annajolanta
10.10.07, 12:21
11 lat temu mój 34 letni mąż rozpoczął chodzenie po lekarzach.
Narzekał na bóle po prawej stronie brzucha. Podobno wszystko było w
porządku i nie miał - zdaniem lekarzy - powodów do niepokoju. Leczył
się tabletkami przeciwbólowymi ziołami. Był blady na twarzy i bardzo
się pocił. Ponieważ od pewnego czasu miał OB w granicach 70-80 w
lipcu 1997 roku trafił do szpitala. Sam pan ordynator tegoż szpitala
w pewnym mieście na Śląsku robił mu kolonoskopię i stwierdził, że
tam nic nie ma. Na wypisie ze szpitala napisano "językiem fachowym",
że mąż ma tylko jakiś bakterie w jamie ustnej i że OB obniżyło się z
89 do 36. Na początku października tegoż samego roku mąż trafił tym
razem do innego szpitala w tym samym mieście. Miał silne bóle
brzucha i lekarz podejrzewał, że to zapalenie otrzewnej. W dniu, w
którym trafił do szpitala - w związku z dalszym podejrzeniem
zapalenia otrzewnej - był operowany. Podczas operacji okazało się,
że wszystko od pasa w dół jest zajęte, a węzły chłonne są wielkośći
fasoli. Lekarz, który operował męża powiedział otwarcie, że nie ma
żadnych szans. Był zaskoczony diagnozą z lipca, ale nie chciał
powiedzieć otwarcie, że pan orgynator się pomylił. Po tygodniu mąż
miał następną operację, ponieważ wszystko w środku zaczynało gnić.
Bardzo cierpiał. Odszedł po 3 tygodniach po pierwszej operacji.
Teraz mija 10 lat od śmierci męża, czas ponoć leczy rany, ale
niestety nie wszystkie. Ja zastanawiam się kto dał uprawnienia tym
pseudo lekarzom, którzy nas leczą?