Dodaj do ulubionych

Ateny i Lesvos 2008- małe opowieści

02.11.08, 18:09
Z Grecji wróciłem już trzy tygodnie temu. Czas szybko biegnie, wiele
zajęć, wiele obowiązków. Rozpocząłem jednak spisywanie wrażeń z tego
wspaniałego czasu. Sukcesywnie będę się nimi z Wami dzielił. Powoli,
grafik na listopad niestety bardzo napięty. Może to jednak
lepiej?... Smakować raz jeszcze tamtych dni bez pośpiechu, jak
wina...Niech listopadową słotę rozprasza grecka muzyka a ja niech
powrócę!
Zapraszam Was w tę podróż.
Obserwuj wątek
    • tomaszkozlowski1 Podróż na Lesvos 02.11.08, 18:09
      Końcówka września. Warszawa. Noc. Taksówkarz gubi się w gęstej mgle.
      Terminal Etiuda? Gdzieś tu była droga…Na lotnisku wyczekiwanie.
      Wszyscy mają nadzieję, że mimo mgły samolot wystartuje bez
      opóźnienia. Znajomi lecą na rok na stypendium do epirockiego miasta
      Janena. Grupa obok wyrusza w rejs po Morzu Egejskim. Moim celem jest
      wyspa zwana Szmaragdową. Wyspa na skrzyżowaniu szlaków z Azji
      Mniejszej, Morza Egejskiego i Grecji kontynentalnej. Miejsce
      narodzin wielu wybitnych postaci- Safony, poety Alkajosa, słynnego
      przyrodnika starożytności- Teofrasta, śpiewaka Ariona...I
      nowożytnych- poety-noblisty Odiseasa Elitisa czy pisarzy, którzy tak
      pięknie pisali o swej małej ojczyźnie- Stratisa Mirivilisa czy
      Arjirisa Eftaliotisa. Wyspa dwóch światów- zielonych lasów i gajów
      oliwnych wschodu oraz księżycowych wulkanicznych krajobrazów zachodu.
      Lesbos, dziś wymawiana jako Lesvos. Przez Greków częściej zwana tak
      jak jej piękna stolica- Mitilini.

      Nad Helladą chmury. Sprawdza się jednak fenomen Aten- miasta, w
      którym ze względu na położenie w kotlinie i układ wiatrów- bardzo
      rzadko chmurzy się i pada dłużej niż przez kilka godzin. Tuż przed
      grecką stolicą chmury rozstępują się jak zaczarowane. Pode mną jak
      na dłoni wielkie białe miasto. Maleńki Akropol, zielone plamy
      Likavitosu i Filopapu. Morze z tysiącami białych grzywek. Grecy zwą
      je „provatakia”. „Owieczki”.

      Na ateńskim lotnisku spędzam kilka godzin w oczekiwaniu na samolot
      na wyspę. Świat jest naprawdę mały- spotykam koleżankę z liceum,
      która właśnie wraca z egejskiego rejsu. Kobieta sprzątająca stoliki
      w jednym z barów, bez wahania zrzuca okruchy na ziemię. Niepozorne
      pomarańcze po opuszczeniu sokowirówki gaszą swą słodyczą poranne
      zmęczenie. Z pokoju lotniskowych urzędników wydobywają się kłęby
      papierosowego dymu. Jestem w Grecji.
      W „Metropolis” wypatruję dvd „Nigdy w niedzielę” z niezapomnianą
      rolą Meliny Merkuri. Kupuję bez chwili namysłu- a nuż wykupią do
      czasu gdy będę wracał? Z megafonów wywoływane są nazwiska
      spóźnialskich pasażerów do Kavali.

      Lecący do Mitilini samolot „Aegean Air” jest niemal pełny. Starzec z
      drewnianym kosturem, młode eleganckie Greczynki, starsza kobieta
      wracająca od lekarza, studenci. Obok mnie sympatyczny Grek po
      czterdziestce. Kontaktowy, zagaduje pierwszy. Zaczynamy rozmowę. Za
      oknem jałowe góry Attyki, samolot kołuje na pas startowy. Żona
      Dimitrisa pochodzi z Mitilini i właśnie przenoszą się na wyspę na
      stałe. Prowadzą własny interes. Zmęczyły ich Ateny.
      -„Mitilini to zupełnie inna jakość życia”- mówi. Pod nami zielona
      Eubea, po kilku minutach spod skrzydła wyłania się tajemnicza
      Skiros. Stukamy się szklaneczkami z wodą, które podaje stewardessa-
      „stin ijja mas”, „na zdrowie” - uczę go po naszemu. ”Niech Twój
      czas na Mitilini minie dobrze”. Życzenie tego dobrego człowieka
      będzie moim dyskretnym przewodnikiem przez cały nadchodzący tydzień.
      Mija pół godziny lotu a my już lądujemy. Samolot zniża się a ja po
      lewej stronie jak na dłoni widzę górę Olimbos (tak, tak-Lesvos ma
      swój własny Olimp), amfiteatralnie rozłożone nadmorskie miasteczko
      Plomari, niemal zamkniętą zatokę Jera, zielone góry Kurteri i Amali.
      Żywozielone sosny, równe rzędy gajów oliwnych. W dali czerwone dachy
      miasta. Mitilini.

      Urokliwe prowincjonalne lotnisko. Po wyjściu z samolotu pasażerowie
      nonszalancko kroczą po płycie lotniska w stronę „terminalu”. Nikt
      nie pilnuje równego rządku. Bagaże podjeżdżają pod drzwi budynku i
      na naszych oczach wrzucane są na taśmę.

      Taksówką razem ze mną zabierają się jeszcze dwie Greczynki, także
      turystki. Po prawej stronie kilkukilometrowy rząd okazałych
      tamaryszków a dalej bladobłękitne morze. Przeciwległy brzeg to już
      Turcja. Dla Greków nieodżałowana, wspominana i wyśpiewywana do dziś,
      utracona na zawsze kolebka ich helleńskiej cywilizacji- Mikra Asija.
      Niegdyś dostępna, swoja. Nie bez przyczyny miasto Mitilini zwrócone
      jest na wschód. Dziś to obcy brzeg prowokujący nostalgię. W 1922
      roku od tego brzegu przypłynęły w milczeniu na Lesvos łodzie z
      tysiącami greckich uchodźców, ocalałymi z wyganiania, pożogi i
      rzezi nieszczęśliwej wojny, którą w imię Wielkiej Idei zjednoczenia
      wypowiedziała sama Grecja, płacąc za zbyt ambitne i niemożliwe do
      zrealizowania marzenie najwyższą cenę . Wyspa przyjęła wygnańców i
      dziś wrośli już w tutejszą społeczność, wzbogacając ją o swoją
      bogatą tradycję.

      Miasto wita nas nadmorską dzielnicą Surada ze starymi eleganckimi
      willami handlowych rodów. To jedno z najpiękniejszych miast Grecji,
      z historyczną w zdecydowanej mierze zabudową i przepięknym kolistym
      portem. Mój hotel- „Orfeas” stoi w starej dzielnicy Kioski, pod
      średniowieczną twierdzą. To neoklasycystyczna willa, hotel jest
      jednak niedrogi. Pokój rezerwowałem tylko telefonicznie, przy
      wejściu chcę uiścić opłatę za cały pobyt. „Nie spiesz się, przecież
      będziesz tu cały tydzień! Zapłacisz przed wyjazdem”- oznajmia z
      zaufaniem miły Grek i szybko prowadzi mnie do pokoju. W szalonym
      świecie liczb i numerów ten hotel zdaje się być oazą wytchnienia-
      pokoje nie mają tu numerów lecz noszą nazwy …kwiatów! Ich malowidła
      zdobią każde drzwi. Cyklamen, Narcyz, Lilia, Hibiskus…Mój to biała i
      wonna Gardenia. Przez stare urokliwe okiennice sączą się promienie
      popołudniowego słońca. Zmęczony zasypiam.

      ***

      Wieczór. Rozświetlony port. W nadbrzeżnych knajpkach tłumy delektują
      się frappe, grają w tavli i oglądają mecz. To już jesień. W południe
      słońce grzeje lecz wieczorny wiatr przynosi chłód. Pyszna gorąca
      zupa rybna w historycznej (i taniej!) restauracji „Averof” (działa
      od 1925 r.) dodaje sił. Rozpoczynam planowanie kolejnych dni.
      Mitilini. To piękne gdy wielkie marzenia się spełniają.
            • gacek95 Re: odplynalem :) 03.11.08, 11:46
              Tomku, zasięgnij języka w kręgach licealnych co łyknąc, żeby byc bardziej
              wydolnym, nie tracic czasu na sen i tym podobne bzdety a zyskane godziny
              przeznacz na dalszy ciąg tej fantastycznie zapowiadającej się relacjismile a jak
              skończysz i dalej będziesz na "chodzie" to opisz jeszcze jakieś fajne przygody.
              • barbelek Re: odplynalem :) 03.11.08, 21:33
                Z racji zawodu- nie za bardzo pochwalam te specjały do łyknięcia, ale z drugiej
                strony.... jeżeli ma to służyć poprawie nastrojów stęsknionym za słońcem i
                Grecją to Tomku- lej w siebie i piszsmile.
                • tomaszkozlowski1 Re: odplynalem :) 03.11.08, 22:42
                  Kochani, dziękuję za te pochwały ale nie mogę obiecać, że następne
                  fragmenty będą Wam się podobały. Wrażenia mam wspaniałe ale z
                  opisami tak to bywa, że raz się lepiej udają a raz mniej. Czasem
                  brak jakiegoś centralnego motywu, zdarzenia, postaci..I wtedy jakoś
                  mniej się klei opowieść.
                  Do opisywania wrażeń potrzebuję dużej czystości myśli- dziękuję za
                  podpowiedzi wink)) ale najbardziej przydałyby się jakieś leniwe
                  wieczory na kontynuację...Będę w każdym razie poszukiwał takich
                  chwil, bo też mam ochotę na ciąg dalszy tej podróży smile
      • tomaszkozlowski1 Mitilini-Port-Wieczór który zapamiętam na zawsze.. 04.11.08, 22:55
        Mieszkam blisko portu promowego. Późne popołudnie. Atmosfera
        podróży. Przy nabrzeżu stoją dwa duże statki- „Lisos” wyrusza do
        Pireusu, dość zabytkowy już „Samothraki”- do Kavali i Salonik.
        Zgiełk. Spóźnialscy pasażerowie kupują jeszcze bilety w portowych
        praktorija*. Dokoła słychać kroki i dudnienie walizek na kółkach.
        Ciężarówka z długą przyczepą wjeżdża tyłem na statek. Krzywo.
        Wyjeżdża z powrotem na brzeg, znów się cofa. Portowe pieski-
        przybłędy krążą niespokojnie jakby podniecone sytuacją. Tylko trzech-
        czterech dziadków zadumanych na portowych ławeczkach, patrzy na to
        wszystko z wyczekiwaniem.

        Do portowego nabrzeża przylega molo. Nasycony zapachem podróży,
        wchodzę na nie z ciekawości. Na pierwszy rzut oka nic nie przyciąga
        uwagi, ot, spacerowicze zmierzają ku maleńkiej latarence zamykającej
        molo. Inni wracają. Skuszony prawdopodobnym pięknym widokiem na
        miasto z końca molo, ruszam niespiesznie dalej.
        Zaraz, zaraz… Przede mną dwóch w średnim wieku Greków w dresikach.
        Ich krok jest zbyt szybki na spacer. Niedawno widziałem ich idących
        w drugą stronę. Czyżby miejscowe Dulskie wysyłały swoich Felicjanów
        zamiast na Kopiec Kościuszki, cztery razy po molo i z powrotem?-
        myślę rozbawiony. Rozglądam się uważniej: całe molo maszeruje
        sportowym krokiem! Wszystko staje się jasne. To prędzej tutejszy
        kardiolog oprócz środka na nadciśnienie, przepisuje wieczorną
        nadmorską marszrutę. Do latarni-i z powrotem do promów. Do latarni-
        do promów. Do latarni…W tym rytmie poruszają się tu wszyscy! Zwykły
        spacerowicz staje się zawalidrogą. Mężczyżni i kobiety, starsi i
        młodsi. Grupy znajomych- parees, i małżeństwa. Wszyscy w zdrowym
        marszu. Dziadkowie- widocznie nowicjusze- wymieniają się praktyczną
        informacją: „Od promu do latarni jest pół kilometra”.
        Stoję zachwycony. Społeczność Mitilini spontanicznie stworzyła
        miejsce, w którym łączy się we wspólnym dbaniu o formę.I to jakie
        miejsce sobie wybrała!
        Po prawej stronie molo rozciąga się basen portowy, za nim to
        wspaniałe miasto. Na końcu molo wąskie wyjście z portu a dalej
        majestatyczna zielona góra z przylepionymi małymi podmiejskimi
        wioseczkami. Po lewej stronie- Cieśnina Mitilini. Za nią już góry
        Azji Mniejszej…
        Już nie stoję! Z muzyką na uszach ruszam w marsz! Czuję się
        wtajemniczony. Mieszkańcy Mitilini i ja podążamy już w tym samym
        zdrowym rytmie.
        Miasto. Góra. Morze. Turcja. Miasto.Góra. Morze.Turcja. Widoki
        przesuwają się przed oczami.
        Obok molo z portu wypływa prom. Kontakt ze światem. Następny dopiero
        jutro wieczorem.Prom oddala się, wyrzucając kłęby smolistego dymu.
        Zatrzymuję się na chwilę. Ogarnia mnie poczucie nieopisanego
        szczęścia. Przede mną widnokrąg, w którym, zdaje się, zamyka się
        cały świat! Czy ten prom naprawdę zmierza w jakimś kierunku? Czy
        istnieją jeszcze jakieś inne światy? Tu na tej Wyspie, na tej
        niezwykłej egejskiej bieżni, wśród tych ludzi, mam wątpliwości.

        Naprzeciwko mnie dostojnie podąża pop. On też postanowił zadbać o
        zdrowie. Nie jest sam. Obok niego maszeruje popadia- w zgrzebnym
        fartuszku gospodyni domowej i…adidaskach! Ukradkiem robię zdjęcie.
        Na skraju molo, na kamieniach, leniwie rozkładają się portowe koty.
        Podrywają się wesoło gdy nadchodzi pewien starszy pan z torbą karmy.
        Za mężczyzną ustawia się też kolejka rozkudłanych piesków. Chyba
        każdy port w Grecji ma taką dobrą duszę.
        Na białych kamieniach także wędkarze, wyczekujący na ruch spławika.
        Dziś na morzu ninemija – Cisza. W cieśninie prawie nie ma fali. W
        świetle zniżającego się ku zachodowi słońca, morze przybiera
        nieskończoną ilość odcieni błękitu, lazuru, szmaragdu.
        W cieśninie również trwa oczekiwanie. Morze roi się od ciemnych
        punkcików. To dziesiątki trechandiria- małych rybackich łodzi i
        stateczków, które z portu w Mitilini wypłynęły na wieczorny połów.
        Niektóre z nich podpłynęły całkiem blisko do tureckiego brzegu. Prom
        do Pireusu znika na horyzoncie.

        Wieczorny spektakl na molo trwa. Ludzi jest coraz więcej. Maszerują
        już całe grupy. Jest i drugi pop. Słońce znika za górami za miastem.
        W ciągu kolejnej godziny morze przechodzi wszystkie fazy szafiru i
        granatu. Cieśnina roziskrza się dziesiątkami światełek łodzi.

        Piękna muzyka w uszach, zjawiskowe piękno wokół mnie. I ten marsz.
        Jak w transie. To już chyba dziesiąta kolejka. Przestałem liczyć.
        Czas mija nieubłaganie. Z każdą minutą nadchodzącej nocy czuję, że
        odchodzi wieczór, który we wspomnieniach pozostanie żywy latami.
        Wyjątkowy wieczór, naznaczony tym, czego doświadczamy w życiu tak
        rzadko. Olśnieniem.

        A może by tak zostać na tej wyspie?- nieznośna myśl przebija się do
        świadomości.-Przecież i tak nie ma chyba innego świata...

        Światełka morza raz po raz zbliżają się. Trechandiria powracają do
        portu...

        ------------------------------------------------------------------
        * praktorija- punkty sprzedaży agencji promowych
        • bebicka Re: Mitilini-Port-Wieczór który zapamiętam na zaw 05.11.08, 13:13
          Zesz Tomek!!! Niech Cie, no!!! Jak Ty piszeszzzzzzzzz... jak ja mam
          teraz rozleniwiona, zapatrzona w swiatelka powracajacych lodeczek i
          maszerujaca razem z mieszkancami ...isc do pracy... toz az serce
          bolisad
          Plizz pisz dalej zebysmy za dlugo nie musieli czekac na ciag dalszy:-
          )
          Pozdrawiam
          Maraska
          • bebiak Re: Mitilini-Port-Wieczór który zapamiętam na zaw 05.11.08, 15:20
            Maraska, weź Ty się za jakąś robotę do licha a nie w głowie Ci
            światełka i łódeczki jakieś takie - ja w ogóle nie mogę tego czytać
            w biurze, nawet jak się strasznie nudzę, bo ... bo kurczę jak potem
            klientom w ramach wyjaśniania zawiłości umowy bym tak o łódeczkach
            zaczęła to ... to chyba już bym do Hellaldy nie pojechała z
            totalnego braku jakichkolwiek funduszy smile
            Ściskam. B.
        • tomaszkozlowski1 Molo-mały suplement 06.11.08, 23:02
          Moje molo odwiedzałem potem każdego wieczoru w Mitilini. Wielu
          piechurów przychodziło tam regularnie. Inne twarze były nowe. Jedna
          pani przyszła maszerować razem z pieskiem.Wciąż zjawiało się dwóch
          popów,i popadia w adidaskach znów przyszła.
          Każdy zachód słońca był inny od poprzedniego- największe jednak
          wrażenie zrobił na mnie wieczór, gdy od zachodzącego słońca morze w
          cieśninie na kilkanaście minut stało się różowe...Innego dnia bardzo
          silny wiatr z południa-notias (bardzo ciepły!) odstraszył większość
          chętnych i na molo stawili się tylko prawdziwi zapaleńcy.
          Trechandiria, majaczące za morzem tureckie miasto, eleganckie
          Mitilini za portem, promy do Pireusu... Molo i jego bywalcy.Ja i
          moje olśnienie.
          Powrócę.
    • megalonissos Re: Ateny i Lesvos 2008- małe opowieści 07.11.08, 11:14
      Chwilka luzu w pracy, przeczytałam i ponownie zdenerwowałam się...
      Panie Tomaszu interesuje mnie jak w j.greckim nazywa się /oczywiście nie
      interesuje mnie obraźliwa nazwa / żona prawosławnego księdza. W j.rosyjskim to
      matuszka czyli mateczka / tak również mówimy w Polsce /. A tak poza tym to miło
      czytać Pana wspomnienia.
      • tomaszkozlowski1 Re: Ateny i Lesvos 2008- małe opowieści 07.11.08, 21:08
        Droga Megalonissos (od kiedy to jesteśmy na Pan/Pani? smile)))- przy
        całym szacunku dla słowiańskiej prawosławnej tradycji językowej-
        słówka popadia używam zapewne potocznie, jednak w różnorodnych
        książkach dotyczących Grecji właśnie to słowo pada w odniesieniu do
        żony popa. Po grecku jest to papadia, "polska" wersja jest więc
        pewnym zniekształceniem. Słówko mateczka/matuszka- jak sama
        przyznajesz rosyjskie- nijak ma się do greckiej tradycji
        prawosławnej, wobec której ta rosyjska (także językowo) jest w
        dodatku wtórna. Mówienie o Greczynce- matuszka, jest dla mnie mimo
        wszystko nienaturalne.Tak możemy z pewnością powiedzieć o żonie popa
        na Podlasiu, Ukrainie, w Rosji itd. ale moim zdaniem nie w Grecji...
        Tak jak potoczne mówienie (niektórzy Polacy tak robią) na Dimitrisa-
        Dymitr. Dimitris czyli Dimitrios to imię starożytne greckie (wtedy
        wymawiane prawdopodobnie Demetrios), które przeszło do Rosji za
        pośrednictwem greckojęzycznego- a w dużej mierze także
        greckokulturowego Bizancjum. Tak samo z imionami Gierasim (greckie
        Jerasimos), Akakij (greckie Akakios), Gienadij (greckie Jenadios),
        Gaspar (greckie Gasparis) itd.
        Można by ten temat ciągnąć jeszcze długo smile Moim zdaniem mimo
        wszystko nie jest to powód do zdenerwowania smile)) Co najwyżej do
        dyskusji.
        Pozdrawiam! Tomek smile
        • tomaszkozlowski1 zgłębiając temat popa i popadii 07.11.08, 22:41
          Bardzo zaintrygował mnie ten temat, sprawdziłem więc:
          www.slownik-online.pl/kopalinski/8F2AAA9D0780C306C12565800015A808.php

          Ale znalazłem i taki głos:
          kobieta.interia.pl/news/chca-byc-eleganckie/komentarze,1014557,,12875642

          No ale nie wyobrażam sobie żeby powiedzieć, że ulicą w Rodos idzie
          baciuszka a po molo w Mitilini matuszka...
          To są hasła ze słowiańskiego prawosławia, nie z greckiego.
          Pop ma dalekie korzenie w greckim "papas" (duchowny prawosławny) a
          popadia we wspomnianej greckiej "papadia".I ja tego będę się
          trzymał smile
          Pozdrawiam
          • hania_404 Re: zgłębiając temat popa i popadii 07.11.08, 22:52
            nie podważając Kopalińskiego (gdzież bym śmiała) a i Tomka tym bardziej smile)
            spotkałam sie również z taka opinią, że pop to taki nasz "klecha' a więc
            okreslenie lekko obraźliwe, bardzo familiarne, wiecej niz popularne, no i lekko
            ironiczne... co innego, papassmile)), toz to chyba nasz ojczulek?
            • megalonissos Re: zgłębiając temat prawosławnego duchownego... 08.11.08, 18:00
              A więc Tomku - nie oczekuję, że będziesz pisał czy zwracał się do duchownego w
              Grecji - batiuszka a jego żony - matuszka. Zgadza się. Jest to wersja rosyjska a
              mówi też jak bliskie prawosławnym są te osoby. Dla ciekawości - Łemkowie te
              osoby nazywają Jegomość, Imości. Prawda jak dostojnie to brzmi?
              Ja również do duchownego innego wyznania nie mówię - ojcze ale też nie używam
              słowa klecha, panie/tak też słyszałam/ tylko księże /także do protestanckiego
              duchownego/.
              Temat ten wywołał moją reakcję, gdyż na tym forum, o którym tak wiele opowiadam
              znanym mi grekofilom był już poruszany w ubiegłym roku a i wiem, że takie słowa
              odbierane są jako obrażliwe. Wersja jaką podajesz- pop, popadia to wersja
              rosyjska a nie polska a więc czemu jej używasz w stosunku do Greków? Zgadza się,
              że słowo papas brzmi ładniej i nie kojarzy się z lekceważonym i wyśmiewanym
              popem. Jeszcze ładniej brzmi pateras i tak zwracam się do duchownego w Grecji.
              Co do imion greckich to może tym Grekom zależy by nie wymawiano ich w wersji
              greckiej? W naszej parafii, do ,,naszych,, Greków mówimy - Jorgos, Michalis itd.
              Jak piszesz temat można ciągnąć ale po co? Ja lubię Grecję dlatego, że jest
              prawosławnym krajem a prawosławie czuję inaczej niż osoba innego wyznania a więc
              zawsze będziemy mieć inne zdanie. Dlatego
              nie rozczarowuje mnie Twoje ostatnie stwierdzenie i pewnie nadal będę czytała
              Twoje i innych osób wspomnienia. Serdecznie pozdrawiam. Elwira
              • tomaszkozlowski1 Re: zgłębiając temat prawosławnego duchownego... 11.11.08, 22:56
                Droga Megalonissos,
                w żadnym wypadku nie chcę urażać niczyich odczuć, zatem przyjmuję,
                że słowa "pop"/"popadia" mogą być odczytane jako pogardliwe (choć ja
                do tej pory jako takich ich nie odbierałem). Używałem ich tylko
                dlatego, że funkcjonują w potocznej polszczyźnie, w przeciwieństwie
                do niezrozumiałych i wymagających wyjaśnień greckich "papas"
                i "papadia" (przy okazji-słowa te w Grecji nie są obraźliwe ani
                lekceważące; na "papadię" można też powiedzieć "prezvitera" ale to
                już bardzo wyszukane i oficjalne słowo).Słowo "pateras" (oraz równie
                częsta wersja "pater") w odniesieniu do duchownego to mniej
                więcej "wielebny ojciec", raczej nie jest to więc słowo do użytku w
                zwykłym tekście (niereligijnym). Z braku lepszych odpowiedników
                greckie "papas" i "papadia" wydają się zatem najlepsze do stosowania
                w polskich tekstach.
                Pozdrawiam
    • tomaszkozlowski1 Theofilos i wędrówka z wioski Varia-cz.I 11.11.08, 20:56
      - Jak tu przyjechałeś? – pyta mnie dość wysoka Greczynka przed 50-
      tką, z perlistym uśmiechem i siwiejącymi krótkimi włosami.-Miejskim
      autobusem z Mitilini- odpowiadam.
      -A jak będziesz wracał?- pyta z ciekawością i otwartością.
      -Chciałbym wrócić na piechotę, schodząc w dół. To tylko 5 kilometrów.
      -A możemy pójść razem? Bardzo lubię chodzić, odłączyłam się od mojej
      grupy. Też muszę się dostać do Mitilini.
      Pierwsza myśl to zawahanie. Nie znam tej kobiety. Druga myśl szybko
      przynosi rozjaśnienie- dlaczego nie, zawsze raźniej wędrować w parę
      osób. Zgadzam się od razu, przeczuwając, że wspólny spacer do
      Mitilini będzie bardzo miły.

      Jesteśmy w Varia, dalekim przedmieściu Mitilini, wiosce o czerwonych
      dachach, położonej na zboczu góry, wśród gajów oliwnych i ogrodów.
      To Muzeum Theofilosa, w którym podziwiamy wspaniałe obrazki tego
      malarza-prymitywisty, „greckiego Nikifora”.
      Theofilos urodził się w 1868 r. właśnie w tej uroczej wsi. Był
      dynamicznym charakterem, marzycielem. Nie interesowała go nauka ani
      praktyczny zawód w budownictwie, do którego chciała go przygotować
      rodzina. Theofilos pragnął malować obrazy. Szybko podjął się swego
      hobby, malując obrazki na papierze, drewnie a nawet na dachówkach.
      Nie widząc szans rozwoju na wyspie, wyjechał do Smyrny, gdzie zaczął
      doskonalić swój warsztat. Do perfekcji opanował panowanie nad
      kolorem. Barwa była dla niego najważniejsza, ignorował natomiast
      perspektywę. Ze Smyrny przeniósł się na półwysep Pilio w pobliżu
      miasta Volos, gdzie żył biednie przez około 30 lat. Wędrował od
      wioski do wioski, ekscentrycznie przebrany za tsoliasa (żołnierza
      gwardii narodowej, ubranego w „spódniczkę” fustanelę i
      charakterystyczne trzewiki z pomponem- tsaruchia) lub Aleksandra
      Wielkiego. Pasjonowała go tradycja greckich bohaterów, która
      znalazła kontynuację w przywódcach zrywu niepodległościowego z 1821
      r. – oprócz malowania także opowiadał zasłyszane historie. Uchodził
      za dziwaka, często prześmiewano go. W zamian za poczęstunek,
      potrafił przyozdobić swym malowidłem ścianę kawiarni (niektóre z
      tych prac zachowały się na Pilio do dziś). Po uwolnieniu Mitilini
      spod tureckiego jarzma (1912 r.) powrócił na wyspę, gdzie stworzył
      dzieła trzeciego, najbardziej dojrzałego okresu. Umarł w 1934 r.
      Podobnie jak obrazy naszego Nikifora, tak i dzieła Theofilosa
      znalazły człowieka, który docenił ich unikalną wartość, znakomity
      warsztat i oryginalną tematykę. Stratis Eleftheriadis-„Teriade”,
      pochodzący z Varia mecenas sztuki w Paryżu, rozpropagował twórczość
      Theofilosa, dzięki czemu odkryła ją cała Europa. Po latach starań i
      sprowadzeniu wielu obrazów z Francji, udało się założyć we wsi
      Muzeum Theofilosa, w czym ogromna zasługa miłośnika rodzinnej wyspy
      i późniejszego wieloletniego dyrektora tego muzeum-Nikosa Dandumisa
      (zmarł w 1988 r.). Muzeum zajęło skromny lecz jakże pasujący do
      prostoty dzieł Theofilosa budynek w pobliżu okazałej
      neoklasycystycznej willi Eleftheriadisa i wśród prastarych
      poskręcanych drzew oliwnych.

      Przechadzam się po salach muzeum, podziwiając dzieła. Tak bardzo
      marzyłem by móc się tu znaleźć. Na ścianach obrazy, z których bije
      zainteresowanie światem, naturalny bezpośredni przekaz, świeżość i
      spontaniczność, feeria barw. Różnorodna tematyka. Scenki rodzajowe z
      wyspy – zbiór oliwek (mój ulubiony, znany mi już od dawna obrazek),
      sprzedawcy ryb z Mitilini, mieszkańcy Ajasos w tańcu, myśliwi w
      lesie, dzieci dokuczające włóczędze.Widoki wyspy – miasto Mitilini z
      morza, miasteczko Petra z monolityczną skałą zwieńczoną kościołem
      (obok , jak na obrazku malowaym przez dzieci, leci samolot smile ),
      Zatoka Jera, Skala Sikamias (i tu samolot smile ). Widoki innych stron
      świata- Smyrna, Hagia Sophia,widok Jerozolimy z Góry Oliwnej, Morze
      Martwe, turecka kawiarnia w Aidini…Postaci i sceny historyczne-
      Safona i muzyk-poeta Alkajos,Perykles na Pnyksie, ostatni cesarz
      Bizancjum- Konstatntyn Paleolog w heroicznej bitwie z 29 maja 1453
      r., Abisyńczycy ścigający włoskiego jeźdźca, walka Anglików z
      Hindusami, greccy nowożytni bohaterowie- Pavlos Melas i Athanasios
      Diakos. Wreszcie postaci biblijne i mityczne- Hiob, Samson
      zabijający lwa, Demeter i in.
      Theofilos nie zawsze trzymał się realiów (tak jak i Nikifor!),
      nierzadko puszczając wodze fantazji.

      Uważnie przyglądam się tym pięknym, wzruszającym dziełom. Pani Ana
      jest już dalej, zachwycając się obrazami w następnej sali. Za
      otwartym oknem wietrzyk porusza gałęziami dostojnych oliwek.
      Kupuję plakaty-obrazy Theofilosa i sporych rozmiarów album z
      reprodukcjami. Pracownica muzeum nie ma żadnej torby, w której
      mógłbym umieścić te zakupy.-Nie mamy tu takich luksusów- stwierdza z
      zakłopotaniem i prostotą. Tu w tym miejscu, jej odpowiedź rozczula.
      Trudno, jakoś dojdę z tym do Mitilini...

      Po Muzeum Theofilosa ja i pani Ana wstępujemy na chwilę do
      pobliskiej willi Eleftheriadisa. Zacny obywatel Varia podarował swej
      rodzinnej społeczności także kolekcje dzieł tak wybitnych artystów,
      jak Picasso, Chagalle, Matisse, Miro...Aż trudno uwierzyć, że to
      nieduże, skryte wśród oliwek muzeum, tu, gdzieś na wyspie, z dala od
      głównych szlaków, skrywa takie wspaniałości. To jednak dzieła o
      innym przekazie, na długie odkrywanie i kontemplację. Po „kapiących”
      różnorodnością i barwą świata obrazach Theofilosa, nie robią
      wielkiego wrażenia podczas pospiesznego ich przeglądu.

      Jeszcze mały kościółek Ajia Paraskievi w przymuzealnym gaju. Pani
      Ana z czułością całuje ikony.

      Ruszamy w dół. Przed nami droga przez malowniczą wieś. Zadbane domy,
      jeden z nich niemal w całości porośnięty pnącym się i właśnie
      kwitnącym jaśminem. Słodki zapach wypełnia całą uliczkę.
      Pani Ana pochodzi z Salonik. Na wyspę przypłynęła z pielgrzymką.
      –Odwiedziłam już wszystkie ważne klasztory na Lesvos, ucałowałam
      święte ikony, wzięłam święconą wodę i andidoro*.Ale wiesz, na tej
      pielgrzymce są same babcie!Znudziło mi się z nimi podróżować.
      Klasztory też trzeba zwiedzać z umiarem. Gdy przejeżdżaliśmy przez
      Varia, powiedziałam, że wysiadam i resztę dnia spędzam na swój
      sposób.Wieczorem odpływamy promem z Mitilini.

      Zanim odpłynie, odwiedzi jeszcze matkę zaprzyjaźnionego studenta z
      Mitilini. –Wynajmuję mu w Salonikach mieszkanie.Wiesz jaki to
      znakomity student? Będzie wojskowym lekarzem.-oznajmia z
      satysfakcją.-Gdy usłyszał,że płynę na jego wyspę, zaprosił mnie do
      domu swojej matki. Dziś odwiedzę ją już po raz drugi. Bardzo miła
      kobieta.

      Zabudowania Varia kończą się. Dochodzimy do nadmorskiej drogi
      prowadzącej z lotniska do miasta.
      Wysadzona jest dorodnymi tamaryszkami. Za nimi rozciąga się
      kamienista plaża. W dali widać brzeg Azji Mniejszej. Przed nami, za
      zatoką, czerwone dachy Mitilini i górująca nad nimi twierdza. Miało
      dziś przelotnie padać, świeci jednak słońce. Bardzo ciepło. Wędruje
      się przyjemnie.
      -Uwielbiam chodzić. Trzeba się ruszać. Krew jest jak woda. Gdy
      płynie, nabiera tlenu. Gdy stoi, psuje się.- pani Ana raz po raz
      rzuca prostymi lecz jakże trafnymi mądrościami. To postać z werwą,
      energiczna, „soczysta”. Jej prosta, pogodna filozofia ma coś z
      Aleksisa Zorby.
      Pochodzi z Sithonii na Chalkidiki. Po rodzinie odziedziczyła dwa
      urokliwie położone domy: w Nikiti i w rodzinnej Sikiea. Urodziła
      trzech synów, najmłodszy właśnie dostał się na studia informatyczne
      do Kastorii. Mąż prowadzi sieć warsztatów samochodowych w
      Salonikach.
      cdn...
      • tomaszkozlowski1 Re: Theofilos i wędrówka z wioski Varia-cz.II 11.11.08, 20:59
        Zaczynają się przedmieścia Mitilini. Dzielnica Surada słynie ze
        wspaniałych willi handlowych rodów. Architektura niejednej z nich
        wydaje się dość egzotyczna. To domy jakby przeniesione z Holandii
        czy Szwajcarii. Co chwilę przystaję by robić zdjęcia. Pani Ana
        pomaga mi, dźwigając zakupiony przeze mnie ciężki album.
        –Ale te domy piękne! Rób jak najwięcej zdjęć. Przyślij mi potem
        trochę.
        Każdy kolejny dom zachwyca. Nic to jednak przy olśniewającej
        bladobłękitnej dwupiętrowej willi, która wyłania się zza zakrętu. To
        elegancki hotel z przedwojenną jeszcze tradycją. Pięć gwiazdek.
        -Wchodzimy!- zakrzykuje Ana. Nim zdążę wyrazić swoją wątpliwość,
        znika w środku. Wchodzę za nią.

        Zakurzeni, z butelkami wody mineralnej w rękach i opadającymi
        kwiatami tamaryszków we włosach, znajdujemy się we wnętrzu
        arystokratycznego domu. Przepych, który widzimy, zapiera dech.
        Freski na ścianach, kunsztowne meble, złocenia, obrazy, finezyjne
        żyrandole, dywany. Stoimy zapatrzeni jakbyśmy znaleźli się w
        baśniowej krainie.

        Na recepcję wychodzi młoda, niska Greczynka. Ana nie traci na
        rezonie: -Tak tędy przechodziliśmy i zobaczyliśmy taką piękną willę.
        Musi mieć wspaniałe wnętrza, pomyśleliśmy. No..i zgadza się! Wie
        pani, już tak kilka kilometrów idziemy. Ale jesteśmy zmęczeni!...-
        przeciąga głos, podkreślając wrażenie.-Może by nas pani czymś
        poczęstowała?- wypala uprzejmie ale bez cienia zażenowania.

        Siedzimy w salonie, wśród tych olśniewających mebli, fresków,
        żyrandoli. Przed nami szklanki orzeźwiającej wody i tradycyjny
        grecki poczęstunek dla gości- gliko tu kutaliu- dosłownie: „słodycz
        łyżeczki”. Pyszna konfitura z pomidorów w syropie. Salon
        rozświetlają promienie popołudniowego słońca.
        -Rób zdjęcia, rób jak najwięcej.-domaga się pani Ana.

        Po odpoczynku dziękujemy za gościnę. Na ulotkach oglądamy pokoje
        urządzone w iście pałacowym przepychu. Ceny zaczynają się od stu
        kilkudziesięciu euro za dobę. Ana zgarnia stos folderów, obiecując,
        że naturalnie przyśle tu rozlicznych znajomych z Salonik.

        Wychodzimy. Gdyby nie jej prawdziwie grecki temperament i tupet,
        nigdy nie zobaczyłbym wnętrza starej wyspiarskiej willi, myślę.

        Wchodzimy do centrum miasta. Pani Ana pójdzie na obiad do matki
        studenta. Zapisuje mi na kartce swój adres. -Przyślij mi zdjęcia i
        odwiedź nas gdy będziesz w Salonikach. Fajnie nam się szło. Niech Ci
        będzie dobrze tu w Grecji...


        ---
        *Andidoro (Αντίδωροwink- mały kawałek chleba, którym kapłan dzieli się
        z wiernymi na koniec liturgii (Megalonissos, jeśli można to lepiej
        opisać, będę wdzięczny za uzupełnienie)

        • tomaszkozlowski1 Obrazy Theofilosa 13.11.08, 19:45
          Jest fajna stronka, na której zobaczyć można mały przegląd dzieł
          Theofilosa- wybór to nie do końca reprezentatywny (brakuje
          niektórych naprawdę ślicznych "scen rodzajowych") ale daje jakieś
          pojęcie:
          www.peri-grafis.com/ergo.php?id=669
          smile
          • megalonissos Re: Kilka zdań o antidoronie... 15.11.08, 18:20
            Antidoron to chleb pobłogosławiony ale nie przemieniony. Antidoron to oczywiście
            nie św.Komunia jak myślą, niektórzy turyści i piloci wycieczek.
            Pierwsza częśc św.Liturgii to proskomidia-prothesis-przygotowanie chleba i wina
            do Liturgii. Na stole ofiarnym/w scs żertwiennik/ z pięciu prosfor/małe, okrągłe
            chlebki oznaczone znakiem krzyża i napisem IC XC-Jezus Chrystus zwycięża/
            wyjmowane są nożykiem przypominającym kopię cząsteczki/ sześcian zwany
            Barankiem, cząsteczka ku czci Matki Boskiej, 9 cząstek na cześć różnych
            świętych, za żywych, za zmarłych/i układane na diskosie-patenie. Po przyjęciu
            św.Komunii przez duchownych są wsypywane do kielicha z winem zmieszanym z
            wodą/wino czerwone i b.słodkie/. Pozostałe prosfory dzielone są na kawałeczki,
            które otrzymują wierni na zakończenie nabożeństwa. W Grecji są to spore kawałki
            chleba, które celebujący błogosławi podczas Liturgii a na jej zakończenie
            rozdaje wiernym. W obu przypadkach jest to właśnie antidoron, który tak jak
            proskomidia nawiązuje do wczesnochrześcijańskiej agapy-braterskiej wieczerzy
            miłości. Obecne na Boskiej Liturgii nieprawosławne osoby magą a nawet są
            zachęcane do przyjęcia antidoronu jako wyrazu chrześcijańskiego braterstwa i
            miłości.
    • tomaszkozlowski1 Ateny-niezapomniana niedziela 22.11.08, 20:03
      Jeszcze wrócimy na Lesvos smile Do napisania następnej, bardzo ważnej
      dla mnie opowieści, potrzebuję jednak dużo czasu. Zapraszam Was
      tymczasem do pewnego niezwykłego miejsca w Atenach, do których
      zawitałem na cały tydzień po powrocie z wyspy.
      smile
      ----------------------------------------------------

      Niedzielne południe. Sindagma- ateński Plac Konstytucji. Serce
      miasta. Żołnierze gwardii narodowej (tsoliades), w
      charakterystycznych spódniczkach (fustaneles) i bucikach z pomponami
      (tsaruchia) ku uciesze turystów odgrywają swój spektakl. Miasto żyje
      dziś niespiesznie. Mieszkańcy stolicy przeciągają się na ławkach w
      uroczych Ogrodach Narodowych, sprzedawcy rozkładają na straganach
      książki. Jestem tu umówiony z przyjacielem Petrosem. O!-właśnie
      nadchodzi.

      Wyruszamy. Ateński tramwaj toczy się ociężale, mijając kolejne ulice
      i place. „Tramwajem można podróżować tylko w niedziele!”- śmieje się
      Petros.-„W dzień powszedni jego tempo może doprowadzić do szału”.
      Naszym celem jest Glifada.Południowa nadmorska dzielnica. Słynie z
      kilku marin oraz komercyjnych wielkich klubów muzycznych. Moim
      magnesem jest jednak miejsce nieznane przeciętnemu ateńczykowi.
      Petros także o nim nie słyszał.

      Piękny słoneczny dzień, wieje jednak bardzo silny północny wiatr.
      Tramwaj pokonuje kolejny zakręt gdy nagle wyłania się szeroki widok.
      Niezwykłe dziś zielono-turkusowe morze. „Jakie to morze piękne!”-
      słyszę nagle okrzyk polskich turystów, podróżujących tym samym
      tramwajem. Na morzu niemal nie widać jachtów. Bardzo wysoka fala.

      Wysiadamy. Trzecia marina Glifady. W równych rzędach zacumowane
      białe jachty, kołyszące się nieco przy silnych podmuchach wiatru.
      Nie widać prawie nikogo.Dostrzegam przechadzającego się Greka.
      Wygląda na tubylca. –„Czy nie wie Pan gdzie tu jest Centrum
      Ratowania Żółwi Morskich?”- pytam z nadzieją. –„A jest tu takie. Ale
      to tam, na końcu mariny. W barakach”- macha ręką. Dziękujemy i
      kierujemy się we wskazanym kierunku, podążając brzegiem
      szmaragdowego morza. Co chwilę je fotografujemy. Przy dzisiejszej
      pogodzie jego barwa jest doprawdy wspaniała.

      Zagrożone wymarciem morskie żółwie karetta rozradzają się głównie na
      plażach Morza Śródziemnego. Od tysięcy lat upodobały sobie zwłaszcza
      wybrzeża dzisiejszej Hellady. Zakinthos, Kefalonia, wybrzeża Ilii-
      to najważniejsze dla nich miejsca na świecie. Wiedzione instynktem,
      co roku, powracają. ..Niewidzialna mapa rozpostarta na morzu kieruje
      ciężarne samice ku tym samym brzegom. Wychodzą na brzeg i
      niezdarnie, z gigantycznym wysiłkiem, wykopują nory, w których
      składają jaja. Pora także jest nieprzypadkowa. Lato, zawsze gdy nad
      morzem świeci jasny księżyc. Dla wylęgających się w nocy małych
      żółwiątek księżyc to latarnia. Dzięki niemu trafiają do morza. W
      nieznanym, pełnym drapieżników morzu, przeżyją tylko nieliczne.

      Tak było kiedyś. Dziś los żółwi jest jeszcze cięższy. Dopływające do
      brzegów żółwice ranione są przez rybackie harpuny. Jaja zgniatane są
      w norach przez nieświadomych turystów, małe żółwiki trafiają do
      pysków wałęsających się po plażach psów. Często też żółwiki, zamiast
      na księżyc, kierują się na światła nadmorskich tawern. Wyczerpane
      mozolnym przedzieraniem się przez piasek, giną. Człowiek stał się
      dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Są jednak ludzie, którzy są dla
      tych zwierząt wybawieniem. To wolontariusze z organizacji Archelon,
      która od lat ratuje żółwie na greckich plażach. Śledzą dopływające
      do brzegów samice. Ratują je jeśli są ranne. Czuwają przy norach.
      Odwracają małe żółwiki do księżyca, by obrały właściwą drogę...

      Centrum Ratowania Żółwi Morskich organizacji Archelon w Glifadzie.
      Wielka nazwa, skromna rzeczywistość. Kilka drewnianych baraków-
      wagonów mieszczących malutkie biuro i pomieszczenia gospodarcze.
      Obok działa podniebny szpitalik. Miejsce otwarte dla postronnych
      tylko w weekendy. W wejściu zdjęcie ratowanego żółwia i
      napis : „Musi przeżyć.Pomóż i Ty”. Wchodzimy.
      Przed nami w wielkiej kadzi duży żółw, którego wolontariusz polewa
      wodą. Żółwiowi sprawia to wyraźną przyjemność. Przyszło tu kilka
      greckich rodzin z dziećmi. Dzieci patrzą zafascynowane. Ich pobyt
      tutaj znaczy więcej niż dziesiątki akcji uświadamiających, które
      przeprowadzają miłośnicy przyrody. Od Greków zależy w bardzo dużej
      mierze czy świat kolejnych ludzkich pokoleń będzie mógł nadal
      podziwiać te zwierzęta.
      Przy każdej kadzi tabliczka z imieniem i historią żółwia.

      „Fivos. Znaleziony 8 września 2007 r. Chalkidiki. Długość skorupy:
      66 cm. Waga: 33.5 kilo. Diagnoza: rana głowy od harpuna”.

      „Thomas. Znaleziony 4 maja 2008 r. Zakinthos. Długość skorupy: 75.7
      cm. Waga: 54 kg. Diagnoza: połknięcie rybackiego haka”.

      „Marina. Znaleziona 20 czerwca 2007 r. Jerani koło Chania.Długość
      skorupy: 77.1 cm. Waga; 54.5 kg. Diagnoza: rana głowy od harpuna”.

      Fivos, Thomas i Marina- rekonwalescenci tego szpitalika. Pływają w
      kadziach, wynurzając się z rozkoszą ku słońcu. Może pewnego dnia
      będą na tyle silne i zdrowe, by znów powrócić do morza?...
      Obok- w kilkunastu innych kadziach- ratowane są małe żółwiki. Wokół
      uwija się kilkoro wolontariuszy. W zdecydowanej większości
      cudzoziemcy.

      Wychodzimy wzruszeni. Świat pędzi w nieznanym kierunku, są jednak na
      szczęście wciąż ludzie, którym nie jest obojętne...
      Z jednej z nadmorskich kawiarni rozciąga się piękny widok na morze.
      Frappe i sok pomarańczowy. Szalejące na silnym wietrze liście palm.
      Kilka jachtów zmaga się z przeciwnościami na otwartym morzu. Od
      strony Eginy do Pireusu zmierza prom.
      Niedziela toczy się swym spokojnym rytmem.
    • tomaszkozlowski1 Lesvos-podróż do Madonny-Syreny- cz.I 28.12.08, 13:50
      Tak jak obiecałem, wracamy na Lesvos.
      Tym razem opowieść wcale nie taka krótka wink, dotycząca
      najważniejszej dla mnie podróży na wyspie.
      Zapraszam smile

      ------------------------------------------

      „ Wysoko ponad przystanią rybacką, na zrębie potężnego bloku
      skalnego, stoi frontem ku wiatrom zachodnim kaplica Madonny o
      korpusie syreny. Od tej kaplicy miejscowi chłopi całe wzniesienie
      nazywają ‘skałą Madonny’. Skała osadzona jest w płaskim gruncie
      daleko wybiegającymi odnogami, jak drzewo ze swymi korzeniami, i
      dźwiga z wody wygięty w górę grzbiet niby wielkie zwierzę, które
      wynurzywszy się z morza do połowy, skamieniało w tej pozycji na
      zawsze. Ludzie przedłużyli występ skalny, dobudowując do niego
      sztuczny wał, i tak w prosty sposób utworzyli molo, które osłania
      odtąd przystań przed burzliwymi wiatrami, nadciągającymi z
      naprzeciwległej Anatolii. Gdy słońce znika za horyzontem, w wodzie
      zagęszczają się cienie, a stoki skały mienią się barwami róż.” *
      -Przepraszam, za ile mógłby mnie pan zawieźć do Skala Sikamnias?-
      pytam taksówkarza w porcie Mitilini już pierwszego wieczora. –
      Chciałbym aby pan tam zaczekał, chcę obejrzeć miejscowość, bardzo mi
      na tym zależy- a potem wrócilibyśmy z powrotem do Mitilini.
      Pytam i mam nadzieję, że taksówkarz w ogóle zgodzi się tam pojechać.
      Droga do Skala Sikamnias liczy kilkadziesiąt kilometrów a na północy
      jest trudna i kręta.
      Taksówkarz przygląda mi się uważnie: -To kosztowałoby przynajmniej
      80 euro.Jesteś młody, szkoda abyś tyle wydawał. Poradzę Ci jak
      najlepiej tam się dostać. Bezpośredni autobus jedzie tam raz
      dziennie i nocuje we wsi- jeśli chcesz wrócić tego samego dnia, nie
      jest to opcja dla Ciebie. Ale pojedź autobusem do Mandamados!
      Mieszka tam mój brat, Stratis, on ma taksówkę. O, masz, dam Ci do
      niego telefon.- mężczyzna wyjmuje komórkę i zapisuje mi numer
      brata. -Powiedz mu, że dałem Ci jego numer i że chcesz pojechać z
      nim do Skala Sikamnias. Tak będzie najtaniej!
      „Jesteś szczęściarzem”, myślę, przypominając sobie właściciela
      mojego hoteliku, który, pytany przeze mnie, godzinę wcześniej
      twierdził, że w Mandamados nie ma taksówek. Dziękuję za numer i
      odchodzę.
      „Nocujący w tych stronach rybacy wychodzą na skałę i rozniecają w
      małych jamach ogień, na którym gotują zupę ze złowionych ryb.
      Wówczas cienie ich postaci przemykają tam i z powrotem po wapiennych
      ścianach kaplicy.
      (…wink Przed siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu laty postawili ją
      tutaj pobożni marynarze i murarze- z wielką czcią acz z niewielką
      znajomością sztuki. Zbudowali ją, jak umieli, w kształcie solidnie
      osadzonego prostokąta, na samym szczycie skały.
      Ludzi tych sprowadzono do budowy fabryki, która miała stanąć po
      północnej stronie wyspy. Kiedy na swoim dwumasztowcu mijali
      przylądek, zaskoczył ich nagły, gwałtowny sztorm. Statek ich znalazł
      się w wielkim niebezpieczeństwie i mógł lada chwila zatonąć. Naraz
      zobaczyli przed sobą skałę Madonny. Ich przewodnik ślubował
      Najświętszej Pannie, że jeśli ich ocali, zbudują jej kaplicę.
      Wkrótce burza ustała i statek wpłynął do małej przystani. Wysiedli
      na ląd i od razu przystąpili do wypełnienia ślubowania.” *
      Niedzielne przedpołudnie. Po sennym dworcu autobusowym w Mitilini
      smętnie wałęsają się tylko rozkudłane pieski. Budynek dworcowy to
      szumna nazwa w zderzeniu z rzeczywistością. Chylący się ku upadkowi
      pawilonik z drewnianymi drzwiami i wyblakłym rozkładem ponad nimi.
      Rozkład aktualny przyklejony jest na kartce nieco poniżej. Wypisany
      jest tylko po grecku. Dwoje młodych turystów – jedyni ludzie w tej
      okolicy- próbują cokolwiek rozszyfrować. Pomagam im. Esra,
      sympatyczna blondynka o europejskiej urodzie i nowoczesnym
      wyglądzie, jest Turczynką ze Stambułu. Jej chłopak- Damian, pochodzi
      z Francji. Przypłynęli na wyspę z Turcji i chcą poznać jej
      najciekawsze miejsca. Zamierzają dostać się autobusem do Molivos.
      –Ale tu dziś nie widać żywego ducha, wszyscy w kościele- stwierdza z
      przekąsem Esra.
      Spisuję kursy do Mandamados. Żegnam się z parą turystów. Kto wie,
      może nasze ścieżki na wyspie jeszcze się gdzieś skrzyżują?
      „ W latach poprzedzających wojnę, wewnątrz kaplicy, przed obrazem
      widniejącym na drewnianej ścianie, paliła się bez przerwy srebrna
      lampka. W nocy jej światło przenikało przez bladoniebieską szybę
      okrągłego okna pod dachem. Było ono jak gdyby łagodnie patrzącym
      okiem małego domu Bożego. Spoglądało troskliwie, jak wygładzają się
      fale, jak chaty i barki pogrążają się w sennym zaciszu, i jak
      rozciągający się daleko i szeroko gaj oliwny szemrze tajemniczo i
      pobłyskuje poświatą niezliczonych gwiazd.
      Trwało to dopóty, dopóki w kaplicy mieszkał kapitan Lias. Ponieważ
      przebywał w niej zupełnie samotnie jak derwisz w swojej pustelni,
      nadano mu przydomek „Dede”. Dzięki jego dbałości, wyłożona
      kamieniami maltańskimi podłoga, sprzęt mosiężny i szyby błyszczały
      od czystości, lampka zaś miała zawsze świeży knot i nigdy nie
      zabrakło w niej oleju.
      Za legowisko służyła mu stara owcza skóra, którą w zimowe dni
      nosił również na sobie. Latem i podczas łagodniejszej zimy siadał,
      gdy nie miał nic do roboty, na szczycie skały i zażywał słońca. Z
      błogim uczuciem spokoju wyciągał się na ziemi, zawsze na wznak,
      zwracał twarz do słońca, wydobywał fajkę toczoną z czarnego wapna
      koralowego, potem palił i rozmyślał.(…wink Równocześnie stukały o
      siebie wiśniowoczerwone paciorki różańca, który przesuwał między
      palcami.
      Chłopi obserwujący jego modłę życia doszli do wniosku, że Dede
      musiał być kiedyś kapitanem statku i że zapewne należał do owych
      nielicznych ludzi, których życie bogato doświadczyło, i którzy nie
      mogą zaznać spokoju, rzucani przez morze z miejsca na miejsce (…wink.
      Gdy nadeszła chwila (…wink, zarzucił sobie sobie na plecy tobołek ze
      swym sprzętem i naczyniami (…wink i znikł z widowni. Ale pozostało po
      nim jego imię, jak też dziwny obraz, który namalował na ścianie
      kaplicy. Jeszcze dziś można zobaczyć ten obraz, jakkolwiek wiatry i
      sole morza mocno go już zatarły. Przedstawia on Najświętszą Matkę
      najbardziej niezwykłą, jaką znaleźć można w Grecji, ba, nawet w
      całym świecie chrześcijańskim.
      Głowa taka, jakie widzi się na starych malowidłach ściennych:
      ciemna twarz o delikatnych rysach i marzącym wyrazie, zaokrąglony
      podbródek, oczy na kształt migdałów i drobne usta. Połączona z
      odzieniem szkarłatna chusta zachodzi na czoło. Dokoła głowy, jak na
      wszystkich ikonach, jasna aureola. Oczy zielone i nienaturalnie
      wielkie. Dolna część ciała od pasa wyobraża tułów rybi z
      jasnoniebieskimi łuskami. W jednej ręce trzyma statek, w drugiej
      trójząb przypominający godło Posejdona.
      Rybacy i chłopi zobaczywszy obraz po raz pierwszy, przyglądali mu
      się zdumieni, ale przyjęli go bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Kobiety,
      które przychodziły na pobożne rozmyślania, modliły się przed obrazem
      i spalały przed nim kadzidło jak przed innymi ikonami.
      Nazywali ją Madonną-Syreną albo Najświętszą Dziewicą Mórz. Odtąd
      również kaplica i przystań znane były pod tym samym wezwaniem.
      Tuziemcy jak też żeglarze, którzy tędy płynęli, uważali Madonnę-
      Syrenę za najbardziej naturalną istotę. Już dawno żyła w ich
      sercach, i kapitan Lias, wyobrażając ją na ścianie kaplicy,
      odtworzył po prostu to, co dotąd tkwiło nie nazwane w ich duszach.
      Znali ją już, zanim jej obraz pojawił się w kaplicy.” *
      • tomaszkozlowski1 Lesvos-podróż do Madonny-Syreny- cz.II 28.12.08, 13:52
        Środowy poranek na dworcu w Mitilini niczym nie przypomina
        niedzielnej pustki. Do pawiloniku raz po raz wchodzą ludzie, by
        kupić bilety. Przed dworcem dziesiątki babć i dziadków z wiosek ,w
        oczekiwaniu na wyjazd z miasta, omawiają bieżące wydarzenia. Wokół
        grzejących silniki autobusów krążą zaaferowane pieski. Ludzie też są
        niespokojni, dopytując się stale i upewniając, że autobus z
        tabliczką „Plomari”, jedzie właśnie tam. To prowincjonalna Grecja,
        tu różne dziwne pomyłki nie są niczym niezwykłym. Po wejściu do
        autobusu wioskowa starszyzna z zaskakującą gorliwością dopilnuje by
        każdy siedział na miejscu z numerem wskazanym na bilecie. Biada
        temu, kto nieopatrznie usiądzie nie tam gdzie mu zapisano. Zostanie
        publicznie wezwany do przestrzegania porządku.
        Zanim kierowca ruszy, dyspozytor krzyknie do niego
        zwyczajowo: „Matka Boska z Wami”.

        Autobus do Mandamados mknie wzdłuż urokliwego wschodniego skalistego
        wybrzeża wyspy. Oprócz mnie podróżuje nim jeszcze tylko kilka osób.
        Po prawej stronie, za morzem, majaczy brzeg Azji Mniejszej. Droga
        wiedzie wśród niezmierzonych gajów oliwnych. Rozległe piniowe lasy
        wnętrza wyspy, tu, na wybrzeżu, ustępują miejsca niskim zaroślom
        makii i frygany. Mijamy kolejne śliczne wioseczki. Panajuda,
        Pamfila, Mistegna…Z radia kierowcy dobiegają melodie najnowszych
        przebojów sceny buzuki.

        Poranek w Mandamados. Ładna spora osada o czerwonych dachach dopiero
        budzi się do życia. W wąskich kamiennych uliczkach wsi, właściciele
        otwierają leniwie swoje sklepiki. Starsza pani podlewa kwiaty. „Jest
        rano, taksówkarz, do którego dostałem telefon, pewnie jeszcze śpi”,
        myślę zakłopotany, wciąż nie rezygnując z wyprawy do Skala
        Sikamnias. Stąd to wciąż kilkanaście kilometrów przez dziewicze góry.
        Na małym placyku wsi pierwsi mężczyźni zasiedli przy porannej kawie.
        Dostrzegam otwarty posterunek policji. Nie zastanawiając się nawet
        chwili, podchodzę do policjantów, prosząc ich o pomoc. „Zaraz
        zadzwonimy po taksówkę.Poczekaj”.
        Czuję, że moje wielkie marzenie dotarcia do odległego porciku z
        kościółkiem Madonny-Syreny, ma szansę się spełnić.

        -A, to Ty jesteś tym Polakiem, który chce dojechać do Skala
        Sikamnias- śmieje się taksówkarz. -Jestem Stratis, mój brat z
        Mitilini mówił mi o Tobie przez telefon. Dlaczego chcesz pojechać do
        Skali?
        -Wiem, że to piękne miejsce. Znam je z powieści Stratisa Mirivilisa.
        Bardzo chciałbym zobaczyć kościółek Madonny Gorgony [Syreny]

        Za Mandamados wznoszą się ponad tysiącmetrowe, najwyższe na wyspie
        góry Lepetimnos (Mirivili). Strome, zielone i piękne. Po lewej
        stronie mijamy małą wioseczkę, uroczą jak wszystkie na tej wyspie. –
        To Kapi, moja wieś!- z dumą oznajmia Stratis.
        -Zauważyłem, że na Lesvos hoduje się wiele koni- podpytuję. Stratis
        rozpromienia się w jednej chwili:
        -Ja też mam konia. Tak, u nas na wyspie, mamy wiele koni…Bardzo je
        tu kochamy. Podczas panijiria ** urządzamy ich wyścigi.
        Z każdym pokonanym kilometrem widoki coraz bardziej zapierają dech w
        piersiach. Dokoła pusto i dziko. Słońce jest już wysoko, obdarzając
        hojnie swymi promieniami całą okolicę.
        Z kolejnym zakrętem wjeżdżamy na ścisłą północ wyspy, na północny
        stok Lepetimnosu. Oczom ukazuje się widok niewiarygodnego piękna. W
        dali intensywnie niebieskie morze, małoazjatycki brzeg. Przede nami
        zbocza gęsto porośnięte srebrzystozielonymi gajami oliwnymi.
        Porośnięte sosnami góry nie dopuszczają tu całego światła. To, które
        dociera, igra z cieniem. Liście oliwek zdają się tu być tak srebrne
        jak nigdzie indziej na wyspie.
        „Ta droga mogłaby nie mieć końca…”, myślę rozmarzony.
        • tomaszkozlowski1 Lesvos-podróż do Madonny-Syreny- cz.III 28.12.08, 13:53
          „Wysoko na zboczach grzbietu górskiego leży wieś Muria. Pobielane
          domki cisną się bezładnie zbitymi kupkami pomiędzy drzewami oliwnymi
          i migdałowymi na podobieństwo trzody wystraszonych jagniąt,
          szukających w popłochu schronienia. Stamtąd nietrudno jest zejść do
          przystani, wystarczy jedna godzina. Ale aby wspiąć się wyżej, do
          ścieżki dla mułów, potrzeba trzy razy tyle czasu.” *

          Droga jest wąska i bardzo kręta. Stratis pokonuje ją ostrożnie,
          widać jednak, że jest mu dobrze znana. Przed nami Sikamnia (Skamnia,
          Muria), główna osada tego rejonu. Śliczna, spokojna wieś o
          czerwonych dachach i kamiennych domach. Przyklejona do zbocza góry.
          Pochodził stąd Stratis Mirivilis (1890-1969), wybitny pisarz, jeden
          z czołowych przedstawicieli greckiego literackiego pokolenia lat
          30.Od lat 50. mieszkający na stałe w Atenach, członek prestiżowej
          Akademii Ateńskiej. Mirivilis kochał swą wyspę i uwiecznił jej życie
          społeczne w kilku znakomitych powieściach- słynne są
          zwłaszcza „Nauczycielka o złotych oczach” (1933) i „Madonna-Syrena”
          (1949). Był kiedyś nauczycielem w Mandamados, wydawał też na wyspie
          tygodnik „Kambana” (Dzwon). Znany z języka żywego i bogatego,
          czerpiącego hojnie z wielowiekowej tradycji języka ludowego.
          Na skraju Sikamnia stoi pomnik pisarza. Spogląda przed siebie, w
          kierunku małej nadmorskiej równiny. Tam w dole, Skala Sikamnias,
          rybacki porcik i mała przystań, wystawiona na łaskę i niełaskę
          egejskiego błękitu. Proszę Stratisa byśmy tu na chwilę przystanęli.
          Nie mogę nacieszyć oczu tym widokiem. Czerwone dachy wioseczki,
          skała Madonny, widoczna już z daleka. Dzięki powieści Mirivilisa,
          miejsce tak mi bliskie. Nie wiem jaki magnes przyciągał tu moje
          myśli od tylu lat. Już zaraz tam będę…

          „ Na dole, w przystani, na noc pozostają tylko rybacy, którzy śpią
          w swoich łodziach, oraz kilku kupców i rzemieślników, którzy mają
          tam swoje tanie kawiarnie i warsztaty. Ci zjawiają się we wsi tylko
          w dni świąt.
          Na placu koło przystani stoi fabryka: wielka olejarnia z czterema
          prasami. Podczas zbioru oliwek panuje tutaj wielki ruch. Pracujące
          przy zbiorach kobiety rozdzielają się w gajach oliwnych na grupki.
          Mają na sobie szerokie spodnie w jaskrawych kolorach haftowane
          chustki; na rękach kołyszą się plecione z trzciny kosze i stukają
          szklane bransolety, czerwone lub niebieskie. Na wszystkich drogach
          pełno jest zajętej pracą młodzieży.
          Przez całą zimę, jak długo trwa praca przy oliwkach, mieszkańców
          wioski budzi codziennie fabryczna syrena. (…wink Jej głos dobiega do
          skał przybrzeżnych, odbija się w górach, mknie poprzez parowy i
          wąwozy i dociera do wioski, stawiając wszystkich na nogi. Zaraz
          potem słychać kroki mężczyzn stąpających głośno w butach podbitych
          gwoździami i stuk kopyt wyprowadzanych mułów. Ze zgrzytem zawiasów
          otwierają się i zatrzaskują drzwi. Rozgadane dziewczęta wśród
          wybuchów śmiechu wychodzą na drogę. Specjaliści od otrząsania oliwek
          z długimi tykami na plecach wyśpiewują piosenki miłosne, które
          przerywają tylko chwilami, by popędzać, jednak wciąż śpiewnym
          głosem, ociągające się muły.
          Oto są wielkie oliwkowe żniwa!
          Cały rok czeka na nie dziewięćdziesiąt osiem wiosek na wyspie. Na
          kruchych gałązkach drzewa oliwnego wiszą szale ich losu.
          Rybacy na dole mają bardziej skąpy, ale za to lepiej
          zabezpieczony żywot. Bo morze wciąż wydaje swoje owoce i nie
          potrzebuje żadnego pługa, prócz kilu okrętu. Wprawdzie zimą fale
          morskie biją z większą gwałtownością, ale też wówczas wciąga się
          łodzie na ląd, gdzie układa się je na grubych deskach i zabezpiecza
          odpowiednią osłoną. Tam leżą sobie spokojnie, dopóki znowu wody się
          nie uciszą. Wiatr północny bardzo chętnie wpada do portu, a wtedy
          rybacy niemało muszą się natrudzić. Ale jak długo istnieje świat,
          skała Madonny wciąż stawia czoło atakującym ją falom. Jest gęsto
          poznaczona starymi ranami i bliznami. Fale przypływów obmyły jej
          kamienistą powierzchnię, a pod potężnym działaniem wód na grzbiecie
          jej powstały różnego kształtu wgłębienia.” *

          Podchodzę do skały Madonny. Panajia i Gorgona. Matka Boska Gorgona.
          W greckich ludowych wierzeniach, znanych dobrze do dziś i
          opowiadanych dzieciom, Gorgona jest syreną- siostrą Aleksandra
          Macedońskiego. Podobno zatrzymuje na morzu statki, pytając czy jej
          brat żyje. Kto zaprzeczy, jego statek zostaje zatopiony. Kto
          potwierdzi, zostaje otoczony opieką i przychylnością mórz. W ten
          sposób religia, mitologia i ludowe wierzenia Grecji splatają się ze
          sobą w niezwykłą opowieść. To miejsce i ten kościółek, ten kościółek
          i ta opowieść. Przyciągały mnie tu. Jestem.
          Mały bielony kościółek stoi nadal na tej skale, ponad maleńką,
          urokliwą przystanią i równie mikroskopijnym molo. Obraz Madonny-
          Gorgony, namalowany przez kapitana Liasa, został już dawno zatarty
          przez wiatry, zmyty przez sztormowe fale. Opowieść i nazwa tego
          miejsca jednak pozostały. Na drzwiach kościółka wypisany numer
          telefonu do miejscowego kapłana. Drzwi są otwarte. Wnętrze
          maleńkiego kościółka skrywa niewielki ikonostas, ktoś zapalił kilka
          świec. Z zewnątrz dobiega szum fal odwiecznego morza.
          Na ławeczce pod skałą odpoczywa dziadek w bardzo podeszłym wieku.
          Kto wie, może przybył tu w 1922 roku na jednej z tych niemych łodzi,
          o których pisze Mirivilis w swojej powieści. Łodzi wypełnionych
          ludźmi wypędzonymi z greckich miejscowości na przeciwległym
          azjatyckim brzegu. Ludźmi, którzy zaludnili tę miejscowość,
          urządzając tu swój nowy świat z widokiem na niedaleką a tak odległą,
          wytęsknioną ojczyznę. Miejsca, do którego nie powrócili już nigdy.
          Rybackie łódeczki o fantazyjnych imionach kołyszą się delikatnie
          przy molo, poruszane podmuchami wiatru. Na placyk zajechał obwoźny
          sprzedawca warzyw i owoców. Na balkonach suszy się pranie. Zza
          malowanych drzwi dobiegają głosy codziennych rozmów.
          Idę wzdłuż kamienistej plaży, ocienionej tu i ówdzie przez
          tamaryszki i platany. Dostojne wiekowe drzewa oliwne uginają się pod
          ciężarem owocu. Zbliżające się oliwne żniwa żyją już w świadomości
          ludzi.
          Skała Madonny – symbol tego mikroświata, jest dobrze widoczna z
          oddali.
          Dzisiejszy spokojny, słoneczny dzień wczesnej jesieni koi zmysły.
          Już za parę miesięcy powrócą jednak sztormy, w tej części Morza
          Egejskiego znane ze swej wyjątkowej gwałtowności.

          „ Po nocach demon burzy szaleje nieraz bez opamiętania. Gwiżdże we
          wszystkich szczelinach, pomiędzy masztami i w domowych kominkach.
          Wzbija się na żelazne rusztowanie, podtrzymujące dzwon
          Przenajświętszej, uwiesza się serca i miota nim z niepohamowaną
          wściekłością.
          Opętańcze dzwonienie budzi na dole rybaków, słyszą je też wysoko
          w górze chłopi z Muria. Rybacy wychylają ostrożnie głowy spod koców
          i zaczynają kląć. Kobiety we wsi podnoszą się cicho z łoża, otulają
          się szczelnie, posypują kadzidło ikonie i czynią znak krzyża: ‘Niech
          Madonna-Syrena chroni ludzi!’.
          Równocześnie proszą o łaskę dla statków znajdujących się na morzu
          i dla okrętów odbywających dalekie podróże. Odmawiają jedno ‘Ojcze
          nasz’ za nieznanych marynarzy, którzy o tej straszliwej godzinie
          znajdują się na pełnym morzu, nad ciemną otchłanią słonych wód,
          zdani na łaskę losu.
          Szał burzy nie przemija prędko, ale gdy potem niebo znowu się
          rozjaśnia, słońce niby cud niebiański świeci na przybrzeżną skałę, a
          z drzew oliwnych sączy się błogość spokoju. Świeża i radosna wznosi
          się wśród złotych blasków skała.” *

          Taką właśnie, rozświetloną słońcem po wczorajszym deszczu, owiewaną
          chłodną morską bryzą, widzę ją dziś. Wracam do wsi. Stratis żegna
          się zażyle z jej mieszkańcami. Wszyscy go tu dobrze znają. W
          spółdzielczym sklepiku z lokalnymi produktami zdążę jeszcze poznać
          dzięki niemu jednego z marynarzy:
          –Polska! Pracowałem kiedyś w stoczni w Gdyni!- śmiej
          • tomaszkozlowski1 Lesvos-podróż do Madonny-Syreny- cz.IV 28.12.08, 13:55
            Taką właśnie, rozświetloną słońcem po wczorajszym deszczu, owiewaną
            chłodną morską bryzą, widzę ją dziś. Wracam do wsi. Stratis żegna
            się zażyle z jej mieszkańcami. Wszyscy go tu dobrze znają. W
            spółdzielczym sklepiku z lokalnymi produktami zdążę jeszcze poznać
            dzięki niemu jednego z marynarzy:
            –Polska! Pracowałem kiedyś w stoczni w Gdyni!- śmieje się na mój
            widok. Tu, na tym prawdziwym końcu świata, brzmi to niemal
            nierzeczywiście.

            Taksówka Stratisa pokonuje znów kolejne zakręty. Oliwki, sosny i
            kępy przydrożnych ziół wirują w oczach. Spoglądam za siebie.
            Sikamnia i jej przepiękna Skala, z tajemniczą, odcinającą się od
            błękitnej tafli skałą Madonny. Oddalają się coraz szybciej. Wrócę tu
            na dłużej, obiecuję sobie.

            Drogą idzie kilku uchodźców. Stratis zatrzymuje się na chwilę,
            próbując wskazać im właściwy kierunek. Nie rozumieją. –Źle idą, idą
            w góry.Tam niczego nie znajdą.- mówi zrezygnowany.
            Znów mijamy Kapi, rodzinną wieś Stratisa. Taksówkarz przystaje,
            pokazując mi ogrodzone kamiennym murkiem poletko. Stoi na nim
            dorodna biała klacz. –To Emilija, mój koń!- jego oczy śmieją się. –
            Emi! Emi!- woła donośnie. Koń odwraca się w naszą stronę. –Nie
            odpowiada, zawsze mi odpowiada- stwierdza zawiedziony.

            Dojeżdżamy do Mandamados. Dalej już sobie poradzę. Czuję
            niewypowiedzianą satysfakcję i radość.
            Skala Sikamnias, tym razem już znana i zapamiętana, znów powraca do
            krainy marzenia…

            „ Kiedy zaś rybacy powracają z połowu, wychodzą na górę i
            rozwieszają mokre sieci na murach kaplicy. Zaczepiają je na
            ustawionych w poprzek siebie wiosłach, na maszcie chorągwi i na
            żelaznym rusztowaniu dzwonu. Sieci wydymają się na wietrze jak
            wywieszone odzienie. Czasami jest ich tak dużo, że przykrywają całą
            kaplicę. Żadna inna Madonna w chrześcijańskim świecie nie nosi
            takiego odzienia jak Madonna-Syrena.” *

            -------------------------------------------------------

            * Wykorzystałem fragmenty książki „Madonna-Syrena” Stratisa
            Mirivilisa (w polskiej wersji zapisanego jako Myriwilis).
            Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1961, Wydanie pierwsze. Tłumaczył
            Henryk Goldmann, słowo wstępne- Jan Parandowski.

            ** Panijiria- ludowe odpusty w dzień świętego patrona wsi.
            Towarzyszą im uczty, tańce a na Lesvos także wyścigi koni

            • hania_404 Re: Lesvos-podróż do Madonny-Syreny- cz.IV 28.12.08, 19:00
              oj Tomku... jaka ładna opowieść.... czytam sobie niespiesznie Madonne-Syrene, a
              tu nagle takie post lexis sie pojawia...wink)) własciwie to tak jakbym tam byla:
              skała Madonny sprzed lat 80-ciu widziana oczami Myriwilisa, i ta calkiem
              współczesna tu w Twoim opisie.... dobrze nam, ze mamy takie pióra na forumsmile
              dzieki!
              P.S. i aż dziwne ze nie spotkałeś tamtejszej Smaragde - przeciez ona musi tam
              bycsmile))))
            • tomaszkozlowski1 Odwiedziny u Taksiarchisa 23.01.09, 22:37
              Po powrocie ze Skala Sikamnias do Mandamados, nie wróciłem od razu
              do Mitilini. Moim celem tego dnia był jeszcze jeden z najświętszych
              klasztorów na wyspie- Taksiarchis (imieniem tym określa się w Grecji
              Archaniołów Michała i Gabriela), położony kilometr od wsi, wśród
              gajów oliwnych i pól z kamiennymi murkami. Lesvos to wyspa wielu
              klasztorów, przybywają tu liczne pielgrzymki z całej Grecji.
              Ajjos Rafail, Taksiarchis, Mirsiniotisa, Moni Limonos, Perivoli,
              Ipsilu, Moni Pithariju, Panajia w Ajasos...
              Klasztor Taksiarchis (Moni Taksiarchi) znajduje się w miejscu
              wcześniejszego, bizantyjskiego, który zniszczyli w 1462 r.
              saraceńscy piraci. To wtedy według podania powstała bodaj
              najświętsza ikona wyspy- ikona Archanioła Michała, wykonana- jak
              głosi legenda- z gliny i krwi pomordowanych w oblężeniu mnichów.
              Jak podkreśla się na wyspie, to jedyna w świecie prawosławia
              wyrzeźbiona ikona.

              Duża poczerniała od czasu twarz, wielkie oczy, pozłacane skrzydła,
              anielski ognisty miecz.

              Legenda dostarcza wielu szczegółów. Saraceni, którzy wtargnęli do
              klasztornego kościoła w trakcie porannej mszy, zaczęli kolejno
              mordować wszystkich braci. Umknął im tylko jeden, Gabriel, który
              wspiął się zwinnie na dach kościoła. Piraci pospieszyli za nim lecz
              wtedy nastąpił cud: wśród grzmotów i huku, dach zamienił się w
              spienione morze. Pośród fal pojawił się anioł z ognistym mieczem
              wymierzonym w piratów. Nic dziwnego, że w popłochu rzucili się do
              ucieczki. Miecz doścignął ich jednak błyskawicznie. Wzruszony pomocą
              archanioła mnich Gabriel, w podzięce postanowił stworzyć ikonę
              wybawiciela. Nie umiał jej namalować, postanowił więc ulepić ją z
              gliny i krwi męczeńsko zabitych towarzyszy. Pomagała mu w tym
              niewidzialna ręka archanioła.

              Od progu kościoła do ikony podąża na kolanach starsza Greczynka.
              Ludzie przybywają tu z niezliczonymi intencjami. Ikona znana jest z
              cudów, podobno co jakiś czas płacze i poci się- uzdrawiające łzy i
              pot zbierane są przez wiernych watką. Dookoła ikony porozwieszane
              liczne wota wiernych- posrebrzane tarcze i buciki (buciki dla
              Taksiarchisa można kupić np.na głównej handlowej ulicy Mitilini).

              W żywej na wyspie historii, ciało archanioła zniknęło z ikony w
              dniach uderzenia Turków na Cypr: jak wielu wierzy, udał się tam, by
              ratować Greków. Wymowne...

              Do klasztornego kościoła wchodzi zagraniczna wycieczka. Marija,
              ekspresywna i energiczna przewodniczka, rozpoczyna opowieść. Nim ją
              zacznie, czule całuje ikonę, witając się z archaniołem. Nie
              ogranicza się do słów, zaskoczonym turystom śpiewa nawet jeden z
              bizantyjskich hymnów („Chiere”wink aby doświadczyli więcej.

              Zwiedzam przyległości: w przyklasztornej knajpce zjeść można
              wyśmienite pączki lukumades. Przy stoliku pod drzewem siedzi dwóch
              mężczyzn i starsza kobieta na wózku inwalidzkim. To ich matka. Jej
              pragnieniem było odwiedzić Taksiarchisa. Przy stoliku obok
              rozmawiają starsze kobiety z pielgrzymki, jedna z nich przyjechała
              tu z odległego Nafpaktos nad Zatoką Koryncką, inna jest z Salonik.
              Pod rozłożystym platanem przeciągają się koty.

              Za kościołem dostrzegam otwarte drzwi budyneczku wyglądającego na
              magazyn. Podchodzę bliżej. To osteofilakio- miejsce, w którym
              spoczywają urny (lipsanothikies) z kośćmi i prochami zmarłych (w
              Grecji ekshumuje się szczątki, umieszcza je w urnach i – często-
              przenosi do rodzinnych „mauzoleów”wink. Drewniane urny z imionami i
              nazwiskami spoczywających piętrzą się jedna na drugiej.

              Za klasztornym murem jesienne pola i cisza.


              - - - - - -
              Religijny film (sprzed paru dziesięcioleci) o klasztorze i ikonie (z
              krótkim wstępem o Lesvos):
              pl.youtube.com/watch?v=JaJffVgBQsk
    • tomaszkozlowski1 Fotoforum- Skala Sikamnias 20.02.09, 22:52
      No to po wielu obietnicach i namowach (zwłaszcza Baha smile), trafiłem
      i ja na Fotoforum.
      Już tu trochę o Lesvos popisałem (i może jeszcze coś popiszę smile)- no
      to teraz Wam choć troszkę pokażę smile)

      Zabieram Was do mojego "magnesu" na Lesvos- Skala Sikamnias- wsi
      Madonny Gorgony.
      Jako nowicjuszowi na fotoforum, wybaczcie, że w pierwszym poście nic
      mi się nie wkleiło, ale się postarałem i potem się udało smile)) -
      fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,91673810,91674237.html
      smile
      • hania_404 Re: Fotoforum- Skala Sikamnias 20.02.09, 23:23
        Tomku!
        ja zupelnie nie tak sobie wyobrazalam skałę Madonny Gorgony!!! ta skala byla
        wysoka, jak klif, niemal do nieba... a tu stoi świątynka na kilku głazach z
        morza wystających!.... mimo całej sympatii nie będę tych zdjęć oglądać! wolę
        moje literackie projekcje.... nie obrazisz sie, prawda?
        ... z ciekawosci pewnie i tak zajrzę, ale nie bedę komentować smile
        tak to jest, jak moje literackie wyobrażenia próbuję konfrontować z
        rzeczywistością....
        po prostu - bajko trwaj smile))) [cyt. za barbelek] wink))
        usciski
        a.
        • tomaszkozlowski1 Re: Fotoforum- Skala Sikamnias 21.02.09, 16:32
          Haniu, oj to przykro mi,że zafundowałem Ci rozczarowanie sad
          Myślałem, że już gdzieś widziałaś jak wygląda skała Gorgony. Nie
          jest faktycznie zbyt widowiskowa, ale kościółek, no przyznaj,
          wzruszający- i jak najbardziej pasuje do literackiego opisu smile
          I miejsce- zapewniam Cię- cudowne! Okolica, co może troszkę widać na
          pierwszym zdjęciu, śmiem twierdzić, jest najpiękniejszym rejonem
          całej wyspy!
          Pozdrawiam smile))
    • tomaszkozlowski1 Ajasos- z wizytą w górskiej osadzie 07.02.10, 00:38
      Ha, to Was zaskoczyłem smile
      Nigdzie przecież nie powiedziałem, że skończyłem już opowieści z
      wyspy, która tak bardzo mnie urzekła smile
      Dużo pracy..i w ten sposób to się odciągnęło. Ale dziś znalazłem
      sposobność by powrócić z Wami do magicznej Eolii...
      Zajrzymy do przepięknej i dumnej górskiej osady Ajasos.
      **********************************************************

      -Czy mogę zrobić zdjęcie? – Greczynka pochylająca się nad ręcznie
      dekorowanym krzesłem kiwa głową z przyzwoleniem. Ajasos to stolica
      rękodzieła na wyspie Lesvos (Mitilini).W licznych warsztatach
      wyrabia się tu przepiękne ludowe krzesła, koronki, ozdobną ceramikę.
      Na skarby sztuki ludowej możemy natknąć się na każdym kroku. Nie
      liczmy jednak na niskie ceny- mieszkańcy miejscowości to słynni na
      całą wyspę skąpcy.

      Wyjrzało słońce i uliczki górskiego miasteczka skrzą się po deszczu.
      Na prowizorycznych straganikach rozkładane są zielone, kosmate owoce
      kasztanów jadalnych. Okolica Ajasos słynie z prastarych kastaniones
      (gajów kasztanowych).

      Gdy znad wznoszącego się ponad miasteczkiem Olimpu (Olimbos)-
      najwyższej i najbardziej majestatycznej góry wyspy, znów schodzą
      siwe chmury, wchodzę do sanktuarium. Kościół i klasztor Maryi
      (Panajia) to najważniejsze miejsce pielgrzymek na wyspie i jedno z
      ważniejszych na całym archipelagu egejskim. 15 sierpnia przybywają
      tu tłumy a cała wyspa bawi się tu na hucznym panijiri. Dziś we
      wnętrzu kościoła panuje spokój. Młody Grek unosi na ręce małą
      córeczkę by mogła ucałować każdą ze świętych ikon, wystawionych dla
      wiernych.

      Deszcz przepłoszył klientów z kafenionów na placu. Wspinam się pod
      górę jednym z urokliwych traktów. Po drodze mijam dom, na którym
      mieszkańcy Ajasos wypisali dowcipne „złote myśli” w swoim nadal
      chętnie używanym dialekcie. Jest on tak trudny i archaiczny, że
      prawie niezrozumiały nawet dla innych mieszkańców Lesvos.
      -Było jedno dziecko w klasie, które tłumaczyło mi na nowogrecki to
      co mówiły inne- wspomina mi później pani Juli, nauczycielka z miasta
      Mitilini, która przed laty uczyła w szkole w Ajasos.
      To jedyne miejsce na wyspie, gdzie lokalna gwara jest wciąż tak
      żywa. Ajasos ma nawet tradycję satyry opartej o miejscowy dialekt.
      Kultura ma się tu dobrze, w jednej z uliczek napotykam tutejszy
      teatr, w Ajasos działa nawet znany na całą wyspę zespół muzyki
      rembetiko, o pomysłowej i humorystycznej nazwie „Rebet Against the
      Machine”. A wszystko to w miejscowości liczącej tylko trzy i pół
      tysiąca mieszkańców!

      Jestem już dość wysoko, na skraju miasteczka. Mam je teraz przed
      sobą jak na dłoni: gąszcz starych domów krytych czerwoną dachówką,
      imponujący Olimp w tle, intensywna zieleń rozległych pięknych lasów,
      porastających całą okolicę. Słońce robi mi prezent, wychodząc zza
      chmur i rozświetlając skąpaną w deszczu miejscowość. Spokojny
      jesienny czas w górskiej osadzie, do dziś żyjącej swym własnym
      rytmem...

      Zanim stąd wyjadę, pójdę jeszcze jednym z licznych oznaczonych
      (rzadkość w Grecji) szlaków pieszych, oplatających gęsto pasmo
      Olimpu. Będę podziwiajął kwitnące zimowity i wdychał zapach górskich
      lasów.

      Autobus krętą drogą zjeżdża w dół. Ajasos znika za zakrętem. Za
      szybą gaje oliwne z bladoróżowymi kobiercami jesiennych cyklamenów...

      smile
        • akodz Re: Ajasos na Fotoforum 07.02.10, 12:17
          Mam nadzieję, że na następną część Twojej opowieści nie będziemy musieli czekać
          kolejny rok smile? Miło się czyta takie wspomnienia, zwłaszcza teraz, kiedy za
          oknem mroźno i śnieżnie.
          • apostolis Kamienne kosciolki na Lesvos 08.02.10, 21:15
            W 2010r. po raz drugi z rzedu dwanascie kamiennych kosciolkow na Lesvos
            umieszczonych zostalo na obserwacyjnej liscie WMF (World Monuments Fund). Ta
            prywatna organizacja dzialajaca od ponad czterech dekad co dwa lata sporzadza
            liste zagrozonych zabytkow kultury w roznych zakatkach swiata, m.in na liscie
            znajduje sie slynne Machu Picchu w Peru. Koscioly na Lesvos, kilka nadal
            funkcjonujacych, umieszczone byly na liscie tej organizacji rowniez w 2008 roku
            co pozwolilo zebrac fundusze na zewnetrzne prace konserwatorskie w Aghios
            Nikolas. Stan techniczny wszystkich kosciolkow, m.in. z uwagi na niedobor lub
            calkowity brak miejscowych funduszy, doprowadzil stan architektoniczny oraz
            strukturalny tych obiektow do alarmujacego poziomu, ze dluzej nie mozna juz w
            czasie odwlekac odnowy i ich konserwacji. Wiele sciennych malowidel tylko
            profilaktycznie owinietych jest gaza, zeby zapobiec ich oderwaniu sie od sciany.
            Rowniez stan techniczny mozaikowych podlog bije na alarm. Kosciolki te na
            przestrzeni wiekow odgrywaly bardzo wazna role w codziennym zyciu mieszkancow
            wysepki jak i burzliwych czasach tego regionu morza Egejskiego. Utrata ich
            bylaby niezastapiona strata w kulturanym krajobrazie tego regionu. Byc moze
            teraz swiat zwroci wieksza uwage i uda sie zebrac wiecej funduszy.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka