Dodaj do ulubionych

Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja?

18.08.07, 12:31
Mój tato chociaz stara się jeść , cały czas słabnie. Spada na
wadze ,przykro mi patrzeć na tatusia ,który chce ćwiczyć mięśnie
bo przecież nie może być słaby , na siłę wstaje słaniając się na
nogach , wykonuje ćwiczenia i mówi o sanatorium , je i wymiotuje,
kładzie się na podłodze i nie może z niej wstać.
Boże , nigdy go nie okłamywałam zawsze byłam wobec niego szczera ,
on mi tak ufa ...
Rozmawiałam z lekarzem wczoraj , powiedziała mi , że całe
odżywianie idzie już w nowotwór i to on się rozrasta ,a jeść trzeba.
wątrobę tato ma już powiększoną są przerzuty, zmiany w
kręgosłupie ,miednicy ,łopatkach, żebrach, skóra cienka ,
odwodnienie.Lekarz kazał pić, tato nie może bo zaraz potem
wymiotuje , chciałam żeby podali mu kroplówke , powiedziała lekarka
że nie można bo grozi wtedy tacie obrzęk płuc . Widzę że nadzieja
leży w okłamywaniu chorego ale tutaj kłamstwo ma bardzo krótkie nogi.
W poniedziałek dzwonię do lekarza do CO,tato pilnuje terminu i ma
nadzieję. Boję sie, że tą nadzieję zabierze mu lekarz . Czy nie może
być tak żeby było leczenie takie placebo ? Niech to będzie chociaż
na niby, to takie ważne w przypadku chorego ,który chce walczyć.
Pozdrowiam.
Obserwuj wątek
    • binucha Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 18.08.07, 16:26
      Jaki to pierwotnie rak i czemu tata miałaby dostaw zaraz od kroplówki obrzęku
      płuc ? Wydaje mi sie ta wersja z obrzękiem płuc bardzo przesadna.
      Nie ma co się dziwić, ze tata jest taki słaby, skoro jest odwodniony i pewnie
      już sporo czasu nic nie jadł albo to co zjadł już zwymiotował.
      • ajkaa2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 18.08.07, 17:12
        zabrzmiała Twoja wypowiedż jakbyśmy zaniedbywali tatę
        Rak płuc drobnokomórkowy z przerzutami na wątrobę i do kośca, po
        pierwszej chemii zawał ,2 miesiące w szpitalu gł. kardiologii
        obrzęki płuc kardiogenne , zwężenie tętnic wieńcowych w 90 %-teraz
        tato mam wstawine stenty.wczoraj wezwałam lekarza poniewaz nie
        chciałam sama decydować o kroplówce i nawadnianiu(mam znajomą
        pielęgniarkę) Od tygodnia w domu ,lekarze wskazują nam hospicjum,
        nie chcą mojemu tacie już nic podawać twierdzą że wszystko może mu
        zaszkodzić , nawet kroplówka podana zbyt szybko.
        • merosia Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 18.08.07, 18:51
          Mój tata też chciał ćwiczyć mięśnie, bo myślał, że po chemiach ma
          zanik mięśni. U nas było o tyle dobrze, że tata jadł praktycznie do
          dnia przed śmiercią bez żadnych problemów. Porozmawiaj z doktorem
          odnośnie tego leczenia prawie placebo. Może chociaż albuminy będą
          mogli podać na wzmocnienie. Mój Tata dostawał, chociaż ponoć też
          obrzękiem płuc to groziło, ale nie mieliśmy już nic do stracenia, a
          Tatuś czuł się leczony i walczył. Lekarze z hospicjum domowego też
          pomagali do samego końca, dostawał leki a gdy przestał połykać na
          dzień przed śmiercią "opłacało" im się pompę infuzyjną z morfiną i
          Setrononem przeciw wymiotom podłączyć, żeby chory nie cierpiał. Tata
          jeszcze w dniu śmierci rano, bo po południu już nie był świadomy,
          mówił, że fajne dziewczyny Go odwiedziły (lekarki z hospicjum
          domowego).

          Ja też oszukiwałam do końca, czego nie żałuję. Wiem, Asiu jak Ci
          ciężko teraz, ale faktycznie, jeśli Twój Tata jest takim silnym,
          walczącym człowiekiem jak mój, to niech lekarze dadzą mu szansę czuć
          się zaopiekowanym do końca. Trzymam za to, Asiu, kciuki, sama wiesz
          jak mocno.
        • binucha Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 18.08.07, 19:03
          Nie, nie to miałam na myśli. Pomyślałam, ze lekarka ma może na myśli wodę w
          opłucnej, która sie może zbierać.
          Przy tym co opasujesz, to rzeczywiście może i ciężko, ale bez kroplówki tez
          raczej obyć sie nie może.
          Co do hospicjum, to może warto skorzystać z takiego domowego, gdzie pacjent leży
          w domu, a każdego dnia przychodzi pielęgniarka i w miarę potrzeby lekarz. To
          może być bardzo pomocne.
          Lekarz z hospicjum będzie lepiej się może znał na takim przypadku, a hospicjum
          choć sie kojarzy w Polsce nie najlepiej, to nie oznacza jeszcze wcale końca i
          jeśli można, to należy korzystać z pomocy. Takie jest moje zdanie.
          • binucha Do merosa. 18.08.07, 19:12
            Może to na co teraz uwagę zwrócę, nie jest związane z poruszanym tematem w
            poście tym, ale zauważyłam, ze napisałaś, ze Twoj tata jadł do końca
            praktycznie. Kiedyś na forum toczyła sie rozmowa na temat sensu odżywiania
            pozajelitowego w momencie, kiedy chory głód czuje, ale nie może jeść ze względu
            na niedroznosc.Lekarze mówią, ze chory na raka głodu nie czuje w stadium
            terminalnym i nie cierpi dodatkowo z powodu głodu, a tutaj patrz, Twoj tata czul
            głód do końca, podobnie jak moja mama. Znam także kilka innych przypadków z
            doświadczenia, jak z mamą było już źle i trafiła do hospicjum stacjonarnego na
            kilka godzin. Tam także ludzie zgłaszali niektórzy głód. Nie jest prawdą, że
            absolutnie wszyscy chorzy na raka w stadium terminalnym głodu nie czują.
            • jz10 Re: Do merosa. 20.08.07, 00:15
              Moj tato tez chorowal i cierpial, zmarl.
              Teraz po latach widze, ze chcemy nie oszkuwiac tylko chorego, ale i
              siebie. Uwazam, choc to moze kontrowersyjne i moze dla kogos
              bolesne, ze w stanie, gdy choroba osiagnela apogeum, gdy stan jest
              terminalny, nie ma sensu podtrzymywac chorego, bo to tylkjo
              przedluza agonie, co dadza mu te 203 dni w mece, albo nawet tydzien
              czy dwa, gdy nie moze jesc, poruszxacd sie, gdy odczuwa bol.
              Uwazam, ze nalezy tylko dbac o chorego, o to by nie odczuwal bolu,
              by nie czul sie samotny, by byl zadbany, by bron boze nie byl glodny
              czy nienapojony. Ale podawanie na sile lekow itd to czesto meka i
              efekt zaden. Moze sie myle, ale... Smutne to i czasem jestem za
              skroceniem meki.Asia,pozdrawiam.
            • merosia Re: każdy pacjent jest inny 20.08.07, 11:14
              Kilka tygodni przed śmiercią tata pochłaniał kilogramy wprost
              owoców. Potem przerzucił się na mięso i wędliny, co dla lekarzy było
              dziwne, bo ponoć chorzy w tym stanie do mięsa mają obrzydzenie.
              Dodam, że tata miał naciek nowotworu na wpuście żołądka i mimo tego
              jadł. Przepraszam Asię, że jej wątek zatruwam, ale Binucha mnie tu
              zahaczyła troszkę:)
              • kizi10 Re: każdy pacjent jest inny 20.08.07, 21:39
                jeśli można to i ja dołączę się do tej dyskusji. mój tatuś też jadł kilogramy
                owoców do samego końca, dwa dni przed śmiercią zamarzyły mu się pierogi, mama
                zrobiła i zjadł ich chyba ze 20, parę godzin później zapadł już w śpiączkę. my
                nie mieliśmy problemu z wyniszczeniem, ale może poprosić lekarza o leki
                przeciwwymiotne i coś na wzmocnienie
    • ulaw2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 20.08.07, 07:29
      Wiem dobrze co przeżywasz, moja Mama zmarła też z wyniszczenia
      nowotworowego.Walczyła i wierzyła do końca a ja nie miałam odwagi
      odebrać jej tej nadziei.A nadzieja w takim przypadku to niestety
      tylko to żeby te męki nie trwały długo.Tak bardzo pragnęła żyć,miała
      takie plany chociaż nie miała siły ruszyć ręką.I teraz wiem że ta
      wielka siła walki tylko przedłużała jej cierpienie.Kiedy znalazła
      się na oddziale paliatywnym zaczęto jej podawać leki uspokajające po
      których bardzo się wyciszyła więcej spała i powoli traciła
      świadomość i tak odeszła.I myślę że to było dla niej najlepsze.
      Wiesz, ja przez 6 tygodni mamy pobytu na tym oddziale napatrzyłam
      się na to odchodzenie i wiesz mi nie chciałabym aby moja Mama
      odchodziła w świadomości.Nie ma nic gorszego a już na pewno dla tych
      którzy nie mogą się pogodzić ze śmiercią.
      Nie okłamujesz Taty nie mówiąc mu całej prawdy, bo czemu niby ta
      prawda miała by służyć?Wiesz są dwie kategorie chorych: ci - których
      prawda wyzwoli i ci - których zabije.Twój Tato odchodzi ale nie może
      się z tym pogodzić.Musisz sama wybrać jak mu pomóc w tym odchodzeniu
      bo Ty znasz go najlepiej.Życzę Ci dużo siły w tych trudnych chwilach
      i oby dobry Bóg Was nie opuszczał.Ula.
      • mo.p Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 20.08.07, 08:18
        witajcie!
        wiem co przezywacie niedawno miesiąc temu zmarł na wyniszczenie
        nowotworowe mj wujek, prawie jak mój ojciec, nie moge się z tym
        pogodzić,ale jestem spokojna bo on juz nie cierpi,nie wyniszczyła Go
        chemia bo nie było sensu jej podawać przy takim typie nowotworu, nie
        reaguje chemia na nowotwór pęcherzyka żółciowego, był świadomy tego
        co się z nim dzieje sam mówił że on wie że umiera, ale chyba tylko
        ten upór i chęć walki pozwoliły mu żyć 3,5 misiąca, na koniec nie
        był juz świadomy, ale to wg mnie bardzo dobre jest dla człowieka
        który odchodzi, tylko nam zostaje ogromna pustka, która zostaje po
        stracie ważnej lub najważniejszej osoby w życiu,patrzac nazonę wujka
        dochodze do wniosku że takiej miości można pozazdrościć,do końca sie
        wujek do cioci usmiechal i mówil, że ja kocha a przezyli ze soba
        bagatela tylko 45 lat.jak musi sie czuć osoba która zostaje z tą
        pustka po stracie ukochanej osoby tylko idzie nam sobie
        wyobrazić,pozdrawiam wszystkich forumowiczów życzac siły i nadziei
      • merosia Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 20.08.07, 22:16
        Najmądrzejsze zdanie ulaw2, jeśli chodzi o mówienie prawdy choremu
        napisałaś kochana, tj. że jednych pacjentów prawda wyzwala, a
        drugich zabija. Nic dodać, nic ująć. Każdy z nas swojego chorego zna
        najlepiej i Ty, Asiu, nie dręcz się, że okłamujesz, ja robiłam to
        samo i nie żałuję tego ani trochę.
        • ajkaa2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 21.08.07, 00:39
          Dziewczyny kochane teraz dopiero siadam i piszę.
          Od dziś tato jest w hospicjum domowym, oczywiście o tym nie wie,
          jutro przychodzi pani doktor i pielęgniarka , powiedziałam ,że
          będzie miał wizytę prywatną ,domową.
          Dzisiaj tato skarżył się na gardło, ból dziąseł i bardzo chciał
          jeść i nie mógł , odbijało mu się , wymiotował , nie mógł wyjąć
          protezy z buzi bo by jej później nie wsadził . W końcu poprosiłam
          znajomego protetyka stomatologa by przyszedł obejrzał tatę i jego
          proteze czy może ją teraz zmniejszyć, bo przecież tato schudł.
          Okazało się ,że tato ma prawdopodobnie grzybicę przewodu
          pokarmowego ,cała jama ustna jest czerwona z białymi
          nalotami ,gardło i cały przełyk pewnie też żołądek , jelita aż mi
          się myśleć nie chce. Protezę wziął mój kolega do poprawki poprawi ją
          na jutro ,żeby nie uwierała...
          Boże jak on cierpi ,nie mogę sie doczekać tej pani doktor z
          hospicjum. Cały czas jest przerażony ,że nic nie zjadł ,ze nie
          będzie miał siły. Mama nie wychodzi z kuchni stara się gotować
          wszystko na co ma ochotę , potem jeszcze robi z tego papkę i
          wyrzuca,ale nic nie pomaga , wczoraj tato miał ochotę na lody
          owocowe. teraz myślę ,że to dawało mu ukojenie w przełyku. Pije
          siemie lniane , płucze rumiankiem , ćwiczy chodzenie , wymachy rąk.
          Cały czas świadomy, pilnujący godzin podawania leków , śledzący ,
          wiadomości ,sport ,politykę , codzienna prasa jak zwykle...Boże ile
          bym dała żeby cofnąć czas. pozdrawiam. Asia

          W czwartek jedziemy do CO do doktora Merosiu , który leczył Twojego
          Tatusia , będziemy jednak musieli przejść wszystkie etapy
          rejestracji i kolejki w przychodni ...nie wiem jak sobie poradzimy z
          tatą , bo on bidulek leżący ale jezszce przemyślę taktykę na pewno
          się uda . dzięki za wsparcie. Trzymaj się kochana.
          • ulaw2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 21.08.07, 07:44
            Ajkaa2 mam pewne obawy czy pisać to co chcę napisać, bo przecież to
            forum ma dawać nadzieję i pomagać w tej walce.Nie chcę aby ktoś
            posądził mnie o odbieranie tej nadziei.Napiszę jednak bo sama to
            wszystko przeszłam i teraz z perspektywy czasu inaczej na to
            wszystko patrzę.Kochana Twój Tato powoli odchodzi i musisz się z tym
            pogodzić najpierw ty sama abyś jemu mogła ulżyć w tym
            odchodzeniu.Wiem że to trudne strasznie ale musisz dać radę.To
            najlepsza rzecz jaką możesz dla niego zrobić.Pozwól mu odejść ale
            bądź blisko i trzymaj za rękę.To tak mało a jednocześnie tak wiele.
            Moim zdaniem Twój Tato potrzebuje teraz szczególnej opieki
            lekarskiej,bez rejestracji, kolejek.Myślę że onkolog nie wiele mu
            już pomoże,są jednak ludzie którzy mogą mu dać wiele.To właśnie
            lekarze i pielęgniarki z hospicjum.
            Wybacz jeśli uraziłam Cię tym postem ale nie było to moim zamiarem.

            p.s. na grzybicę stosowałyśmy nystatynę do płukania buzi i
            Ketokonazol do połykania.
            • binucha Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 21.08.07, 09:48
              Nystatyna można stosować do płukania, ale myślę sobie, ze skoro to jest tak
              rozlegle, to tata powinien może dostać flukonazol. Jeśli tata nie może przełykać
              dobrze czy jeśli nie jest do końca wiadomo jak jest z jelitami i czy to zostanie
              strawione i wchłonięte, to poproś może doktora z hospicjum, żeby tacie
              flukonazol w kroplówce podali.Po jakiś trzech godzinach od podania czuje się już
              poprawę i przestaje wszystko tak mierzić.
              Poza tym jeszcze można kupić dentosept. Jest lek ziołowy, ale bardzo skuteczny,
              wyciągi z tyminku k działają bardzo silnie przeciwgrzybiczo, jednakże to tylko
              powierzchownie,więc nie wybije grzybów np. w jelitach. Flukonazol działa na cały
              organizm.
              • ajkaa2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 21.08.07, 13:51
                Ulaw ja wiem że to co piszesz to prawda , wiem ,że tato
                odchodzi ,ale on potrzebuje mojego działania ,ja go znam, wszyscy to
                wiemy ,że jest źle :tato , ja rodzina.Ale przecież, gdybyśmy
                założyli ,że każdy człowiek cierpiący na nowotwór i tak umrze ,to po
                co to wszystko , po co lekarze ...przeciwbólowe i czekać. Mnie też
                już ponosi przepraszam ,ale dopóki jest nadzieja trzeba jej pomagać
                by nie gasła! w chorym , w nas.
                Binucha , Ulaw dzieki podpowiem lekarce te leki .Asia
                • merosia Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 21.08.07, 22:04
                  Wiedziałam, że będziecie u doktora w czwartek, bo dziś z nim
                  rozmawiałam:) i o Was wspomniałam, to się wygadał, że będziecie w
                  czwartek. Byłam podziękować doktorowi Lasocie i doktorowi Turskiemu
                  za wszystko co zrobili dla taty, nigdy im tego nie zapomnę. Co do
                  kolejek, to do rejestracji pierwszorazowej czeka się faktycznie
                  długo, ale jak już to załatwicie, to idźcie do doktora na oddział,
                  do ok. 10.30 i tak jest zazwyczaj na odziale. Jeśli powiesz
                  doktorowi, że tata nie da rady przed gabinetem 32 czekać, to albo
                  przyjmie Was na oddziale, albo będziecie na początku kolejki. Ja
                  byłam w takiej samej sytuacji i naprawdę da się to dogadać z
                  doktorem. Trzymajcie się cieplutko i daj znać jak poszło. Hospicjum
                  domowe, Asiu, jest bardzo pożyteczne, korzystaliśmy krótko, ale
                  jednocześnie do końca męczyłam CO i do końca chirurg i doktor Lasota
                  pomagali tacie. Rozumiem Ulaw, ale gdybym ja pozostawiła tatę pod
                  opieką wyłącznie hosp. domowego, to tatuś poddał by się dawno temu,
                  a ponieważ wciąż CO się nim zajmowało, to traktował hosp. jak etap
                  przejściowy ku wyzdrowieniu i to dawało mu siłę. Nie każdemu prawda
                  służy, tak uważam.

                  Dziś byłyby 58 urodziny mojego tatusia. Odszedł dokładnie tydzień
                  przed nimi. Byłam na cmentarzu i myślałam, że się jakoś będę
                  trzymać, ale to takie trudne...
                  • snow22 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 21.08.07, 22:20
                    Merosiu, wiem że to trudne... Tato mojego męża zmarł w dniu własnych
                    urodzin... Miał 51 lat. Zmarł z dnia na dzień, na sepsę. Ludzie
                    dzwonili z życzeniami, a tu się okazuje, że człowieka nie ma...
                    Życie czasem okrutnie nas doświadcza. Życzę Ci dużo siły, byś mogła
                    jakoś sobie to wszystko poukładać... Stachura mówił: "dajcie czasowi
                    czas". Na wszystko chyba potrzeba czasu... Ściskam mocno!

                    Asiu, jeśli w Twoim tacie jest nadzieja, Ty nie możesz się poddać!!!
                    Pozdrawiam Cię serdecznie i ufam, że jesteś silna!! Życzę Ci tej
                    siły z całego serca!!
                    Gosia
                • ulaw2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 22.08.07, 12:26
                  Wybacz, ale powtórzę raz jeszcze : to Ty nie potrafisz pogodzić się
                  z odejściem Taty!Zdajesz sobie sprawę z tego faktu i robisz wszystko
                  co w Twojej mocy aby mu pomóc ale wybacz zmieniły się realia.TO nie
                  jest już walka z chorobą ale walka z czymś co jest nieuchronne - ze
                  śmiercią.To co nazywasz nadzieją,wcale nią nie jest.To rozpaczliwe
                  pragnienie życia kiedy ma się świadomość że ono się kończy.
                  p.s.wierz mi walczyłam długo i dzielnie ale jest taka granica,
                  bardzo subtelna której nie powinniśmy już przekraczać.
                  • kinga2044 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 22.08.07, 14:57
                    Przepraszam że się wtrącam ale opowiem Wam pewna historię.
                    Niedrobnokomórkowy rak płuc, IV st.
                    Pół roku temu: zapalenie puc, wszystkie możliwe skutki uboczne
                    chemioterapii, nerki przestają pracować, obrzęk płuc, problemy z
                    oddychaniem,niedokrwistość. Jest jasne: chemioterapia nie przyniosła
                    żadnych rezultatów, nastąpił gwałtowny rozwój choroby. Lekarze
                    stwierdzają jednoznacznie: pacjent nie wyjdzie ze szpitala, zbliża
                    się koniec.
                    Aktualnie: stan zaawansowania choroby bez zmian (istotne jest to że
                    choroba się nie rozwinęła), objawy raka płuc: jedynie duszność
                    wysiłkowa orz drobne efekty stosowanego aktualnie leczenia. Los dał
                    już kilka miesięcy życia, gdzie ze względu na znaczną poprawę stanu
                    ogólnego czasem udaje się zapomnieć o chorobie. Lekarze: szans na
                    całkowite wyleczenie nie ma, ale możemy mówić o szansach na kilka
                    lat życia...
                    Nie jest to historia z filmu, jest to historia choroby mojej mamy.
                    W związku z tym mam pytanie: kto powinien wyznaczyć granicę po
                    przekroczeniu ktorej należy się poddać? Co by było gdybyśmy kilka
                    miesięcy temu uznali, że granica została przekroczona?
                    Możecie zarzucić mi, że pisze to osoba której chorobanie
                    doświadczyla w najokrutniejszy z możliwych sposobów. Nie jest to
                    prawda, na raka kilka lat temu zmarł mój mąż.
                    Zgadzam się z twierdzeniem że szanse w tej walce są nierówne - nasze
                    środki obrony są niedoskonałe a przeciwnik jest nieprzewidywalny. W
                    tej jego nieprzewidywalność jest nasza nadzieja - może tez być
                    lepiej.
                    Znam statystyki, ale to ludzie tworzą statystyki a nie na odwrót.
                    Wiem jakie są perspektwy, ale uważam że walczyć o wyzdrowienie,
                    przedłuzenie życia lub zmniejszenie dolegliwości związanych z
                    choroba lub spokojne przejście na "drugą stronę" nalezy do końca.
                    Zgadzam się z opiniami wyrażonymi w innym wątku że w pewnym momencie
                    należy przestać rozpoaczliwie walczyć o kolejne badanie lub kolejny
                    zabieg ale nigdy nie przestanę dbać o poprawę jakości życia,
                    zlagodzenie bólu czy wzmocnienie organizmu.Zabieranie chorym nadziei
                    jest okrutne.
                    PS. na owrzoedzeniapolecam Capivit hydrocontrol - po rozgryzieniu
                    wysmarowanie olejkiem wnętrza jamy ustnej. Nie jest to może
                    przyjemne ale przynosi dość szybko znaczną ulgę. Na wzmocnienie -
                    Nutridrinki - przy owrzodzeniach może być problem z ich połykaniem,
                    ale po zmieszaniu z jogurtem naturalnym mieszankę łatwiej przyswoić.
            • yago997 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 22.08.07, 11:12
              ja też zaczynam myslec jak ulaw
              bo ta walka od początku jest nierówna, albo w większości zupełnie
              skazana na przegraną, mówię o cięzkich przypadkach,
              walczymy, tylko z czym..
              chyba z naszym strachem i bólem, a nie z rakiem, bo on jest w takich
              stanach już nie do pokonania
              pozwólmy odejść naszym bliskim w spokoju i miłości, a nie podczas
              histerycznej walki z nieuniknionym,
                • yago997 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 22.08.07, 13:46
                  Witaj Moniko!
                  zaglądam tu często ale niewiele piszę. Mama od miesiaca jest w
                  szpitalu, od wczoraj dopiero zaczyna jeść kleiki, miała powikłania
                  pooperacyjne - przetokę, wciąz czekamy na wynik badania wycietego
                  guza, wszystko opisze w "moim" wątku, tu nie chcę"zaśmiecac" tematu,
                  pozdrawiam Cię ciepło
              • merosia Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 22.08.07, 23:27
                Walka, owszem, jest nierówna, ale walczyć o godne odchodzenie, bez
                bólu i duszności też warto. W naszym przypadku, gdyby nie były
                przeprowadzane nakłucia opłucnej, a wymagało to zawiezienia taty do
                szpitala (rtg, nakłucie, ponowne rtg), to tata by się udusił.
                Odszedłby wcześniej w pełnej świadomości, walcząc o każdy oddech.
                Udało się jednak zrobić tak, że usnął, spokojnie oddychając, bez
                bólu, otoczony rodziną. Ta walka jest po to.

                @snow2 Co u Ciebie kochana?
                @Asia, dawaj znać co w CO się udało. Trzymam kciuki.
                  • snow22 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 22.08.07, 23:52
                    Wszystko przychodzi z czasem... I ta granica, o której ktoś tam
                    wyżej pisał, też się sama ustali... Każdy przypadek jest inny, a
                    działanie winno być dostosowane do przypadku. Nie można uogólniać...

                    Merosiu, dobrze, że jesteś :)) Dziś pierwsze spotkanie z Onkologiem.
                    Może będzie chemia, ale to się okaże w najbliższym czasie... Tato
                    czuje się znakomicie, nie bierze żadnych leków przeciwbólowych (a
                    rak rozsiany jest prawie do wszystkich kości), ale to pewnie za
                    sprawą hormonów... :) Pisałam wcześniej, że nie uświadamiałam taty
                    co do rozmiarów choroby, ale muszę to skorygować. Otóż okazało się,
                    że mama krok po kroczku tatę uświadomiła. Tato wie, jak liczne są
                    przerzuty, ale myślę, że ze względu na dobre samopoczucie, niezbyt
                    bierze to do siebie... Może i dobrze, że tak się stało. Podejrzewam,
                    że tato drążył temat, a mama nie chciała Go okłamywać! Mam nadzieję,
                    że wyniki będą na tyle dobre, że da się wprowadzić chemię...!! I że
                    ta chemia będzie skuteczna!!

                    Zastanawiam się co u Asi?

                    Pozdrawiam ciepło...
                    Gosia
                  • ajkaa2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 23.08.07, 00:31
                    witam wszystkich
                    tak !właśnie oto chodzi , oto dokładnie chodzi co napisała Kinga i
                    Merosia. Pomóc w godnym odchodzeniu, pomóc gdy jest ból i
                    cierpienie , gdy ktoś wymiotuję i jest odwodniony , gdy odczuwa
                    głód a całe jedzenie zaraz ląduje spowrotem na podłodze , gdy
                    brakuje powietrza - można otworzyć okno , można podać tlen , można
                    podać leki .Jest tyle możliwości.
                    Jestem rozgoryczona . Nie jestem histeryczką, nie robie histerycznie
                    badań ,nie biegam do bioenergoterapeutów , wróżek . Staram się tylko
                    pomóc tacie w tym czego potrzebuje.
                    Wczoraj prawie odchodził, -okazało sie, że tak podziałał na tatę
                    lorafen , który wcześniej pani doktor przepisała wrazie bezsenności.
                    Zdecydowaliśmy się na hospicjum domowe.
                    Pierwszy dzień w hospicjum domowym
                    Wczoraj była też pani doktor z hospicjum domowego.Powiedziała ,że
                    jest bardzo źle . Zapisała na grzybice przewodu pokarmowego
                    leki ,przepisała kroplówkę z elektrolitami, ma sie u nas pojawić za
                    tydzień , powiedziała żeby dzwonić wrazie jakiś niepokojących
                    objawów.
                    Drugi dzień w hospicjum domowym
                    Moja mama zadzwoniła po mnie do pracy ,wystraszona tato miał
                    drgawki, było mu duszno. gdy przyjechałam z pracy tato zaczął mieć
                    kłopoty z widzeniem , był przerażony że nie widzi,sam pytał czy
                    wezwałam lekarza, robiliśmy zimne okłady , podłaczyliśmy tlen ,
                    uspakajałam tatę mówiąc, żeby zamknął oczy , głaskałam zeby się
                    wyciszył .
                    Zadzwoniłam do p. doktor z hospicjum ,która telefonicznie
                    poinformowała mnie że mój tato prawdopodobnie umiera.
                    Powiedziałam ,że wiem że jest źle , ale nie wiem czy tato umiera
                    czy nie ,chciałabym żeby jego zobaczyła , może trzeba mu cos podać.
                    Powiedziała mi ,że nie może teraz przyjechac bo jest na oddziale.
                    W takim razie wezwałam pogotowie: pacjent 69 l. , choroba
                    nowotworowa płuc zaawansowana, po zawale stenty w sercu, wymiotuje,
                    skarży sie na zabużenia wzroku ,ma kłopoty z oddychaniem, drgawki .
                    Po 15 minutach przyjechali, po przeczytaniu wypisu ze szpitala p.
                    doktor z pogotowia zauważyła ze tato bierze leki na cukrzyce , którą
                    stwierdzono po ostatnim pobycie w szpitalu czyli tydzień temu ,
                    Okazało się po badaniu glukometrem że ma spadek cukru we krwi i
                    stąd m.in te objawy.Podano glukozę w kroplówce w domu i cała
                    sytuacja się uspokoiła , potem jeszcze razem ogladaliśmy wiadomości
                    w TV .
                    I teraz zobaczcie na tym naszym dla nas dramatycznym przykładzie -
                    dwie reakcje : lekarz z hospicjum" pani tato umiera, nic juz nie
                    zrobimy"- i tyle
                    lekarz z pogotowia" spadek cukru we krwi - podamy glukozę"
                    Ja wiem że może przedłużamy życie taty o niewielki czas ,ale cały
                    czas jesteśmy z nim w kontakcie , ma pełną świadomości ,odczuwa
                    wszystko co się z nim dzieje i jutro sama pojadę do lekarza z
                    wynikami scyntygrafi, selol też go interesuję ,jadę bez ojca ale
                    wiem, że jest to dla niego ważne . Ty Merosiu chyba najlepiej to
                    zrozumiesz . Pozdrawiam . Asia
                    • attenna11 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 23.08.07, 08:54
                      Czasami aby godnie odejśc potrzeba bardzo niewiele...dobre słowo,
                      czuły gest, odrobina człowieczeństwa...tego chyba ta pani z
                      hospicjum nie miała. Nie mogę jej oceniac bo może i rzeczywiście
                      była na dyzurze ale te słowa które wypowiedziała były zbędne.
                      I chyba tutaj chodzi o jedno -są lekarze, którzy nie są ludzmi.
                      Ajkaa2 ja tez takich spotykam .
                      jedno tylko cieszy że są tez tacy, którzy sa przede wszystkim
                      ludzmi....
                      Podrawiam cieplutko. trzymaj się.
                      A.
                    • ulaw2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 23.08.07, 09:04
                      Droga Asiu!
                      Tytuł Twojego watku jest raczej jednoznaczny więc nich cię nie
                      oburzają moje słowa.Widzę że nie zrozumialaś mnie do końca, albo o
                      jednym myślimy ale inaczej to nazywamy.Bo jeśli dobrze zrozumiałam
                      twoje poprzednie posty to pisałas ze chcesz jeszcze walczyć,wozić
                      tatę do onkologa,próbować nowe leki a dzisiaj piszesz że chcesz
                      pomóc w godnym odchodzeniu.Wybacz ale to dwie różne sprawy.
                      To własnie na tą pomoc odchodzeniu chciałam zwrócić twoja uwagę,na
                      skutecznie leczenie przeciwbólowe i objawowe.
                      I powtarzam ci raz jeszcze że nie było moim zamiarem cię urazić,wiem
                      że zrobisz wszystko co w ludzkiej mocy,tak jak robiłam ja i wszyscy
                      z tego forum którzy pożegnali już swoich najbliższych.Ula.

                    • snow22 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 23.08.07, 21:09
                      Asiu, jeszcze nie wiem jak to jest, ale myślę, że też mnie to
                      czeka... :( W takiej sytuacji trzeba się chyba zdać na własną
                      intuicję i serce... Bo każdy człowiek jest inny... Życzę Ci dużo
                      siły!!! Dasz radę!! Mam też pytanie: wspomiałaś chyba, że Twój tato
                      brał chemię, możesz mi napisać jaką?

                      Przytulam Cię mocno...
                      Gosia
                    • merosia Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 23.08.07, 21:58
                      Asiu, co w CO? U nas hosp. domowe działało zupełnie inaczej, lekarz
                      był nawet codziennie, jeśli była taka potrzeba, a pod koniec taka
                      była. Oprócz tego wisiałam na telefonie z doktorem z CO.
                      Pielęgniarki z hosp. też przybiegały często.

                      Lorafen na mojego tatę też działał źle. Zmieniliśmy na Stilnox, bo
                      ułatwiał zasypianie a nie otępiał i nie powodował zawrotów głowy. To
                      Twoje hosp. mnie wkurzyło poprostu. Nie poddawaj się kochana,
                      ochrzaniaj kogo trzeba, ugłaszcz kogo trzeba, sama zresztą wiesz.
                      Przytulam mocno.
                      • ajkaa2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 23.08.07, 23:28
                        Droga ulaw22
                        może i rozminęłyśmy sie w rozumieniu tego samego .
                        wyniszczenie człowieka chorobą nowotworowa i tym co się dzieje po
                        chemii ,w naszym przypadku zawał i obrzęki płuc, spadkiem
                        masy ,odwodnieniem, przerzutami na inne organy, osłabienie leżeniem
                        w szpitalach .... i jego świadomość ,czujność , załamanie swoim
                        stanem ,nadzieja ,że nie jestem sam, oczekiwanie wobec rodziny,
                        wobec lekarzy,itd.
                        gdzie jest nadzieja ?....sama odpowiedziałam sobie na to pytanie .
                        Nadzieja jest czasami w okłamywaniu chorego, właśnie przez
                        • ajkaa2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 23.08.07, 23:56
                          ...no i mi cały tekst zżarło...nie mam siły .
                          a napisałam takiego tasiemca.
                          to teraz w skrócie. Przeczytałam takie zdanie bardzo
                          trafne ,że :"prawda jest jak lekarstwo , które w nadmiarze szkodzi"
                          To dotyczy oczywiście chorego i dawkowanie jemu tej prawdy.Lepiej
                          oszukiwać ,że będzie dobrze niż mówić że jest bardzo źle.
                          byłam u doktora , powyrzucał nam trochę leków , podpowiedział inne
                          lepsze , rozłożył ręce...ale ustaliliśmy następne spotkanie, żeby
                          tato wiedział że doktor z niego nie zrezygnował ,żeby miał nadzieję
                          że jak się wzmocni to będziemy kontynuować leczenie.
                          byłam też u doktora Suchockiego , tato jest w grupie osób
                          testujących lek . Przywiozłam selol i spróbujemy
                          a to nasze hospicjum domowe mnie załamało ... nic nie mają , dziś
                          pielęgniarka do mojej mamy z wyrzutem że nie ma krplówki w domu i
                          podłączenia .Kurczę nie wiedzieliśmy , myślaałyśmy ze skoro doktor
                          zleca to pielęgniarka przynosi i podaje,.teraz wiem że się wszystko
                          samemu kupuje w aptece , nawet nie wiedziałam że kroplówki , też.
                          snow 22 będzie dobrze ,miejmy zawsze nadzieje:)
                          Merosiu dzieki że pamiętasz o mnie:)
                          Ulaw dzięki za dyskusję . pozdrawiam wszystkich. Asia
                            • merosia Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 24.08.07, 09:27
                              To zależy od hospicjum, od stanu finansowego. W naszym wszystko
                              było. Przywozili sprzęt przeciwodleżynowy, kroplówki, pompę
                              infuzyją, wszystko.

                              Asieńko, trzymaj się dzielnie i dobrze, że doktor pozory będzie
                              utrzymywał. To ważne, żeby być pacjentem onkologicznym a nie
                              hospicyjnym, przynajmniej dla mojego taty było to bardzo ważne.
                              • grzes803 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 24.08.07, 19:57
                                Witam tez nie zagladalem tu dawno tata umarl 12lipca br majac 56
                                lat.Wygladalo to identycznie dwa tygodnie przed smiercia tez go
                                bolaly dziasla (zazwyczaj to jest od serca) przestal jesc tydzien
                                przed smiercia , gasl w oczach dzien przed juz nawet nie pil a
                                swiadom byl do konca. W czwartek rano gdy mama przebrala mu
                                posciel stwierdzil ze jest taki slaby i ze sie przespi zamknol oczy
                                i to byl koniec, odszedl tak spokojnie i w swoim domu. Do konca nie
                                wiedzial ze umrze mial takie plany na przyszlosc , lekarka tez mu
                                nie powiediala nawet przepisujac mu leki to mu wmawiala ze to na
                                miesnie (gdyz zostala tylko skura i kosc). Okres od diagnozy do
                                smierci to bylo 1,5 miesiaca ,zycze zebyscie sie trzymali i
                                pozwolili mu odejsc spokojnie nie wozac go po lekarzach wiem ile
                                wysilku kosztowalo to tate a tak to nic nie dalo. Wiem co
                                najbardziej boli to ze nie daja zadnej nadziei i nie chca nic robic
                                przechodzilismy przez to .Wiec zostalo tylko klamanie zeby nie
                                odbierac mu nadziei ze narazie jest zaslaby na operacje ale ma
                                bardzo dobre leki itp. (trzeba byc silnym) i tego wszystkim zycze
                                • mremiszewska Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 25.08.07, 11:20
                                  Chciałabym wtrącić słowo w temacie prawdy, o której tu żywo dyskutujecie. Mój tata zmarł 13 sierpnia tego roku. Wiedzieliśmy, że to nastąpi, bo od początku a było to dwa lata temu nie dawano szana na przeżycie, bo były przerzuty. I co z tego,że wiedzieliśmy?! Walczyliśmy ze wszystkich sił na różne sposoby, łącznie z tatą. Ciągły strach kiedy to nastąpi a może Bóg się nad nami zlituje i uzdrowi tatę...takie myśli kołatały się w głowie przez cały ten czas.
                                  Podtrzymywaliśmy nadzieję w sobie, nie dopuszcając, że koniec i tak w końcu nastąpi. Przede wszystkim robiliśmy to dla taty. I to pomagało...Tata wspierany przez nas miał siły, aby żyć. To wzmocniło jego psychikę. Lekarze twierdzili, że trzyma go nasza miłość i modlitwa, bo przy tej chorobie statystycznie powinien już nie żyć.
                                  Jednak to było silniejsze od naszej miłości...choroba zaczęła postępować. Nadzieja jednak nie wygasała. Na dwa, trzy dni przed śmiercią mama przeprowadziła z tatą rozmowę o przyszłym życiu. Trudno to opisać, ale to były jedne z najpiękniejszych chwil jakie przeżyłam. Tata umierał pogodzony z tym co ma nastapić. Z modlitwą na ustach, a my przy nim. Zdążył się z nami pożegnać w taki sposób o jaki bym go nigdy nie podejrzewała. Silny, spokojny, bez cienia strachu. Wiedzieliśmy, ze umrze, ale czekaliśmy jeszcze na cud, choć z każda chwilą coraz słabiej... Napatrzyliśmy się na umierających i kiedy nadeszła ta chwila, był to dla nas jednak szok, bo nic nie zapowiadało jeszcze tej chwili...Inni umierali zupełnie inaczej, to się czuło, że zaraz to nastąpi. A tata umierał ze słowami na ustach "Amen Maryjo" i naprzemiennie "Jezu ufam Tobie" i... po prostu nagle przestał wypowiadać te słowa i...nastąpiła cisza...
                                  Podsumowując, uważam,że trzeba wyczuć ten moment, aby chorego przygotować do tej ostatniej chwili w jego życiu. Jest to ciężkie doświadczenie, ale myślę, że potrzebne, aby dać choremu możliwośc pogodzenia się z tym, co ma nastąpić. Jeszcze kilka tygodni temu myślałam inaczej-okłamywać do samego końca. Teraz wiem, ze nie byłoby to dobrym rozwiązaniem.
                                  I jeszcze jedno...nie chcę nikogo nawracać, ale jaka piękna jest śmierć z Bogiem. Jeśli tylko możecie pozwólcie Waszym chorym pojednać się na koniec z Bogiem, módlcie z nimi i przy nich. Szczególne znaczenie ma koronka do Miłosierdzia Bożego. Wiem, jestem w 100% przekonana, że wiara i modlitwa dała nam siły, aby przejśc z tatą przez tem moment.
                                  Sobie i każdemu życzę na koniec takiego odejścia z tego świata jakie miał mój ukochany Tatuś.
                                  Pozdrawiam, M.
                                  • ajkaa2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 25.08.07, 12:43
                                    Nasza wiara jest ważna ,najważniejsza w takich chwilach.
                                    Takie rozmowy następują samoistnie, poprostu zaczynają się .
                                    Tato mówi do nas jak bardzo będzie mu nas brakowało,jak bardzo nas
                                    kocha i płacze, my natomiast podtrzymujemy,że wszystko jeszcze jest
                                    przed nami.
                                    Najtrudniej jest rozmawiać mojemu bratu z ojcem , ponieważ nie mieli
                                    ze sobą dobrego kontaktu , zawsze był duży dystans między nimi.
                                    Tato jest niepijącym od 16 lat alkoholikiem.Gdy pił mielismy przez
                                    całe dzieciństwo z nim piekło ,dopiero gdy przestał pić ja
                                    odnalazłam ojca , mama wreszcie odczuła spokój w domu , ale mój brat
                                    nie .
                                    Tato czesto mi o tym mówił ,Że tak bardzo żałuje tych lat ,że nie
                                    pamięta jak my byliśmy mali ,bo pił. Więc w nim siedzą wyrzuty
                                    sumienia , niepokój , i niestety nie chciał gdy był w szpitalu
                                    skorzystać ze spowiedzi. Czekam na tą chwilę , kiedy sam bedzie
                                    gotów oczyścic się, nie chce przyspieszać , bo jest świadomy ...moge
                                    tylko pomóc .
                                    Dla mnie też w tym wszystkim najważniejasz jest modlitwa , a
                                    koronką kończę dzień. Też gdzieś w głębi duszy myślę, że może to my
                                    dostąpimy jakiegoś cudu uzdrowienia . Patrzac na cierpienie taty,
                                    myślę że taka jest nasza droga krzyżowa , którą musimy razem
                                    przejsć.
                                    W tym wszystkim ,jest jakieś katharsis , odnajduję sie ludzi , mówi
                                    głośno o miłości , odnajduje się rodzina.
                                    Dzwoniłam teraz do mamy mój brat przyszedł do taty i rozmawiają
                                    właśnie ,tato zsunął się na dywan oparty o tapczan siedzi z moim
                                    bratem na podłodze i coś sobie opowiadają ...nie będę im
                                    przeszkadzać.pozdrawiam .
                                    • snow22 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 25.08.07, 21:06
                                      Każdy dom ma swój krzyż... I niosą go ludzie, którzy w tym domu
                                      mieszkają... Może ta droga krzyżowa po to, by sobie przebaczyć, by
                                      powiedzieć, że się kocha... Ludzie często w trudnych chwilach się
                                      odnajdują, przebaczają sobie... Może żałują, że to zbyt późno, ale
                                      jak to mówią: lepiej późno niż wcale. Strasznie to życie jest
                                      skomplikowane!

                                      Asiu pozdrawiam Cię ciepło i życzę, by przez te czarne chmury
                                      przebiło się jak najwiecej promieni słońca...
                                      Gosia
    • merosia Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 26.08.07, 17:21
      To prawda, że każdy dom ma swój krzyż. Dobrze, Asiu, że brat się
      przełamuje. U nas rodzina niby była idealna, my z bratem mamy
      świetny kontakt. Pomagaliśmy mamie i pomagamy do tej pory, tatę
      kochaliśmy i kochamy nadal bardzo, zawsze był wspaniałym tatą,
      dziadkiem i w ogóle człowiekiem. Ale mam żal np. do brata taty i
      babci. Wiedząc. jaka jest sytuacja, brat taty 9.08 (tata zmarł
      14.08) telefonicznie składał tacie imieninowe życzenia, mówiąc że
      jak znajdzie czas, to go odwiedzi. Nie znalazł, od stycznia nie
      znalazł. Babcia też, chociaż oboje mieszkają 20 km (chętnych do
      przywiezienia babci nie brakowało). Ciężko im teraz, że nie
      pożegnali się z tatą, dzwonią do nas z ofertami pomocy, płaczą itp.,
      coś w życiu przegapili i to coś bardzo ważnego. Zdają sobie z tego
      sprawę. Ale nikt im teraz nie ulży niestety, a ja nie mogę pozbyć
      się żalu, że nie mieli czasu i nie umiem im powiedzieć, że nic się
      nie stało. Tata na nich czekał... Wiem, że powinnam się tego żalu
      wyzbyć jakoś, ale nie jestem w stanie przewidzieć czy i kiedy to
      nastąpi.

      Co do wiary, to oczywiście pomaga. Do tej pory tego nie doceniałam.
      Mam nadzieję, że modlitwa mi jakoś pomoże w zrozumieniu tego
      wszystkiego. Na razie rozumiem, że tata tam nie cierpi i że każdy
      musi odejść. Ale dlaczego teraz i dlaczego w taki sposób? Tego
      jeszcze nie wiem.

      Przepraszam że tak smucę, ale po tym wszystkim, co się stało tak mam
      czasem:( Wszystkich jednak mocno ściskam i pozdrawiam i trzymajcie
      się dalej kochani.
      • ajkaa2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 28.08.07, 01:02
        Droga Merosiu
        tato w szpitalu miał wysoką gorączkę prawie 40 stopni ,od wczoraj
        prawie cały czas spał, rano to samo nie wybudzał się, odpowiadał
        znakami głową , tato przyjmował mnóstwo leków kardiologicznych oraz
        neurologicznych (naczyniak wrodzony w głowie)- nie podanie mu
        tworzyło jeszcze dodatkowe zagrożenie ze strony serca i naczyniaka
        doktor nie mogła przyjechać ...nie wytrzymałam i wezwałam pogotowie
        i znależliźmy się znowu w szpitalu. Tato jest w stanie ciężkim,
        prawdopodobnie ma gorączke mózgowa , przerzut nastąpił do
        mózgu...prawie nie mamy z nim kontaktu....Boże jak mu ciężko.
        Miałam straszny dylemat tu zresztą opisany nie robić już nic (ale
        wtedy też sumienie by mnie gryzło ze stało się coś może przez moje
        zaniedbanie lub działać dalej pomóc tacie mniej cierpieć mniej
        odczuwać ...rzeczywiście dostał zastrzyk przeciwgorączkowy , przeciw
        bólowe podano mu w zastrzyku, kroplówki ... zdaje sobie sprawę ,że
        tato odchodzi ale może jeszcze nie dzisiaj ...Asia
        • ninagren1 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 28.08.07, 09:10
          Cześć Asiu, śledzę od jakiegoś czasu watek, ale nie wtrącalam nic.
          Moja mama ma przerzuty po operacji szyjki macicy. Teraz to chyba sa
          juz wszedzie. bolą nogi, brzuch. wciąż zwiększamy dawke leku
          przeciwbólwego. Jest pod opieka hospicjum domowego, ale wszystko
          kupuje sama. Codziennie dzwi=onie do tych lekarzy, ale oni tylko jak
          była na oddziale to tak pieknie gadali że będa przyjeżdzac. teraz sa
          urlopy i ciężko ich zwlec.
          mama na razie nie wymaga opieki pielęgniarskiej ale tak mało je że
          nie wiem czym żyje. myslałam ze moga przyjśc podłączyc jakas
          kroplówikę. to pan doktor mui powiedzial że jak słyszy żeby wzmocnic
          pacjenta to go trafa szlag. nie wim sama co mama rozbić, motam sie
          między domem, szpitalem, pracą. mama nie wie do końca o wznowie
          choroby, ale przecież czuje i domysla sie. Nie możesz myslec o swoim
          sumieniu. Musisz przede wszystkim myslec o tacie. Ja przeciez tez
          mogłabym wlec ja teraz od lekarza do lekarza tylko czy ona by to
          wytryzmała i jaki byłby komfort jeje życia. Chory teraz potrzebuuje
          spokoju i bliskich. Moja mama nawet nie chce odwiedzin.
          Życze ci dużo siły, zebys była do końca przy tacie. Żeby jego
          ostatnie chwile na tym świecie nie były okupione wielim
          cierpieniem. Sobie tez przy okazji tego życzę.
          pozdrawiam Nina
          • ajkaa2 Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 28.08.07, 21:06
            dziękuję Kochani : wspaniała Merosiu, Balbinko, niepoddająca się
            Snow22, trochę sceptyczna Ulaw, Ninagren1 walcz i pytaj i ...inni
            Tato dziś odszedł o 2 w nocy .
            Odszedł mój największy przyjaciel,który akceptował mnie taką jaka
            jestem. Walczył z choroba się mimo że każdy dzień był gorszy od
            poprzedniego .Był dla mnie prawdziwym bohaterem, cierpiacym i takim
            pokornym .Tak bardzo mi ufał mimo,że moje słowa już mijały sie z
            rzeczywistością,ale słuchał i chciał bardzo pokonać raka...tak jak
            pokonał kiedyś alkoholizm . Wtedy była to jego siła woli , na raka
            to jednak za mało. Przedwczoraj powiedział mi ,że pogodził się z
            chorobą, ale nie pogodził sie z odchodzeniem , wczoraj bardzo
            cierpiał .Jak przez gęsta mgłę czasami spogladał na nas nie
            widzącymi juz oczami, jakby się chciał przebić jeszcze do tej naszej
            rzeczywistości.
            Mam nadzieję ,że jest tam utulony , lekki i szczęśliwy....czy to
            jest lekarstwo na raka?
          • merosia Re: Wyniszczenie ...Gdzie jest nadzieja? 28.08.07, 22:18
            Wybywam kochane do niedzieli, odezwę się jak wrócę. Będę ciepło
            myśleć o Was, szczególnie o Asi. Mam nadzieję, Asiu, że jeśli
            znajdziesz trochę siły, dasz znać jak sobie radzisz. Całusy wielkie
            dla wszystkich, a największy dla Asi.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka