Adopcja serca.

18.09.06, 20:06
Idea tej mojej pisaniny powstała na czacie , inicjatorką była Baania.
Temat nie jest może zgodny z tematem forum ale ramy tego ostatniego
wyznaczamy my, uczestnicy , piszący i czytającysmile))
Ja od pewnego czasu noszę się z myślą o adopcji dziecka , najlepiej z Afryki
bo to jest kontynent o którym troszkę wiem i interesuję się nim od dawna.

Chciałabym umozliwić zdobycie wykształcenia jakiemuś dziecku które naprawdę
tego potrzebuje.
W tej chwili myślę o adopcji jakiegoś maturzysty z Kamerunu , jest też
możliwość pomocy dziecku kóre dopiero rozpoczyna naukę w szkole podstawowej.
Kamerun dlatego że jest tam polska misja katolicka a językiem państwowym jest
francuski.
Macie jakieś doświadczenia , możecie doradzić?
Pozdrawiam
Ula
    • sukiennica Re: Adopcja serca. 18.09.06, 21:03
      verdensbarn.no/info_Hva%20er%20fadderskap.nml
      • jan.kran Re: Adopcja serca. 20.09.06, 23:27
        bardzo ciekawie się dyskusj rozwinęła, tyle różnych puntów widzenia , emocji ,
        informacji.
        Zgłoszę się do Ciebie Kifaru i coś też naskrobię na tym wątku ale nie dziś ...
        Pozdrawiam.
        Kran
    • kalina29 Re: Adopcja serca. 18.09.06, 21:55
      > Chciałabym umozliwić zdobycie wykształcenia jakiemuś dziecku które naprawdę
      > tego potrzebuje.

      Ja tez o tym mysle od jakiegos czasu. Chetnie poslucham waszych doswiadczen i
      przemyslen na ten temat.
      A nawiazujac do tematu pomocy w wyksztalceniu jakiegos dziecka: wlasnie przed
      chwila obejrzalam wstrzasajacy dokument o morderstwach popelnianych na
      nowonarodzonych dziewczynkach w Indiach, Pakistanie i Chinach. Czy wiecie, ze na
      przyklad w Chinach juz dzisiaj zyje 40 milionow facetow, ktorzy nigdy sie nie
      ozenia dlatego, ze ich potencjalne partnerki nigdy sie nie urodzily???
      W Europie zachodniej nie zyjemy byc moze w perfekcyjnym rownouprawnieniu, ale
      przynajmniej narodziny dziewczynki sa takim samy szczesciem dla rodziny jak
      narodziny chlopca...
      pozdrawiam
      Kalina
      • vaud Re: Adopcja serca. 18.09.06, 23:01
        Polityka jednego dziecka wlasnie po to zostala ustanowiona. Pomyslodawcy
        wiedzieli, ze w Chinach- gdzie wciaz niewiele osob jest ubezpieczonych- to syn
        tradycyjnie opiekuje sie rodzicami na starosc, bo corka wychodzi za maz i
        wtedy "nalezy" do tesciow. Ludzie, ktorym rodzi sie dziewczynka, , czesto nie
        maja skrupulow. Straszny pomysl z tym jednym dzieckiem, szczegolnie, ze
        zabojstwa dziewczynek zawsze mialy tam akceptacje spoleczna...
        • jofin Re: Adopcja serca. 19.09.06, 00:06
          Kiedys rozmawialam o tym na innym forum. Podaje link, bo pare ciekawych
          wypowiedzi tam mozesz znalezc.

          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=21149&w=23972005&v=2&s=0
          • jan.kran Re: Adopcja serca. 19.09.06, 08:56
            Jofin , bardzo ciekawy link , dziękuję smile))

            Sukiennico, ta organizacja jest ode mnie rzut oszczepem. Bardzo mi pasuje to co
            przeczytałam w lince i jak się czasowo ogarnę to tam polecę i się zorientuję.

            Kran
    • kifaru24 Re: Adopcja serca. 19.09.06, 11:14
      Czesc jan.kran!
      Zainteresowal mnie temat podany przez Ciebie.
      Przeczytalam rowniez przytoczony z dyskusji link.
      Temat to tak nie tak latwy jak sie wydaje.
      Zdecydowanie popieram pomysl adopcji "na odleglosc". Glownym problemem obecnie
      sierot, (zwlaszcza tzw. sierot AIDS, ktorych jest obecnie tak wiele) jest brak
      srodkow na godziwe zycie, ale nie brak opiekunow.
      Moze to sprawa znana powszechnie, ale tradycyjnie w Afryce wychowaniem dziecka
      zajmuje sie cala rodzina i czesto brak rodzicow biologicznych nie jest zadna
      przeszkoda dla prawidlowego rozwoju dziecka, poniewaz opiekuja sie nim zupelnie
      skutecznie inni. Zreszta pokrewienstwo jest czesto odczuwane w nieco inny niz w
      Europie sposob i wykracza poza rzeczywiste zwiazki biologiczne.
      Dla tak licznych obecnie sierot AIDS glownymi opiekunami sa ich babcie i
      dziadkowie. Ludzie ich pokolenia maja czesto o wiele wieksze trudnosci niz
      mlodzi w dostosowaniu sie do wymagan nowoczesnego swiata. Przyzywczajeni do
      tradycyjnego zycia czesto nie potrafia odnalezc sie w nowej rzeczywistosci i po
      prostu padaja ofiara ubostwa. Finansowe wsparcie, nie tylko zreszta edukacji
      ich wnuka to najistotniejsza i najbardziej potrzebna forma pomocy.
      Zdecydowanie natomiast negatywnie odnosze sie do adopcji "fizycznej" czyli
      wyrwania takiego dziecka z jego srodowiska.
      Adopcja generalnie nie jest latwym tematem i tajemnica poliszynela jest jak
      wiele adopcji nawet w ramach tej samej kultury jest bardzo nieudanych i konczy
      sie tragicznie (sama znam osobiscie takie przypadki z polskiego podworka).
      Nawet nie zdajmy sobie sprawy jak bardzo odmiennie odbieraja swiat ludzie
      odleglych kultur. Co innego daleko posunieta tolerancja i dobra wola a co
      innego wiedza i empatia. Bardzo trudno nauczyc sie innego odbioru swiata.
      Odczuwam to na codzien w moim zyciu w Tanzanii. Nawet majac duzo dobrej woli,
      zyjac w odleglym kraju czlowiek czesto staje przed zagadnieniami na ktore nie
      ma odpowiedzi. Twierdze, ze jest to o wiele trudniejsze, jesli nie wrecz
      zupelnie niemozliwe, gdy sie mieszka daleko od kraju rodzinnego dziecka.
      W tej chwili misje polskie sa w wiekszosc krajow afrykanskich. W Tanzanii
      rowniez sa polscy misjonarze.
      Gdybys chciala zwrocic sie w strone Afryki Wschodniej bardzo prosze o kontakt.
      Pozdrawiam bardzo serdecznie
    • baania Re: Adopcja serca. 19.09.06, 22:20
      Bardzo ciekawa dyskusja. Dzieki tez za link na dyskusje z 2005 roku, ktora
      prezentuje dwa wiodace nurty myslenia w kwestii adopcji. Na przyklad UNICEF
      jest przeciwny adopcjom zagranicznym (niezaleznie od koloru skory), bo uwaza,
      ze dzieciom powinno sie pomagac na miejscu, by mogly pozostac we wlasnej
      kulturze. Rozumiem ten punkt widzenia, ale osobiscie zycie poprowadzilo mnie
      inaczej i uwazam, ze w danej sytuacji podjelam sluszna decyzje. Jestem
      przekonana, ze w innej sytuacji moja decyzja moglaby byc odmienna i rownie
      sluszna. Nie chce wchodzic w szczegoly historii dwojga naszych dzieci, ktore
      zaadoptowalismy z Tahiti i z Kambodzy, a wiec z innych kultur. Unikam pisania
      szczegolow na Internecie, bo nie chce, by ich historia stala sie publiczna.

      Zgadzam sie, ze punkt widzenia w duzej mierze zalezy od punktu siedzenia. Osoba
      majaca trudnosci z poczeciem biologicznego potomstwa przechodzi przez wiele
      etapow refleksji. Ma na to zwykle wiecej czasu niz tzw. rodzice biologiczni. Te
      etapy sa, moim zdaniem, bardzo indywidualne. Ostateczna decyzja jest wynikiem
      tych refleksji, ale jest rowniez uwarunkowana okolicznosciami, kontaktami,
      odpornoscia na presje otoczenia, otwierajacymi sie mozliwosciami itd. Kazda
      historia jest zupelnie inna i nie wazylabym sie uogolniac. Ja na przyklad
      odczuwajac gleboka potrzebe potomstwa, nie zdecydowalam sie na in vitro, ktore
      wiazalo sie z zamrazaniem nadliczbowych embrionow, o ktorych losie po latach
      rodzice musza decydowac: wyrzucic albo oddac na potrzeby nauki. Nie chcialam
      podejmowac tego typu decyzji, o ktora pytaja wladze francuskie wysylajac co
      pare lat kwestionariusz do wypelnienia. Moja odpowiedzia bylo: skoro chce
      dziecko, to zamiast starac sie o poczecie za WSZELKA cene, czy nie lepiej
      przyjac dziecko, ktore JUZ ISTNIEJE. Ciag dalszy byl skutkiem "przypadku". Nie
      wiem, dlaczego akurat do tych konkretnych dzieci zostalismy poprowadzeni.
      Natomiast, wbrew opinii pod koniec watku z 2005 roku, zapewniam was, ze dzieci
      do adopcji sie nie wybiera. I cale szczescie. Mozna wybrac do pewnego stopnia
      warunki: kraj pochodzenia (a i to nie do konca, bo my probowalismy 5 roznych
      krajow, zanim do czegos doszlo), stan zdrowia w momencie adopcji (choc kazde
      dziecko moze okazac sie chore pare lat po urodzeniu/adopcji), ewentualnie wiek
      (ponownie w ramach mozliwosci, bo nie ma wielu niemowlat do adopcji, a
      wiekszosc chcialaby adoptowac wlasnie niemowleta). Natomiast koszmarem wydaje
      mi sie postawienie kogos przed dwojka dzieci i powiedzenie: "wybieraj". Na
      szczescie ludzie zajmujacy sie zawodowo adopcja sa tego swiadomi i nie stawiaja
      nas w tej sytuacji. Mamy jednak wybor, bo mozemy powiedziec "nie".

      We Francji (tylko to znam, wiec o tym mowie) poziom refleksji rodzicow
      adopcyjnych jest dosc wysoki, choc oczywiscie roznie bywa. Uczestnicze
      (ostatnio mniej, odkad sa dzieci) w kilku forach adopcyjnych, wiec sporo sie
      naczytalam i znam bardzo wiele rodzin adopcyjnych (moge liczyc w setkach).
      Teoretyczne przygotowanie do adopcji trwa od 9 miesiecy do 1,5 roku, zaleznie
      od przypadku. Nie jest to kurs, ale liczne spotkania indywidualne kandydatow z
      asystentka spoleczna, psychologiem i psychiatra. Poprzeczka ustawiona jest
      wysoko i znam sporo przypadkow odmow (sami sie o nia otarlismy przy drugiej
      adopcji). Nicia przewodnia tych rozmow jest zbadanie, czy kandydaci
      przezwyciezyli w sobie "zalobe po dziecku biologicznym". Jest to temat bardzo
      szeroki,ale z grubsza chodzi o otwarcie sie jak najszerzej na dziecko, bez a
      priori. Jednoczesnie u podstaw stoi zalozenie, ze motywacja do adopcji nie
      powinna byc chec "ratowania" dziecka, ale chec zalozenia/powiekszenia rodziny.
      W pierwszym przypadku psycholodzy obawiaja sie, ze dziecko moze zostac
      wychowane w poczuciu dlugu wobec rodzicow adopcyjnych. Uwaza sie natomiast, ze
      chec zalozenia rodziny jest potrzeba naturalna (stojaca rowniez u podstaw
      poczecia dziecka biologicznego, choc to czasem odbywa sie przez przypadek...) i
      lepiej wrozy dobru dziecka w danej rodzinie. Z zalozenia wiec osoba, ktora
      przyzna, ze chce adoptowac, by "uratowac" dziecko, bedzie miala trudnosci z
      otrzymaniem akredytacji.

      Moje przemyslenia poprowadzily mnie do wniosku, ktory rozni sie nieco od
      zalozen francuskich wladz socjalnych. Mysle, ze trzeba rozroznic miedzy decyzja
      na adopcje dziecka w sensie ogolnym (i ta rzeczywiscie nie powinna miec podloza
      charytatywnego), a ostateczna decyzja na przyjecie konkretnego dziecka (tu
      pobudki serca czesciej dochodza do glosu, zaleznie od wrazliwosci kazdego). My
      na przyklad odmowilismy przyjecia dziecka, ktorego biologiczna matka (jeszcze w
      ciazy) powiedziala nam, ze "odda nam dziecko, jesli to bedzie dziewczynka, ale
      chlopca zatrzyma".
      Zgadzam sie, ze adopcja dziecka z innej kultury i innego koloru wymaga
      dodatkowego przygotowania i ze nie wszyscy je otrzymuja/zdobywaja. Zgadzam sie,
      ze nieuwzglednienie roznicy wygladu miedzy dzieckiem i rodzicami moze
      doprowadzic do bardzo powaznych konsekwencji. Nikt z nas nie wie, co przyniesie
      przyszlosc dla naszych dzieci, zarowno tych adoptowanych, jak i biologicznych.
      Jest wiele adopcji udanych (statystycznie wiecej niz nieudanych, choc glownie o
      tych ostatnich mowi sie w mediach), sa tez nieudane. Nie znaczy to, ze nie
      bedzie trudnosci po drodze. Rezultat nie zawsze jest zasluga/wina rodzicow (i
      znow odnosi sie to zarowno do dzieci adoptowanych, co biologicznych).

      W nastepnym poscie napisze nieco wiecej o "adopcji serca". Tu reaguje tylko na
      goraco na to, co przeczytalam do tej pory.
      Ania
    • baania Re: Adopcja serca. 19.09.06, 23:34
      Nasza dyskusja na czacie zaczela sie od podzielenia sie z dziewczynami (sorry
      panowie, bylysmy w gronie zenskim) moja wielka radoscia z zeszlego tygodnia.
      Otoz dostalam email, ze 20-letni chlopiec z Kambodzy, ktorego sponsorujemy,
      jako pierwszy w historii sierocinca zdal mature. Plakalam z radosci przed
      komputerem (co to bedzie, jak moje dzieci beda na tym etapie wink ). Wybiera sie
      teraz na studia menadzerskie, ktore mu fundujemy (staral sie dostac na
      medycyne, ale nie zostal przyjety).
      A wszystko zaczelo sie pewnego jesiennego wieczoru 4 lata temu, gdy dostalam
      email od mojej przyjaciolki urodzonej i wychowanej w Kambodzy, skad musiala
      uciekac przed czerwonymi khmerami. Pisala o sierocincu na wsi, z ktorego
      zaadoptowala jedno ze swych dzieci. World Food Organisation z roznych powodow
      przestala im dostarczac ryz i 200 dzieci zylo w totalnej nedzy. Aby sie
      wyzywic, dzieci hodowaly swinie i uprawialy warzywa, ktore sprzedawaly na
      targu. Moja przyjaciolka znala dobrze dyrektorke sierocinca, ktora wyslala jej
      wiadomosc blagajac o pomoc, bo zycie i zdrowie dzieci wisialo na wlosku. Moja
      przyjaciolka w ciagu paru tygodni zorganizowala grupe osob, z ktora zalozyla
      stowarzyszenie majace na celu sponsorowanie pojedynczych dzieci w tymze
      sierocincu pozwalajac im nie tylko na wyzywienie sie, ale na zaplacenie za
      szkole, a stopniowo i na polepszenie warunkow bytu sierocinca, ktory miesci sie
      w ruinach pozostawionych po wojnie. Wlaczylismy sie do tego stowarzyszenia
      poruszeni losem dzieci i wyczuwajac desperacje w wezwaniu, ktore dostalismy.
      Poczatkowo nie chcielismy nawiazywac kontaktu z zadnym konkretnym dzieckiem,
      wolelismy wysylac za posrednictwem stowarzyszenia pieniadze na ogolne potrzeby
      sieronca. Stowarzyszenie bylo bardzo male (kilkanascie osob, dzis jest nas
      kilkadziesiat), wiec koszta administracyjne byly minimalne. Pokrywala je z
      wlasnej kieszeni moja przyjaciolka. Kazdy grosz szedl bezposrednio na potrzeby
      dzieci. Znalezlismy na miejscu osobe, ktora stala sie reprezentantem
      stowarzyszenia. Co tydzien jezdzi do sierocinca na caly dzien i spedza czas z
      personelem i dziecmi. Zna je wszystkie osobiscie. Sprawdza, jakie potrzeby sa
      najpilniejsze zarowno pod wzgledem materialnym, jak i psychologicznym. W pare
      lat udalo sie odnowic czesc budynku zajmowana przez niemowleta, zbudowac
      prysznice i ubikacje, ktorych przedtem nie bylo, zakupic agregator do produkcji
      pradu przez 2 godziny dziennie (dotad sierociniec funkcjonowal bez
      elektrycznosci), zapewnic dzieciom wizyty lekarskie i szczepienia oraz raz w
      roku bilet pozwalajacy im odwiedzic rodzine (jesli taka maja), zorganizowac
      kilka wycieczek (ciezarowkami) nad morze, zakupic rowery dla dzieci
      dojezdzajacych do szkoly, zaplacic za szkole i za dodatkowe lekcje jezyka
      obcego, zakupic stroje dla zespolu tanca, ktory sie utworzyl... W ciagu 4 lat
      wiele osob ze stowarzyszenia odwiedzilo sierociniec zawozac dziesiatki
      kilogramow lekarstw i prezentow od sponsorow. Jutro wyjezdza kolejna osoba,
      ktora dobrze znam. Wracajac, przywoza wyroby lokalne, ktore sprzedajemy sobie
      nawzajem i znajomym za "europejska" cene, co pozwala na zdobycie dalszych
      funduszy. Ja tez bylam tam trzy lata temu. Dzieci przygotowaly dla mnie samej 2-
      godzinny spektakl tradycyjnego tanca. Chowalam sie za aparatem fotograficznym,
      by nie widzialy, jak mi lzy leca. Poznalam swojego "podopiecznego", bo w
      miedzyczasie zaczelam sponsorowac poczatkowo trzech chlopcow, a w tej chwili
      jednego (znalazlam wsrod znajomych chetnych do sponsorowanie dwoch
      pozostalych). Co kilka miesiecy dostaje od niego list z tlumaczeniem na
      francuski przez przedstawicielke stowarzyszenia na miejscu, zdjecia, wyniki
      szkolne. O naszych dzieciach wyraza sie "moj maly brat i siostra".
      To z grubsza tyle. Jesli ktos chce namiar na stowarzyszenie, to moze mi dac
      znac na adres gazety. Ale uwaga, konto stowarzyszenia znajduje sie we Francji i
      cala komunikacja odbywa sie po francusku.
      Pozdrawiam,
      Ania
      • jofin Re: Adopcja serca. 20.09.06, 15:23
        Aniu, bardzo to piekne, co piszesz. Piekne, niesamowite i dziekuje Ci ze
        podzielilas sie z nami Twoimi doswiadczeniami. Jestem naprawde pod wrazeniem.

        Tak samo jak bylam pod wrazeniem dzieci z Ugandy, ktore spiewaly i smialy sie i
        radosne byly. A ktore wczesniej , jak same zreszta opowiadlay mieszkaly na
        ulicach, bo ich rodzice zgineli. I tej ogormnej pracy tych ludzi, ktorzy
        zalozyli wioske Watoto, tworzac tym dzieciom rodzine,dajac im szanse i na
        edukacje i nadzieje na przyszlosc.

        To naprawde budujace, ze sporo jest takich inicjatyw na swiecie.
        • skir.dhu Re: Adopcja serca. 21.09.06, 02:41
          Kranie, pamietam, ze chyba nie znasz angielskiego ale moze Ci Twoje dzieci
          pomoga albo znajdziesz ten sam tekst w jezyku Ci znajomym:
          www.msnbc.msn.com/id/14868186/site/newsweek/?GT1=8506
          Ciekawe jak nieprzewidywalne sa losy i zycie, prawda? smile
          Skir Dhu
          • jan.kran Re: Adopcja serca. 01.10.06, 13:40
            skir.dhu napisała:

            > Kranie, pamietam, ze chyba nie znasz angielskiego ale moze Ci Twoje dzieci
            > pomoga albo znajdziesz ten sam tekst w jezyku Ci znajomym:
            > www.msnbc.msn.com/id/14868186/site/newsweek/?GT1=8506
            > Ciekawe jak nieprzewidywalne sa losy i zycie, prawda? smile
            > Skir Dhu

            ------> Uczę się pilnie angielskiego i zrozumiałam treść artykułu.
            Niesamowita historiasmile
          • jan.kran Re: Do Kifaru. 01.10.06, 13:43
            Chciałbym zwrócić swoją pomoc w strone Afryki.
            Nie wiem czy lepiej pomóc w jakimś konkretnym projekcie np. budowie szkoły czy
            zaadoptować dziecko dając mu wykształcenie.
            Możesz napisać tu albo na majl gazetowy i coś doradzić ?
            Pozdrawiam.
            Ula.
    • abere8 Re: Adopcja serca. 21.09.06, 04:27
      Troche pod innym katem, ale tez na temat:
      serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34513,3632513.html

      Pozdrawiam wszystkich
    • aggrazza Re: Adopcja serca. 21.09.06, 04:32
      www.worldvision.org.
      Od 2 lat sponsorujemy przez nich chlopca z Birmy. Podrozujac po Azji widzialam
      efekty ich dzialalnosci w wielu krajach a mieszkajac w Wietnamie poznalam nawet
      kilku wolontariuszy ktorzy dla nich pracowali i mam pelne zaufanie do tej
      organizacji.
      • leonardino Re: Adopcja serca. 07.10.06, 17:27
        My z narzeczonym "zaadoptowaliśmy" chłopczyka z Peru. Jest jeszcze dość mały-
        4.10 skończył 9 lat, ale mamy nadzieję pomagać mu dopóki będzie tego
        potrzebował. To niesamowite otworzyć list, który nam przysłał, obejrzeć jego
        rysunki... Cieszymy się, że dzięki naszej pomocy będzie mógł się normalnie
        rozwijać, kształcić i przede wszystkim cieszyć się ze swojego dzieciństwa smile
    • mon101 Re: Adopcja serca. 20.10.06, 22:32
      www.sos-barnbyar.com/fadder/popup0302/index.asp
      Jest to organizacja sprawdzona, do ktorej ja mam duze zaufanie.Link po
      szwedzku, ale dasz sobie chyba, Kraniku rade w sasiedzkim jezyku?
Pełna wersja