Dodaj do ulubionych

Z punktu widzenia naszych dzieci.

20.02.06, 13:13
Wypowiedż mojej córki Claire:

Ja jestem dzieckiem dwujęzycznym. Urodziłam się w Bawarii, rodzice mam oboje
Polaków. Rodzice zawsze do mnie mówili po polsku, nie wiem, gdzie się nauczyłam
po niemiecku. Pamiętam długi okres, kiedy było mi trudno się wysłowić, to
prawda. Byłam w stanie poprosić o chleb (choć mi się cały czas mieszał z bułką)
i o Fruchtzwerge, ale pamiętam, że długo miałam problemy wyartykulować swoje
myśli. Pamiętam, jak kiedyś przy śniadaniu opowiadałam Ojcowi, że ˝dzisiaj w
nocy widziałam, jak kopali doły w naszym salonie˝; Ojciec mi wtedy powiedział,
że się mów ˝śnić˝. Bardzo mi się podobało, że jest słowo na to, co widzę w nocy:
Sen. Bardzo podziwialam moich rodzicow, ze Oni potrafią powiedzieć co myślą i
czują. Pamiętam nawet pierwsze tygodnie w przedszkolu, kiedy mało mówiłam, bo
nie wiedziałam, jak. Ale po jakimś czasie odkryłam, że pewień sposób mówienia
używa się w domu, a inny w przedszkolu i na ulicy i po jakimś czasie się też
nauczyłam, że ten jeden sposób mówienia się nazywa ˝polski˝, a drugi
˝niemiecki˝. Nie było to uciążliwe. W perspektywie czasu wydaje mi się to
dziwne, ale myślę, że jest to po prostu effektu dwujęzyczności: Dziecko musi
sobie najpiew poukładać w głowie, co gdzie należy.
Nie pamiętam też, żeby mi się kiedykolwiek mieszały. Znaczy, były takie małe
incydenty, typu:
Na bal przybierańców z okazji faschingu byłam przeprana jako wruszka. Widocznie
było to dal mnie wtedy nowe słowa i sobie zapamiętałam, że tym, kim jestem,
rymuje się na Birne. Rymowałam, i rymowałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć;
jedyne, co mi pasowało, to to, że jestem Fee. W końcu doszłam do wniosku, że nie
Birne, tylko gruszka. Wruszka rymuje się na gruszka, ale Birne (niemieckie słowo
na gruszka) nie rymuje się na Fee (niemieckia wrószka).
Druga jaka historia to wtedy, kiedy Mama mi podała chrzan zamiast musztardy.
Mówię, że chciałam musztardy, tylko tyle, że mi się pomieszało, dlatego że
chrzan zaczyna się na ˝s˝, jak Senf (czyli musztarda) po niemiecku, a musztarda
na ˝m˝, jak Meerretich (chrzan) po niemiecku. Mama najpierw w ogóle nie
rozumiała, o co mi chodzi, po czym się dowiedziałam, że nie pisze się ˝szan˝
tylko ˝chrzan˝.
Pisać i czytać nauczyłam się po niemiecku. I tutaj Rodzice zrobili błąd: Trzeba
mnie było w wieku pierwszoklasistki nauczyć czytać i pisać po polsku. Z dużym
trudem i wysiłkiem się nauczyłam dopiero o wiele później, jak poszłam do szkoły
polskiej w wieku dwunastu lat. To nie można porównać z nauką języka obcego, to
jest o wiele gorsze. Jak człowiek się uczy języka obcego, to się równocześniej
uczy mówić i czytać. Uczysz się całe obrazy słów (typu w angielskim czy
francuskim).
Ja zaś mówiłam, ale umiałam czytać tylko ˝po niemiecku˝. Można to tylko porównać
do nauki nowego alfabetu: Nie wiedzisz całe słowo, tylko pojedyncze literki i
sylabujesz. Nie chodzi tu o ˝u z kreską˝, czy ˝rz˝. Chodzi o to, że nagle się
okazuje, że jest duża różnica między ˝si˝ a ˝ś˝, ˝ci˝ a ˝ć˝, ˝chrz˝ a ˝sz˝.
Język pisany jest inny, niż język mówiony.
W wieku dwunastu lat przeprowadziliśmy się do Norwegii. Tutaj miałam przez dwa
lata dwie godziny tygodniowo polskiego. W tym samym czasie zaczęłam dużo pisać
po polsku do znajomych w Polsce. Dzięki temu dzisiaj w ogóle umiem pisać i
czytać po polsku.
Język norweski jest dla mnie językiem obcym.
W czasie, kiedy mieszkamy w Norwegii, mój polski się polepszył, zaś mój
niemiecki pogorszył. Związku z tym na razie są na równym poziomie. Zaczęłam
wtrącać do niemieckiego polonizny, coś, co mi się wcześniej nie zdażało. Czuję
się też bardziej niepewna w niemieckim pisanym, ale jestem pewna, że mi to
przejdzie, jak zacznęł studia w Monachium od następnego semestru. Mam w tej
chwili dziewiętnaście lat.
Mój polski pisemny zaś jest za bardzo nieofcjalny. Za mało czytam gazet
polskich, czytam więcej prozy. Przez to nie znam dużo wzrotów oficjalnych. To
też dlatego, bo mi to jest niepotrzebne. Nie piszę listy urzędnicze, ale jak
kiedyś będę musiała, to się tego szybko nauczę.
Mam o trzy lata młodszego brata. On chodzi do niemieckiej szkoły. Jego polski
nie jest doskonały, wtrąca germanizmy, zapomina słowa. W niemieckim też mu się
to zdaża. Jak mi zabraknie jakieś słowo w jakimś języku, próbuję znaleść jakiś
synonim. Zaś Bartek, mój brat, przeżuca się na inny język. Zaczyna rozmowę po
niemiecku, a kończy po polsku. Wychodzą z tego śmieszne sytuacje, bo ja do niego
konsekwentnie mówię po niemiecku: Ja Go pytam po niemiecku, On opowiada coś po
polsku, tłumaczę Mamie coś po polsku, pytając się Bartka po niemiecku.


Obserwuj wątek
    • bea_mama nauka czytania i pisania-ktory jezyk pierwszy? 28.02.06, 07:23
      jan.kran napisała:

      > Pisać i czytać nauczyłam się po niemiecku. I tutaj Rodzice zrobili błąd:
      Trzeba mnie było w wieku pierwszoklasistki nauczyć czytać i pisać po polsku.

      Dzieki za ten list. Bardzo interesujacy. Zastanowilo mnie najbardziej powyzsze
      zdanie. Nie czytalam zadnych ksiazek dotyczacych dwujezycznosci i w sumie
      dopiero teraz zaczynam sie tym interesowac i zastanowilo mnie wlasnie jak to
      jest z ta nauka pisania i czytania. Czy lepiej nauczyc najpierw polskiego, a
      dopiero pozniej drugiego jezyka? Macie w tym jakies doswiadczenie? Czy naprawde
      tak trudno jest nauczyc sie czytac po polsku?
      • pati.zop78 Re: nauka czytania i pisania-ktory jezyk pierwszy 28.02.06, 21:20
        wydaje mi sie ze duzo zalezy od tego jaka metoda dziecko uczy sie czytac w
        kazdym z jezykow. np. w angielskim czyta sie od razu cale wyrazy, w polskim
        sklada sie literki i sylaby. wymowa tez jest inna (tzn te same literki inaczej
        sie czyta).
        chetnie dowiem sie jak radza/radzily sobie z czytaniem inne dzieci.
      • hanula Re: nauka czytania i pisania-ktory jezyk pierwszy 13.03.06, 21:59
        Podobno nie należy uczyć czytania i pisania w kilku językach na raz. Inaczej niż
        w przypadku mówienia, zaleca się naukę najpierw w jednym języku, a dopiero po
        roku-dwóch w kolejnym. Podobno umiejętność czytania i pisania "przenosi się"
        niejako na kolejny język, więc w kolejnym języku jest już dużo łatwiej (choć -
        jak widać z wypowiedzi Clair, nie tak zupełnie łatwo).

        Moje dzieci są jeszcze za małe, żebym mogła mówić z własnego doświadczenia, więc
        powyższe to tylko teorie wyczytane w sieci.

        Chciałabym nauczyć córkę czytać i pisać po polsku, ale w Anglii dzieci bardzo
        wcześnie idą do szkoły, w wieku pięciu lat. Wątpię, żeby do tego czasu udało mi
        się nauczyć ją czytać. Nie wiem, czy zastosuję się do powyższej teorii -
        pożyjemy, zobaczymy...
          • hanula Re: nauka czytania i pisania-ktory jezyk pierwszy 14.03.06, 00:30
            > ja to czytalam w literaturze fachowej - Tracey Tokuhama-Espinosa "Raising
            > multilingual children"

            Na temat angielskiego i japońskiego może? (Tak tylko po nazwisku zgaduję.) Bo
            zastanawiam się, jak się ma nauka alfabetu łacińskiego do nauki japońskich
            znaków; czy w takim przypadku też zaleca się odczekanie, aż pierwsze pismo się
            "utrwali", czy też te dwa systemy są na tyle odmienne, że można ich uczyć
            równolegle?

            Jagaga, a ty planujesz uczyć dziecko pisania i czytania po polsku?
        • risando Re: nauka czytania i pisania-ktory jezyk pierwszy 14.03.06, 07:40
          hanula napisała:

          > Podobno nie należy uczyć czytania i pisania w kilku językach na raz.

          Tez o tej teorii czytalem w niemieckojezycznej ksiazce o dwujezycznosci (Kielhöfer/Jonekeit, Zweisprachige Kindererziehung), ktora powstala na podstawie doswiadczen francusko-niemieckich rodzin. W spr. czytania/pisania autorzy pisali, iz ze wzgledu na silne interferencje nalezy najpierw uczyc czytac/pisac w jezyku szkolnym, a dopiero potem w jezyku slabszym.

          Pytalem na niemieckojezycznym forum o wielojezycznosci, co inni o tym mysla. Z odpowiedzi, ktore dotad otrzymalem od rodzicow starszych dzieci (kombinacje jezykowe np. niem-fran, niem-hisz, niem-port, niem-ang) wynika, iz rodzice nie obserwowali wiekszych problemow z opanowaniem ortografii jezyka szkolnego, chociaz uczyli czytanie/pisanie (prawie)
          jednoczesnie. Interferencje wystapily tylko krotko i nie mialy ujemnego wplywu na nauke jezyka szkolnego. Jesli byly problemy w szkole, wynikaly one raczej z ogolnej predyspozycji/motywacji dzieci.


          ---------------

          Risando (corka 11/2001, tata: niem, mama: pol, mieszkamy w Polsce)
          • hanula Re: nauka czytania i pisania-ktory jezyk pierwszy 14.03.06, 14:34
            > Tez o tej teorii czytalem w niemieckojezycznej ksiazce o dwujezycznosci (Kielhö
            > fer/Jonekeit, Zweisprachige Kindererziehung), ktora powstala na podstawie doswi
            > adczen francusko-niemieckich rodzin. W spr. czytania/pisania autorzy pisali, iz
            > ze wzgledu na silne interferencje nalezy najpierw uczyc czytac/pisac w jezyku
            > szkolnym, a dopiero potem w jezyku slabszym.
            >
            > Pytalem na niemieckojezycznym forum o wielojezycznosci, co inni o tym mysla. Z
            > odpowiedzi, ktore dotad otrzymalem od rodzicow starszych dzieci (kombinacje jez
            > ykowe np. niem-fran, niem-hisz, niem-port, niem-ang) wynika, iz rodzice nie obs
            > erwowali wiekszych problemow z opanowaniem ortografii jezyka szkolnego, chociaz
            > uczyli czytanie/pisanie (prawie)
            > jednoczesnie. Interferencje wystapily tylko krotko i nie mialy ujemnego wplywu
            > na nauke jezyka szkolnego. Jesli byly problemy w szkole, wynikaly one raczej z
            > ogolnej predyspozycji/motywacji dzieci.

            To bardzo ciekawe. Już nie raz zauważyłam, że nawet dobre skądinąd książki o
            dwujęzyczności potrafią ferować dość kategoryczne wyroki, niekoniecznie zgodne z
            prawdą. Bodajże w książce "Growing Up with Two Languages" (Una
            Cunningham-Andersson, Staffan Andersson) wyczytałam będąc jeszcze w pierwszej
            ciąży, że wychowanie dziecka dwujęzycznego jest możliwe tylko wtedy, gdy oboje
            rodzice mówią oboma językami. A mój mąż po polsku nie mówi! Zestresowałam się
            nieco, bo już wtedy wiedziałam, że bardzo będzie mi zależeć na dwujęzyczności
            dzieci. Dopiero rozmowy ze znajomymi i czytanie emaili przychodzących na listę
            Bilingual Families przekonały mnie, że to nieprawda, że wielu rodzicom udaje się
            ten problem pokonać czy ominąć.
    • jan.kran Re: Z punktu widzenia naszych dzieci. 05.03.06, 00:59
      Dzisiaj po raz pierwszy zrobiłam mojemu szesnastoletniemu synowi dyktando po
      polsku.
      Mówi dobrze choc z akcentem , sam się nauczył czytać i czyta sporo po polsku.
      Przeczytał wszystkie części HP po polsku na przykład.
      Było to jedno zdanie z Mikołajka.
      Nie było źle ale ewidentnie zobaczyłam że te słowa które napisał niepoprawnie
      wymawia też nieprawidłowo.
      Ja tego dobrze nie słyszę ale teraz będę konsekwentnie robiła z Nim dyktanda ,
      wystarczy dwa , trzy zdania i omówienie ich. Kilkanaście minut dziennie które
      na pewno coś dadzą.

      Tu tekst Juniora:

      Co roku , to jest w zeszłym roku i dwa lata temu, bo wszczenśniej to było dawno
      i nie pamientam , tata i mama strasznie się kłudziło gdzie jechac na wakacje.

      Kransmile)))
    • bietka1 Re: Z punktu widzenia naszych dzieci. 05.03.06, 20:18
      Tez uwazam to co pisze Clair za bardzo interesujace.
      Wlasnie nasuwa mi sie pytanie, a poczucie tozsamosci, czy pojawiaja sie jakies problemy?

      Jednak moje dziecko to troche inny przypadek, bo juz rozumie dwa jezyki i trudno powiedziec,
      ktory lepiej. Mowi kilka slow po polsku i kilka po niemiecku, uzywa ich jakby to byl jego jezyk.
      Moge przypuszczac co bedzie pozniej, ale wiem, ze trzeba probowac, by nie zaprzepascic
      niczego.
      A Tobie Kranie gratuluje po raz ktorys smile
    • aniaiewa Re: Z punktu widzenia naszych dzieci. 14.03.06, 18:53
      A ja chcialam tylko powiedziec, ze bardzo wzruszyl mnie list Twojej corki Moze
      dlatego ze taki prawdziwy, opisujacy to co my nazywamy dwujezycznoscia i
      dochodzeniem do niej, oczami dziecka? Cudowny I mam nadzieje ze mojej Ewa kiedys
      uda napisac sie cos podobnego po polsku To chyba moje najwieksze marzenie
      Gratulacje Kraniku!smile
      Ania
      • aniuko Re: Z punktu widzenia naszych dzieci. 15.03.06, 15:44
        ja tez dziekuje za list Claire, bardzo fajne zrodlo wiedzy. Powiem wam jak bylo/jest u mnie. Kasia do
        pojscia do amerykanskiego kindergarden umiala przeczytac kilka slow po angielsku, ja nie mialam
        czasu zeby z nia siedziec (maly Jas) wiec Chris wieczorami czytajac jej ksiazki, nauczyl ja czytac. Potem
        poszla do szkoly i w ciagu pol roku nauczyla sie czytac po angielsku (i czyta prawie plynnie w tej
        chwili). Pewnego wieczoru przyszla do kuchni i PRZECZYTALA mi ksiazeczke po polsku - oniemialam.
        NIgdy nie uczylam jej czytac po polsku, skladac literki itd. Sama sie nauczyla (jak syn Kran).
        Probowalam pytac jak ona to zrobila a one na to "no jak mamo? wzielam ksiazke do reki i zaczelam
        czytac". Potem logodeda powiedzial mi, ze dziecko uczy sie mechanizmu czytania, laczenia w glowie
        literek in po prostu widzi wyraz i go wypowiada na glos (Kasia w zadnym jezyku nie sklada). Pewnie, ze
        miala i jeszcze wciaz ma problemy z polskimi "rz" "cz" itd ale coraz mniej, kilka razy z nia usiadlam,
        powiedzialam co i jak sie czyta i jeste lepiej. Jesli chodzi o pisanie tez nie jest zle, jeszcze wciaz pisze
        duzo fonetycznie ale ona dopiero w lipcu konczy 6 lat! A wiecie co najbardziej zachecilo ja do pisania i
        czytania? SKYPE!!! kasia ma przyjaciolke w Polsce i jakos nie zalapala jeszcze ze lepiej jest po prostu
        porozmawiac z nia przez Skype - Kasia pisze z Karolinka!! To tyle moich przemyslen na
        dzis..pozdrawiam, Ania
    • jan.kran Re: Z punktu widzenia naszych dzieci. 19.03.06, 09:44
      To forum pozwala mi na odkrywanie ciekawych rzeczy dotyczących moich dzieci.
      Zadałam im obojgu wczoraj szereg pytań dotyczących ich dzieciństwa.
      Oboje niezależnie od siebie twierdzą to samo i to jest bardzo ciekawe.
      Otóż oni nie rozróżniali mniej więcej do czasu pójścia do szkoły że mówią dwoma
      językami. Wiedzieli że jeden sposób porozumiewania to kontakt z Mamą i Tatą a
      drugi z resztą świata.
      Na pewno wpływ na to miało to że nie mieliśmy żadnych polskich znajomych w
      najbliższym otoczeniu.
      Moje dzieci twierdzą ze nie odróżniały kiedy mówią po polsku kiedy po niemiecku.
      Nauczyły się na pamięć kto na co reaguje.
      Trudno mi to przekazać , ale jak Risando słusznie niezwykle zauważył
      wielojęzycznośc to zupełnie co innego niż nauka języka obcego.
      Kran
        • skir.dhu Re: Z punktu widzenia naszych dzieci. 21.03.06, 02:25
          Moi rodzice juz nie zyja, wiec nie napisza ...
          Urodzilam sie w Polsce. W domu mowilismy po ormansku i po francusku. W szkole,
          na podworku i wszedzie dookola byl polski, potem rosyjski i w liceum -
          francuski. Nie przypominam sobie zadnych trudnosci w poslugiwaniu sie
          ktorymkolwiem z tych jezykow choc podobno na poczatku przedszkola
          przedrzeznialam dzieci mowiace do mnie po polsku. Potem wszystko sie jakos
          ulozylo - dom mial swoje jezyki, reszta swiata - swoje. Mowiac szczerze,
          dopiero zajmujac sie lingwistyka zawodowo, zaczelam sobie zadawac pytania na
          temat moich wlasnych wspomnien "jezykowych" ale odpowiedzi sa wciaz te same -
          zylam w poczuciu naturalnego podzialu na jezyki uzywane w roznych
          okolicznosciach i z roznymi ludzmi, nigdy mi sie to nie mylilo smile Jako
          uczennica odkrylam, ze moja mama mowi po polsku z ciezkim akcentem i ze bywa w
          zwiazku z tym zle traktowana w sklepach i urzedach. Przeczytalam jakos wtedy
          ksiazke Marii Kann "Koniec i poczatek swiata", w ktorej to glowna bohaterka -
          Marta, corka Niemki urodzona w Rosji - obiecuje sobie, ze pozna polski tak, ze
          bedzie mowic lepiej niz rodowite Polki. Cos z tego we mnie zapadlo - mimo ponad
          30 lat na emigracji, za wszelka cene staram sie zachowac znajomosc polskiego smile
          Dzieki Marii Kann smile
          Studia skonczylam w Brukseli, w 1982 roku wyemigrowalam do Kanady. Gdy
          przyjechalam, moj angielski byl niewiele lepszy niz podstawowy. Teraz w nim
          wykladam od ilus tam lat. Moj maz jest z Quebec, w domu mowimy po francusku i
          angielsku. Moja corka mowi biegle po ormiansku, po polsku jest sie w stanie
          porozumiec w miare biegle, gorzej z czytaniem i pisaniem. Ale Jej historie moze
          spisze gdy przyjedzie do domu na kilka dni w kwietniu.
          Skir Dhu
          • jan.kran Re: Z punktu widzenia innych dzieci. 22.03.06, 06:58
            Wyjechałam z PL 23 lata temu , Norwegia jest trzecim krajem w którym mieszkam.
            Przez te lata spotkałam bardzo wiele dzieci z rodzin wielojęzycznych.
            Niektóre z nich były dwujęzyczne , sporo nie.
            Nigdy w ciągu tych wszystkich lat nie spotkałam się ze zdaniem rodziców lub
            dzieci ( mowię o dzieciach starszych, świadomych swojej dwujęzyczności ) że
            nauczenie dziecka dwóch lub więcej języków było błedem albo miało negatywny
            wpływ na jego rozwój.
            Natomiast ciągle spotykam dzieci i rodziców którzy widząc dwujęzyczność moich
            dzieci bardzo żałują że zrezygnowali z podobnego wychowania swoich dzieci.
            Życie pisze najróźniejsze scenariusze.
            Moja przyjaciółka Czeszkau ciekła z Czechosłowacji i miała w tym kraju dwuletni
            wyrok więzienia.
            Ponieważ sądziła że nigdy ojczyzny nie odwiedzi więc wraz ze swoim mężem , też
            Czechem mówili w domu tylko po niemiecku , dwóch synów wychowali bez znajomości
            czeskiego.
            Kiedy komunizma odszedł w niepamięć kupili wielki dom pod Pilznem. Mają do
            niego kilka godzin jazdy samochodem więc spędzają tam w sumie kilkanaście
            tygodni w roku , okolica jest piękna , wielki ogród , idealne warunki na
            wypoczynek.
            Dzieci już kilkuletnie zaczęły się uczyć trochę czeskiego ale mówią z akcentem i
            będzie to dla nich język obcy.

            Mam koleżankę w pracy , Polkę . Ile razy rozmawiam po polsku z moimi dziećmi słyszę:
            Czemu ja byłam taka durna i dziecka po polsku nie nauczyłam.
            Dwie koleżanki ze szkoły Młodej , mamy Polki, ojcowie Norwegowie jak się
            zorieentowały że Młoda mówi po polsku poszły zpretensjami do swoich Mam...
            Często jestem skonfrontowana z takimi sytuacjami.
            Kran
            • kalina29 Re: Z punktu widzenia innych dzieci. 22.03.06, 10:44

              W srodowisku, w ktorym zyje jest wiele rodzin dwujezycznych: dosc spora grupa
              anglofonow, bardzo duzo rodzin "mieszanych" w stylu jeden rodzic Szwajcar
              francuskojezyczny a drugi niemieckojezyczny. Jest tez spora grupa
              Portugalczykow, Wlochow, mieszkancow bylej Jugoslawii oraz uchodzcow z roznych
              czesci swiata m.in ze Sri Lanki.Poniewaz mamy u nas szkole japonska, jest wielu
              studentow japonskich a takze wykladowcow, ktorych dzieci chodza do normalnej
              francuskiej szkoly i sa dwujezyczne. Tak wiec mowienie w wielu jezykach jest w
              naszej malej miejscowosci dosc naturalnesmile Zeby oddac w skrocie nasza jezykowa
              i narodowosciowa mozaike powiem jeszcze tylko, ze w tej gorskiej wiosce, jaka
              mimo wszystko jestesmy (ok. 2 tysiace stalych mieszkancow) mamy na dzien
              dzisiejszy 92 rozne narodowosci!

              W szkole publicznej jest specjalna klasa dla niefrankofonow gdzie dzieci moga
              uczyc sie wylacznie francuskiego i nadganiac poziom potrzebny do nauki w
              szkole. Z drugiej strony nieprawda jest, ze Szwajcarzy, ze wzgledu na
              wielojezycznosc panstwa, sa przez to naturalnie wielojezyczni(dotyczy to chyba
              jedynie terenow, na ktorych wplywy dwoch jezykow mieszaja sie). Dzieci co
              prawda ucza sie w szkole drugiego panstwowego jezyka, ale rzadko ta nauka
              prowadzi ich do dwujezycznosci. Mozna te sytuacje porownac do nauki jezyka
              rosyjskiego w czasach prl-u: wszyscy sie ucza, ale nikt nie umie mowic. Tak ze
              dwujezycznosc lub wielojezycznosc jest bardzo czesta, ale jest ona prawie
              wylacznie wynikiem wychowania wielojezycznego w rodzinie a nie w szkole. Z
              punktu widzenia kulturowego Szwajcaria jest zreszta zupelnie podzielona na
              obszary jezykowe i prawie zupelnie sie z soba nie komunikuje. Szwajcaria
              romanska o wiele bardziej sklania sie ku Francji poniewaz ogladamy i rozumiemy
              telewizje francuska. Wloska czesc identyfikuje sie z Wlochami natomiast czesc
              niemiecka takze kulturowo ciazy w strone Niemiec. Co "ratuje" Szwajcarie
              niemieckojezyczna to jej odrebnosc jezykowa (dialekty): niemiecki szwajcarski
              ma niewiele wspolnego z "prawdziwym" niemieckim. Te odrebnosc jezykowa
              Szwajcaria nimieckojezyczna bardzo pielegnuje.

              pozdrawiam
              Kalina
    • skakankka Re: Z punktu widzenia naszych dzieci. 29.08.06, 08:18
      Bardzo ciekawe. Wyciagam wniosek (z calego watku), ze nie ma tej jedynej reguly,
      wszystko zalezy od checi i mozliwosci dziecka i rodzicow.
      Hmm. Czy twoja corka zawsze tak samo dobrze ROZUMIALA i polski i niemiecki (nie
      chodzi mi o pisanie, czytanie) ? Mam wrazenie, ze u nas konflikty sie czasami
      rodza z tego powodu, ze moje dzieci - przede wszystkim syn - nie rozumieja oba
      jezyki na tym samym poziomie. Z tego powodu wola mowic po polsku. Po prostu
      gorzej znaja niemiecki i sie czasami denerwuja, gdy mnie nie rozumieja. Czy
      twoje dzieci mialy cos takiego ?
      S.
    • clairejoanna Re: Jeszcze raz ja 31.08.06, 03:26
      "Ach jak przyjemnie jest kolysac sie wsród fal, gdy szumi, szumi woda, a my
      plyniemy w dal". Wlasnie to leci w radiu, Mama od czasu do czasu te piosenke
      podspiewuje, zdaje sie, ze to jakas klasyka; program nazywa się "piosenki
      kabaretowe" i jest na Trójce. Ciesze sie, ze moge sobie tej piosenki w oryginale
      posluchac.
      Mama mnie ostatnio bardzo wypytuje na temat dwujezycznosci i w zwiazku z tym
      zaczelam sie nad tym zastanawiac. Jedna z Wielkich Konkluzji, a moze nawet
      najwieksza, wiaze sie z pytaniem, co mam z tego sluchania sobie polskich,
      przedwojenych piosenkek w Trójce: Dwujezycznosc jest drugorzednie zwiazana z
      jezykami. Tak sie sklada, ze wiekszosc moich znajomych jest dwujezycznych,
      lepiej lub gorzej. Sa to dzieci emigrantów drugiej generacji, tzn. albo sie juz
      urodzili w nowym kraju, albo przeprowadzili sie do nowego kraju w wieku
      przedszkolnym. Zastanawiaja sie, jak maja przekazac swój jezyk swoim dzieciom,
      chociaz niektórzy bardzo rzadko bywaja w drugim kraju. I caly czas powtarza sie
      jeden motyw: W ogóle nie mysla o tym, zeby nauczyc dzieci chinskiego, perskiego,
      wegierskiego ect., by te dzieci stali sie dyplomatami czy tlumaczami. Chodzi Im
      wylacznie o przekazanie swojej kultury, swoich korzeni.
      Uswiadomilam sobie to, przypominajac sobie kolejna historie ze szkoly podstawowej:
      W trzeciej i czwartej klasie szkoly podstawowej spiewalam w chorze szkolnym,
      funkcjonowalo to raczej na zasadzie kólka zainteresowan, nizeli na nauce spiewu.
      Nie pamietam, czy to bylo w trzeciej, czy w czwartej klasie, raczej trzeciej.
      Mielismy pewnego razu wziasc ze soba plyte swojego ulubionego/ ej piosenkarza/
      ki ect. Ja wzielam ze soba Maryle Rodowicz. Nie wiem, co mnie tknelo, nie wiem
      tez, skad ja znalam. Wten czas nie mielismy zadnego kontaktu z Polakami w
      Niemczech. Mieszkalismy jako jedyna polska rodzina na wsi we Franken pod
      Erlangen. Pózniej sie zetknelam zarówno z niemiecka, jak i tez norweska Polonia.
      W domu sie raczej nie sluchalo Rodowicz, nie mnielismy zadne plyty Rodowicz.
      Prawdopodobnie uslyszalam o Niej w TV Polonia i sobie zazyczylam plyte Rodowicz
      pod choinke.
      Wtedy wydawalo mi sie to zupelnie normalna rzecza, ale teraz, paczac na to z
      perspektywy i znajac historie innych dzieci kilkukulturowych wydaje mi sie to
      niezwykle, ze Mala Claire Joanna wsród samych niemieckich dzieci nie przyniosla
      do szkoly ani The KellY Familly, ani Backstreet Boys, tylko Rodowicz.
      Tak zawsze bylo, w domu, rodzina, przyjaciele opowiadali sobie o literaturze
      polskiej, o muzyce polskiej. Zeby miec do tego dostep, musialam sie nauczyc
      rozumiec po polsku, mówic po polsku, czytac po polsku. Innaczej nie bylabym
      czescia rodziny, brakowalo by mi pewnej wiedzy, która tylko moglam zdobyc po
      polsku. To, ze mi sie wtedy polski przyda innaczej, ze moze z tego wyniknac
      zawód, wiecej perspektyw i mozliwosci bylo mi wszystko jedno, nawet o tym nie
      myslalam.
      Dlatego tez jestem taka przeciwniczka tego, czego nazywam nowobogackim pomyslem
      wysylania niemowlecia do przedszkola angielsko - polskiego; jezeli jezyk nie
      jest zwiazany z kultura, która otacza dziecko, ono nie bedzie mialo zadna
      motywacje, zeby sie poslugiwac innym jezykiem.
      Ja sie urodzilam w Bawarii, oboje rodzice sa z Wroclawia. Pamietam, ze jak bylam
      bardzo mala, w wieku przedszkolnym, to znalismy jedna polska rodzine, z którymi
      stracilismy kontakt. Poza tym do dziesiatego roku zycia nie mielismy kontaktu z
      Polakami w Niemczech. Jak powyzej opisywalam, mieszkalismy w wiekszej wsi, gdzie
      bylismy jedyna polska rodzina. Poza tym bylo bardzo malo dzieci pochodzenia
      nieniemieckiego. Na dwustu uczniów szkoly podstawowej moze w sumie bylo
      dziesiesc takich dzieci. Takto, ze polski znalam tylko z domu.
      Jak bylam mala Mama mi zawsze czytala po polsku, ja dopiero bardzo pózno
      nauczylam sie pisac i czytac po polsku. Trzeba bylo mnie nauczyc czytac po
      polsku zaraz po tym, jak opanowalam czytanie po niemiecku. Nie powiedzialabym,
      ze jest to regula, tak sie sklada, ze wlasnie ja mam trudnosci z pisaniem i
      czytaniem. Mój brat sie sam nauczyl czytac po polsku, jednak nie pisze. To
      jednak zalezy od zdolnosci jezykowych, które u mójego brata sa wieksze, niz u mnie.
      Jak mialam cztery latka pierwszy raz pojechalam do Polski. Wiedzialam, ze
      istnieja inni ludzie na tym swiecie, którzy tez mówia po polsku, jednak mialam
      wrazenie, ze jest sto metrów kwadratowych na tym swiecie, na których sie mówi po
      polsku, a reszta swiata mówi po niemiecku. Bylo to dla mnie zdziwienie, ze
      istnieje tez polskie radio, telewizja, ze ludzie mówia po polsku na ulicy.
      Jednak wtedy dla mnie wiekszy byl "szok kulturowy". Na pewno byl On ulagodniony
      przez wakacje w Tunezji, które spendzilam, jak mialam trzy latka. Stad
      wiedzialam, ze istnieja tez inne kraje, które innaczej wygladaja. Jednak dziwily
      mnie pewne rzeczy, które sie pózniej okazaly jako pozostalosci komunizmu
      (bylismy w Polsce w 1990), typu, ze wszyscy, ale na prawde wszyscy mieli te same
      pralki, piece, zdarzalo sie nawet, ze ludzie mieli podobne meble, albo, ze duzo
      produktów nie bylo w sklepach lub, ze byly zupelnie inne produkty.
      Tak przez kilka pierwszych lat sie rozwijala moja dwujezycznosc. W domu po
      polsku, na zewnatrz po niemiecku. Z grzecznosci mówilam przy gosciach do Mamy po
      niemiecku, jednak wolalam po polsku, tez, jak mi bylo trudniej. Z rodzina tylko
      po polsku. Czesto brakowalo mi jakiegos slowa po polsku.
      Nastepnym etap mojej dwukulturowosci bylo, jak dostalismy polska telewizje.
      "Ciuchcia" byla dla mnie tak samo wazna, jak "Die Sendung mit der Maus"
      (niemiecki program dla dzieci). z ta róznica, ze nikt w szkole nie znal
      "Ciuchci". Zdarzalo sie tez, ze ogladalam te sama kreskówke, np. Kubus Puchatek,
      raz po polsku, a raz po niemiecku. Bardzo dla mnie byly wazne typowe polskie
      kreskówki, np Bolek i Lolek, które moja Mama znala ze swojego dziedzinstwa. Byly
      to rózne, male dowody na istnienie polskiego swiata i tymze dowodem, ze jednak
      warto dbac o polski, tez, jezeli czasem cos latwiej powiedziec po niemiecku,
      zeby móc sie poruszac w tym polskim swiecie.
      Nie byl to bron Boze jakis terror jezykowy ze strony rodziców, czy rodziny.
      Jestem pewna, ze nie danoby mi umrzec z glodu, jezelibym nie umiala powiedziec
      po polsku, ze jestem glodna. Ale jakos tak zawsze bylo, bylo to dla mnie
      naturalne. Poza tym przeciez widzialam, jak sie dorosli ciesza, ze dziecko mówi
      po polsku. Prawdopodobnie byly to jeszcze pozostalosci z czasów, kiedy mialam
      malo kontaktu ze "swiatem zewnetrzym", kiedy niemiecki nie byl jeszcze tak
      bardzo prezetny w moim swiecie, a z Mama tylko po polsku mówilam. Bo w koncu po
      jakiemu Mama miala do mnie mówic, po niemiecku? Przeciez wtedy nie umiala.
      Jedyne, co odczulam jako w pewnym sensie terror, to to ciagle poprawianie i
      zmuszanie do powtarzania. Wygladalo to tak: Ja robilam blad, poprawiano mnie
      zmuszajac mnie do powtórzenia najlepiej calego zdania poprawnie. Nie cierpilam
      tego, uwazalam, ze to powtarzanie bylo zupelnie zbedne, jednak po jakims czasie
      zauwazylam, ze to powtarzanie jest bardzo effektywnie. W ten sposób sobie
      zapamietuje blad i nastepnym razem albo sama sie poprawie, a moze nawet w ogóle
      tego bledu nie zrobie. I tym mniej bledów robie, tym bardziej czuje sie pewna,
      tym plynnie idzie mi ten polski. W tej chwili nabylam wiecej pewnosci siebie,
      ale dlugi czas mialam poczucie, ze musze nowa osobe przekonac o moim polskim i
      przez to czulam sie niepewnie.
      Jednak najwazniejszy przelom byl wyslanie mnie do polskiej szkoly.
      Przeprowadzilismy sie blizej Monachium. Do mojej klasy chodzila polska
      dziewczyna, która tez sie urodzila w Niemczech i chodzila do polskiej szkólki
      sobotniej. W perspektywie nie uwazam, zeby mi ta szkola az tyle dala.
      Uswiadomila mi, ze nauczenie sie pisania i czytania po polsku nie bedzie takie
      proste, jak mi sie wydaje. Na pewno cotygodniowe zadania domowe czegos mnie
      nauczyly, jednak uwazam, ze koncept tej szkoly byl bez sensu. Cel byl
      przerobieni
      • clairejoanna Re: Jeszcze raz ja- CD 31.08.06, 03:30
        Cel byl przerobienie calego materialu szkól polskich w geografii, historii
        polskiej, jezyku polskim i matematyce po polsku pomyslany na caly rok szkolny,
        majac lekcje tylko raz na tydzien. Szczerze mówiac, dziwie sie, ze sie nie
        nieschecilam.
        Do tej szkoly chodzilam rok. Pózniej przeprowadzilismy sie do Norwegii.
        Z czytaniem bylo dalej tak:
        Próbowalam kilka razy zaczac jakas ksiazke po polsku, jednak tak ciezko mi szlo,
        ze znowu odkladalam ksiazke. Pewnego dnia stwierdzilam, ze jezeli nie przeczytam
        chociaz jednej ksiazki po polsku z tego czytania duzo nie bedzie. Przeczytalam
        wtedy ksiazeczke Musierowicz "Znajomi z zerówki"; piekne, duze litery, duzo
        obrazków, przypominam, ze mialam wtedy jedenascie lat. Ale przeczytalam!
        Z pisaniem bylo trudniej. Do dzisiaj bym najchętniej pisała fonetycznie i wcale
        się nie czuję pewna, wręcz przeciwnie. Myślę, że wynika to z tego, że nigdy nie
        chodziłam do polskiej szkoły, nie wiem, jak się pisze wypracowanie po polsku, po
        prostu piszę. Tutaj też sama się zmusiłam; miałam ochotę pisać listy do
        znajomych w Polsce i mogłam to robić tylko po polsku. Mój brat np kiedyś
        rozmawiał z Babunią na gadu- gadu, pisał po niemiecku, a Ojciec tłumaczył.
        Bartek, mój brat, jest po prostu inny model: Jest cwany i jak nie musi, to nie
        pisze po polsku, po prostu nie umie. Tak samo było z mówieniem, najchętnie mówił
        po niemiecku jak był mały i Mama bardzo długo prowadziła politykę "ważne rzeczy
        po niemiecku"; jak przekazywała Bartkowi jakieś ważne informacje, typu miejsce i
        godzine spotkania, mówiła to najpierw po polsku a potem jeszcze raz po
        niemiecku. Ganiałam ją za to. Ja uważam, że trzeba być bardzo surowym; jeżeli
        dziecko nie rozumie danej rzeczy w drugim języku albo samo ma się dopytać,
        jeżeli czegoś nie zrozumiało, albo miało pecha.
        W tej chwili studiuję w Niemczech, z Mamą prawie codziennie rozmawiam po polsku,
        kilka razy w tygodni piszę kilka stron listów po polsku i staram się od czasu do
        czasu przeczytać książkę po polsku. Jednak mój język codzienny jest w tej chwili
        niemiecki i trzęsę się nad moim polskim. Zależy mi na Nim bardzo, mam ochotę
        zamieszkać na kilka lat w Polsce, chciałabym zrobić semestr, dwa we Wrocławiu.
        Jak się porównuje niemiecki z polskim jest to mniej kwestia jakości, niżeli
        pewności siebie; nie czuję się do końca pewna w polskim.
        Moje dzieci będą mówić po polsku i niemiecku. Najbardziej bym chciała mówić do
        dzieci po niemiecku, trochę mi dziwnie z myślą mówienia do moich dzieci po
        polsku (pewność siebie). Jednak jeżeli się tak złoży, że ja będę jedynym
        "źródłem" polskiego, to ja będę do nich mówić po polsku. Ale nie dlatego, że
        widzę wspaniałe możliwości zawodowe znając kilka języków płynnie. Żeby mieć
        całkowity dostęp do mojego świata, tego świata, którego chcę przekazać moim
        dzieciom, trzeba umieć zarówno po polsku, jak i też po niemiecku. Co moje dzieci
        z tym językiem zrobią, jest ich sprawą.
        Ja wybrałam drogę dbania o jeden, jak i też drugi język ojczysty. Nawet moje
        studia zajmują się językami: Studiuję filozofię i lingwistykę, a w filozofii
        właśnie filozofia języka mnie najbardziej interesuje. I rzeczywiście: Większa
        część lingwistów u nas jest wielojęzyczna. Więc może z dwujęzyczności wyniknąć
        zawód, ale nie musi.
        Mój brat jest bardziej leniwy. Dla Niego język jest narzędziem komunikacji. Nie
        zależy mu na opanowaniu obu języków, tak jak mnie.
        Bardzo mnie wzruszają Xiang He i Pedram. Xiang He to moja przyjaciółka z liceum,
        która w wieku sześciu lat przyjechała do Norwegii. Mówi po chińsku, ale nie
        czyta i nie pisze. Ale bardzo się martwi, czy Jej dzieci będą mówić po chińsku,
        bardzo Jej na tym zależy. Ona z Chinami jest związana, co dwa lata tam jest, Jej
        rodzice nawet częściej. Po norwesku mówi jak Norweszka
        Pedram z kolei jest Irańczykiem. Też miał sześć lat jak przyjechał do Niemiec i
        też mówi po niemiecku, jak Niemiec. Ostatnio oznajmił, że zanim będzie mieć
        dzieci, koniecznie chce zrobić kurs irańskiego, żeby udoskonalić swój irański.
        Nie za bardzo umie pisać i czytać. To mnie wyjątkowo wzruszyło, dlatego, że
        Pedram był z chyba dwa- trzy razy w Iranie po wyjeżdzie.
        Chciałam tym postem rodzicom dodać otuchy. Znam Wasze różne historie i obawy i
        na prawdę widzę, że się staracie. To jest bardzo ważnie, dziecko to czuje.
        Chciałam też trochę uświadomić, jak to wygląda "z drugiej strony"; oczywiście
        jest to męczące, ale summa summarum dziecko, nawet jako bardzo małe, umie to
        docenić; nie znajomości jednego dodatkowego języka, ile udostępnienie nowego
        świata, świata innych bajek, innej muzyki, innych wierszy, świat rodziny i
        przyjaciół. W końcu znam też historię dzieci, których nie nauczono języka
        jednego, lub czasem nawet obu rodziców; nie mają żal o język, ale o to, że nie
        mają dostępu do tego innego świata, który w końu jakoś jednak też jest ich światem.

        Pozdrawiam,

        CJ

        PS: A tak a propos "zamieszania" dzieciom w głowie następna historia: Pewien
        lignwista- bawarczyk zaręczył się z filologiem klasycznym- czeszką; ze sobą
        rozmawiają po łacinie. Jak będą mieć dzieci, to Tatuś będą mówił po bawarsku,
        Mamusia po czesku, a rodzice między sobą po łacinie; jednak jestem przekonana,
        że nawet to ich dzieci przeżyją.
    • skakankka Re: Z punktu widzenia naszych dzieci. 08.09.06, 08:00
      Bardzo dziekuje, Claire, za wypowiedz tu na forum. Podkreslasz mocno zwiazek
      pomiedzy jezykiem i kultura danego kregu jezykowego - do tej pory tego tak
      scisle nie wiazalam w kontekscie moich dzieci, ale racja - bez tej kultury nie
      ma potrzeby wyrazania sie w tym jezyku. Byc moze tu rowniez gra role wiek
      dziecka. Twoja wypowiedz dala mi impuls do szukania materialow niemieckich,
      ktore mi sie przede wszystkim kojarza z moim dziecinstwem - sa to pewne ksiazki,
      ktore dawniej czytalam, filmy, ktore dawniej ogladalam. Nie moze to byc po
      prostu cokolwiek po niemiecku (no tez, ale nie tylko), bo mi sie z kolei nie
      bardzo kojarzy ...
      Zauwazylam, ze ksiazki, ktore ja lubilam czytac dawniej z pelnym przekonaniem
      czytam swoim dzieciom, to taka przyjemnosc.

      Claire, twoja historia jest bardzo nietypowa. Kim ty sama sie czujesz - Niemka,
      Polka ? Przypomina mi sie fragment ksiazki 'Die Paepstin', jak bardzo glowna
      bohaterka w dziecinstwie byla zwiazana z matka poprzez jej inny jezyk i piosenki.

      S.
      • skakankka cd. 08.09.06, 08:05
        No i prawie bym zapomniala: wczoraj moj syn (7,5 - pierwszoklasista w Polsce z
        angielskim) stwierdzil, ze do nauki jezyka niemieckiego potrzebuje nauczycielke !

        S.
        • jan.kran Re: cd. 23.07.07, 04:54
          Kissa jeszcze jeden stary watek dla Ciebiesmile
          Pokazuje jak dzieci odbieraja wielojezycznosc , moze to pozwoli Ci zrozumiec
          Twoja corke i pomoze w drodze do Jej wielojezycznosci.
          Jest w tym watku kilka wypowiedzi mojej corki Claire.
          Pozdrawiam
          Kransmile

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka