mamakrzysia08
11.06.10, 20:03
Zakładam rano soczewkę, wszystko jest ok. Zjadamy śniadanie, Krzyś
zaczyna trzeć oczko, prosi o kropelki. Zakrapiam oczko. Trze
dalej. Zakrapiam jeszcze raz. Prosi o przyssawkę - tak robi, jak
soczewka mu się przesunie. Sprawdzam, jest na miejscu. Dochodzę do
wniosku, że może coś się pod soczewę dostało, więc ją wyjmuję żeby
ją przemyć. Wyjmuję wyszczerbioną soczewkę z bardzo ostrym
krańcem!!! Brakuje tak ponad 2 mm na obwodzie. A dałabym sobie co
nieco uciąć, że jak czyściłam wieczorem, to była cała.
Przelałam dokładnie oko dużą fiolką soli fizjologicznej no i jazda
do szpitala koło mnie. Nie mają dyżuru okulistycznego. Pojechałam
do CZD - przychodnia okulistyczna świeci pustkami, lekarze na
jakiejś konferencji w Berlinie. W końcu dr Cieślik zgodził się
Krzyśka przyjąć na oddziale. Na szczęście rogówka cała, na 98% nie
ma żadnej części soczewki w oku (żeby było 100% musieli by go
uśpić). Ulga...
I jak ta zołza się wyszczerbiła? Kiedy? Nie spadła nam na podłogę
od miesiąca albo i dłużej. W ogóle wypada tylko jak Krzysiek jest
tak zmęczony, ze non-stop trze oko. Jestem pewna, że jak ją wczoraj
czyściłam była cała. Jestem też pewna, że jak wkładałam do oka, to
była cała. A przecież ten brakujący kawałek nie odparował mu w oku!
Brrr!
Jedyną dobrą wiadomością jest to, że Krzysiek na początku badania
współpracował z lekarzem, a dotąd się to nie zdarzało. W końcu i
tak wylądował z rozwórką w oku i trzymaliśy go w trójkę ale
przynajmniej spróbował współpracować...
Pozdrawiam i życzę aby podobne sytuacje się Wam nie zdarzały.
mama Krzysia