Dodaj do ulubionych

Moje drugie greckie wakacje- Kreta 2008

12.07.08, 16:44
Kochani- z różnych względów w chwili obecnej nie mogę wziąć się za pisanie
kolejnych wspomnień (ale będą na pewno). Jednakże postanowiłem choć trochę
uporządkować część zdjęć. Pozwalam sobie na wklejenie linku do pierwszej
części, a raczej zdjęć z pierwszego tygodnia jakże wspaniałej wycieczki:
picasaweb.google.com/barbelek1/Kreta2008TydziePierwszyCzRodkowaWchodniaIPoUdniowa
Obserwuj wątek
    • bebicka Re: Moje drugie greckie wakacje- Kreta 2008 14.07.08, 12:33
      Barbelku zdjecia obejrzalam. Cieplo mi sie zrobilo i tak fajnie jakossmile czekam
      pewnie jak inni na opis wyprawysmile
      Wiem ze Ci ciezko sie zaaklimatyzowac,a le walsnie odkryalm no to sposob, nalezy
      pojechac na wakacje gdzies, gdzie jak sie okazuje natrafilo sie nie na swoje
      klimaty. Potem duzo latwiej wrocic do domusmile hehe taki mnie wisielczy humor
      naszedl po moim powrocie...w goole to nie wiem czy z sensem pisze bo zmeczona
      ejstem straszliwie i do tego glowa mi peka od kataru czyc zegos tam.
      I oczywiscie sposobu swojego nie polecam w zadnym raziesmile
      A w ogole zeby Ci nie bylo tak ciezko i smutno to sie bierz za organziowanie
      nastepnego ZLOTU!!smileZjedziemy coby sie nawzajem pocieszacsmile
      Pozdrawiam
      Maraska
      • matheos2 Re: Moje drugie greckie wakacje- Kreta 2008 14.07.08, 14:31
        Krzysiu,

        Zdjęcia zabójcze! Jeszcze 17 dni i ja też tam będę!!!!!!!!!!!!
        Knajpka w Kournas urocza, ale nie o tym Ci pisałem poniżej link do zdjęć.
        Następnym razem już trafisz. Czekam teraz na opowieści.
        www.grecja-online.pl/zdjecia/004/
        Pozdrawiam ciesząc się Twoimi zdjęciami.
        • echo1111 Re: Moje drugie greckie wakacje- Kreta 2008 22.08.08, 21:24
          Byłam w tej knajpce na Twoich zdjęciach! I choć wycieczkę nad to
          jezioro oceniam jako najsłabszą to knajpka rewelacyjna. Zamówiliśmy
          Dakos, pyszne i smiesznie tanie a porcja jak dla słonia! Czekając
          obserwowaliśmy miejscowych dziadków, którzy siedzieli przy stolikach
          obok rżnąc w karty i kłócąc się zawzięcie ale bez złości. Chciałabym
          być tam jeszcze raz, tak błogo tam było.
    • barbelek Część I 17.07.08, 18:53
      Nasze drugie greckie wakacje zaczęły się w sumie już w dniu 06.03.2008r., kiedy to w naprawdę korzystnej cenie udało się nabyć bilety Easy Jet z Berlina do Heraklionu (1670zł za 4 osoby). Od tego dnia zaczęło się planowanie, korespondowanie z właścicielami hotelików, układanie tras i zbieranie dalszych informacji o „mojej” Krecie.
      Dni do wyjazdu dłużyły się niemiłosiernie. Pod koniec marca mieliśmy już zamówione i zaliczkowane hotele (tydzień w Ambelosie w Agia Pelagia i tydzień w ukochanym Stavros w najwspanialszym Georgia-Vicky), parking w Berlinie oraz zarezerwowany w Autowayu samochód. Kwiecień, maj i czerwiec upływały więc wolno w oczekiwaniu na zaznaczoną we wszystkich kalendarzach w domu datę 25.06.2008r. Miesiące te upłynęły oczywiście na codziennym wertowaniu internetu, ze szczególnym uwzględnieniem nieocenionego forum Grecja i wyspy greckie.
      W końcu upragniony dzień nadszedł. Jak zawsze żonka dzień wcześniej bardzo sprawnie nas zapakowała, wywalając oczywiście uprzednio wszystkie niepotrzebne według niej ciuchy (w końcu miała już bagaż doświadczeń z roku poprzedniego). Całkowita waga bagażu (rejestrowy i podręczny) wynosiła na naszą czwórkę nie więcej jak 20kilogramów (w tym 3 flaszeczki 0,5 litra żubrówki na prezenty). 25-go czerwca o godz. 6.30 wszyscy zapakowaliśmy się do naszego niewielkiego autka i drogą północną przez Słupsk, Koszalin, Szczecin, Kołbaskowo przy użyciu, a raczej przy pomocy nieocenionego urządzenia jakim bezwątpienia jest GPS dotarliśmy na parking w Berlinie ( www.airportparking-berlin.de/pages/airportparking.php?site=10&lang=4&gclid=CO767cXRupQCFQ1BZwod-07dVg ). Po odstawieniu samochodu na miejsce parkingowe i wypakowaniu bagaży zostaliśmy sprawnie dostarczeni minibusem pod terminal lotniska Schönefeld . Byliśmy znacznie wcześniej niż zakładałem. Do odprawy pozostało ok. półtorej godziny, a rzeczone lotnisko do dużych nie należy więc i robić nie było za bardzo co. Odprawa miała nastąpić o godz. 17.55, ale z jakiś nieznanych powodów (nikt nie raczył poinformować o przyczynach) nastąpiła około 20 min. później. Daruję sobie szczegółów, ale wylot z Berlina nastąpił z około dwugodzinnym opóźnieniem. Ponad godzinne oczekiwanie w samolocie na zgodę na start zaowocowało małą atrakcją: piloci udostępnili do zwiedzania swoją kabinę. Sam lot, poza jedną całkiem porządną turbulencją przeszedł spokojnie. Około 02.00 w dole ujrzeliśmy światła Krety. Znów to niesamowite wrażenie lotu tuż nad wodą, jakby zaraz miało nastąpić wodowanie, ale w ostatniej chwili pojawia się pas startowy i lądujemy na szczęście na lądzie. Po wyjściu z samolotu- no cóż by innego jak nie fala gorąca. Korzystając z rady jednej z dobrych duszyczek z forum przywitałem się z Kretą „przytulając się” na chwilkę do budynku terminalu- naprawdę poczułem się powitany. Z samochodem z Autowaya oczywiście nie było żadnych problemów: w budce przy lotnisku po podaniu nazwiska, od Greka otrzymałem kopertę z kluczykami, numerem rejestracyjnym i kolorem zamówionej Kia Picanto. Stała oczywiście na swoim miejscu. Kluczyki w stacyjkę, ułożenie lusterek i pod terminal po rodzinkę. Picanto jest fajnym samochodzikiem, ale ma jedną paskudną wadę- strasznie mały bagażnik. Na szczęście w drodze „tam” bagaży niewiele, więc i większego problemu z jego wpakowaniem nie było. Po przeliczeniu sztuk bagażu i rodzinki (wszystko się zgadzało) w drogę. Po ubiegłorocznej wyprawie jestem tu już prawie jak u siebie, więc bez żadnego problemu dojazdówką do National Road i w prawo do Agia Pelagia. Niemalże pustą i nieoświetloną Drogą Narodową kierujemy się na zachód. Ze strony Ambelosa- naszego na najbliższy tydzień mieszkania ( ambelos-crete.com/ ) oraz z niezawodnego Google Earth wiem, że drugim zjazdem na Agia, za stacją benzynową BP trzeba skręcić, co też czynię. Droga stroma i kręta, ale ruchu żadnego (jest w końcu około 02.30) więc bez problemu na długich światłach jadę. Bez błądzenia pod Ambelosa zajechaliśmy. A tam, cisza, spokój wszyscy śpią. Przynajmniej o jedną osobę za dużo sen zmógł, gdyż ani nikt na nas nie czeka, ani nawet żadnej kartki z nazwiskiem nie ma. Dla niewtajemniczonych: Ambelos to niewielki kompleksik kilkunastu jakby bungalowów. Do kompleksu wchodzi się przez wejście (nie żadne drzwi czy bramę, a zwykłe wejście) które prowadzi do „centrum”- jest to jakby podwórko z minibarem i recepcją- o 02.30 zamkniętą. Nie za głośno ale kilka razy wydaję z siebie wołania- nic nie dało. Dzwonię pod numer komórkowy- bardzo nie lubię rozmawiać z automatyczną sekretarką. Trudno- chłopaki idą spać do samochodu. Dla Jagody znad basenu przyniosłem leżak, na którym padnięta zaległa. Mnie się spać za cholerę nie chce, więc po ciemku eksplorację najbliższej okolicy prowadzę. Poza cykladami (lub może tzitzikami) żadnych odgłosów. W dole morze śródziemne, w około czarna, ale jednak zieleń. Nocne widoki fantastyczne. Tak doczekałem do wschodu słońca. Aparat w łapę i oczywiście sesja zdjęciowa. W końcu około 7.40 jakiś chudy gościu wychodzi z jednego z bungalowów (oczywiście tego najbliżej recepcji- może ze 4 metry). Kalispera-kalispera, my name is Kristof, I have a reservation from 02.00. Gościu zdziwiony . Wyciąga rozpiskę, a ja tam jak wół widzę wydrukowane swoje nazwisko i data 26.06 godz. 02.00. Więc wszystko zgadzać się powinno, ale nie u tego Greka. Mówi do mnie, że doba hotelowa zaczyna się od 12 w południe i o tej godzinie powinienem przyjechać. Ja mu jak wołowi tłumaczę, że sorry Grek, ale ja zarezerwowałem hotel od 26.06 od drugiej w nocy, pisałem nawet w tej kwestii do Mari (właścicielka), która stwierdziła, że godzina tak ranna, a raczej nocna nie stanowi problemu, i że druga w nocy była 6 godzin temu. On dalej swoje, że doba to od południa jest, ale pokój jest przygotowany, więc nie ma problemu. Dobra- ja też nie mam problemu. Budzę swoich, bagaże w łapę i do apartamentu. Tak jak było umówione: dwa pokoje, aneks kuchenny, duża łazienka, widok na morze i góry. Wszystko w porządku. Ale jednak czegoś mi tu brakuje. Być może to miłość od pierwszego wejrzenia do Georgia-Vicky w Stavros, do tego naszego pierwszego wspaniałego miejsca, być może to nieszczególne, a raczej w ogóle brak przywitania. Być może brak dozoru gospodarza, bo przecież Grek tylko pracownikiem jest. Naprawdę- Ambelos to pięknie położony, czysty, tonący w zieleni, miły hotelik, mający wspaniały, duży basen- godny polecenia. Ale to jednak nie to co GV (to oczywiście tylko moje subiektywne zdanie). Naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Ale... dla mnie czegoś tu brak. Dobra, koniec tego. Jagoda nas wywaliła z pokoju, zdążyliśmy tylko zabrać ręczniki w garść. Chłopaki i ja oczywiście na basen. Jak już pisałem duży zadbany, bezpieczny, ze słodką wodą. Kąpiel orzeźwiająca, przyjemna. Po jakiejś pół godzinie dołączyła do nas Jagoda. Dziś i tak żadnej trasy być nie miało, więc bez problemu czas na basenowaniu spędzić można.
      • barbelek Re: Część I 17.07.08, 18:54
        Popołudnie nadeszło bardzo szybko, o czym poza zniżającym się słońcem
        informowały nas nasze puste brzuszki. Do samochodu więc i na krótką eksplorację
        najbliższej okolicy. Niezawodny forumowicz Jacek1f już znacznie wcześniej drogą
        mailową przekazał mi miejsca kulinarne, które warto odwiedzić, więc na spokojnie
        zwiedzamy okolicę. Agia Pelagia to niewielka miejscowość znajdująca się ok. 20km
        na zachód od Heraklionu. Na pierwszy rzut oka widać, że wszystko tu ustawione
        jest pod turystów: sklepy (a raczej ich asortyment), kawiarnie, tawerny, „rooms
        for rent”. Plaża miejska stosunkowo niewielka, piaszczysto-żwirkowa z
        poustawianymi oczywiście leżakami i parasolami. Wzdłuż plaży rozłożyło się- tak
        na oko- ponad 20 tawern i restauracji. Ludzi stosunkowo dużo, ale atmosfera
        przyjemna. Z racji zachodzącego słońca temperatura już nie daje się tak we
        znaki. Wchodząc głównym wejściem na plażę kierujemy się w prawo. Bodajże czwartą
        z kolei tawerną okazuje się być cel naszej dzisiejszej kulinarnej eskapady-
        Sokrates. Polecić ją mogę z czystym sumieniem: zarówno wystrój, przemiła obsługa
        uśmiechniętego zawsze pana, jak i przede wszystkim serwowane specjały zadowolić
        powinny każdego. Po wieczornym posiłku spacerek zawsze jest wskazany, więc Agię
        Pelagię „by night” zwiedzamy. Co by się nie mówiło w centrum tej mieściny ciszy
        i spokoju raczej nie znajdziemy, ale już dwa kilometry dalej w naszym Ambelosie
        otoczonym gajami oliwnymi i winoroślami cisza i spokój- tylko szum wiatru i
        cykady. Z tarasu widoczne morze, lecz niestety szumu fal nie słychać. Ale
        trzymany w ręku Zorbas smakuje wybornie. Jutro pierwsza, niedaleka jeszcze
        wycieczka.
            • bebiak Re: Część I 18.07.08, 00:09
              Ja też podczytuję, ja też i ja... z zapartym tchem podczytuję, i
              fotki oglądamsmile
              Bo ja - jak wiadomo - nie znam Krety he he mimo, żem dwukrotnie tam
              była, ale nie chcę odstawać od reszty zbyt bardzo, stąd podczytuję
              zawzięcie!
              .. całkiem smakowite!
              Filia
              B.
      • eridan Pascal czeka! 18.07.08, 13:06
        Jestem pod wrażeniem fachowych opisów i ogromnej ilości szczegółów
        na temat Krety. Myślę, że po odrzuceniu zbędnych informacji na
        temat czynności fizjologicznych oraz poprawkach w stylistyce, tekst
        może śmiało uderzać do Pascala. Tam uwielbiają odautorskie teksty.
        No i płacą honoraria, a my nie. My możemy tylko poczytać. Więc może
        jednak Pascal?
        Pzdr
        Jacek
        --
        "Najczystsze wino leją nam politycy. Bez domieszki prawdy."
        • bebicka Re: Pascal czeka! 18.07.08, 13:16
          Nie nie zaden pascal!!! Tylko my, albo najpierw my!!!
          Az cala zadrzalam jakzem tytul wpisu zobaczyla i sie ciesze ze tych dni bedzie
          calkiem sporo, takz episz pisz barbelku. Super!!
          pozdrawiam
          maraska
    • barbelek Część II 18.07.08, 16:53
      Nie muszę już chyba pisać, że tradycyjnie dzień od pobytu na basenie się zaczął
      i ....trochę tam trwał. W końcu udało mi się rodzinkę do samochodu zapędzić.
      Przekonałem ich niezbyt długą trasą i obietnicą plażowania. Do auta więc i w
      drogę. Z Ambelosa kierujemy się w stronę National Road, lecz po dojechaniu nie
      wjeżdżamy na nią, a kierujemy się do góry- tam gdzie prowadzi nas drogowskaz do
      Achlady. Wspomniany już wcześniej Jacek1f pisał na forum o tej wiosce, musiałem
      więc ją zobaczyć na własne oczy.
      Jak to zwykle bywa po opuszczeniu Drogi Narodowej ukazuje się nam zupełnie inna
      Kreta: nieturystyczna, cicha, spokojna. Droga do wioski wije się wzdłuż
      górskiego zbocza. Zakręt za zakrętem. Igor głośno się zastanawia dlaczego oni
      (Grecy) ustawiają prawie za każdym razem znak informujący o niebezpiecznym
      zakręcie; przecież wystarczyłoby, gdyby taki znak ustawili tylko jeden na całej
      wyspie. Po przejechaniu około kilometra widoczne schody oraz tablica z napisem
      „Old Fontain”- trzeba się przecież tu zatrzymać. Stosunkowo strome, lecz niezbyt
      długie schody prowadzą nas do starej weneckiej fontanny. Czysta, zimna woda
      spływająca z tej niewielkiej budowli znakomicie gasi pragnienie. Poniżej,
      kilkaset metrów poniżej cudna panorama Agii Pelagi i okolic. Ścieżka prowadzi
      jeszcze trochę wyżej kamienistym szlakiem- stamtąd jeszcze bardziej zapierający
      dech w piersiach widok. Chłopaki chcąc pozostawić tu ślad swojej bytności
      ustawiają po kamiennym „grzybku”. Po sesji zdjęciowej do samochodu. Achlada-
      rzeczywiście umierająca wioska. Położona zjawiskowo: na zboczu wysokiej góry z
      pięknym widokiem na Morze Kreteńskie. Robi jednakże przygnębiające wrażenie.
      Kilkadziesiąt domostw, z których zdecydowana większość jest opuszczona i w
      znacznej części zrujnowana. Przechodząc się wąskimi „na dwa osiołki” uliczkami
      znajdujemy się w innym świecie, świecie, o którym poza bardzo nielicznymi
      mieszkańcami chyba nawet Bóg zapomniał. Choć ma tu On przecież swoją świątynię-
      górujący nad osadą biały kościół. Wiele domostw pootwieranych, można zajrzeć do
      wnętrza czy to przez drzwi, czy przez okna, ale mimo wszystko jakoś dziwnie tak
      z buciorami wchodzić. Przed jednym z domów starszy Grek bawi się swoim komboloi
      zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Kilkadziesiąt metrów dalej, w kolejnej
      uliczce siedzą dwie Greczynki zawzięcie z sobą dyskutując. Gdy przechodzimy obok
      nich zagadują do nas; z wyraźnym zainteresowaniem i ożywieniem reagują na
      informację, że przyjechaliśmy z „Polonija”. Podczas ponad półgodzinnego spaceru
      po wiosce tylko tych troje mieszkańców napotykamy. Kilkadziesiąt lat temu
      toczyło się tu normalne życie, teraz życie tu zamiera przenosząc się w inne
      rejony Krety. Naprawdę niezapomniana wizyta.
      Wsiadamy do samochodu i kierujemy się do kolejnego etapu naszej dzisiejszej
      wycieczki. Wioska Fodele znajduje się ok. 2km od National Road. Według
      przewodnika spełniała prawdopodobnie funkcje portu antycznego miasta Axos.
      Zgodnie z ustnymi przekazami w wiosce tej w 1541r. urodził się Domenikos
      Theotokopoulos powszechnie znany jako El Greco. Tutaj zastają nas już zupełnie
      inne obrazy jak w Achladzie- życie kwitnie. Tawerny, sklepiki wypełnione głównie
      wyrobami rękodzieła tkackiego. Serwety, obrusy, sweterki i bluzeczki, a nawet
      wyszydełkowane torebki- to wszystko możemy tutaj kupić. Z uwagi na upał w jednej
      z kawiarni przerwa na lody i frappe. Potem, zgodnie z oznakowaniami kierujemy
      się na muzeum El Greco. Widać, że to stosunkowo niedawno odrestaurowany budynek.
      Wstęp do muzeum 2 euro(dzieci bezpłatnie). Wewnątrz kopie największych dzieł
      autora i częściowo zrekonstruowana pracownia mistrza. Przed muzeum niewielka
      tawerna. Ale mimo wszystko według mnie największą atrakcją jest znajdujący się
      kilkadziesiąt metrów przed muzeum bizantyjski kościółek z X wieku. Po wnętrzu
      tej malutkiej budowli oprowadzała nas przemiła Greczynka. Patrząc na freski
      pochodzące z X i XII wieku naprawdę czuje się historię. Przewodniczka pokazując
      freski opowiadała co , a raczej kogo przedstawiają. Na kilku z nich poza upływem
      czasu widać ślady wandalizmu w postaci zeskrobanych twarzy i oczu. Okazało się,
      że to Turcy w czasie swojej okupacji pozostawili swoje ślady. Na kolejnym widać
      dzieło kolejnego „wandala”- wygrawerowana na postaci data 1482. Pierwotnie
      kościół został zbudowany w VIII wieku, ale zniszczyło go potężne trzęsienie
      ziemi. Odbudowany przez okolicznych mieszkańców z tego samego materiału, lecz w
      mniejszych rozmiarach. Pierwotne fundamenty widoczne są wokół budowli. Tak- to
      miejsce jest zdecydowanie warte odwiedzenia. Następnie kroki nasze, a raczej
      koła samochodu kierujemy do oddalonego o około 5 kilometrów od Fodele klasztoru
      Agios Panteleymonas. Prowadzi do niego dosyć dobrej jakości szutrowa droga.
      Klasztor prawie na końcu świata, niewielki, urokliwy. Niestety pecha mamy
      okrutnego, gdyż zawitaliśmy tu ok. 16-tej, a klasztor dla zwiedzających otwarty
      dopiero od 17-tej. Cóż trzeba tu będzie wrócić podczas następnego pobytu na Krecie.
      Zgodnie z obietnicą daną chłopakom czas na plażowanie. Wybór pada na oddalone o
      kilkanaście kilometrów Bali. Po drodze w cenie 5 euro nabywamy siatkę, dużą
      siatkę z zawartością około 7-8kg pomarańczy- z czegoś przecież chłopaki muszą
      robić codzienna porcję soku. A sok z tych wyglądających paskudnie owoców jest
      przepyszny. O samej Bali za bardzo rozpisywać się nie ma co- typowo turystyczna
      miejscowość z dużą ilością hoteli, ludzi multum. Niemniej udało nam się znaleźć
      troszkę bardziej ustronne miejsce, w którym spędziliśmy czas na pływaniu i
      nurkowaniu w krystalicznej wodzie. Potem do samochodu i powrót do Agii- w końcu
      kolejna, nieodkryta tawerna na nas czeka. Niestety nie zapisaliśmy na karcie
      pamięci aparatu miejsca naszego biesiadowania, ale na pewno było to w jednej z
      tawern przy plaży i na pewno było smacznie. A sił trzeba było nabrać, gdyż jutro
      znacznie już dłuższa wyprawa.
    • barbelek Część III 22.07.08, 21:31
      Skłamałbym twierdząc, że rano wstaliśmy skoro świt, ale przecież to wakacje!
      Codzienna porcja soku z pomarańczy (w końcu chłopaki już mają produkt),
      basenowanie i do samochodu. Dziś wyprawa na wschód. Jadąc Drogą Narodową
      mijamy Heraklion, Limes Hersonissos; na rozjeździe zjeżdżamy na Starą Drogę,
      gdyż pierwszym punktem dzisiejszej wycieczki są wykopaliska w Malia. Zjazd
      bardzo dobrze oznakowany (w lewo, w kierunku morza, kilka kilometrów za
      miasteczkiem). Parking bezpłatny, bilety w cenie 4 euro (dzieci- wstęp wolny).
      „ Pałac w Mailia jest trzecim pod względem wielkości spośród wszystkich pałaców
      minojskich. Leży na północnym wybrzeżu Krety, w samym środku zatoki noszącej tą
      samą co on nazwę. Mimo, że pierwotnej nazwy pałacu nie znamy, gdyż
      zamieszkująca go dawna wspólnota w czasach greckich przestała istnieć
      przypuszcza się, że mogła to być Milatos. Wykopaliska, w trakcie których został
      odkryty rozpoczęli archeologowie greccy na początku XXw., kontynuowali natomiast
      w okresie międzywojennym archeologowie z Francuskiej Szkoły Archeologicznej.”
      Wykopaliska zajmują powierzchnię ok. 7.500 m kw. Pałac nie posiadał żadnych
      fortyfikacji. Jak dla nas wykopaliska w Malia były zdecydowanie bardziej
      autentyczne niż słynne Knossos, które zostało częściowo zrekonstruowane przez
      Arthura Evansa. Z całą pewnością miejsce warte jest odwiedzenia.
      Po mniej więcej godzinnym zwiedzaniu Malia wsiadamy do samochodu i kierujemy
      się dalej na wschód. Mijamy Agios Nikolaos. Przed nami piękna widokowa, ale
      jednak nieco wymagająca droga do Sitii. Tuż przed miastem mijamy roboty drogowe-
      budowana jest nowa droga. Patrząc na rozmach, po zakończeniu prac będzie to
      zapewne jedna z atrakcji turystycznych- jezdnia będzie biegła na betonowych
      palach na wysokości od kilkunastu do kilkudziesięciu metrów nad powierzchnią co
      zapewniać będzie niesamowite wrażenia.
      W Sitii, aby co nieco się ochłodzić zatrzymujemy się na codzienna porcję lodów i
      frappe. Miasteczko to według mnie jest niezwykle urokliwe: dosyć duży port,
      wzdłuż nabrzeża rosnące palmy i dalej kilkadziesiąt kawiarni i tawern. Białe
      budynki, ponad którymi wznosi się niewielka wenecka twierdza. Naprawdę śliczne
      miasteczko.
      Po ochłodzeniu organizmu droga przez Palekastro jedziemy w kierunku Vai. Już do
      Sitia wyraźnie widać, że krajobraz wschodniej Krety znacznie różni się od
      zachodniej: surowy, niemalże księżycowy na mnie robi niesamowite wrażenie.
      Kierunkowskazy prowadzą nas dokładnie do słynnej Vai. Zjeżdżając zgodnie ze
      znakiem z głównej drogi po lewej stronie widzimy gaj palmowy. Fakt, że takiej
      ilości tych drzew nie widziałem jeszcze w życiu. W pewnym momencie po prawej
      widzimy bezpłatny parking, ale droga prowadzi dalej, więc jedziemy. Po mniej
      więcej 200 metrach zbliżamy się do wjazdu na plażę. Budka- na niej napis, że
      parking płatny 4 euro- na parkingu naprawdę dużo i samochodów osobowych i
      autokarów- zdecydowanie w tym miejscu nie znajdziemy spokoju, więc daję znać
      parkingowemu, że chcę tylko zawrócić. Postanowiliśmy pojechać dalej na północ.
      Na rozjeździe kupiliśmy siatkę tutejszych bananów- są niewielkich rozmiarów, ale
      smaczne niesamowicie. Po przejechaniu może z 5 kilometrów znaleźliśmy się na
      plaży z napisem „Acient Itanos”. Oprócz niewielkiej, ale naprawdę ładnej, i co
      ważniejsze stosunkowo odludnej plaży znajdują się tu ruiny starożytnego miasta
      (skąd inąd starożytni stawiali je w naprawdę urokliwych miejscach). Itanos było
      wzmiankowane nawet przez Herodota. Podobno było to miasto duże i kwitnące w
      czasach greckich, a nawet później bo i w epoce rzymskiej i czasach Bizancjum.
      Zostało całkowicie zniszczone przez Arabów- obecna nazwa tego miejsca to
      Erimoupolis- „miasto opustoszałe”. Wycieczka po tym miejscu jest naprawdę
      fascynująca. Widoczne fundamenty budynków, kolumny; nieźle zachowane fragmenty
      bizantyjskiej bazyliki. Dech w piersiach zapiera widok na wybrzeże z pobliskiego
      wzgórza. Kilka godzin upływa nam na zwiedzaniu okolicy (na zmianę z żoną, gdyż
      chłopaki ochoty zwiedzać nie mają i tylko baraszkują w krystalicznie
      przejrzystych wodach zatoczki). Wsiadając do samochodu postanowiliśmy pojechać
      najdalej jak się da na północ półwyspu. Widoki po drodze (ileż jeszcze razy
      użyję tego słowa) cudowne. Dobrą asfaltową drogą dojechaliśmy do chyba
      najwęższej części półwyspu przy zatoce Tenda. Dalej zakaz wjazdu i napis
      informuje nas, że to „prohibited area”- trzeba więc zawrócić. Teraz w końcu czas
      na Vai. O tej porze (jest już ok. 18-tej) ludzi i samochodów już nieco mniej.
      Palm faktycznie dużo. Plażowania już mamy dosyć, więc tylko sesja zdjęciowa do
      rodzinnego albumu. Moim skromnym zdaniem słynna plaża Vai jako cel wycieczki sam
      w sobie nie jest warta przejechanych kilometrów; jednakże jako jeden z punktów
      trzeba „ją zaliczyć”, gdyż widoki są śliczne, szczególnie z punktu widokowego
      usytuowanego na skale powyżej. Po kilkunastu minutach wsiadamy do autka i powoli
      w drogę powrotną – tym razem przez Moni Toplou. Klasztor widoczny już z daleka,
      niezwykle urokliwy. Pomimo iż zdecydowanie jest innego typu trochę przypomina mi
      Moni Hrisoskalitissas- może to ze względu na położenie w odludnym miejscu
      niedaleko wybrzeża? Niestety jest już po 18.00- klasztor zamknięty do
      zwiedzania- wielka szkoda. W niewielkiej miejscowości Lastros (pomiędzy Sitia i
      Agios Nikolaos) w lokalnej tawernie zatrzymujemy się na kolację. Widać, że
      rzadko zaglądają tu turyści, gdyż nikt nie mówi po angielsku; wprawdzie
      specjalnie dla nas przyniesiono menu w tym języku, ale wybrane potrawy trzeba
      wskazywać palcem. Jedzonko dobre i dużo: i jeszcze co zapamiętałem- nigdzie
      indziej nie jadłem tak wspaniałych oliwek.
      Droga do domu już po ciemku. Trasa była naprawdę długa, ale z całą pewnością
      wycieczka bardzo owocna. Po przybyciu do Ambelosa chłopaki spać, a my starym
      zwyczajem na tarasiku. Ciepełko, cykady, zmrożone raki- żyć nie umierać.
      • hania_404 no slicznie barbelku... 23.07.08, 11:37
        ...sliczniesmile
        ciekawa jestem czy do Zoniana udalo Ci sie zajrzec... tez
        specyficzna wioska... teraz juz cicha i spokojna choc w styczniu
        obstawiona jeszcze przez policje... Malia cudna, szczegolnie
        pozniejszym poopoludniem ze względu na slonce oswietlające ruiny i
        ziemie w tych rejonach w niezwyklym kolorze. Jak na zlosc
        wykopaliska w Malii czynne są do 15-tej - a powinny być od 15-tejsmile
        w Moni Toplou jest niezwykle ciekawe muzeum, ktore z pewnoscia warto
        zobaczyc, ale przeciez nie da sie wszystkiego...

        I Sitia, Vai, Itanos, Erimoupolis....
        urocze miejsca odwiedziliscie tym razemsmile takie "moje"...

        oj, rozmarzyłam sie, a tu robota czeka...smile
        usciski
        a.
        • anabella19 Re: no slicznie barbelku... 23.07.08, 12:48
          No i doczekaliśmy sie! Pisz Krzysiu, pisz jak najwięcej. Niech
          chociaż Twoje opisy przybliżają nam te wspaniałe miejsca podczas
          odsiadywania przepisowych godzin w pracy i oczekiwania na kolejną
          wyprawę.
          Pozdrawiam,
          Ania
      • d.biel Re: Część III 23.07.08, 19:27
        Barbelku, czytajac Twoje wspomnienia przypominają mi się nasze tegoroczne
        wojaże. Zrobiliśmy praktycznie taka samą trasę, tyle że zjechaliśmy do
        przepieknego Mochlos a nie wstąpiliśmy do Sitii. Ruiny w Itanos i plaża są
        fantastyczne. Moja młodsza córka przekonała się właśnie tam do morskich kąpielismile
        Czekam na dalsze części.
        Dominika
          • bebicka Re: Wszystkiego najlepszego Barbelkowi na jutro!! 25.07.08, 12:56
            To znaczy ze barbelek jutro COS swietuejwink to ja tez oczywiscie zycze mu
            wszystkiego najlepszego, wspanialych kolejnych podrozy do grecji (swiadomie nie
            pisze na Krete bo moze teraz barbelek zakosztuje innych kliamtow, ach Peloponez
            przeciez takie piekny jestsmile) i wspanialych relacji popodrozniczych z ktorych
            my tez korzystamysmile...to w koncu komu ja to zyczesmile No i moze kolejnych
            wspanialych, udanych zlotowsmile Zdrowka, pomyslnosci...
            no i teraz skumalam co barbelek dzisiaj swietuje!!!!
            Zawodowo tez sukcesow w zwiazku z tymsmile
            troche wolno koajrze, ale jestem tuz przed wyjazdem glowa zawalona mnostwem
            mysli...uciekam sie pakowac
            pozdroweczka
            Maraska
    • barbelek Część IV 29.07.08, 20:08
      Poranna kawa i jogurt z miodem na tarasie smakują wybornie w ukwieconym otoczeniu Ambelosa. Kilkudziesięciominutowa kąpiel w basenie dla chłopaków na nabranie sił przed dalszą eksploracją Krety też była niezbędna. Częściowo dzisiejszy plan wycieczki ( w dwóch pierwszych punktach programu) zresztą szkodniki moje ułożyły, stąd nawet chętnie do samochodu się pakują. Więc znów na wschód. Na pierwszy ogień idzie Cretaquarium. Tablice informujące o tym miejscu z podaniem odległości znajdują się chyba na całej długości National Road, więc z trafieniem problemu nie ma żadnego. Ludzi dosyć dużo, ale miejsce warte odwiedzenia. Pięknie zaprezentowana fauna i flora Morza Śródziemnego. Groźnie wyglądające rekiny, prześmieszne koniki morskie, bajkowo wprost kolorowe ukwiały, paskudne „z twarzy” mureny- to tylko niewielka część tego, co akwarium oferuje. Dla dzieci (ale także i dorosłych) bardzo fajna atrakcja. Kolejnym wynegocjowanym przez chłopaków punktem miał być spacer po sklepach w Malii (gdy poprzedniego dnia tamtędy przejeżdżaliśmy byli wprost oczarowani tą ilością sklepów). Ale tak się złożyło, że zamiast tam trafiliśmy do Limin Hersonissou (mylnie znane jako Hersonissos). Zaparkowaliśmy- podobnie jak dziesiątki innych samochodów- przy głównej drodze miasteczka, tam, gdzie na całej długości był zakaz parkowania (Grecy chyba dla picu te znaki stawiają, bo nikt nigdzie ich nie respektuje). No i chłopaki przez najbliższą godzinkę mieli raj dla siebie: dziesiątki sklepików oferujących najróżniejsze towary. Bartek (młodszy) nabył drogą kupna coś co z Krety trzeba przywieźć: koszulkę swojego ukochanego klubu Liverpool ze swoim nazwiskiemsmile. Jeszcze ze względu na upał lody i frapka w jednej z kafejek i czas w dalszą drogę: cel Spinalonga. Tuż przed Agios Nikolaos kierując się drogowskazem należy skręcić w lewo na Eloundę. Jezdnia dobrej jakości początkowo pnie się dosyć ostro w górę. Jeszcze przed szczytem wzniesienia zatrzymujemy się na chwilę na przydrożnym parkingu na sesję fotograficzną, bowiem wprost prześliczny widok rozciąga się na Agios. Po drugiej stronie wzgórza jak dla mnie chyba jeszcze bardziej urokliwy widok na Eloundę, Zatokę Porou i Spinalongę. Przejazd przez urokliwą Eloundę zajął kilka minut. Potem przepiękna droga usytuowana w niektórych miejscach dosłownie przy samym morzu prowadzi nas do Plaki. Tam parkujemy przy niewielkim porciku. Na „Wyspę Trędowatych” co pół godziny odpływa miejscowa motorówka przerobiona z kutra rybackiego. Rejs na wyspę „tam i z powrotem” kosztuje 8 euro od osoby (Bartek zniżka 50%). Spinalonga to niewielka wyspa przybrzeżna. W przeszłości odgrywała bardzo ważna rolę strategiczną, gdyż wybudowana na niej warownia broniła dostępu do portu greckiego miasta Olous (dzisiejsza Elounda). W roku 1579 Wenecjanie zbudowali tutaj jedną z najsilniejszych swoich twierdz. W czasie wojny obronnej przeciwko Turkom, gdy cała Kreta była już w rękach wroga tylko Spinalonga została niezdobyta. Dopiero w 1715r po wycieńczającym oblężeniu stacjonujący tu garnizon poddał się dobrowolnie. Od 1913 do 1957r. wyspę zamieniono w leprozorium (kolonię trędowatych). Nawet dzisiejsza Spinalonga robi niesamowite wrażenie: ogromne mury, bardzo dobrze zachowane bastiony, szczególnie z tym największym półkolistym Mezzaluna Barbariga. Wewnątrz twierdzy częściowo odnowione wnętrza domków. Piękne miejsce, które naprawdę warto odwiedzić. Półtorej godziny myszkowania po zakamarkach minęło naprawdę szybko.
      Powrotny rejsik do Plaki i ponownie do samochodu. Klimatyzacja w samochodzie to nie tylko cudowny, ale wręcz niezbędny w tym klimacie wynalazek- temperatura wewnątrz pojazdu wynosiła chyba z 70 stopni. Postanowiłem, że posiłek zjemy sobie w Ierapetrze. Ierapetra- dosłownie „kamień święty” jest najdalej na południe wysuniętym miastem Grecji i całej Europy. Leży w najwęższym miejscu Krety i ma przebogatą historię. Znajdujące się w tym samym miejscu przed wiekami miasto Hierapytna było zaciętym wrogiem pobliskich małych państw-miast, z którymi walczyło o panowanie na lądzie. Sojuszem związało się z potężnym Rodos, dla którego oparcie w w kreteńskim mieście było bezcenne ze względu na port znajdujący się w połowie drogi morskiej do północnej Afryki i Italii. Także w epoce bizantyjskiej Ierapetra była miastem fortecą, a zdobyta przez Wenecjan podtrzymała swą rolę. Zresztą Wenecjanie już w pierwszym roku swojego panowania w 1204 wznieśli swoją twierdzę, która przetrwała do dziś. W mieście już niemalże czuć klimat północnej Afryki, wydaje się zupełnie inne niż pozostałe oglądane przez nas kreteńskie miasta. W jednej z tawern przy plaży zajadamy nasz wieczorny posiłek. Obsługiwała nas przemiła Rosjanka, które- jak sama powiedziała- przyjechała tu przed dziewięcioma laty i ... została oczarowana tym miejscem.
      W drodze powrotnej nie możemy sobie odmówić odbicia z głównej szosy, by z bliska pooglądać Wąwóz Cha. Po krótkim błądzeniu po szutrowej drodze trafiamy na parking przy niewielkiej kapliczce- stąd dzieli nas już tylko kilkaset metrów do wejścia. Wąwóz Cha jest widoczny już z bardzo daleka i robi niesamowite wrażenie. Olbrzymia, potężna wprost wyrwa w masywie górskim- być może to tutaj Zeus na kogoś się zdenerwował i użył swojego gromu. Im bliżej tym wrażenie większe. Wąziutkie wejście znajdujące się na wysokości kilku metrów. Rozszerza się do gigantycznych rozmiarów na wysokość kilkuset metrów- niesamowite miejsce. Ze strony TPG wiem, że w wąwozie na stanowisku Katalimata swoje prace archeologiczne prowadzi polski uczony profesor Krzysztof Nowicki.
      Słonko zniża się już coraz bardziej więc w dalszą drogę czas. Postanowiliśmy jeszcze zachód słońca i część wieczoru spędzić w urokliwym Agios Nikolaos. Naprawdę przeurocze to miasteczko z takim swoim klimatem, a po zmroku jeszcze zyskuje. Droga powrotna do Agia Pelagia już w całkowitych ciemnościach, ale na finał Mistrzostw Europy jeszcze zdążyłem, choć tylko na drugą połowę: Niemcy 0, Hiszpania 1. Przez kolejne 4 lata, po Grekach zaszczytny tytuł przypadł Hiszpanom. Jeszcze jak zwykle raki na tarasie i kolejny dzień wakacji dobiegł końca.
    • barbelek Część V 04.08.08, 19:28
      Takiej pobudki na Krecie jeszcze nie mieliśmysmile. Obudziły nas mianowicie kozy
      wyprowadzane na pastwisko, a raczej ich dzwoneczki przywiązane do szyj. Nie było
      zbyt wcześnie, więc nie protestowaliśmy. Śniadanko na tarasie jak zwykle. Z
      uwagi, iż ostatnie dwa dni pod „względem wycieczkowym” były dosyć intensywne
      dzisiaj postanowiliśmy spokojniej spędzić czas. Znacznie dłuższe niż zazwyczaj
      basenowanie było zdecydowanie na rękę szkodnikom. Gdy już się zmęczyli
      zapakowaliśmy się w samochód i postanowiliśmy odwiedzić w końcu stolicę Krety.
      Od Agii Pelagi to raptem 20 kilometrów więc żadna wyprawa. Heraklion to ostatnie
      duże miasto na Wyspie, w którym nie byliśmy- wstyd żeby w stolicy nie być.
      Iraklio powitał nas ogromnymi korkami i absolutnym brakiem miejsca do
      zaparkowania. Przez jakiś czas próbowałem kołować po uliczkach, lecz okazało się
      to całkowicie pozbawione sensu. Dlatego, gdy tylko zauważyliśmy tablice
      prowadzące do parkingu strzeżonego zdecydowaliśmy się na tą opcję. Parking
      nazywa się Theseus i mieści się praktycznie w centrum Starego Miasta. Cena też
      wydaje się do zaakceptowania: 4,90 euro za pierwszą godzinę i 0,75 euro za każdą
      następną. Ciekawostką jest to, że samochód zostawia się przy wjeździe do
      parkingu; stamtąd na miejsce parkingowe jest odwożony przez pracowników.
      Tak szczerze mówiąc, to Heraklion zbytnio nam się nie spodobał. Strasznie
      zatłoczone miasto pozbawione tego klimatu, który mają Chania i Rethymnon.
      Aczkolwiek historię ma bardzo bogatą. Pełnił funkcję portu i bazy morskiej
      pierwotnie minojskiego, następnie greckiego, po czym rzymskiego Knossos. W 823r.
      ne w wyniku inwazji arabskiej podobnie jak cała Kreta przeszedł w ręce
      wygnańców arabskich z Kordoby pod wodzą kondotiera Abu Ka’ab. Arabowie
      wprowadzili na wyspie swą religię, przekształcili w jeden wielki targ
      niewolników i uczynili z niej bazę wypadową piratów siejących postrach po Morzu
      Egejskim. W 961r. Arabów wyparły wojska generała Nikifora Fokasa- przyszłego
      cesarza Bizancjum. W 1204r. do miasta w owym czasie zwanego Candia (od
      arabskiego „khandak”- fosa) weszli nowi zdobywcy- Wenecjanie. W okresie ich
      panowania Candia była najważniejszą twierdzą na wyspie. W 1648r po swojej
      inwazji na Kretę pod murami miasta stanęły wojska tureckie. Na odsiecz miastu
      posiłki przysyłali zarówno Wenecjanie pod wodzą Francesco Morosiniego jak
      również król Francji Ludwik XIV. Oblężenie twierdzy trwało aż do 1669r., kiedy
      to Candia poddała się. Bilans ofiar w ludziach był olbrzymi: ponad 100.000
      Turków, 30.000 Włochów, 3.000 Francuzów i nieznana liczba Greków. Turcy
      praktycznie w ogóle nie odbudowali miasta po zniszczeniach wojennych- rozpoczął
      się okres jego upadku ( w tym czasie rozwijała się za to niedaleka Chania, która
      aż do 1971r. była stolicą Krety).
      Na zwiedzaniu Heraklionu spędziliśmy około trzech godzin- zapewne zbyt mało,
      aby poznać to miasto. Po powrocie do Ambelosa chłopaki i Jagoda na basen, a ja
      postanowiłem pozwiedzać najbliższą okolicę. Było naprawdę warto. Wysokie
      klifowe brzegi w rejonie Agii Pelagi robią niesamowite wrażenie. Piękne widoki,
      szum wiatru i fal uderzających w skały to było to, czego mi brakowało.
      Wieczorkiem kolacja w tawernie „Vasilis” w uroczej i pustej o tej porze dnia
      zatoce Mononaftis. Knajpka naprawdę godna polecenia: jedzenie wyśmienite,
      właściciel przesympatyczny, ceny przystępne- czegóż więcej chcieć? Powrót do
      hotelu ok. 23, chłopaki spać, a my jak zwykle codzienne widowisko „światło i
      dźwięk” na tarasie.
    • barbelek Część VI 10.08.08, 21:05
      Program na dziś jest moją słodka tajemnicą. Przypuszczam, że gdybym dokładnie powiedział co jest w planie Jagoda mocno by protestowała. Dlatego strategicznie się zachowałem- śniadanko, tarasik, basenowanie i w samochód- dziś jedziemy na południe, tak trochę przez góry. Silnik w Kia Picanto uruchomiony, wszyscy zapakowani, więc pedał gazu w dół i do przodu. Trasa do Heraklionu przez National Road jest nam już doskonale znana: po ok. 10 kilometrach po lewej stronie słynne kominy Amoudary, niedługo potem kierunkowskaz na Anogię- tu skręcam. Początkowo trasa tylko lekko pnie się w górę wśród niezliczonej ilości gajów oliwnych. Jest ciepło, zielono, widokowo cudnie. Mijamy Tilissos. Potem trasa biegnie wzdłuż bardzo urokliwego wąwozu. Dojeżdżamy do Goniai. Śliczne widoki zmuszają nas do sesji fotograficznej. Kilkanaście kilometrów dalej (ale to kilkadziesiąt minut jazdy samochodem) docieramy do Anogii. To tutaj trzymano w więzieniu niemieckiego generała Von Kreipe, schwytanego w Iraklionie przez partyzantów kreteńskich, po czym przewieziono go do Egiptu. Gdy Niemcy się o tym dowiedzieli całkowicie zniszczyli miasteczko- dzisiejsza Anogia jest całkowicie odbudowana po II Wojnie Światowej. Anogia słynie z rzemiosła tkackiego (dywany, koce, torby tkane ręcznie przy użyciu starych, tradycyjnych metod. To stąd mają swój początek wycieczki do słynnej jaskini w górze Ida. My też tam zmierzamy. Droga wiedzie wśród malowniczych zboczy górskich. Po kilkudziesięciu minutach oczom naszym ukazał się płaskowyż Nida; surowy, suchy, ale śliczny. Wyobraźcie sobie naprawdę duży płaskowyż otoczony wysokimi górami- wrażenie niesamowite. Przy końcu asfaltu widoczna tawerna i drogowskaz do jaskini. Tu zaczyna się szutr, coraz bardziej trudny do przejechania. W pewnym momencie muszę wysiąść z samochodu, by zobaczyć czy w ogóle dalej da się jechać- jeszcze kilkadziesiąt metrów się dało. Na nieco bardziej płaskim i szerszym miejscu zostawiamy samochód i dalej piechotą. Okazało się, że do celu zostało nam już tylko kilkadziesiąt metrów. Tutaj ukazała nam się w całej krasie słynna i majestatyczna Jaskinia Ida. To tutaj Rea (Tytanida) ukryła malutkiego Zeusa przed Kronosem, który wszystkie swoje dzieci pożerał, bojąc się by nie strąciły go z tronu. Przy pomocy Uranosa i Gai, Rea mieściła Zeusa w Idzie, podrzucając Kronosowi do połknięcia kamień owinięty w szmaty. Aby nie było słychać płaczu niemowlęcia, córki Rei uderzały w tarcze i tańczyły przed kryjówką. Mały Zeus dorastał pijąc mleko kozy Amaltei. Dzisiaj jaskinia wygląda inaczej niż w starożytności, chociażby przez szyny wąskotorowej kolejki, które dochodzą do samego dna. Tam też ułożone są podesty z desek. Pomimo tego jaskinia robi naprawdę duże wrażenie- jej sklepienie jest niesamowite. W okolicach pasie się niezliczona ilość kóz- prawdopodobnie to potomkinie Amalteismile. Po zwiedzeniu jaskini , przez pewien czas jedziemy powrotną drogą do Anogii, ale po przejechaniu kilkunastu kilometrów odbijamy pod kątem 90 stopni w lewo. Teraz pokazuję rodzinie kolejny cel naszej podróży- prawie niewidoczne z tej odległości obserwatorium astronomiczne na górze Skinakas. Droga tam prowadzi niemalże komfortowo- przez cały czas asfalt, krawędzie drogi zabezpieczone metalowymi barierkami, które wprawdzie gdzieniegdzie są w opłakanym stanie. Kilka kilometrów wspinania się po zboczach masywu Psiloritis- widoki, skały i ... kozy. W końcu dojechaliśmy do celu. Muszę powiedzieć, że było to jedyne miejsce i jedyny raz kiedy to naprawdę zmarzliśmy. Obserwatorium znajduje się na wysokości 1752m npm. Wiatr silny i naprawdę zimny, ale widoki... niezapomniane. Czujemy się prawie jak na wierzchołku świata. W stosunkowo niewielkiej odległości widoczny największy szczyt Krety o nazwie tej samej co cały masyw. Można tu wjechać samochodem i warto tu wjechać. „jestem panem świata” taki okrzyk wydałem z siebie i tak się wtedy czułem. Niesamowite miejsce.
      Ale to nie był cel naszej podróży tylko jeden z punktów. Chciałem dostać się dalej na południe. Po „zjechaniu” ze Skinakas jeszcze ze dwa kilometry asfaltu i zaczął się szutr. Droga dosyć szeroka, nawierzchnia do jazdy, więc spokojnie do przodu. W pewnym momencie szlak się rozwidla. Z mapy wiem, że obie drogi spotkają się po kilkunastu kilometrach, więc wszystko mi jedno którą pojedziemy. Rzucam tekst: to którędy jedziemy. Pierwszy odezwał się Bartek: w lewo, więc tam się kierujemy. I to okazało się chyba największym wyzwaniem tegorocznych wakacji. W zeszłym roku Aradena zdawała mi się niekwestionowanym liderem wśród tras pod względem trudności, ale ta przez góry Psiloritis do wioski Gergeri przebiła wszystko. Jechaliśmy półką wykutą w skale. Wąską półką, bardzo wąską- na jeden samochód (a czasami wydawało się, że jeszcze węższą). Były takie miejsca, że ja nie mogłem otworzyć drzwi od samochodu, bo blokowała je pionowa skała, a Jagoda bała się otworzyć swoje bo by spadła w przepaść. Nawierzchnia w sumie nie była najgorsza, ale jakby w tym miejscu cokolwiek stało się z samochodem- mielibyśmy poważny problem. Żonka była tak zestresowana, że gdy zatrzymywałem się na sesję zdjęciową bała się wyjść na zewnątrz- z tej trasy mamy tylko zdjęcia przez otwartą szybę. Szlak wiódł nas przez kilkanaście kilometrów, a jego przejechanie zabrało nam około godziny. W końcu ukazał nam się widok na równinę Messara, ale była ona jeszcze daleko, daleko w dole. Asfalt na drodze powitaliśmy z radością, choć droga dalej była- delikatnie mówiąc- kręta. W końcu dojechaliśmy do Gergeri, a następnie skierowaliśmy się do Ano Zaros. Tu nad niewielkim jeziorkiem Botomou (nieustające pozdrowienia dla Hani 404) w jednej z dwóch tawern uzupełniliśmy zapasy cukru (lody i frapka). Potem dalej w drogę do Gortyny. Obok Knossos i Malii to był najważniejszy ośrodek kultury minojskiej, potem stolica prowincji rzymskiej obejmującej swym zasięgiem całą Kretę i dzisiejszą Libię pod nazwą Cyrenejka. To tutaj rośnie podobno najstarszy platan na Krecie. I tutaj spotkaliśmy przesympatycznego Greka, który gdy tylko dowiedział się, że jesteśmy z Polski zapałał do nas ogromną sympatią (gdyby nie jego wiek i niewątpliwie szczere intencje pewnie dałbym mu w twarz- tak przytulał moją żonę). Opowiedział nam historie Gortyny, powiedział jak trafić do świątyni Apolla i Pretorium i dał nam na pamiątkę coś niezwykłego- korę z najstarszego platanu. Mówił, abyśmy głęboko ją schowali i pamiętali o tym miejscu- na pewno będziemy! Potem Pretorium- serce rzymskiej stolicy prowincji w sercu doliny Messara- dosłownie słyszałem i widziałem przechodzących Rzymian, przejeżdżające rydwany- przed dwoma tysiącami lat zamieszkiwało tu ponad 20.000 ludzi! Teraz są to ruiny wśród oliwnych gajów.
      Już mieliśmy wracać do Ambelosa, ale jeszcze naszła mnie myśl, by udać się do Lendes- podobno najdalej wysuniętej miejscowości na południu Europy. Początkowo płasko przez Messarę, potem przebijamy się przez kolejny masyw. Czterdzieści dwa kilometry (według drogowskazu) pokonujemy w około półtorej godziny. Lendes to na pewno nie miasto, nawet nie miasteczko, a niewielka wioska składająca się z kilkudziesięciu biało-niebieskich domków położona w urokliwej zatoce. W niewielkiej odległości znana dosyć „skała słonia”- niewielka skalista wysepka, której wygląd naprawdę przypomina stojącego słonia. Lendes to zapomniane miejsce na Ziemi- ostoja spokoju. Jeżeli ktoś chce się odciąć od cywilizacji to tylko tutaj. Dalej na południe nie ma już nic- tylko morze i ... Afryka. Tutaj można zapomnieć o wszystkim i delektować się ciszą i widokami (jeszcze jak długo?).
      Droga powrotna do Heraklionu zajęła nam o dziwo niecałe 2 godziny (Od Agia Deka do stolicy prowadzi niemalże autostrada). W hotelu byliśmy około dwudziestej. Brzuszki dawały znać o sobie, więc po krótkiej kąpieli w basenie na wieczorny posiłek to tawerny Votsalo- chyba najbardziej „tubylcza” wśród usytuowanych przy plaży w Agia Pelagia. W każdym razie ośmiorniczka była wyśmienita.
      • barbelek Re: Część VI 10.08.08, 21:06
        Z uwagi, iż to nasza ostatnia noc w Agii udajemy się jeszcze do tawerny Vasilis-
        chłopaki i Jagoda lody, ja nie mogłem się oprzeć podawanej tutaj raki- dwa
        kieliszeczki wlać w siebie musiałem- pyszne!!. Potem, już około północy powrót
        do Ambelosa. To już tydzień minął – jutro przemieszczamy się na zachód.
        Akriotiri, Stavros, Georgia-Vicky- znane sprzed roku rejony.
      • hania_404 Re: Część VI 11.08.08, 13:58
        barbelek napisał:

        >> . I tutaj spotkaliśmy przesympatycznego Greka, który gdy tylko
        dowiedział się,
        > że jesteśmy z Polski zapałał do nas ogromną sympatią (gdyby nie
        jego wiek i ni
        > ewątpliwie szczere intencje pewnie dałbym mu w twarz- tak
        przytulał moją żonę).




        oj tak, niestety z powodu tego Greka boje sie jezdzic do Gortyny
        samasmile))))

        cudnie barbelku, cudnie.... Kostatsa w Zaros pewnie nie
        wyczailiscie, ale zjazd gorami do Gergeri - to szacuneczeksmile)))
      • d.biel Re: Część VI 11.08.08, 19:56
        Barbelku, wydaje mi sie, ze spotkaliśmy tego samego starszego przewodnika w
        Gortynie. Pała chyba ogromną miłością do wszystkich Polaków. Nam opowiadał, iż
        zimą wybiera się do Czestochowy. Wypytywał jak u nas zima wyglada i czy zimno.
        Bardzo miły człowieksmile
        Pozdrawiam
        Dominika
    • barbelek Część VII 15.08.08, 20:56
      Ostatnia pobudka w Agia Pelagia. Chłopki zmęczeni wczorajszą wycieczką śpią sobie smacznie choć już 9.30 minęła. Ostatnia kawa na tarasie. Powoli za pakowanie czas się wziąć. Bagażu jakby więcej, bo część zakupo-prezentów już dokonana. Jeszcze ostatnie chwile na basenie (miało już być bez „fizjologii”, ale w tym ostatnim dniu pierwszego tygodnia wakacji na Krecie właśnie na basenie odnowiła mi się kontuzja kręgosłupa, co miało dosyć istotne znaczenie, jeżeli chodzi o intensywność dalszego zwiedzania). Praktycznie do końca urlopu ból pleców był moim najwierniejszym towarzyszem. Kontuzja-kontuzją a nasze plany muszą być przecież kontynuowane. Około południa więc do samochodu i dalej na zachód. Z Agii Pelagi „Narodową” kierujemy się w stronę Chani. Po przejechaniu ok. 30 km zbliżamy się do Bali. Tutaj może ze 2 kilometry przed zjazdem do miejscowości znajduje się „nasz” przydrożny bar. Nasz- gdyż tutaj w zeszłym roku zjedliśmy nasz pierwszy i nasz ostatni posiłek na Wyspie. Każdy, kto jechał National Road z Heraklionu na zachód zapewne widział ten bar. Rozciąga się z niego prześliczny widok na Bali, Zatokę Bali i półwysep Korakias. Pora jeszcze zdecydowanie nie na posiłek, ale lody i frappe są zdecydowanie dobrze widziane. Po kilkudziesięciu minutach znów do naszej Kii i w dalszą drogę. Powiedziałem sobie, że nie będę się spieszył (z Manolisem umówiłem się, że będziemy ok. 16-tej), ale noga sama depcze pedał gazu- coś nas gna do naszego ukochanego Georgia-Vicky. Ani się oglądnęliśmy, a już z prawej strony zniknął nam Rethymnon. Kilkanaście minut (no może około dwudziestu) potem mijamy zjazd na Georgioupoli. Następne kilkanaście kilometrów i już widzimy płaskowyż Aptery i górującą nad nim turecką twierdzę. Jesteśmy już prawie w domu, już widać Akriotiri! Pierwszy zjazd na Soudę przed nami, więc czas najwyższy skręcić. Ta droga jest już nam doskonale znana- w końcu w zeszłym roku co najmniej kilkadziesiąt razy tym odcinkiem przejeżdżaliśmy. Jakby trochę domów przybyło, jakby trochę inwestycji w drodze, ale poza tym nic się nie zmieniło. W Horafakii w naszym ubiegłorocznym, sklepie drobne zakupy chcieliśmy zrobić, więc się zatrzymujemy. I tu radość i niespodzianka wielka. Nie było nas rok, w tym czasie tysiące turystów przez sklep się przewinęło, ale właściciel rozpoznał nas i powitał z uśmiechem „od ucha do ucha”- „Oh hello, nice to see you again”. Niby takie nic, a cieszy strasznie- przyjechaliśmy do domu smile. Z Horafakii już „rzut beretem” do Stavros. Już doskonale widać majestatyczny Vardires- Górę Zorby (jeszcze do niej wrócę). Mijamy wioskę, skręcamy w lewo, potem znowu w lewo i dalej w prawo- „sweet home Georgia-Vicky”. Coś się tu zmieniło- tak - hotelik jest odmalowany- zmienił barwę na ceglaną. Za to Manolis nic się nie zmienił- uśmiechnięty, przemiły, wita nas od progu i od razu zaprasza do swojego biura. Kilka minut rozmowy przy soku i kawie. Okazało się, że nasz gospodarz zrobił nam niespodziankę przygotowując dla nas ten sam apartament co w ubiegłym roku- number sixteen. W lodówce oczywiście butelka wody i butelka wina, ale wino już nie (jak w zeszłym roku) w plastikowej butelce. Wino w ciemnej, szklanej, zakorkowanej, z nalepką Georgia-Vicky i napisem: „ As a reminder for yourself stay in the apartments Georgia-Vicky. We give you this wine which is a production from our excellent farm. Manolis Koutrakis”. Dla nas to miejsce jest naprawdę takim rajem na ziemi. Szybkie rozpakowywanko i oczywiście na basen- nic się nie zmieniło- duży, czysty, zadbany, otoczony prześlicznym ogrodem. Zbliża się wieczorek, więc trzeba udać się na posiłek. Z zeszłego roku bardzo dobrze wspominamy tawernę Karama w Kalathas- i tam też się udajemy. Faktycznie z czystym sumieniem mogę polecić to miejsce. Piękne widoki z tarasu na Zatokę Chani i półwysep Rodopu, świetne jedzenie i dobre ceny. Tutaj spotkała nas dodatkowa atrakcja- może z 200 metrów nad nami przeleciał samolot systemu wczesnego ostrzegania AWACS ( to takie duże coś ze skrzydłami i talerzem na dachusmile). Powrót do Georgia już po ciemku. Tu oczywiście basen i wielka niespodzianka. W basenie dosyć duża grupka rodaków. Po krótkiej rozmowie okazało się, że oni z Łodzi tu przybyli , że wspólną znajomą mamy( EwaMałgorzata nic mi nie powiedziała), która ich na Grecję namówiła i podobno między innymi przez moje ubiegłoroczne wynurzenia zdecydowali się na Stavros. Są tu już tydzień i czasu nie zmarnowali. Zwiedzali i wypoczywali intensywnie, a ja chciałem zaszpanować znajomością okolicy smile. Aniu, Marku (i pozostali oczywiście też) pozdrowienia dla Was nieustające. Przemiły był ten tydzień. Chyba jednak odpuszczę opis jednego z następnych wieczorów, skąd inąd przesympatycznego, gdy chyba tylko przy zwrocie „Dasz Bór” nie plątał mi sie język smile.
      Po basenie jeszcze taras. Taras z widokiem na morze. W końcu upragniony szum fal i światło księżyca przecinające powierzchnię morza. Tego widoku nie da się opisać. Tego nam brakowało. Zdecydowanie to jest miejsce, do którego chcemy wracać. Sweet home Georgia-Vicky.
      • lavvendowa Re: Część VII 15.08.08, 22:19
        Hihi, chyba plątał, bo to jest zdecydowanie "DARZ bór"smile

        Barbelku, widzę, że mój męzuś tu się rankiem zalogował i Cię popedzał. Tak się
        napalił na Kretę i MAnolisa, że nie wiem, co bedzie z moim wymarzonym wyjazdem
        na Karpathosuncertain
        Ale faktycznie, piszesz boskosmile

        (czy na tym pólwyspie nie nazbyt hałąsują samoloty?)
        • barbelek Re: Część VII 16.08.08, 23:26
          No faktycznie plamę dałem, ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że w
          moich stronach w "tych" sytuacjach mówi się "za tych co na morzu". Teraz będę
          pamiętał- Darz bór. dziękismile
      • annad.k Re: Część VII 15.08.08, 23:33
        Krzysiu,tym fragmentem swych pełnych czaru wspomnień wyciągnąłeś mnie do
        tablicy.Już nie mogę poprzestać na czytaniu Twoich, jakże barwnych relacji, ale
        muszę się włączyć do dyskusji.To właśnie dzięki naszej wspólnej przyjaciółce -
        EwieMałgorzacie i Twoim pięknym wspomnieniom z ubiegłego roku wylądowaliśmy na
        Krecie (w grupie liczącej 11 osób ), w przeuroczej Georgia-Vicky.Niewątpliwie,
        były to jedne z najbardziej udanych wakacji- widoki zapierające dech w
        piersiach, przesympatyczni Grecy , zachwalana już wcześniej Georgia - Vicky i
        jej przesympatyczny właściciel - wyliczaniu nie ma końca.
        Tak więc korzystam z okazji i pozdrawiam Ciebie i Twoją rodzinkę , dziękując
        jednocześnie za te barwne opisy miejsc, które również mieliśmy okazję
        odwiedzić, a teraz możemy do nich niejako powrócić.
        Ania ( Marek i pozostali członkowie naszej ekipy przesyłają gorące pozdrowionka)
    • barbelek Część VIII 16.08.08, 23:30
      Oj. kręgosłup naprawdę daje się we znaki. Ale tu- w tym klimacie i w tym miejscu jakoś tak znacznie łatwiej te cierpienia przeżyć. Dziś żadnej poważniejszej wycieczki nie będzie, więc dla wszystkich luzik. 9.30 czasu polskiego, a 10.30 tutejszego- a chłopaki śpią. Kawa i jogurt z miodem tymiankowym na słynnym już tarasie we dwoje. Ciepło, widok cudny, fale uderzające o skały, aż chce się zacytować Amigo: „ k... jak tu pięknie!”. Zapomniałem napisać, że w drodze do Stavros w przydrożnym straganie nabyliśmy dwie siatki „kreteńskich” pomarańczy, więc po obudzeniu chłopaki mają co robić. Soczek wyśmienity! ( Ja wiem, że powtarzam to samo co w ubiegłym roku, ale co ja poradzę, iż tu- we wspaniałym GV to są tak cudowne przeżycia). Dobra - igraszki szkodników w basenie już sobie daruję.
      Po południu udajemy się do Chani. Czas największego upału już minął, więc turystów sporo. Pomimo tego łażenie po uliczkach starego miasta, zaglądanie do sklepików, lody i frapka w jednej z kafejek- nawet pomimo naprawdę dużego bólu pleców sprawiają frajdę. Chania to drugie miasto na Krecie pod względem liczby ludności. Osłonięta od wchodu półwyspem Akriotiri, leży na miejscu antycznego miasta greckiego Kydonia. Kydonia często walczyła z miastami Krety środkowej i wschodniej- głównie z Knossos i Gortyną. Jednak największy rozkwit miasto przeżyło w okresie Bizancjum. Wenecjanie w 1252r utworzyli tutaj prężny port handlowy, a samo miasto nazwali La Canea (w nawiązaniu do Chania- bo tak przemianowali antyczną Kydonię Grecy bizantyjscy utworzywszy tę nazwę od pobliskiej miejscowości Alchania). W 1645r., po trwającym 55 dni oblężeniu miasto zdobyli Turcy. Do 1971r. Chania była stolicą Krety.
      Wieczór zbliża się nieubłaganie, więc czas wracać na Akriotiri. Dziś będziemy biesiadować w Zorbasie- miłej rodzinnej tawernie, gdzie naprawdę smacznie można zjeść. Ale niestety tutaj zdarzyła się najbardziej przykra przygoda tych wakacji. Tuż po zamówieniu potraw, ze względu na naprawdę upierdliwe komary postanowiłem pojechać do GV po Raida. Wsiadłem do samochodu i zacząłem cofać. Kto był w Zorbasie ten wie- przed knajpką na środku parkingu rośnie takie za.., wielkie drzewo, naprawdę wielkie, a ja go nie zauważyłem. Usłyszałem tylko nawet nie głośnie „puk” i ... tylną szybę Kii szlag trafił. Wiem- d..pa nie kierowca- nie mam nic na swoje usprawiedliwienie (no może te naprawdę bolące plecy).
      Nie chcę teraz, by zabrzmiało to jak kryptoreklama, ale Autoway to firma z klasą. Telefon do Neronki (bez owijania w bawełnę powiedziałem prawdę co się stało), po 15 min. telefon zwrotny z informacją, bym następnego dnia w miarę rano był w Rethymnonie w biurze firmy- samochód będzie wymieniony. Tak uspokojony mogłem zasiąść do konsumpcji. Potem powrót do Georgia, wieczorne basenowanie (aczkolwiek moralniak przez cały czas był wielki- tak wielki jak to drzewo, którego nie zauważyłem). Ale oczywiście nocny pobyt na tarasie z widowiskiem światło i dźwięk ukoił troszkę moje nerwy. Jutro czeka mnie samotna droga do Rethymno- trochę głupio przed Grekami z taką kolizją. Ale trzeba być twardym- nie miętkim (to specjalnie)- sam sobie w końcu to piwo nawarzyłem i sam je wypiję.
    • barbelek Część IX 14.10.08, 20:07
      Oj prawie dwa miesiące (bez dwóch dni) nic nie napisałem, a opowieść przecież trzeba dokończyć. Więc mocno spóźniony staram się nadrobić zaległości. Wybaczcie proszę. Poniżej ciąg dalszy wakacyjnych wspomnień: No to jadę wypić to nawarzone piwo. Ze Stavros wyjechałem dosyć wcześnie, bo o 7.30- chciałem na spokojnie dojechać do Rethymno na ok. 9.00, a bez tylnej szyby trochę dziwnie się jeździ. Droga prosta, znana doskonale, tak więc pomimo feleru problemów żadnych nie było. Biuro Autowaya znajduje się przy ulicy tuż przy morzu (Venizelou str.) około dwóch kilometrów na wschód od portu. Gdy się przedstawiłem naprawdę miły Grek zadał mi oczywiste pytanie: „Kristof- how you do it?”. No właśnie: jak ja to zrobiłem? do tej pory się nad tym zastanawiam. Na usprawiedliwienie wręczyłem przywiezioną z Polski żubrówkę. Lody przełamane. 15 minut potem nowa, tym razem srebrna Kia została podstawiona. Jeszcze parę zdań, życzenia fajnych wakacji i moja obietnica, że już się to nie powtórzy i w drogę powrotną. A w „domu” moi oczywiście na basenie. Nowy samochód to i nowe wyzwania. Pojedziemy sobie dziś na Elafonissi. Ale trasa inna niż w ubiegłym roku- wzdłuż zachodniego wybrzeża.
      Więc około 13.00 w samochód i za zachód. Jedziemy sobie przez Chanię, która o tej porze dnia wydaje się prawie pusta- toć to w końcu największy upał i wszyscy się chowają do klimatyzowanych pomieszczeń. Na szczęście klimatyzacja w nowo odebranym samochodzie działa bez zarzutu, więc upał nam nie przeszkadza. Po około godzinnej jeździe (bardzo spokojnej) dojeżdżamy do Kissamos. Tutaj krótki przystanek na codzienne lody i Frapkę (oj jak fajnie tak ochłodzić swój organizm). Dobra- koniec tego dobrego. Rodzinka poganiana przeze mnie niechętnie wsiada do samochodu. Od Kissamos kierujemy się już na południe. Dojeżdżamy do Platanos. Mniej więcej od tej miejscowości zaczyna się piękna, urokliwa, stara droga na Elafonisi. Znów półka wykuta w skalnej ścianie pokryta asfaltem. Mnóstwo zakrętów, zjazdów, podjazdów. Droga dosyć wąska, stąd prędkości nie da się dużej osiągnąć. Zresztą po co? Widoki tak śliczne, że(po raz to który na Krecie) brak tchu w mych męskich piersiach. Raz błękit, raz lazur morza, raz cudna zatoka, to znów straszna przepaść. Po drodze senne wioski, gdzie niegdzie opuszczone domostwa. Faktycznie trasa niezwykła widokowo. Mijamy Sfinari, Berbathianę, Amygdalokefali, Simartitranę (specjalnie właśnie nazwy tych miejscowości wybrałem, żebyście sobie języki połamaliwink. Ktokolwiek chce pocieszyć oczy widokami- tą drogą musi przejechać. Kilka kilometrów przed plażą w przydrożnej budce moje wytrawne oko konesera dostrzegło oferowane do sprzedaży Racomelo (dla niewtajemniczonych- ichni świetny bimberek raki z miodem i ziołami), w związku z tym zatrzymać się musiałem i w cenie 10 euro nabyłem litrową butelkę tej używki (do spożycia w Polsce na chłodne jesienne wieczory). W końcu udało się dojechać, zaparkować i rozlokować tuż przy samym morzu. Trochę tu się od ostatniego roku zmieniło- przede wszystkim przybyło parę kilometrów asfaltu. Poza tym laguna zdecydowanie się spłyciła. Ludzi na szczęście nie było zbyt dużo. Wiatr (podobno jak zwykle na Elafonisi) wiał ostro, ale nie przeszkadzał zbytnio. Około dwóch godzin upłynęło na opalaniu i baraszkowaniu w wodzie. Dopiero teraz rodzince ujawniłem swój skrywany plan: aby zjeść kolację musimy troszkę wcześniej wyjechać z Elafonisi, gdyż posiłek przewidziałem dopiero w Paleochorze, a tam dostać się możemy tylko przez góry. Familia (o dziwo) nie oponowała, więc zwijamy sprzęt i do samochodu. Po kilku kilometrach drogowskaz z napisem „Paleochora 37km”; drogowskaz wielki, skrzyżowanie też asfaltowe, więc nie może być źle. Ale przecież to Kreta: po przejechaniu kilkudziesięciu metrów zaczyna się szutr, następne kilkadziesiąt metrów i droga się rozwidla, ale tu już żadnego drogowskazu nie ma. Więc „na oko” trzeba się kierować. Kilkaset metrów dalej znów rozwidlenie drogi i znów brak jakiejkolwiek wskazówki jak jechać dalej- jedziemy więc „na czuja”. Takich rozwidleń po drodze było jeszcze przynajmniej kilka. Droga ciężka i trudna, dużo stromych podjazdów, bardzo wiele ostrych zakrętów. nawierzchnia zła i … bardzo zła. Za to widoki!!!. Elafonisi z „lotu ptaka” (z wysokości około 800 metrów) wygląda zabójczo. A droga pnie się przecież przez góry południowej Krety. Mijamy niewielkie wioski Papadiana, Skavopoulo i Agia Theodori. Odcinek około 30 km pokonujemy w imponującym czasie 50 minut- wtedy dopiero dojeżdżamy do asfaltu. Jeszcze kilka kilometrów w dół, potem wzdłuż morza i jesteśmy w Paleochorze. Niewielkie, nawet urokliwe miasteczko. Wszyscy głodni więc znajdujemy tawernę i zamawiamy posiłek. Widok mamy prześwietny: słońce akurat chyli się ku zachodowi, a my pierwszy raz widzimy zachód ze strony południa wyspy- nasza dzienna gwiazda powoli chowa się za górami przybierając coraz bardziej czerwony kolor. Aparat sam wychodzi z futerału, więc zdjęć dużo. Cudne widoki, pełne brzuszki, ale niestety czas wracać do domu. Jedziemy już po ciemku. Pierwsze parę kilometrów drogi z Paleochory na północ daje nadzieję na naprawdę komfortową jazdę: szeroka ulica, nowo położony asfalt. Ale jak mawia przysłowie „nadzieja matką…”. Kilka kilometrów dalej cała prawda wychodzi na jaw: trasa jest w remoncie. Ale taki dziwny ten remont, bo co kilka km odcinki kilkusetmetrowe rozkopane, z zerwanym asfaltem, z dziurami. Wbrew pozorom ciężka trasa, tym bardziej robiona w całkowitych ciemnościach. Przejechanie odcinka od Paleochory do National Road (pomiędzy Kissamos a Maleme) zajęło nam dobrą godzinę. W końcu Droga Narodowa i tu pełny gaz. W Soudzie na lewo, na Akriotiri i po 20 minutach jesteśmy już w domu. A tu basenik „by night”, drink na tarasie, fale, cykady….ach życie!!!.
      • andre-50 Re: Część IX 15.10.08, 18:51
        Bardzo fajna trasa jeśli chodzi o szutrową drogę z Elafonisi , przecudne widoki
        , pustkowie i cisz coś wspaniałego i nasza Kia pięknie pokonała tę trudną trasę
        bez zarzutu , polecamy każdemu kto lubi jazdę po bezdrożach Krety . I masz rację
        odpoczynek w Stavros był piękną nagrodą za trudy podróży , czerwone wino i
        cykające cykady , coś pięknego , a wieczorem kąpiel w naszej zatoczce , super
        .Pozdrawiamy Ania i Andrzej
    • barbelek Część X 15.10.08, 21:41
      Z uwagi, iż czas w Stavros spędziliśmy znacznie spokojniej, mniej jeżdżąc, a więcej wypoczywając, ilość części nie będzie zgadzała się z ilością dni spędzonych na Krecie. Zaznaczę tylko, iż dzień po wycieczce do Paleochory był raczej sielski i niemęczący. Pokręciliśmy się tylko trochę po Akriotiri (głównie po wschodniej części półwyspu, która była wcześniej przez nas nieodkryta), a wieczorkiem wybraliśmy się do Chani. Pomimo olbrzymiej ilości turystów starówka robi naprawdę magiczne wrażenie.
      Za to następnego dnia czekała nas znów dosyć daleka wycieczka. Po porannym rytuale śniadania na tarasie i basenowania wsiadamy do samochodu i kierujemy się na wschód w okolice Rethymnonu. Przyznać muszę, że trasę tej eskapady zgapiłem wprost z przewodnika Marco Polo (z małymi odchyleniami od oryginału). I naprawdę jest warta polecenia. Do szczegółów więc. Jak zwykle ze Stavros prujemy przez Półwysep Akriotiri, aby wbić się w National Road. Tam skręcamy na wschód przez cały czas cisnąc gaz do oporu. Tuż za Rethymnonem skręciliśmy w prawo, kierując się na drogowskazy prowadzące do Moni Arkadi. Lecz z głównej trasy po kilku kilometrach odbiliśmy w prawo, szukając wioski Marulas, która słynie podobno z tego, iż nowi mieszkańcy- w większości bogaci Anglicy prześlicznie odremontowali stare kreteńskie domy. Czy prześlicznie?- to kwestia gustu. Niektóre z nich to dla mnie klasyczny przykład kiczu, ale niektóre naprawdę robią wrażenie. Lecz największe wrażenie zrobiło coś, co nie było opisane w przewodniku. A mianowicie- oczywiście przez przypadek, gdyż rodzinny pilot pomylił drogi- trafiliśmy do niezwykle pięknie położonej tawerny o nazwie Panorama. Znajduje się ona znacznie powyżej Marulas. Wybudowana została na szczycie góry, z której roztacza się imponujący widok na północne wybrzeże. Z wysokości kilkuset metrów i odległości kilkunastu kilometrów majaczy Rethymno z twierdzą Fortezza. Poniżej cudowne morze mieniące się kilkoma przynajmniej odcieniami błękitu. Ach- cóż by to było za przeżycie zjeść tu kolację z widokiem na zachodzące słońce!. Ale niestety jest około południa, więc tylko lody i frapka, ale naprawdę warto było nieco zbłądzić.
      W końcu udało nam się trafić na właściwą drogę i dojechaliśmy do Moni Arkadi. Z parkingu przed klasztorem przepiękny widok na Psiloritis się rozciąga- naprawdę zafascynowały mnie te podwójne szczyty, te minojskie rogi. A samo Moni Arkadi- no cóż przecież to jedna z turystycznych ikon, jedno z miejsc, które trzeba zobaczyć. Ale jadąc tam warto i trzeba zapoznać się z historią tego miejsca, tak znacznie lepiej można przeżyć magię tego miejsca (a jest to niewątpliwie magiczne miejsce). W takim razie trochę historii: Klasztor został założony w XIII wieku przez mnicha o imieniu Arkadios niemalże u stup północno-zachodniego zbocza góry Idy. Z uwagi na swoje położenie w miejscu trudno dostępnym spełniał rolę strategiczną w czasie walk Kreteńczyków przeciwko Turkom. W 1866 w tym miejscu rozegrało się najbardziej znane wydarzenie w historii walk o niepodległość Krety. W klasztorze schroniło się około 1000 wyspiarzy, przeciwko którym armia turecka wystawiła 15.000 żołnierzy. Po dwóch dniach bohaterskiej, ale z góry skazanej na niepowodzenie obrony klasztor został zdobyty przez Turków. Ale bilans ofiar był olbrzymi, gdyż obrońcy w momencie nieuchronnej kapitulacji podpalili beczki z prochem, aby dzięki wybuchowi choć część z nich mogła uciec , unikając hańbiącej niewoli. Dobrowolna śmierć wielu Kreteńczyków stała się symbolem niezależności i ruchu oporu Krety. A Gabriel- bohater z Igoumenitesa, który zapalił lonty okrył się wieczną chwałą.
      Klasztor z pewnością trzeba zobaczyć. W każdym miejscu budowli czuć historię i magię miejsca.
      Z Moni Arkadi udajemy się do Eleftharny. Ruiny i stanowiska archeologiczne stanowią kolejny dowód na przebogatą historię wyspy. Prowadzone tu prace archeologiczne ujawniły ślady osadnictwa od czasów hellenistycznych, przez rzymskie, aż do bizantyjskich. Nieco na uboczu znajduje się niewielki cmentarz z przepięknym kościółkiem, przypominającym nieco ten z Fodele. Kolejnym etapem naszej podróży jest garncarska wioska Margarites. Prześlicznie położona na zboczu, tonąca w zieleni kusi możliwością oglądania od środka warsztatów produkujących tradycyjną kreteńską ceramikę. W każdym z nich można zakupić wytworzone produkty, stąd też nie mogliśmy oprzeć się dwóm niewątpliwej urody filiżankom do kawy (w cenie 3 euro za sztukę). A ceny produktów co najmniej o 50% są niższe od takich samych oferowanych w bardziej komercyjnych miejscach.
      Po zwiedzeniu Margarites swoje kroki kierujemy do jaskini Melidoni. Jaskinia zrobiła na nas naprawdę wielkie wrażenie. Podobno przez cały czas panuje tu stała temperatura 18 stopni Celsjusza. Do jej wnętrza schodzi się po kilkudziesięciu wykutych schodach. Na dole widać jej ogrom. Kolorystyka ścian, ukształtowanie stalagmitów i stalaktytów są niesamowite. Jak większość tego typu miejsc, także i to ma swoją historię: Turcy w 1823 roku zabili tu 370 kobiet i dzieci, szukających schronienia. Fakt ten upamiętnia stojący na dnie sarkofag.
      Czas nieubłaganie płynie, więc powoli czas kończyć naszą dzisiejszą wycieczkę. Ale po drodze do Stavros zjeżdżamy jeszcze w okolice jeziora Kournas. Tu w jednej z typowo „tubylczych” tawern spożywamy niezapomniany posiłek. Niezapomniany zarówno ze względów kulinarnych (jedzenie zdecydowanie nie pod turystów, a pod swoich, a pasticcio wprost wyborne), jak również widokowych- z knajpki rozciąga się wspaniały widok na jezioro. Poza tym mieliśmy niewątpliwą przyjemność oglądania scen z życia Kreteńczyków- dwóch mocno starszych panów rozmawiając ze sobą zajmowało się chyba półtoraroczną dziewczynką. Panowie wyposażeni w tradycyjne laski i długie brody ostro między sobą dyskutując, diametralnie zmieniali swoje miny (na bardzo łagodne), gdy tylko dziecinka do nich podchodziła. Naprawdę sympatyczny widok.
      Po świetnym posiłku i dalszych kilkudziesięciu kilometrach dojechaliśmy do Georgia Vicki. A tam nasz własny, mały raj…
    • barbelek Część XI i ... ostatnia 16.10.08, 21:32
      Czas biegnie nieubłaganie, a w okresie wakacji stanowczo za szybko, Już tylko
      trzy dni zostały do powrotu. Z różnych względów nie planujemy już żadnych
      większych wypraw. Pozostał nam ostatni „punkt programu”, który MUSIMY zaliczyć.
      Wielokrotnie rozmawialiśmy o tym miejscu z Jagodą przed urlopem: Askifou i
      Muzeum Wojny. To jest jedno z takich miejsc, do których chce się wracać.
      Wielokrotnie żałowaliśmy, że będąc tam w ubiegłym roku wpadliśmy tylko
      przelotem, że nie usiedliśmy, nie porozmawialiśmy dłużej z przesympatycznym p.
      Andreasem Hadzidakisem. Tam musieliśmy wrócić. Niestety wczoraj od naszych nowo
      poznanych znajomych z Łodzi (którym „sprzedaliśmy” to miejsce) dowiedzieliśmy
      się, że gospodarz Muzeum nie żyje. Była to dla nas naprawdę smutna wiadomość i
      potwierdzenie powiedzenia, że nie należy pewnych rzeczy odkładać na później.
      Więc w nieco smutnych nastrojach zapakowaliśmy się w samochód, zabierając ze
      sobą zarówno pieczołowicie przechowywaną butelkę polskiej Żubrówki, jak i kilka
      wywołanych zdjęć z ubiegłorocznego tam pobytu. Droga do Sfakii jest naprawdę
      dobrej jakości i biegnie uroczymi zakątkami Gór Białych, które pokochałem od
      pierwszego wejrzenia. Dolina Askifou jest tak charakterystycznym miejsce na
      trasie, że każdy musi ją zauważyć: olbrzymia dolina pośród szczytów górskich z
      ruinami potureckiej twierdzy. Przed wioską przy drodze swoje miejsce znalazły
      dwie tawerny na palach, z których widok na Levka Ori i dolinę jest
      niepowtarzalny. Samochód zaparkowaliśmy tuż przy Muzeum. Niewiele się tu
      zmieniło od ostatniego roku. Z uczuciem lekkiego niepokoju wchodzimy do środka:
      jak tu będzie bez zmarłego gospodarza? Wewnątrz wita nas młoda kobieta. Od razu
      mówimy, że byliśmy tu w zeszłym roku, że przez cały czas planowaliśmy powrót w
      to miejsce. Przekazujemy souveniry, opowiadamy o zeszłorocznym pobycie.
      Katarina- jak się okazało wnuczka p.Andreasa ze wzruszeniem słucha naszych słów
      i przyjmuje prezenty. Potwierdza smutną wiadomość, że jej dziadek zmarł w
      grudniu 2007r. Teraz ona i jej ojciec przejęli schedę i opiekują się Muzeum.
      Częstuje nas ciastkami i własnoręcznie pędzoną raki. Samo Muzeum niewiele się
      zmieniło, wprawdzie przybyło kilka eksponatów (m.in. wydobyte z dna morza w
      okolicach Sfakii działo z tureckiego okrętu, datowane na 1777r.), ale czas jakby
      się tu zatrzymał. Pomimo wszystko, gdzieś głęboko w sercu czuję, że to miejsce
      bez śp. Andreasa Hadzidakisa nie jest i nie będzie już takie same. Czas upływa
      na naprawdę dokładnym oglądaniu eksponatów i rozmowie z Katariną. W wielu
      miejscach przymocowane są kartki z napisem „please don’t touch” , ale gospodyni
      sama zachęca do brania w ręce tego co nas interesuje. A jest na co patrzeć i co
      dotykać. Naprawdę- każdy kto kieruje się w rejon Sfakii musi tu zajrzeć.
      Niestety, pora kończyć wizytę. Wychodzimy z postanowieniem, że w czasie
      kolejnego pobytu na Krecie na pewno tu wrócimy.
      Pora już obiadowa, więc swe kroki (a raczej koła samochodu) kierujemy w kierunku
      jednej z tawern na palach. I jest to kolejne miejsce, które polecam zarówno ze
      względu na świetną kuchnię (duszony królik wprost rozpływał się w ustach, a
      stifado było niesamowite), jak i na widoki. Po świetnym posiłku wróciliśmy do
      Stavros. Ostatnie dwa dni przeznaczyliśmy już tylko na odpoczynek i wypady do
      Chani na zakupy.
      Czternaście dni na Wyspie upłynęło jak mgnienie oka. W ciągu dwóch
      dwutygodniowych pobytów przejechaliśmy po niej ponad 5.000 km. I jasna cholera
      mnie bierze na myśl o tym ile tam jeszcze ciekawych miejsc zostało do
      zobaczenia. Ze względu na uraz kręgosłupa nie zrealizowałem swoich planów:
      pieszej wycieczki do Moni Katholikou i dalej do morza oraz także pieszej wyprawy
      od parkingu przy Balos na sam koniec Półwyspu Gramvousa. Nic to- miejsca te
      poczekają do następnego razu. Nie udało się zajrzeć do Zakros, Kato Zakros,
      Xerokambos, Matali, Agia Galini, Loutro, Agia Roumeli , Gavdos i paru innych-
      to także przed nami.
      Bez wątpienia miejsce, które ukochałem to Stavros z niezrównaną Górą Zorby-
      Vardires i hotelem Georgia Vicki , z którego okien cudny rozpościera się widok
      na majaczące w oddali Levka Ori. Tak, dla mnie Kreta jest tym miejscem, do
      którego zawsze będę chciał wracać. Aczkolwiek w przyszłym roku w inną cześć
      Ellady pewnie skierujemy swe kroki. Lecz wrócę tu na pewno. Więc ciąg dalszy
      wspomnień o Wyspie za jakiś czas nastąpismile

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka