Dodaj do ulubionych

Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza.

30.11.13, 18:38
Obserwuj wątek
    • kwacorek1983 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 30.11.13, 18:39
      Jestem pozbawiona nadziei na to,ze bedzie dobrze...
      U nas zaczelo sie wszystko z koncem grudnia,a poczatkiem tego roku.Moj maz(wtedy jeszcze nie maz) zaczal tracic apetyt...A co za tym idzie-rowniez kilogramy.Poczatkowo myslelilsmy,ze to na tle nerwowym,bo nasza polroczna wtedy coreczka trafila do szpitala z ostrym zakazeniem drog moczowym i sepsa.Na szczescie mala wydobrzala,natomiast u meza poprawy nie bylo.Doszly problemy z jedzeniem.Tzn sprawialo mu bol polykanie ,czul tak jakby pieczenie w mostku.Niedzielny obiad potrafil jesc az do wieczora dziobiac kawalek po kawalku.W lutym poszedl do lekarza rodzinnego ten zlecil mu wykonanie podstawowych badan -krew,mocz,kal.Mial rozniez rtg klatki piersiowej(wszystko ok)i usg jamy brzusznej -tam wyszly niby jakies polipy,ale nimi ponoc mielismy nie nie przejmowac.Wyniki pozostalych badan-KSIAZKOWE!!!!zadnych odchylen od normalnych,prawidlowych.Tylko,ze moj maz nadal sie meczyl.A ja razem z nim,ze nie wiadomo co mu dolega i,ze nie mozna mu pomoc.Zaczelam podejrzewac grzybice ukladu pokarmowego lub nerwice wegetatywna-poprostu szukalam na neci echorob z objawamiu jakie mial moj R.Dostal skierowanie do gastrologa.Po cichu zaczelismy sie obawiac najgorszego-ze to rak zoladka,zwlaszcza,ze dziadek R.zmarl na to,a oprocz tego R.ma grupe A,wiec to tez sprzyja chorobie...
      Nie zapomne swiat Wielkiej Nocy,a wlasciwie Wielkiej Soboty.Moj R.byl taki ciuerpiacy i obolaly a ja zaczelam go oskarzac ,ze mi nie pomaga w kuchni.Od slowa do slowa wywiazala sie z tego taka klotnia....W pewnym momencie R.zaczal...plakac! Nogi mi sie ugiely i spytalam czy on cos wie,powiedzial,ze nie i spytal dlaczego ja dla iego taka jestem,co on mi zrobil...Jesli umrze(a wiem,ze to sie zbliza) bede sobie plula w twarz do konca zycia ,ze tak zepsulam swieta i ,ze czepialam sie pierdol.
      8 kwietnia mial robiona gastrologie,w czasie ktorej wyszlo,ze ma wrzoda.Wykonali mu rowniez test na obecnosc helicobacter-rowniez pozytywny.Wzieli takze wycinek do badania histopatologicznego.Ja jednak uspokoilam sie,poniewaz pomyslalam,ze wrzody wylecza,podobnie jak bakterie.Wiec najwazniejsze,ze to nie rak.Tymbardziej ,ze markery nowotworowe rowniez wykluczyly te chorobe.
      21 kwietnia moj maz -naprawde bardzo slaby i obolaly znow sie rozkleil i zaczal plakac i mowic,ze on chce umrzec,bo go tak boli....Chcialo mi sie plakac,ze taki silny facet tak cierpi.Dodatkowo wyszla mu przepuklina pachwinowa,wiec 22kwietnia poszedl do lekarza rodzinnego po L4 i skierowanie do chirurga.Chirurg powiedzial,ze termin ustala jak bedzie wiadomo jaki wynik badania histopatologicznego,bo byc moze bedzie mozna za jednym zamachem zalatwic "wrzody" i przepukline.
      Popoludniu poszlismy z dziecmi na plac zabaw.ja zostalam na hustawkach,a R.poszedl do poradni gastro po wynik badania histo.Gdy wrocil -nie bylam madra z wyniku gdyz byl opisany po lacinie.Ale od razu wiedzialam,ze cos nie tak gdyz przyspieszyli mu termin wizyty na pojutrze.
      po powrocie do domu wyszukalam w necie znaczenie wyniku-rak zoladka sluzowokomorkowy.Nogi sie pode mna ugiely,a moj bezpieczny siwat zaczal sie walic.tysiace mysli przebiegalo po mojej glowie;ze jka to,a wyniki poprzednich badan nie wskazujace na raka??? dlaczego my? przeciez jestesmy mlodzi,ja mam 30 a R.37 lat.Mamy male dzieci,dwie coreczki-3latka,a druga niecale 1.5.Dlaczego moj R.ma umrzec,skoro jest takim dobrym czlowiekiem,mezem i ojcem.Gdy urodzilam-od poczatku duzo mi pomagal,wstawal do dziewczynek,bawil sie.nasza pierwsza wspolna wigilia z mala Weronika-ja zaplakana,z buzujacymi hormonami,a on pocieszajacy mnie,zajmujacy sie Werosia i przygotowujacy swieta...W wolne weekendy to on szykowal sniadania,obiady....Wiec daczego? co takiego zrobil,ze musi zmagac sie z taka choroba.Wszystko to zaprzatalo moje mysli,wiec ukapalam dziewczynki i poprostu wyszlam z domu na dlugi spacer,zeby moc sie wyplakac,bo nie chcialam tego robic przy R.wiedzialam,ze przy nim i dla niegoo musze byc silna.
      Gdy wrocilam powiedzialam,ze widocznie choroba jest w tak wczesnej fazie,ze dlatego wyszly dobre wczesniejsze wyniki,wiec szybko ja wyleczymy.
      Gastrolozka zalecila calkowite wyciecie zoladka,tak wiec 5maja R.poszedl do szpitala na chirurgie,a 6 mial byc operowany.Gdy juz bylo po operacji-zadzwonilam do pielegniarek,a te poinformowaly,ze stan po operacji jest dobry.Poszlam wiec do niego.lezal taki slabiutki,ledwo mowil,ale najwazniejsze,ze bylo juz po.Poszlam do lekarza,niestety,nie bylo ordynatora,a dyzurny dr nie mogl mi udzielic informacji.na szczescie ordynator to kolega przyjaciela mojego R.wiec dowiadywalam sie wszystkiego za jego posrednictwem.Jeszcze tego samego dnia,wieczorem zadzwonil do mnie przyjaciel R.-A. z informacja,ze nie jest dobrze.Ze R.nie wycieli zoladka bo nie bylo co.Tzn sa przerzuty.ze ktos zle opisal wynik histo,bo w tym stanie R.nie powinieni byc operowany ,bo po co? to sprawilo mu tylko bol,a od razu powinien trafic na onkologie na chemioterapie.A.powiedzial,ze R,jeszcze nie wie,Tzn,ze powiedza mu,ze nie mogl byc n arazie pozbawiony zoladka,bo ma stan zapalny,ze musie sie podleczyc chemia i ,ze potem powtorza operacje.W srode,gdy poszlam do R.spotkalam jego przyjaciela,ktory czekal na mnie.mial kolejne info od ordynatora.z R.jest zle.Sa przezuty :do wezlow chlonnych jamy,brzusznej,sieci,krezki jelita cienkiego i niestety do otrzewnej sciennej.To niestety rak nieoperacyjny.Choroba bardzo zaawansowana, i przynajmniej o rok za pozno....Kolejny raz moj swiat zaczal sie walic.jak to nieopracyjne??????dlaczego R.ma umrzec? Dlaczego moje dzieci jaja sie wychowywac bez taty.starsza coreczka jest z nim bardzo zwiazana.Gdy byl w szpitalu pytala:"gdzie jest moja tata" a co gdy on umrze?????????????Jak wytlumaczyc trzylatce takie cos skoro mnie samej nie miesci sie to w glowie.
      W koncu udalo mi sie spotkac z ordynatorem.Porozmawiam ze mna,powiedzial,ze jestem madra i silna.wszyscy mowia,ze jestem silna,ale tak chyba nie jest.Byc moze na zewnatrz tak to wyglada,ale w srodku wszystko sie kumuluje.Lekarz nie potrafil wytlumaczyc jak to jest,ze wyniki byly idealne a choroba jest juz tak zaawansowana.Powiedzail,ze w sb wypisza R.ze szpitala,bo rany pooperacyjne dobrze sie goja, wiec moze isc do domu.Gdy R.byl jeszcze w szpitalu postanowilismy wziasc slub.Tak wiec on lezal a ja zalatwialam na szybko to co moglam sama-nasze akty chrztu,urodzenia,UC no i Ksiedza.Bylo mi przykro,bo ludzie zalawtaiaj i organizuja slub z usmiechem na twarzy,pelni nadzie i planow,a ja zalatwiajac do wszystko mialam tylko jedna nadzieje-ze dozyje naszego slubu.w sb R.wyszedl ze szpitala,a w nastepna wzielismy slub.Byla to bardzo smutna chwila.Oboje poplakalismy sie skladajac przysiege"i nie opuszcze Cie az do smierci..."
      dzien przed slubem zalatwilam wizyte u onkologa.Dowiedzialam sie rowniez tego co powiedzial ordynator,a mianowice,ze to juz tylko chemia paliatywna,bo moj maz juz nie wyzdrowieje.Ze medycyna nie daje szans,jedynie cud moze pomoc.Gdy zalatwialam slub i gadalam z Proboszczem ,ten dal mi winko i obrazek Matki Boskiej Gidelskiej.Pomimo,ze nie jestesmy zbyt wierzacy-uczepilam sie tego jak szansy na wyzdrowienie.Zanioslam to R.do szpitala,kazalam mu sie napic winka i zmowic modlitwe.Zrobil to i rowniez sie poplakal.
      W koncu zostal poddany pierwszej chemioteapii,EOX.Co 3 tygodnie zglaszal sie na wlewy do szpitala,dostawal 2 kroplowki i wracal do domu.w w domu bral xelode.Docelowo mial miec 8 cykli.Po 4 zrobili mu tomografie,nie bylo nowych przezutow.Po pierwszej chemii zle sie czul,zarowno fizycznie,ale po kolejnych dosc dobrze.Tzn kilka pierwszych dni bylo ciezkich,ale potem juz ok.zaczal jesc( a byl moment,ze wazyl tylko 50kg przy 176 wzrostu),samopoczucie tez mu sie polepszylo.Niestety,po 6 cyklu zakonczono chemioterapie EOX z powodu progresji.W ciagu 8 tygodniu sciagli mu 15litrow plynu z jamy otrzewnej.Woda zbiera sie w strasznym tempie.W zeszly czwartek mial sciagnieta a juz 3 cm mu przybylo.
    • kwacorek1983 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 30.11.13, 18:40
      W poniedzialek zalozono mu port naczyniowy,poniewaz ma wielkie zrosty w zylach,a zostanie poddany nowej chemii tej ,gdzie na 48 godzin idzie to szpitala i tam ma podane 2 kroplowki.
      Najgorsze,ze widze jak on slabnie.Nie pamietam kiedy ostatni raz widzialam jak sie usmiecha....Zaczal gadac na temat smierci,powiedzial,ze ma wrazenie,ze to poczatek konca.Widze,ze juz chyba sie poddal.Ja zreszta tez.Przestalam wierzyc,ze zdarzy sie cud.Zwlaszcza,ze byl we wtorek u urologa,bo zrobil mu sie zylak miedzy jadrami.Okazalo sie,ze usg nie wykazalo zylaka-to nacieki nowotworowe,Podobnie jak w okolicach podbrzusza, widoczne(!) golym okiem zgrubienia to tez nacieki z otrzewnej,a wiec jaka wielka musza juz miec warstwe,ze je widac.
      Poki co R.nie dostaje jeszcze zadncyh lekow przeciwbolowych,choc w tym tygodniu juz 2 razy zazyl tramal.
      Gduy ide z nim tam na onkologie,to mowi,ze on tu nie pasuje pzynajmniej o 10 lat.To prawda sa tam sami starsi ludzie.
      W pn 2grudnia idzie na pierwszy wlel nowej chemii.Jestem ciekawa i pelna obaw jak zareaguje.
      Ja sama siedze jak na szpilkach i z niepokojem wyczekuja tej chwili....W nocy budze sie kilkakrotnie i sprawdzam czy oddycha... W dzien tez czesto lapie sie,ze patrze na niego czy jeszcze zyje.To jest chore,ale silniejsze ode mnie.przeraza mnie ta chwila,gdy odjedzie,wiem,ze bedzie mu juz lepiej,ale jak ja wytlumacze to dziewczynkom,zwlaszcza starszej,jak ja sama dam rade bez niego.....

      Mam jeszcze pytanie,bo na karcie wypisowej pisze kwalifikacja do Folfiri).Czy ktos wie co to znaczy? bo nie umiem sie doszukac...
      • kwacorek1983 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 30.11.13, 18:42
        Dziewczyny(pozwole sobie tak pisac choc nie wiem ile macie lat,ale wydedukowalam,ze wszystkie jestescie kobietami).Dzieki za cieple slowa.Ja rowniez baaardzo bym chciala,zeby nasza historia miala optymistyczny final i przez jakis czas sie ludzilam,ze tak bedzie.Niestety,gdy dotarlo do mnie,ze choroba rozprzestrzenia sie tak szybko,a dodatkowo jest to rak nieoperacyjny i zaatakowana jest otrzewna-pozbylam sie zludzen...Musilaby sie zdarzyc prawdziwy CUD,taki wielkimi literami pisany....
        Co do Folfiri,to posiedzialam wczoraj troche na necie i wyszukalam,ze to jest nic innego jak tak jakby nazwa tej chemii,ktora podadza R.,a raczej jej schemat.
        Natomiast dzis ...zastanawiam sie jak szybko ta choroba moze sie rozprzestrzeniac.Otoz pisalam Wam,ze moj maz ma nacieki miedzy jadrami.Dzis powiedzial,ze ma juz tak spuchniete ,ze 1 jadra wogole juz nie mozna rozroznic.Dodatkowo robi sie to twarde jak kamien.zastanawiamy sie czy to moze miec wplyw na sikanie?
        Oprocz tego dretwieja mu place u rak,i to nie z zimna,bo powiedzial,ze nie jest mu zimno
        A oprocz tego troche sie wystraszylam,bo dzis pod wieczor powiedzial,ze napilby sie wina,pomyslalam,ze co se bedzie zalowal(tymbardziej,ze juz minelo kilka tygodni od sotatniej chemii).Poszlam mu do sklepu po te wino,napil sie pare lykow i juz nie chcial.Ale mi sie przypomnialo jak kiedys babcia(chyba) opowiadala mi,ze jej syn(a moj wujek),ktory byl ciezko chory,na lozu smierci poprosil o wino.Dali mu mimo,ze byl dzieckiem.No i gdy dzis R.poprosil o te winko to troche mnie ciary przeszly i zaraz mi sie ta historia przypomniala....
        • anna.wasil Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 02.12.13, 21:52
          Nie denerwuj się prosze (reszta poznała mnie już z tej strony ) że to myslę to pisze.
          Chodzi o reakcję, w twej cholernej chorobie każda chwila jest na wagę złota.
          Jesteśmy tu po to,aby w miarę możliwości i wiedzy pomagać sobie wzajemnie.
          Kontaktowaliście sie lekarzem,co powiedział ?
            • kwacorek1983 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 09.12.13, 20:55
              Hej Dziewczyny,nie pisalam,bo jakos brakuje czasu i natchnienia.
              U nas nie za dobrze. W zeszly pn poszlam z mezem na konsultacje ,po ktorej mial dostac te nowa chemie.
              Niestety,nie podali mu chemii gdyz stwierdzili,ze najpierw trzeba spuscic troche wody,ale nie wiecej niz 3 litry,zeby znow dodatkowo go nie oslabiac.Tak wiec R.zostal w szpitalu,ja poszlam do domu.Wieczorem powiedzial mi gdy gadalismy przez telefon,ze nie wie co sie stalo,ale dostal takiego skurczu w nogach,ze stracil tam czucie...Dostal jakis zastrzyk i powoli zaczal odzyskiwac czucie w nogach.Na nastepny dzien przyszla szwagierka przypilnowac dziewczynek,a ja poszlam do R.Byl bardzo slabiutki,pomimo spuszczonej wody nie zdecydowali sie podac mu chemii(ze wzgledu na ogolnuy zly stan) ale i nie wypuscili go do domu.Od rana meczyly go wymioty i biegunka.W srode rano sosaiadka pilnowala dzieci a ja skoczylam do R z obiadkiem.Niewiele podziubal,W czwartek wypuscili go do domu.Chemii narazie nie moga podac,bo ponoc wywyoluje ona czesto biegunke i dlatego bedzie musial dostawac jakis lek na to,ale i nie moze miec aktualnej biegunki.Dla mnie to dziwne,bo skoro bedzie dostawal lek na biegunke to dlaczego nie moze miec juz teraz tej biegunki? Nie wiem czy zrozumialyscie o co mi chodzi.W kazdy,m razie termin chemii na 17 grudnia.Tyle,ze ja watpie,aby on jej doczekal...Tzn nie twierdze,ze odejdzie do tego czasu,ale w tym stanie watpie,zeby mu podali i mysle,ze beda ciagle przesuwac trermin....Generalnie ,jestem strasznie wkurzona na lekarza praowadzacego.Nie twierdze,ze ma slaba wiedza ,ale jest bardzo specyficznym lekarze,takim zamknietym.Nie mowi nic sam z siebie.Moj R.tez jest raczej zamkniety tak wiec staram sie na te wizyty chodzic z nim i z karteczka,na ktorej mam wczesniej spisane pytania do lekarza.Najchetniej to zmienilabym onkologa,ale nie wiem czy to tak latwo( w koncu ciezko o specjalistow).W kazdym razie,uwazam,ze my ludzie,ktorzy pierwszy raz spotykamy sie z ta okropna choroba mamy prawo nie wiedziec mnostwa rzeczy,to lekarz powinieni nas prowadzic i podpowiadac.... Zreszta mam wrazenie jakby on wiecznie w pospiechu traktowal te nasze wizyty.Wiem,ze ma mnostwo pacjentow,ale tu chyba kazdy ma prawo byc traktowany spacjalnie..Spytalam go ostatnio o to czy mozna by zaczac dokarmiac R.dozylnie.Bo kurcze,on ajest taki chudziutki,niewiele je ,nie ma apetytu(mimo,ze zazywa Megace),a to co zje zwraca na dwa sposoby...No wiec lekarz powiedzial,ze tak i ze w Sosnowcu jest taka poradnia.Ale kurde,zapomnialam go spytac czy potrzebne tam skierowanie,a on sam z sibie nie powiedzial nic.Natomiast moj R.drugi madry,bardzo go prosilam,ze jak beda go wypisywac ze szpitala,to zeby o to spytal...oczywiscie nie zrobil tego.Pytalam rowniez o hospicjum domowe.Powiedzial,ze to wtedy gdy leczenie onkologiczne jest zakonczone to wtedy pozostaje hospicjum.Ale z drugiej strony na necie czytalam,ze rzeczywiscie musi byc zakonczone leczenie,ale RADYKALNE,a my mamy PALIATYWNE,a to chyba roznica?Zastanawiam sie rowniez,czy moze ktoras z Was wie czym dokladnie zajmuje sie Poradnia medycyny paliatywnej? i czy warto z niej skorzystac w naszej sytuacji? Nie wiem Dziewczyny....nie ogarniam tego wszystkiego.najgorsze,ze ja mam wrazenie,ze R.juz z tego nie wyjdzie , ze juz nie bedzie mu lepiej.Jak wspominalam,je niewiele,wszystko zwraca-biegunka lub wymioty.doszly smoliste stolce....Dwa razy zdarzylo mu sie nie zdazyc do toalety.Nie wiem jak on sie z tym czuje,pewnie zle.,bo ja sama moge sobie tylko wyobrazic co moze czuc gdy z jego cialem dzieja sie takie rzeczy,gdy nie ma kontroli.Od pt nie wyszedl z domu,wczoraj wieczorkiem tylko psa wyprowadzil.Niewiele sie odzywa,duzo spi...Zrobil sie niemily dla dziewczynek,tzn wogole nie rozmawia z nimi,jedynie krzyczy,zakazuje i nakazuje,a tak calkiem je ignoruje.,wiem,ze to wina choroby(bo gdy byl zdrowy byl zupelnie inny),ale boli mnie to,bo chcialabym ,abysmy inaczej wykorzystali ten CZAS.A czy lekarz rodzinny moze przepisac silne leki przeciwbolowe? mam na mysli morfine itp.bo dostaje poki co ketonal(ale ponoc boli go brzuch po nim,czuje go jak sie rozpuszcza w zoladku)a po tramalu tez zle sie ogolnie czuje.Przepisal nam ostatnio( na moja prosbe,a raczej sugestie,bo sam nic nie zaproponuje) antydepresanty ZOLOFT.Poki co efektow nie ma,ale tez sie zastanawiam,bo tam w ulotce pisze,zeby nie stosowac z silnymi lekami przeciwbolowymi np.tamadolem.A czy tramadol to nie Tramal,ktory tez mu przepisal???????????????????
              Boze,dziewczyny,nadchodza swieta,a ja nie czuje magii swiat,bo jak ja czuc gdy drze o zycie R.kazdego wieczora,gdy klade sie spac,przytulam sie(nie za mocno,bo nawet to sprawia mu bol,,,zastanawiam sie czy rano bedzie zyl...To samo rano,obawiam sie czy w ciagu dnia nic zlego sie nie wydarzy....mam totalny metlik.Boje sie tego wszystkiego.R.jest taki slaby,ze ma problem np.strzepac koldre gdy robi lozko(staram sie ja,ale czasem on robi).Dlaczego to wszystko takie niesprawiedliwe....
              • b_a_l_b_i_n_k_a Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 10.12.13, 10:55
                Kwacorku, tak strasznie mi przykro.
                Mysle ze nic nie zaszkodzi wybrac sie do poradni medycyny paliatywnej, moze pomogli by chociaz dobrac leki przeciwbolowe i przeciwdepresyjne ( tym sie zajmuja).
                Generalnie leki przeciwdepresyjne zaczynaja dzialac po okolo 4 tygodniach, tak wiec trzeba chwile poczekac.
              • anna.wasil Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 10.12.13, 21:02
                Przytulam :(
                Mogę napisać coś odnośnie hospicjum stacjonarnego.W Warszawie potrzebny jest świstek o zakończeniu leczenia onkologicznego(nie ma różnicy jakiego).
                W naszym przypadku leki przeciwbólowe tramal przepisywał lekarz z onkologii.Morfinę podobno może podawać "biały" personal,nie licząc plastrów.
                Dzwoń,pisz i pytaj wszędzie.I walcz o każdą chwilę..nie bądź "zła" na M.podobnie zachowywał się mój teść..agresja,apatia.Wtedy lekarz zdiagnozował tzw.śpiączkę wątrobową(przeczytaj w necie jak znajdziesz chwilkę)
                Ehhh.....
              • becik-pl Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 11.12.13, 13:34
                kwacorek1983 napisała:
                Generalnie ,jestem strasznie wkurzona
                > na lekarza praowadzacego.Nie twierdze,ze ma slaba wiedza ,ale jest bardzo spec
                > yficznym lekarze,takim zamknietym.Nie mowi nic sam z siebie.Moj R.tez jest racz
                > ej zamkniety tak wiec staram sie na te wizyty chodzic z nim i z karteczka,na kt
                > orej mam wczesniej spisane pytania do lekarza.Najchetniej to zmienilabym onkolo
                > ga,ale nie wiem czy to tak latwo( w koncu ciezko o specjalistow).W kazdym razie
                > ,uwazam,ze my ludzie,ktorzy pierwszy raz spotykamy sie z ta okropna choroba mam
                > y prawo nie wiedziec mnostwa rzeczy,to lekarz powinieni nas prowadzic i podpowi
                > adac.... Zreszta mam wrazenie jakby on wiecznie w pospiechu traktowal te nasze
                > wizyty.Wiem,ze ma mnostwo pacjentow,ale tu chyba kazdy ma prawo byc traktowany
                > spacjalnie.

                Niestety mam identyczne doświadczenia z lekarzami. Zawsze miałam odczucie, że mają nas, rodziny chorych i samych pacjentów głęboko, wiecie gdzie. Dowiedzieć się od nic czegokolwiek, to jakby wydrzeć jakąś tajemnicę państwową. Porażka.
                Dopiero teraz, po roku użerania się z lekarzami czujemy wsparcie i rzeczywiste serce i troskę o mamę lekarzy, w Hospicjum. Niebo a ziemia.

                .Pytalam rowniez o hospicjum domowe.Powiedzial,ze to w
                > tedy gdy leczenie onkologiczne jest zakonczone to wtedy pozostaje hospicjum.Ale
                > z drugiej strony na necie czytalam,ze rzeczywiscie musi byc zakonczone leczeni
                > e,ale RADYKALNE,a my mamy PALIATYWNE,a to chyba roznica?

                To nie prawda, że musi być zakończone leczenie onkologiczne, żeby przyjąć pacjenta do hospicjum domowego. Jedno nie ma związku z drugim. Jeśli masz skierowanie od rodzinnego/pulmonologa nie mają prawa odmówić. Niektóre hospicja robią podobno problemy, ale nie mają takiego prawa. Mama miała druga linię chemii i jednocześnie była zapisana do hospicjum, lekarka tłumaczyła, ze jedno nie przeszkadza drugiemu.


                Zastanawiam sie rowniez
                > ,czy moze ktoras z Was wie czym dokladnie zajmuje sie Poradnia medycyny paliaty
                > wnej? i czy warto z niej skorzystac w naszej sytuacji?

                Poradnia paliatywna albo inaczej leczenia bólu działa często (ale nie tylko) przy hospicjum właśnie, zajmują się ustawianiem leczenia przeciwbólowego, żeby chory nie cierpiał, bo to w tej fazie choroby najważniejsze.


                Nie wiem Dziewczyny....n
                > ie ogarniam tego wszystkiego.najgorsze,ze ja mam wrazenie,ze R.juz z tego nie w
                > yjdzie , ze juz nie bedzie mu lepiej.Jak wspominalam,je niewiele,wszystko zwra
                > ca-biegunka lub wymioty.doszly smoliste stolce....Dwa razy zdarzylo mu sie nie
                > zdazyc do toalety.Nie wiem jak on sie z tym czuje,pewnie zle.,bo ja sama moge
                > sobie tylko wyobrazic co moze czuc gdy z jego cialem dzieja sie takie rzeczy,gd
                > y nie ma kontroli.Od pt nie wyszedl z domu,wczoraj wieczorkiem tylko psa wyprow
                > adzil.Niewiele sie odzywa,duzo spi...Zrobil sie niemily dla dziewczynek,tzn wog
                > ole nie rozmawia z nimi,jedynie krzyczy,zakazuje i nakazuje,a tak calkiem je ig
                > noruje.,wiem,ze to wina choroby(bo gdy byl zdrowy byl zupelnie inny),ale boli m
                > nie to,bo chcialabym ,abysmy inaczej wykorzystali ten CZAS.

                Nie miej pretensji do męża, wyobraź sobie co On musi czuć, jak cierpieć. Fizycznie i psychicznie.
                Przecież jest świadomy, że wyrok już zapadł:-( Straszne to wszystko.
                Bardzo Wam współczuję :-(



                > Boze,dziewczyny,nadchodza swieta,a ja nie czuje magii swiat,bo jak ja czuc gdy
                > drze o zycie R.kazdego wieczora,gdy klade sie spac,przytulam sie(nie za mocno,
                > bo nawet to sprawia mu bol,,,zastanawiam sie czy rano bedzie zyl...To samo ran
                > o,obawiam sie czy w ciagu dnia nic zlego sie nie wydarzy....mam totalny metlik.
                > Boje sie tego wszystkiego.R.jest taki slaby,ze ma problem np.strzepac koldre gd
                > y robi lozko(staram sie ja,ale czasem on robi).Dlaczego to wszystko takie niesp
                > rawiedliwe....


                Czuję tak samo, najchętniej w ogóle nie organizowałabym Świąt, nie ubierała choinki itd, ale zrobię to dla dzieci, niech chociaż one maja fajne Święta.
                Trzymajcie się!
                • renata8881 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 12.12.13, 02:57
                  Onkolog mojego meza tez nie jest wylewna ale za to dostalismy sie do niej w dwa dni po diagnozie i w tym samym dniu zalatwila kolonoskopie. Stara sie kazdego przyjac jak najszybciej i nie oszczedza personelu. Staram sie isc do niej z przygotowanymi pytaniami i tylko raz siadla zeby dluzej porozmawiac ze mna o stanie meza. Z perspektywy czasu mysle sobie ze to tez troche dlatego ze ona musi kazdemu pacjetowi powiedziec prawde nawet ta najgorsza a chory potrzebuje sily do walki wiec niezapytana nie mowi zbyt duzo.
                  Co do zachowania meza to moj tez ma zmienne nastroje, wczesniej nigdy nie klal a teraz jak go boli to wymyka mu sie i nie ma cierpliwosci poczekac na cos. Wydaje mi sie jednak ze nie powinnas stawiac domu do gory nogami bo on potrzebuje normalnosci, takiego domu jak do tej pory a nie tylko myslenia o chorobie i bolu. Ja tez staram sie duzo do niego mowic, opowiadac jakies zarty, smiac sie z byle czego, zagluszyc jego bol. Jest ciezko ale bedzie ciezej musimy przygotowac sie zawczasu.
    • kwacorek1983 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 29.12.13, 20:32
      Witam po Swietach....U nas zaszlo troche zmian,niestety,nie mam czasu by pisac na biezaco.Otoz w zeszly poniedzialek916 grudnia )udalismy sie z R.do Poradnii Medycyny Paliatywnej.Spotkala sie z nami bardzo mila Pani Doktor,ktora pracuje w hospicjum.Poswiecila nam godzine czasu.Bez problemu przyjela R.pod opieke hospicjum,oczywiscie poki co-tego domowego.Przepisala nam nowe leki,podpowiedziala,zeby R.spozywal make kasztanowa,ktora ponoc jest bardzo odzywcza i powiedziala,ze niebawem sie ktos z nami skontaktuje,juz z hospicjum.We wtorek wieczorem dostalam telefon,ze w srode bedzie pierwsza wizyta.przyszla do nas lekarka (ale inna niz ta na spotkaniu) z pielegniarka.Zalozyly R.motylek,do ktorego mialam podawac steryd,a takze morfine w razie silnych boli.Niestety,pojawily sie one w Wigilie i od wtedy R.jest ciagle na Morfinie.Swieta byly dla mnie smutne,wiidok cierpiacego R.a takze swiadomosc,ze to pewnie nasze ostatnie wspolne swieta przyslanialy radosc z tego,ze jednak jestesmy jeszcze razem.Praktycznie dziennie mamy odwiedziny z hospicjum,bo albo planowa wizyta pielegniarki/lekarza,albo cos niezapowiedzianego.Od 3 -4 dni R.ma ciagle biegunki.Od wczoraj pojawily sie wymioty.Takie wodne,zadnej trsci pokarmowej,sama woda.R.niewiele je,praktycznie wcale (np.na sniadanie nie daje juz rady zjesc kromki,na kolacje zrobilam mu 120 kaszki,ale tez nie zjadl.)a jak juz zje-to i tak wszystko zwraca.Do tego strasznie spuchla mu noga,tak,ze chodzenie sprawia mu trudnosc.Nie moze dostac zastrzykow przeciwzakrzepowych,bo nie idzie zebrac faldu nna brzuchu....Dzis byla lekarka,dala leki przeciwwymiotne,kazala kontynuowac morfine w ampulkach,bo mimo,ze wykupilam juz tabletki-to ptzy wymiotach nie moge mu ich podawac....Powiedziala tez cos co dalo mi do myslenia.Otoz,powiedziala,ze na co moga to pomoga,a wiec na wymioty czy bol,ale na oslabienie i noge nie moga nic poradzic.A nastepnie zadala nam pytanie( mi i R.) czy chcemy go oddac do hospicjum....Oczywiscie odpowiedzielismy oboje,ze nie.Ona powiedziala,ze dobrze,ze poprostu musi zadac takie pytanie.Tyle,ze pare dni temu nie pytala.I zastanawiam sie czy moze ona wie,ze koniec jest bliski i stad te pytanie....
      Ja osobiscie jestem tym wszystkim przerazona.Coraz bardzije dociera do mnie fakt,ze go trace.....Zastanawiam sie czy dozyje konca roku.Jesli tak,to czy dozyje 38 urodzin,a wypadaja one 4 stycznia....A dzis mialam ogromne przezycie,kupilam mu pierwszego pampersa....Po domu jeszcze nie potrzebuje(choc zwieracze czasem juz nie wytzrymuja).Jutro musimy isc na przeczyszczenie portu(lekarka nam dala przekaz na przewoz) no i zdecydowalismy ,ze dla komfortu psychicznego uzyjemy pampersa.Ryczec mi sie chce,nawet teraz jak pisze.....Nie wyszlam jeszcze z dzieciecych pieluch,a musze juz je kupowac dla meza.I to mlodego faceta.Jeszcze niedawno byl silny,dzwigal ciezary(byl kurierem),a teraz jest slabszy od naszych dzieci.....Nie wiem czy da rade zalozyc tego pampka czy bede musiala mu pomoc...Dlaczego te zycie jest takie niesprawiedliwe....
      A wczoraj jeszcze mial goraczke,38.5,na szczescie dzis mu przeszla.Tzn w dzien,bo teraz mierzylismy to znow .Boziu,on taki slabiutki,coraz wiecej spi.....Boje sie,ze to juz kwestia dni.....
        • renata8881 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 29.12.13, 20:54
          Dziewczyno ja dorbrze wiem jak to ciezko jest. Moj ma 46lat i tez jeszcze dwa miesiace temu mogl cos podniesc a w lecie budowal nasz domek nad jeziorem. Dzieci mamy dorosle ale ja zostane sama bo nie uziemie dzieci ze mna. Tez nie wiem kiedy to sie stanie choc jeden z lekarzy powiedzial ze do dwoch miesiecy. Myslisz zeby przezyl te swieta, potem zeby do nowego roku i sprawdzasz po nocach czy jeszcze oddycha. Trzymaj sie kochana teraz jestes mu bardzo potrzebna, a potem dzieciom (jednemu dziecku, przepraszam nie pamietam) bedziesz musiala zastapic oboje. Dobrze,ze macie opieke paliatywna to bardzo duza pomoc. I nie mysl,ze to niesprawiedliwe bo to nic nie da a tylko zagnebisz sie bardziej, mysl o tym co tu i teraz.
          • mama.rozy Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 30.12.13, 08:35
            kwacorku,może byc tak,że to biegunka terminalna,czasem tak bywa,że przed samą śmiercią człowiek się cały wyczyszcza,mięśnie słabną i nie cą czegokolwiek utrzymac
            nie wiem,czy tak jest w przypadku Twojego męża,ale może dlatego padła propozycja wzięcia do hospicjum,żeby Ci ulżyc
            staraj się dawac mu rzeczy płynne lub półpłynne,przynajmniej trochę się wchłonie
            przejście na pampersy zawsze jest traumatyczne,Ty masz jeszcze maluchy w domu
            kochana,muszę to napisac,bo potem może byc za późno-czy mąz ma spisany testament?porozmawiajcie o tym,dopóki jest przytomny,bo potem,jak zacznie się platac,a macie coś nieuzgodnionego,będzie Ci trudniej
            może to na zapas,może niepotrzebnie.ale może już czas
            jeśli się da,porozmawiajcie o pogrzebie,czy chciałby coś szczególnego.co jeszcze teraz chciałby zrobic,na co ma ochotę
            koniecznie poproś o psychologa,żeby porozmawiał z dziecmi
            i pomyślcie,czy w razie pogorszenia,nie dac go jednak do placówki,czy dasz radę psychicznie,przy dzieciach...to są trudne tematy,wiem
            pisz,nawet jak nic się nie dzieje,jesteśmy tu
            • becik-pl Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 30.12.13, 23:03
              Kwacorku kochany, tak mi przykro :-( Niestety nie wygląda to wszystko najlepiej. Dorotka ma rację, powiedzcie sobie to, co jeszcze nie zostało powiedziane, załatwcie sprawy ubezpieczenia. To ważne, dla Ciebie, dla dzieci i dla męża, będzie mu lżej, jeśli będzie wiedział, że nie zostawi Cię z przysłowiowymi długami.
              Napisałam Ci w moim wątku, ze mamie pogorszyło się od sierpnia, a ty pytałaś o ten ostatni etap. Więc, u nas, od momentu założenia pierwszego pampersa do śmierci minęło dwa tygodnie.
              W sobotę mama przestała jeść, w niedzielę zaczęło się splątanie i pobudzenie (siadała, kładła się, wstawała, płakała, spała, i tak na zmianę, non stop, nie mogła sobie znaleźć miejsca), we wtorek (wigilia) była jeszcze świadoma, chociaż splątana ciągle, zdążyłyśmy się podzielić opłatkiem, a potem podałam jej na siłę leki uspokajające, bo była wycieńczona tym ciągłym wstawaniem i zmienianiem pozycji, a każda była zła, potem już ciągle spała i spała. Odeszła w czwartek wieczorem.
              Poczytaj sobie ten wątek, www.forum-onkologiczne.com.pl/forum/umieranie-jak-rozpoznac-ze-to-juz-blisko-vt4837.htm na podobnym forum, mnie on bardzo pomógł. Znam go na pamięć, dzięki temu nie bałam się w czasie umierania mamy, wiedziałam, co nastąpi za chwilę i nie panikowałam, u nas wszystko się sprawdziło.
              Życzę jeszcze dużo, dużo czasu, ale bądź gotowa. Pisz, co u was.
              • 5aaala Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 31.12.13, 09:48
                Kwacorku bardzo mi przykro, jeśli macie na tyle odwagi porozmawiajcie o tym co was czeka. Potem będziesz mogła powiedzieć : On tak chciał a to bardzo pomaga. U nas, pampersy i splątanie trwało 1 m-c (splątanie było z przerwami na świadomość), mama zmarła we wtorek (17.12) późno wieczorem po prostu przestała oddychać a od niedzieli już tylko spała i oddychała przez usta wtedy też zaczęła charczeć. Kwacorku wątek o którym pisze becik znałam na pamięć ale nie wszystkie symptomy występują u wszystkich i myślę że nie na tym trzeba się skupić choć z drugiej strony dobrze jest wiedzieć kiedy jest czas np. na księdza (jeśli ktoś by sobie tego życzył). Nie bój się Kwacorku, ja również życzę wam dużo czasu i bądźcie spokojni na ile to możliwe. Pisz, jesteśmy po drugiej stronie monitora.
                • becik-pl Re: aaala 31.12.13, 10:38
                  Pewnie, że nie należy się skupiać na symptomach, wiadomo, nie wszystkie występują u każdego, ale warto o nich poczytać, żeby potem nie panikować.
                    • kinder0610 Re: aaala 31.12.13, 13:05
                      Brakuje mi słów by wyrazić to co czuję po przeczytaniu Twoich wpisów. Jestem z Tobą myślami. Jestem w podobnym wieku co Twój mąż i sama walczę z nowotworem żołądka. Trzymaj się !!1
                      • becik-pl Re: aaala 31.12.13, 13:35
                        Kinder, bardzo mi przykro z powodu twojej choroby :-(
                        A powiedz (napisz raczej), jakie miałaś pierwsze obawy choroby. Miałaś wrzody? Pytam, bo sama walczę od 10 lat z wrzodami, ostatnie kilka lat spokój, a teraz znowu boli mnie żołądek od kilku tygodni (zapewne efekt stresu, spowodowanego chorobą i śmiercią mamy). Boję się, że też wyhoduję raka, powinnam zrobić ponownie gastroskopię, ale na samo wspomnienie poprzedniej robi mi się słabo i tak zwlekam.
                        • kinder0610 Re:do becik 31.12.13, 14:31
                          Nie miałam wrzodów. Nic mnie nie bolało, zero objawów. nagle krwawienie z przewodu pokarmowego - i się zaczęło :(.Gastroskopie wspominam też tak jak ty , a miałam ich z 10 . Możesz pisać do mnie na maila hancia06@wp.pl
      • bra.tek7 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 31.12.13, 18:33
        Kwacorku, od kilku dni próbuję Cię jakoś wesprzeć, bo bardzo Ci współczuję choroby męża. Sam a przez to przeszłam, teraz już piszę na innym forum... Dopiero dziś mnie odblokowano (zupełnie nie rozumiem, po co ta bramka z tłumaczeniem się), aż już nie wiem sama, co chciałam powiedzieć...

        Pewnie nie masz siły ani czasu, by tu pisać albo choć tylko zaglądać, bo ta straszna choroba jest bardzo absorbująca i wysysająca całą energię nie tylko u chorego, ale i w osobach nim się opiekujących.

        W jakim wieku jest Twój Mąż? Może gdzieś to pisałaś, ale może nie doczytałam, choć śledzę Twoją historię, ale podejrzewam, że w podobnym, co mój.

        Trzymaj się, trzymajcie się!
    • kwacorek1983 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 01.01.14, 23:51
      Sylwestra,pomimo,ze jeszcze z R.spedzalam samiutenka.R.i Malwinka spali,a starsza corka pojechala wczoraj do mojej siostry i zostanie tam do jutra.
      Dla mnie ten Sylwester byl chyba najgorszy w zyciu.Polnoc,za oknem i w tv radosc,smiech...za oknem i w tv kolorowe fajerwerki...za oknem i w tv nowe nadzieje,plany i postanowienia noworoczne....A w moim sercu ogromny zal...na wszystko i wszystkich....takze na Boga(o ile istnieje....),a nawet na przodkow R.ktorzy przekazali mu takie geny...W moim sercu totalna rozpacz,poczucie nadchodzacej,nieuchronnej straty....Wspomnienia jak rok temu spedzalismy sobie Sylwestra....W moich oczach mnostwo lez,ktore uciekaly,jedna po drugiej.Staralam sie nie patrzec w okno by nie widziec tych wszystkich wsytrzalowych ,kolorowych dowodow radosci z Nowego Roku...Bo doskonale wiem,ze dla mnie ten rok bedzie okropny,,,ze to w tym roku pozegnam ukochana osobe....

      Jak Wam pisalam lekarka spytala na o te hospicjum .Strasznie siedzialo mi to w glowie,wiec spytalam ja czy moze ona widzi w zachowaniu i ciele R.oznaki zblizajacej sie smierci i stad te pytanie.Oprocz tego zapytalam(choc wiem,ze nie moze tego wiedziec w 100%) czy na podstawie pracy z umierajacymi potrafi powiedziec ile czasu nam zostalo...Odp.ze o hospicjum spytala dla porzadku,bo czasem chory czuje sie tam bezpieczniej,ale ze szanuje decyzje moja i meza.Natomiast co do drugiego pyt.odp.ze to jest trudne do okreslenia,ale ze choroba jest b.zaawansowana,a u mlodych osob postepuje blyskawicznie,i ze mysli,ze tak do miesiaca czasu.... Nie ukrywam,ze przerazila mnie ta wiadomosc.

      W poniedzialek bylismy na przeczyszczeniu portu ,mielismy zalatwiony transport ,zniesli R.ze schodow na wozku inwalidzkim,bo mieszkamy na 3 pietrze i nie dalby rady.Bardzo spuchla mu noga,zwlaszcza ta lewa.Na wyjscie zalozylismy pampersa.Chcialam jeszcze nadmienic,ze dorabialam sobie sprzataniem,Chodzilam rano albo wieczorem,a R.pilnowal dziewczynek.Musialam ratowac jakos nasza pogorszona syt.materialna.No i w ndz rano bylam na 6,.gdy wrocilam po 9 R.byl bardzo slaby i powiedzialam mu,ze jak chce to juz zrezygnuje z tego.Wiec wieczorem powiedzial,ze moze bym zrezygnowala boo on ma odloty po tej morfinie.Powiedzialam,ze ok.Ale na upartego to w ndz wieczorem mialabym jeszcze odwage zostawic go z dziecmi.Ale od pn.jego stan tak sie pogorszyl,ze on sam wymaga opieki.

      We wtorek raniutko slysze,ze ktos mnie wola:"Madzik,mozesz przyjsc.madzik prosze cie,chodz tu" dopiero po ktoryms razie dotarlo do mnie,ze to nie sen,ze to R.naprawde mnie wola...Byl w kuchni i prosil,abym zrobila mu herbate.Mowi,ze od 3 siedzi w ubikacji,bo meczy go biegunka,co zejdzie z kibelka,wraca znowu.Albo dojdzie do kuchni i musi szybko na tej nodze wracac.A byla juz 5 rano.Poszlam wiec z nim do kibelka,zrobilam ta herbate.Bylo mi go tak strasznie zal,ze ta chuda dupka(posladkow juz wogole brak)musi siedziec na tej twardej desce sedesowej.Sam zreszta sie skarzyl,ze go boli.Bylam zla,bo nie mialam pampersow ,wiec zadzwonilam na taksowke i mi przywiezli.
      Noga wczoraj napuchla do tego stopnia,ze przez skore na podudziu saczyl sie plyn surowiczy...
      Wczoraj ,dopoludnia byla jeszcze 1 luzna kupa,a potem cisza.Siku zrobil za caly dzien tylko raz,przed 22.No i znow zaczely sie wymioty.Mamy coprawda mieszanke przeciwbolowo-przeciwwymiotna,ale nie wiele ona daje...
      Jak wczoraj wszedl do lozka to prawie nie rusza sie.Jedynie,zeby zmienic i znalezc dogodna pozycje lub na drobne czynnosci,ktore wykonuje przy nim.
      Rano byla pielegniarka,powiedziala,ze to kalowe wymioty....Owsze,czulam,ze okropnie smierdza,ale na mysl mi nie przyszlo,ze to kupa....Zalozyla mu tez cewnik,bo nadal nie sikal.Troche go to ruszylo.Wiczorem zlalam 200ml.Kupy nadal nie ma,pomimo czopka,jedynie malenki kleksik w pampersie.

      Po poludniu przyjechala do mnie druga siostra,zeby zabrac Malwinke do siebie,Mala caly dzien na mleku byla,bo nie mialam glowy do obiadu.A jutro odbierze Weronike i obydwie zostana do ndz.Dzieki temu jestem spokojna i mam czas i mozliwosc skupic sie tylko na R.i jego potrzebach...
      R.zaczal miec jakies halucynacje.Najpierw ,jak pakowalam Malwinke,to powiedzial,ze moze jak odwiaze ten balon to poleci.Wiec pytam jaki balon"a to ja nie jestem w balonie".Natomiast jakis czas pozniej pyta mnie czy widzialam co pisze na naszej lodowce.Ze w razie potrzebyyyy mozna na niej jezdzic.Plakac mi sie chcialo,ale pogodnym glosem odp.mu,ze potem sie nia przejedziemy.
      Strasznie mi bylo przykro gdy wzielam mlodsza coreczke,by pozegnala sie z Tatusiem przed wyjazdem do cioci.Mysle,ze wiecej juz jej nie zobaczy,mialam lzy w oczach.Nie zrobilam tego jednak wbrew niemu,zgodzil sie by dzieci pojechaly gdzies z domu.Ma teraz cisze i spokoj.

      Pytalam go,wczoraj i dzis o ksiedza,nie chce go.Natomiast dzis,gdy byl taki zmeczony tym wszystkim powiedzialam mu,ze to juz chyba koncoweczka...Czego-spytal,mnie? Tak.odp,mu.Powiedzial,ze tez tak mysli.Oczywiscie ze lzami w oczach powiedzialam,zeby o nas sie nie martwil(bo ciagle to robi),ze damy rade z dziewczynami.Ze nie wiem co czlowike czuje lu widzi w momencie przejscia na tamten swiat,ale,ze ma na nas nie patrzec,ze ma zrobic tak,zeby jemu bylo dobrze.A tam napewno bedzie mu lepiej,bo nie bedzie sie meczyl.

      Nie rozumiem ,dlaczego musi tak mlodo umrzec...A skoro juz-czemu nie moglo sie to stac w np.wypadku samochodowym,a tak brutalnie ....

      Pod wieczor pomoczyl chwilke nogi i obcielam mu paznokcie,bo prosil.A potem zadzwonilam po jego ko.zeby go ogolil.

      Po 21 dzwonila koordynatorka z hospicjum i pytala jak sie maz czuje ,czy wymioty ustaly.Powiedziala,ze moze powinnam zadzwonic po pogotowie w celu zabrania go do szpitala i zalozenia sondy.Bo skoro jelita sa niedrozne,to moze dojsc do zatrucia.Pytam wiec R.czy chce jechac,ale powiedzial,ze nie,ze juz i tak ma zatruty organizm.Nie bede wiec robila nic wbrew jemu.....A skoro nie chcial isc do hospicjum,to i do szpitala tez nie.Ty,bardziej,ze ja czuje,widzac co sie z nim dzieje,ze to kwestia dni jak mnie opusci....Wiec niech sobie umrze w domu.A tak pewnie by go wzieli i juz bym go nie dostala do domu....A jak slusznie zauwazyla moja siostra-w szpitalu pomoga mu pod katem medycznym,ale potem beda siedziec w dyzurce...Ja co chwilke latam z miska jak rzyga,a tam,kto bedzie co 10-15 min.przychodzil...

      Siedze z nim w pokoju,ulokowalam go w pokoju dzieci,na lozku polozylam materac przeciwodlezynowy.Ja poloze sie dzis na podlodze,wyjelam juz materac z lozeczka Malwinki.Chce byc blisko niego.Ciagle sprawdzam czy zyje.Wyglada okropnie-spi z otwartymi ustami,oczy ma wpol otwarte i zwrocone do gory....Wyglada juz jak niezywy,dlatego ciagle sprawdzam czy klatka piersiowa sie unosi....

      Boje sie cholernie tego momentu,tak bym chciala,zeby ktos tuprzy mnie byl....
    • kwacorek1983 Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 02.01.14, 19:49
      Pielegniarka zalozyla dzis sonde do nosa,wiec caly kal idzie przez rurke.Ciesze sie,ze nie zdecydowalismy sie na szpital,bo to pewnie juz chwilka Jego zycia i moze umrzec w domu.Dr zobaczyla jego palce u stop,powiedziala,ze to nie rokuje dobrze.Ze jak zobaczyla jego pesel,to az ja zatrzasla-76r.I ze musze sie liczyc,ze byc moze urodzin nie dozyje,a ma je 4 stycznia.
      Byl u nas ksiadz.Codziennie pytalam,a dzis wyrazil chcec,,,Wzruszjaaca to byla dla mnie chwila mimo,ze nie jestem zbyt religijna....
      • becik-pl Re: Rak żołądka-historia kwacorka jej Meza. 03.01.14, 11:03
        Ciągle o Was myślę, jesteś wspaniałą i dzielną kobietą, naprawdę wspaniałą. Dobrze, ze dzieciaki u siostry są.
        Piszesz, że jeszcze dorabiasz. A ubezpieczenie R. ma? Jakieś pracownicze? Dostaliście pieniądze z ubezpieczenia z tytułu zachorowania na raka i przejścia chemioterapii? To są duże pieniądze. Przepraszam, że tak ciągle o tym, ale jestem pracownikiem socjalnym i to choroba zawodowa.
        A wiem, sama po sobie, że brak kłopotów finansowych, to już bardzo dużo. Gdybyś chciała o coś dopytać, to pisz, tutaj albo na becik@onet.eu Z MOPSu również powinnaś otrzymać pomoc, ale to już grosze, jeśli potrzebujesz pomocy w kwestiach formalnych, to śmiało pisz.
        I trzymaj się kochana nasza, dasz radę.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka