gaadzina
03.08.06, 08:24
Wlasnie wybieramy sie do Polski i od conajmniej miesiaca bardzo silnie
odczuwam na wlasnej skorze skutki tak zwanych roznic obyczajowych

Czuje sie jak ta zaba w rozkroku nad przepascia, jedna noga w Polsce (tata =
argumenty rodzinne: no jak mozecie przyjechac do Polski i zatrzymac sie w
hotelu, a nie u mnie? Nie robcie nam tego!), druga we Francji (maz = argumenty
wolnosciowo-niezaleznosciowe: Jak ty sobie wyobrazasz 6 osob w trzech
pokojach! Przeciez to niemozliwe! Brak przestrzeni). Dla jednego niemozliwe
jedno, dla drugiego niemozliwa sytuacja odwrotna, a ja rozumiem obu ! Tylko
pogodzic nie umiem.
Czy znalazlyscie/lezliscie sie kiedys w takim zabim polozeniu i jak to
rozwiazalyscie/liscie ???? Czy Waszym partnerom/partnerkom zdarzylo sie
"stawiac lekki opor" ???
Moj maz w przyplywie desperacji, kiedy poczul, ze traci grunt pod nogami i ze
"musi" ustapic, bo tata sie obrazi, powiedzial mi niejako zartem: "No, ja juz
sie wcale nie dziwie, ze tyle dziewczyn (Polek) jezdzi do Polski samotnie z
dziecmi"
Napiszcie prosze, jak Wasi partnerzy reaguja na podobne sytuacje i jak
wygladaja Wasze wspolne podroze do Polski ???????????
Gadzina
ps. My w Polsce bylismy juz wielokrotnie, ale taki konflikt pojawil sie po raz
pierwszy teraz, bo sytuacja rodzinno-mieszkaniowa tam zmienila sie i juz nie
mamy tego co mielismy do dyspozycji wczesniej
ps.' wspolne wyjazdy byly zawsze nasza radoscia (sama do Polski podrozowalam
jeden jedyny raz, dawno temu w zwiaku z magisterka), a ja bylam dumna, ze moj
maz tak chetnie do Polski jezdzi i ze tak sie tam odnajduje
ps.'' jestem dobrej mysli pomimo wszystko.