bardziej krążyły wokół tego, że jade nie tylko
odwiedzić miejsca, które tak mnie zauroczyły, ale i osobę (osoby), za którymi
po prostu tęskniłam Samolot wylądował punktualnie więc pozostało mi tylko
kurcgalopkiem popędzić do hali odlotów aby sprawdzić czy uda mi się zdążyć na
najbliższy samolot do Heraklionu. Drogie, ale pewne linie lotnicze Olympic
ochoczo przyjęły mnie na (pod) swoje skrzydła więc już o godz 13-tej cała
szczęśliwa stałam na herakliońskim lotnisku uśmiechnięta od ucha do ucha. Do
miasta postanowiłam pojechać autobusem nr 6 mijając po drodze tłoczne,
tętniące życiem i zalane słońcem uliczki. Podobno niektórzy nie lubią
Heraklionu, że niby ciasny, że brzydki, że brudny – ja cieszyłam się jak
dziecko, że znów tu jestem, a wokół mnie sami Grecy, ani śladu
międzynarodowego towarzystwa. W końcu przyjechałam teraz właśnie po to aby
poczuć Kretę taka jaka jest poza sezonem. Trudy związane z pobudką o 3 rano i
podróżą szybko odeszły w zapomnienie, gdy zasiedliśmy do stołu na słonecznym
tarasie i rozkoszowaliśmy się przysmakami greckiej kuchni i smakiem chłodnego
białego wina Po obiedzie krótki wypad nad morze do Paliokastro i wygrzewanie
się na kamiennej i skalistej plaży. Pogoda oczywiście nie na opalanie i
kapiele, ale po minus 10 stopniach w Warszawie każdy promyk słońca witałam z
zachwytem. Wieczór w przydrożnej tawernie przy karafce raki i serowo-
miodowych pierożkach smile))) a za oknem widok na morze, księżyc w pełni i
poświata księżyca na powierzchni spokojnego wręcz leniwego morza – marzenie 
Przygotowując się to tego wyjazdu miałam oczywiście w głowie, jakie miejsca
chciałabym na Krecie tym razem zobaczyć, ale nie miałam jakiegoś sztywnego
programu. Jednego byłam pewna: chce zobaczyć pałac w Malii, więc następnego
dnia wybraliśmy się do tych niezwykle malowniczych ruin. Teren oczywiście
otwarty, a na nim… ani jednego turysty, absolutnie nikogo; mogliśmy krążyć
wśród pozostałości ścian, schodów, murków, przez nikogo nie poganiani, mogłam
zrobić dziesiątki zdjęć nie potrącana przez nikogo. Kolor ziemi w tym miejscu
jest absolutnie niezwykły, co widać na zdjęciach, które serdecznie Wam
polecam: fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,58753164.html
Popołudnie w kafenionie na głównym (i jedynym chybasmile placu w Mohos z
miejscowymi przysmakami i trunkami – wspomnienie, którego urok trudno oddać
słowami, wybaczcie Jeśli przy tym ma się świadomość, że z kafenionu szybko
nie ruszymy bo deszcz rozpadał się na dobre, a my tu przyjechaliśmy motorem…
chyba wiecie co mam na myślismile
Kolejny dzień (to już sobota) częściowo spędziliśmy w Heraklionie włócząc się
uliczkami wokół placu z fontanną Morosiniego, przesiadując na frappe czy
winku w mniej znanych kafenionach (szczególnie polecam na Agia Triada –
Zielone drzwi_chyba nie ma innej nazwy, ale drzwi ma na pewno zielonesmile,
poszukując naszyjnika z pszczołami z Malii, przekonując się, że Muzeum
Archeologiczne, mekka świrów takich jak ja, jest faktycznie zamknięte od
listopada 2006 do odwołania (UWAGA!!!!). Wreszcie bez tłumu i upału udało mi
się zwiedzić absolutnie cudowne muzeum ikon w kościele św. Katarzyny –
wszystko, co piszą o urokach tego miejsca i tej sztuki przewodniki – to
prawda. Sztuka ikony w takim natężeniu, zgromadzona w jednym miejscu robi
niepowtarzalne wrażenie. Ja sama, choć cały czas uczę się odbioru tej sztuki
wreszcie w tym miejscu przestałam twierdzić, że jest to sztuka naiwna i
przekazująca jedynie proste i „czarno-białe” wartości. Wreszcie zobaczyłam,
ile jest emocji w tym malarstwie, ile miłości i uwielbienia, a zarazem jak
różne oblicze może mieć zło i grzech – to było fascynujące przeżycie!
Niedziela to oczywiście tradycyjny rodzinny obiad grecki, w którym dane mi
było uczestniczyć w wiejskim domku niedaleko Tillissos i na którym czułam się
trochę jak na… tureckim kazaniu nie rozumiejąc niemal nic z
rodzinnej „pogawędki” serdeczna i ciepła atmosfera, płonący kominek, cudowne
zapachy i jeszcze cudowniejsze jedzonko oraz domowe wino – i cóż mi więcej
było trzeba…. smile)))
Pewnie niektórzy z Was domyślają się, że niestety nie jestem już 20-latką,
ale mam nastoletnie dzieci, więc i wiek mój jest całkiem słuszny muszę Wam
przyznać, że podróżowanie w lutym po Krecie motorem troszkę mnie przerosło
już po 3 dniach. Było co prawda ciepło, ale bywało mokro, więc jednak, co
samochód to samochód toteż kolejne eskapady odbywaliśmy już małym,
sympatycznym autkiem.
Po bardzo leniwym poniedziałku i wieczornej wizycie w Agia Pelagia, gdzie
obserwowaliśmy wzburzone morze i gdzie wobec padającego śniegu (sic!)
otworzono dla nas jedną z kawiarni (zobaczcie jaka ładna na zdjęciachsmile))
fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,58753164.html
ruszyliśmy we wtorek rano drogą z Heraklionu przez Knossos do Archanes, jak
ktoś mi kiedyś powiedział największej i najlepszej wiochy Europy (bez obrazy
bo to komplement!). Miasteczko faktycznie przeurocze, puste o tej porze roku,
ale spacer tymi pustymi zadbanymi uliczkami przy pieknej pogodzie i odgłosach
codziennego życia to naprawdę fajne przeżycie. Zresztą zobaczcie sami:
fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,58753164.html
Zachęceni pięknymi widokami, cudowna pogodą ruszyliśmy dalej na południe w
kierunku Ierapetry mijając po drodze mniejsze i większe wioski, gubiąc
kilkakrotnie drogę na dziwnych i niespodziewanych skrzyżowaniach, zatrzymując
się przy niewielkich kapliczkach lub w gajach oliwnych. Drogą przez
Arkalohori, iAgios Viannos dotarliśmy do Mirtos,
fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,58753164.html
skąd widac już było Ierapetrę a my czuliśmy potrzebę zjedzenia pysznego
obiadu i zastanowienia się co dalej. Zaznaczę, że z domu ruszyliśmy na
kilkugodzinną, nie kilkudniową wycieczkęsmile
Zalana słońcem, niemal pusta Ierapetra to widok, którego musicie mi
pozazdrościć. Polecam zdjęcia
fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,58753164.html
Rozważania na temat różnic w przygotowywaniu sałatki horiatiki w Heraklionie
i w Ierapetrze (jej okolice to warzywne „zagłębie” Krety) zajęły nam całe
wczesne przedpołudnie smile i o godz. 4-tej postanowiliśmy nie wracać do
gwarnej stolicy, ale ruszyć na północny wschód do Sitii. Cudowna droga wzdłuż
wybrzeża niestety szybko się skończyła i gdy zapadł zmrok (a dzieje się to na
Krecie dość wcześnie) podążaliśmy ciemnymi, krętymi drogami wśród traw,
krzewów, gdzie niegdzie skał. Przyznam, że po raz pierwszy w życiu czułam się
jak w grze komput
    • jacek1f erowej. :-))) Dziko zazdroszczę. Piekne. n/t 09.03.07, 18:31
      • hania404 druga czesc opowiesci o wyprawie:-) 09.03.07, 19:28
        dziękismile)) ale niestety to nie koniecsmile

        Mam nadzieje ze dobrniecie do konca opowiescismile
        Przyznam, że po raz pierwszy w życiu czułam się jak w grze komputerowej, gdzie
        reflektory oświetlają jedynie wycinek drogi a reszta okolicy pokrywają
        nieprzeniknione ciemnościJ Sitia nocą i poza sezonem jest przyznaję całkiem
        sympatyczna. Wieczór w rockowej kafejce i poranek w typowo greckim kafenionie
        dały nam mnóstwo sił na kolejny dzień, na który zaplanowaliśmy odwiedzenie
        słynnej plaży Vai. Słynnej nie bez powodu, pełnej palm daktylowych (legenda mówi
        o arabskich piratach, którzy pluli na ziemię pestkami daktyli dając w ten sposób
        początek temu urokliwemu miejscu) i… pustej jak okiem sięgnąć. Ani jednego
        człowieka!!! Uwierzycie?! Byłam pod wrażeniem tego cudu natury, a mój
        przyjaciel, Kreteńczyk z krwi i kości, który nigdy szczególnie nie przejmuje się
        porządkiem wokół siebie nie pozwolił mi na zapalenie papierosa na plaży pełen
        obawy, że puszczę z dymem to cudowne miejsce !!! J .All you need is love!
        Chciało się zaśpiewać (i się zaśpiewałoJ

        Jeszcze wizyta w cudnym monastyrze Moni Toplu – naprawdę urokliwe miejsce ……….
        I wracamy drogą wzdłuż wybrzeża spiesząc przez Sitię do naszego Heraklionu bo
        trzeba załatwic sprawę w urzędzie dziś czynnym do 15-tejJ Po drodze prześliczne
        Agios Nicolaos, do którego obiecujemy sobie przyjechać innym razem, a wcześniej
        widok na „pchlą” wysepkę Psira. Zostawiamy też za sobą Spinalongę i Eloundę
        (kiedy indziej – obiecujemy sobie)
        Wjeżdżając do Heraklionu po raz pierwszy poczułam, że i tu, jak w każdym dużym
        mieście czas nie płynie wcale tak leniwie. Szukając miejsca parkingowego
        odczułam, że tu tez się wszyscy spieszą a narastająca nerwowość mojego
        towarzysza zaczęła i mnie się udzielać. Nie chcielibyście być na moim miejscu,
        kiedy spotkaliśmy się po jego wizycie w urzędzie (grecka biurokracja jest jak
        pewnie wiecie legendarna) i po moim krążeniu samochodem po centrum (wolne
        miejsce znalazłam na dole za portem przy dworcu autobusowymJ Ale pojednawczy
        gyros z retziną na placu Venizelosa ostudził nasze temperamentyJ
        Szybko podjęliśmy decyzje o dalszym wypadzie: jedziemy na noc do Zaros, a
        stamtąd rano do Preveli. Nocny grill w spokojnym, pustym Zaros – tego się nie da
        zapomniećJ Rano wyruszyliśmy drogą do Agia Galini – cudne turystyczne
        miasteczko, przemili Grecy w kafenionie, przepiekny zapach morza… właściwie po
        co jechać dalej?
        Pogoda nam się trochę zepsuła, kiedy całkiem znienacka (dla mnie, bo nie dla
        mojego ciceroneJ znaleźliśmy się w wąwozie Kourtaliotiko. Latem pokonałam
        Samarię, więc takie widoki nie są mi obce, ale ani grad ani deszcz nie
        powstrzymał mnie od stania wśród tych skał i zastanawiania się dlaczego musze
        większość życia spędzać w zamkniętych pomieszczeniach (biurze, domu,
        samochodzie) gdy na świecie są tak piękne miejscaJ W dalszej drodze spotkała
        mnie przygoda, którą wcześniej czy później przeżyją wszyscy jeżdżący ppo
        gorskich drogach Krety: za zakrętem na wąskim odcinku szosy spotkałam się oko w
        oczy z ogromnym stadem kóz, które niespiesznym krokiem zmierzały w dół (ja w
        górę). Rolę kreteńskiego pastuszka pełnił brodaty, całkiem przystojny Grek
        jadący… najnowszym modelem terenowej Toyoty z … komórką przy uchu, … słuchający
        na cały regulator oczywiście kreteńskiej muzyki ludowejJ Nie odważyłam się
        zrobic zdjęcia czego dziś bardzo żałujęJ
        Moni Preveli nie da się opisać w kilku słowach – to trzeba zobaczyć, poznać
        historię tego miejsca, spokojnie obejrzeć cudowny ikonostas z fragmentem krzyża
        Chrystusa (podobno) i pospacerować po pustym (!) dziedzińcu, przyjrzeć się
        leniwym i wiecznie głodnym kotom-mieszkańcom wielu kreteńskich monastyrów,
        odprowadzić wzrokiem wychodzącego (dokąd na tym pustkowiu?) mnicha… A potem
        przejść kawałek nad morze i schodami przypominającymi drogę do jaskini
        Szelobysmilezejść na taras, z którego widok zapiera dech w piersiach. Musicie to
        koniecznie zobaczyć (fotoforumsmile
        Wracamy trochę głodni i zmęczeni droga do Rethymnonu zatrzymując się w
        przydrożnej tawernie na coś małego i pysznego…A stamtąd droga krajową do
        Heraklionu… do domu…smile
        Spokojny wieczór w domu w towarzystwie moich ulubionych bohaterów z Władcy
        pierścieni (sic!), z cudownym czerwonym Boutari, fetą, oliwkami i pomidorkami z
        oregano (nie wspomnę o domowym stifado i ciasteczkach mamy mego przyjaciela) do
        dziś wywołuje błogi uśmiech na mojej twarzyJ
        Lenistwo nie leży w mojej naturze, więc i mój Grek ma czasem problemy, aby za
        mną nadążyćJ Kolejny dzień to wypad na płaskowyż Lasithi. Dziesiątki wiosek i
        miasteczek po drodze, oliwne gaje, które uwielbiam, mężczyźni przed kafenionami
        i kobiety z chrustem na osiołkach – naprawde to widziałam!!!! – nie wszystko
        udało mi się sfotografować, zreszta nawet nie wszystko chciałam – to głupio
        wygladać w lutym na napalona turystkę, prawdaJ??
        Droga do Tzermiado jest absolutnie cudowna, punkt widokowy na wysokości 803 m
        n.p.m. to już duże przeżycie, ale to, co czeka nas po wjeździe na płaskowyż to
        absolutny cud natury. Ogromny teren położony tak wysoko, płaski jak stół i
        otoczony przepieknymi szczytami. Zreszta zobaczcie sami (fotoforum).
        Lunch na górze przed wejściem na ścieżkę do jaskini Dikki – przeurocza
        gospodyni, pyszne jedzonko, polecamJ
        I sama jaskinia Dikti, miejsce narodzin Zeusa, 65 m głębokości, niesłychane
        bogactwo kształtów, kolorów, gry świateł i cieni, no i rodzaj strachu –
        świadomość, że nad nami góry Dikti (wcale nie najmniejsze). I pusto ! Ani
        jednego zbłąkanego turysty! Ani słowa w obcym języku! Tylko my: Grek, Polka i
        Zeus! Niesamowite przeżycie!
        Wracamy drogą wokół płaskowyżu mijając liczne wioski, w których wydaje się, że
        czas się zatrzymał. Obowiązkowo wizyta pod 2000-letnim platanem w Krassi. Teraz
        nie było tam muzyki, licznych stoliczków kawiarnianych, gwaru turystów, a i
        dojście do słynnego drzewa dość utrudnione – Grecy remontują swój kraj przed
        kolejnym sezonem turystycznym więc droga rozkopana i pełna błotaJ Ale legendarne
        drzewo pamiętające św. Pawła imponujące, choć bez liści
        Wracamy już do Heraklionu, do domu – trochę w końcu odpocząć. W cudownym domu
        naszego przyjaciela w herakliońskiej Agia Triada czeka na nas kominek, pyszna
        moussaka, dziesiątki przystawek, najlepsze na świecie domowe wino, ouzo, raki i
        co tylko chcecie. Obejrzałabym Greka Zorbę – rzucam od niechceniaJ Nie
        uwierzycie, ale chwyciło – tego się nie da opisać – to trzeba przeżyć J J
        Spędziłam wieczór z trzema bohaterami powieści Kazantzakisa, każdy z nich miał
        coś z Zorby, ale z własnych przywarów i „zorbowatości” śmieli się jeszcze
        bardziej niż ja !!!!
        Ostatniego dnia mojego pobytu przeprosiliśmy motocykl i wybraliśmy się znów w
        góry z Heraklionu w stronę Gonies odwiedzając Moni Irini – cudny monastyr, w
        którym gospodarzą przeurocze siostrzyczki częstujące nawet kierowców przepyszną
        raki i owocami w syropieJ i próbowaliśmy przebic się od północy do jaskini Ideon
        Andron. Niestety, kreteńskie góry, przed którymi czuje od początku ogromny
        respekt nie pozwoliły nam na pokonanie tej drogi. Sami zobaczcie jak wygladają
        górskie drogi w lutymJ Nawet crossowy motor nie dał radysmile
        Żegnałam się z moja Kretą w niedzielny deszczowy świt (samolot do Aten odlatuje
        o 7.00) wdzięczna, że tyle widziałam, tylu rzeczy dotknęłam i jeszcze tyle
        pozostało mi do poznaniasmile
        Spędziłam cudowne 9 dni na ukochanej Krecie. Nie było to słodkie lenistwo, ale
        intensywna wycieczka krajoznawczo-kulinarnaJ. Mam jednak wrażenie, że nigdzie
        się nie spieszyłam, wszystko robiłam w naturalnym rytmie, a jednak gdy wspominam
        to, co widziałam okazuje się, że to niemało. Urlop zimowy niezmiernie udany. Mam
        nadzieję, że latem uda mi się spędzić kilka dni na Krecie, ale jeśli nie –
        pojadę tam w lutym albo w marcu J Was te
        • megalonissos Re: druga czesc opowiesci o wyprawie:-) 09.03.07, 20:08
          Cieszę się, że ,,poczułaś, To co jest mi tak bliskie - miejsca sacralne i ikony,
          które są nie tylko obrazami. Pozdrawiam Elwira
          • takis3 Re: druga czesc opowiesci o wyprawie:-) 10.03.07, 10:24
            Niezwykle piekna,magiczna opowiesc ,dzieki ktorej
            przenioslem sie w czasie i przestrzeni,
            niebedac wczesniej na Krecie. Brawo Haniu!!!
            • jacek1f juzniedlugo juz niedlugo juz nie dlugo 10.03.07, 17:04
              • tomaszkozlowski1 Re: juzniedlugo juz niedlugo juz nie dlugo 14.03.07, 14:32
                Piękna opowieść i śliczne zdjęcia smile
                Pozdrawiam!
Pełna wersja