Dodaj do ulubionych

No my nie daliśmy rady...

06.03.06, 11:05
Niestety 25.02.2006 o godznie 22.25 moja mama odeszła. Nie mogę się
spozbierać, że choroba wygrała. Zawsze się bałam tego momentu, gdy choroba
zaatakuje z taką siłą tak mocno, że nic nie będzie można już zrobić. Tak też
było w naszym przypadku, kryzys przyszedł nagle i trwał dobę i zabrał nam
mamę. Ja wiem że wiele osób może pomyśleć, że można ją było zabrać z
paliatywnego oddziału i jeszcze ją wozić po Polsce, tylko że mama była za
słaba, ledwo sama trzymała się na nogach i była w pozycji leżącej. My długo
stosowaliśmy dobrą dietę, makrobiotyczną, po której się wszyscy dobrze
czuliśmy, ale przychodzi taki moment że chorobie już nic nie przeszkadza. Mam
jedynie ogromny żal do lekarzy niektorych że tak nie potrafili walczyc i
odbierali nam nadzieję.
Pozdrawiam i życzę wszystkim dużo siły w walce z chorobą.
Iza
Obserwuj wątek
    • b_a_l_b_i_n_k_a Re: No my nie daliśmy rady... 06.03.06, 11:40
      Rima, ogromnie mi przykro. Jeśli tylko w jakiś sposób może Ci to pomóc, to
      zostań z nami.
      To "damy radę!", nie oznacza, że damy radę wygrać z chorobą, tylko to, że
      będziemy walczyć, nie poddamy się. A Ty dajesz radę, byłaś i jesteś dzielna i
      zrobiłaś wszystko dla Twojej Mamy, co było możliwe. Przesyłam Ci masę ciepłych
      usmiechów i uścisków.
    • ulaw2 Re: No my nie daliśmy rady... 06.03.06, 11:41
      Cóż mądrego można powiedzić w takiej chwili.Bardzo Ci współczuję i rozumiem
      Twój ból.
    • olgajan Re: No my nie daliśmy rady... 06.03.06, 12:11
      Wiem jak się czujesz (chyba) moja mama odeszła zaledwie miesiąc temu 1 lutego
      2006- po ponad dwóch latach walki z chorobą - nowotworem płuc. Wiem, ze
      zrobiłaś wszystko co mogłaś. Moja mama zmarła w domu, trzymałam ją za rękę. Ja
      też mam żal do lekarzy, którzy wciąż nam mówili jak jest źle, ze nie ma
      nadzieji (choć mozna powiedzieć, ze przez dwa lata mama całkiem normalnie zyła,
      ostatnie trzy miesiące dopiero było widać postęp choroby, przerzut do przełyku
      zamkną go i mama musiała być odżywiana przez sondę). Myślę, ze byłoby nam
      łatwiej, gdyby lekarze mieli inne podejscie do chorego a nie "kolejny
      beznadziejny przypadek" Moze teraz powinnyśmy będąc juz po drugiej stronie
      zacząć walczyć aby lekarze prawdę o chorobie przkazywali nam w sposób godny
      naszych najblizszych aby nam nie odbierali prawa do nadzieji i walczyli do
      końca o zycie naszych najbliższych, do ostatniej minuty ich zycia. Trzymaj się
      mocno. Moze tam już naszym mamom jest lepiej... A pozostałym życzę dużo siły w
      walce z chorobą, moze wam się uda wygrać ta walkę albo chociaz najdłuzej ją
      toczyć i wygrywac na małych polach. Trzymam kciuki Ola.
    • olgajan Re: No my nie daliśmy rady... 06.03.06, 12:24
      Wiesz moja mama tez odeszła na raka płuc, tez chorobę wykryli w 2003 roku i tez
      zmarła wieczorem tylko ze o 21. 30. Jeszcze raz pamietaj, ze jestem z Tobą
      duchowo. Jak płaczę to mój trzyletni synek mówi do mnie, nie płacz mama babcia
      jest u aniołków, jest jej tam dobrze nie ma juz rurki (tak nazywał ta sondę do
      karmienia) i ma juz babcia skrzydła (czerwone - bo to jego ulubiony kolor) a
      jak znajdujemy jakieś piórko - to mówi, ze babcia mu zrzuciła z nieba i ze sie
      nim opiekuje i w nocy głaszcze go po buzi swoim skrzydełkiem.
      Ale czasami mnie sie pyta "dlaczego babcia musiała umrzeć, ze chce żeby z nami
      była z powrotem" i wtedy mi serce za kazdym razem pęka. Trzymaj się.
      • rima Re: No my nie daliśmy rady... 06.03.06, 14:58
        Dziekuje wam serdecznie za dobre slowo. Ja poki nie mysle to sie trzymam. Na
        pewno nie odejde z forum, troche mnie laczy. Moze moja wiedza komus sie przyda.
        Moja mama walczyla dzielnie przez 2,5 roku zx rakiem pluc i lekarze robili duze
        oczy ze jeszzcez chodzi wsrod zywych,bo nie dawali jej wiekszych szans na
        przezycie roku. Przeszlismy przez rece wielu lekarzy, ale takich naprawde3
        dobrcyh porzadnych z sercem to mozna na palcach jednej reki policzyc. Ciagle
        mysle ze moze moglam jeszcze cos zrobci, ale przeciez zrobilam tak duzo,
        probowalismy prawie wszystkiego, lacznie z metaodami terapeutycznymi typu
        wizualizacja i inne. Ta choroba jest okrutna io podstepna. najgorsze jest to ze
        prawie wszysktie moje lęki kotre do tej pory tow3arszyyly mamie przelalam na
        tate, ktory chwilowo mieskz au mnie, zeby nie musial przebywac w pustym
        mieszkaniu bez mamy. jest ciezko, tej pustki chyba nikt nigdy nie zapelni, moze
        jedynie zlagodezic objawy.
        Czas podobno jest najlepszym lekiem. Zobaczymy. Mysle ze mamie jest tam lepiej.
        Musi byc jak kazdej ososbie ktora tak cierpiala i odeszla.
        Pozdrawiam i dziekuje
        Iza
        • jagodat Re: No my nie daliśmy rady... 06.03.06, 15:09
          (*)(*), serce pęka, ja jeszcze walczę, ale o przedmiotowym traktowaniu chorych
          przez niektórych lekarzy dużo wiem ale jestem bezsilna - bo uzależniona.
        • tolka3 Re: No my nie daliśmy rady... 06.03.06, 16:53
          Rima ogromnie mi przykro, współczuję i wierzę, że Twojej mamie jest dobrze tam
          na górze... Już nie cierpi. Trzymaj się, pisz i bądź z nami.
          • liina Re: No my nie daliśmy rady... 10.03.06, 14:23
            Powinno sie walczyc z takimi zachowaniami, znam to tez.
            Jesli nic sie nie bedzie robic, to bedzie tak samo albo gorzej. Psychika w
            chorobie nowotworowej jest wydaje mi sie rzecza najwazniejsza i spora czesc
            sukcesu zalezy od glowy.
            Zdaje sobie sprawe np. , ze w pewnym stadium choroby chemia moze juz tylko
            zaszkodzic, a nie pomoc, ale mozna by probowac np. pacjentow oszukiwac. Mowic
            im, ze sie daje chemie, a dawac cos nieszkodliwego.Mysle, ze taka taktyka by
            ludziom chorym zycie przedluzyla.Wiem, ze jest nie do zrealizowania wlasciwie,
            bo taka informacja by sie jakos przedostala wczesniej czy pozniej do otoczenia,
            chyba, ze kazdy lekarz by siedzial cicho i nie mowil o tym ani choremu ani
            bliskim chorego, a nawet znajomym, ale spotkalam sie raz z taka sytaucja, ze
            babcia mojej kolezanki jadla chemie w tabletkach podobno. Kiedys bedac
            przekonana, ze takie cos wlasnie istnieje zapytalam onkologa o to, a on do mnie,
            ze w zyciu o takim czyms nie slyszal i ze nie ma zadnej chemii w tabletkach.
            Moze onkolog, ktory leczyl babcie mojej kolezanki testowal na niej wlasnie
            potege umyslu?, a zyla dosyc dlugo, bo 7 lat od wykrycia raka i prawie 6 lat od
            momentu przerzutow do kosci, ciagnela na tej chemii w tabletkach wlasnie...
            Niestety babcia juz nie zyje i nie dowiem sie jak sie ta "chemia w tabletkach"
            nazywala, szkoda.
            Mysle po prostu, ze poza chemia i naswietlaniami trzeba jakos wykorzystywac sile
            umyslu. Ktos pisal tutaj o wizualizacji,jest bardzo pomocna, ja probowalam z
            moja mama ja cwiczyc, poki byla w jako takim stanie cwiczyla i pomagalo jej to
            np. zasnac spokojnie.Teraz nie ma sily na wizulizacje, ale po tych wlasnie
            seansach wystapila goraczka 40 stopni. Kto wie,moze to ma cos wspolnego z
            wizualizacja wlasnie, moze jakos organizm pobudzila do dzialania.

            A odnosnie lekarzy, to moze powinno sie zalozyc jakas fundacje, ktora by sie
            zajmowala takimi zachowaniami lekarzy w stosunku do chorych na raka, bo chorzy
            na raka, to osobny rodzial niz inni chorzy, ktorzy umieraja na inne choroby.
            Taka fundacja powinna np. zbierac skargi od pacjentow, pomagac pisac je i
            wysylac do dyrektorów szpitali, a wysylac dopiero wtedy kiedy np. na jednego
            lekarza uzbiera sie 10 glosów. W masie jest wiecej sily, sam czlowiek nie da
            rady.Jezli by sie takich ludzi wiecej zebralo, to by cos mozna bylo moze
            zmienic.Z tym, ze jesli czlowiek jest uzalezniony od tych wlasnie lekarzy, to
            tez ciezko, bo chyba tendencja wszedzie jest taka sama: "kolejny beznadziejny
            przypadek".
            POzdrawiam
            • maciej5081 Re: No my nie daliśmy rady... 22.04.06, 06:52
              BRAWO!Świetny pomysł na lekarzy żeby 10 opini i wysyłać do Dyrekcji Szpitali!
              Pozdrawiam.
            • liina Re: No my nie daliśmy rady... 22.04.06, 10:02
              To był tylko przyklad. Chodzilo o to, ze nie mozna wyrzucic z pracy lekarza na
              podstawie jednej skargi raczej, ze aby podjac wobec niego jakies kroki, trzeba
              zebrac wiecej takich skarg. To miała oznaczac ta liczna przypadkowa akurat 10.
              Pavjentci tez sa rozni i czasem cos im sie moze nie podobac, co ze strny lekarza
              jednak bylo sluszne, wiec nie mozna tez slepo lekarzy karac za kaza rzecz, ktora
              sie pacjentowi nie podoba, ale jesli juz bedzie kilku pacjentow potraktowanych w
              nieodpowiedni sposob, to wtedy mozna spokojnie myslec , aby cos z tym zrobic.

              Prosty przykład z lekarzami, ktorzy brali lapowki. Ktos ich podal w koncu do
              prokuratury i potem sie widzi komunikaty w telewizji, aby ludzie, ktoryz tez
              dawali abo byli zle traktowani zglaszali sie do prokuratury. Widzialam taki
              komunikat w mojej telwizji lokalnej jakis czas temu. PO prostu im wiecej
              dowodow, tym lepiej. Jeden pacjent przewaznie nie wystarczy do tego aby lekaarza
              ukarac, ale przykladaowo 10-ciu to jest juz cos.
    • idgie_t Re: No my nie daliśmy rady... 11.03.06, 22:20
      29.06.2005 o 21.15 ja tez musiałam pożegnac moją ukochaną mamę i też z powodu
      raka płuc .To co piszecie o przedmiotowym traktowaniu to niestety cholerna
      prawda , a tym trudniej mi o tym pisać , że sama jestem lekarzem...
      Walczyłyśmy tylko rok i cztery miesiące , ale i tak byłam z niej bardzo dumna.
      Szczęśliwie mogłam byc z nią do końca , chociaz dla lekarza taka niemoc jest
      tragiczna ,bo wiedziałam , ze nie wolno mi zacząć jej reanimować .
      I dlatego staram sie zrozumiec onkologów , ktorzy muszą pochowac ponad polowę
      swoich pacjentow i nie mogą się do nich przywiązywac , bo oszaleli by w końcu
      nosząc ten cięzar. Ale to prawda , ze mogliby udawac.
      Trzymaj się mocno , początek jest najgorszy . Pomysl o tym , ze kazde cierpienie
      musi mieć koniec i kazdy żyje z tym tyle , ile wytrzyma...One widocznie wiecej
      już by nie zniosły
      Pzdr
    • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 10:10
      Nie potrafię zrozumieć dlaczego masz taki straszny zal do lekarzy - oni
      przecież zrobili wszystko co było w ich mocy aby pomóc. Niestety jak wiadomo
      czasami mimo dużych wysiłków nie udaje się chorego uratować - i nie dotyczy to
      tylko choró nowotworowych a co do odbierania nadziei to ich ( lekarzy)
      obowiązkiem jest poinformować rodzinę o stanie chorego - nie mają prawa niczego
      ukrywać.Ciekawa jestem co byś wtedy napisała gdyby lekarze wzbudzali w tobie
      fałszywą nadzieję mając świadomość że chory wkrótce odejdzie.Pewnie byś
      krzyczała że przez tych drani nie zdążyłaś się pożegnać z 'ukochaną' osobą.
      Myślę że każdy człowiek ma prawo pozałatwiać jeszcze ostatnie swoje sprawy i
      odejść spokojnie a oszukiwanie i ukrywanie prawdy sprawia że chory czuje się
      jeszcze bardziej zagubiony. Zdaję sobie sprawę z tego iż to forum jest po to
      aby się wzajemnie wspierać ale mimo to napiszę co uważam o takim podejściu i
      może ci to da trochę do myślenia rimo.Otóż może zacznę od tego że ja również
      straciłam ukoczaną osobę ( 26.12.2005) i właśnie dlatego nie potrafię zrozumieć
      jak ty mogłaś oddać swoją mamę do hospicjium i skazać ją na SAMOTNĄ śmierć w
      obcym miejscu wśród obcych ludzi. Czy nie sądzisz że oddając ją do takiego
      miejsca odebrałaś jej ostatnią nadzieję i wolę walki?!Myślę że twój atak na
      lekarzy jest próbą odwrócenia uwagi od samej siebie- bo dlaczego miałabyś
      wymagać tak wiele od innych a od siebie nic? I nie pisz tu że być może się
      uczysz czy pracujesz, że nie było warunków ,czasu itd bo przecież każdy z nas
      wie że jeśli się tylko chce i naprawdę kocha to można wszystko zorganizować.A
      swoją drogą jak ty byłaś mała i chora i potrzebowalaś aby cię przytulono i
      potrzymano za rękę i może podano lekrstwa to ciekawa jestem czy twoja mama
      oddała ciebie wtedy do przytułku tłumacząc się że nie ma czasu dla
      ciebie .Dlatego wybacz ale uważam że zamiast atakować lekarzy zastanów się nad
      sobą a być może kiedyś w przyszłości nie będziesz tak krzywdzić swoich
      bliskich.
      • b_a_l_b_i_n_k_a Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 10:20
        Monique, bardzo mocno napisane.
        Bardzo was proszę nie oceniajmy swoich działań. Jestem przekonana, że każdy z
        nas w trudnych sytuacjach postępuje w najlepszy według siebie sposób i przykro
        potem słyszeć, że ktoś zarzuca nam, że nie zrobilismy wszystkiego co było w
        naszej mocy.
        Ocena lekarzy to inna sprawa. Lekarz to teoretycznie zawód jak każdy inny, tyle
        że błędy w postępowaniu czy przygotowaniu do zawodu mogą mieć tragiczne
        konsekwencje. W zmaganiach z chorobą mojej mamy (notabene wynikającą z
        lekarskiego zaniedbania) zetknęłam się podobnie jak Wy z różnymi typami i
        bywało miałam ogromny żal, że tak często pacjent jest na szarym końcu
        lekarskiego zainteresowania.
        Ale spotkałam się także z takimi, którzy bardzo, bardzo mamie pomogli. Dlatego
        staram się generalizować, chociaż często to bardzo trudne.

        ie zetknęłam się z różymi typami,
      • rima Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 10:32
        Droga MOniko, Nie pozwolę obrażać ani mnie ani mojej rodziny. Bo nie oddalismy
        mamy do hospicjum, i nie umierała wśród obcych ludzi. MOże gdybyś poczytała
        wcześniejsze moje wątki to byś była wtajemniczona a nie rzucała się z krzykiem
        i takimi tekstami. Przez 2,5 roku walki mamy z nowotworem nie była ani jednego
        dnia sama... A ja byłam na każde skinienie ręki, i wstawałam o 4 nad ranem żeby
        ugotować jej ukochaną potrawę, lub gdy ściśle trzymalismy się diety
        makrobiotycznej zupę miso, żeby na 6.30 gdy się przebudzi na czczo ją piła i
        żebym zdążyła ją dowieśc i wrócić do pracy. Do Szpitala na oddział paliatywny
        sama chciała iśc, bo gdy zaczęła tracić nam przytomność to starsznie się bała
        zamykać oczy że się już nie obudzi, gdy był koncentragtor tlenu który trzeab
        było co dwie godizny na pół godizny wyłączać to w nocy wstawaliśmy jak była w
        domu wszyscy, trzymalismy ją za rękę, śmielismy się do ostatniego xdnia i do
        osttaniego dnia wierzylismy że zdarzy się cud. Chciała iść do szpitala bo,
        cytuję: "A jak ja wam tutaj na dobre zemdleję, to co wy ze mną zrobicie, a my
        sralismy, za przeproszeniem po gaciach, gdy coś takiego się działo, a jak będę
        w szpitalu to przynajmniej tam zawsze jest lekarz." BYliśmy przy niej do końca,
        do końca trzymała swojego ukochanego męża, który w szpitalu był o 6 rano a
        wyjeżdzął gdy zasnęła, bo lekarki nei pozwalały mu zostawać na noc.
        Więc twoje oskarżenia są zupełnie bezpodstawne, a ja ci tylko uświadamiam, że
        nie było tak jak piszesz. A wolę walki to ona miała do końca, tak jak my
        wszyscy.
        CO do lekarzy, to nei chce wrzucać wsyzsktich do jenego worka, bo ejst maasa
        lekarzy odpowiedzialnyc, i takich któreych spotkałam na onkolink. Ale gros
        lekarzy niekoniecznie pwoinno się ich tak mianować. NIgdy nie twierdziłam żeby
        lekarz oszukiwał rodzinę chorego. Bo jej trzeba powiedzieć wszystko ale można
        czasami oszczędzić to choremu. A jak nazwiesz lekarzy pediatrów, którzy mówią
        pacjentowi w grudniu że ma odwapnienie kości i trzeab zrobić uszctywnienie z
        drutów na rękę, że najpierw zapisuję pacjenta na scyntygrafię, po interwencji
        rodziny, a potem gdy rodizna odjeżdza oni pacjenta temu badaniu nie poddają. Ze
        dokonują zabiegu na pacjencie chorym na raka a za połtora meisiąca mówią ze od
        poczatku wiedzielie ze to rpzerzut do kosci ale nie chceli martwic pacjenta. To
        jest fair?? Jak się ich pytałam wprost czy to nei rpzerzu to powiedzielsi ze w
        zadnym wypadku, ze to odpwapnienei po chemiach, a potem odwracaja kota ogonem,
        a leczenie moglo pojsc zupenie inaczej, bo byla zaplanowana chemia, ale mamie
        tak sie ta reka dala we znaki ze gdy lekarze pediatrzy pwoedzieli ze zabieg
        bedzie trwa godizne inastepmego dnia bedzie mozna wyjsc i wziac cvhemie to
        wiadomo ze clzowiek sie decyzuje na taka opcje a potem sie okazuj ze to
        przerzut i wszysyc rozkladaja rece. Nie zamierzam dalej dys,kutowac i
        rpzekonywac cuie do swoich racji...
        Z powazaniem
        Iza
        • b_a_l_b_i_n_k_a Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 10:35
          Iza nie tłumacz, to oczywiste, że dałaś z siebie wszystko. Ściskam Cię
          moooocnooo :-)
          • rima Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 10:40
            balbinko, nie chcę się tlumaczyc bo kazdy z nas wie ile zdrowia psychicznego i
            niekiedy fizycznego kosztuje ta choroba, ale krew mi sie burzy gdy ktos zarzuca
            mi nieprawde, gdy mowi ze mamcia umierala samotnie... Bo wszyscy doskonale
            wiemy ile moglismy zrobic... I przez caly okres choroby staralam sie robic duzo
            nie tylko dla siebie ale i la innych chorych na nowotwory: udalo mi sie
            pozyskac z pomoca z\przyjaciol fundusze i sponsorow na warstztay
            psychoonkologiczne wg c simontona i zarelko pelne dla tych osob... i tylko ci
            co przy tym dzialali to wiedza ile to moze kosztowac pracy, ale robilam to z
            potrzeby serca... i wiele innych dzialan, a gdy ktos mi zarzuca takei rzeczy,
            to byc moze jeszcze za swiezo jest od odejscia mamy, ale za przeproszeniem krew
            mnie zalewa...
            • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 11:12
              Jak widać źle zrozumiałam całą sytuację, za co cię przepraszam rimo.
              • rima Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 11:15
                Proszę bardzo... nie obrażam się... Każdy z nas cierpi, bo utrata bliskich nas
                osób boli najbardziej i pattrzeenie na cierpienie ukochanych rodziców, gdy
                człwoiek chciałby wyrwać swoje serce żeby im pomóc a niejednokrotnie jest
                bezradny.
                Nic się nie stało. Ja też mocno zareagowałam. Wszystkim którzy walczą życzę
                dużo zdrowia i oby walka została uwieńczona su,cesem, bo tak sobie myslę, że
                ktoś musi dac przykład.
                POzdrawiam
      • weronika99 Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 11:07
        Zgadzam się z balbinką - nieoceniajmy. i tak każdemu jest ciężko. Każdy mógł
        trafić na lepszego lub gorszego lekarza - łut szczęścia, przypadek. Zalezy na
        kogo się trafi.

        Lekarze wg mnie niektórzy jak nie ponad 70% - 80% (nie wiem czy nie więcej) -
        nieciekawi - jeśli chcesz pogadać otwarcie z jakimkolwiek lekarzem o wszystkim
        czego chcesz się dowiedzieć, zapytać - to raczej niemożliwe!!!!!!!!!

        Lekarz mamy po operacji na żółtaczkę mechaniczną, po przyjściu wyników -
        łaskawie odpowiedział na kilka pytań na temat stanu mamy - ale widać było u
        niego zniecierpliwienie, że musi zajmować sie odpowiedziami na temat chorej,
        która i tak "nie ma szans"..... Kolejnych pytań bałam się zadawać po udzielonej
        odpowiedzi typu "Proszę pani wróżką nie jestem" - Zrobiło mi się głupio choć
        nie powinno, bo chciałam tylko wiedzieć ile ewentualnie mamy czasu na szukanie
        jakiegokolwiek ratunku. Nie powiem, bo lekarz prywatny na wizycie był miły i
        nam wytłumaczył co i jak. Powiedział mniej więcej jaki okres życia jest
        przewidywany jeśli chodzi o medycynę....

        Ale ta odpowiedź lekarza "nie jestem wróżką" tkwi u mnie do dzisiaj.

        Ja nie jestem specjalistą od medycyny, i nie muszę wiedzieć co i jak się
        dzieje. Więc lekarz powinien się chociaż postarać odpowiedzieć na pytania choć
        raz - nie męczyłabym Go więcej.

        Mam nadzieje, że bioenergoterapeutka pomoże.
        Mamę nie boli już 9 dzień - żadnego środka przeciwbólowego - jest bardzo
        osłabiona, bo nie je - ale od niedzieli zaczęła wołać dużo picia.

        Czy jest możliwe z punktu WSZECHWIEDZĄCEJ medycyny, żeby osoba, która ma
        diagnoze raka trzustki z przerzutami na dwunastnicę i jelito (stwierdzone
        16.02.2006, a podejrzenia lekarzy były już po operacji 9.02.2006)mogła teraz
        już dziewięć dni wytrzymać bez żadnych środków przewiwbólowych, z mówieniem że
        nic nie boli, z ciśnieniem stabilnym już od paru dni (ok 145/85), która sama
        bez namowy już od niedzieli (26.03.2006) woła picia - co wcześniej było nie do
        pomyslenia. I wypija teraz prawie cztery szklanki dziennie. Od trzech dni
        przestała prawie wypluwać (bo to nie są wymioty ale bardziej ślina).

        Pytam, czy to jest przy takiej diagnozie MOŻLIWE??????????
        Bo ja sądzę, że przy tym rodzaju raka mama powinna już albo nie żyć albo
        powinna cały czas być już na najsilniejszych lekach przeciwbólowych.

        Jest 31.03.2006, więc po diagnozie z 16.02.2006 r. - czyli półtora mięsiąca
        później mama nie ma żadnego bólu?????????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!



        I nie oceniałabym jak koleżanka wyżej w swojej relacji. Strach jest największym
        wrogiem, a strach przed tym, że może nie będziemy potrafili pomóc komuś
        najukochańszemu w jego cierpieniu - praliżuje tak, że...........
        Jak mamę bolała wcześniej ta glowa - to nie wiedziałam co robić, jakie leki,
        mama krzyczała z bólu -
        • ulaw2 Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 12:15
          Bardzo mądre słowa.Nie wierzę że, ktokolwiek tu piszący chciałby pozbyć się
          ukochanej cierpiącej osoby i oddać ją do hospicjum dla własnej wygody.Co do
          lekarzy to znacie moje zdanie na ich temat bo pisałam już wielokrotnie o
          tym.Dla mnie osobiście lekarz może być ostatnim gburem i wcale nie musi kochać
          pacjenta miłością bezgraniczną ale musi być profesjonalistą.On decyduje o
          leczeniu i ma zrobić wszystko co jest możliwe a reszta należy do Boga.Niestety
          często lekarze bawią się w Boga.
          • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 15:42
            A mi się wydaje że lekarz to też człowiek i tak jak ksiądz powiedział ostatnio
            w kościele że on też jest zwykłym grzesznikiem i również ma się z czego
            spowiadać tak i lekarz ma prawo czasami nie pamiętać o wszystkim.Ciekawa jestem
            czy choć jedna osoba która tu pisze na tym forum może z czystym sumieniem
            powiedzieć że nigdy w swoim życiu zawodowym nie popełniła błędu? nie sądzę. Ja
            również przeszłam trudną drogę diagnostyki i zbyt późno postawionego
            rozpoznania ale potrafię zrozumieć lekarza który nie odrazu pomyślał o
            najgorszym. Musimy też pamiętać o tym że wiele chorób ma identyczne objawy a
            przecież lekarz nie może każdego chorego narażać odrazu na poważne badania
            inwazyjne nierzadko powodujące ciężkie powikłania lub odsyłać na onkologię
            gdzie i tak już są ogromne kolejki( nie z winy lekarzy ale z powodu braku
            funduszy)
            • weronika99 Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 15:52
              Błędy oczywiście się zdarzają każdemu. My na forum bardziej chyba mówimy o ich
              podejściu do pacjenta.
              Chociaż nie powiem, żebym była zafascynowana lekarzem rodzinnym - który leczył
              mame na nerwobóle zamiast może w końcu pomysleć że te nerwobóle nie przechodzą.
              Dopiero drugi lekarz młodszy bardziej interesujący wysłał mamę na badania do
              szpitala.
              Najbardziej podoba mi sie wypowiedź, mojej znajomej - pielęgniarki, która
              powiedziała sama, że lekarze teraz to już nie lekarze ale lekarze-
              menedżerowie!!!!! Oni zajmują się leczeniem a nie wyleczeniem
        • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 17:11
          A ten cytat Weroniko - nie potępiajcie.... oczywiście nie dotyczy lekarzy?
          • ulaw2 Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 20:52
            monique czyżbyś była lekarzem że, tak bardzo ich bronisz/
            Owszem każdy jest omylny tylko na litośc boską my tu rozmawiamy o ludzkim życiu!
            Wyobraź sobie że,kiedy zachorowała moja mama(rak szyjki macicy)to dwa miesiące
            leczono ją na grzybice i starcze zapalenie pochwy.Dopiero po moich upierdliwych
            sugestiach że, to może coś gorszego postanowili że trzeba usunąć wszystko.I
            otworzyli i zaraz zaszyli bo niestety był już stan zaawansowany,nieoperacyjny.
            Mam im wybaczyć bo się po prostu pomylili?
            • kingax11 Re: No my nie daliśmy rady... 31.03.06, 22:09
              myślę że nie chodzi tylko o pomyłki, czy błędy ale o złą wolę i to jest
              straszne gdy chodzi o ludzkie życie, bo jak inaczej okreslić to że lekarce
              poprostu niechciało się zrobić porządnie kolonoskopii, doszła do 20-30 cm i
              stwierdziła że jest coś twardego ale to "pewnie" albo hemoroidy albo żle sobie
              zrobiłam lewatywę, a to niestety był guz.
              Tydzień przed operacją, z brzuchem jakbym była w ciąży i dziwnym kaszlem byłam
              u lekarki która znów stwierdziła, bez badań , że to "pewnie" zapalenie pęcherza
              i dała pigułki po których czułam się jeszcze gorzej. Myślę że chodziło o
              oszczędność, o to żeby nie pokrywać kosztów badań. Żaden lekarz nie robił
              badania "per rectum", co podobno powinno być obowiązkowe co jakiś czas.
              Najbardziej mnie wkurza jak słyszę że to wina pacjentów bo zgłaszają się z
              zaawansowanym nowotworem, ja chodziłam do lekarza, robiłam badania i co z tego,
              zrobiłabym nawet prywatnie gdyby jakiś lekarz powiedział, że nie może dać
              skierowania bo takie są przepisy, ale przydałoby się sprawdzić coś
              niepokojącego.Ale niestety żaden tak nie powiedział
              Kiedy miałam podwyższoną temperaturę przez długi czas słyszałam że "widocznie
              taka moja uroda",jesli wypadały mi włosy w dużych ilościach to mam iść do
              dermatologa ( co zresztą nic nie pomogło). Moja matka kiedyś zapytała o coś
              lekarza -usłaszała że "za wykłady trzeba płacić".
              To nieznaczy że nie ma dobrych lekarzy - np. mój obecny lekarz w przychodni
              rejonowej, ale niestety jest ich mało.
              A jeśli chodzi o to że inni w pracy też się mylą - pracowałam jako ksiegowa i
              musiałam wszystko sprawdzać inaczej mogła mi grozić odpowiedzialność karna,
              czy to znaczy że pieniadze są ważniejsze od ludzkiego życia, bo przecież
              lekarze nie muszą się właściwie niczego obawiać nawet jak się pomylą, zapomną o
              czymś,. Do moniki- ciekawe co byś powiedziała jeśli księgowa by się "pomyliła"
              i nieprzelała ci pensji tylko komuś innemu.
              • weronika99 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 08:31
                Nie ! błąd ja ich nie potępiam i nie będę. Mówię tylko, że wybierając ten zawód
                powinni zdecydować czemu to robią?! Czy dlatego, że będą ważni, bo są
                lekarzami, czy dlatego, że więcej pieniędzy przy takim zawodzie czy po prostu -
                a przede wszystkim chcą pomagać ludziom i robią to z oddaniem.
                To jest taki odpowiedzialny zawód, że......... To oni będą się rozliczać, nie
                ja ich.

                Jest mi po prostu przykro, że spotkałam lekarzy którzy są lekarzami, ale nie są
                lekarzami z powołania. Wierzę, że niektórym pomagają, ale niestety nie
                wszystkim.

                Ja wybrałam zawód, który jest mniej odpowiedzialny, ale jestem na
                odpowiedzialnym stanowisku i wiem, że jeśli coś jest źle robione, albo że
                pieniądze się nie zgadzają to ja za to odpowiadam. I mam tego świadomość..

                Na początku może każdy lekarz ma powołanie, ale z biegiem lat pracy to niestety
                się zmienia.

                Ktoś powiedział, że jeden zmarły to tragedia, ale setki, tysiące zmarłych to
                już statystyka. A czy lekarze nie opierają się głównie na statystyce.

                Ostatnio jak był lekarz z hospicjum u mamy - to nie mógł uwierzyć tacie, że
                mamę nie boli dwa dni, bo jakże to możliwe przy raku trzustki tak zaawansowanym
                i po takim czasie. Sądzę - tylko sądzę - że opierając się na statystykach
                pomyślał pewnie, że Bóg dał mamie może te ostatnie dni na spokojną śmierć...
                A badając mamę - jej brzuch - czuł, że ma miękki brzuch, a powinien po tylu
                tygodniach (już sie gubię w tych tygodniach - chyba już cztery a nawet pięć)
                nie wypróżniania się być twardy. Nie wspominając o raku, który powinien
                rozrosnąć sie tak, że powinna mama mieć nie brzuch, a balon.
                Czy kazał zrobić może jakieś badania ? - że może jest jakas poprawa, że może
                mama jest tak "silna", że może sobie trochę z nim, z tym rakiem poradziła. Czy
                jkośbardziej się zainteresował, że może podać jakąś kroplówkę żeby wzmocnić
                mamę. Nie!!!!!!!!!! pomyślał pewnie, że mama już kończy życie i niedługo
                odejdzie. A tata żeby się lekarz na nas nie zdenerwował, że nie podajemy jego
                lekarstw przeciwbólowych powiedział tylko, że mama nie bierze przeciwbólowych
                tylko dwa dni. A środków przeciwbólowych nie brała mama już wtedy osiem dni.
                Tymbardziej, ze lekarz przepisał juz środki narkotyczne i chciał już zalecać
                plastry, bo jak może mame nie boleć, przecież MUSI. Jak tata mu powiedział, że
                mame nie boli niby te dwa dni to podszedł do mamy ( bo tacie nie wierzył i
                myślał, że tata może nie chce mamie podawać narkotycznych, a mama cierpi) i
                zaczął się pytać czy to nie boli czy tamto nie boli. A mama powiedziała, że nic
                jej nie boli, że czuje się dobrze. Tylko pokiwał glową i kazał tacie podać
                lekarstwa od razu jak tylko zaboli i kazał zapewnić tatę, że poda te leki, bo
                chyba "Nie chce Pan, żeby żona cierpiała". Niestety nie zabolało do tej pory.
                Nie mówię, że mama jest w doskonałej formie, bo nie jest jest bardzo słaba, ale
                jej nie boli. A lekarz mógłby może zalecić jakieś badania. Przecież widać, że
                mama ma coraz ładniejszą cerę - robi jej się ładniejsza niż moja. Język też ma
                ładny - bez żadnych nawet przebarwień - naprawdę ładniejszy niż mój. MOże
                powinno go zainteresować, że przecież osoba taka nie woła sama picia - tylko
                się do wszystkiego zmusza - a mama pije jak spragniony człowiek

                MOŻE mógłby się zainteresować nawet, że to nie są typowe objawy raka - jeszcze
                tymbardziej, że już jest tyle czasu od diagnozy..........

                Mam nadzieję, że niedługo jeszcze bardziej się zdziwi - jak mama będzie w
                jeszcze lepszym stanie - bo bioenergoterapeutka mówi, że to osłabienie jest
                mamie potrzebne i niedługo powinna zacząć nabierać ochoty także na jedzenie.

                Pewnie jak mama będzie w o wiele lepszym stanie - to wtedy lekarz nie wytrzyma
                i może zleci badania, gdy dla niego stanie się to coraz bardziej
                nieprawdopodobne.
                A nawet jeśli mamie się nie uda - w co wątpię - to z całym przekonaniem powiem,
                ze bioenergoterapia pomogła 100 razy lepiej znieść jej te ewentualnie ostatnie
                tygodnie niż medycyna zapisująca tylko coraz to większe leki przeciwbólowe...
                A mam nadzieje, że mama wyzdrowieje - tak zapewnia bioenergoterapeutka - która
                mówi, że z osłabienia to się nie umiera.

                Nie potępiam, a wymagam płacąc ja, moja mama, mój tata i cała rodzina składki,
                żeby ktoś się interesował każdym pacjentem.

                Który lekarz z czystym sumieniem powie, że tak samo podchodzi do pacjenta ze
                swojej rodziny i tak samo do pacjenta nieznanego.

                Moja mama zawsze przyjmując interesantów do firmy, w której pracuje/"pracowała"
                powtarzała nam jak te osoby przychodzą pytać się o pracę. Boją się wchodzić, bo
                boją się że kolejne osoby je zlekceważą, a nawet bardzo źle przyjmą ich pytania
                o pracę, a nawet o staż. Moja mama zawsze mówiła, że aż żal patzreć jak one się
                boją zapytać - co niby nic nie powinno "kosztować" - a nieraz kosztuje bardzo
                dużo. Mama tłumaczyła mi, ze ona ich traktuje tak jakby chciała, żeby ktoś
                potraktował nas, gdybyśmy kiedyś, gdzieś musieli szukać pracy:)
                Moja mama to naprawdę kochany człowiek i chciałabym być taka jak ONA
                • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 09:47
                  Nadal będę się upierać że lekarz to też człowiek chociaż myślę że większość z
                  nas podświadomie traktuje go jak Boga i stąd to wielkie rozczarowanie jeśli mu
                  się ne uda uratować chorego, bo jak wiadomo medycyna ma ograniczone możliwości.
                  Musimy też pamiętać o tym że każdy człowiek jest inny- jeden jestbardziej
                  interesujący a drugi mniej, jeden jest gadułą a inny nie, jeden ma wiećej
                  cierpliwości a drugi mniej itd. Brak czasu może też być przyczyną zbyt
                  pośpiesznego traktowania rodzin chorych - wystarczy posiedzieć pod gabinetem
                  lekarskim w przychodni aby się przekonać ile czasu ma lekarz na każdego
                  pacjenta - jeśli się zagada z jednym ( bo np rodzina będzie chciała się
                  dowiedzieć danych statystycznych co do długości przeżycia - a potem ma
                  pretensję jeśli te dane nie zgadzają się z danym przypadkiem-stąd myślę że
                  lekarz który powiedział że nie jest wróżką po prostu zdawał sobie sprawę z tego
                  że każdy przypadek jest inny a wszystko w rękach Boga- przecież nie raz
                  słyszeliśmy o tym że zdarzył się cud i chory z zaawansowaną chorobą nowotworową
                  wyzdrowiał mimo że medycyna nie dawała mu żadnych szans) wtedy będzie miał
                  znacznie mniej czasu dla następnych chorych - a przecież każdy z nas chce
                  zostać przyjęty i dokładnie zbadany. Bardzo się ciesze że twoja mama czuje się
                  coraz lepiej i trzymam kciuki żeby się wam udało.
                  Pozadrawiam
                  • weronika99 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 10:01
                    Dziękuję Ci bardzo - mam taką wielka nadzieję.

                    Apropo traktowania lekarzy jak Boga - ja wierzę tylko w jednego i wiem, że
                    tylko On może wszystko. Moge być niesamowicie zdrowa, a jutro mogę zemdleć i z
                    nieznanej przyczyny mogę powędrować na drugą stronę.
                    Rozumiem brak czasu lekarzy - dziękuje im za to że w ogóle są - ale medycyna
                    taka ma może 200 lat, a wcześniej tez sobie jakoś musiał człowiek radzić- więc
                    tymbardziej nie traktuje ich jak Bogów.

                    Ale mi lekarz na powiedzenie o stanie mamy poświęcił pięć minut może osiem - i
                    zdążył powiedzieć, że "nie jest wróżką"
                  • weronika99 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 10:25
                    monique15 napisała:

                    wtedy będzie miał
                    > znacznie mniej czasu dla następnych chorych - a przecież każdy z nas chce
                    > zostać przyjęty i dokładnie zbadany.


                    Teraz się "wczytałam" - właśnie każdy chce być przyjęty i dokładnie zbadany.
                    Ale jak lekarz będzie kazdego troszkę trzymał, bo nie ma czasu, bo musi zbadać
                    kolejnych pacjentów, których też musi jak najszybciej przyjąć, bo znowu kolejni
                    czekają - tak jak za przeproszeniem - chce on dokładnie zbadać. Przecież wtedy
                    musi każdego tak samo szybko odprawić - i przyjąć kolejnego, bo CZEKA.

                    U nas nie była to rozmowa w przychodni, ale na oddziale chirurgicznym, gdzie
                    nikt w kolejce nie czekał, a obchód na oddziale zrobił przed moim wejściem do
                    Niego. Jeszcze czekałam 20 minut aby skończył obchód, więc co miał takiego
                    ważnego!!!!!!!!!!!!! Bo sądzę, że moja mama, którą operował to też pacjent,
                    który chce być dokładnie zbadany i chce wiedzieć co jest u niego nie tak.

                    Z tego wynika, że pacjent z pewnym wyrokiem na czole - już nie ma prawa
                    zabierać czau lekarzowi, bo inni czekają!!!!!!!!!!!!!

                    Proszę pomyśleć nad tym, bo z Pani słów wynika, że każdy w końcu będzie
                    przyjmowany jak najszybciej, bo kolejny czeka, ten kolejny też szybko, bo
                    kolejny czeka. JAKOŚĆ CZY ILOŚĆ????????????????
                    • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 12:56
                      A to pytanie należałoby zadać naszym politykom - dlaczego ciągle jest brak
                      funduszy na tak ważną sprawę jak zdowie naszego społeczeństwa . I tak np lekarz
                      w przychodni na zachodzie ma ok 30 min na zbadania pacjenta i rozmowę z nim
                      gdzie ten czas w Polsce wynosi ok 10-15min a więc jest okrojony przynejmniej o
                      połowę.Już nie mówiąc o tych wszystkich badaniach profilaktycznych jak np
                      mammografia, kolonoskopia, gastroskopia i wiele innych które powinny być
                      wykonane okresowo w pewnych grupach chorych a nie są - bo nie ma funduszy. A
                      ten lekarz chirurg może się spieszył do kolejnej operacji........ Nie chcę tu
                      bronić wszystkich lekarzy bo tak jak już piasałam jeden jest miły drugi mniej,
                      jeden jest bardziej cierpliwy a drugi tej cierpliwości nie ma ale na litośc
                      boską nie obwiniajmy ich za całe zło tego świata.
                      • weronika99 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 14:06
                        Ale Pani próbuje Go wybronić??????????!!!!!!!!!!!!!

                        Przykro mi operacji też nie miał - bo operacje - miał wszystkie
                        rano!!!!!!!!!!!:) Z tym też się nie udało :)

                        My nie chcemy obwiniać ich za całe zło - tylko prosić o zainteresowanie, bo od
                        tego są żeby leczyć, a nie szybko się pozbywać, bo inni pacjenci czekają
                        • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 14:15
                          To była odpowieź do Kingi na zapytanie co bym zrobiła gdyby...... Natomiast
                          oczywiste jest że pomyłka w postępowaniu lekarskim niesie dużo większe
                          konsekwencje co nie znaczy że lekarze są zupelnie bezkarni - przecież istnieją
                          jeszcze sądy lekarskie
              • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 13:56
                Do Kingi. Otóż kilka lat temu kiedy byliśmy w trakcie budowy naszego domu
                złożyliśmy w banku zlecenie na zaplacenie rachunku w wysokości 3 tys zł. Po
                kilku dniach ( kiedy chcieliśmy dokonać zapłaty za kolejne rachunki) okazalo
                się że nie mamy pieniędzy na koncie ponieważ osoba pracująca w banku pomyliła
                się i zdjęła z naszego konta nie 3 ale 33 tys zl. Zlożyliśmy reklamację ale
                niestety pieniądze odzyskaliśmy dopiero po 3 miesiącach. Byl to dla nas duży
                problem ponieważ musieliśmy pożyczyć te pieniądze od wielu znajomych i nie
                byliśmy specjalnie szczęśliwi z tego powodu ale potrafię zrozumieć panią która
                po prostu się pomyliła - jest to tzw czynnik ludzki .Każdy człowiek ma prawo do
                pomyłki i nie znaczy to wcale że jest źle przygotowany do zawodu - być może ma
                tylko gorszy dzień - a może u niej w rodzinie też ktoś poważnie choruje lub ma
                inne kłopoty? Miejmy więcej zrozumienia dla innych czego wam wszystkim życzę
                Pozdrawiam
                • estelka1 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 14:01
                  Pomyłka pani z banku niesie za sobą utrudnienia, dyskomfort, sporo nerwów, ale
                  jest do naprawienia. Pomyłka lekarza to utrata czyjegoś zdrowia, a nawet i
                  życia. Tego drugiego nie da się naprawić... Cena jest za duża, żeby tak lekko
                  mówić, że lekarz to człowiek i może sie mylić
                • weronika99 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 14:28
                  monique15 napisała:

                  ale potrafię zrozumieć panią która
                  > po prostu się pomyliła - jest to tzw czynnik ludzki .Każdy człowiek ma prawo
                  do
                  >
                  > pomyłki i nie znaczy to wcale że jest źle przygotowany do zawodu



                  A ile lekarz może się pomylić - i nie mówimy o pomyłce, że złe leki przepisze -
                  ale o pomyłce śmiertelnej - ile????? wg tego tzw. czynnika ludzkiego:)

                  raz, dwa , pięć, dziesięć czy więcej "żyć".

                  Pamiętaj, ze odzyskałaś te pieniądze, ale gdybyś przez kogoś pomyłkę straciła
                  ukochaną osobę - to co napisałabyś skargę????????? I pewnie wszystko cofnęłoby
                  się i odzyskałabyś życie ukochanej osoby?????????

                  A nawet gdyby - dobra raz się lekarz pomylił - ktoś umiera z rodziny. Ojej mógł
                  się pomylić! OK
                  A co jak drugi raz się pomyli? I też OK

                  Są pomyłki (np pieniądze) i POMYŁKI (warte życia)!!!! Ja wolałabym, żeby Pani
                  jakaś pomyliła się w banku a nie w szpitalu - a Pani?????????
                  • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 14:57
                    Zdecydowanie tak .Ale myślę sobie że chyba nie jest aż tak źle a większość
                    skarg tu zgłaszanych jest raczej natury psychologicznej. Myślę też a wręcz
                    jestem przekonana że w przypadku aż tak drastycznych pomyłek ( co nie sądzę
                    żeby się zdarzało szczególnie często)lekarze jednak odpowiadają przed sądem i
                    prawo do wykonywania zawodu jest im wtedy odbierane - a my jesteśmy
                    bezpieczni :) A więc głowa do góry i cieszmy się życiem i piękną wiosną
                    • weronika99 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 15:05
                      No niech Ci będzie. Piękna wiosna - ale nie wszyscy mogą się nią cieszyć :)

                      Tylko nie życzę nikomu, żeby lekarz tak się interesował zdrowiem, że np: będzie
                      leczył tak jak moją mamę kilka miesięcy na nerwobóle, a nie na raka trzustki.
                      Taka mała pomyłeczka. W końcu czym się różnią nerwobóle od takiego RACZKA.
                      Prawie niczym. Małe różnice. A nawet gdyby - to te parę miesięcy leczenia na
                      nerwobóle to przecież tylko parę miesięcy małej pomyłeczki - też nie robią
                      różnicy...:)

                      • weronika99 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 15:07
                        Zapomniałam dopisać:

                        I pewnie stanie przed sądem - tylko dopiero Bożym - za lenistwo w wykonywaniu
                        zawodu.

                        Faktycznie jesteśmy bezpieczni..................Do czasu :)
                      • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 15:26
                        Myślę że każdy który żyje i jest świadomy może cieszyć się wiosną. Jeśli twoja
                        mama nie ma siły aby wyjść na dwór czy nawet spojrzeć w okno to spróbuj jej
                        opowiedzieć o tej wiośnie, jak pięknie świeci slońce,jak już pierwsze
                        przebiśniegi i krokusy przebiły się aby czerpać siłe z tych pierwszych ciepłych
                        promieni slonecznych, jak niedlugo pojawią się pączki na drzewach..........a
                        zobaczysz jak nabierze nowych sił niczym te małe przebiśniegi które tak
                        dzielnie daly radę przebić tę twardą pokrywę ziemi. A jeśli chodzi o lekarzy to
                        myślę że ani ja ciebie ani ty mnie nie przekonasz a więc nie będę się tu więcej
                        na ten temat rozpisywać. Mam swoje zdanie na ten temat które tu wyraziłam i
                        jeśli kogoś tym urazilam to z góry przepraszam. Ja po prostu staram się żyć
                        zgodnie ze swoim sumieniem i patrzeć na sprawę nie tylko z punktu swojego
                        siedzenia ale też i z drugiej strony - i nie dotyczy to tylko lekarzy :)
                • kingax11 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 15:36
                  jesli chodzi o tą panią w banku to myślę że taka pomyłka mogła jej się zdażyć
                  raz, nastepnym razem pewnie wyleciałaby z pracy.choć nawet ten jeden raz to za
                  dużo, moim zdaniem. A jeśli chodzi o lekarzy to ich odpowiedzialność jest
                  jeszcze większa, bo chodzi o czyjeś życie.
                  A w sądzie? Tylko że tam trzeba udowodnić, pani doktor która robiła
                  kolonoskopię nie napisała że zrobiła tylko część badania, że znalazła coś
                  twardego, napisała że przeprowadzono badanie i niczego nieprawidłowego nie
                  znaleziono - więc nic nie można udowodnić!Ona tylko mi to powiedziała.
                  ( zastanawiam się teraz czy na każdą rozmowę z lekarzem nie chodzić z
                  dyktafonem żeby wrazie czego mieć dowody)
                  Jednego się napewno nauczyłam , tego że lekarzom nie można wierzyć. Teraz każdą
                  rzecz sprawdzam w internecie i w podręcznikach medycznych. I bardzo się boję
                  operacji której się muszę poddać - bo może znów ktoś się pomyli a ja nie będę
                  mogła tego sprawdzić.
                  Zastanawia mnie jeszcze jedno - pewność siebie lekarzy. Im dłużej się leczę tym
                  bardziej widzę jak medycyna jeszcze mało wie - to jest może 10-20 % tego jak
                  działa organizm ludzki co może zaszkodzić, co pomóc, jakie są mechanizmy
                  działania poszczególnych narządów i systemów naszego organizmu, a lekarze
                  zachowują się jakby "wszystko wiedzieli" - "nie mam dla pani chemii bo i tak
                  nic nie pomoże, dieta -to nic nie daje, bóle bioder i nóg, to pewnie po
                  chemioterapii" Skąd taka pewność?
                  Mnie to zadziwia, bo lubię wszystko sprawdzać. I nie rozumiem takiego
                  podejścia .
                  • ulaw2 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 18:04
                    Do monique!
                    Czy Ty nie miałaś w życiu większych problemów niż te z bankiem?
                    Dziewczyno na miłość boską czy ty się droczysz z nami,nie potrafisz zrozumieć
                    co to znaczy patrzeć codziennie na cierpienie najbliższych?.I jeszcze radzisz
                    nam aby sie cieszyć wiosną.Wiesz ciebie chyba pogięło delikatnie mówiąc.
                    • monique15 Re: No my nie daliśmy rady... 01.04.06, 19:06
                      Jak najbardziej potrafię zrozumieć co to znaczy patrzeć kiedy najbliższa osoba
                      odchodzi, kidy cierpi a my nie możemy nic na to poradzić i wiem też co to
                      znaczy tęsknota kiedy ukochana osoba już odeszła. Myślę Ulu że to nie mnie
                      pogięło bo rozmawiałam z wieloma osobami i większość z nich właśnie dopiero
                      wtedy w obliczu ciężkiej choroby potrafiło docenić te małe radości w życiu i
                      cieszyć się każdym dniem spędzonym z najbliższymi. Nie wiadomo ile tych dni
                      zostało - być może wiele a być może nie i dlatego nie warto marnować tych dni
                      • ulaw2 Re: No my nie daliśmy rady... 02.04.06, 19:14
                        Wybacz ale chyba się nie rozumiemy.Piszesz: nie warto marnować tych dni...ale
                        na co nie warto ich marnować?
                        Wiesz chyba ja jednak jestem jakś nienormalna bo wcale nie potrafię się cieszyć
                        tymi ostatnimi chwilami.Jest wręcz odwrotnie.Rozpacz,żal,łzy wypełniają
                        ostatnio moje życie.I doszedł jeszcze strach.
                      • tolka3 Re: No my nie daliśmy rady... 03.04.06, 10:08
                        > Ale myślę sobie że chyba nie jest aż tak źle a większość
                        > skarg tu zgłaszanych jest raczej natury psychologicznej.

                        W takim razie wyobaraź sobie, że nie jest "aż tak źle", jest tragicznie i
                        proszę przyjmijcie to w końcu do wiadomości i świadomości swej(celowo piszę w
                        liczbie mnogiej, choć strasznie tego nie lubię, ale widzę, że przez Ciebie
                        przemawia zawodowa solidarność i ona przesłania zdrowy rozsądek trochę).
                        POczytaj wpisu tutaj, poczytaj na "porozmawiajmy o chemioterapii", na onkolinku
                        już nie poczytasz niestety, bop go już nie ma, zajrzyj na cudnowna stronę małej
                        dziewczynki, która niestety już odeszła (wpisz w wyszukiwarkę "Michalinka
                        Delekta" i trafisz tam, gdzie trzeba), ale której strona żyje, sprawdź, jakie
                        zaniedbania, wynikające chyba jedynie z bezmyślności i braku dobrej woli.
                        popełniają lekarze w diagnostyce (a raczej jej braku), w badaniach kontrolnych
                        (również ich braku). Jak można nie wykonywać badań kontrolnych, chociażby tych
                        podstawowych jak usg u pacjentów z remisją??? Ok może nie można, to jeszcze
                        potrafiłabym zrozumieć, ale czy poinformowanie ich o tym, że takie badania są
                        konieczne, nie ma na nie kasy, prywatnie prosze zrobić, czy to takie trudne?
                        Jak można mówić pacjentoce, że jest zdrowa, a krwawienie ma być i jest
                        najzupełniej normalne, bóle są normalne i też mają być, utrata wagi również i
                        badać ją tylko oczami o palcami swymi????? Takich przypadków jest wiele,
                        porozmawiaj z pacjentami (starszymi najlepiej) na pierwszym lepszym oddziale
                        onkologicznym, a potem tu wróć i napisz, co usłyszałaś. Ja już nie mam siły
                        pisać o tym wszystkim, spotkałam w swym życiu wielu wspaniałych lekarzy, ale
                        spotkałam też (tu chiałam napisać określenie, które jednak nie nadaje sią na
                        forum) takich, którzy lekarzami zwać się nie powinni, przez których mojaja mama
                        gaśnie, umiera w cierpieniu coraz większym, a ja nie mam zielonego pojęcia, jak
                        mam jej teraz pomóc. I wiesz, jakoś wiosną nie potrafię się cieszyć, w mojej
                        mami również nie wzbudza ona tak oczywistych emocji, jakie towarzyszą zdrowym,
                        szczęśliwym... Co do tej pomyłki bankowej, nie skomentuję, bo prawdę mówiąc
                        wstydziłabym się o czymś takim tutaj pisać. Chciałabym mieć takie problemy. Jak
                        będziesz miała takich więcej, napisz do mnie, ja lubię zajmować się drobnymi
                        pomyłkami.
                        • b_a_l_b_i_n_k_a Re: No my nie daliśmy rady... 03.04.06, 10:47
                          Muszę się zgodzić z Tolką. Gdyby moja mama miała wykonywać badania kontrolne
                          zgodnie z zaleceniami CO w Warszawie to polegałyby one na patrzeniu w oczy co
                          pół roku i pobieżnym badaniu ginekologicznym. W ubiegłym roku mamie (mam jest
                          po r. szyjki m.) pobrano w końcu cytologię. Powiedziano, że jeśli nie zadzwonią
                          w ciągu 2 miesięcy to znaczy że wynik jest OK. Minęło kilka miesięcy, nikt nie
                          dzwonił, mam sie cieszyła. W listopadzie pojechała na Ursynów i co? Okazało
                          się, że wyniku cytologii nie ma bo źle pobrano materiał (mama nie ma szyjki,
                          trzeba pobierać ze sklepienia)!!!
                          • tolka3 Re: No my nie daliśmy rady... 03.04.06, 11:04
                            Balbinko, bo sami zainteresowani lub ich rodziny najczęściej się z tym
                            zgadzają, choć wolałabym, żeby było inaczej.

                            PS. Przy okazji przepraszam za literówki w poprzednim poście, ciężko się to
                            czyta, ale da się ;)

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka