estelka1
24.03.06, 22:13
Pojechałam dzisiaj z mamą na kontrolę do onkologa, który prowadził mamy
chemioterapię, a potem kierował ją do centrum onkologii na radioterapię (mama
ma drobnokomórkowego raka płuc). W tej chwili jest czysto, choróbsko śpi i
oby ten stan utrzymał się już na zawsze. A przy okazji, będąc już w
Szczecinie, zajechałam do poradni genetyki onkologicznej. Mama poddała się
tam badaniom w styczniu. Wyniki będą za miesiąc. W każdym razie lekarze z tej
poradni sugerowali, aby tym badaniom poddała się moja siostra, kuzyn i ja. W
każdym razie pojechałam tam w ciemno, bez umawiania wizyty. Ku mojemu
zaskoczeniu przyjęto mnie bez problemu. Lekarka,która ze mną rozmawiała,
powiedziała, że ewentualnym badaniom genetycznym zostaniemy poddane z
siostrą, kiedy już będzie wiadomo, czy mama jest nosicielką "felernych"
genów. Myślałam, że to koniec mojej wizyty, a tu pani doktor mówi do mnie, że
z racji bardzo "obciążonego" wywiadu chcą mnie raz w roku wzywać na badania
(ginekologiczne, kolonoskopię oraz USG jamy brzusznej i narządów rodnych),
żeby wyłapać na czas, gdy coś by się złego działo. Wyszłam stamtąd ze
skierowaniem na markery raka jajnika (co zrobiono mi od razu na miejscu) i
skierowniem na USG jamy brzusznej i ginekologiczne na 19 kwietnia. O
prześwietlenie płuc muszę zadbać sama w ramach badań okresowych do pracy.
Jestem w szoku, ale oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. A jednak
ktoś w tym kraju przejmuje się profilaktyką. Pozdrawiam wszystkich Was bardzo
ciepło i życzę samych takich dobrych dni, jaki miałam dzisiaj.